Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 16 1, 2, 3 ... 8 ... 16  Next   

(S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Fucker on Nie Gru 08, 2013 10:24 pm
(S) Zniszczony plac koszar

UWAGA TEREN SKAŻONY WIRUSEM X!

Spoglądając na to miejsce, mogłoby się wydawać, że już dawno odeszło w niepamięć. Ciche. Odcięte od cywilizacji. Niemal doszczętnie zrujnowane. Spacer wśród gruzów budynków, które niegdyś służyły żołnierzom, nie jest zachęcającą formą spędzania wolnego czasu. Ponadto trzeba uważać, by się nie potknąć i nie rozwalić sobie głowy o pierwszy lepszy kawał betonu. Ponadto nie ma tu żadnej zieleni. Niegdyś przydatny plac, teraz jest zaledwie wspomnieniem po świecie, który skończył się już dawno temu. Aczkolwiek wciąż można spotkać tu mieszkańców Desperacji – z tym, że o wiele lepiej modlić się o to, by osobiście na żadnego z nich nie wpaść, jeżeli nie ma się świadomości tego, w jakich celach na ogół odwiedza się ów skrawek ziemi. Można być jednak pewnym, że nikt nie będzie zwlekał z wyjaśnieniami.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5290

Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Pią Gru 13, 2013 8:18 pm
Bum bum. Bum bum. Bum.
Nie była pewna, ile zeszło jej na morderczym i szalonym biegu przez nieznaną krainę. Godzina? Dwie? A może to było zaledwie piętnaście minut? Niezależnie od czasu, który spędziła, wyciągając chude nożyny przed siebie i próbując jak najbardziej desperacko oddalić od domu Fuckera, był to czas, kiedy uspokajała nerwy. Ramię bolało jak cholera, zwłaszcza, że nie była ani trochę przyzwyczajona do gryzienia (ciekawe czemu) i wszystko, co wydarzyło się jednego dnia było dla niej bardzo przeciążające. Kaszląc i starając się jakkolwiek złapać oddech, zatrzymała się, a właściwie potknęła o własną stopę, lądując twarzą w kupie pyłu i piachu. Mokre ślady na policzkach zmieszały się z grudami ziemi, brudząc jej twarz; krew, znikomo już sącząca się z dwóch rozcięć na ramieniu również stworzyła z błotem obrzydliwą papkę, co doprowadziło Verne do jeszcze większej rozpaczy. Nie miała pojęcia gdzie jest, jak powinna skontaktować się z kimkolwiek. Pociągnęła nosem, podnosząc się z pozycji płaskiej do klęczek i rozglądając się ostrożnie po okolicy. Pusto i cicho jak makiem zasiał; nie widziała nawet najmniejszego śladu życia i nie wiedziała, czy to dobry, czy też zły znak. Obrzuciła niebieskim, czystym spojrzeniem zawalone i poopuszczane budynki, wciąż dusząc się i przyciskając chudą pięść do piersi; wolną pokaleczoną od jakichś kamieni i szkiełek wyciągnęła z kieszeni telefon, sprawdzając na zakurzonym wyświetlaczu, że zasięg wynosił zero kresek.
... chyba sobie żartujesz. – Jęknęła, rozglądając się po okolicy i wpychając urządzenie do plecaka. W duchu powtarzała sobie, że będzie dobrze, wstając z ziemi i rozglądając się za jakimkolwiek miejscem, gdzie nie będzie jej tak zimno i beznadziejnie. Zakryła usta brudną dłonią, przełykając kwaśną ciecz, która napływała jej do ust ze strachu; ostatnie, czego chciała to odruchy wymiotne. Zdjęła z obolałego ramienia plecak, chwiejnie ruszając w kierunku jednego ze zrujnowanych do reszty budynków, którego dolne ściany ostały się w jako takim stanie; tam usiadła na jednym z większych kamieni, opierając łokcie na kolanach po prostu schowała twarz w dłoniach. Coś było nie tak. Głowa bolała ją od siedzenia w tym miejscu, żołądek odmawiam posłuszeństwa i najwyraźniej miał poważne sprzeczki z jej obiadem, a na dodatek to serce. Bolało jak cholera!



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Fucker on Sob Gru 14, 2013 11:49 am
„To bez sensu, księżniczko!” – były to jedyne słowa, które mogła usłyszeć za plecami zaraz po tym, jak Ryan opuścił swoje skromne – choć jak na warunki Desperacji całkiem bogate – włości. Później nie dał już po sobie poznać, że przez cały czas podążał za jasnowłosą. Nie musiał się przy tym szczególnie wysilać. Przez krótki odcinek drogi pozwolił sobie na bieg, byleby tylko nie zostawić jej za dużo czasu na późniejszy odpoczynek. Wiadomo, że na tle nędzy i rozpaczy tego świata cholernie się wyróżniała, a o tym, że zdążył poznać już jej zapach, a do tego była strasznie głośna podczas przemieszczania się niekoniecznie trzeba było wspominać.
W duchu – którego już zapewne nie miał, ale tak się mówi – życzył jej tego, by wypieprzyła się na drodze albo żeby coś zastąpiło jej drogę i zmusiło do odwrotu. Przynajmniej nie musiałby zapuszczać się aż tak daleko. Zwolniwszy nieco kroku, rozejrzał się po okolicy, próbując doszukać się jakichś niepokojących ruchów. Nasłuchiwał także wszelkich odgłosów, które mogłyby dać mu znak, że dookoła przestało być bezpiecznie. Bezpiecznie dla dziewczynki oczywiście. Poza tym jeden potwór już za nią podążał, ale w kategorii podziałów w tej obskurnej krainie rodem z koszmarów zaliczał się do grupy, która nie widziała w każdym człowieku uciekającego steku, któremu nie można było się oprzeć. Był, można rzec, bardziej cywilizowany. Wirus nie wyżarł mu możliwości myślenia, kojarzenia faktów i nie pozostawił po swoim spustoszeniu jedynie instynktu przetrwania. Jednak wszystko wskazywało na to, że blondynka już to uznała za najgorsze, skoro zrezygnowała z bezpiecznego powrotu do domu z zaledwie niewielkim uszczerbkiem na zdrowiu.
No jasne, pewnie trzymali ją w jebanym pokoju wyłożonym materacami.
A gdy złamała paznokieć potrafiła przepłakać pół dnia, co?
Kolejna obserwacja terenu i zatrzymał się, nieruchomy wzrok wbijając przed siebie, a zarazem w kierunku, w którym zmierzała właśnie Winnie. Zaklął w myślach, bo zaraz dotarło do niego, że już po niej. Niedosłownie. Jej śmierć miała być powolna i bolesna. Chyba, że szarooki zlitowałby się nad nią i wykończył ją od razu. Prychnął pod nosem i wznowił ten monotonny pościg, ponowną przerwę zrobił sobie, gdy dziewczyna znalazła się w zasięgu jego wzroku. Była widoczna pośród pustego pola, usłanego jedynie gruzami. Do czasu aż nie postanowiła się ukryć. Wcisnął ręce w kieszenie, postawił krok przed siebie i znieruchomiał.
Coś wydało z siebie warkliwy, ale też nieco bulgoczący dźwięk. Coś, co już także zdawało sobie sprawę z obecności Verne w pobliżu i pewnie już zaczynało zbliżać się w jej kierunku. Poruszało się na czterech kończynach, było wychudzone, kręgi na wygiętych w łuk plecach wyglądały tak, jakby nie wiele brakowało im, żeby przebić się przez bladą i brudną skórę. Wydłużone zęby nie mieściły się już w paszczy mutanta, a brzydkie, ale wytrzymałe pazury zaszurały złowróżbnie o kawałek betonu. Dla blondynki ów stwór mógł być zaledwie przemieszczającym się cieniem. Przynajmniej dopóki znajdował się w dość dużej odległości, jednak czasu na ucieczkę najprawdopodobniej już nie miała.
Grimshaw cofnął się powoli o krok. Właściwie nic nie stało na przeszkodzie, by ją tu zostawić. Z drugiej strony jakiś dziwny impuls popchnął go ku temu, by zmienił kurs i tym samym zaszedł ją z innej strony. To właśnie zrobił. Postarał się przy tym nie rzucać się w oczy, a potwór i tak był bardziej zainteresowany świeżym kąskiem, niż chodzącą padliną.
Minęła może niecała minuta, nim w kompletnej ciszy znalazł się za jasnowłosą i wyciągnął ręce, którymi objął ją, z czego jedna z jego dłoni zasłoniła usta dziewczynki. Wtedy też rozległo się kolejne niezadowolone warknięcie. Coś było już blisko. Wlepiało w nich puste spojrzenie oczu, które pozbawione były białek.
Ani słowa. ― Rozkazał małej, wpatrując się w stworzenie, które jeszcze kiedyś mogło być człowiekiem, ale w praktyce już prawie wcale go nie przypominało. Oddychało w charczący sposób i właśnie ryło pazurami w ziemi, kręcąc się niespokojnie, niepewne swojego ataku. Jednak niewątpliwie się do niego przymierzało. ― Ruszysz się, a skończysz, jako jego danie główne ― wymruczał ciszej, a w tym czasie jedna z jego rąk zsunęła się z jej ciała. Musiał tylko sięgnąć do kabury, z której gwałtownie wydobył rewolwer.
To nie spodobało się mutantowi, który ryknął ostrzegawczo i wysunął głowę w ich stronę, prezentując pożółkłe, ale ostre zęby i kłapnął nimi. Możliwe, że obecność drugiego Wymordowanego przy łatwiej zdobyczy ujmowała mu pewności siebie. Może wyglądał bezmyślnie, ale tu każdy wiedział, że w koszarach zaciekle walczyło się o swoje.
Pstryknięcie.
Rewolwer został odbezpieczony. Na pewno daleko było mu do atrapy.
Huk wystrzału.
Zranione stworzenie ryknęło, gdy kula przedziurawiła jego bark i wycofało się, jednak nadal nie wzbudziło to w nim chęci ucieczki. Kolejny strzał, choć umyślnie nietrafiony sprawił, że potwór wziął nogi za pas, chociaż zapewne jeszcze miał tu wrócić. Albo przy odrobinie szczęścia kiedyś ponownie mógł trafić na blondynkę.
Może innym razem poznacie się bliżej. ― Jay nie brzmiał, jakby żartował. Zabezpieczywszy rewolwer wsunął go z powrotem na swoje miejsce. ― Teraz cię puszczę, a ty nie ośmielisz się ruszyć dupy z miejsca. Chyba, że chcesz się przekonać jak to jest zapieprzać z przestrzeloną nogą. Wierz mi, że boli jak cholera. ― Uniósł brwi i pokiwał głową, po czym ostrożnie odsunął się od jasnowłosej i usadowił się na większym odłamku budynku, wlepiając w niebieskooką spojrzenie pozbawione wyrazu. ― Pojebało cię? ― Brzmiał zadziwiająco spokojnie, ale nie było to pytanie, które powinno zadawać się dzieciom. Trzeba zrzucić to na brak podejścia wobec nich. ― Miałaś wrócić do domu, a przez twoją chęć na wieczorny jogging Ailen właśnie idzie tam bez ciebie. Szczerze wątpię, by miał ochotę wybrać się tam trzeci raz, żeby cię odprowadzić, ale pewnie zdążyłaś już zauważyć, że kiepsko dobierasz sobie przyjaciół. ― Wzruszył mimowolnie barkami. ― Game over, księżniczko.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5290

Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Sob Gru 14, 2013 2:28 pm
Od jakiegoś czasu coś było nie tak. Serce biło jej jak szalone, a oddech stawał się płytszy i bardziej ochrypły; prawdopodobnie była bardzo zmęczona, a słabe serce nie wyrabiało na takich obrotach, do jakich zmuszała je nie tylko wymordowana biegiem, ale na dodatek wystraszona Verne, której adrenalina skoczyła jej o całe sto procent. Obrzydliwy smród roznosił się po budynku, w którym siedziała, gdzieś widziała przemykające cienie, jednak sądziła, że na te standardy to nic nie znaczące robaczki, które po prostu urosły do dwumetrowych karaluchów-gigantów. Jak bardzo by się zdziwiła, gdyby dotarło do niej, że każdy ten potwór był człowiekiem. Może nawet takim jak ona. Winnie była świadoma (mniej lub bardziej, ale świadoma) całego skomplikowanego procesu, kiedy ktoś się zarażał wirusem. Wciąż miała przed oczami sylwetkę dziecka, które przeszło im pod nogami, kiedy razem z Ailen’em kierowała się do domu Ryan’a. I dopiero teraz zrozumiała, co zrobiła. Jak głupim trzeba było być, żeby w tak niebezpieczne okolice (czyli wszystkie tereny Desperacji) zapuścić się samemu? Odkaszlnęła cicho, zaciskając drobne rączki na materiale poplamionej na wszystkie możliwe kolory koszulki; oddychała ciężko, ale jakby… podwójnie? Zdecydowanie nie była sama. Wystraszone oczy o wielkich jak talerzyki źrenicach omiotły budynek, zatrzymując się w końcu na drzwiach, a raczej wyrwie w ścianie; jakaś pokraczna istota przemykała tam, charcząc i sapiąc, jednak zrozpaczona do granic możliwości dziewczynka miała - bądźmy szczerzy - wywalone na to, co się z nią miało stać. A raczej nie brała pod uwagę, że ten zmutowany i poskręcany potwór miałby zrobić sobie z niej cały zestaw obiadowy - na stołówkę to to nie wyglądało. Przeczesała skołtunione od wiatru włosy, zamykając oczy i słuchając nasilających się warkotów i chrapnięć; jednak nie były takie przyjazne, jak jej się wydawało na początku, a dziwne stworzenie wyraźnie do niej zmierzało. Lewe oko lekko się otworzyło, patrząc na Wymordowanego, który nie przypominał tych dotychczas spotkanej dwójki. Nie mówiło, a blondynka była zbyt wystraszona, żeby wydusić z siebie jakiekolwiek powitanie w kierunku nieznanej istoty.
Jęknęła cicho, wyciągając uspokajająco ręce w kierunku małego, pokracznego stworka i chwiejnie odwracając się, gotowa do ucieczki. W tym momencie jednak cichy krzyk został stłumiony przez silną, chłodną dłoń, która zakryła jej usta. Nie była pewna, czy to na pewno ta osoba, o której myślała, jednak wiedziała, że jest już w beznadziejnej sytuacji. I o ile Ai’a zdołała ugryźć, o tyle na dźwięk oschłego głosu mężczyzny wiedziała, że nie powinna robić żadnych głupstw. Niebieskie oczy wpatrywały się w obślinione i zmutowane do granic możliwości coś, co wyglądało na bardzo głodne. Aż było jej szkoda, że nie wzięła kanapek z domu Fuckera, bo może przyjemniej by było nakarmić to maleństwo niż… no właśnie. Co właściwie robić Grimshaw? Przełknęła nerwowo ślinę, oddychając ciężko i ochryple, wzrokiem wodząc naokoło i szukając jakiejkolwiek alternatywnej drogi ucieczki, kiedy Jay miał już ją puścić. A miała nadzieję, że prędzej czy później to zrobi - jakoś nie uśmiechała jej się kolejna dawka bólu, który przecież odczuwała tak rzadko, wychowywana jak księżniczka na ziarnku grochu. Luksus, czystość i ogólna wygoda nie pasowyły do tego, co reprezentowała sobą teraz; pobrudzone ubrania, włosy splątane w jedną kulkę jak kable od słuchawek, pozdzierana skóra na łokciach - gdyby mogła zajrzeć teraz w lustro, przestraszyłaby się bardziej, niż widoku rewolweru, kiedy uniosła główkę, by zobaczyć wycelowaną w potwora lufę. Oczy zaszły jej łzami, kiedy tuż nad uchem usłyszała głośny huk, a kątem dostrzegła plamę krwi na ziemi. Mimo wszystko strach przed mężczyzną paraliżował ją do tego stopnia, że nie była w stanie pisnąć. Drobne dłonie zacisnęły się w piąstki, kiedy kolejna kula została wystrzelona, a jej głowę rozsadził ryk zwierzęcia; nie chciała, żeby cierpiało. Oddychała szybciej, choć nadal bardzo płytko i boleśnie, słone krople ściekały po jej brudnej skórze, nawet nie była pewna, co mówi do niej ten dupek. Chciało jej się wymiotować po tym, co zobaczyła i z przyjemnością zwróciłaby wszystko na ubrania tego skurwysyna. Czując rozluźniający się uścisk, wstała chwiejnie i podeszła do uszczerbku w ścianie, gdzie jeszcze przed chwilą stało obrzydliwe stworzenie. Spojrzała pod nogi, nic nie mówiąc i dopiero, kiedy dotarło do niej drażniące przekleństwo, zerknęła niepewnie na Ryan’a, blednąc na twarzy tak mocno, że śnieg nigdy by tej bieli nie osiągnął. Królewna Śnieżka, co? Pociągnęła nosem, próbując z siebie cokolwiek wydusić, jednak każde słowo zdawało się grzęznąć jej w gardle. Jęknęła tylko niewyraźnie, opierając się o walącą i niepewną w swojej wytrzymałości ścianę; pusty wzrok błądził naokoło, aż w końcu rzuciła szeptem pytanie:
Co to było? – Błękitne oczy wwierciły się spojrzeniem w szare tęczówki szatyna, a drobne rączki wcisnęły się w kieszenie, szukając w nich telefonu. Może już da radę zadzwonić do rodziców, żeby ją uratowali z tego bagna? Tymczasem jednak, zaciskając palce wokół swojego super-duper wypasionego urządzenia mobilnego (ach, te rymy!), zaczęła już głośniej kontynuować całą rozmowę, której wolałaby z nim nie prowadzić.
Nie tak mocno, jak Ciebie. – Prychnęła, osuwając się na ziemię i siadając na jakimś płaskim kawałku betonu. Wyciągnęła chude nogi przed siebie, wysuwając ze spodni komórkę. Odblokowała ją kilkoma ruchami i mówiła, patrząc w ekran:
Jak Ty się w ogóle nazywasz? – Zignorowała tymczasowo wszystkie jego uwagi na temat beznadziejnej sytuacji dziewczyny, podnosząc wzrok. – Ai idzie teraz do domu? Nie zdąży już przecież. Rodzice powinni tam być, a wolałabym, żeby się z nimi nie spotkał. – Westchnęła ciężko, stukając w ekran i szukając kontaktów. W tym momencie rozległ się dźwięk wibracji. Niebieskie ślepia Verne błysnęły z radości, kiedy bez wahania nacisnęła zielony guzik i przyłożyła słuchawkę do ucha. Z głośników rozległ się zdenerwowany, kobiecy krzyk, którego nie dało się nie usłyszeć.
Winnie? Gdzie jesteś? Naprawdę poszłaś za mury? Dziecko drogie, wiesz, co właśnie zrobiłaś? Żyjesz w ogóle? HALO?! – Rozgorączkowany głos jej matki niósł się echem po budynku. I co miała odpowiedzieć? “Nic mi nie jest mamo, jakiś potwór prawie mnie zjadł, inny odjebał mi rękę i nie mam teraz jak wrócić do domu.”? Świetny pomysł!
Żyję. – Burknęła cicho, ocierając z policzków łzy, jakby bała się, że zezłoszczona do granic możliwości rodzicielka je zobaczy. – Niedługo będę w domu. – Mruknęła, patrząc znacząco na Grimshaw’a, który w jej mniemaniu był bardzo skory i chętny do odprowadzenia jej z powrotem. Żeby się nie zdziwiła.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Fucker on Nie Gru 15, 2013 11:32 am
Przynajmniej wiedziała, że nie powinna sobie pogrywać. Niechęć, która biła od niej wobec niego była dosadnie wyczuwalna, ale nie przejmował się nią. Nie od dziś było wiadomo, że strach budził reż respekt, a jemu w zupełności tyle wystarczyło. Dlaczego ktoś miałby pałać do niego sympatią, której i tak nie odwzajemniłby za nic w świecie? Nie istniała też najmniejsza szansa na to, by przejął się zdaniem kogoś, kto w gruncie rzeczy był dla niego obcy. Na dobrą sprawę nie przejmował się niczyim zdaniem, ale podobno bardziej bierze się do siebie to, co mówią o tobie osoby, które już lepiej cię znają. Sam też niewiele wiedział o swojej małej towarzyszce, która o tej porze powinna leżeć już w swoim łóżku, oprócz tego, że nazywała się Winnie i – w jego jakże nieomylnym mniemaniu – była niebywale głupia. Nie tylko przez samo to, że postanowiła tu przyjść, ale także ze względu na to, że liczyła, iż tu wyciągnięcie do kogoś pomocnej ręki wcale nie musi wiązać się z tym, że się ją straci. To „małe stworzonko” miało długie i ostre zęby, przy czym nie traciło czasu na pochłanianie kanapek, gdy mogło liczyć na kęs świeżego mięsa. Była zbyt naiwna na te warunki.
Wydał z siebie niezadowolony pomruk, gdy jasnowłosa niechybnie ruszyła się z miejsca. Na całe szczęście w porę zatrzymała się. Może jednak miała trochę zdrowego rozsądku? Szare ślepia mieniły się groźnie w mroku wieczoru i uparcie wiodły za drobną sylwetką, jakby ta nie miała dostać już żadnej szansy na zerwanie się z miejsca i ucieczkę w kolejne miejsce. Było jednak pewnym, że już nie fatygowałby się, żeby ją ścigać. W tych stronach każdy zarzuciłby jej nierozsądność. Chciała Desperacji – ma Desperację. Teraz zostało jej już tylko przyzwyczaić się do tego, co jej pozostało, nie bacząc na to, że jej nagroda nie była zadowalająca i bardziej przypominała karę za chęć wzięcia udziału w grze, przed którą ostrzegali ją rodzice. Jeżeli zrobiła komuś na złość, to nie mamie i tacie, nie Ailenowi, który koniec końców – markotnie, bo markotnie – zgodził się na drugi kurs do jej domu, ale sobie samej. Grimshaw już w tej chwili powinien próbować ją pocieszyć, powiedzieć, że nie będzie źle, ale dlaczego miałby tak okrutnie skłamać? Okrutna prawda była bardziej kusząca, choć równie dobrze mógł przemilczeć pewne kwestie, zostawić ją tutaj z nadzieją na to, że coś ją pożre.
Oparł łokcie o uda, pochylając się lekko dla większej wygody, o której trudno było mówić, gdy siedziało się na gruzach, w miejscu, które rzeczywiście nie było stołówką, a najprawdziwszym polem walki. Świeża posoka nie była tu jedyną szkarłatną plamą, jednak to o wiele łatwiej było zaobserwować w świetle dnia.
Nie wiesz? ― Uniósł brew w pytającym wyrazie. Z drugiej strony to było do przewidzenia. To logiczne, że nikt nie straszył jej maszkarami zza murów, bo w przeciwnym razie nigdy nie odważyłaby się tu przychodzić. ― Ex-człowiek? Wymordowany. Zdziczały. Nazywaj ich jak chcesz. Przy okazji nie radziłbym zbliżać się do tych z wielkimi zębami. Na ogół nie czekają ― mruknął chłodno i tym razem to on zerknął na plamę krwi, która była jedyną pozostałością po obecności potwora. Ten i tak nie należał do najgorszych okazów, ale Verne miała jeszcze dużo czasu, by poznać ich wszystkich. Ba! Niebawem sama miała się do nich upodobnić, jeżeli pech uczepił się jej na stałe.
Puścił złośliwą uwagę mimo uszu, aczkolwiek dobrze wiedzieć, że księżniczka też potrafiła być zadziorna. Przynajmniej skończyła się mazgaić, bo pod tym względem szczególnie nie przypominał za dzieciakami. Za to zwrócił uwagę na trzymany przez dziewczynkę telefon. Od razu można było zauważyć, iż nie był zadowolony z faktu, że w ogóle go ze sobą zabrała. Przecież w każdej chwili mógł się odezwać. Albo to ona mogła napisać już do kogoś w celu wezwania pomocy.
Nie próbowałbym sztuczek. ― Ostrzegł, ignorując pytanie o jego imię. Nikt nie gwarantował tego, że będą się spoufalać. Możliwe, że widzieli się po raz ostatni. ― Idzie. Gdyby nie tamta kartka, pewnie nie mielibyśmy tyle problemów. Mógłby odprowadzić cię o każdej porze, a ty skłamałabyś na swoją korzyść. W końcu rodzice nie byliby zadowo--
Urwał wypowiedź wraz z momentem, w którym telefon blondynki odezwał się energicznymi wibracjami. Prychnięcie mimowolnie wyrwało się z jego ust, jakby na znak tego, że nie powinna odbierać, jednak było już za późno, a jemu pozostało milczeć, by wyszło na to, że mała przez cały czas przebywała w samotności. Zerwał się jednak z miejsca i przysunął się do dziewczynki, krzywiąc usta w wyrazie, który i teraz wskazywał na niemą groźbę. Jedno słowo, a urwę ci łeb, wymruczał w myślach.
„Niedługo będę w domu.”
Już całkowicie pokonał dzielącą ich odległość i wyszarpnął jej telefon z ręki, uznając, że ta rozmowa powinna zakończyć się już na tym etapie. Matka jasnowłosej zapewne już spotkała się z dźwiękiem przerwanego połączenia w słuchawce, zaś Jay, gdy tylko się rozłączył, zamachnął się i nie szczędząc siły, cisnął urządzeniem o betonową ścianę. Komórka rozpadła się na kawałki, a jej bateria, która upadła zadziwiająco blisko nogi szarookiego, została przyciśnięta do ziemi podeszwą buta i zaszurała nieprzyjemnie o podłoże, jakby Ryan właśnie próbował wetrzeć ją w twardy grunt, na którym się znajdowali.
Nie możesz go tutaj mieć ― rzucił zdecydowanie, w tym czasie wysuwając z kieszeni własny telefon. Sprawa przybrała dość nieciekawy obrót, także wyprawa Ailena przestała mieć jakikolwiek sens. Ciemnowłosy odblokował komórkę i prędko przeszedł do folderu wiadomości, by zaraz wystukać krótką wiadomość dla sługi, choć z jakiejś perspektywy zasłużył na to, by ludzie odpowiednio się nim zajęli.
Schowawszy aparat do kieszeni, przykucnął naprzeciwko niebieskookiej i oparł się ręką o ścianę, pod którą siedziała, przykładając ją tuż obok jej głowy.
A teraz posłuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Najwyraźniej nie zdajesz sobie sprawy z tego, w co się wpakowałaś. ― Westchnął zrezygnowany tym, że będzie musiał udzielić jej wykładu. ― Nie wrócisz już do domu. I już nawet nie dlatego, że to ja cię tam nie zaprowadzę. Jeśli chcesz, możesz zacząć szukać drogi powrotnej, ale za kilka dni, może tygodni albo miesięcy już nikt nie będzie cię tam chciał. Od tej pory będziesz powoli umierać, a to nie umknie ich uwadze. Gdy już zdechniesz, miej nadzieję, że po przebudzeniu nikt nie pozna po tobie, że jesteś martwa. No i, że masz cokolwiek wspólnego z naszą rasą. ― Nie były to pocieszające słowa, ale im więcej mówił, tym coraz bardziej można było dojść do wniosku, że jednak nie żartował i nie śmiał kłamać. Doświadczenie robiło swoje. ― Twoi rodzice pewnie mieli złe zdanie o Desperacji, co? ― Odsunął się na niewielką odległość. ― A teraz pomyśl... Co zrobią, jeżeli okaże się, że ich kochana córcia staje się jednym z potworów, którymi tak się tam brzydzą?

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5290

Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Nie Gru 15, 2013 4:15 pm
Jasne, ze wiedziała. Instynkt samozachowawczy to coś, co nie zanika nawet pod wpływem tak ogromnej głupoty i naiwności, jaką dźwigała w sobie Verne. Była wręcz pewna, że gdyby się sprzeciwiła teraz mężczyźnie, bez wahania wpakowałby pozostałe kule w jej głowę i co się dało, a tego wolała uniknąć. I tak wiedziała, że z domu prędko nikt jej nie wypuści, nie będzie mogła też normalnie uczęszczać do szkoły, a wszystko z jej własnej głupoty. Spuściła wzrok na swoje nogi, mrugając intensywnie, żeby jakkolwiek powstrzymać napływające jej do oczu łzy; dotarło do niej, że postąpiła beznadziejnie i że nie odzyska teraz zaufania rodziców. Zakasłała, chwytając się za serce i zamykając niebieskie ślepia. Było bardzo źle. Marzła, bała się i nie miała na chwilę obecną jakiejkolwiek możliwości powrotu. Żałowała tym bardziej, że nie było koło niej Ailen’a, a nawet gdyby jakimś cudem się pojawił, nadal patrzyłby na nią wzrokiem mordercy. Chciała uciekać. Wstać z tego zimnego kamienia i zwyczajnie gdzieś uciec, zaszyć się w kącie i przeczekać do rana, jednak słowa Grimshaw’a przemówiły Winnie do rozumu i dobrze wiedziała, że nie myślałby nawet, czy dziecko będzie mogło się potem ruszać czy może jednak resztę życia spędzi czołgając się. Przeczesała drobną dłonią włosy, milcząc i patrząc się gdzieś tępo w przestrzeń. Nie mogła już znieść tego napięcia. Gorzkie łzy ściekły jej po policzkach, a dziewczyna ukryła twarz w roztrzęsionych dłoniach, dysząc ochryple.
I co? Zadowolona?
Jak cholera.
Nie raz i nie dwa żałujemy naszych decyzji. A to źle wybrany rozmiar ślicznych butów, a to niesmaczne ciastka, na które wydało się pół kieszonkowego. Jednak są takie momenty, kiedy pochopnych wyborów żałuje się do końca nędznego życia, trzynastolatka przez swoją naiwność i zbyt wybujałą wyobraźnię popełniła właśnie taki błąd. Teraz tkwiła w nieznanym dla siebie miejscu, nieświadomie stając się potworem pokroju tego, którego jeszcze przed chwilą widziała przed sobą. Podniosła spojrzenie przekrwionych oczu na Wymordowanego, którego podejście do wyczerpanej blondynki było, nie oszukujmy się, do dupy. Westchnęła, przesuwając chudym palcem po dwóch liniach, które teraz nawet się ni sączyły, a były jedynie dwoma podłużnymi strupkami. Verne splotła dłonie na kolanach, wpatrując się wyczekująco w Ryan’a, który udzielał jej byle jakich i, jak każdy tutaj, szczątkowych informacji. I dziwili się, że jest niedoinformowana, głupia i ogólnie be, fe, fuj-fuj. Jak niby miała być czegokolwiek świadoma, jeżeli nie tylko w Mieście, ale też poza nim była traktowana jak niedorozwinięty bachor, którego trzeba niańczyć i trzymać jak najdalej od niebezpieczeństw? Dopiero teraz poczuła dziwną niechęć do własnego domu i rodziców - gdyby wcześniej ktoś zaspokoił jej ciekawość, nie tkwiłaby tu teraz z kimś, kto w każdej chwili bez oporu czy wyrzutów sumienia mógł wpakować jej naboje w skroń. Przełknęła nerwowo ślinę, z sykiem wypuszczając nieświadomie wstrzymywane powietrze.
Postaram się nie pchać żadnemu w pysk. – Warknęła, mrużąc przy tym wściekle oczy. To nie tak, że go nie lubiła, choć sympatią tego nazwać nie można, jednak czuła do neigo jakąś niechęć. Może to ten jego chłodny, stalowy wzrok, może każde słowo, jakie wypowiadał i kryjąca się w nich pogarda, może to, co wcześniej jej zrobił. Błękitne oczy dziewczyny uważnie rejestrowały każdy jego ruch, jakby obawiała się, że znowu zrobi coś głupiego. Była jednak przekonana, że za drugim razem nie potrafiłaby się pohamować i próbowałaby się bronić, kończąc jeszcze gorzej. Wytarła ręce w i tak brudne spodnie, słuchając co drugiego słowa z wypowiedzi mężczyzny. Jakoś nie przejmowała się już tym, jak bardzo zirytowany będzie za to, co miała robić. Równie dobrze mogłoby go tu nie być, skoro ani on jej nie odprowadzi, ani ona samodzielnie nie trafi do murów. Otarła błoto z twarzy wierzchem dłoni, unosząc brew i patrząc na niego z nikłym uśmiechem błąkającym się po jej bladych i spękanych ustach, które co jakiś czas przygryzała.
Bo co? Zabijesz mnie? – Parsknęła, kiedy zadzwonił telefon. I cała rozmowa przebiegłaby od A do Z po jej i jego myśli, bo Verne nie była na tyle głupia, żeby samej sobie zaszkodzić. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie podszedł i nie zachował się jak ostatni dupek. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć na niewyraźny i urywany przez wybitny zasięg głos matki, urządzenie zostało jej zwyczajnie wyrwane z dłoni. Zamrugała kilka razy, zasłaniając twarz drobną rączką przed strzelającymi odłamkami obudowy komórki. Warknęła cicho, patrząc na zgniataną przez obcas ciężkiego buta część. Zniesmaczony wzrok padł na jego twarz, a w jej maleńkim i bijącym jak oszalałe serduszku kwitła maleńka nadzieja: że ten skurwiel w końcu zdechnie. Wzięła kilka głębokich wdechów i wydechów, w końcu powoli i cicho mówiąc:
Nie wiem, co jest z tobą nie tak. – Spojrzała ze śmiechem na wyciągnięty przez niego telefon. – Ale jestem pewna, że coś nie w porządku. Myślisz, że jak ja teraz wrócę do domu? Nawet do Ai’a n…- – Urwała, patrząc w szare tęczówki, które znalazły się tuż naprzeciwko niej; źrenice dziewczyny rozszerzyły się, kiedy patrzyła mu prosto w oczy z czystą nienawiścią. Cofam wcześniejsze słowa. Był obrzydliwy i nadawał się do Auschwitz. Tylko i wyłącznie. Nawet przy tym upiornym monstrum wydawał się być bardzo zdrowo nienormalny. Słuchała go w bezruchu i milczeniu, blednąc z każdą chwilą. Drobne ręce zaciskały się w pięści i rozluźniały na zmianę, a ogromne niebieskie oczy dziewczyny zawiesiły się na jego rysach. Nie rozumiała za wiele z tego co mówił, ale wszystko wskazywało na to, że jest na straconej pozycji i jedyne, co mogło jej teraz pomóc to jego dobroć i lufa pistoletu. Oczy zaszły jej łzami, a drobna rączka zacisnęła się na materiale jego bluzy w okolicach klatki piersiowej.
T-Tylko mnie tak straszysz. – Jęknęła żałośnie, przełykając ciężko ślinę. Mimo to wiedziała, że tak nie jest. Była wręcz pewna; nerwowy śmiech wyrwał się z jej gardła, jednak mówiła całkiem poważnie. – Duh, głupie to wszystko. Zawsze wydawało mi się, że jest tu bardziej kolorowo, ale nie. Tu jest strasznie. Zwłaszcza Ty... – Zmrużyła oczy, puszczając go i wpychając rękę w kieszeń. – Wiem, że każdy chce mi teraz dać nauczkę za głupotę. Ale chyba sama się nauczę, że niewarto było, kiedy już… umrę. Ot tak. – Zaśmiała się, odwracając głowę w bok i patrząc na plamę krwi, którą zostawił za sobą tamten potwór. – Nie chcę teraz wracać do domu, wolałabym nie być dla nich ciężarem. Ale jeżeli zostanę tutaj sama, to prędzej czy później coś mnie zabije. Już nawet nie wiem, co gorsze. Zwłaszcza, że do wyboru mam śmierć i śmierć. Dzięki. – Zaparła się ręką, próbując go od siebie odsunąć. Za blisko, za blisko. – Nie no, jakoś muszę sobie teraz poradzić. Znajdę kogoś normalnego. Albo w końcu przeproszę Ai’a. – Wzruszyła ramionami, robiąc krótką przerwę. Tyle niewyjaśnionych spraw. – Kim jest S.SPEC, o których wcześniej mówiliście? I jak masz w końcu na imię? – Uniosła brew, rzucając po raz trzeci to samo pytanie i już nawet nie oczekując na nie odpowiedzi. – Równie dobrze mogę nazywać Cię “Królikiem” albo “Palcem”. Czymkolwiek.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Nie Gru 15, 2013 10:44 pm
Nad dwoma ludzkimi postaciami przeleciał ogromny skrzydlaty cień. Moment później rozległ się ogłuszający, metaliczny ryk. Zdawało się że dźwięk wwierca się w uszy. Kształt uderzył o ziemię, łamiąc resztki betonu, i wzbijając chmurę pyłu i kurzu jakieś dwadzieścia metrów od Wymordowanego i Człowieka. W chmurze pojawiły się dwa żółte, błyszczące ślepia. Oczy wielkości spodków nie wyglądały na miło nastawione. Wyglądały wręcz wrogo. Po chwili, gdy chmura pyłu opadła nieco zobaczyliście wielki, rogaty, metalowy pysk wyglądający jakby należał do smoka. Stalowo szary pysk rozwarł się ukazując rzędy widocznie ostrych zębów, i jakby rurę, w głębi gardła. Krika zaryczała jeszcze raz, a fala dźwiękowa rozgoniła resztki pyłu przed nią. Zauważyliście teraz jej wymiary, wielkie skrzydła i ostro zakończone pazury. To wszystko nadawało smokowi groźnego wrażenia. Jej skóra widocznie metalowa, bez szwów czy nitów pokrywała spięte ciało. Gotowa do skoku przyglądała się dwóm ludziom. Powoli zaczęła iść w ich stronę, obserwując najmniejszy ruch, zwłaszcza Wymordowanego. Co to za stwór do Karzachniego? Pomyślała Krika która była zaciekawiona męską postacią. Wygląda jak Hordika w stosunku do normalnych ludzi. Makuta obróciła nieco łeb w wyrazie ciekawości. Ten świat jest coraz ciekawszy.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Fucker on Pon Gru 16, 2013 11:20 am
„Bo co? Zabijesz mnie?”
Głupie pytanie. Mężczyzna na moment przechylił głowę na bok, nie ukrywając tego, w jaki sposób potraktował jej pytanie. Śmiertelna powaga, którą przyozdobione były rysy jego twarzy – aż czasem mogłoby się wydawać, że nigdy nie zawitała tam żadna bardziej wyrazista emocja – była idealną odpowiedzią na jej pytanie. Już sama powinna dojść do wniosku, że zrobiłby to bez mrugnięcia okiem i nie musiałby się obawiać późniejszych wyrzutów sumienia. Takie osoby go po prostu nie posiadały lub po prostu mogły uznać, że ich sumienie było czyste, bo nieużywane. Jej nadzieje na to, że on pierwszy miałby zejść z tego świata były daremne. Nie można życzyć śmierci, komuś, kto był martwy już od prawie dziesięciu wieków, a jak na zwłoki trzymał się całkiem nieźle. Na nieszczęście osób, które miały okazję przebywać w jego towarzystwie. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że nikogo nie traktował ulgowo.
Generalnie wiele rzeczy było z nim nie tak. Możliwe, że był gorszy od wszystkich tych kreatur razem wziętych. To wielka różnica, gdy bez zastanowienia walczysz o przetrwanie, zdobywasz pożywienie, bo twój mózg zamienił się w papkę, a co innego, jeżeli wszelkie złe rzeczy robisz w pełni świadomie. Ryan robił i wcale nie czuł się z tego powodu gorzej. Dokładnie tak, jakby granice dobrego smaku go nie dotyczyły, ale wbrew pozorom każdy jakieś posiadał.
No proszę, całkiem spostrzegawcza jesteś. Telefon nie jest ci potrzebny. Dopóki tutaj jesteś, lepiej, żebyś nie kontaktowała się z nikim z zewnątrz ― rzucił sucho, ale też stanowczo. W tym samym momencie wcześniej schowany telefon odezwał się wibracjami w jego kieszeni. Ciemnowłosy zaraz sięgnął po urządzenie, żeby odczytać nową wiadomość. Nie fatygował się już, żeby odpowiedzieć lub chociażby powstrzymać Kota przed przyjściem tu. Może tak było lepiej? Przynajmniej zostawiłby ich samych i mógłby wreszcie odpocząć, nie patrząc na gęby tej dwójki, która dziś wyjątkowo zaszła mu za skórę. ― Ailen już zawraca. ― Wsunął komórkę do kieszeni.
Dzieci były takie naiwne. Szarooki zerknął na drobną rękę, która zacisnęła się na jego bluzie, ale zaraz przyjrzał się twarzy dziewczynki z uniesioną brwią. Nadal usiłowała wmówić sobie, że tylko się z nią bawił? Oczywiście, nie miał nic lepszego do roboty, niż tylko wymyślanie historyjek, które miały na celu przyprawienie jej o nocne koszmary. Pokręcił głową ze zrezygnowaniem i wolną ręką, rozmasował kark, dając do zrozumienia, że jest już nieco zmęczony tym wszystkim. I jak tu w ogóle przepadać za dzieciakami?
Nie. Zresztą, jeszcze kiedyś sama się o tym przekonasz, choć być może już niewiele będziesz pamiętać. Możliwe, że nic. Ale oczywiście nikt nie zabrania ci karmienia się własnymi fantazjami, ale one nie oszczędzą ci późniejszego rozczarowania. ― Odwrócił głowę w bok i przesunął wzrokiem po skąpanej w mroku okolicy, jakby już samo to miało stać się wystarczającym argumentem. ― Sama pozostawiłaś sobie tylko ten wybór. To skażony teren ― wyjaśnił, choć ta informacja była jeszcze niepełna. ― Wystarczy, że oddychałaś tym powietrzem, a wirus już zakorzenił się w twoim organizmie. Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, bo zaśmiecali ci głowę tylko bajkami o księżniczkach, ale to właśnie przez to tacy jesteśmy. Jak widzisz, to wcale nie tak, że po śmierci dusza idzie do Nieba czy Piekła, w które niektórzy uparcie wierzą, choć równie dobrze to można nazwać piekłem, co? ― Odczuwszy nacisk na klatce piersiowej, wydał z siebie cichy pomruk. Nie za bardzo podobało mu się to, że go dotykała, dlatego też podniósł się wreszcie z ziemi i niedbałym ruchem ręki otrzepał bluzę. ― S.SPEC to...
Zamilkł. Nie z powodu tego, że nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, ale coś po prostu odwróciło jego uwagę. Zastygł w bezruchu i jedynie srebrzyste ślepia powiodły za cieniem, który przemknął gdzieś w pobliżu i ostatecznie zatrzymały się na dość sporej sylwetce. Przez to reszta słów umknęła jego uwadze, a Verne po raz kolejny nie doczekała się odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Grimshaw rozchylił usta, prezentując przydługie kły w niemym ostrzeżeniu dla dziwacznego stworzenia, które przymierzało się do naruszenia ich przestrzeni życiowej. Wyglądało na to, że impreza w koszarach musiała dobiec końca. Jeszcze jedna myśl tknęła Jay'a, przez co ponownie sięgnął po komórkę i sprawnie wystukał na ekranie kolejną wiadomość, a schowawszy aparat, zerknął w stronę Winnie.
Będziesz musiała to przeboleć ― wymruczał pod nosem, po czym zaraz przykucnął obok. Jedną rękę wsunął pod jej kolana, a drugą objął w talii. Na całe szczęście jasnowłosa nie była wielkim ciężarem, toteż bez najmniejszego problemu podniósł ją z ziemi. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie bestii, zerwał się z miejsca, a jego sylwetka zniknęła za zniszczonymi murami.
Mężczyzna dla odmiany nie był zainteresowany.
    z/t razem z Verne.
    Informacja poboczna: Krika, ogólnie radziłbym poczekać ci na akceptację karty, jeżeli chcesz grać akurat taką postacią. Biorąc pod uwagę, że nawet nie przyłożyłaś się do opisania wyglądu postaci, tego prawdziwego oczywiście, to nie mamy nawet pewności czy właśnie nie używasz mocy, która pozwala ci na przemianę. Ba! Karta nie wyjaśnia nawet czym jest twoja rasa, więc przydałoby się uświadomić ludzi na przyszłość. Takie tam skurwielskie rady Fuckera.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5290

Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Sro Lut 05, 2014 4:23 pm
Wydarzenia ostatnich dni na pewno nie należały do tych, które będzie mu się miło wspominało. Do tego dobra pamięć w tym momencie nie pomaga, a ściąga na niego jeszcze większe piętno. Normalnie mógłby sobie darować przejmowanie się i zapomnieć, ale nieee, musieli zrobić z niego pieprzonego mutanta, maszynę w prawie ludzkiej skórze, biologicznie zmodyfikowanego dziwoląga. Dobrze, że chociaż pozostał mu jego wyjebizm. Przynajmniej potrafi znaleźć jakiekolwiek zajęcie, które mogłoby odciągnąć jego myśli od przykrych zdarzeń. A i nawet bez zajęcia może to wszystko zwyczajnie olać. No i tak zrobi, ponieważ to zawsze zdawało mu się być najlepszym wyjściem. Najbardziej tchórzliwym, ale najprostszym. A po co utrudniać sobie życie? I co z tego, że nigdy nie udowodni sobie, że potrafi stawić czoła przeciwnościom losu i pozbierać się z dna, na które spadł? To również go nie obchodzi. I to właśnie jest nazywane błogosławieństwem wyjebizmu. Tak, doskonale.
Aczkolwiek jakieś w ogóle zajęcie musiał sobie znaleźć, bez względu na to co się dzieje, ma dziać albo działo. Przecież nie będzie wiecznie siedział w Norze sam lub ze swoimi dziwnymi lękami. Zaraz, jakimi lękami? Bardziej pasuje tu... Nic właściwie nie pasuje. Może odchyły? Cóż, nieważne. Skupmy się na kwestii ważniejszej, a mianowicie tym dlaczego w ogóle tutaj przybył. No, dlaczego tutaj? Nie dość, że miejsce to jest skażone to jeszcze nic w nim ciekawego, a do tego świeci pustkami. Ani żywej duszy, bo o martwych nie warto wspominać. W końcu trupom nie powinno przeszkadzać czy umrą, czy nie. I tak są martwi. Ale znowu odbiegamy od tematu. Otóż przyszedł akurat tutaj, bo tak. Tak, ta wyczerpująca odpowiedź, ten powód, za którym stoi tyle znaczeń, że aż trudno się połapać. Szczerze, nie miał gdzie iść. Nie chciał siedzieć w miejscu i grzanie tyłka wcale mu nie odpowiada. W końcu, dzięki jego specyficznym odczuwaniu temperatur, teraz na dworze wydawało mu się być chłodno, ale nie pizgało jeszcze złem. Nie potrzebował zatem żadnego okrycia, koniuszki palców mu nie zamarzały, a stary, porwany sweter jak najbardziej mu wystarczył.
Przeszedł wśród stert gruzów uważając, aby się nie potknąć. Cóż, nie wyszło mu, bo ciężki but zahaczył o wystający kawał betonu, a jego właściciel najzwyczajniej w świecie wypierdolił się na pysk. Syknął cicho, kiedy podnosił się z brudnej gleby. Podciągnął rękaw swetra i obejrzał swój łokieć, ponieważ nagle zaczął go piec. Skóra się starła, a po ramieniu spłynęła drobna stróżka krwi.
- Kurwa, cudnie. - warknął do siebie i przycisnął do rany chude palce. Westchnął ciężko, już nawet nie przejmował się bólem. W końcu po tylu latach doświadczeń i dziwnych eksperymentów potrafił to zwyczajnie ignorować. I tak miał dość wysoki próg bólu. Nie zmienia to jednak faktu, że to tylko kolejne niepotrzebne uszkodzenie. Przysiadł na jednym z głazów i... I nic. Po prostu, to wszystko. Nie wiedział co robić, nie wiedział gdzie iść, nie wiedział co myśleć.
A co z wirusem, który latał wokół? Chuj z nim. Nie przejmował się, w końcu prawdopodobieństwo, że się zarazi jest bardzo niskie. Prawda, ryzykuje, ale taki już jest. Trudno się mówi, najwyżej zdechnie. To nie tak, że ktoś by tęsknił, prawda?



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Sro Lut 05, 2014 7:48 pm
Uwielbiał obserwować ludzi. Od zawsze. Co prawda jego podejście do nich uległo diametralnej zmianie, ale czy to ma jakieś znaczenie?
Nie pomagał. Nie, jeśli nie widział w tym własnej korzyści. Albo nie był zainteresowany. Bezinteresownie pomagający Ezra zmarł dawno temu. Z dniem, gdy zabrano mu skrzydło.
Każda żywa istota była inna, a jednak ich zachowania w odpowiednich sytuacjach były takie same. I kłamali. Okłamywali otoczenie, samych siebie.
Weźmy na przykład matki, które to powinny kochać bezgraniczne własne dzieci i poświęcić za nie swoje życie, jeżeli doszłoby do takowej sytuacji. To naturalne. Ale w czasie niebezpieczeństwa, ile to kobiet porzucało niemowlaki? By mogły one same przeżyć? Egoistyczna natura zwyciężała. Ezra widział to wszystko i odczuwał wewnętrzną przyjemność oglądania autodestrukcji ludzi. Gdzie on miał oczy jeszcze za czasów, gdy kroczył drogą ich Ojca.
Ale z drugiej zaś strony żywe istoty go fascynowały. Swoją ulotnością. Dla niego, wiecznie żyjącego czas płynął zupełnie inaczej. Z niczym się nie spieszył, na wszystko miał czas. Ludzie mieli na przeżycie wszystkiego co możliwe z sześćdziesiąt lat. Ogólnie. Dla Ezry i jemu podobnych sześćdziesiąt lat to było jak przeżycie jednego dnia.
Wolnym krokiem wkroczył na skażony teren. Panowała tutaj błoga cisza. Zero żywej duszy, nic. Pomimo jego uwielbienia do obserwacji istot żywych, uwielbiał czasami ciszę i spokój, z dala od kogokolwiek. Dlatego też wieczność spędzał w towarzystwie samego siebie. Jeszcze za czasów przebywania w Niebie jego bracia i siostry się od niego odwrócili i odsunęli. Nie, żeby mu jakoś specjalnie to przeszkadzało. Ale przez to nie potrafił koegzystować z innymi. Zresztą, nie potrzebował nikogo innego.
Było dobrze tak, jak było. Koniec kropka.
Przesunął palcami po zimnym kamieniu jednego z rozpadających się budynków. Podobał mu się widok. Istne postapokaliptyczne widowisko. Wnet tak cały świat będzie wyglądał.
Ezra uśmiechnął się lekko na samą myśl. Wiara, że już niebawem dosiądzie swego konia i wyruszy na czele pozostałych Jeźdźców sprawiała, że czuł przyjemne mrowienie w okolicach podbrzusza. Warto było tułać się przez te wszystkie setki lat po świecie. Naprawdę warto było. Czuł, że już niebawem. Uniósł wzrok, wpatrując się w ciemne chmury. Jeszcze trochę, a niebo pochłonie ogień. I już nic nie będzie takie samo. A to, co się wydarzyło wraz ze zniknięciem Boga było jedynie przedsmakiem piekła, które szykowało się dla świata.
Raptownie zatrzymał się, wyczuwszy czyjąś obecność. Tu, w miejscu, gdzie nawet żywe trupy wolały trzymać się z daleka.
Jego palce instynktownie przesunęły się po klindze broni, lekko zaciskając się na niej. Zmrużył nieco oczy wpatrując się w siedzącą istotę. Na człowieka nie wyglądał, ale i na Wymordowanego. Android? Nie. Był czymś innym.
Ezra wyglądał niczym dzikie zwierzę, które właśnie zwietrzyło swoją ofiarę. Aczkolwiek było to złudne wrażenie, choć, nie ukrywał, wzbudziło to w nim nikłe zainteresowanie. Wolnym krokiem ruszył w jego stronę, nawet na sekundę nie spuszczając wzroku z obcego. Zatrzymał się przed nim w dość bliskiej odległości, wpatrując przez moment, zaciskając mocniej palce na rękojeści miecza.
W końcu Ezra wykonał pierwszy ruch. Wyciągnął w jego stronę rękę i już po sekundzie zacisnął blade palce na czuprynie nieznajomego, szarpiąc nieco tak, by przyjrzeć mu się dokładnie. Nachylił się nieznacznie, świdrując go niemal na wylot, jakby chciał zajrzeć do jego wnętrza.
- Właściwie to czym Ty jesteś? - zapytał cicho. Dobrze, przyznajmy, Ezra poczuł zainteresowanie czym jest ten osobnik. Z racji, że widział wiele na tym świecie, ale najwidoczniej nie widział jeszcze wszystkiego. A to oznaczało, że Ezra miał jeszcze sporo do obserwacji. Ach, cudowne uczucie.
Niebieskie oczy mężczyzny oderwały się od twarzy chłopaka i przesunęły po jego chudych ramionach, na moment zahaczając o zakrwawione ślady.
- Samobójca? dodał po chwili, ponownie wpatrując się w jego twarz. Cóż, już sam fakt przebywania w takim miejscu jak to sprawiało, że chłopaczyna znajdował się w worku z podpisem "Samobójca". A paradowanie z raną podciągało go o kilka szczebli wzwyż.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Gość on Sro Lut 05, 2014 11:25 pm
Wyczuł go już jakiś czas temu i dobrze wiedział, że coś, a raczej ktoś się do niego zbliża albo, że w ogóle jest w okolicy. Ni z tym jednak nie zrobił, a jedynie wzruszył ramionami do samego siebie. Jakoś nie chciało mu się rozważać tego czy ów osobnik jest jakimś niebezpiecznym typem, czy niczemu winną istotką wyrwaną z krainy księżniczek i kucyków. Pech jednak chciał, aby okazał się tym pierwszym. A może nie pech? Zauważył go, kiedy znalazł się bliżej, a obserwując jak podchodził bliżej miał okazję mu się przyjrzeć. Przynajmniej powierzchownie. A jednak to zawsze coś, bo zdołał dojrzeć jego tatuaż. Interesująca sprawa, ale jeszcze za mało, aby go to zaintrygowało. O dziwo nie uciekł od niego, a nawet nie drgnął. Dał mu się złapać bez słowa czy jakiegokolwiek czynu sprzeciwu. Jak lalka, zabawka czy inne cholerstwo, którym można swobodnie sterować, a ono nie będzie robiło większych problemów, póki nie przekroczysz pewnych granic, zwanych również limitami. Spojrzał na niego spode łba, a spojrzenie to nie należało do przyjemnych. Przeszyło nieznajomego na wylot, a gdyby mogło zamrażać to na pewno by się tak stało.
- Twoją zgubą. - odwarknął, co zresztą zabawne, bo przecież warczenie jest zarezerwowane dla istot psowatych, których on był zupełnym przeciwieństwem.
A jednak często zdarzało mu się zachowywać zupełnie inaczej, niż jest mu to pisane. Taka to zmienna istota, i jeszcze do tego w ogóle nie myśli co robi. Dlaczego nie uciekł, kiedy nieznany mu osobnik zbliżył się na tak niebezpieczną odległość? Dlaczego nie uchylił się i nie zwiał dalej, kiedy zauważył wyciąganą ku niemu dłoń? I jeszcze to tego pyskuje! Cholera go wie, jedyną pewną rzeczą było to, że ostro ryzykował i jeśli nie tym razem, to kiedyś na pewno przyczyni się to do jego zguby. Zamknął oczy i fuknął cicho dając znać, że dotyk nieznajomego nie jest tolerowany. Zaraz otworzył ślepia, ale już na niego nie spoglądał, a w bok, gdzieś w dal, jakby badając już dawno zapomniane gruzy okolicy, które niegdyś na pewno były jakąś piękną budowlą. Aż trudno było mu się wstrzymać od wyobrażania tych jakże ciekawych widoków przeszłości.
Nie będzie się stawiał, odtrącał jego łapy, a już tym bardziej atakował. Ta cholerna blokada w jego mózgu nie pozwalała na jakiekolwiek działanie poza ucieczką. Trzeba przyznać, że bywało to męczące. Nigdy nie mógł nic zrobić, póki dana osoba nie stanowiła dla niego zagrożenia życia. Instynkt w tym momencie podpowiadał mu, że powinien się odsunąć, a jednak tego nie robił. Łypnął badawczo na postać mężczyzny jeszcze raz. Śmie się pytać czym jest, a sam wygląda jak jakiś wymoczek z trzeciej wody. Ni to człowiek, ni to anioł, ni to diabeł. Cholera go wie. Rzecz w tym, że kota takie sprawy totalnie nie obchodziły. Ostatecznie postanowił się odezwać jeszcze raz, a raczej z wielką łaską uraczyć nieznajomego swoim głosem.
- Czemu cię to obchodzi?



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Zniszczony plac koszar.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 16 1, 2, 3 ... 8 ... 16  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics