Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down

Pisanie on 27.02.20 12:56  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 

Ładnie to tak demoralizować dzieci? Nie, w takich warunkach to była norma. Flaki na wierzchu, soczyste przekleństwa, śmierć i śmierć w kółko. W każdym razie, krzyk faktycznie zwróciłby niepotrzebnie uwagę ludzi, którzy mogli wyrządzić naszemu bohaterowi niemałą krzywdę. Lecz oni obecnie byli zbyt zajęci, by zwrócić uwagę na rozgrywającą się na ulicach scenę pogoni.
Dziewczę nie odwracała się za siebie, w pełni świadomie możliwości utraty przewagi poprzez bolesne potknięcie się o leżące gruzy. Niebezpieczeństwo zbliżało się wielkimi krokami, czuła to i na samą myśl pędziła jakby szybciej. Zwinne, małe dziecko nie miało szans uciec przed Rembrandtem. Nie miałoby szans, gdyby biegła wciąż linią prostą. Gwałtownie skręciła za najbliższym rogiem, znikając chwilowo z pola widzenia, by następnie wpaść w ruiny jednego z wciąż dobrze trzymających się budynków, aczkolwiek nieźle podziurawionego, z zawalonym dachem.
Arthurowi mogło wydawać się, że dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu.


Rzut na spostrzegawczość



Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.

Rzut na spostrzegawczość :
0-20 [niepowodzenie, zero śladów]
21-40 [ usłyszałeś odgłosy w jednym z budynków, niestety to tylko nieco agresywny kundel]
41-70 [usłyszałeś hałas w kryjówce dziewczynki]
color=#00cc00]71-99[/color] [zauważyłeś skrawek spodni na gruzach kryjówki]
color=#00cc00]100[/color] [zauważyłeś ją w środku]
Rzucasz w tym temacie [klik].

                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 13:15  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
Prędkość z jaką biegłeś była naprawdę imponująca, jak na osobę bez jednej nogi. Ale to wszystko dlatego, że nauczyłeś się biegać z tą cholerną protezą. Nie było to łatwe, ale do przesadnie ciężkich rzeczy też byś tego nie zakwalifikował, prawda? Jednakże ta prędkość nic Ci nie dała. Dziewczynka była sprytna, i co jej się dziwić, więc domyśliła się, że nigdy Ci nie ucieknie w taki sposób. Skręciła zatem w najmniej oczekiwanym dla Ciebie momencie, a zanim zdążyłeś wyhamować, już dawno nie było jej w zasięgu twojego wzroku. Na szczęście widziałeś, gdzie wbiega.

Trzeba tam wejść i to zbadać, prawda? Próbowałeś uspokoić organizm, wciągając powietrze nosem, aż płuca calutkie wypełnią się tym ciężkim powietrzem, a po chwili bezdechu wypuszczałeś to, co człowiek winien wypuszczać podczas oddychania. Gdy tylko poczułeś, że twój oddech nie przeszkadza Ci we wsłuchiwaniu się w otoczenie, zacząłeś wytężać wzrok i słuch tak, aby chociaż najmniejszy szmer mógł dać Ci wskazówkę, gdzie znajduje się dziewczę, które goniłeś. Ale tak właściwie, dlaczego ją goniłeś? Po co? Gdzie był w tym wszystkim cel? Przecież i tak po wszystkim znowu stąd odejdziesz, a dziewczynka po raz kolejny zostanie skazana na ten okrutny los. Nie ochronisz jej. Nie zdołasz nikogo ochronić. Chcesz by twoje sumienie było czyste, co? Mimo tego, że nie czujesz tego, że w ogóle je jeszcze masz, odruchowo próbujesz je uspokoić, pomagając innym. Obudź się, Rembrandt. Świat nie jest taki piękny, jak mogłoby Ci się wydawać. Obudź się.

- Hej, wyłaź, nie chcę zrobić Ci krzywdy - wyszeptał delikatnie, rozglądając się i pochylając co jakiś czas w celu znalezienia kryjówki dziewczynki. Przez dłuższy czas nic, a nic nie sugerowało, gdzie może znajdować się jego cel, ale w pewnym momencie, gdy znalazł się odpowiednio blisko kolejnego miejsca poszukiwań, usłyszał dźwięki, które sugerowałyby, że jest blisko. Jednakże wiedział, że to miejsce może okazać się kryjówką czegoś, czego nie chciałby spotkać. Mając w głowie ostrzeżenia Letycji, zachowywał odpowiednią ostrożność i czujność, aby w razie potrzeby móc uciec.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 13:57  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Zapewniania niewiele wnosiły. Każdy tak mówił. Wy wszyscy zawsze kłamiecie. Bo tak właśnie postępujecie w swoim świecie dorosłych, prawda? Przyzwyczajenie do takowego stanu rzeczy pozwalało uchronić się przed czyhającym niebezpieczeństwem. Nikt nie dziwił się tej małej istocie chwytania z całych sił życia. W końcu dopiero w nie wchodziła, a już miała to utrudnione. Gdyby tylko ludzie nie byli tak zacofani w swoim myśleniu... Oni też byli ludźmi.
Wejście do budynku było dość proste i nie stanowiło problemu. Na pierwszy rzut oka niczego, co mogłoby zagrażać chętnemu do pomocy człowiekowi. Bo faktycznie - wewnątrz nie było nikogo oprócz tej dwójki.
Dziewczynka chowała się za gruzami imitujące przejście do kolejnego pomieszczenia uznawanego za sypialnie. Wokół leżały porozwalane nieco zardzewiałe garnki i jeden nowszy, ogólnie syf i malaria, ale kto by na to zwrócił uwagę? Słysząc ciche kroki, źle oceniając stronę z której nieznajomy przychodził, wyszła mu naprzeciw, momentalnie cofając się i orientując, że za nią ostatnia z pamiętanym dziur w ścianie została zasłonięta. Nie pozostawało nic innego, jak liczyć na łud szczęście, próbując umknąć pod ręką byłego żołnierza.
Hałas zwrócił uwagę nie tylko Arthura. Ktoś jeszcze usłyszawszy harmider, ruszył w kierunku budynku. I wtedy, cóż, gdy tylko Rem odwrócił się, mógł zauważyć mężczyznę. Niższego od niego o głowę, na oko po czterdziestce, z nożem taktycznym przy pasie.
Co tu się odpierdala? Pukać to nie nauczyli? I kim Ty kurwa... — urwał marsząc gniewnie brwi, a na widok dziecka jakby jego rysy twarzy nieco złagodniały. Na moment. Spojrzenie natychmiastowo skupiło się na nieproszonym gościu. Dłoń spoczęła na pasie, czekając na dobrą odpowiedź.




Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.

                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 14:13  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
Teraz już mu nie uciekniesz. Nie musisz mu uciekać, mała dziewczynko. Nie planował zrobić Ci nic złego. Nie był takim człowiekiem… A przynajmniej nie chciał być. Nie musisz panikować. Uwierz chociaż mi, bo mu nie musisz, ja nie jestem taki straszny, prawda? Prawda..? Choć nie ukrywajmy. Lepiej mnie nie uwalniać, bo źle to się skończy dla was wszystkich. Cieszcie się, że Rembrandt trzyma mnie w ryzach.

- Nie musisz uciekać, chcę Ci tylko pomóc - powiedział łagodnie, chcąc pochylić się w jej stronę. Lecz wtedy, akurat w tym momencie w którym chciał skrócić dystans między sobą, a swoim celem do środka wszedł mężczyzna.  Cholera. Co robić? Idealnie było widać, że to jego rewir. Albo i nie? Cholera go wie. Sądząc po tym z jakim spokojem wszedł do środka, to miejsce nie było mu obce. I sądząc po wyrazie jego twarzy, znał tę dziewczynkę.

Rem odsunął się powoli, wystawiając obie ręce przed siebie tak, aby ukazać, że nie zrobi niczego, co mogłoby wydawać się niespodziewanym ruchem wykonanym w celu ataku na ów mężczyznę. Hm. Jakby wyjść z tego cało? Arthur zapewne dałby mu radę w walce, ale czy jest to tego warte? Nie przyszedł tu nikogo bić, a tym bardziej mordować na oczach dziecka. Chciał pomóc tym ludziom, więc wybrał najlepszą opcję w swojej obecnej sytuacji.

- Cholera jasna - skwitował wpierw pojawienie się mężczyzny - Wystraszyłeś mnie - mówił to z takim przerażającym spokojem, że mężczyzna mógłby go wziąć za androida ze źle zainstalowanym programem imitującym emocje. Arhtur odsunął się jeszcze trochę, tak, że zarówno dziewczynkę, jak i mężczyznę mógł kontrolować swoim wzrokiem. Wiedział, że oboje mogą być dla niego zagrożeniem. W końcu to Desperacja. Z ludzi wychodzą najgorsze zwierzęta.

- Chcę jej tylko pomóc. Po jej obrażeniach widzę, że tego potrzebuje. Jeśli mi nie ufasz, mogę oddać Ci bandaże i trochę środków odkażających, żebyś sam jej pomógł. Z pewnością wiesz, jak opatrzyć tak małe ranki. Dla dziecka to złe. Doskonale o tym wiesz. Przybyłem tutaj z misją, chcę Wam pomóc na tyle na ile potrafię, to wszystko - wytłumaczył się, brzmiąc jak pewny siebie dyktator, czy polityk próbujący przekonać do swoich racji opozycję. W razie czego cały czas był gotowy na reakcję którejkolwiek ze stron “konfliktu”.

- Jestem Arthur Rembrandt Minamino, jestem wykształconym medykiem i bioinżynierem, przybyłem tutaj z własnej woli - przedstawił się, jeśli mężczyzna oczywiście zaakceptował jego tłumaczenie.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 15:19  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Dziewczę wyraźnie drgnęło, tkwiąc w swej nieufności aż do momentu, w którym cała uwaga nieznajomego skupiła się na znajomej jej twarzy. Ukrycie pewnego powiązania między nimi było wręcz niemożliwe. Spojrzenie, którym uraczył dziecko mówiło wiele, ale zdecydowanie więcej mówiło to skierowane do nikogo innego, a Rembrandta. Niesympatyczny wyraz twarzy podkreślały delikatne szramy na policzku wraz z dodatkiem stopniowo wchodzących na czoło zmarszczek. Życie na Desperacji wymęczało, jednocześnie przynosząc wiele niespodziewanych przygód. Takie, jak ta, między innymi. Dla takich chwil warto było żyć, jeśli było się żądnym nowych doświadczeń. Mężczyzna był doświadczony, zdradzały to ruchy, mowa ciała jak i sam wygląd, cholernie podkreślający całą jego postać. Mówił twardo, pewnie, z lekką chrypą, sprawiając wrażenie dość nieprzyjemnego osobnika. Oh, niedługo miałeś się o tym przekonać, panie Minamino.

— Gówno obchodzi mnie co chcesz, a czego nie. Nie potrzeba nam tu łaski "panów". — Warknięcie przeszyło powietrze, w momencie zbliżania się przez gospodarza do obcego.
— Nie, zostaw! Proszę! Proszę, zostaw. —Chaotycznie rzucone słowa zawisły, zanim cokolwiek zdążyło się wydarzyć. Mężczyzna spojrzał na nieproszonych gości, westchnął, cofając rękę do ciała. To dziewczynka, ta sama, tak zawzięcie uciekająca przed Rembrandtem, wstawiła się za nim. Zaskakujące jak żywo zareagowała w tym momencie. Przełknęła ślinę, zwróciła swe duże oczy ku potencjalnie zagrożonemu, wpatrując się z pewną fascynacją, a zarazem niepewnością.

— To znaczy, że jesteś lekarzem? — Wymieniła szybkie spojrzenie z czarnowłosym, pocierającego palcami nasadę nosa.
— Mieliśmy tu już takich, nie pamiętasz jak to się skończyło, młoda?  Kurwa, nieważne. Nie jestem Twoim ojcem, rób co chcesz, ale nie przychodź mi tu później zasmarkana z płaczem. — Z pewną surowością rzucił do dziewczynki, łypiąc na Arthura zdecydowanie niezadowolony. Odsunął się od niego, robiąc przejście do wyjścia. Czyżby zagrożenie minęło?
— Pomożesz mamie. Prawda? On pomoże mamie. Będzie dobrze. Prawda? Musi być.
— Niech zrobi pożytek, to świetnie się składa. Przekaż mamusi, że jak tylko dojdzie do siebie, ma wracać do roboty. Rozumiemy się? Ah, i wieczorem widzę Cię z towarem. Tylko nie spierdol tego. — Rozczochrał jej posklejane włosy, zerkając ostatni raz na medyka. — Dowiem się po co tu naprawdę jesteś. Cokolwiek zrobisz...Daję wam pięć minut na wyniesienie się stąd. Ah, skarbie, przyprowadź mi go potem. Zrozumiano? — I zniknął wchodząc do salonu, zostawiając dwójkę sobie.




Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.

                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 15:37  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
Sposób w jaki ten mężczyzna zwracał się do dziewczynki budził w nim odrazę do jego osoby. Widać było, że to paskudny typ. Cholera. Ohydny z wyglądu, jak i zachowania. Pieprzony dziad. Ale widać było, że ma coś do tej małej. Mimo tego, jak ukazywał to, co do niej czuje, z pewnością nie była to tylko partnerska relacja dealer-dostawca, czy czymkolwiek oboje się zajmowali. Na pytania dziecka nie odpowiedział, bo wiedział, że i tak już nie ma wyjścia. Skinął tylko głową tak, że mogła to zauważyć.

- Zaprowadź mnie do twojej mamy zatem - skierował się do nowej towarzyszki swoim zimnym, bezemocjonalnym tonem. Cholera. Co to w ogóle miało być? Jakich panów? To ludzie już dzielą się na rasę panów i rasę… nie wiem czego… Sługusów potrzebujących pomocy? Gdyby Rem przejmował się takimi sytuacjami, już dawno stałby tam wkurwiony, umazany we krwi swojej i tego dziada zapewne.

Swoją drogą, tak, zauważył że to dziewczynka uratowała starego dziada przed wielkoludem i tak, zauważył też to, że nie uratowała go bez powodu. Gdy tylko dziewczynka minęła go, prowadząc do matki, Arthur ruszył za nią wolnym krokiem, rozglądając się po okolicy. Było ciepło i słonecznie. Uwielbiał taką pogodę. Choć mogłoby być trochę chłodniej. Z całą pewnością pozwoliłoby mu to na picie mniejszych ilości wody.

- Wiesz, też kiedyś z kimś pracowałem - zaczął, dosyć manipulacyjnie, jak to miał we krwi, choć nie było tego słychać. Nie miał pojęcia jak rozmawiać z dziećmi, więc rozmawiał z nimi, jak z dorosłymi ludźmi. W końcu czym dziecko różni się od dorosłego? Prawie niczym. Też są ludźmi i powinno się traktować je poważnie, jak ludzi właśnie.
- Co tak właściwie robisz dla niego i co przenosisz, że jesteś taka cała okaleczona? Jak pomogę twojej mamie, będę musiał się zająć też Tobą. Nie możesz biegać taka podrapana, bo mamusia nie będzie już mieć do kogo się uśmiechać - mogło to zabrzmieć dosyć… nieprzyjemnie z jego ust. Jak groźba. Jednak oczywistym jest, że tym nie była ta wypowiedź. Chciał ostrzec dziewczynkę, że takie rany mogą skończyć się tragicznie.
- Może powiesz mi co stało się twojej mamie? - zapytał jeszcze z typowego dla jego zawodu zboczenia. Nie mógł się doczekać, aż w końcu położy łapy na kimś, komu może pomóc tak naprawdę. Pytanie tylko czy ma do tego sprzęt i leki? Cholera… Byleby nie było to coś, czemu nie da rady z technologicznego i ekwipunkowego punktu widzenia. Bo wiedzę to on ma… Oj ma i to wielką.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 16:49  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Czekanie na ponowne pojawienie się gospodarza mogło okazać się zgubne, a dziewczę nie chciało narażać się na jego gniew. Zresztą, pomoc ukochanej mamusi była zadaniem priorytetowym i nie mogła czekać wiecznie. Nie, kiedy wiedziała, że to od niej zależy przetrwanie jej rodziny. Niemal złapała Arthura, by pociągnąć go w odpowiednim kierunku i nakierować, którędy będą iść. Przemierzanie ulic nie stanowiło dla niej żadnego problemu. Niewielki wzrost pozwalał ukryć się wszędzie, a przechodzenie przez zamieszkane rejony okazywało się niesamowicie łatwe. Na ich szczęście nasz pan, mający te słynne 210 cm wzrostu, nie musiał próbować skrywać się w cieniu. Wydawało się, że nikogo oprócz nich na ulicy nie ma. Owszem, prowadziła ich przez te bardziej zrujnowane, mało uczęszczane drogi. Mniejsze ryzyko na natrafienie niechcianych problemów.

To niedaleko. Dojdziemy raz-dwa — stwierdziła w pewnym sensie podekscytowana. Kto by się spodziewał, że jedna informacja potrafiła aż tak zmienić nastawienie człowieka? Pojawienie się Arthura podsyciło w tej małej duszy płomyk nadziei na lepsze jutro. Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze. Ludzie z reguły bardziej ufali lekarzom czy wojskowym. Taka już była ich natura. Poczucie bezpieczeństwa, ochrony zdecydowanie robiło swoje. Ale tu...Tutaj prędzej zyskasz uznanie jako diler albo podając się za wyrzutka-doktora. Dla wszystkich tych, którzy przybywali z Miasta, nie było tu miejsca.

Rybka złapała haczyk, obracając głowę ku ogromnej postaci kompana. W jego cieniu musiała wyglądać komicznie, ale wcale nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie. Może i wyglądał dość strasznie, brzmiał równie okropnie, ale pomoże mamie. To w końcu było najważniejsze! Dlatego uważnie wysłuchała co miał do powiedzenia, kiwając delikatnie głową, zastanawiając się czy może powiedzieć mu o to i owo. Na wzmiankę o opatrywaniu jej samej wzdrygnęła się marszcząc czoło.
Nic mi nie jest. To tak zawsze! Czasami zaplątam się w jakiś drut albo gdzieś utknę, ale bez obaw! Wujek Oshiro zawsze mi pomoże. Przychodzę do niego, niedaleko jego posterunku. To tak chyba się nazywało...Oh, nie wiem. Ale! Dostaję od niego ciastka, chleb, czasami czystą wodę. Jest naprawę fajny. Wpuszcza mnie raz na jakiś czas do miasta, kiedy nikt nie widzi, bym mogła zdobyć dla mamy leki i odpracować nasz dług. Drugi wujek też nie jest zły, ale...jest bardzo surowy. Mama wisi mu sporo pieniędzy, tak właściwie tata, ale taty nie ma. Odkąd mama zaczęła chorować, pomagam mu w jego "interesach". Oh... — Zakryła wierzchem poharatanej dłoni usta, w pewnym zdziwieniu, jak wiele powiedziała naraz. Tak bardzo brakowało jej czegoś nowego, wyjścia do ludzi, a tutaj pojawił się on - jedyny ratunek i kompan, z którym mogła porozmawiać. Skoro był lekarzem, musiał być dobry. Tamten nie był. Ale ten jest. Prawda?

Zanim odpowiedziała, zastanowiła się chwilę. Odgarnęła z twarzy jasne kosmyki, zatrzymała się na chwilę, rozejrzała, a potem ruszyła z powrotem.
Coś jej się stało w nogę. Taka bardzo brzydka rana. Było dobrze, chodziła do pracy, ale potem mówiła, że się źle czuje. Jej noga zrobiła się...taka...kolorowa. I nieco zaczerwieniona. Tak bardzo ją bolało, że musiała zostać w domu! A potem chyba się przeziębiła, bo ciągle kaszle, ciąga nosem i nie ma na nic siły. Chyba ma też gorączkę. Tak twierdzi. Ale nie wiem. To częste, w końcu łatwo się przeziębić. Ale długo nie mija. Możesz jej pomóc, prawda? — zapytała z nadzieją w głosie, odwracając się, by wpatrzyć się w Arthura. Zadzieranie głowy nie służyło jej dobrze, ale mniejsza o to! Wszyscy patrzyli na nią z góry.

W końcu dotarli do całkiem przyzwoitego budynku, choć wewnątrz nie wyglądał zbyt ciekawie. Ściany popękane, miejscami jakaś pleśń...chyba pleśń, albo grzyb? Oh, nieistotne. Dziewczynka wkroczyła do środka, ostrożnie otwierając drzwi. Cichutko, bez słowa przeszła do bocznego pokoju, by zastać na poszarpanym materacu bladą jak trup kobietę. Leżała przykryta jakimś starym kocem, ale na widok córki uniosła się. Podkrążone oczy świadczyło o braku snu przez ostatni czas, a sama prezentowała się dość mizernie.
Mamo! Mamo, zobacz. Ten pan jest lekarzem. Pomoże Ci, wiesz? Mówiłam, że dam sobie radę. — Dumnie oznajmiła, siadając na podłodze obok materacu, spojrzała na medyka, uśmiechając się delikatnie.
Mitsui do diabła...gdzież Ty znowu się podziewała? Mówiłam...nie...ah, do grobu mnie wpędzisz, skarbie — jęknęła wyraźnie zmęczona, zaraz również zwracając uwagę na ich gościa. — Nie mamy pieniędzy. Proszę wybaczyć córce za to zawracanie głowy...





Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 17:14  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
Byłby roześmiał się, gdyby nie fakt, że nie potrafi takich rzeczy. Fakt, faktem brakowało mu tego w niektórych sytuacjach. Na przykład w takich, jak ta, gdzie mała dziewczynka wygadała mu za dużo rzeczy. On kiedyś też taki był. Gadatliwy, roześmiany i poniekąd szczęśliwy, no i nieświadomy tego, co tak naprawdę go otacza. Ta dziewczynka nie wiedziała, że w rzeczywistości jest wykorzystywana przez tego człowieka. I nie mówię tutaj o Arthurze, bo nasz kochany Rem jest jedynie wędkarzem szukającym informacji od małych, głupiutkich rybek.

- Nic się nie stało. Nie powiem mu - przyłożył palec wskazujący do ust, pokazując, że będzie trzymać gębę na kłódkę, aby dziewczynka nie musiała się niczego bać. Chciał, żeby była spokojna. W końcu nie jest winna tego koszmaru, który spotkał ją na tym świecie. Ich świecie bądź, co bądź.

- Oczywiście, że jej pomogę - jego głos stał się odrobinę cieplejszy z zamiarem pocieszenia młodej towarzyszki. W rzeczywistości nie brzmiało to tak dobrze, jak chciał, żeby jej się wydawało. Brzmi jak martwica albo gangrena. Gdyby noga nie robiła się tęczowa to może i mógłby ją uratować, ale w tym wypadku brzmi to jak okazja do amputacji kończyny, co w obecnych czasach, dla ludzi spoza murów brzmi jak skazanie na śmierć. Chyba, że Arthur zdoła w jakiś sposób skonstruować choć podstawową wersję protezy dla tej biednej kobiety. W końcu nic go to nie kosztuje, a najważniejsze części ma ze sobą w podwojonej ilości właśnie w razie takich przypadków. Jedyne, czego będzie potrzebować to coś na wzór stopy i pręt, które będzie to wszystko trzymał. Ale z całą pewnością znajdą to tutaj. Ale to jeszcze nie czas na to.

Gdy tylko weszli do czegoś, co możnaby nazwać mieszkaniem, oczom Rema ukazał się przykry widok matki przybitej do łóżka. Skłonił się z szacunku i rozejrzał jednym okiem. Wyglądał prędzej, jak jakiś najemnik albo windykator długów, który przyszedł odebrać należność. Gigant w końcu podszedł bliżej łóżka, zdejmując plecak.

- Nie potrzebuję Pani pieniędzy, za to Pani potrzebuje mojej pomocy - odpowiedział od razu - Doktor Arthur Rembrandt Minamino, zajmę się Panią i Pani córką, jeśli nie ma Pani nic przeciwko - w zasadzie to nie mogła mieć nic przeciwko, bo pomógłby jej i siłą. Jeśli kobieta była czymś przykryta, odkrył jej nogi, po czym przyjrzał się tej “kolorowej”. Cholera. Faktycznie. Chyba będzie trzeba coś z nią zrobić.
- Jeśli Pani pozwoli - przyłożył wtedy gołą dłoń do jej czoła. Rozpalona. Musiało wdać się zakażenie, być może już jest w takim stanie z którego nie będzie powrotu. Ale skoro nadal kontaktowała ze światem to była nadzieja.
- Będziemy musieli temu zaradzić. Mam nadzieję, że nie boi się Pani igieł - spojrzał wtedy na kobietę, po czym skierował się do małej:
- Będziesz mi potrzebna. Nie bój się, mamie nic nie będzie. Będziesz chciała mi pomóc?
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.02.20 20:59  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Pomimo obecnego życia, to było wciąż dziecko. Doświadczone w pewien sposób, a zarazem tak bezbronne i naiwne. Pamiętające o pewnych zasadach życia czy raczej przeżycia, jednocześnie dając się nieraz ponieść dziecięcym marzeniom i pragnieniom. I jak tu żyć w zgodzie z samym sobą? Zastanawiające było jak ta samotna matka wychowywała swą córkę, że ta mimo przeciwności i ryzyka wszystkiego co miała, potrafiła uśmiechnąć się wesoło i żyć życiem chociaż minimalnie podobnym do rówieśników. Tego szczerego, dziecięcego uśmiechu nie dało się podrobić w żaden sposób. Może Rembrandt powinien brać nauki od dziewczynki, póki jeszcze tu jest? Ah, przypuszczam, że nie zakończyłoby się to jakoś specjalnie miło dla jednej ze stron.

Obycie się z dziećmi stanowiło ciężki orzech do zgryzienia. Szczególnie dla kogoś pokroju Arthura. Może kiedyś, jeszcze przed tym tragicznym wypadkiem, szalałby razem z nią, wypuszczając na świat całą falę pozytywnej energii. Może kiedyś, byłby świetną opiekunką do dzieci, z cudowną do nich ręką...Może kiedyś...Ale nie teraz.
Mimo to odniósł połowiczny sukces. Nie wiedziała co dokładnie dolega matce, lekarzem nie była ani nigdy nie miała przymusu udzielenia komuś pierwszej pomocy. Owszem, krew nie była dla niej nowym widokiem. Widniała na niej, co Minamino zauważył przy pierwszych minutach ich spotkania. Kwestia pomocy przy opatrywaniu była więc w pewien sposób do rozwiązania.

Kobieta była zaskoczona, aczkolwiek ciężko było zauważyć to na jej twarzy. Zmęczenie, wycieńczenie organizmu dawało boleśnie w kość, sprawiając, że momentami odpływała nie wiedząc co wokół się dzieje. To właśnie wtedy ta mała spryciula znikała w poszukiwaniu środków do pomocy dla matki, za co (gdy już odzyskiwała siły na tyle) dostawała srogą reprymendę. Nawet w tak ciężkim stanie martwiła się o swoje jedyne oczko w głowie. Co by zrobiła, gdyby ją straciła? Nawet nie chciała o tym myśleć, dopuszczać do świadomości myśl, że mogłaby ją stracić, albo że to ona mogłaby stracić ją. Co gorsza! Zostawienie dziecka na pastwę okrutnego losu było tak okropną wizją, że aż wewnątrz ściskało jej serduszko.

Nie protestowała, przymykając oczy na chłód dłoni mężczyzny. Wydawała jej się ogromną ulgą w tym piekle. Wciąż nie mogąc uwierzyć co tu się dzieje, otworzyła delikatnie powieki, próbując wyłapać twarz tego zacnego człowieka. Westchnęła ciężko, zostając w całkowitym bezruchu. Jakby to jeszcze od niej zależało. Chciała pomocy, ale wizja kolejnych długów przytłaczała. Powiedział, że nie chce pieniędzy. Oh, to czego chciał? Na tym świecie niczego nie dostaje się za darmo. Musiał być jakiś powód, dla którego postanowił wesprzeć rozbitą rodzinę w możliwy sobie sposób.
Dziękuję...Nie wiem jak się Panu odwdzięczymy...Nie, naturalnie. Gorsze rzeczy się już przeżyło. — Nawet teraz próbowała wymusić coś na wzór humorystycznej życzliwości, z słabym efektem. Za to per Mitsui momentalnie przysunęła się bliżej, ciekawsko zerkając to na nogę, to na doktora. Faktycznie, nie wyglądało to za dobrze, choć dziewczynce kojarzyło się nieco z tęczą z przewagą brązu i czerni wokół jednego punktu. To właśnie tam wskazała palcem, przekrzywiając nieco głowę.
O, tutaj. A potem nabrało kolorów, tak jak teraz. To coś groźnego? — Spojrzała na niego, opierając dłonie na kolanach. Nabrała nieco powagi, wyczuwając, że coś się święci. Oprócz charakterystycznych kolorków można było dostrzec obrzęk. Cóż, niestety, wstępna diagnoza okazała się jak najbardziej trafna. Jedynie zostało przekonać się jak głęboko sięga martwica tkanek. Niezdająca sobie z tego sprawy dziewczynka, pokiwała energicznie głową, niemal przegryzając wargę zębami. Oczywiście, że się bała o mamę! Wierzyła, że będzie dobrze, w końcu przyszła z NIM. Na pewno im pomoże!
— Co mam zrobić?







Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 9:32  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
Odwdzięczyć się? Kobieto, chcesz wytrącić naszego giganta z równowagi? Nie ma mowy o odwdzięczaniu się, jakim kolwiek odwdzięczaniu się, naprawdę. Ta pomoc miała być bezinteresowna i będzie bezinteresowna. Nieważne, co nie miałoby się stać, wszystko musi być dobrze zrobione, a to jest najważniejsze, nie czas na myślenie o nagrodzie, bo nie o to się tutaj rozchodzi. Dziecko musi mieć matkę, nie może wychowywać się samo.
Arthur cały czas przyglądał się nodze matki. Niestety wielce prawdopodobnym będzie, że nogę trzeba będzie odciąć, a to wcale, a wcale nie będzie przyjemną wiadomością zarówno dla matki, jak i młodej. Trzeba będzie jakoś odwrócić uwagę dziewczynki.

- Słuchaj, mała, znajdź mi jakiś pręt, gruby taki, okrągły. Gdzieś na taką o długość - pokazał wtedy rękoma o jaką dokładnie długość mu chodzi - No idź, idź. - gdy dziecko opuściło “mieszkanko” w poszukiwaniu przedmiotu, mężczyzna zbliżył się bardziej do kobiety, mówiąc półszeptem.

- Co się tu dzieje? Jak się to Pani stało? I w ogóle, jaki dług macie? Pieniężny? Czy może ktoś dał słowo, które nigdy się nie spełniło i teraz musicie spłacać ten dług w najgorszy możliwy sposób, służąc jakiemuś śmieciowi? Wysługuje się dzieckiem, do jasnej cholery. Wiem, że ten świat rządzi się własnymi prawami, ale to jeszcze dziecko.

Powiedział do kobiety, brzmiąc dosyć groźnie. Wiedział, że jeśli skonstruuje dla niej protezę to i tak jej ją zabiorą przez ten cholerny dług. A żeby faktycznie pomóc temu biednemu dziecku nie wystarczyło uleczyć mamusi i zabandażować jej rączek. Tutaj chodziło o głębszy problem. Tylko dlaczego Arthur się tak bardzo w to wszystko zaangażował? W zaledwie chwilę przywiązał się do jednego biednego dziecka, przedstawiciela licznej grupy dzieci wykorzystywanych do okropnych celów dorosłych. Od razu nasuwa się pytanie, czy warto się w to wszystko angażować? Nie miał rozwiązywać problemów za nich, miał tylko dać szybką, medyczną pomoc i iść dalej, dopóki ktoś nie będzie kazał mu zawrócić albo nie zgarnie go jakiś patrol, czy cokolwiek innego. Był wykształconym medykiem i bioinżynierem. Wiedział, że większa krzywda mu się nie stanie, bo ludzi takich jak on potrzeba wszędzie, a jest ich niewielu. Nie ma co odbierać kolejnej szansy na powrót do zdrowia przez głupią zazdrość.
- Czemu nikt wam jeszcze nie pomógł? Kim właściwie jest ten facet? - dorzucił jeszcze kilka pytań, gdy tylko kobieta odpowiedziała mu na poprzednie, nawet jeśli nie odpowiedziała to i tak je zadał. Chciał się dowiedzieć dosłownie wszystkiego.

Gdy tylko kobieta wytłumaczyła mu wszystko, zbliżył się jeszcze bardziej, kładąc rękę na ramieniu kobiety i wlepił jej oko w jedno z oczu, i zaczął mówić bardzo spokojnym, ciepłym głosem:

- Niestety, mam złą wiadomość. Zaradzę wszystkiemu, co panią spotkało, ale jednej rzeczy nie zaradzę. Straci Pani nogę. Spokojnie, nie będzie boleć, proszę mi zaufać. Będzie się trzeba przyzwyczaić, ale proszę się nie bać, po to właśnie wysłałem młodą, żeby móc pomóc Pani jeszcze bardziej. Będzie mogła Pani chodzić. - zapewniał ją wyuczonym już tonem. Był pewnym swego lekarzem i było to po nim widać. Widać było, że wie co robi.i to jest najważniejsze dla pacjentów. Czuć zaufanie, a on z całą pewnością je wzbudzał.
- Jednakże, wpierw trzeba uregulować wasz dług, aby nie odebrali Pani tej nowej, sztucznej nogi, albo co gorsza drugiej. Jak wysoki macie dług? Może temu zaradzę. Na pewno nie jest wielki, bo i skąd macie wziąć tutaj pieniądze? - zapytał pod koniec. Naprawdę chciał im pomóc i wiedział także, że wróci tu jeszcze kiedyś, żeby sprawdzić, czy wszystko poszło zgodnie z jego nowym planem. Wszystko przez tę małą dziewczynkę, którą spotkał. Cholera jasna.
                                         
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
Rembrandt
Mieszkaniec M-3
 
 
 

GODNOŚĆ :
Arthur Rembrandt Minamino


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.02.20 11:32  •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
 
W poszukiwaniu sensu

 
Wychowywanie się bez obojga rodziców musiało być straszliwe dla dziecka. Niemożliwym jest wyobrażenie sobie tego bólu i rozpaczy, szczególnie, gdy wcześniej miało się kochającą rodzinę - wspaniałą i poświęcającą się matkę, dom - mimo iż w gruzach, a nawet jako tako przyjaciół. Zniknięcie wszystkiego, co było dla tej małej duszy najważniejsze, mogło jedynie poprowadzić ją ku rychłemu upadku. Ścieżka mroku, przepełniona bólem...Coś, co doskonale znasz, prawda? Może nie do końca tak dobrze, ale wiesz i czujesz, że coś w Tobie pękło. Zmieniło się nieodwracalnie i już nigdy, przenigdy nie będzie tym samym Rembrandtem.

Dziewczę uważnie przyglądało się i wysłuchiwało wytyczonych instrukcji. Poderwała się, kiwając energicznie głową, dłońmi pokazując dla siebie raz jeszcze wymaganą długość prętu. Wśród gruzów widywało się wiele żelastwa, pozostałości po szkieletach domów, wszelkich instalacji, albo jakieś naznoszone przez ludzi graty. Opcji było wiele, więc lada moment, a wróci do nich z potrzebnym elementem do prowizorycznej protezy. Pozostało jedynie znaleźć ten o odpowiedniej długości. Nie za krótki, nie za długi. A że była dzieckiem, uwielbiała przekształcać wiele rzeczy na wzór zabawy. Musiała odnaleźć ten jedyny, doskonały! Jakżeby inaczej? Pośpiesznie wybiegła z pomieszczenia, uśmiechając się pod nosem na myśl o przydaniu się na coś.

Zanim kobieta odpowiedziała, spojrzała wpierw na wyjście, odczekała moment, a potem westchnęła głęboko, uciekając w bok wzrokiem. Skąd wiedział? Przecież...ah. Ona mu powiedziała. I wszystko robiło się jasne. Początkowo nie chciała mówić, zostawić jego słowa w powietrzu, potem zdała sobie z pewnych faktów. Należały mu się wyjaśnienia choćby ze względu na udzieloną pomoc. Ostatecznie wgapiona w jeden punkt na suficie zaczęła powoli, spokojnie opowiadać.

To nie takie proste...Długa historia i...ahh, nie wiem od czego zacząć. Wybaczy Pan, ale, to wszystko się nakłada i miesza, i...Mój mąż, świętej pamięci, był żołnierzem. Doskonale pamiętam dzień, w którym go spotkałam. Służył w SPECU. Był bardzo cenionym człowiekiem, miał wielu przyjaciół. I wszystkim, ale to wszystkim pomagał. Bez wyjątku. Poświęcał się całym sercem, mimo, że jego zadaniem było eliminować zagrożenie. Mordować tych, których kazał mu rząd. Tak mi tym imponował...Był niesamowity, naprawdę. Niesamowicie dobrym człowiekiem. I wśród tych przyjaciół był jeden, najbliższy mu, Shiroma. Wie Pan, jak to jest. Przyjaciele od kołyski, powiązani przeznaczeniem. Do rzeczy... — Złapała głębszy oddech. Opowiadanie męczyło ją, ale im bardziej zagłębiała się w historię, tym bardziej skupiała się na jej przekazie. Na tym, by lekarz zrozumiał co mówi. Chwilowo przestała zwracać uwagę na cokolwiek innego, przymykając oczy. — To była misja, jedna z tych groźniejszych. Wymordowani atakowali posterunki wojska i ostatecznie ktoś wysłał ludzi do zrobienia z nimi porządku. W tym mojego męża i jego przyjaciela. Oni...zostawili go. Zostawili go na pastwę losu, kiedy został cholernie ranny. Mógł tam umrzeć, gdyby nie Shiroma. Mogłam go stracić. Jako jedyny został z nim. Jednak...Zaraził się. Mój mąż i jego przyjaciel. Zarazili się tym paskudnym wirusem, który nęka nas wszystkich. Nie mogli zostać w Mieście. To pewna śmierć. To, co robią z takimi u nich...Ah...A ja...ruszyłam w ich ślady. Kochałam go, rozumie pan? Nie mogłam go zostawić. Nie mogłam. — Kobiecy głos załamał się rozpaczliwie, zaraz potem kontynuując. — Potem było tylko gorzej. Cierpiał. Nie potrafił walczyć z tym. Próbowaliśmy, starałam się mu pomóc. Wtedy urodziła się Mitsui. Wszystko szło pod górkę i w pewnym momencie on całkiem oszalał. To te szaleństwo doprowadziło go do śmierci. A Shiroma...wypiął się na niego. Uznał, że jest mu dłużnikiem do końca życia. Przez nas stracił wszystko. Najbardziej ubolewał nad swoją przyszłością, tak dobrze spisywał się w wojsku, był świetnym żołnierzem. Jednym z lepszych, których znam. Chcieli go awansować. Wszystko...wszystko przepadło. Tego długu nie da się wyregulować. Nie zwrócimy mu...niczego. — Ciężkie westchnięcie przecięło kolejny raz powietrze, kiedy matka dziewczynki skończyła opowiadać pierwszą część całej historii. Pominęła fakt w jaki sposób spłacali mu dług. W końcu to widział. Pracowali dla niego. Jak inaczej? Co niby mogli dać w zamian? Nie mieli nic. Kompletnie nic. A ona wolała to, niż oddać mu córkę. Jedyną pamiątkę po miłości swojego życia i przyczynę walki o przetrwanie.

Ja wiem...wiem. Ale nie mogę nic z tym zrobić. To potworne jak bardzo to na nas ciąży. I to sumienie...ciągle nie daje spokoju. A to, cóż...Powiedzmy, mały wypadek przy pracy. Czasami po okolicy krążą agresywne, głodne psy i...nieważne. Nieistotne. — Skończyła temat, zastanawiając się ile zajmą młodej poszukiwania. I po co tak właściwie mężczyzna wysłał ją po pręt? Rozumiała, że był to jeden z sposób na odciągniecie jej uwagi, by móc dowiedzieć się tego i owego. Ale czemu akurat drut?

Przywiązanie stanowiło najgorszą broń na świecie. Wystarczył jeden, błędny krok, by stracić wszystko. A wraz z tą stratą pojawiała się pustka. Do rzeczy, do ludzi, do zwierząt. Wszystko to kiedyś przemijało. Arthur dobrze odczuwał to jako coś niepotrzebnego i niewłaściwego. Lekarz nie powinien przywiązywać się do pacjentów, którzy równie dobrze mogli umrzeć pod jego skalpelem. Desperacja może i nie była szpitalem, gdzie warunki były o niebo lepsze, ale było czymś na rodzaj małego piekła. Tutaj każde życie nie było pewne. Przeżycie kolejnego dnia stanowiło zagadkę, istne koło fortuny. Po co więc zawracać sobie tym głowę? Po co samemu skazywać się na późniejsze cierpienia? Czy aż tak bardzo tego pragniesz, Rembrandt?

Nie jesteśmy tu mile widziani. W końcu, pochodzimy z miasta. Mój mąż zamordował tu w mundurze niejednego ojca, matkę czy syna. Siłą rzeczy...ciężko było o pomoc. Brak funduszy do życia wcale w tym nie pomaga. Ah..czyli, spotkaliście go. To własnie Shiroma. Od czasów ucieczki bardzo się zmienił — stwierdziła cicho, kiedy nagle zamarła na pierwsze słowa mężczyzny.

C-co...? — wyrzuciła z siebie cichy, krótki jęk, próbując wszystko przyswoić. Przemielić w swojej głowie. To nie mogła być prawda. Jak...jak ona teraz poradzi sobie z tym wszystkim? Musiała jakoś ich utrzymać, jej córka nie będzie w wieczność poświęcać siebie, a ona pragnęła dać jej chociaż namiastkę dzieciństwa. Przełknęła ślinę, otwierając szerzej oczy. Nie wiedziała co powiedzieć, ale jej twarz przemawiała sama za siebie. Zdradzała czyste przerażenie. Oddech. Oddychaj. Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
Złapała delikatnie za dłoń Arthura, kiwając lekko głową. Rozumiała to. Musiała się z tym pogodzić. Rozpacz i łzy nic tu nie dadzą. Nie pomogą wrócić do normalności życia, nie uratują rodziny przed katastrofą.
Nie ma...nie ma innej opcji, prawda? — Zrezygnowanie odbijało się w jej nieco załamanym głosie, ale trzymała się dobrze. Bardzo dobrze, jak na taką wiadomość. Chyba faktycznie mężczyzna wzbudzał zaufanie na tyle mocne, by odpuściła czarne scenariusze tej możliwości.
Tylko proszę...Niech ona tego nie widzi. Proszę. — Przetarła dłonią twarz, stale myśląc o swej małej córeczce. Jak zareaguje na tę wiadomość? Obawiała się o to, ale dopóki mieli siebie, nic nie było straszne. Będzie dobrze.
Nie zrobiłby tego. Mimo wszystko ma pewien...szacunek? Sentyment? Nie wiem. Jest surowy i w większości nie interesują go cudze problemy, ale Mitsui potrafi wzbudzić w nim pewne uczucia. Nie zrobiłby tego choćby na wzgląd na nią. Nie wiem, czy da się w jakikolwiek sposób ten dług uregulować, ale może...gdyby pan z nim porozmawiał potem? Z córką. Ona wie jak z nim rozmawiać.






Informacje:

Deadline: Brak.
Czas i warunki pogodowe: Wczesne popołudnie. Słonecznie.
Dialog:
Mitsui
Matka dziewczynki
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie   •  Ulica - Page 5 Empty Re: Ulica
                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach