Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «
  • 20/02. Odbyło się kolejne losowanie chorób. Sprawdź czy twoja postać wciąż jest zdorwa!
  • 20/02. Zapoluj na niedźwiedzia babilonskiego.
  • 13/02. Kto sieje mak, ten zbiera wiernych. Wypowiedz się na temat KNW!
  • 11/02. W profilu, w zakładce Contact, pojawiło się nowe pole dla chętnych: discord.
  • Trwają zapisy na bal walentynkowy! Zgłoś się z osobą towarzyszącą.
  • 05/02. Co z organizacją Drug-on? Zaproponuj.

Go down

Pisanie on 24.10.19 1:14  •  (s) Zniszczony las Empty (s) Zniszczony las
LAS DAI WARU


Z twardej, suchej ziemi wystają sczerniałe pnie drzew, z kruchymi gałęziami i łamiącymi się pod obuwiem korzeniami. Jeszcze długo po Apokalipsie las tętnił życiem, nagradzając zwierzynę i wymordowanych wszystkimi swoimi dobrami, jakie tylko miał do zaoferowania. Raj skończył się mniej więcej 700 lat temu, kiedy pożar strawił zieleń co do liścia. Od tego czasu miejsce ochrzczono nową nazwą – Dai Waru (大悪), co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Wielkie Zło”.

Początkowo miano nawiązywało do tragicznych wydarzeń sprzed wieków, jednak od niespełna pięćdziesięciu lat śmiałkowie, którzy zapuszczają się w te niewdzięczne tereny, nawiązują do innej historii. Początkowo brano informacje o kobiecie w bieli za blef. Tych, którzy rozpowiadali o jej śnieżnych jak papier włosach i stopach miękko kroczących wzdłuż martwej ziemi, prześmiewczo wyzywano. Docinki skończyły się, gdy kolejne niezależne od siebie jednostki potwierdzały, jakoby w każdą pełnię w samym środku Dai Waru można spotkać lśniącą postać.

NPC

Plotki na temat Evangeline pojawiły się niemal od razu, a przez wzgląd na nieciekawą historię lasu, określano ją niezbyt korzystnymi nazwami. Anielicę traktowano niemal jak demona, który w najbardziej prymitywny sposób kusi żądnych kobiety mężczyzn, następnie usidla i pozbawia życia. Treści legend zmieniły się całkiem niedawno; jeden z wymordowanych natrafił na bojowo nastawionego gryfa królewskiego. Zaatakowane zwierzę broniło się zaciekle, przechylając szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z pomocą przybyła Evangeline, która udobruchała pupila, a następnie zajęła się ryzykantem. To też pierwszy raz jak udało jej się porozmawiać z mieszkańcem Desperacji. Jej blade, drobne dłonie emanowały ciepłem. Według relacji wymordowanego, obrażenia, których nabawił się w starciu, zniknęły całkowicie bądź przestały być tak uporczywe. Kiedy kilka dni później zawitał w Przyszłości, opowiadał o twarzy anioła wykrzywionej w bólu, jej skrzydłach opadłych jak ramiona niosące zbyt wielkie brzemię. I o oczach, których błękitna barwa zachodziła czerwienią.

RZUT KOŚCIĄ K6
Evengeline pojawia się w lesie w każdą pełnię księżyca. Zostaje od zmierzchu aż po świt. Gracz, raz w roku, może rzucić kostką na odnalezienie Evangeline i poproszenie jej o pomoc w uzdrowieniu ran. Wynik kostki należy opisać fabularnie zaraz po wykonaniu rzutu.

Wyniki
1 – sukces, Evangeline z chęcią oferuje swoją pomoc uleczając twoje niegroźne rany, a łagodząc obrażenia średnie i ciężkie (nie leczy chorób);
2-5 – porażka, nie udaje ci się napotkać anielicy;
6 – skrajna porażka; napotykasz jednego z gryfów królewskich, które towarzyszą Evangelinie w ramach wsparcia. Konieczna interwencja MG.

» link do poprzedniej wersji tematu «


                                         
VIRUS
VIRUS
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.11.19 0:20  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las
Wydostanie się z miasta nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Był zapoznany z topografią miasta, a także rozmieszczeniem kamer, poza tym miał przy sobie najprostsze, być może prymitywne, ale przynajmniej skuteczne metody ukrywania swojej tożsamości – kaptur i okulary przeciwsłoneczne. W zasadzie chciał jak najszybciej wydostać się miasta, zatem nawet nie sięgał po papierosa. Dłoń powędrowała do kieszeni, a palce zetknęły się z kartonowym pudełkiem dopiero wówczas, kiedy zamajaczał przed nim kształt muru, ukrywając ich sylwetki w półmroku. Zerknął kontrolnie na idącego tuż za nim młodzieńcu, który nie odrywał oczu od wyświetlacza przepustki.
  — Uważaj pod nogi, bo zaraz się potkniesz i wybijesz zęby. Z kim tak romansujesz? Z dziewczyną? Dałeś jej buzi na „do widzenia”, czy nie lubisz ckliwych pożegnań? — sarknął, uśmiechając się przy tym pod nosem. Rozejrzał się dookoła, ale już wcześniej minęli patrol składający się z dwóch niezbyt ogarniętych, dyskutujących między sobą wojskowych, więc nie spodziewał się ujrzeć nikogo, może poza kręcącymi się po okolicy zwierzątkami.   Spacerując wzdłuż muru, w końcu im oczom ukazała się wyrwa rozmiaru ludzkiej sylwetki. — Tędy — mruknął, idąc przodem. Zgięty w pół, z trudem przelazł przez ukryte w wysokiej trawie przejście, niemalże się czołgając, ale wkrótce jego wzrok skontrował się z otwartą, ogromną przestrzenią. — Chodź. — Przysiadł na piasku, ocierając kilka pojedynczych kropek potu z czoła. Nie przepadał za takim małym, krępującymi ruchu szczelinami.
  Ujrzawszy w szparze zakurzoną twarz młodzieńca, mruknął -  brawo, właśnie stałeś się wyjętym spod prawa kryminalistą i ruszył przed siebie, byle jak najdalej od miasta.

~*~

  — Gdybym cię teraz zostawił, jak sobie poradzisz?
  Szli bezustannie, od ponad pięciu godzin pokonując znaczny dystans. Miasta dawno zniknęło za ich plecami. Byli tylko oni i pustynia, rozciągając się, jakby w nieskończoność. Yury pozwolił zregenerować studentowi, a raczej już byłem studentowi dwukrotnie siły - raz przed czerwoną skałą (najbardziej charakterystycznym punktem, który mijali pod drodze), drugi, gdy znaleźli się wśród ruin opuszczonej wioski. Ukryli się w pozbawionym dachu budynku i tym razem odpoczynek trwał znacznie dłużej od poprzedniego – dwadzieścia minut. Ego mógł go spożytkować ten czas krótką drzemkę, natomiast wymordowany monitorował okolicę, korzystając głównie ze suchu. Matt był człowiekiem, a zdziczali lgnęli do przedstawicieli ludzkiej rasy jak pszczoły do miodu. Łatwy cel. Wątły, Zmęczony. Osłabiony Nieprzystosowany do dłużącego się wysiłku fizycznego, a idąc tutaj do uszu mężczyzny doleciało wycie – może dzikie bestie, a może coś innego. Opcji było całkiem spora i każda równie prawdopodobna, co poprzednia.  
  Ruszając w dalszą drogę, luna brzasku rysowała się na horyzoncie, tworząc na niebie pomarańczowo-żołte rozbryzgi, ale już niedaleko, kilka kilometrów. Zbliżali się do lasu, o którym krążyły legendy, ale Yury’em ciężko było w nie uwierzyć. Otóż przebywał w nim wielokrotnie i nigdy nie natknął się duchy brutalnie zamordowanych w nim mężczyzn, a rzekomo kobieta w bieli była jedną z najmilszych istot spotkanych na tej pozbawionej Boga ziemi. Przed wieloma laty uratowała mu życia. Zaleczyła rany i użyczyła dachu nad głową, gdy konający znalazł schronie wśród drzew. Z początku myślał, że jest zjawą, albo wybrykiem wyobraźni, majakiem stworzonym przez gorączkę, ewentualnie aniołem, który przyszedł w końcu rozliczyć go z wszystkich grzechów. Czując jej chłodną dłoń na czole, nie dowierzał, że może być prawdziwa, a potem urwał mu się film. Obudził w małej, ukrytej w głębi lasu, pokrytej mchem chacie. Mieszkał z nią przez tydzień, a potem odszedł. I cholernie pożałował, bo gdy wrócił kilka miesięcy później, nie mógł odnaleźć ani chaty, ani jej. Znikła bez śladu jakby rozpłynęła się w porannej mgle, choć był niemal pewny, że słyszał jej słowa w każdym świście wiatru, w każdym szmerze liści. I nie mógł odpędzić od siebie wrażenia, że czuje jej spojrzenie na swoim karku. Była strażniczką tego lasu, ale Yury miał wrażenie, że przebywała w nim w ramach pokuty, wszakże jego surowa uroda nie mogła równać się z pięknem edeńskich ogrodów.
  Rozmyślając o anielicy, tymczasowo zapomniał o towarzyszącym mu młodzieńcu. Oprzytomniał, czując na skórze pierwsze promienie słońca.
  — Jesteśmy już w pobliżu Dai Waru. Tam zatrzymamy się na dłużej, odpocznijmy. Czeka nas jeszcze przynajmniej czterogodzinny marsz i niezbyt łatwy odcinek do przejścia.
                                         
Yury
Windykator     Opętany
Yury
Windykator     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 29.11.19 23:16  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las
(Wyjście z M3 z użyciem talonu na darmowe przejście z prezentu z okazji urodzin Virusa 2018)

Podążał jak cień za Yurym, bez szmeru sprzeciwu słuchając wszystkich poleceń. Czuł się jak bohater jakiejś durnej taniej książki dla nastolatków, gdzie zaraz wejdzie w magiczny portal, który miał być wrotami do niesamowitej fantastycznej krainy, wspaniałej przygody i duchowych przemian. Powinien znaleźć tam sobie przyjaciół, chłopaka, a na końcu historii przekonać się, że siła przyjaźni i miłości potrafi wyleczyć wszelkie rany. Na razie jego przyjaźń z Verity trzęsła mu się w na nadgarstku, kiedy próbował napisać jej... coś, cokolwiek co mogłoby brzmieć jak pożegnanie, ale w końcu się na to nie zdobył. Może to i lepiej. Bezpieczniej. Szybko zgasił przepustkę, kiedy usłyszał komentarz Yurego. Przez moment wpatrywał się w niego ze niezrozumieniem, żeby zaraz wzruszyć ramionami i odpowiedzieć:
- Powiedzmy - potwierdził, skoro istotnie Ver była dziewczyną, niekoniecznie jego. Nikomu nigdy nie chciał wyjaśniać, że absolutnie żadnej dziewczyny nie chciał.
- Wszystkie - czyli żadne, co po jego mętnym i pełnym autoironii głosie można było spokojnie odczytać - pożegnania skończone.

Więc to była jedna z tych słynnych dziur w murze, co? Na jej widok poczuł się... dziwnie. Po prostu dziwnie. Przejście okazało się nie jarać magicznym pyłem, ale wyglądało wystarczająco tajemniczo. Popatrzył na swoją przepustkę, uświadamiając sobie, że będzie mógł ją zdjąć, gdy tylko wyjdzie z miasta. Bez oglądania się za siebie, przeszedł przez wyrwę. Desperacjo, oto nadchodził!

---

Niech, kurwa, coś, kurwa, trafi tę, kurwa, pieprzoną, Desperację. Kurwa.
Bolały go stopy. Bolały go stopy. Bolały go stopy... Potem było jeszcze więcej bolących stóp, a później zaczęły mu trzeszczeć kolana (wydawały dźwięki łamiącego się drewna tylko w jego głowie, a przynajmniej taką miał nadzieję). Każda przerwa na odpoczynek była jak dar niebios. Na dzień dobry wyszło na jaw, że był beznadziejnym piechurem. Narzucone tempo, nieznana okolica i perspektywa, że właśnie zmienił o 180 stopni swoje życie wcale nie pomagały. Gdy tylko usłyszał o następnych czterech godzinach marszu, do zestawu bolących części ciała dołączyła głowa. Ale wziął tylko świszczący wdech i wydech, kiwnął głową na znak, że rozumie, i w zaciętym milczeniu oszołomienia światem wokół, szedł dalej.
- Prawdopodobnie... - zaczął powoli Ego, kiedy padło pytanie na które nieszczególnie chciał odpowiadać. - Prawdopodobnie w ogóle - przyznał. Nie bardzo wiedział gdzie jest (w ostateczności mógł próbować się cofać z powrotem do miasta, ale to nie przeszłoby mu teraz przez gardło) ani dokąd miałby iść. Nie wiedział jak się bronić, jak szukać jedzenia, generalnie jedyne na co mógł liczyć, to na jakiś sympatyczny zbieg okoliczności, może zstąpienie anielskie, które ocaliłoby go od lokalnych, głodnych bestii. Uświadomił sobie, że bardzo bardzo bardzo bardzo nie chciał żeby go teraz Yury zostawał. Bardzo. Przyśpieszył kroku, żeby nie zostawać z tyle.

Na jego twarzy malowało się zmęczenie i oszołomienie ostatnimi godzinami. Mózg bardzo powoli próbował ogarnąć fakt, że właśnie rzucił całe swoje żałosne, choć w teorii wygodne życie w pizduuuu~, na rzecz bezkresnego pustkowia desperacji. A jednak w spojrzeniu błyszczała zaciętość, której w życiu się po sobie spodziewał. Oczy chodziły od lewej do prawej, kiedy w niemym, powolnym szoku, chłonął ciemny krajobraz. Wszystko pachniało i brzmiało tu inaczej niż mieście. Nigdy czegoś takiego nie widział ani nie czuł. Nawet pustynie mogą być ciekawe, kiedy widzi się je po raz pierwszy. Zapatrzył się w wysuwający się brzask.
- Co masz na myśli przez "niezbyt łatwy" - ocknął się nagle z pytaniem, zastanawiając się również czym konkretnie było Dai Waru.



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.12.19 18:47  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las
Desperacja to nie przelewki. Piach w butach. Słońce na skórze. Duchota w powietrzu. Długie godziny marszu w upale. I krajobrazu niezmieniający się nawet o jotę przez wiele kilometrów.
  Chłopak mógł przekonać się o tym boleśnie na własnej skórze. Yury dostrzegł, jak na jego zwykle bladej twarzy, ukazują się pierwszy ślady zmęczenia, uwydatnione pod postacią w rumianych policzków i lśniącej od potu skórze. Oznaki zmęczenie doścignęły też jego oczu, które posmutniały jeszcze bardziej niż zazwyczaj.
  — Góra. Wielka, stroma góra — wyjaśnił z ironicznym uśmiechem zdobiącym wysuszone wargi. Przejechał po nim koniuszkiem języka, zanim odezwał się ponownie. — A ty kondycją nie grzeszysz wcale. Co robiłeś na wuefie? Bąki zbijałeś na ławce?
  Choć Yury też odczuwał trudny kilkugodzinnej tułaczki, Ego mógł odnieść całkiem odmienne wrażenie. Sprawiał wrażenie kogoś, kogo zmęczenie się nie imało. I po części tak było. Nie wiedzieć czemu, ledwie dwa tygodnie po przebytej w bólach, biegunce i gorączce mutacji, poczuł się jakby nowo narodzony. Mimo iż nadal widział jak przez mgłę, to oko przestało mu aż nazbyt dokuczać, stawy mu też nie szwankowały i znacznie poprawiła się jego kondycja nadszarpnięta przez wieloletnie praktykowanie używek różnej maści i rodzaju.
  Wchodząc do lasu, zatrzymał się w cieniu rozłożystego, ale pozbawionego liści drzewa, bodaj jakieś odmiany sosny i omiótł spojrzeniem chłopięcą sylwetką. Wzrok najemnika spoczął dłużej na mocno przybrudzony trampkach.
  — Obuwie źle dobrałeś. Czujesz odciski? — spytał, kręcąc głową w wyrazie aprobaty. Powinien wcześniej to zauważyć, ale śpieszyło mu się jak diabli. Nie miał czasu na kompletowanie odzienia swojego towarzysza podróży. — Wyglądasz na wycieńczonego, a przed nami jeszcze kawał drogi. Módl się, by halla pozwoliła ci spocząć na swoim grzebiecie, bo inaczej być może nie dojdziesz na Smoczą Górą w jednym kawałku.
  Student tak czy owak spowalniał marsz. Szli dłużej niż powinien. Dłużej o niemalże dwie godziny! I co miał z nim teraz począć? Przyznać się, że jest mu ciężarem? Nigdy w życiu. Zabrał go z tego wypizdowo na krańcu świata, bo po zaginięciu Cedny na gwałt potrzebował zaufanego człowieka, który umiał sobie radzić z ustrojstwem doklejonym do jego ciała, a te przeklęty złom psuł się zdecydowanie częściej niż sobie tego Yury życzył.
  Myślenie wyłączył dopiero wówczas, kiedy pokonali już znaczny odcinek i pustynia za ich plecami zniknęła zupełnie. Najemnik przystanął. Rozglądał się w prawo, w lewo, do przodu i do tyłu (tutaj znowu poświęcił studentowi trochę swojej cennej uwagi), i znowu do przodu.
  — Pobladłeś? — spytał wyraźnie czymś uradowany. Postanowił dać mu odpocząć w cieniu drzew, ale najpierw chciał się z nim podroczyć.
  Przeciwieństwie do lasu w m-3, ten był zubożały o roślinność, choć im dalej szli, tym na koronach drzew zaczęło pojawić się coraz więcej liści, kępy trawy, a nawet ogromne, sięgające do biodra zarośla. Niekiedy do ich uszu dolatywało pohukiwanie ptactwa, czy też trzask łamanych gałęzi. Dzikiej zwierzyny było tu jak na lekarstwo, ale zwykle w ich w skład wchodziły niegroźne żyjątka, które drżały na widok ludzkiego cienia. To nie pora na bestie rodem z koszmarów. Ego też o tym mógł nie wiedzieć, a Yury na rzecz poprawy własnego samopoczucie nie wyprowadzał go z błędu. Bawienie się jego kosztem należało do ulubionych rozrywek najemnika.
                                         
Yury
Windykator     Opętany
Yury
Windykator     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 30.01.20 19:24  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las
- Czy... czy czuję odciski? Dude, czuję absolutnie wszystko wszędzie - jęknął, ciągnąć swoje niewiele różniące się od świeżych zwłok ciało za Yurym. Jeszcze chwila i przejdzie na wyższy poziom transcendencji. Od lat uprawiał raczej jej podstawową formę. W tym przypadku nowego fizycznego zmęczenia, miał ochotę odjechać mentalnie - myślami, umysłem, koncentracją - gdzieś daleko, hej daleko i trzymać kciuki, że pod jego nieobecność ciało jakoś tam sobie poradzi bezrozumnie wlokąc się za przewodnikiem. I choć bardzo korciło, to powstrzymał się. Po pierwsze, skoro miał tyle czasu, a przed nim był tylko Yury, to myślał o Yurym. Kim... kim u licha ten gość w ogóle był? Tak na prawdę, nic o nim nie wiedział, co prawdopodobnie było plusem. Czemu jeszcze nie zabił, nie zostawił w jakimś rowie, nawet pomimo tego, że ewidentnie na razie był mu Ego ciężarem? Ach, myśli długo planowo, pomyślał Matt, patrząc na swoje dłonie, które ponoć coś tam we współpracy z resztką mózgu jaką posiadał umiały. Przyglądał się jego zmechanizowanym częściom analizując jak wpływają na jego ruch, zastanawiając się, skąd je ma. Jak stracił oryginalne kawałki ciała? Miał tyle pytań, tyle pytań... Ale po kolei. I ponieważ tak sobie myślał o Yurym, to za każdym wzdrygał się niepewnie, kiedy ten się do niego odwracał, jakby co najmniej umiał czytać w myślach.
- Czym jest Smocza Góra? Poza tym, że górą. Czym jest... halla.

Las z kolei był miłym wizualnym urozmaiceniem po poprzedniej piaskowej monotonii. Znikąd poczuł szybszy łomot własnego serca. Czasem wyciągał dłoń, jakby chciał dotknąć któregoś suchego pnia czy co dziwniej wyglądającej trawy, ale zawsze w ostatnim momencie, odrobinę od kontaktu, spłoszony cofał ją znów do siebie splatając swoje palce razem i nerwowy uścisk. Wszystko wyglądało... wyblakłe.
- Więc... jaki jest plan? - spytał wreszcie, rozglądając się wciąż dookoła, kątem oka ciągle rozpraszany każdym lekkim powiewem trwa.



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie on 08.02.20 16:16  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las
Yury nie był entuzjastą przyrody, choć nawet wyblakła zieleń zaiste była przesympatycznym urozmaiceniem od pustynnego, rozciągającego się na kilometry krajobrazu, a cienie rzucane przez drzewa na ich wycieńczone wędrówką, zalane potem ciało odczuwały ulgę. Nie dał się zwieść. Uważnie skanował swoim zdezelowanym okiem najbliższe otoczenie, szukając jakichkolwiek uchybień od normy, który dałyby postawę sądzić, że ta z pozoru sielankowa atmosfera zaraz wyparuje. Mimo zawodowej, wypracowanej na przestrzeni lat ostrożności, dobry humor nie opuszczał go nawet na moment. W celu zaakcentowania znakomitego samopoczucia, zagwizdał w rytm starej jak świat melodii, układającej się w jego pamięci, ale nie mógł tego samego powiedzieć o autorze i tytule tejże piosenki; te wywietrzały jak spożyty przez niego kilka dni temu trunek.
  Nie oglądając się za siebie, skręcił w pierwsze rozwidlenie, zbaczając z wydrążonej dróżki, która niechybnie prowadziła do małego, niemalże wyschniętego na wiór strumienia, służącego tutejszej faunie za jedynie źródło wody pitnej w okolicy, będącej zapewne przejawem miłosierdzia osobliwej mieszkanki lasu. Owe rozwidlenie nie było niczym innym, jak małym, skromnym zagajnikiem, którego wnet pozostawili za swoimi plecami. Przywitał ich półmrok, wytworzony przez drzew hojnie obdarzone przez naturę konarami, a wraz z nim pojawił się przenikliwy chłód, coraz bardziej im doskwierający. Im głębiej zapuszczali się w las, tym zubożałe wycie ptaków stopniowo się przerzedzało, aż rychło, po upływie kolejnych dziesięciu, może piętnastu minut, wszystko ucichło, poza ich krokami i oddechami. Tutaj sucha trawa sięgała mężczyźnie prawie po kolana. Ego miał gorzej, znacznie gorzej.
  Yury usłyszawszy pytanie, nie pospieszył od razu z odpowiedzią. Prowadził dalej, w błoto, bo nie wiedzieć czemu gleba była tutaj wilgotna. Buty grzęzły w niej, że aż miło. Szło się znaczniej gorzej niż z początku. Trzeba było wykrzesać z siebie więcej siły i odporności na wilgoć, która przedostała się przez popękane podeszwy i gryzła w pięty.
  — To siedziba Drug-onów, najemnych zbirów. Za atrakcyjne wynagrodzenie zrobią ci z dupy jesień średniowiecze — wyjaśnił lekceważąco, ani słowem nie wspominając, że sam nie był. Najemnym hulaką, nikim innym. W całej rozciągłość, od ponad siedmiu lat. Spełniał się w tym zawodzie, jak nigdy. —  Ale tobie to chyba nie grozi, co, młodzieńcze? Zalazłeś komuś za skórę tak mocno, że zapragnął się po tobie mścić aż do usranej śmierci?
  Gadał jak najęty, dla własnej satysfakcji. Miał ubaw po pachy, dręcząc tego podrostka sugestiami i aluzjami, które kończyły się zwykle srogim, wymownym spojrzeniem. Mówił mu przecież, że tutejsze życie to nie usłane różami przelewki, a on, wiedząc o tym, z własnej, nieprzymuszonej woli tutaj przylazł. Miał wolną rękę. Mógł jeszcze zawrócić, ale to już na własną odpowiedzialność. Windykator umywał od tego ręce. Cała odpowiedzialności spadała na Matta i jego masochistyczne skłonności.
  Wykrzywił zęby w uśmiechu, kiedy po upływie kolejnych cennych minut ich tułaczka tymczasowo doczekała się finiszu i znaleźli u celu swojej wędrówki - nad niegrzeszącym urodą uroczyskiem. Jego centralna część była zarezerwowana dla bagien, odseparowanych od reszty skonstruowanym na szybko prowizorycznym płotem. Składał się spróchniałych, wbitych w ziemie drewnianych pali, na które naciągnięto rybackie sieci, obecnie w strzępach. W niewielkim oddaleniu majaczyły ruiny lepianek, sądząc po ich kondycji od dawna nie zamieszkałych. Wzmierzłych czasach mieściła się tutaj niewielka osada, ale została wybita przez grasujących po okolicy zdziczałych.
  — A to jest halla — wyjaśnił studentowi, wbijając wzrok w nagryzioną przez czas przydrożną, dawno zapomnianą przez wiernych kapliczkę, porośniętą mchem i pokrzywami. Stworzenie pojawiło się, jakby znikąd. Nagle, niespodziewanie. Cicho, bezszelestnie, jakby na brzmienie znajomego głosu, wbijając bezbiałkowe ślepia w najemnika. Gdy się do niej zbliżyli, wydała z siebie pojedyncze charknięcie, ale nie cofnęła się nawet o krok. Nie była sama. Na jej grzbiecie siedziała filigranowa istota o niecodziennej urodzie, ubrana w białą tunikę, wyposażona w łagodny uśmiech, lecz trudno było jednoznacznie zweryfikować co owy wyrażał.
  — Długo kazałeś na siebie czekać, najemniku — odezwała się niemalże szeptem, wdzięcznym, melodyjnym głosem, zeskakując z wierzchowca z gracją, która wykluczała jej przynależność do rasy ludzkiej. — Moje imię to Evangeline. Jestem piastunką tego lasu — przedstawiła się po chwili, ale najemnikowi nie musiała odświeżać pamięć. Zapadała w niej na długo. I dobrze o tym wiedziała. Słowa kierowała głównie do Matta i to na nim zawiesiła spojrzenie.
                                         
Yury
Windykator     Opętany
Yury
Windykator     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 11.02.20 21:58  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las

To było niedorzeczne, to co się tu działo, a przecież dopiero wyszedł z M3. Musiał przestać wszystko porównywać ze swoim... wcześniejszym, niemal sterylnym życiem. Zaiste niewiele wystarczyło, żeby go zaskoczyć czy zaintrygować, wszakże każda informacja i widok były nowe (nawet Yury w naturalniejszym sobie środowisku zdawał się emanować czymś, czego w mieście aż tak czuć nie było). Wziął więc głęboki wdech, próbując nie dać swojemu mózgowi wypłynąć uchem. Zwierzęta nigdy nie były jego mocną stroną, jeśli można to tak nazwać. A przynajmniej nie... nie takie zwierzęta. Miał kiedyś parę jaszczurek i tego swojego nieszczęsnego żółwia, bogowie świećcie nad jego niedawno zmarłą zwierzęcą duszą. Wszystko co było futrzaste sprawiało, że zaraz kręciło mu się w nosie, a z pewnością tak działał na niego puszysty Bajzel Verity. Jeśli wiedział, że będzie się z psem widział, to brał na wszelki wypadek odpowiednie piguły, żeby móc spokojnie się z nim miziać. Ale teraz nie myślał o psach, ani o lekach, ani w ogóle nie myślał, tylko gapił się dosyć mało inteligentnie na zwierzę i jadącą na nim wierzchem kobietę. Jakby obydwoje się pojawili na odprawioną niedbale i mimochodem niemą modłę Yurego skierowaną w stronę kapliczki.

Nie bardzo wiedział co powiedzieć. Żadne „dzień doby” ani „cześć” mu tutaj nie pasowało. Pomachał do niej nieśmiało dłonią.
- Miło mi poznać – zapewnił, wydobywając wreszcie z siebie głos na dowód, że resztki kultury w nim jeszcze nie umarły. Przez moment nie wiedział gdzie wzrok podziać, zwłaszcza, że czuł na sobie jej spojrzenie, czego ogólnie nigdy za dobrze nie znosił, o co zdaje się Yury zauważył dawno temu. - I och, przepraszam? Zakładam, że mogłem trochę... opóźnić podróż na jej ostatnim etapie - przyznał przyjmując na siebie winę.
- Jestem... Ego - dodał, dopełniając formalności savoir-vivre. Nie zwrócił uwagi jak łatwo przyszło mu pominięcie imienia na rzecz przezwiska. Rozejrzał się dookoła, chyba zastanawiając się jak jej idzie piastowanie tego miejsca. Nie skomentował jego stanu. Zahaczył za to wzrokiem o Yurego, zanim znów wrócił uwagą do o wiele gładszej w urodzie nieznajomej.



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.02.20 20:58  •  (s) Zniszczony las Empty Re: (s) Zniszczony las
Evangeline odwzajemniła nieśmiały gest Matta, a Yury był na etapie postępującego małymi kroczkami rozdrażniania. Rzucił kobiecie niecierpliwie spojrzenie. Jej nieoczekiwane pojawienia się nie mogło wróżyć nic dobrego. Nie widział jej szmat czasu. Ostatni raz, gdy wyszarpała go z żylastego uścisku śmierci. Był jej wdzięczny, że uchroniła go od wydania ostatniego tchnienia, ale jego kodeks moralny nie zakładał spłaty owego długa, gdyż już dawno minął jego termin ważności, a jednak stała przed nimi, jak gdyby nigdy nic i jeszcze miała czelność przekabacić na swoją stronę płochliwego wierzchowca. Niech przeklęty będzie dzień, w którym zadomowiła się w tym lesie jak u siebie. Yury nie mógł odgonić od siebie wrażeniu, że spędzała w nim żywot w ramach kary, bo kto z głową na karku z własnej, nieprzymuszonej woli zrezygnował z edeńskiego dobrobytu na rzecz desperackiej mogiły?
  — Nie zajmę wam dużo czasu — zapewniła, jakby wyczytując z jego twarzy zniecierpliwienie i  oznaki rozdrażnienia w formie głębokich bruzd na czole, które pojawiły się tam nagle, znikąd, jak deszczowe chmury nad ich głowami. Wiedział, że to była jej zagrywka o aluzyjnym przekazie - Jeśli mnie nie wysłuchasz, z nieba lunie taka ulewa, że utkniecie tutaj na dobre, najemniku. Kuglarskie czary-mary aniołów nigdy nie wprawiały go w zachwyt, a jedynie utwierdzały go w przekonaniu, że lepiej trzymać się od nich z daleka.
  Ostatnie pokłady wcześniejszego zadowolenia z życia zniknęły jak ręką odjąć. Warknął pod nosem kilka nieocenzurowanych słów w języku rosyjskim, nie spuszczając zdezelowanego ślepia z udekorowanej fałszywą uprzejmością twarzy kobiety. Zwodniczy uśmiech wykrzywiający jej ustach odrobinę się pogłębił, kiedy zademonstrowała zadowolenie z efektów swoich działań.
  — Pamiętasz, jak upierałeś się, że masz wobec mnie dług wdzięczności? — zaciekawiła się, podchodząc bliżej. Matt mógł się nabrać na jej sztuczki – z pozoru niewinną aparycją i powalając urodę, ale nie Yury. Yury czuł, jak w powietrzu tworzy się napięcie.
  — Pamiętam — przyznał charkliwie, obiecałem, że spłacę go z nawiązką, dodał w myślach — ale tylko się zaśmiałaś i powiedziałaś, że twoja pomoc jest bezinteresowna, więc nie rozumiem do czego pijesz — rzucił w celu odświeżenia jej pamięci, ale ona pamiętała. Poświadczył o tym błysk w oku. Sprawdzała go. Testowała cierpliwość. Wodziła za nos. Celowo, z premedytacją.  
  — W takim razie muszę prosić cię o przysługę — sprostowała po chwili.
  — A jak odmówię?
  — Nie odmówisz. Oboje ledwo trzymacie się na nogach, a przed wami jeszcze szmat drogi. Postrój dobrze wam zrobi — zdiagnozowała bezbłędnie ich stan. O ile po Ego gołym okiem było widać było zmęczenie, o tyle najemnik usiłował sprawiać wrażenie, że kilku kilometrowa trasa nie odbijała na nim piętna. Jak widać nieumiejętnie. Od razu go rozgryzła.
  — Nie wiem po jakich chaszczach chcesz nas ciągnąć, ale spójrz na niego. Ledwo trzyma się na nogach. Pieszo nie ujdzie nawet kilometra.[/color]
  Zagwizdał na halle, która dotąd, niewzruszona, skubała pożółkłą trawę. Podniosła łeb i zademonstrowała urażaną dumę w formie nieznacznego ruchu nozdrzy. Po chwili wahania zbliżała się ku nim; tętent jej kopyt został zagłuszony przez prychnięcie kobiety.  Windykator bez zbędnych ceregieli, czy nawet ostrzeżenia posadził na grzbiecie wierzchowca młodzieńcze, wycieńczone dotychczasową podróżą truchło.    
  — To dokąd? — zapytał niechętnie tymczasową przewodniczkę.
  — Do lepianek.
  Skonfrontował wzrok z lepianek. Oceniał dystans.
  — Prowadź.
  Złapał za prowizoryczną uzdę. Nie musiał powtarzać. Ruszyli w drogę. Ona przodem.
                                         
Yury
Windykator     Opętany
Yury
Windykator     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down


 
Nie możesz odpowiadać w tematach