Strona 3 z 12 Previous  1, 2, 3, 4 ... 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on 21/12/2014, 20:21
Trzymał rękę w górze, jak do pocałunku. Był pewien, że Ourell weźmie ją w dłonie i zbada, zacznie dotykać sinych miejsc, sprawdzi, czy pacjent nie bagatelizuje sprawy i czy przypadkiem to nie jest czymś poważniejszym, niż się prezentuje. Dostrzegł jednak, że wzrok medyka zamiast skupić się na jego oczach, błądzi po całym ciele, skanując je od stóp po samą głowę. Pod pewnym względem miało się wrażenie, że blondyn zagląda nawet pod ubranie, doszukując się obrażeń nawet w punktach zasłoniętych pobrudzonym materiałem.
Growlithe jednak nie opuszczał wzroku. Wolałby wiedzieć, co dokładnie chodzi Ourell'owi po głowie, a im dłużej wpatrywał się w jego oczy, tym uświadamiał sobie, że sprawa jest naprawdę karkołomnie oczywista. Gość był totalnym pracoholikiem. Z ust białowłosego wyrwało się bezgłośne westchnięcie, gdy Wymordowany doszedł do wybitnie ambitnego stwierdzenia – Liltheen była nienormalna.
Co ty powiesz? – rzucił tonem, który wymuszenie zasugerował rozmówcy, że Growlithe jest „zaskoczony”. ― Ale w Desperacji jest mnóstwo oszołomów. Mogła zachowywać się jak idiotka, nie mając wcale złych intencji. – Co nie zmieniało faktu, że „mogła” tak się zachowywać, ale się nie zachowywała. Usta Growlithe'a uformowały się w grymas rozżalenia. ― Początkowo była w porządku. Nachodziła mnie od paru dni. Dopiero potem zaczęło jej się nagle spieszyć, żeby wylądować w łóżku.
A TY JEJ NIE ODMÓWIŁEŚ.
Grymas ułożył się w uśmiech. Oczywiście, że jej nie odmówił. Zbyt ładnie prosiła. Zbyt ładnie układała usta w słodkie słowa. W porównaniu z Ourell'em była naprawdę ugodowa i przyjemna. Palce puściły materiał bluzy blondyna, gdy ten z wiecznym niezadowoleniem odsunął się od pacjenta.
Wolę się upewnić. Do niektórych jak widać słabo co dociera – zaznaczył nonszalancko, zmywając z warg jakiekolwiek emocje. Pozwolił się zbadać medykowi, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że wykrycie u niego gorączki było czymś niemożliwym. Sam wiedział tylko tyle, że łeb mu po prostu pękał. Aktualnie nie różnił się absolutnie nie czym od tykającej bomby, która tylko czeka, aż na liczniku pojawią się cztery zera. Drażniące pulsowanie, zaczynające się w skroniach i przechodzące praktycznie aż po kark Wymordowanego coraz bardziej doprowadzało go do szału. Nie mógł się już doczekać, aż...
... he? – wymsknęło mu się. Dosłownie tak, jakby niepohamowanie kaszlnął, po uprzednim uderzeniu wielkim łapskiem futbolisty prosto między łopatki. Zamrugał nawet z namacalnym zaskoczeniem. ― Masz zamiar wytropić ten hydrant i go przesłuchać, panie szeryfie? Jeśli nie chcesz otrzymywać sarkastycznych odpowiedzi, przestań zadawać głupie pytania. Nie pamiętam, Ourell. Nie jestem dzieciakiem. Nie mam harmonogramu dnia, gdzie 6.05 to siusiu, a 6.06 szybki prysznic, by o 6.10 umyć ząbki.
Miska podjechała praktycznie idealnie między jego nogi. Oh, nie musiałeś. Choć zawsze chciałem to dostać na Gwiazdkę.
Założy sobie na głowę.
I będzie udawał żółwia.
Ta rozmowa wydawała mu się nie mieć sensu. Do teraz. Ourell wydawał się coraz bardziej kojarzyć fakty, o co cały czas zabiegał białowłosy. Grow już sam nie wiedział, jak powinien nakierować lekarza, aby dotarło do niego, że nie jest pijany. Choć cuchnął piwem, rzygał jak zawodowy menel i chwiał się, nie mogąc prosto utrzymać się na nogach. No i zachowywał się agresywnie. Czyli dokładnie tak, jak zwykle zachowują się ludzie, mający w żyłach procentów nieco ponad normę.
„Widziałem ostatnio horror o alkoholiczce.
Coś ty? A jaki tytuł?
Piła 3”.
Ting. Ting. Ting.
Wreszcie dotarło do Ourell'a, że ofiara jego lekarskiego katowania nie wypiła więcej niż pół szklanki.
„Możesz mieć chorobę, która doprowadza człowieka do śmierci w ciągu kilku dni.”
Rozluźnił się. Widać było, jak wszystkie mięśnie Growlithe'a przestają się napinać, a wciąż uniesiona dłoń  rozcapierzonymi palcami opada nieco w dół, jakby chory miał coraz mniej sił, by utrzymywać ją na odpowiedniej wysokości. Więc umrze? Tak po prostu? Nie w żadnej bitwie, tylko zwyczajnie, przez dziwkę, która zaraziła go jakimś ustrojstwem?
Nie wyglądał na specjalnie przejętego. W porównaniu z Ourell'em, który zaczął się rzucać po pomieszczeniu, jak pingpongowa piłeczka. Tutaj. Tam. Woda. Szmaty. Uspokój się, Ourell. Nie ma sensu. Właśnie to mówiła jego twarz, którą jak na zawołanie rozświetlił przebłysk uśmiechu.
„Błagam, nie chcę znowu zarobić w mordę, więc powiedz mi na wstępie czy jak po raz kolejny Cię dotknę, znów zawinę się w tył?”
To pytanie wywołało u niego cichy chichot. Ramiona zadrżały, by zaraz Growlithe wyprostował się i przechylając głowę na bok spojrzał rozbawiony na Ourell'a. Oczy lśniły w panującym wokół półmroku, jakby podchwytując błąkający się po ustach uśmiech. Choć ironiczny, co do jego szczerości nie mogło być wątpliwości. To była jego autentyczna odpowiedź na pytanie i innej medyk z pewnością nie otrzyma. W ślepiach pojawiło się nieme wyzwanie, kiedy - po ostatnich jego słowach - sięgnął zdrową ręką za siebie, chwycił za brzeg i tak rozerwanej koszulki i przełożył ją przez głowę. Na cerze znajdowało się parę niewielkich ranek, wyglądających jak otarcia, siniaków i - przede wszystkim - pamiątka po krześle.
Tch.
Odłożył ubranie na podłogę.
No chodź, Ourell.
Przecież nie po to wciąż trzymał rękę w górze.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on 24/12/2014, 15:24
Grymas wyraźnie odznaczył się na oszpeconej twarzy.
Czy naprawdę tak ciężko było zrozumieć jego sposób pracy? Chciał wszystko robić jak najdokładniej i jak najszybciej. Nie urodził się wczoraj, toteż jego doświadczenie nie brało się z ostatnio obejrzanego maratonu „Dr House’a”, który w każdym odcinku dostawał ciężki, niemożliwy do rozwiązania przypadek, który udawało mu się okiełznać dzięki następnemu ze swoich genialnych przebłysków. Życie to nie serial. Ourell zdawał sobie sprawę, że czas goni go nieustannie, dzierżąc w swych dłoniach widły, by w razie nie zamknięcia się w wymaganym terminie, dziabnąć go nimi w tyłek, by popamiętał wszystkie zmarnowane sekundy. On już zaczął czuć ostry ból na każdym ze swoich pośladków, bo sam pojął jak niepewna była przyszłość osoby, którą się zajmował. I za którą był odpowiedzialny. Wilczur z pewnością nie odbierałby tego w ten sposób. W jego oczach, to on był właścicielem wszystkich piesków, które pałętały mu się u nodze, szeleszcząc żółtymi chustami na potwierdzenie swojej przynależności. Miał rację. Białowłosy mocno trzymał za smycz każdego z Kundli, a Ourell przekonał się o tym dobitnie już kilka minut temu. Mimo to Growlithe nie był jednym, który musiał wytrzymywać ciężar odpowiedzialności na swoich zmizerniałych barkach. Medyk był nim przygniatany od samego początku swojego istnienia, ale choć miał za sobą tysiące lat, chyba dopiero w tym stuleciu czuje, jak po raz pierwszy faktycznie zaczyna boleć go od niego w krzyżu. W końcu ma pod swoją opieką ogrom ludzi… a w tym masę ryzykantów. Mało tego.. właśnie teraz patrzył na najbardziej problematycznego człowieka, z jakim było mu dane się spotkać i… cholera jasna, on naprawdę chciał mu pomóc. Dopełnić swojego przeznaczenia i zrobić to choćby dla siebie samego, by później czerpać radość z widoku Wilczura, który nie wymiotowałby jak wcześniej wspomniany menel i docinał mu tak jak zawsze, bez ozdoby w kształcie ohydnej szramy na brzuchu. Niech zrozumie, że nad nim czasami też ktoś musi czuwać…
Niech mu na to pozwoli.
Zaufa.
Uwierzy w jego słowa…
… i przyjmie do wiadomości fakt, że pytanie o siku było niewyobrażalnie ważnym elementem całej diagnozy, psiamać!
- Przecież nie pytam Cię o dokładną datę i godzinę, a bardziej dzień. – sprostował szybko, nim podał swoje przypuszczenia względem dolegliwości Wilczura, który po usłyszeniu złych wieści… sflaczał. Okay, okay.. nie sflaczał, ale wyraźnie się rozluźnił, co zmartwiło Ourella równie mocno, co ucieszyło. Woah.. koniec szamotanin?
Oczywiście w absolutnie żaden sposób nie okazał radości z nagłej zmiany nastawienia białowłosego, bo też jakoś nie widział sensu, aby się z niej teraz cieszyć. W sumie można by powiedzieć, że wyglądał jak jedna wielka skorupa. Mina mu zrzedła. Spoważniał. Już nie wyglądał na zirytowanego kpiącymi odpowiedziami Growlithe’a czy też jego agresywnym zachowaniem.
Pełne skupienie.
Zero strachu.  
Ciężar na barkach zaczął przybierać na wadze, a im cięższy się wydawał, tym Ourell szybciej skakał od ściany do ściany w poszukiwaniu przyrządów potrzebnych mu do leczenia. Nie panikował. Po prostu robił to, co do niego należało. Gdy jest się lekarzem pojęcie „paniki” nie powinno być w ogóle znane. Nikt nie musiał wiedzieć, że żołądek przewracał mu się na drugą stronę, a ręce stają się trochę zimniejsze, niż przywidywała ustawa. Znowu, Ou? Stres?
Kiedy nagle…
… chichot?
Popatrzył na niego niewyobrażalnie zdziwiony i.. no.. po części urażony. Śmiech był dla niego nie na miejscu. Rozumiał, że Growlithe miał zupełnie inną mentalność, niż on, jednakże.. bagatelizowanie własnego życia?
- To nie jest śmieszne. – powiedział niemalże zrezygnowanym tonem, choć przynajmniej ta nienaturalna powaga spełza z jego mimiki, zastępując ją czymś odpowiedniejszym dla Ourella. Kolejne rozdrażnienie? Cóż, owszem, ale w zdecydowanie łagodniejszym wymiarze, niż parę chwil temu. Poniekąd trudniej jest denerwować się na rozluźniający atmosferę śmiech, aniżeli płonięcie żywcem…
Błękitne spojrzenie natychmiast zjechało w dół - na klatkę piersiową wymordowanego. Gdyby Ourell nie był tak beznadziejnym przypadkiem, Growlithe mógłby nacieszyć się faktem, że wzbudza w nim takie zainteresowanie. Jednak niestety, było ono czysto medyczne. Dopełniał to fakt, że zamiast cienia uśmiechu na widok nagości białowłosego, medyk skrzywił się jeszcze bardziej, obserwując zadrapania na piegowatej skórze, których wcześniej nie zauważył przez przysłaniający je kawałek podartego materiału. Szybka analiza i powrót do sinej ręki. Z niewyobrażalną delikatnością wsparł dłonią przedramię pacjenta, by ten nie musiał już utrzymywać jej o własnych siłach. Następnie szybko skierował mokrą szmatę na opuchnięte miejsce, ostrożnie ją opatulając. Z perspektywy Growlithe’a jego styl udzielania pierwszej pomocy mógł wydać się po prostu śmieszny. Obchodził się z Wilczurem zupełnie tak, jakby szczerze bał się wyrządzić mu chociaż odrobinę bólu. Jakby operował nad czymś tak cennym, że pod żadnym pozorem nie mógł tego skrzywdzić. Mimo to wszelkie czynności wykonywał do końca, a ostrożność na którą się porywał, nie ujmowała efektowi końcowemu, który wyglądałby dokładnie tak samo, jakby od niechcenia zarzucił mu szmatę na łapę i fajrant. Odwiązał żółtą chustę z bernardynem, którą miał uwieszoną na szyi i zrobił z niej temblak, przewieszając wymolestowaną rękę Wilczura, dalej zwalniając go z obowiązku trzymania jej o własnych siłach. Za kilka chwil i tak miał w planach usztywnić mu rękę, jednak nawet teraz nie chciał, aby Grow robił zbyt wiele.
- Znowu zszyję Ci brzuch, ale tym razem nic z tym nie rób. Rozerwałeś sobie sporo skóry. – powiedział przebiegając wzrokiem po paskudnej ranie po krześle, która zdecydowanie zbrzydła, odkąd Growlithe postanowił ją rozszerzyć, na chama rozrywając nici. Wstał i szybko zawędrował do półki, wcześniej molestowanej przez Buffy. Zrobiła mu tam niezły bajzel, jednak po wypowiedzeniu wszelkich OBZYDLIWYCH przekleństw z kategorii „psiakostka!” lub „niech to dunder świśnie!” nareszcie znalazł nowe, potrzebne mu przyrządy. – Połóż się, ale uważaj na rękę. – powiedział, na nowo przywdziewając łagodniejszy ton głosu, o dziwo robiąc to bardzo naturalnie. Mimo to sprawiał wrażenie pochłoniętego czarnymi myślami. Coś go mocno niepokoiło, a zmęczona twarz wydawała się jeszcze bardziej zmarnowana.
Zerknął na cały asortyment lekarstw, który miał w tej chwili pod ręką.
Ciężar na barkach znowu dał o sobie znać.
- Będę musiał Cię zostawić. – odparł zupełnie tak, jakby sekunda spędzona bez towarzystwa opryskliwego wymordowanego była najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mogłaby go spotkać. – Nie mam wszystkich składników na przygotowanie lekarstwa, a z tym nie wypada długo czekać. – mruknął, biorąc w rękę kaukaski granat. Jeden z ulubionych specyfików Ourella.. miał sam w sobie tak wiele zastosowań. – Dlatego nie zdziw się, gdy w nocy obudzisz się, a mnie akurat przy Tobie nie będzie. Poproszę Sanę, aby w razie jakby co, tutaj z Tobą była. Mimo wszystko postaram się wrócić jak najszybciej, choć to różnie bywa. – zbieranie walonego kwiatka, który kwitnie tylko podczas pełni.. no cudo. A czy teraz w ogóle jest pełnia? – Przekichane... – mruknął niby to sam do siebie, cały czas intensywnie się zamyślając.
Sięgnął po kolejny kubeczek i wycisnął do niego sok z wcześniej pochwyconego owocu. Skończyła się sól fizjologiczna… czymś dezynfekować trzeba.

Przepraszam za nielogiczność, ale pisałam pod presją.. ._.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on 26/12/2014, 01:06
- Przecież nie pytam Cię o dokładną datę i godzinę, a bardziej dzień. 
Oh, ale wiesz, geniuszu, że pytając o dzień, pytasz również o datę? – zapytał tak uprzejmie, że niejedna panna zechciałaby sprzedać mu ostrego liścia w nadstawiony policzek. Growlithe obrzucił go niemalże zirytowanym spojrzeniem i westchnął pod nosem. Nie potrafił zrozumieć lekarzy. Czasami zachowywali się jak banda przewrażliwionych dziewczynek, wrażliwych na każdą niedokładność. ― Dawno. Nie miałem czasu na takie błahostki.
Przewrócił nagle oczami.
„To nie jest śmieszne”.
Nie? A on się śmiał.
Masz rację – przyznał w końcu z lekkim przekąsem. Naturalnie, Ourell miał słuszność. To nie było śmieszne. ― To jest ironiczne.
Bo jak inaczej chciał to nazwać? Wielki rewolucjonista, buntownik z powołania, zawsze zwycięsko wychodzący z najgorszych bitew... miał umrzeć przez jedno potknięcie? W aktach przedstawiałoby się to równie czarująco jak: „Miał dwa metry wzrostu i ważył ponad stówę. Mięśnie twarde jak skały. Przyczyna zgonu? Poślizgnął się na piłeczce tenisowej i skręcił sobie kark”. Mimo to Growlithe naprawdę nie wyglądał na osobę, która ma zamiar wyrywać sobie włosy z głowy, tylko dlatego, że ktoś pociągnął za stryczek, gdy on przypadkiem przełożył głowę przez drewnianą belkę gilotyny.
W milczeniu przyglądał się, jak Ourell wreszcie odważył się do niego podejść i zajął się zwichniętym nadgarstkiem. Wilczur nie był lekarzem, ale widząc prowizoryczną szynę, chyba tylko cudem powstrzymał się przed kolejnym wybuchem śmiechu - tym razem z pewnością głośniejszym i mniej pohamowanym. Szmata Bernardyna wydawała się tutaj niepotrzebna. Przecież jego ręka nie była złamana. Owszem, bolała, gdy nią poruszał, ale nie był to ból, który byłby wieczny. Gdyby tylko zeszła opuchlizna...
Brew mu drgnęła.
Zresztą, od tej lekarskiej troskliwości, Growlithe miał ochotę uciec, byle jak najdalej. Postanowił jednak, że – dla własnego spokoju – wykona polecenia. Był zmęczony. Wszystkie magazynowane siły, przeznaczył na wybuch gniewu, a tak się złożyło, że wściekłość po nim spłynęła.
Tak, tak. – Odrzucił piłeczkę. Ton głosu nie wskazywał na to, że w ogóle go słuchał. Zresztą – było to strasznie trudne zajęcie, gdy przez większość swojego śmiesznego monologu, medyk zaczął przedstawiać cały plan wydarzeń, niezbyt do szczęście Growlithe'owi potrzebny. Prawdę mówiąc, w obecnej sytuacji było mu wszystko jedno. Równie dobrze Ourell mógł zaproponować mu masaż tirem, a Wilczur  pewnością odpowiedziałby tak samo. „Tak, tak” było tak olewcze, że niejeden rozmówca poczułby się zignorowany do tego stopnia, że zgłoszono by to na komisariat, w związku z najwyższą obrazą. Nic nie mógł jednak na to poradzić. O wiele łatwiej przyjąłby do wiadomości dławiącą ciszę i niepewność, jaka kładła łapska na jego ramionach od kiedy sięgał pamięcią, niż dobrotliwe uświadamianie, w jak kiepskim był stanie. Wsparty na łokciu, został uderzony jednym, konkretnym zlepkiem liter.
- Przekichane...
Pewnie nie miał tego usłyszeć, bo zdawało się, że Ourell wolał rozmawiać ze sobą, nie z pacjentem. Paradoksalnie właśnie to słowo dotarło do uszu Growlithe'a ze zdwojoną siłą i utkwiło w umyśle na dłużej. Przekichane?
Nie przesadzaj – odpowiedział automatycznie ze zwykłej przekory. Nagły stres, jaki na każdym kroku prezentował medyk wydawał mu się zwyczajnie nieuzasadnioną brednią, bez której im obu byłoby teraz przyjemniej. Czymś, co – co najwyżej – powinien był odczuwać sam „poszkodowany”. Nie osoba nie dość, że nieodpowiedzialna za niego samego, to jeszcze w zasadzie obca. ― Nie potrzebuję twojej troski – zaznaczył na tyle dobitnie, by do Ourell'a dotarło, że postawa, jaką sobą reprezentował była żenująca. Czego się spodziewał? Że ten śmiertelnie chory Wilczur, nagle stanie się przerażonym szczeniakiem, który z podkulonym ogonem zacznie szlochać, przypominając sobie o niezrealizowanych planach?
Growlithe prychnął lekceważąco, odwracając głowę na bok, jak zbuntowany nastolatek. Nie dało się wychwycić nagłego błysku w kąciku jego oka, bo to prędko utonęło w cieniu rozczochranej grzywki.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on 30/12/2014, 03:49
Łapanie za słówka takie śmieszne.
Ourell nie ciągnął więcej tematu daty, godziny, dni i innych dupereli, o które dyskusja toczyła się wręcz bez sensu. Naprawdę nie przypuszczał, że ktoś byłby w stanie robić problemy o tak proste pytanie. Wiadomo, że dotyczyło sfery prywatnej. W końcu kto o zdrowych zmysłach chwaliłby się sprawnością układu wydalniczego? Nie jesteśmy czterolatkami, by szczycić się dziełami stworzonymi w toalecie. Jednakże anioł wyraźnie nie miał ochoty na przedłużanie. Skoro nie mógł otrzymać precyzyjnej odpowiedzi, po prostu zrezygnował z dalszego upraszania się o nią, wieńcząc swoją przegraną przewróceniem oczami.
Poza tym, miał znacznie ważniejsze rzeczy do roboty.
Wyśmiewanie wykonywanych przez medyka czynności, zdecydowanie nie należałoby w tej sytuacji do rzeczy najbardziej rozważnych. Growlithe i dziesiątki innych pacjentów, którzy śmieli zrobić sobie kuku i przyjść do niego po ratunek, przekonali się o tym nie raz. Wilczur miał okazję nawet kilka chwil temu. Ourell był po prostu… beznadziejnie uparty w tym, co uważał za najważniejsze. Niesienie pomocy było celem jego powstania, a on nie wygasł w nim aż do tego momentu. Początkowo ograniczał się do biernego łażenia za podopiecznym i doglądania jego poczynań na ziemi, co jakiś czas szepcząc dobrą radę wprost do ucha. Jednakże po odejściu Kreatora, setki aniołów otrzymały nowy plan obowiązków, który tym razem zakładał w sobie więcej efektywności, niż poprzednio. Niektórym się to nie spodobało, inni podeszli do tego jak do wyzwania, które rzucił im sam Stwórca, chcąc sprawdzić ich możliwości. A ówczesny Zachariel? Zawsze angażował się w swoje obowiązki całym sercem, więc pomimo szramy zawodu i przerażenia, jakie pozostawiła po sobie świadomość braku Ojca, cieszył się, że pełnoprawnie będzie mógł popylać po ziemi. Nawet, jeśli miał zastać ją w tak tragicznym stanie. Pierwsze kilkadziesiąt lat mocno dało mu w kość, lecz później było już tylko lepiej. Nauczył się wielu pożytecznych rzeczy, między innymi jak się rozmawia z ludźmi twarzą w twarz. Wierzcie lub nie, jednak wiele było sytuacji, gdzie Zachariel najzwyczajniej w świecie się gubił. Niby wiedział, jak ten marny puch funkcjonuje, myśli i działa, jednakże… spokojna rozmowa z kimś, kto nie wierzy w anioły i ich dobroć jest najzwyczajniej w świecie niemożliwa. Przychodzi do Ciebie wypiękniały koleś, rozkłada skrzydła, brudząc Ci piórami świeżo pozamiataną podłogę i co? Gada Ci, że od dzisiaj będzie łazić za Tobą krok w krok, pilnując, aby nic złego Cię nie spotkało? Jak tu teraz spokojne zjeść? Pójść do toalety? Przebrać się? Bezpiecznie wziąć prysznic? Przecież niektórzy wyhodowaliby sobie cały dywan z mydeł, których najzwyczajniej w świecie baliby się podnieść… jednak mimo wszelkich przeciwności, Ourell zawsze angażował się w swoje obowiązki tak, jak tylko potrafił, a niemożność ich dopełnienia była dla niego palącym uczuciem, które wyżerało go od środka. Tak, jakby pozwolił na coś złego. Chociaż ukrywał swoją tożsamość, prawdziwe brzmienie celu przebywania w siedzibie i nie musiał tłumaczyć się z nie podniesionego mydła podopiecznego pod prysznicem, trafili mu się tacy delikwenci, którzy i tak sprawiali, że Ourell siwiał z dnia na dzień. Ten opatrunek naprawdę był potrzebny…
„Nie przesadzaj.”
Gdyby potrafił…
- To nie jest błahostka, ale skoro odbierasz to jako przesadę, to może chcesz porozmawiać o czymś innym? – zapytał, nie mogąc ukryć ledwie wyraźnej – ale jednak - nuty irytacji w swoim głosie. Mimo wszystko rozumiał, że nie może cały czas smęcić Wilczurowi nad uchem i choć żołądek właśnie urządzał sobie konkurs fikołków wyczynowych, Ourell po raz kolejny przyjął dyktowane przez przywódcę warunki. Póki nie kolidowały z jego prośbami i obowiązkami - było w porządku. – Ale dopiero za chwilę podzielisz się ze mną najgorętszymi smaczkami ze swojego życia. Postaraj się na chwilę nie mówić. – rzucił z ironią, tym razem prosząc Wilczura o same starania, bo oczywiście nie można było spodziewać się po białowłosym rzetelnego milczenia, podczas trwania zabiegu.
Zdezynfekował igłę i nić wcześniej przygotowanym sokiem z owocu kaukaskiego, pobieżnie przelatując też ranę Wilczura. Właściwości odkażające powinny zminimalizować ryzyko zakażanie, którego Zachariel tak się obawiał, widząc rozrywaną skórę brzucha.
Wziął się do roboty.


Ostatnio zmieniony przez Ourell dnia 5/1/2015, 04:49, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on 1/1/2015, 17:40
Jeśli to nie była błahostka, to ciekawe czym będzie złamanie otwarte albo pęknięcie tętnicy żylnej. Apokalipsą drugiej generacji? Growlithe wzruszył ramionami, pokazując wszem i wobec, jak bardzo nie interesuje go teraz to, co się dzieje. Rwący, tępy ból w skroniach był wystarczającą rewelacją dla kogoś, kto na ogół podobne sygnały zbywał machnięciem ręki, więc nic dziwnego, że skupił się głównie na nim. Czy może raczej – na próbie zignorowania go. Podwyższony level zadania zaprezentował się wtedy, gdy Ourell po raz pierwszy przedział skórę cienką igłą. Mięśnie drgnęły, napinając się, choć sam Growlithe nie uspokajał się, nie słuchał zapewnień podświadomości. Niektórzy mogliby pomyśleć, że na czas całego procesu ciało przywódcy całkowicie znieruchomiało. Prawie.
Zastukał jednorazowo palcami.
UWAŻAJ, piszczał wysoki głos spod biurka. UWAŻAJ. UWAŻAJ, JACE.
JEST NIEBEZPIECZNIE, dołączył się drugi. Niski. Basowy. Gdzieś z góry, to na pewno. NIEBEZPIECZEŃSTWO. NIEBEZPIECZEŃSTWO. NIEBEZPIECZEŃSTWO.
ATAKUJ! MUSISZ WYGRAĆ! OBIECAŁEŚTO SOBIE!
, dodał trzeci.
ATAKUJ. UGRYŹ!
ROZSZARP!

Palce drgnęły.
SPAL! SPAL TĘ SZUJĘ!
Stuk. Stuk. Stuk.
„Postaraj się na chwilę nie mówić.” Jasne. Growlithe przymknął oczy, nabierając powolnego, głębokiego wdechu, wziętego na tyle spokojnie, aby medyk mógł zorientować się o „działaniu” i przerwać szycie.
JACE. JACE. JACE! DLACZEGO NIC NIE ROBISZ? JEST CORAZ BLIŻEJ!
TAK ŁATWO CHCESZ UMRZEĆ? – zapytał spowolnionym tonem nowy charakter. Brzmiał marudnie, bo życie było nudne. CZUJESZ BÓL?
Śmieszne. Lekkie ukłucie, a potem tylko dyskomfort, gdy nić ściągała oba krańce poszarpanej skóry. Nie było mowy o bólu.
NIE PRZESZKADZA CI TO?
Nie.
NIE?
Nie...
NA PEWNO?
Uhn.
JAACE...
Trochę.
TYLKO TROCHĘ?
Zabębnił ponownie palcami o sztywny materiał łóżka polowego. Dyskusje z „nimi” były bezsensowne. Czuł się jak w roju wściekłych os, w samym apogeum cholernego ula. Głosy nakładały się na siebie, przekrzykiwały, mieszały. Nie było choćby fizycznej możliwości, aby przebił się przez gąszcz szeptów i pisków i wreszcie zdał sobie sprawę, że powinien przestać próbować. Jasna brew drgnęła, gdy poczuł kolejne pociągnięcie za igłę, zamykające powoli wyrwę w brzuchu. Jeszcze moment. Nawet jeśli operacja trwała parę minut, Growlithe czuł się, jak wrzucony w lepką otchłań bez czasu i przestrzeni, skazany jedynie na zbyt wysokie, zbyt niskie lub zbyt zniekształcone pomrukiwania z różnych zakątków pokoju. Następne pociągnięcie. Otworzył ślepia. Jeszcze jedno. Spojrzał z dołu na Ourell'a. Kolejne... Zacisnął usta...
Chwycił go za rękę.
… meta.
Przytrzymał go przy sobie. Choć przydługa grzywka przysłaniała oczy, Ourell mógł mieć wrażenie, że wzrok skierowany jest prosto na niego. Wilczur w rzeczywistości i tak nie błądził spojrzeniem w okolicy blondyna, raczej skupiając się na ścianie czy szwach. Świeżo zaszyta rana nie bolała. Trochę szczypała od dezynfekcji, ale to potrafił zignorować bez problemu, dlatego bez skrzywienia podniósł się na łokciu, ale w ostatnim momencie usta zacisnęły się w kreskę, niczym mur zatrzymując wszystkie słowa, cisnące się na wargi. Odpuścił. Widocznie uznał, że powiedział już wystarczająco. Palce ostatni raz musnęły skórę Archangela, ześlizgując się tęsknie po wierzchu dłoni, na końcu zaciskając się w pięść. Ostrożnie położył się z powrotem, od razu opierając wierzch nadgarstka na gorącym czole.
UMRZESZ, odezwała się nowa mara, przemykając blisko. Poczuł nawet obślizgły kraniec ogona, przemykający po rozpalonej skroni. UMRZESZ. UMRZESZ... UMRZESZ! SŁYSZAŁEŚ WYRAŹNIE! KONIEC JUŻ BLISKO. NIEDŁUGO. ZA CHWILĘ.
- Przejdziesz się po Ailena?
Przymknął powieki.
KILKA DNI... MOŻE GODZIN... A MOŻE... SPRÓBOWAĆ... WYKORZYSTAĆ... KREW... OWCY..?
Żołądek się skurczył.
- Mam do niego...
Ostatnie słowo utonęło w przeciągłym westchnięciu, które prędko zamieniło się w miarowy, powolny oddech. Najwidoczniej są osoby, które usną nawet w trakcie wypowiadania zdania.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on 18/1/2015, 03:36
A dla niego było cicho.
W pokoju nie rozlegał się żaden dźwięk poza rytmicznymi wydechami powietrza, które na krótki moment trwania całej operacji, wydawały się rażąco zwracać na siebie uwagę ucha, porównując się do jedynej granej melodii w pomieszczeniu. O ile w wielu przypadkach przepływający wokoło nich spokój mógł uchodzić za niezręczny, Ourell był pozytywnie zaskoczony jego obecnością. Dzięki niemu doskonale mógł skupić się na wykonywanej czynności, jak zwykle starając się zakończyć ją w perfekcyjny sposób. Jego oblicze wydawało się nad wyraz skupione. Rzadko zdarzały mu się widoczne napady paniki, choć w niektórych przypadkach jego niepokojowi udawało się przenikać przez udawanie opanowaną twarz. Można powiedzieć, że tego dnia anioł wiele razy dał po sobie poznać, że coś było nie tak, za co sprezentował sobie reprymendę we własnej głowie. Zawsze myślał, że widział już w życiu bardzo wiele. Nie ośmielił się otwarcie stwierdzić, że nic nie było w stanie go zaskoczyć, jednakże podświadomie uważał, że jak przystało na kogoś z takim długim stażem, nosił na barkach wystarczająco ciężki balast doświadczeń, aby nie zdziwić się na widok niektórych okoliczności. Nigdy nie był fanem widoku poskręcanych ciał, wywalonych na wierzch wnętrzności lub innych paskudztw związanych z okrucieństwem oraz ludzką chęcią mordu i krzywdy bliźniego, ale takie smaczki nie sprawiały, że jego skóra od razu traciła barwę, a żołądek natychmiast chciał skomentować całe zajście, nieumiejętnie dobierając temat ostatnio spożytym posiłkiem. Pchał palce w wiele świństw i miał świadomość, że jeszcze nie raz będzie je tam wkładał. Nigdy nie opuszczał pacjentów, choćby mieli zamiar udekorować go własnymi wymiocinami. Był twardy jeśli chodzi o niewygodę warunków i nieciekawe widoki… ale gdy chodziło o pewne osoby, jego umiejętność racjonalnego, opanowanego myślenia jakby na kilka minut się wyłączała. Ilekroć słyszał, że coś złego mogło stać się jego podopiecznym, niemal od razu miękły mu nogi, a sam Ourell walczył z przemożną chęcią padnięcia na kolana i ubłagania Boga o posiłki w postaci najlepiej wyszkolonego anielskiego zastępu. Za bardzo się przejmował i to przejęcie dało się wyczytać z niego, jak z otwartej księgi. Niekiedy czcionką 72… naciskał na irracjonalne, zupełnie niepotrzebne rzeczy, które dla niego były wręcz niezbędne. Potrafił zrobić aferę o zacięcie się kartką lub zakrztuszenie czerstwym chlebem, a odmowę lub sprzeciw traktował jak niepotrzebne marnotrawstwo czasu, co z kolei stresowało go jeszcze bardziej. Gdyby zależało mu na opinii jaką w tym momencie wyrobił sobie u Growlithe’a, pewnie trochę zastanowiłby się nad tym, czy w ogóle jeszcze posiadał u niego jakikolwiek szacunek… no, ale przecież on o to nie dbał. Nie w takiej chwili. Wilczur zaliczał się do elitarnej grupy osób, nad którymi Ourell zdawał się sprawować podwojoną opiekę. Dlaczego? Bo po prostu było się o co martwić. O ile na początku jego obrażenia nie stanowiły dla niego większego zaskoczenia, tak po latach ich częstotliwość naprawdę sprawiła, że medyk zaczął szczerze się o niego martwić. Białowłosy może się poszczycić, że chociaż jedna osoba nie mogła zasnąć, bo myślała o nim przez całą noc. Ba, kilka nocy. Szkoda, że zazwyczaj w mało radosnym charakterze. Wizja realnej śmierci przywódcy jakoś nie zamierzała szybko zmienić tego stanu rzeczy.
Skończył.
Po raz ostatni oderwał igłę, precyzyjnie przewleczoną przez rozgrzane ciało pacjenta, gdy poczuł na sobie uścisk ręki białowłosego. Zesztywniał. Przeniósł zaskoczone spojrzenie na piegowatą twarz, doszukując się jakiejkolwiek odpowiedzi. Dla niego był to dosyć niezrozumiały gest. Owszem, wiedział, że Growlithe miał serdecznie dosyć jego pomocy, jednakże błękitnooki zdążył już pomyśleć, że Wilczur da mu w końcu dokończyć zaczętą robotę. Mylił się? Białowłosy zaczął podnosić się na łokciu, gdy nagle.. odpuścił.
Uścisk zelżał.
Ourell zaczął się powoli rozluźniać, choć o ile w jego twarzy nie było widać wyraźnych oznak ulgi, tak subtelny błysk w jego oku zdecydowanie krzyczał w stronę pacjenta nieśmiałe „dziękuję!”. Zabrał się za sprzątanie przytarganych przez siebie rzeczy. Odszedł od pryczy i zawędrował w stronę stołu, zwijając w rękach zużytą nić, gdy nagle do jego uszu dotarła pewna absurdalna prośba.
„Przejdziesz się po Ailena?”
Zmarszczył brwi, acz nie przerwał swojej wędrówki. Spokojnie odłożył igłę do późniejszej dezynfekcji i wyrzucił zużytą nić. Gdy w końcu odwrócił się w stronę pacjenta… ten usnął. Znaczy.. dla Ourella oczywiście umarł, dlatego jak ostatnia spanikowana ciota musiał do niego podbiec i upewnić się pięćset razy czy aby na pewno oddycha. Po zapewnieniu samego siebie, że Wilkowi nic nie grozi, anioł pochwycił za jeden ze starych koców i czule okrył nim przywódcę, aby przypadkiem nie zmarzł podczas snu. Wysprzątawszy całe pomieszczenia z bałaganu, jaki zaistniał podczas obecności piegowatego diabła, narzucił na siebie płaszcz i chwyciwszy torbę w dłoń, z ogromną niechęcią opuścił swój posterunek, przyglądając się śpiącemu Growlithe’owi dobre kilka sekund, nim w końcu oficjalnie przekroczył próg pokoju.
Zamknął drzwi z niebywałą delikatnością i dbałością o ciszę, ale gdy tylko przestał bać się o zbudzenie pacjenta, ruszył szaleńczym biegiem w poszukiwaniu składników do lekarstwa.
W końcu chodziło o życie.

{ z.t }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on 18/1/2015, 19:13
Wylądował spory kawałek drogi od siedziby. Gdy tylko jego stopy dotknęły twardej, stabilnej powierzchni, skrzydła natychmiast zaczęły zwijać się z powrotem w ciało anioła, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu z wyjątkiem przedartego, cienkiego materiału czarnej koszulki z długim rękawem, która mocno ucierpiała podczas rozpościerania anielskiej dumy. Zakatarzony, dygoczący Ourell nie miał czasu, aby zastanawiać się nad tym, w jakim tragicznym stanie znajdowało się jego ubranie. Bez wahania narzucił na siebie cały czas trzymaną w ręce bluzę i płaszcz, wydając z siebie cichy pomruk zadowolenia, kiedy nareszcie otrzymał odrobinę ciepła. Palce nadal miał skostniałe, a nogi drżały przy każdym możliwym kroku, jednakże anioł zdawał się niczego sobie nie robić z tego faktu. Poprawił torbę na ramieniu i ruszył przed siebie, by nareszcie znaleźć się u boku swojego pacjenta.
Pociągnął nosem.
Noc, która wywołała w nim tak wielkie przerażenie zdawała się powoli dobiegać końca, a przynajmniej takie wrażenia odnosił zakatarzony medyk. O tej porze roku trudno było odróżnić szóstą rano od ósmej wieczorem, ale Zachariel poczuł się trochę pewniej, aniżeli w momencie, gdy kilka godzin temu wychodził z siedziby. Zdawało mu się, że naprawdę niedługo słońce pogładzi ziemię, sprawiając, że ten niebezpieczny świat stanie się odrobinę przyjaźniejszy. W rzeczywistości do poranka zostało jeszcze sporo czasu.
Szedł sztywnym krokiem, pokonując Bóg wie ile kilometrów, nareszcie znajdując się u znajomej ściany. Dopiero gdy przystanął chwilę przed szczeliną uświadomił sobie, jak bardzo był wycieńczony. Nie spał przez dwie poprzednie noce, dawno nie zjadł ciepłego posiłku, a na dodatek długie podniebne spacery po Desperacji zdawały się być coraz częstszym urozmaiceniem dnia, do którego nie był jakoś szczególnie przyzwyczajony. Lot odstanowił na bok, gdy tylko obiecał sobie, że nie będzie manifestował się ze swoją rasą. Właśnie przez to postanowienie musiał zapierdalać jeszcze dobry kawał drogi, zamiast dolecieć pod samą wycieraczkę DOGSów.
Przeszedł przez szparę i niewyobrażalnie szczęśliwy z ciepłej temperatury jaka panowała w środku siedziby (może nie aż tak ciepłej, ale zdecydowanie sytuacja miała się lepiej, niż to, co panowało na zewnątrz), podreptał pod same drzwi pokoju medycznego, ze zniecierpliwieniem je otwierając. W pierwszej kolejności – Growlithe. Spokojnie zamknął za sobą drzwi i nie zdejmując swojego płaszcza – dajcie mu się nim nacieszyć! – podszedł do pacjenta, sprawdzając czy aby na pewno wszystko z nim w porządku. Pochylił się nad nim i zaczął typowy dla siebie przegląd całego jego ciała. Wzrok bezwstydnie penetrował każdy odsłonięty skrawek piegowatej skóry, aż anioł nie stwierdził, że może być póki co spokojny. Tłumiąc w sobie kichnięcie, poprawił koc, którym nakrył poturbowanego mężczyznę i w końcu wziął się do roboty.
Im dłużej trzymał się na nogach, tym gorzej się czuł. Zmęczenie powoli go wykańczało, a Ourell choć potrafił wytrzymać naprawdę wiele, po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł, że faktycznie przegrywa. Nie pamiętał większości ruchów, które wykonywał w ostatnim czasie, ale był pewien, że wszystko idzie zgodnie z jego planem. Zupełnie tak, jakby przyzwyczajenia jakimś cudem wzięły górę nad świadomością. Wiedział, że skołował skądś świece. Pamiętał rozgniatanie owoców i przelanie powstałych soków do osobnej miski. Dodanie kwiatu Luny i podgrzewanie wody… ale nie skojarzył kiedy właściwie znalazł się na krześle bez uwielbionego płaszcza z głową położoną na blacie stołu.
Usnął… a może stracił przytomność? Jakkolwiek właściwie nazwać to, co właśnie się z nim stało, Ourell nareszcie mógł chwilę odpocząć. Z łbem położonym na biurku i bezwładnie zwisającymi rękoma, wyglądał jak ofiara jakiejś brutalnej napaści, gdzie wróg postanowił strzelić go czymś twardym w tył głowy.
W pokoju zapanował pozorny spokój. Wolny oddech obu mężczyzn i subtelny odgłos nieśmiałych, pierwszych bulgotnięć wody był jedynym odgłosem, który wypełniał całe pomieszczenie.
Wtem… wdarł się nieproszony gość. Malutkie, różowe łapki ciapały po starej, brudnej podłodze, szukając czegoś ciekawego, czego mogłyby dotknąć. Zwierzę zainteresowane spokojem, który panował w jego nowym lokum, postanowiło urządzić sobie darmowe zwiedzanie. Turystyczna istota, nie ma co. Szczur początkowo kręcił się pomiędzy pryczami i balami z wodą, tylko cudem nie interesując się położonymi na ziemi lekarstwami. Po podgryzieniu niektórych drewnianych elementów pomieszczenia, zaparł się łapami, między biurkiem, a ścianą i wdrapał się na sam szczyt, dostając niebywałą możliwość obserwowania całego pokoju z góry. Mały alpinista. Stanął na tylnych kończynach i zaczął węszyć w poszukiwaniu jedzenia. Niestety jedynym ciekawym obiektem znajdującym się na blacie, była… głowa Ourella. Zwierzę niepewnie podeszło do niczego nieświadomego anioła i zaczęło go obwąchiwać. Szczur podpał się przednimi łapami o łeb medyka, jednak szybko zrezygnował z zamiarów wspięcia się, bo Zachariel nareszcie wyczuł, że coś przeszkadzało mu w upragnionym śnie. Otworzył leniwie oczy i podniósł powolnie łeb, wspierając się ręką o blat stołu. Bolała go szyja… jednak bardziej zabolał go widok uciekającego w popłochu szczura, który był czymś niedopuszczalnym w tym pokoju. Ourell natychmiast się rozbudził i sięgnął pod biurko, wyciągając z niego pierwszą lepszą miską, która byłaby na tyle duża, aby pomieścić gryzonia i na tyle głęboka, aby nie dopuścić do tego, by uciekł.
Gonitwa nie była zbyt wyczynowa, ponieważ szybko dobiegła końca z wynikiem 1:0 dla oszpeconego mężczyzny. Szczur nie spodziewał się, że jego przeciwnik potrafił być całkiem zwinny…. i zrobić się na krótki moment niewidzialny.
Zwierzę niespokojnie poruszało się w misce, a Zachariel… oczywiście wyszedł z pokoju z zamiarem natychmiastowego wypuszczenia przerażonego stworzenia. Przecież by go nie zabił. Wchodził po kolejnych schodkach do góry, gdy nagle… drap. Drap, drap… za siódmym przejechaniem palcami po swędzącej głowie, od momentu wypuszczenia szczura, Ourell zaczął się zastanawiać czy wszystko było z nim w porządku. Jednak póki co miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż własny łeb, dlatego wytłumaczył sobie to dziwne zjawisko po prostu zbyt rzadkim myciem włosów. Może tłuszcz z nich nie skapywał, jednakże trudno było w Desperacji o łazienkę, nie oszukujmy się. Powrócił do pokoju i ignorując konieczność kolejnych wędrówek palców w stronę głowy, kontynuował przygotowywania leku, który po zmieszaniu wszystkich składników, zaczął Ourellowi niewyobrażalnie capić. Przelał całą zagotowaną zawartość do osobnej kwarty i przykrywszy ją materiałem, odstawił na bok. Teraz wystarczyło poczekać jeszcze jeden dzień.
Anioł przez następne kilka godzin robił dosłownie to samo, co zwykle, gdy nie miał nic do roboty. Usiadł przy stoliku i zaczął wertować kartki swojego zeszytu, uaktualniając tylko sobie znane spisy.
Z każdą kolejną minutą zaczynał czuć się coraz gorzej.
O ile na początku dokuczał mu jedynie unoszący się w pomieszczeniu, nieprzyjemny, duszący zapach i katar zalegający w nosie, tak po czasie doszła do tego masa innych dolegliwości z czynnym udziałem drapania się po łbie. Gdy tylko poczuł, jak głowa zaczyna go szczypać od zbyt długiego drapania, nareszcie uznał, że pora dokonać jakiegokolwiek przeglądu. Wstał z krzesła i… zachwiał się. Byłby upadł na ziemię, gdyby w porę nie chwycił za krawędź stołu. Szybko stawiając się do pionu, podszedł do półki i zdjął z niej skrawek lustra, który pozostał po zbiciu niegdyś zdecydowanie większego zwierciadła. Znów usiadł na krześle i zaczął się przeglądać. Znalezienie intruza wśród jasnych, blond kosmyków nie okazało się zbyt trudnym zadaniem. Ourell zmarszczył nos i wyzwał od najgorszych nicponiów i hultajów zapchlonego szczura, który miał czelność podzielić się z nim pasożytami. Nie można powiedzieć, że wściekł się jakoś szczególnie bardzo, jednak jego oddech zaczął wariować zupełnie tak, jakby anioł właśnie był w trakcie napadu furii. Płytkie, krótkie oddechy uniemożliwiały normalną wymianę tlenu, co szybko zapaliło w głowie Zachariela pomarańczową lampkę.



I cyk.
Zmiana na czerwoną.
Drapanie po głowie. Pchły. Zachwianie się. Trudności w oddychaniu.
Mocno pociągnął nosem i… zesztywniał.
Nie czuł odoru lekarstwa.
Natychmiast podniósł się z krzesła i stanął dosłownie nad kwartą z paskudztwem. Nic. Zero. Zupełnie stracił węch.
- Psiamać. Niedobrze. – szepnął sam do siebie, doskonale rozumiejąc, co właśnie zaszło. Zerknął przerażony w stronę śpiącego Wilka, kompletnie nie wiedząc, co dalej zrobić. Gdy nagle…
- Kataka?
Drzwi pokoju medycznego uchyliły się i stanął w nich wyjątkowo drobny, niziutki dziadzio z lekkim, niewinnym uśmiechem. Delikwent doskonale znany całej społeczności DOGS. Ourell często się nim zajmował, choćby strzepując z niego kurz, gdy siódmą godzinę siedział w bezruchu w tym samym miejscu.
- Co tutaj robisz? – zapytał, z trudem siląc się na spokojny, uprzejmy ton głosu. Serce waliło mu niewyobrażalnie szybko, a panika zaczęła przysłaniać mu widok na logiczną stronę jego pomyślunku. Jednak nawet to nie spowodowało, że Ourell nie zauważył pewnej dziwnej rzeczy. Dlaczego Kataka trzymał w rękach kubek z kotem? – Chcesz się czegoś napi-… - zamarł. Mrugnął kilka razy, jakby znajdując rozwiązanie swojego problemu. – Jesteś genialny! Dziękuję Ci! – szepnął i zwinąwszy z biurka notes i torbę, pognał  w stronę pokojów innych członków organizacji. Kataka po raz kolejny uratował mu tyłek.. na dodatek zdawał się być w pełni tego świadomy, choć wyraz jego lekko uśmiechniętej twarzy zupełnie się nie zmienił

{ z.t }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on 19/1/2015, 00:41
Cisza.
Głęboką, senną ciemność rozświetlało tylko nikłe światło z częściowo przygaszonej lampy naftowej, która zwisała na sznurku z sufitu. Spokojny oddech był jedynym dźwiękiem, który unosił się w pokoju. Wdech… wydech… śpiący na materacu chłopak, właśnie zdawał się spędzać jedną z najdoskonalszych chwil swojego życia. Drobne, wychudłe ciało ułożyło się bokiem na materacu, przytulając do siebie zawinięte koce, niczym maskotkę. Łeb miękko ułożony na podartych poduszkach i pokaźnej stercie innych szmat, skrywał pod kurtyną czarnych kosmyków spokojną twarz. Zamknięte oczy i delikatnie rozchylone usta, nadawały chłopcu wyjątkowo niewinnego wyglądu. Gdyby ktoś z zewnątrz przyjrzał się bliżej obliczu Kurta, z pewnością nie przyczepiłby do niego tabliczki jednego z powszechnych w Desperacji tytułów złodziei i morderców, a uznał go za zwyczajnie śpiące dziecko.
Skrzyp.
Blondwłosym mężczyzna ostrożnie uchylił drzwi do pokoju małego Charta i zajrzał nieśmiało do środka, chcąc lepiej rozeznać się w sytuacji. Ailen zawsze czuł się bezpiecznie, gdy wtulony we własne koce i poduszki, oddawał się sennym marzeniom, więc zamiast natychmiast stanąć na baczność po usłyszeniu choćby jednego nie pasującego do jego idealnej scenerii dźwięku, Kot tylko poruszył się niespokojnie na materacu, finalnie odwracając się na drugi bok, nieświadomie nakładając sobie na łeb jedną z koszulek, która jakimś sposobem znalazła się na jego łóżku.
- Ailen... – powiedział intruz, początkowo przyjemnie spokojnym tonem głosu, by nie przestraszyć śpiącego zwiadowcy. Oszpecony medyk podszedł niepewnie bliżej. – Ailen....
- Mhhhhhh. – mruknął, mocniej zaciskając sobie na łeb wcześniej zgarnięta koszulkę. Zupełnie jak nastolatek, który doskonale zdawał sobie sprawę, że zaraz jego mama zacznie szturchać go w ramię, by nareszcie wypełznął z łóżka i zaczął przygotowywać się do szkoły. – Nie chcę iść. – dodał zaraz przez sen, najwidoczniej zupełnie się nie rozbudzając. – Dzisiaj ty myjesz jej plecy…
- Ailen, obudź się, proszę. – medyk nie dawał za wygraną. Z naturalną dla siebie delikatnością trącił ramię kotowatego, na co ten, nareszcie podniósł się na łokciu i ściągnął powolnym ruchem koszulkę z twarzy. Totalnie zaspany, popatrzył wrogo na Bernardyna spod drastycznie przymrużonych ślepi.
- Zginiesz marnie. – powiedział chrypliwym głosem, zanim dodarło do niego, że ma przed sobą oszpeconą mordę. Archangel cierpliwie czekał, aż Ai po serii długich mrugnięć nareszcie zorientuje się w sytuacji. – Dlaczego zawracasz mi dupę? – warknął, przesuwając dłonią po zmęczonej twarzy. Niezdarnie podniósł się do siadu. Obrzucił Ourell’a zirytowanym spojrzeniem, już otwierając usta z zamiarem natychmiastowego wyproszenia go z pokoju, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zorientował się, że medyk wyglądał nieco inaczej niż zwykle. Był spięty, zestresowany… i można powiedzieć, że ciążyło nad nim zdecydowanie większe utrapienie, niż niespodziewana pobudka, dlatego Ailen z szacunku do jego osoby, po prostu się powstrzymał.
- Przepraszam, że Cię budzę, ale mam do Ciebie prośbę.
Aha.
- Proszę, popilnuj podczas mojej nieobecności pacjenta. Wszystko Ci wyjaśnię. Jest ciężko chory. Zdążyłem zrobić już lekarstwo, wystarczy tylko podawać mu je przez kilka dni i pilnować, aby nie zrobił sobie krzywdy. – zapewnił medyk, przyspieszając z każdym kolejnym słowem, zupełnie tak, jakby się gdzieś spieszył. Wyciągnął swój notes z torby i bez zbędnych ceregieli wyrwał z niego jedną z kartek, na co Ai wyraźnie się skrzywił. Dźwięk rozrywanego papieru potrafił być drażniący po wysiedzeniu w ciszy przez tyle godzin. – Tutaj masz sposób leczenia. Lek musi odstać jeszcze dobę. Ailen, dasz radę?
Nieprzytomnym ruchem wziął do siebie kartkę i udawał, że zaczyna ją czytać.
- Mhm.
- Świetnie! Dziękuję Ci! I przepraszam raz jeszcze, że padło na Ciebie, ale Growlithe sam mówił, że coś do Ciebie ma i… zresztą nieważne. Pilnuj go i rób wszystko według instrukcji. Jakbyś miał kłopot, dzwoń. Trzymaj się i powodzenia. – powiedział i pospiesznie chowając notes do torby, natychmiast wyszedł z pokoju, drapiąc się zawzięcie po łbie.
Wraz z trzaskiem zamykanych drzwi w pokoju rozległ się dźwięk upadającego ciała na poduszki. Puff… i Ai znów leżał, kuszony kolejnym oddaniem się w objęcia Morfeusza.
- Ja pierdolę…
Niezgrabnie wstał z łóżka i przeciągnął się kilka razy, niczym rasowy kocur. Za duża koszulka wyglądała na nim jak tunika, lecz niezrażony swoim niedopasowanym ubraniem, podszedł do przestarzałej szafy i wygrzebał z niej pierwsze lepsze spodnie, które udało mu się sięgnąć. Kompletnie nie zwracał uwagi na to, który egzemplarz trafił w jego łapy… choć w tej chwili generalnie na nic nie zwracał uwagi. Początkowo ubrał je tak, że rozporek wylądował na tyłku, acz szybko poprawiwszy swój błąd, schował kartkę w tylną kieszeń. Wsunąwszy stopy w buty, wyszedł z pokoju, nie fatygując się nawet, by zawiązać sznurówki. Zszedł na niższe piętro i pchnął drzwi pokoju medycznego, wchodząc do niego zaspanym, niedbałym krokiem. Nie prezentował się jak profesjonalny pielęgniarz. Wyglądał jak.. po prostu ktoś, kto właśnie wyszedł z łóżka, a podkrążone, zaspane oczy i dziwnie stojące włosy tylko zdawały się potwierdzać to wyobrażenie.
- Ale wali.. – mruknął ochrypłym głosem, przysłaniając zaatakowany duszącą wonią nos. Dopiero teraz zwrócił uwagę na leżącego na pryczy Wilczura i… serce zabiło mu trochę mocniej.
Nie lubił patrzeć na niego, gdy był w takim stanie. W końcu to zazwyczaj Ailen zawsze był tym, który leżał jako zwłoki na pryczy… to, że Ai traktował białowłosego jak bohatera, byłoby odrobinę podkoloryzowanym stwierdzeniem, ale dla Kurta istniało kilka osób, których widok w takim stanie zwyczajnie mu nie pasował.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on 19/1/2015, 00:59
Prawdopodobieństwo, że przespałby teraz nawet kolejną wojnę?
Bardzo wysokie.
Nie obudził się ani wtedy, gdy Ourell znalazł się zbyt blisko, co automatycznie powinno pobudzić organizm; ani później, gdy ten przykrywał go kocem. Przespał niespokojnie moment, w którym medyk wyszedł z pokoju, a także (a może szczególnie) to, jak Sana do niego zajrzała, aby sprawdzić stan – i oderwawszy prędko dłoń od czoła pacjenta, uznała wspaniałomyślnie, że ma bardzo wysoką gorączkę. Nie zorientował się nawet, że Archangel wrócił, że źle się poczuł, że w pomieszczeniu zaczęła dominować nieprzyjemna, ciężka woń lekarstwa. Choć można było wywnioskować, że snu nie miał najlżejszego, to paradoksalnie nie zbudził się nawet na sekundę, co jakiś niesprecyzowany czas powarkując pod nosem.
W końcu musiał jednak wstać.
- Ale wali..
Jęęęęęęknął pod nosem, przekrzywiając się z powrotem na plecy, jak zawodowy naleśnik. Wsunął w tym czasie przedramię na oczy, przysłaniając połowę twarzy. Była to swoista ochrona przed światłem, którego co prawda tutaj nie było, ale jak to mawiają – przezorny zawsze... Tylko usta pozostały odsłonięte i to one pierwsze zareagowały na słowa Ailena. Skrzywiły się, jakby  Wilczur znalazł coś rosnącego pod zlewem. Nawet już nie pamiętał, że chciał zobaczyć Sullivana. Pewnie dlatego zamiast krzyknąć wesołe „Nareszcie jesteś!” chwycił za koc, przewrócił się (ZNOWU) i z przeciągłym pomrukiem niezadowolenia zarzucił sobie materiał na głowę, co – nie oszukujmy się – było dość trudne, zważywszy na fakt, że spał na boku, „chorą” ręką do góry. Wygramolenie się zdrowej dłoni spod cielska trochę potrwało, a w tym czasie Ailen mógł dostrzec, jak wargi Growlithe'a krzywią się albo wracają do neutralnego wyrazu. I tak na zmianę.
Nim zapanowała jednak absolutna ciemność, powieki białowłosego były już otwarte. Przez moment wpatrywał się ślepo przed siebie, cały czas zaciskając palce na kocu i zastanawiając się, co właściwie zaszło. Znajomy ton głosu nieustannie odbijał się malejącym echem, choć wiedział doskonale, że w pomieszczeniu panuje nietknięta cisza.
Zanim by wyplątał dłoń z chusty Bernardyna, pewnie zrobiłby sobie kolejną krzywdę, więc dziwnie przełożył drugą rękę na bok, wsparł się na niej i podniósł powoli do siadu. Czuł, jak pod naporem ciężaru ramię zaczyna mu drżeć, zdradzając zmęczenie, ale że był dzielnym ołowianym żołnierzykiem, zignorował to, wreszcie opierając plecy o lodowatą (w jego mniemaniu) ścianę. „Łoł, łoł, łoł, spokojnie, jestem przyjaźnie nastawiony” - rzuciło mu się w myślach, gdy ujrzał przed sobą wirujące meble. To nie tak, jakby sam się chwiał. Wręcz przeciwnie. Jakby jego postać została w jednym miejscu, a cały świat zaczął się kołysać na prawo i lewo. Syknął cicho, kierując rękę na twarz. „Człowiek za burtą, kapitanie!” Zaczął rozmasowywać rozpalone czoło, jakby to miało mu pomóc pozbyć się tępego bólu, ale - oczywiście - nieciężko się domyślić, że to i tak niewiele dało. Położył łokieć na zgiętym kolanie i wreszcie zerknął na podopiecznego i to z taką miną, jakby oceniał go teraz w jakiejś zakazanej kategorii. W pierwszej chwili był tylko jaśniejszą plamą na ciemnym tle. Grow zmrużył oczy. Jeszcze trochę. Jeszcze... odrobinę... tyci... tyci... Mrugnął.
Niewiele pomogło.
Ailen nadal był kleksem. I to na tyle wielkim, że Wilczurowi nie udałoby się odczytać emocji z jego twarzy, nawet gdyby te zaczęły teraz do niego wrzeszczeć. Cóż. Nic dziwnego. Uszy też miał zatkane.
- Myślałem, że umrę – powiedział nagle, zsuwają wreszcie rękę z twarzy. Paznokcie ostatni raz przesunęły się po policzku, gdy on sam zaczął macać łóżko pod kocem. Prawdę mówiąc: jeszcze do niego nie dotarło, że został przykryty. A już w ogóle, że Ourella nie ma w pomieszczeniu. - Z nudów – dodał chwilę później, używając do tego już silniejszego brzmienia i wreszcie wyciągnął dłoń, która zawędrowała do kieszeni spodni. Ręka zwinięta była w pięść, a na jej szczycie – na paznokciu kciuka – lśniło coś niewielkiego. Nagle palec zrobił UP! i okrągły przedmiot zgrabnym łukiem przeciął powietrze, lecąc w obrotach ku Chartowi. - Tańcz, mały. – Kapsel upadł pod nogi, a Growlithe uśmiechnął się wrednie. Są ludzie, którzy zamiast upaść na kolana przed Śmiercią, zaczynają grać z nią w berka.


Ostatnio zmieniony przez Growlithe dnia 27/1/2015, 02:32, w całości zmieniany 2 razy


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on 20/1/2015, 00:49
Obserwował przełożonego przez dłuższą chwilę, cierpliwie przyglądając się jego zmaganiom z samym sobą i choć obecność młodszego wymordowanego w pokoju medycznym o tak – oczywiście dla niego – krzywdząco późnej porze, była podyktowana warunkiem udzielania przez niego pomocy, to jednak przez większy okres czasu w ogóle się na nią nie porywał. Wbił wzrok w Wilczura, przechylając głowę coraz bardziej na bok. Zacisnął mocno usta, niestrudzenie czekając, aż jego udawany brat nareszcie ulokuje się w odrobinę stabilniejszej pozycji.
Oceniał sytuację. Nie dostał zbyt wielu szczegółowych informacji od medyka.
Wiedział, że spotka tutaj ciężko chorego Growlithe’a – póki co, widok się sprawdzał.
Powiedziano mu, że ma go pilnować - no problemo. Znając usposobienie Wilczura, nic dziwnego, że poproszono go o coś takiego. Przecież to typ, który bez walki nie da sobie ot tak wbić strzykawki w dupsko.
Podano mu instrukcje dotyczące lekarstwa – zdawał sobie sprawę, że zbyt wielu rzeczy nie był w stanie zrobić, póki wspomniany przez Ourell’a lek nie nabierze leczniczych właściwości. Ailen wierzył, że jeżeli to śmierdzące paskudztwo będzie tak intensywnie wybijać z organizmu białowłosego toksyny, jak cząsteczki czystego powietrza w tym pokoju, jego przełożony powinien stanąć na nogi już po pierwszej dawce.
Właściwie, to był z siebie dumny, że tak wiele rzeczy udało mu się zapamiętać. W końcu, hej! Obudzono go niespełna dwadzieścia minut temu i nałożono odpowiedzialność równą życiu przywódcy! Ktoś, kto na co dzień miał ogromne problemy ze skupianiem się, normalnie nie zapamiętałby z tego niczego, poza urazą do oszpeconego Kundla za nieprzyjemną pobudkę.
„Myślałem, że umrę”.
Zmrużył nieznacznie oczy.
„Z nudów”.
Wypuścił z wolna powietrze z ust, przewracając teatralnie oczami. Fakt, martwił się o tę ledwo przytomną miernotę pod kocem, jednak w żadnym wypadku nie zamierzał rzucać mu się na szyję i całować czule po rozgrzanym czółku, skamląc pod nosem o tym, jak bardzo zależy mu, aby Wilczur szybko wyzdrowiał. Pierwszym powodem była kwestia dumy, natomiast drugim… nie był do końca pewien czy Growlithe miał pojęcie z kim rozmawiał.
Wolno schylił się po leżący na ziemi kapsel.
- Może innym razem. – odparł ochryple, zerkając na podniesiony kawałek żelastwa z miną cierpiętnika. Gdy ostatnio wychodził z pokoju, jedna z jego poduszek była mniej więcej takiego kształtu.. orz, psiamać.
Ledwo stłumił ziewnięcie. Powłóczystym krokiem skierował się ku drugiej pryczy, ulokowanej tuż obok tej, na której Wilczur pokutował swoje cierpienia. Wyciągnąwszy kartkę z tylnej kieszeni spodni, wyskoczył z butów i przysiadł po turecku na rozkładanym łóżku z cichym zgrzytem przestarzałej konstrukcji. Oparł się plecami o ścianę, podrzucając w ręku wcześniej podniesiony kapsel.
- Wyglądasz koszmarnie. – mruknął w końcu, wlepiając spojrzenie w podskakujący na dłoni kawałek metalu. – Choć chyba lepiej będzie sprecyzować, że po prostu gorzej, niż zwykle. Ourell nie powiedział mi zbyt wiele, ale gdy teraz się nad tym zastanawiam, to dziwne, że ktoś taki, jak on, zostawił Cię bez opieki. – odparł zamyślony, opierając potargany łeb o ścianę. Nie był zbyt rozmowną osobą, jednak gdy mówił, wydawało mu się, że po prostu robił coś więcej, niż tylko bezradne wgapianie się w wymęczoną twarz Wilczura, ale można też założyć, że zaspany Ailen, to ten, który lubi popierdolić sobie bez sensu pod nosem. – Zrobiłeś mu coś? W ogóle.. kojarzysz z kim rozmawiasz, nie? nareszcie przeniósł ponownie wzrok w stronę białowłosego, z politowaniem przyglądając się jego wielce złośliwemu uśmiechowi. – Zazwyczaj nie witasz mnie, jak striptizerki, a jeżeli to będzie Twój nowy sposób przywitania, to pokuś się chociaż o prawdziwe pieniądze…
Wyrzucił kapsel w powietrze, umiejętnie sprawiając, iż doczekał się końca swojej wędrówki w pudle z bibelotami Bernardyna. Kiedyś, gdy będzie robił remanent trochę się zdziwi. Dwie igły, trzy plastry, jeden kapsel…





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on 30/1/2015, 22:40
- Doprawdy? – Zabrzmiał, jak ktoś, kogo zaskoczono w środku nocy wylewając na głowę wiadro arktycznej wody. Czyli dokładnie tak, jakby faktycznie się tym przejął. - Najchętniej zbyłbym to machnięciem ręki, ale jak widzisz: tak się zabawnie składa, że nie mogę tego zrobić. Mam nadzieję, że nie przyszedłeś tylko po to, żeby truć o moim wyglądzie.
Wyglądał koszmarnie? Musiał to sobie gdzieś zapisać na wypadek, gdyby kiedyś zaczęło go to obchodzić. Przymknął zmęczone powieki i odchylił lekko głowę, żeby oprzeć ją o chropowatą powierzchnię ściany. Jeżeli ktoś zapytałby go, czy jest żołnierzem – odpowiedziałby, że tak. Jeśli ktoś zapytałby, czy bierze udział w wojnie – natychmiast by potwierdził. I nie dlatego, że co dzień musiał wstawać, aby nie ostygła mu armata. Raczej dlatego, że za każdym razem, gdy najlepiej byłoby mu samemu, pojawiała się osoba i miała p r e t e n s j e, że zrobił coś innej osobie. Najzabawniejsze, że nie przypominał sobie, by Ourell wychodził, choć... gdyby się nad tym głębiej zastanowić... możliwe, że jego woń była teraz jakby słabsza. Może faktycznie wyszedł? Growlithe wypuścił powietrze przez nos. Może. I może nawet by to teraz sprawdził, gdyby nie chciało mu się spać.
I wymiotować.
Potarł zdrętwiałe ramię, czując pod palcami pomarszczoną skórę po poparzeniu. Zaraz zmarszczył lekko jasne brwi, próbując skupić się na słowach Ailena (teraz już był prawie pewien, że to Ailen).
- Bez opieki? – podjął wątek niezbyt entuzjastycznie. - To nie jesteś teraz moim opiekunem?
Spokojnie. Powoli. Wdech. Wydech. Przełknął ślinę, czując w gardle szczypiący posmak kwasu. Nieprzyjemne ustrojstwo stale ciskało mu się do ust, powodując tym większe zgorszenie. Co rusz miał ochotę to wszystko zwrócić światu, ale za każdym razem zmuszał się, żeby jednak tego nie zrobić. Próbował nawet w miarę chronologicznie odpowiadać na pytania, choć – jak Kurt mógł się przekonać – niezbyt mu to szło. Ledwo docierały do niego fragmenty jego wypowiedzi, nie wspominając już o zachowaniu sensu i kolejności.
Otworzył oczy.
Pora wstać.
Wysunął bose stopy spod pofałdowanego koca i pomagając sobie wolną dłonią powoli „ześlizgnął” się na brzeg. Stanięcie na lodowatej powierzchni podłoża było dla niego wstrząsem, choć twarz pozostała niewzruszona. Odcinek między nim, a Ailenem wynosił rzut beretem, więc po dwóch-trzech krokach miejsce obok Charta ugięło się pod nagłym ciężarem drugiego wymordowanego. Nawet jeśli większość uznałaby coś podobnego za niestosowne, Growlithe najwidoczniej nie należał do tej grupy. Legł obok, opierając się o bok ciemnowłosego i zarzucając na nich poszarpany i dziurawy w paru miejscach koc, jakim przykrył go Ourell.
Domyślał się, co zaraz nastąpi.
- Odsuń się.
- Neh.
- Jesteś brudny.
- To Desperacja.
- Śmierdzisz.
- Bywa.
- Jesteś ciężki.
- Uważam. Nie zgniotę cię.
- Ranny.
- Mhm.
- I nagi.

Typowe. Mimo tego, policzek Growlithe'a nadal opierał się o ramię chłopaka, a balast, jakim była waga, skutecznie przypominała Ailenowi, że jego przywódca nie należał do kruszynek.
- Kojarzę – wychrypiał wreszcie odpowiedź na zadane pytanie. Ponownie przymknął powieki, próbując choć na chwilę się zrelaksować. Teraz, gdy był tak blisko Kurta, gdy czuł jego zapach i ciepło, gdy wreszcie jego głos będzie dla niego bardziej dosięgalny. Niespecjalnie mu to wyszło. Większość mięśni marudziła i narzekała na to, że przez długi czas nie zmieniał pozycji, a jak już to robił, to ograniczał się do rzucania meblami w medyka DOGS. Teraz żałował za nagły akt gniewu, choć zachował swój charakter na tyle, by tego nie uzewnętrznić. Naciągnął koc na odsłonięte ramię. - Daj mi trochę siebie, Sullivan.
Opowiedz coś.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 12 Previous  1, 2, 3, 4 ... 10, 11, 12  Next

Powrót do góry

- Similar topics