Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down

Pisanie on 28.02.20 12:01  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
Widzisz Arthur? Nie wszystko jest tak proste, jak śmierć. Ten człowiek w rzeczywistości nie był kimś, kto chciałby zrobić krzywdę tej rodzinie. Ten człowiek jedyne robił, co ludzkie. Zrzucał winę na coś innego niż na samego siebie. Na swój głupi wybór, jeden błąd, który popchnął go w to bagno. Ty też wybierałeś. Zazwyczaj dobrze. Ale wystarczy jeden zły krok i tracisz zarówno oko i nogę. Jaki ten świat jest pokrętny, co? Nie tylko Ty cierpisz i nie tylko twoje wewnętrzne rozterki kierują światem. Kierują nim też inni ludzie. Tacy, jak ta mała, czy ten starszy gość. Ze śmiecia stał się nagle człowiekiem o twarzy, która widziała wiele i przeżyła wiele. Straszna wizja końca, który w rzeczywistości był tylko początkiem kolejnego cierpienia i rozpaczy. Przyzwyczaił się do tego na swój sposób. Stał się zgorzkniałym chujem, który miał słabość do tej małej. Będzie trzeba z nim porozmawiać. Koniecznie.

- Co do funduszy, mogę wam jakoś pomóc. Co do ludzi, z nimi nigdy nie da się nic zrobić. W końcu to my się wybijamy. Wirus już nie jest tak wielkim zagrożeniem jak kiedyś. To my. Ludzie - skwitował to, co mówiła o tym, że nie są tu mile widziani. I cóż się dziwić? Mąż morderca, a Ty? Ty Pani zaś miastowa. Piękne życie wiodłaś. Przecież to tak świetny powód, żeby dać wam zdechnąć, prawda? Brak im wszystkim współczucia. Ale nic z tym nie zrobimy. Nie ma na to lekarstwa, ani szczepionki. To nie choroba, to nie coś, czym da się zakazić. Każdy ma to w sobie. Tą chorą zazdrość, która wżera się pod skórę, wwiercając się przez brzuch aż w końcu dotrze do środka i roznieci ogień, którego nie da się już powstrzymać. I idziemy tak, niosąc śmierć na ustach, wybijając się nawzajem, handlując towarem który nie jest już do niczego przydatny. I po co to wszystko? Dla pieniędzy? Przy odrobinie współpracy każdy człowiek mógłby w końcu czuć się bezpiecznie. Więc dlaczego nasz wielki Dyktator do tego nie dopuści? Dlaczego w końcu nie wybudować czegoś obok kopuły, co mogłoby być azylem dla potrzebujących spoza murów? Dlaczego nikt tego nie robi? Żeby ludzie w środku nie musieli się bać? Cholera. To wszystko jest zbyt skomplikowane… Albo wręcz przeciwnie. Może być zbyt proste, dlatego nikt nie chce tego zrobić, bo to może prowadzić do czegoś gorszego. Czegoś, czego nikt w M3 nie chce.

- Nie będzie widzieć. Proszę się nie martwić. Zanim przystąpię do czegokolwiek, będę musiał porozmawiać z tym człowiekiem. Gdy Mitsui wróci z moim małym “zamówieniem”, pójdę do niego i spróbuję wyjaśnić wszystko, co się da. Być może dojdę z nim do porozumienia - w jakiś sposób może uda mu się spłacić ten dług. Nie zwróci nikomu przeszłości, ani nie odbuduje przyszłości, ale wielce prawdopodobnym jest to, że ten człowiek chce czegoś innego. Być może spokoju? Być może na tyle pieniędzy, że będzie mógł kupić bezpieczeństwo sobie i jeszcze komuś? Trzeba zrobić coś, co pozwoli uspokoić życie ludziom w tej okolicy. Jeśli nie mogą stworzyć cywilizacji razem z M3, to może niech stworzą swoją?

Pewne było, że trzeba próbować wiele rzeczy, aby w końcu odnieść sukces. A dojście do tego to zawsze jest sprawa ciężka i bardziej przypominająca psa biegającego za swoim ogonem niż coś innego. Biegasz w kółko aż w końcu uda Ci się albo zmęczysz się na tyle, że uznasz, że nic z tego nie ma sensu i po prostu odpuszczasz. Rembrandt na szczęście był uparty, jak osioł w swoich postanowieniach. Oczywiście, gdy Mitsui w końcu przyjdzie, Arthur weźmie od niej pręt i położy koło jej matki.

- Mitsui, musisz mnie zaprowadzić do Pana Shiromy. Pójdźmy do niego, muszę z nim o czymś porozmawiać. To ważne, bez tego nie pomogę twojej mamie, rozumiesz? - mówiąc to przyklęknął przy dziewczynce, opierając łokieć o jedno kolano.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 12:35  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Ten świat nie był czarno-biały. Nic nie było. Podobno Bóg naznaczał osoby. Jedni pójdą do piekła, drudzy do nieba i cokolwiek nie zrobisz, trafisz tam, gdzie Twoje miejsce. Czyż to niesprawiedliwe? Nic nie móc zrobić ze swoim losem, stale trafiać na tę jedną ścieżkę prowadzącą albo do zguby, albo do zbawienia. Czy uratowanie tysiąca za jedną wymaże te grzechy i pomoże w natrafieniu na dobry szlak?

— Dziękuję. Nawet nie wiem jak bardzo jesteśmy Panu wdzięczni. Tego nie da się opisać słowami. Jest pan jak anioł. — Uśmiechnęła się delikatnie, puszczając jego dłoń. To był początek nowego życia. Mogli wyjść z tego gówna, podnieść się na nogi i zacząć w końcu od nowa. A on, Rembrandt, umożliwił im to. Czyż nie wspaniale przyczynić się do czegoś tak dobrego? Kobieta pokiwała głową na znak zrozumienia, by następie przymknąć oczy. Odpoczynek był ważny.

Nie minęło długo czasu, kiedy i dziewczę pojawiło się w mieszkaniu, dzierżąc dumnie odpowiednich rozmiarów pręt. Co prawda trochę się go naszukała, ale hej! Chciała jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Obserwowała jak odkładał drut, by potem z lekkim zdziwieniem przechylić na bok łepetynkę, wpatrując się w jego jedyne oko. Szczerze powiedziawszy nie była w ogóle zaskoczona. W końcu wujek chciał, by i tak go potem przyprowadziła. Zanim ruszyli się z miejsca, zerknęła na odpoczywającą matkę z troską.
Tak, dobrze. A co z mamą? — Arthur mógł spodziewać się stałego nękania pytaniami przez ciekawskie dziecko. No tak, ciekawość. Niby pierwszy stopień do piekła, ale im więcej wiesz, tym bardziej zdajesz sobie sprawę, że już dawno spierdoliłeś się z tych schodów. Każda kolejna informacja mąciła w głowie, wprowadzając w niej hałas. Podejmowanie decyzji w takich sytuacjach stało się znacznie trudniejsze.

Mała złapała mężczyznę za rękę, ciągając go za sobą. Przez cały ten czas uśmiechała się i co rusz zagadywała o jakieś pierdoły. A to o zawartość plecaka, a to o samego Arthura. Nawet jeśli jej nie odpowiadał, niewzruszona zadawała kolejne pytania albo opowiadała o błahostkach. W końcu dotarli do miejsca, w którym spotkali po raz pierwszy tego mężczyznę. Znaczy on, bo w końcu, Mitsui już od dawna go znała. Zapukała w ścianę i powoli wkroczyła do środka.

Wujku! Jesteśmy. Ten pan chciał z Tobą porozmawiać! — poprowadziła doktora do pokoju-salonu, w którym obecnie przesiadywał poszukiwany jegomość. Na widok gościa uniósł brew, otrzepał ręce o spodnie i podniósł się z kanapy.
— Wyśmienicie. Wróć do matki. Na pewno chciałaby, byś obok była. Jak będzie po wszystkim, odprowadzę go. Całego — zapewnił dziewczynkę widząc jej zawahanie na twarzy. Spojrzała to na doktora, to na wujka, nie wiedząc zbytnio co robić, ostatecznie kiwając głową, by wyjść, o ile wcześniej nikt jej nie zatrzymał.
— Więc o czym to tak chciałeś pogadać, co? Aż tak się pchasz w kłopoty? — Mężczyzna wyszukał z kieszeni spodni paczkę papierosów, wyciągając jedno z nich. Nic się nie zmieniło. Wciąż miał nieprzyjemny głos i nieprzychylne spojrzenie, drążące dziurę w duszy.



Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
Shiroma
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 13:00  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
Cały czas słuchał pytań dziewczynki, zastanawiając się, czy aby to rozważne odpowiadać na jej wszystkie pytania. Lepiej by było, gdyby nikt nie zasłyszał jego odpowiedzi, bo może skończyć się to prawdziwymi kłopotami. Zarówno dla Arthura, jak i później dla napastnika, który byłby na tyle odważny, aby rzucić się na wielkoluda.

Dziewczynka miała już wychodzić, ale wtedy Minamino przeszkodził jej, wystawiając rękę przed nią, jakby ignorując przy tym pytanie mężczyzny i powiedział:

- Zaczekaj na zewnątrz, proszę. Jak Cię zawołam, przyjdziesz tutaj, jasne? - skinął głową w stronę starszego mężczyzny, pokazując jakby, żeby zaczekał chwilę na tę rozmowę - Tylko uważaj, dobra? I nie odchodź za daleko, żebyś mnie usłyszała - dokończył jeszcze, dotknąwszy palcem wskazującym jej małego nosa, klepnął ją ręką w ramię, bardzo delikatnie oczywiście - No leć, leć - pogonił ją na zewnątrz, wstając ponownie z pozycji klęczącej. Zanim zaczął rozmowę, otrzepał jeszcze kolano z kurzu i skierował wzrok na mężczyznę.

Widać, że był w wojsku. Twardziel, cholera. Myślał, że jako jedyny stracił coś przez służbę? Rem nie miał zamiaru go uświadamiać, kim tak naprawdę jest. W jego oczach miał być tylko zwykłym lekarzem. Nikim więcej. Nie zasługiwał na więcej. Choć przy odrobinie szczęścia mogłoby to pomóc, tak Minamino nie wierzył w szczęście i nie miał na razie zamiaru korzystać z tej okazji, aby je przetestować.

- Jakich kłopotów? Jakie kłopoty może sprowadzić danie pomocy potrzebującej kobiecie i jej dziecku? Planujesz coś? Czy może wiesz o czymś i mi nie mówisz? - wyrwał od razu z pytaniami. Był gotowy na wszystkie ewentualności. W razie czego skalpel wsunięty do kieszeni zawsze był w gotowości do użycia. Szybkie ciachnięcie wzdłuż szyi i będzie po sprawie. Jedno życie za tysiąc… Co mu robi kolejny tysiąc w tę, czy w tę. I tak jest już tego tylko, że stracił rachubę. Kiedyś ktoś zapytał się go, ile żyć już zdążył uratować, wiecie? Arthur odpowiedział mu na to “A Ty ile kromek chleba zjadłeś?”- nie uzyskał odpowiedzi.

- Cały czas słyszę o jakimś długu, o tym, że nie przyjmiecie pomocy za darmo. Kurwa. Przyszedłem do was sam, z nieprzymuszonej woli, chcę Wam pomóc, a Wy wiecznie mówicie o spłacaniu czegoś, o byciu dłużnym. Jesteście tutaj, zdani na siebie, a i tak potraficie się wykorzystywać do końca. Z chęcią zamieniłbym się z jednym z Was. Mieszkajcie sobie tam, w murach, topcie się w kasie, żarciu i spokoju. Bo tylko tego chcecie. Czubek własnego nosa, nic więcej - nie widać było gniewu, nie było widać zdziwienia ani żadnych pretensji. Nie było widać na jego twarzy nic. Ale ton jego głos stawał się z chwili na chwilę coraz to cięższy i wbijający się w uszy. Z pewnością nie ustępował w tym gościowi z którym teraz rozmawiał. Gęsta atmosfera zdawałaby się gęstnieć jeszcze bardziej z każdym zdaniem, które wypowiadał Arthur.

- Do tego wykorzystujesz małą dziewczynkę do zdobywania jakichś towarów? Co Ty do cholery robisz, człowieku? Wykorzystujesz dziecko. Pieprzone dziecko. Co ma Ci przynieść dziś wieczorem, co? Jakieś cholerne narkotyki? Lewą broń? Namiar na jakiś śmieszny skarb o którym gdzieś słyszałeś? - mogłoby się wydawać, że przejmuje się tą całą sprawą. Poniekąd tak, a poniekąd nie. Wiedział, że jeśli będzie to coś materialnego, będzie w stanie zdobyć to dla mężczyzny. Z pewnością znalazłaby się grupa, która mogłaby załatwić wszystko. Wystarczy tylko trochę posmarować tu, trochę tam i wszystko da się załatwić. Z drugiej strony, był na tyle głupi, że wierzył, że w rzeczywistości ten człowiek chce jakimś cudem zdobyć przejściówkę dla tej dziewczynki do Miasta. W końcu jest to możliwe. Ludzie zajmują się fałszywymi przepustkami. Za czasów służby słyszał plotki o ludziach wchodzących do miasta na przepustkę, nie będąc nawet w spisie jako oni. Miasto już dawno zostało zinfiltrowane.

Gdy tylko mężczyzna odpowie na jego pytania, o ile w ogóle to zrobi, będzie kontynuować rozmowę mimo wszystko:
- Będziesz musiał zostać z małą na parę godzin. Muszę przeprowadzić operację na jej matce, a Mitsui… Mitsui nie może tego widzieć, rozumiesz? Dziecko nie może widzieć takich rzeczy.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 18:13  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Zaskoczona dziewczynka pokiwała energicznie głową, nie potrafiąc powstrzymać uroczego chichotu na poczynania olbrzyma. Bo dla niej w końcu taki był - przeogromny! I w pewnym sensie czuła się przy nim bezpiecznie. Nawet bardzo. Ten człowiek szybko zyskał jej sympatię i zdecydowanie polubiła go niezwykle mocno. Był inny niż oni wszyscy. Szczególnie odmienny od wuja, do którego przyszli. Jedynie od mamy dostawała tak drobne, a znaczące dla niej gesty. I mimo braku uśmiechu, który w wykonaniu Arthura wyglądałby wręcz przerażająco, był dla niej naprawdę miły i przyjacielski. Nic dziwnego, w końcu na tle reszty tutejszego społeczeństwa był taki...ludzki. Obdarzyła go szerokim, wesołym uśmiechem, rzucając krótkie "Dobrze" i znikając im z pola wiedzenia, niemal wybiegając na zewnątrz.

Lepiej dla Ciebie będzie, jeśli znikniesz stąd jeszcze dzisiaj. To nie miejsce dla tak manipulatorskich skurwysynów jak Wy — warknął groźnie, puszczając obok uszu wzmianki o biednej rodzinie, której nasz bohater pomaga. Wiedział swoje i nie miał zamiaru ustąpić, tym bardziej z faktycznego doświadczenia w tych sprawach. Ile to już razy przez ruiny przewijały się persony podobne do niego? Ile razy mydlili im oczy chęcią pomocy? A co działo się potem? Czy zechcesz nam odpowiedzieć, Rembrandt, co mogli zrobić Ci wszyscy, na pozór dobrzy, ludzie? Ty nie masz takiego zamiaru. Masz w sobie dobro, jakąś chęć prawdziwej, bezinteresownej pomocy. Pamiętasz, co mówiła Letycja? Na tym świecie nie ma nic za darmo. Nic nie dzieje się też bez przyczyny czy celu. I trzeba się z tym pogodzić.


Zaraz możesz zobaczyć czubek własnego nosa z bliska, jak Cię ktoś niego pozbawi lub doszczętnie wykrzywi. Chcemy tego, co ma każdy normalny człowiek, ale musimy to okupić własną krwią. Oh, i czego nie powiesz jeszcze? To przez Was mamy tak spierdolone życie. Trzeba sobie jakoś radzić. A POMOC? Jaką Wy możecie nieść nam pomoc? Byli tu już tacy jak Ty. Oh, tacy chętni do pomocy, całkowicie za darmo. I wiesz, co się z nimi stało? — Odpalił wciąż działającą zapalniczką papierosa, zaciągając się nim. Dmuchnął, robiąc kilka kroków do Rembrandta. — Zostali awansowani za dostarczenie żywych bądź martwych Wymordowanych. Za obietnice szczęśliwego życia naiwnym dzieciom, takich jak ta mała. Za zabawy i eksperymenty na żywych i cierpiących. Jesteście z siebie dumni, co? Musicie być. W końcu mieć czelność jeszcze wysyłać tu następnych czy z własnej woli zapuszczać się na Desperacje, wiedząc, jak łatwo stracić kilka włosów na głowie. — Dym papierosowy uderzył w twarz lekarza, kiedy gospodarz zbliżył się jeszcze bardziej, nie odrywając od niego wzroku. Nic nie zmieniało się w jego postawie, podejmował wyzwanie, a nawet był nim zainteresowany na swój sposób. Mało kto chce wdawać się w głębsze dyskusje z tym oto facetem. Mało kto też wychodził od niego cało, bo z reguły nie pojawiał się tu ktoś mile widziany.

Nieznacznie drgnął na wspomnienie o dziewczynce. Oddalił się, przechadzając się po salonie, jedną dłoń trzymając w kieszeni, blisko pasa z nożem. Cisza. Jedynie ciężkie buty charakterystycznie stukały o wieloletnią podłogę. I szczekanie psa, zmieszane z dziewczęcym śmiechem. Wsłuchał się w to, kiwnął spokojnie głową, nie przejmując się tym. Bawi się z kundlem. No tak, zawsze uwielbiała zwierzęta. To ona nakłoniła go do dokarmiania jednej suni, która wyjątkowo zaprzyjaźniła się z tym dzieckiem, a jednocześnie robiła w pewien sposób za ochroniarza tego dobytku. Nawet pozwalał jej spać w domu.

Chuj Ci do tego, nie pchaj ryja nie do swoich interesów. Nie wiesz nic o nas, ani o tym dziecku. Taki z Ciebie kurwa wielki obrońca uciśnionych? To może pomóż sam sobie i wypierdalaj stąd w podskokach, zanim zrobi się nieprzyjemnie. Ona... — I pomimo słów, zachowywał spokój. To jedynie słowa, groźne, przepełnione dystansem i agresją, ale wciąż słowa. Nie lubił rozmawiać o dziewczynce. Może nie tyle nie lubił, co jej temat przyprawiał go o pewne zawieszenie broni. Jakby to było coś, o czym niekoniecznie chciał rozmawiać, a jak już, to z większą delikatnością. Nie było już słychać żadnych dźwięków, nie było jej w pobliżu, więc nie usłyszy niczego z tej rozmowy. Przynajmniej tyle.

...to dla ich dobra. Wiem, że widzisz to całkiem inaczej i tak, kurwa, będzie zawsze. Mitsui jest sprytniejsza niż Ci się wydaje. Tam, gdzie ja nie jestem w stanie, tam ona da radę. Niekiedy przydaje mi się jej pomoc, szczególnie, jeśli mam dbać w jakikolwiek sposób o jej przeżycie. Większość rzeczy opyla się za niezłe rzeczy. Towary z Miasta mają swoją cenę, okupioną krwią przez wielu. W większym celu. Chcemy wrócić do poprzedniego życia, czy to Ci się podoba, czy nie, paniczyku. — Spokojnie odpowiedział, nie do końca wiadomo do którego fragmentu się odnosząc, ale spokój ogarnął go w większym stopniu. Kolejny buch złagodził nieco jego rysy, na wieść o planowanej operacji. Wydawało się, że z jakiegoś niejasnego powodu, nie był pozytywnie nastawiony do matki Mitsui.
Da się załatwić — mruknął beznamiętnie, bez większych emocji. Przypilnowanie dziecka nie stanowiło dla niego większego problemu. Już to robił cholernie wiele razy.



Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
Shiroma
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 19:37  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
To, co mówił ten człowiek… Rem wiedział o tym aż za dobrze. W końcu to on był jedną z osób, która badała wirusa X. Wiedział, co robiono tym biednym ludziom, widział to wszystko na własne oczy, dziwiąc się, jak można robić taką potworność. Ale… Nigdy nie kwestionował rozkazów. Chował się w nich jakoby w wytłumaczeniu swoich okropnych czynów, chcąc uspokoić swoje sumienie. Piękne rozwiązanie obrzydliwych problemów. Wystarczyło schować się za rozkazem. Powiedzieć, że to nie Ty. Wystarczyło powiedzieć, że to ktoś inny.

Ta cała sytuacja… Ruchy mężczyzny, dmuchnięcie dymem w twarz nie zrobiły żadnego wrażenia na wielkoludzie. Znał te wszystkie zagrywki od aroganckich śmieci ze SPECU. Zazwyczaj kończyło się to tak samo, jak i tutaj. Rem nawet nie drgnął. Wydawałoby się, że to właśnie on z tej dwójki przeżył okropne rzeczy, sądząc po ich aparycji. To Rem był tym bardziej uszkodzonym, wyniszczonym człowiekiem zarówno w środku, jak i na zewnątrz.

- Wyglądam Ci na kogoś kto mógłby coś takiego zrobić? Kurwa. Oczywiście, że wyglądam. Wyglądam, jak jakiś płatny morderca. Nie dziwię się, że tak uważasz. Nie dziwię się, że mi nie ufasz, ale uwierz, nie mam złych zamiarów. Pomogę tej kobiecie, pomogę tej małej i już mnie nie ma. Nie zniszczę waszego małego świata. Nigdy nie miałem takiego zamiaru - odpowiedział jeszcze na wszystkie jego zarzuty. Rem źle ocenił wszystko już na samym początku, gdy się tutaj pojawił. Trzeba sobie jakoś radzić, a skoro to był jedyny sposób, żeby pomóc małej i jej matce, to nie mieli innego wyjścia. Biedni ludzie.

- Ile dostaniesz za to co Ci dzisiaj przyniesie, mów - Rem w tym momencie zabrzmiał już naprawdę ostro, jakby chcąc wycisnąć wszelkie informacje z tego człowieka - Mów. A z resztą. Nawet nie musisz. Odwołaj tę misję. Przyjdź do mnie po operacji a z pewnością dostaniesz i trzy razy więcej za to, co Ci dam. Mała ma być bezpieczna. To wszystko - w końcu pokazał o co tak naprawdę chodziło mu w tym wszystkim. Ta dziewczynka namieszała mu w głowie. Nawet taki lodowaty skurwysynu, jak Rembrandt Minamino miał słabe punkty. A niestety dla niego były to dzieci, bezbronne dzieci. Zrobi wszystko, żeby mogły przeżyć choć troszkę dłużej, poczuć smak szczęścia i beztroski, który powinien być obecnym w każdym dzieciństwie.

Wiecie dlaczego taki jest? W końcu wychowywał się sam. Bez rodziców, bez rodziny. Nigdy nie wiedział, kto powinien być jego rodziną. Przerzucany od jednych rodziców do drugich, wiecznie niezadowolonych tym, kim w rzeczywistości był mały Arthur. Nie zaznał tego, co inne dzieci. Nie był szczęśliwy, nie myślał o tym, żeby zostać kiedyś strażakiem, czy policjantem, czy lekarzem. Rembrandt szukał miłości, której nigdy nie zaznał.
Aż tu w końcu, przyszedł pierwszy rok studiów medycznych. Wtedy ją poznał. Wpierw swoją dziewczynę, potem żonę. Wtedy zaznał miłości. Poczuł ten słodki smak od którego można uzależnić się na tyle, że gdy zabraknie nam tego, nasze serca zaczynają robić się zimne, jakby były stworzone z lodu.

- Dzięki - powiedział tylko, po czym skierował się w stronę wyjścia. Wyjaśnił już wszystko z gościem za którym nie za bardzo przepadał. Po przekroczeniu progu zobaczył dziewczynkę bawiącą się z psem. Wybacz, mała, ale musiał Ci to przerwać.
- Młoda, idź do wujka. Potem po Ciebie przyjdę. Siedź tam i nie wychodź, zrozumiano? - poklepał ją po pleckach, po czym ruszył w stronę ich mieszkania. Ta podróż była krótka. Bardzo krótka. Nie miał nawet czasu na rozmyślania.

- Wróciłem. Mam nadzieję, że jest już Pani gotowa - rzucił wchodząc do mieszkania, jakby na przywitanie.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 21:42  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Spojrzenie mężczyzny utknęło na ścianie, to na butach, nie patrzył na niego zastanawiając się nad czymś głęboko. Dotknął tak drażliwego tematu...To dziewczę wzbudzało taki odczucia nie tylko w nim. Oh, gdyby tylko Rembrandt wiedział, jak cholernie ważna dla niego była ta dziewczynka, pomimo braku umiejętności pokazywania tego. Wyłącznie pod tym względem byli do siebie podobni. Nic innego nie łączyło ich w głębszy sposób, nic, co mogłoby zjednać tę dwójkę sobie. Nie było to takie łatwe i najprawdopodobniej nigdzie nie będzie miało miejsca. Dogadanie się z każdym człowiekiem na ziemi stanowiło problem nie do rozwiązania. Dogodzenie każdemu jest niemożliwe pod wieloma względami. Począwszy od odmiennych interesów po nawet błahostki czy sam styl bycia.

Rembrandt nie doczekał się odpowiedzi. Jedyne na co mógł liczyć, to odprowadzenie wzrokiem do wyjścia, kiedy gasił papierosa. Mitsui grzecznie posłuchała się, niechętnie zostawiając psinę na zewnątrz. Początkowo i zwierzę obserwowało mężczyznę, zrobiło kilka kroków w jego stronę niezdecydowane, by ostatecznie zostać zawołanym do środka. Najwidoczniej "wujek" był na tyle łaskaw i na tyle wziął sobie słowa Arthura do serca, że pozwolił suczce na zabawę w domu. Pewnie będzie tego żałował przez możliwe straty materialne, ale cóż! Raz się żyje, czy coś. Byle tylko mieć ją na oku.

Dotarcie do mieszkania nie stanowiło żadnego problemu. Ulice wciąż świeciły pustkami, a w środku nie pojawił się żaden nieproszony gość. Było spokojnie. Bardzo spokojnie. A on zburzył to swoim przybyciem, wprowadzając leki niepokój czy stres. Kobieta spojrzała na niego, oblizała popękane wargi. Nie była gotowa. Do czegoś takiego człowiek nigdy nie będzie przygotowany. Zamiast tego rozejrzała się w pewnym przestrachu.
— Nic jej nie jest? — Jasne było, że mówiła o córce. Ah, przekładanie własnego dobra nad bliskich...Po chwili jednak dodała, próbując uspokoić ciężki oddech. — Byle mieć to jak najszybciej z głowy.




Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
Shiroma
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 22:57  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
- Nie, nic jej nie jest, zająłem się tym - powiedział dosyć zimno, kładąc plecak obok łóżka. W końcu musiał przygotować wszystko tak, aby cała operacja poszła zgodnie z planem. Choć w rzeczywistości operacja amputacji nie należy do najcięższych. Wystarczy być ostrożnym. To tyle i aż tyle.

- Odwróć się proszę plecami do mnie, zaaplikuję Ci preparat, który pozwoli Ci zasnąć tak, żebyś nic nie czuła, gdy się obudzisz, będzie po wszystkim - w trakcie, gdy kobieta obracała się z pleców na bok, on zajął się odkażaniem dłoni, założeniem rękawiczek, maski oraz okularów ochronnych. Każdy obeznany w swojej pracy chirurg wiedział, że to niezbędne rzeczy do jego pracy. Bezpieczeństwo przede wszystkim, prawda? Musiał pamiętać o tym, że ludzie tutaj mogą być zarażeni. A on z całą pewnością nie chciał narazić się na zarażenie wirusem X, bo przecież nie dało się tego wyleczyć, była to prawie pewna śmierć. Nie mógł tak skończyć, miał jeszcze wiele do zrobienia.

- A teraz spokojnie. Poczujesz lekkie ukłucie i na tym się skończy. Powoli odpłyniesz, ale nie bój się. Gdy się obudzisz, będzie już po wszystkim. Możesz mi zaufać - podczas mówienia tego wyjmował z plecaka niezbędne narzędzia oraz ampułki z odpowiednimi preparatami. Po chwili przyłożył do jej pleców “grot” pistoletu, który momentalnie wystrzelił z siebie płyn dezynfekująco-znieczulający, dzięki czemu nie było czuć ani wkłucia, ani tego, jak jakaś substancja wypełnia jej plecy.

- Csiii… To tylko zły sen, zaraz wszystko będzie dobrze - powtarzał to zawsze. Każdemu, kto kładł się na jego stole operacyjnym. Mówił poprzez to, że to nowe życie, bez kończyny wcale nie jest takie złe. Wręcz przeciwnie. Może stać się nawet lepsze. Nie minęło kilka minut, a puls kobiety wyraźnie spowolnił, co z resztą Rembrandt zmierzył odpowiednio, aby mieć pewność, że kobieta udała się w krainę snów i marzeń.
Lekkie westchnięcie wydarło się z ust mężczyzny, gdy ten wyjął twardą podstawkę z plecaka, natychmiastowo podłożył ją pod obumierającą nogę matki i przystąpił do podstawowych procedur odkażania narzędzi oraz miejsca przy którym będzie ciął nogę kobiety. Miała szczęście, że to miejsce znajdowało się idealnie pod kolanem. Dzięki temu ta proteza nie będzie tak uporczywa do użytku, jak byłaby, gdyby nogę trzeba by uciąć całą.
Gdy tylko wszystko było gotowe, Rembrandt rozpoczął operację, przykładając skalpel do miejsca w którym miał odciąć nogę. Przejeżdżając po skórze, widział jak tkanki puszczają, otwierając się coraz bardziej. Krew wypływała bardzo, ale to bardzo powoli dzięki zaaplikowanej substancji, co bardzo ucieszyło lekarza. Obędzie się bez niepotrzebnych komplikacji. Gdy tylko skończył rozcinać resztki mięśni i skóry, wziął do ręki piłę. Teraz zacznie się ta najmniej przyjemna rzecz dla uszu.

Przyłożył ostrze piły do prawie golutkiej kości, rozpoczynając ruchy. Wpierw szybkie. Chrz-trz, chrz-trz, chrz-trz nieustannie wybrzmiewało w pomieszczeniu, przyspieszając jakby. Chrz-trz, chrz-trz, chrz-trz, ruch za ruchem czuł jak kości puszcza wiązania, odrywając się od reszty ciała. Chrz-trz, chrz-trz chrz-... kość w końcu puściła. Nie trwało to długo. Całe szczęście. Mężczyzna prędko sięgnął po swój pistolet, przekładając przy tym fiolkę i wbił natychmiastowo w miejsce, gdzie odciął kończynę, wpuszczając kolejną substancję w krwioobieg pacjentki. Po całej procedurze, rozpoczął zszywanie żył w odpowiedniej kolejności, łapanie ścięgien i cerowanie mięśni z końcowym rezultatem w formie kikuta czekającego na regenerację.
Jednak na tym jego praca się nie kończy. Czas na konstrukcję podstawowej wersji protezy nogi. Całe szczęście najważniejsze części miał już ze sobą. To jest, sztuczną stopę starej generacji i podkładkę pod nogę użytkownika. W zasadzie, nie trwało to długo. Parę skręceń, parę stuknięć, połączeń ściskanych i gotowe! Był w tym tak wprawiony, że nie minęła godzina, a wszystko, jeśli chodzi o protezę było już skończone. Z pewnością pobił tutaj parę rekordów świata z operacją włącznie. Gdy tylko wszystko ponownie odkaził i spakował do plecaka, zajął się zakładaniem protezy na nogę kobiety. Podkładka wsunęła się gładko, zaciskając na kolanie i nad kolanem tak, aby móc utrzymać się bez żadnych problemów. Rembrandt mógł być dumny… Ale oczywiście nie był. W końcu to Rem, a Rem jest jak Rem, remowy Rem, bo to Rem. Rem, Rem, Rem.

- Leż spokojnie - powiedział już odruchowo, wbijając kolejną dawkę jakiejś substancji umieszczonej w pistolecie w szyję kobiety. Było to nic innego jak antybiotyki, które pomogą jej stanąć na nogi. Kolejne dawki będą uwalniać się w ciele kobiety z czasem tak, aby pozwolić jej wrócić do zdrowia w dobrym tempie. Chyba to był najwyższy czas, aby dziad i dziewczynka tutaj przyszli.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 23:26  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
Wybaczcie że wam się wciskam postem w wydarzenie ale musiałam posta napisać ^^'

Czuły barwa głosu miała pozytywny wpływ na roztrzęsioną anielicę zastępu. Gdy już ujęła palcami dłoń Abi i z jej pomocą powoli wstała z brudnego podłoża ostrożnie się rozejrzała po bokach na szepczących między sobą gapiów. Przełknęła ślinę i zbliżyła się do swojej siostry o krok. Powoli i dość niepewnie, jak wystraszone zwierzątko szukające miejsca w którym mogłoby się skryć przed światem.
Gdyby mogła skryć się przed swoimi braćmi i siostrami to pewnie by to zrobiła. Nie czuła się komfortowo w obecności uskrzydlonych mieszkańców Edenu. Miała to wrażenie że była cierniem w ich serduszkach. A może to właśnie miała być cześć jej pokuty. - Dziękuję Ci siostro, za wsparcie, pomimo tego co moja bliskość ci robi.. - wyszeptała wolną dłonią ocierając łzy ze ślepi. Spuściła wzrok, wbijając go w podłoże. Jakoś głupio jej było spojrzeć w twarz drugiej anielicy. Skrzydła złożyła starając się zminimalizować ich objętość, wszak nie była wstanie ich zdematerializować odkąd pamiętała. - Może.. może chodźmy stąd.. proszę. - szepnęła wolną dłonią łapiąc ostrożnie stróża za przedramię ręki, którą trzymała dłoń brązowowłosej. Palce dłoni zacisnęły się na jej dłoni nieco mocniej, trochę nerwowo.
Rozbieganym spojrzeniem szukała kierunku w którym mogłyby podążyć żeby wybić się z tłumu gapiów i gdy znalazła jakąś węższą uliczkę to w jej stronę delikatnie pociągnęła swoją niebiańską siostrę. Gdyby Abigail nie chciała mieć nic wspólnego z Castiel to pewnie poszła by dalej w swoją stronę wraz z pierwszymi objawami paniki.

Abi & Cas z Tematu


Mowa: #0099ff|Myśli:"#0099ff"

Ważne: Aktywna klątwa. W promieniu 50m od Castiel nie można korzystać z mocy (nie tyczy się mocy bazującej na fizyczności, jak u wymordowanych). Wszelkie artefakty przestają działać. Anioły nie są w stanie schować swych skrzydeł, a zdematerializowane, same z siebie się materializują.
                                         
Castiel
Anioł Zastępu
Castiel
Anioł Zastępu
 
 
 

GODNOŚĆ :
Castiel


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 23:42  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Odpłynęła. Żadnych, najmniejszych komplikacji. Wszystko szło po myśli profesjonalisty i zapowiadało się na szczęśliwy koniec operacji. Choć kobieta była zwyczajnie, tak po ludzku czysto przerażona, poddała się senności, słysząc jeszcze odbijające się echem słowa doktora. Ufała mu, pomimo przerażającego, obezwładniającego strachu. A potem nastała okropna ciemność. Kraina marzeń i snów szybko mogła zamienić się w najgorsze koszmary wyciągnięte z głębi ludzkiej psychiki. Sny kobiety były...cudowne. Stanowiły swego rodzaju zapowiedź tego wspaniałego, utopijnego miejsca, w którym mogłaby się znaleźć wraz z córką. Dom jej rodziców był ogromny. Ich dom. Ten, w którym mieszkała latami, kiedy matka postanowiła znaleźć sobie mniejsze mieszkanie, bo te wydawało jej się za puste i ciche. Miejsce, w którym Metsui mogłaby się wychowywać w miłości, pod stałą opieką, tkwiąc w bezpiecznej bańce dzieciństwa. To było piękne marzenie, które najprawdopodobniej miało niską szansę realizacji. A może jednak?

Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Powrót do okrutnej rzeczywistości, zderzenie się z tymi dwoma, skrajnie różnymi światami. Czuła się cholernie dziwnie, opisanie tego słowami stanowiło nie lada wyzwanie, któremu nie była w stanie sprostać, będąc wciąż po części tam, w tym lepszym miejscu. Zdanie sobie sprawy co się działo, co się właśnie stało, było przykrym uświadomieniem sobie, gdzie się znajduje.
— J-ja... — wykrztusiła z siebie przez ściśnięte gardło. Chyba nie chciała się odwracać. Dopóki nie widziała rezultatu, nie odczuwała tego aż tak. Niczym żołnierz, który walczy dalej przez adrenalinę, nie zdając sobie sprawy, że jest ranny. Dopiero po ujrzeniu tryskającej krwi poczuje rozrywający ból, przestając skupiać się na walce. To była walka. O lepsze jutro.

W tym momencie mogli usłyszeć ciężkie kroki. Ktoś biegł, najpewniej w wojskowych butach. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, to właśnie wspomniany "dziad" wparował do środka, bez słowa przyglądając się leżącej kobiecie. Otworzył usta w pewnym zdziwieniu, chcąc początkowo pogratulować dobrze wykonanej roboty, ale nie mówił nic, łapiąc oddech. Rozejrzał się, szybko łypiąc oczami po każdym kącie mieszkania. Ta ponura, nieprzyjemna morda wyglądała obecnie na zatroskaną i...czy w jego oczach kryło się przerażenie? Spojrzał w oko Rembrandta, kręcąc przecząco głową na nieme pytanie.
Jej tu nie było.
Nie było jej.
Mitsui.





Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
Shiroma
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 29.02.20 8:49  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
Słysząc pierwsze wydukane słowo przez kobietę poczuł spływającą ulgę na swoje ramiona. Bądź, co bądź - był lekarzem, więc nadal przejmował się losem swoich pacjentów. Ich życia były w jego rękach. A nawet przy tak niezaawansowanej procedurze mogą pojawić się komplikacje krzyżujące plany szybkiego powrotu do zdrowia, czy nawet do świata żywych. Całe szczęście nie tym razem. Tym razem wszystko poszło zgodnie z planem, bo miał czas się na to przygotować. Nie było to pole bitwy, a spokojne pomieszczenie w samym centrum piekła zwanego Desperacją. Ale i do tego piekła przychodziły czasem anioły, a czasem i większe diabły od tych żyjących już tutaj. Kim może okazać się Rembrandt, gdy będzie po wszystkim? Pięknem i brzydotą tego świata jest to, że ten dla których ktoś jest najwspanialszym człowiekiem świata, dla tych drugich może być złem wcielonym.

- Leż spokojnie - wyszeptał do kobiety spokojnie - Musisz odpoczywać, więc choćby nie wiem co, masz się nie ruszać stąd przed trzy dni. Chyba, że masz się czołgać. Wtedy tak. - wytłumaczył stanowczo, wyjmując coś z plecaka. Był to suchy prowiant i dwie butelki wody. Jego robota tutaj była już skończona, więc chciał im pomóc w jeszcze jeden sposób. Położył to obok kobiety tak, żeby mogła zauważyć jego drobny podarunek.
- Schowaj to i nie pokazuj nikomu, tak? To dla Ciebie i dla małej. Wrócę tu jeszcze kiedyś, żeby sprawdzić, co u Was. I nie dziękuj mi proszę. Robię to, co powinienem, to wszystko - chciał jeszcze dopowiedzieć parę zdań, ale nie zdołał. Nie potrafił rozmawiać o czymś, co inni nazywali uczuciami. Nie rozumiał ich.

Gdy już skończył pakować swoje rzeczy, był gotowy iść dalej w świat, ale wtedy usłyszał głośny bieg w ciężkich butach. Och. Chyba będzie musiał pożegnać się z tą małą dziewczynką, czego z resztą chciał ominąć. Ale w tym momencie. W momencie w których zobaczył, że mężczyzna biegnie sam, jakby przerażony, Rembrandt zrozumiał, co się dzieje. Z resztą potem potwierdził to sam "wujek" swoją miną. Tak bardzo chciałeś ominąć tego spotkania Rem, a teraz… Teraz czujesz jak bardzo wzrasta twój niepokój, jakby strach o to, co mogło się stać.

Nim mężczyzna zdążył coś powiedzieć, Arthur ruszył przez drzwi, ciągnąc go za ramię, rzucając przy tym "Za chwilę wrócimy, proszę Pani, musimy jeszcze coś obgadać" i gdy tylko byli na tyle daleko, żeby kobieta nie mogła ich usłyszeć, rozpoczął:
- Nie wiesz gdzie ona jest, co? Jakieś pomysły? Przecież nie mogła uciec daleko. Masz jakąś rzecz która należała do niej? Ciuch? Zabawkę? Cokolwiek? Widziałem po twojej minie o co chodzi i nie mam zamiaru się kłócić. Miałeś jej powiedzieć, że robota odwołana. Nie tylko Ty w tym tkwiłeś. Ona też. Gdzie miała zdobyć ten towar? No gdzie? Prowadź mnie tam, od razu - pewien chaos wkradł się w słowa Rema, pewna złość, wybicie z równowagi. Ale jeszcze nie dawał temu do siebie dojść. Czuł, że nerwy narastają. Że zaraz może to wszystko zajść za daleko. Ale to było tylko dziecko. Biedne dziecko. A Arthur nienawidził, gdy dzieciom dzieje się krzywda. Oj, bardzo nienawidził.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 29.02.20 10:08  •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Uwierzenie w dobroczynność Rembrandta było czymś takim, dziwnym. Ta bezinteresowna pomoc była czymś cholernie piękna i kobiecie wręcz chciało się płakać, choć nie wiedziała z jakiego konkretnie powodu. Zapewne z wzruszenia. Straciła coś, ale w zamian zyskała coś więcej. Coś tak wspaniałego - otwarcie szansy na lepsze życie. Czy mogłaby dostać coś lepszego i piękniejszego? Pomijając powrót do Miasta, który był niemożliwy przez pewne względy. A dokładniej przez jedną, dość istotną rzecz - dziecko. Nawet gdyby udało jej się zdobyć przepustki, prędzej czy później wykryją, że coś jest nie tak. Że nie są normalni, tak jak oni.

Będziemy pamiętać o Panu, to...niesamowite. Nie mogę uwierzyć w to, że na tym świecie są jeszcze ludzie tacy, jak Ty. — Prawie rzuciła wspomniane przez niego "dziękuję", ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Miała nie dziękować. Przynajmniej tyle mogła zrobić, by nie wprawiać go w niekoniecznie dobry humor. Poprawiła się nieco na materacu, na wieść o kolejnej rozmowie mężczyzn, by faktycznie odpocząć. To wszystko było tak męczące...A musiała szybko dojść do siebie, by móc dobrze zaopiekować się córką.

— To nie tak jak myślisz. To dziecko to jebany kameleon. Nie wiem co ją użarło, ale tak doskonale potrafi znikać i oszukiwać wzrok...Miałem ją ciągle na oku, kurwa —
rzucił niemal sycząc przez zęby, czując, że jeśli nie zapali, to coś go zaraz pierdolnie. Mimo to nie wyciągnął ręki do kieszeni po paczkę, zachowując to na później. Nie czas teraz na gadki przy fajce. Mieli poważniejsze rzeczy na głowie. Czarnowłosy przejechał dłonią po włosach, twarzy, gorączkowo zastanawiając się nad obecnym położeniem poszukiwanego dziecka. Gzie ona kurwa może być?
— Nie wspominała Ci o kimś bądź o czymś? Dzieci uwielbiają pierdolić w nieskończoność, na pewno coś Ci powiedziała. — Westchnął ciężko, krocząc po ulicy w tę i w tamtą, usiłując znaleźć wskazówkę, cokolwiek. I wtedy do niego dotarło. Przeklinał siarczyście, wracając spojrzeniem do towarzysza.
Oshiro. Słyszałeś to kiedyś? Setki, kurwa, razy, mówiłem jej, żeby uważała na niego. Nie wiem czy to to, ale psa też nie ma. Może po prostu wyszła z nim na spacer czy się pobawić? Albo kurwa do tego gościa...To on przepuszczał ją do Miasta. Rozdzielimy się. Będę szukał po mieście, musi tutaj gdzieś być. Ty idź za miasto, może znajdziesz jakieś ślady albo tego przeklętego kundla. Tam gdzie on, tam i ona. I jedno - nie zwracaj na siebie większej uwagi, okolica nie jest przyjemna. Spotkamy się tutaj — rzucił w pośpiechu, nawet nie czekając na zgodę czy konsultację pomysłu, w końcu on sam nie do końca wiedział gdzie niby znajduje się wspominany przez Mitsui posterunek. Nigdy mu nie pokazała, może nawet i lepiej, ale w chwili obecnej było to kurewsko potrzebne.

Im dalej Rembrandt szedł, tym bardziej dało się wyczuć ponurą atmosferę tego miejsca. Żadna nowość, prawda? Cisza, nawet żadnego szmeru wiatru, nic. Jakby jedynie duchy zamieszkiwały to wszystko wokół. Inne części były na pewno bardziej zaludnione i chętne do rozmów, ale tutaj, tutaj było gorzej. Tutaj nie wolno było ufać żadnej, żywej duszy. Martwej również.
W końcu ciszę rozdarło psie skomlenie i szczekanie. To suczka, która pojawiła się nagle na horyzoncie, z podkulonym ogonem podbiegła do Arthura, z łbem schowanym między przednie łapy. Chwyciła go za nogawkę, puściła, zaskomlała wręcz przeszywająco, zerkając za siebie i krążąc wokół mężczyzny. Ślady jej łap prowadziły dalej jeszcze dalej, poza ruiny.




Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
Shiroma
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie   •  Ulica - Page 6 Empty Re: Ulica
                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach