Strona 4 z 12 Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sro 4 Lut - 4:21
Odpowiada mi.
Ailen skupił swoje zmęczone spojrzenie na starszym wymordowanym i choć wyraźnie czuł, jak uparcie trzymająca się go senność wgryza się powoli w jego ciało, dochodząc coraz szybciej do strefy odpowiedzialnej za świadomość, to nie mógł wyzbyć się przyzwyczajenia, by wynieść jakieś wnioski z obserwacji. Analiza ostatnimi czasy mu nie szła – ze smutkiem, choć pełną słusznością trzeba mu to przyznać. Wpakował się kilka razy pod rząd w niezłe bagno i do dzisiaj czuł, że wyniesiony z niego ciężki muł nie chciał się zmyć. Jak na zawołanie przypomniał sobie ból rozdzieranej skóry prawego policzka, ale to jego duma uskarżała się o największą krzywdę. Osobliwa parafka zdobiąca jego ciało na zawsze pozostanie widoczna nie tyle co dla niego, ale i całego świata. Każdego będzie witać z uśmiechem, a ilekroć spojrzy w lustro, przypomni sobie ostre jak brzytwa pazury jednego z przydupasów dostojnego mężczyzny o srebrnych włosach. Wszystko z powodu złej oceny sytuacji. Mimo wszystko… obserwowanie Wilczura wydawało mu się teraz jego obowiązkiem.
- Jestem. – odpowiedział chrypliwie, choć bez dłuższego zastanowienia. – Nie wiem dokładnie na jak długo, ale Ourell dał mi instrukcje na kilka dni… - odparł nieco zamyślonym tonem z lekkim grymasem na twarzy. To nie to, że nie chciał pomagać medykowi w jego obowiązkach. Tak na dobrą sprawę nie robiło mu to większej różnicy poza tym, że przerwano mu błogi sen i dano zajęcie na najbliższy czas. Poniekąd czuł się zadowolony z możliwości udzielenia pomocy – w końcu przez ostatnie miesiące w swoim własnym przekonaniu był kimś bezużytecznym. – jednak martwiła go taka nagła ucieczka Bernardyna ze swojego posterunku. Nie znał go zbyt dobrze, jednak z tego, co zdążył się zorientować, blondyn bardzo poważnie podchodził do swoich obowiązków i wolał robić wszystko samodzielnie, a przynajmniej nie wciągać w to osób, które nie miały doświadczenia, a nie oszukujmy się; Ailena na medycynę by się nie posłało.
Zainteresowany ogólnym stanem Wilczura, raz jeszcze zerknął w stronę podanej przez medyka kartki z instrukcjami, jednak ponownie nie był w stanie wyczytać z niej żadnej treści poza osobliwą nazwą choroby, która oczywiście nie za wiele mu mówiła. Sytuacja różniła się jedynie, że tym razem Ailenowi nie przeszkodziła senność i mimowolnie opadający na dół łeb, a białowłosy, który podniósł się ze swojej pryczy i urządził sobie przeprowadzkę.
Nie zamierzał mu przeszkadzać. Mimo wszystko nie był do końca świadom jego poważnego stanu, więc nic nie zmuszało go do typowo ourellowskich zachowań, które równałyby się wstaniem i skrzyczeniem Growlithe’a o jakiekolwiek gwałtowne ruchy. Kurt ograniczył się jedynie do jęknięcia spowodowanego ciężarem chorego.
Domysły wymordowanego okazały się słuszne.
- Ciężki. – rzucił lakonicznie, zawierając całe swoje niezadowolenie w tym jednym, krótkim słówku, choć z pewnością kryło się za nim znacznie więcej przymiotników. Z jakiegoś powodu uznał, że podzieli się z białowłosym akurat tylko tym jednym komentarzem.  Jednak nawet ta niedogodność nie okazała się dla Kurta aż tak krzywdząca, bo sam przed sobą musiał przyznać, że było mu w tym momencie całkiem miło. Lgnął do ciepła, jak każdy kocur, wielokrotnie przyczepiając się właśnie do wiecznie rozgrzanego Growlithe’a, więc ta sytuacja dała mu chociaż złudne wrażenie, że wszystko toczyło się normalnym rytmem, a nad nimi nie ciążyła żadna choroba.
- Jak się czujesz? – zapytał nieco ściszonym tonem, czując, jak ogarniająca go senność opatula go równie mocno, co ciężki, podziurawiony koc. Cholerny piegus. Ailen nie powinien spać, a ten kretyn stwarzał mu do tego idealne warunki. Przymknął na chwilę oczy, natychmiast się rozluźniając.
„Daj mi trochę siebie, Sullivan”
Bąknął coś niezrozumiale pod nosem, uchylając jedno oko. Walka ze zmęczeniem trwała, a Kurt zdawał się zajmować przegrywającą pozycję.
Wibracje.
Chłopak niespokojnie poruszył się na łóżku, nie spodziewając się odzewu ze strony telefonu. Leniwie wyciągnął urządzenie i w momencie uruchamiania ekranu, komórka zawibrowała raz jeszcze. Zmrużył oczy pod wpływem światła, która omiotło jego twarz, choć większe skrzywienie wywołał na nim obraz, na który został zmuszony patrzeć.  
- Właśnie dostałem zdjęcie penisa. – odparł sucho. Cudowny temat do rozmowy, jednak zawsze lepszy, niż żaden. Po minie i tonie głosu chłopaka dało się wywnioskować, że bynajmniej nie jest to zdawanie relacji z gorącej rozmowy dwóch kochanków, którzy żarliwie pragną się posiąść w tym momencie. – I wierszyk…
Po szczegóły zapraszam tu.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Czw 5 Lut - 0:41
Ourell zostawił go na kilka dni? To faktycznie było do niego niepodobne. Zwykle był chętny do tego, aby zostać przy pacjencie i czekać, aż zniknie mu otarcie z policzka, żeby mieć absolutną pewność, że zadraśnięcie nie okaże się w rzeczywistości jakimś rakiem albo raną wielkości piłki tenisowej, która dotychczas działała bardzo incognito. Jednak tak szybko, jak Growlithe sobie to uświadomił, tak prędko o tym zapomniał, przekładając ponad sympatię parę egoistycznych wariantów. Między innymi to, że Archangel wyszedł, ale przyprowadził mu w zamian kogoś o wysokiej wartości. W takim przypadku można było zapomnieć o jego braku, skoro i tak pustka została zrekompensowana nową postacią. W dodatku taką, która dawała mu większe pole do manewru, niż medyk.
Już pomijając, że Kot kładł Ourella na łopatki w kategorii największej marudy.
- Uważam - praktycznie wyszeptał, przewracają oczami w geście obojętności. W takich chwilach człowiek zastanawia się, czy nie warto pójść na wróżbiarstwo, skoro był takim świetnym jasnowidzem. Początkowo spodziewał się jeszcze odepchnięcia lub - co najmniej - nieprzychylnego, ostrzegawczego pomruku. Pamiętając sytuacje z łazienki z domu Toshiko, Growlithe miał tylko coraz większe wrażenie, że jego dotyk kwalifikowano jako odpychający.
- Jak się czujesz?
Nie odpowiedział. Spojrzał za to na ekran, choć większym zainteresowaniem wolał obdarzyć Ailena, a nie jego komórkę. W zasadzie ledwo dostrzegał co figurowało na zdjęciu. Objął nawet dłoń młodszego wymordowanego, aby przestawić telefon bardziej w swoją stronę, choć nie trzeba być szczególnym filozofem, żeby dostrzec, że to i tak niewiele mu dało.
- Słodkie – skomentował, przymrużając ślepia i wtulając się bardziej w drobne ciało ciemnowłosego. Ewidentnie nie zabrzmiał jak ktoś, kto świadomie ocenił zdjęcie. Już prędzej przypominało to znane wszystkim „tak, mamo, już wstaję”, przy jednoczesnym przekręcaniu się na drugi bok i nakładaniu na głowę poduszki. - Nie wiedziałem, że gustujesz w takich znajomych. – Postukał palcem wskazującym w ekran telefonu i zabrał go, by machinalnie wyrzucić go za siebie. Rozległ się charakterystyczny, cichy trzask, gdy urządzenie uderzyło o podłogę.  - Wygląda na starszego. – Dobry znak. Choć tyle zauważył. - Nic dziwnego, że Garrett cię zlał. Też był podeszłym w wieku dziadem. Do niego też się dowalałeś? Serio nie wolisz kogoś ze swojego rocznika? – Podniósł wzrok, ale – jak można się było spodziewać – zamiast dotrzeć jakimś cudem do oczu towarzysza, zatrzymał się gdzieś na jego policzku. Przez dłuższy moment przyglądał się tępo fragmentowi  twarzy Charta, aż w końcu koc ponownie poruszył się, nim wychyliła się spod jego fałd lewa dłoń. Skrzywił się, czując wręcz nienaturalną lekkość. Mógłby przysiąc, że gdyby spróbował się teraz zamachnąć, nie stanowiłoby to dla niego żadnego problemu, bo ręka poleciałaby właściwie sama. Stan silnie zbliżony do upojenia alkoholowego, z zachowaniem szczątkowej, potrzebnej do gry aktorskiej, świadomości. Jednocześnie jakiekolwiek ruchy wymagały od niego aż nadwyżki wewnętrznej mobilizacji, co w parze z nienaturalną „lekkością” tworzyło dość abstrakcyjną mieszankę. Chyba tylko sam Stwórca się domyślał, ile samozaparcia wykorzystał, żeby przebiec opuszkami palców po nierównej skórze Sullivana. Zbadał ranę na jego policzku, powoli odsuwając rękę. Wsparł się nią i podniósł głowę – która paradoksalnie okazała się bardzo ciężka – tylko po to, aby móc spojrzeć na Ailena. A przynajmniej spróbować wyostrzyć wzrok do tego stopnia, aby móc zarejestrować jakiekolwiek informacje, które mógłby mu teraz wysyłać level E.
- Nie zagoiło się?
Zaskakujące. Gdyby wrzucono go teraz do jakiejś ciemnej, zatęchłej nory i kazano mówić, prawdopodobnie sam nie rozpoznałby swojego głosu. Owszem, bywało, że budził się z ostrą chrypą, którą żegnał dopiero parę godzin później, ale tym razem ton wydawał się o oktawę niższy, a to dodało mu paru lat. - Co robiłeś przez ostatnie dni?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Pią 6 Lut - 4:56
Nie zwykł otrzymywać tego typu wiadomości. Fakt faktem, że taka sytuacja nie była pierwszorazowa, jednak i tak był zdania, że raczej rzadko ktoś próbował omamić go pięknymi słowami, których jedynym skrywanym sensem było zaproszenie do łóżka. Nie rozdawał swojego numeru na lewo i prawo, więc tym bardziej dziwił się, że ktoś nękał go tego typu treściami. O ile zawsze mógł ignorować wiadomości, tak zdjęcie było już lekką przesadą. Szczególnie, że przedstawiało jakiegoś dziada.
- Nie gustuję. – odparł głosem ostrym, jak brzytwa, przenosząc urażone spojrzenie w stronę Wilczura. Szkoda, że wydawał się kontaktować w stopniu gorszym, niż minimalny. – Nie znam tego facet-… Growlithe! – podniósł głos, poruszając się niespokojnie. Natychmiast oderwał plecy od  ściany i wychylił się nieco poza brzegi łóżka, patrząc czy jego telefon przeżył pełne namiętności spotkanie z podłogą. Nie był to model najwyższych lotów, więc Ailen miał powody do zmartwień. Orientując się, że urządzenia nie odniosło żadnych poważniejszych uszkodzeń, poza kilkoma otarciami po bokach, wrócił na swoje miejsce, poprawiając zadarty do góry koc. Wlepił spojrzenie pełne wyrzutów w różnobarwne tęczówki, marszcząc brzydko nos. – Szanuj rzeczy, Grow. – syknął – Może dla Ciebie brak telefonu to drobnostka, jednak ja mam nieco inny pogląd na tę sprawę. Cholernie trudno jest załatwić sobie takie cacko, więc nim nie rzucaj. – upomniał go, zaraz ciężko wydychając powietrze przez usta. No tak.. był złodziejem, więc nie trudno domyślić się skąd ten telefon wziął się w jego łapach. Często gdy opowiada się o kradzieżach w M-3, można odnieść wrażenie, że nie są one czymś szczególnie trudnym do zrealizowania. Utopijni mieszkańcy mają ogromne zaufanie do siebie nawzajem oraz władzy, która nad nimi czuwa, więc często większość z nich nawet nie fatyguje się, by zamknąć drzwi na klucz. Raj dla bandytów z Desperacji, jednak sytuacja nie malowała się aż tak kolorowo. Samo wejście przez mury do jakiejkolwiek części miasta, choćby tej o charakterze rolniczym, było nie lada wyzwaniem. Zżerało mnóstwo wysiłku, a gdzieś trzeba było jeszcze dotrzeć, aby na starcie nie pożegnać się z życiem przez akuratnie przechadzający się patrol. Regenerowanie sił, czekanie na odpowiedni moment… to wszystko zajmowało czas i energię, a ktoś, kto choć był zahartowany przez ponad stuletnie balansowanie na granicy bytu i niebytu, jednak też miał swoje limity. Ailen był dobry w kradzieżach, co nie oznaczało, że zamierzał z uśmiechem pchać się do pierwszego lepszego domu jakiegoś bogacza, by wyjmować mu telefon z kieszeni. Gdyby tak było, już dawno założyłby własny sklep w Desperacji… ale nie. Wszystko miało w sobie ryzyko, a jest pewna różnica na zostaniu przyłapanym na zwinięciu kawałka szynki z mięsnego, a wysunięciem super wypasionej komórki za sto tysięcy nyujenów z kieszeni.
Mimowolnie odsunął łeb pod wpływem dotyku większego wymordowanego.
„Nie zagoiło się?”
No przecież widzisz…
Szrama na honorze.
Słabo zasklepiająca się rana i powstała przez nią blizna była dla Ailena cholernie upokarzającą pamiątką po spotkaniu z dyktatorem i jego przydupasem. O ile dla większości osób ozdoby tego typu były powodem do dumy, ba, dowodem na dzielne uczestnictwo w walce, tak ten żałosny uśmiech codziennie przypominał Kotu o porażce, jaką poniósł. On nawet tego Garrett’a nie drasnął… nie miał jak go skaleczyć byle ułamanym pazurem, bo leżał sparaliżowany na ziemi, jak pieprzona lalka, dając ze sobą zrobić co tylko jego oprawcom się zamarzyło.
Uwaga Growlithe’a została w najczystszym stopniu zignorowana.
Za to Ailen nie miał serca zbagatelizować faktu, że Wilczur brzmiał co najmniej niepokojąco. Ourell wspomniał mu, że do końca dnia nie może nic zrobić, jednak chłopak postanowił przynajmniej dowiedzieć się z czym ma dokładniej do czynienia.
Odszukał wzrokiem kartkę z instrukcjami, która zaplątała się pomiędzy fałdami koca.
„Co robiłeś przez ostatnie dni?”
- Nic. – odparł natychmiast, podnosząc wzrok na sufit. – Absolutnie nic, jak przez ostatnie pieprzone dwa miesiące. – dodał z wyraźną dozą goryczy. Nienawidził czuć się jak bezużyteczny śmieć, a niestety produktywnością nie świecił. Może i wyglądał na niewdzięcznika i darmozjada, ale bolało go, że czuł się jak zwykły pasożyt. – Trudno cokolwiek zdziałać z poprzebijanymi nogami. Odkąd Miś sprowadził mnie z powrotem do siedziby, przez dwa tygodnie nawet nie ruszałem się z łóżka. Nigdy więcej nie chcę wracać do tej całej Miyane, czy jak jej tam było. – jęknął, przesuwając wolną ręką po włosach. – Pierwszy raz pocałowała mnie dziewczyna. – poskarżył się tonem, jakby co najmniej uderzyła go prawym sierpowym. Woah.. szok, szok. Taką mordę całować? – Nie wiem co ona sobie ubzdurała, ale wolałbym nie przechodzić znowu przez jej manifestację uczuć. – warknął, potrząsając krótko łbem, niby to próbując pozbyć się wspomnienia, które teraz rozświetliło mu się w głowie. – Tak samo jak przez dwa tygodnie leżenia w łóżku. Zombie jest chujem. – rzucił ni stąd ni zowąd. – Wpuścił do mojego pokoju Garry’ego, uprzednio dając mu dwa litry do wypicia. - Zerknął na Growlithe’a ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy. Nie chodziło mu o nadanie dramaturgii swojemu opisowi, choć koniec tego zdarzenia faktycznie mógł okazać się tragiczny. Szczerze mówiąc, chciał zobaczyć czy go słucha i czy w ogóle kontaktuje. Ailenowi nie zdarzało się wyrzucać z siebie tak wielu słów na raz, ale po wysiedzeniu w pokoju tylu dni, nawet on miał ochotę się wygadać, a miał dziwne odczucia wobec Wilczura; że jest do tego najodpowiedniejsza osobą. Nawet, jeśli wygląda jakby za chwilę miał zejść.  – Więc… nic nie robiłem. Właściwie nawet nie wychodziłem z siedziby… -zamyślił się, próbując przypomnieć sobie sytuację, w której ruszył swój wielmożny tyłek i poprzechadzał się na świeżym powietrzu. Znalazł. Jak na zawołanie jego zmęczona, ponura twarz rozświetliła się nieznacznym uśmiechem, na wspomnienie miłej chwili. Czując, że kąciki ust mimowolnie kierują mu się ku górze, jak jakiemuś rozmarzonemu idiocie, odwrócił łeb od Wilczura w możliwie jak najnaturalniejszym geście, nie chcąc zwracać na sobie jego uwagi. - … poza kilkoma razami. – rzucił neutralnym tonem, doprowadzając swoją mimikę do porządku.
Ucichł.
Przebiegł wzorkiem po kartce, którą od dłuższego czasu bezwiednie trzymał w dłoni. Nawet się nie zorientował, kiedy podczas całej tej gadaniny pochwycił ją w ręce.
- A ty? - Zapytał, rozwijając instrukcję.
„Amicus Perfidis.”
Nazwa przeczytana po raz trzeci. Może zmusisz się, by przeczytać o jedno słowo dalej?
„Choroba weneryczna.”
Uniósł nieznacznie brew do góry, kątem oka spoglądając na Wilczura.
Dlaczego go to nie dziwiło?
Spiął się.
„Śmiertelna.”
Ścisnął brzeg kartki z tępym chrzęstem papieru.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Nie 8 Lut - 20:18
„Nie gustuję”.
Nie?
To skąd miałby jego numer?
Czy może raczej – kto miał tyle zbędnego czasu, aby wypisywać do nieznajomych, przy okazji wysyłając im zdjęcia półnagich gwałcicieli dobrego smaku? Ale przemilczał już (łaskawie) ten temat, nie chcąc się wykłócać. Nie w tej chwili. Nie, gdy śmierć zwiewnym, płynnym krokiem podchodziła do niego z naprzeciwka. Nawet czuł już jej kościste palce na rozgrzanych policzkach. Ba, był w stanie wyobrazić sobie, jak się nad nim pochyla. Jeszcze odrobinę... kawałeczek... jeszcze tylko niewielki fragment i wreszcie złożył pocałunek na poranionych wargach wymordowanego, kradnąc jego ostatnie tchnienie.
„Growlithe!”
To właśnie ten głos co rusz wyrywał go ze świata nieświadomości. W teorii chciał zasnąć. A przynajmniej chyba tak się mówiło na ten stan, w którym teraz przebywał. Ciężkie ciało, ołowiane ręce, uciekające myśli, brak skupienia. W praktyce się nie dawał. Zmuszał się do otwierania oczu. Próbował skupić wzrok na czymś interesującym, choć ten często ześlizgiwał się z „punktu zaczepnego”, by zaraz znów podskoczyć na odpowiednią wysokość. I tak w kółko, chociaż wiedział, że zostało mu jeszcze parę dni.
Niestety.
Póki co, w Piekle mieli komplet.
„Szanuj rzeczy”.
Skrzywił się. Słuchanie reprymend od szczeniaków było ostatnią rzeczą z jaką chciał mieć teraz styczność, tym bardziej, że telefon wydawał mu się najmniej ważną kwestią w tym momencie. Jak inaczej miał zwrócić na siebie uwagę Ailena? Pewnie zrobiłby coś głupiego. Pewnie byłby na tyle odważny, aby coś zbroić. No. Pewnie tak... gdyby tylko jakieś niewidzialne szczury nie wyżerały mu teraz wątroby i płuc, a setki małych, kujących, pajęczych odnóży nie przebiegało mu po wewnętrznych ściankach gardła.
TERAZ GO SŁUCHAJ – polecił jakiś świszczący, trochę zbyt piskliwy głos w głowie.
Growlithe oparł się ponownie o bark drobniejszego wymordowanego. Nie przyznałby się, że nie ma siły, ale sam Kurt mógł nawet wyczuć, że opierał się o niego do tego stopnia, aby samemu nie musieć tracić energii. Słuchał go jednak, rejestrując tyle, na ile był w stanie. Że nic nie robił - to wychwycił na pewno. Później coś o Zombie, choć umknęła mu informacja o jakiejś tam Miyane... ale za to wyłowił zdanie dotyczące pocałunku.
- Pierwszy? - podjął natychmiast temat. Dało się nawet wykryć drobną nutę rozbawienia. Taki... niewinny. - Chcesz mi opowiedzieć o pozostałych razach, Sullivan?
Później coś o jakimś czymś. A dalej dwa litry... Pokiwałby głową, ale czuł się mentalnie połamany, więc sobie odpuścił. Dwa litry, to dwa litry. Ani jeden, ani trzy. Czego ty chcesz, Grow?
Zmarszczył piegowaty nos.
„A ty?”
Gdyby nie miał zwichniętej ręki, pewnie wzruszyłby barkami.
- To co zawsze. Trochę polowałem w Edenie, ale na zimę zwierzyna się chowa, więc po dwóch dniach wróciłem praktycznie z niczym. Chodziłem po barach... hm. Miałem też przyjemność spotkać się z niedźwiedziem babilońskim. Gdybym w porę się nie uchylił, byłbym krótszy o głowę. – A tym tonem, drodzy zwiedzający, Jace mógłby kroić dziczyznę.
- Co to za kartka? – zapytał automatycznie, na siłę spychając tematy dotyczące jego pod koła tira. To nie tak, że za wszelką cenę starał się zatuszować grzechy. Nie czuł plamy na honorze, gdy Ourell zrozumiał, że jego pacjent zaraził się jakimś syfem od „niesprawdzonej” dziewczyny. Dlatego, gdy tylko wytężył wzrok i wreszcie ogarnął co mniej więcej znajduje się na papierze, nawet nie poczuł się urażony, że medyk jest tak dokładny w receptach.
- Jak zawsze rzeczowy i w pełni szczery, co? – Szelest kartki szumiał mu nadal nad uchem. Czuł mrowienie w palcach i to tylko dlatego, że najchętniej wyszarpałby papier z rąk Ailena, podarł go na małe strzępy i spalił, aby już żadna para oczu nie mogła dowiedzieć się tego, co on. Jakaś cząstka Growlithe'a, ta wewnętrzna, schowana bardzo głęboko, przywalona masą suchej, martwej ziemi, uklepana i na amen osadzona poza zasięgiem cudzego spojrzenia, rwała się do tego, aby jednak to zrobić. Buntowała się przed tym, by inni wiedzieli, że wielki przywódca DOGS wdepnął w gówno. Żeby było zabawniej: zrobił to z premedytacją, bo przecież nie był idiotą i miał świadomość, że pchając się dziwkom między nogi, w końcu coś od nich złapie.
Mimo burzliwych emocji, pokrywa duszy - marne, schorowane cielsko - pozostawało w pełni obojętne. Nawet udało mu się zapanować nad głosem. Wciąż chrapliwy, trochę zbyt cichy, ale bez nuty jakiegokolwiek żalu, pretensji czy przejęcia, jakby przedstawiał studentom nudny wykład o rozmnażaniu się płazińców. I bardzo dobrze. Trochę za późno już na łzy i gdybania.
- Jeśli umrę, zaopiekuj się Evendell. Nie musisz sam jej chronić. Możesz oddać ją w zaufane ręce kogoś, kto będzie w stanie. - Panie, panowie, teraz płazińce kopulują, by za moment... - Ale jeśli spadnie jej z głowy choć jeden włos, tak się nawykłócam z Bogiem na Sądzie Ostatecznym, że sam mnie wypieprzy z zaświatów i z powrotem umieści na Ziemi.
Przerwał, choć nieposłuszeństwo zaczęło malować się na jego twarzy. Próbował dobrać słowa tak, aby nie zabrzmieć wbrew swojemu charakterowi. Choć domyślał się, że w jakąkolwiek rolę by się teraz nie wcielił, Ailen i tak nie zareagowałby w sposób nieoczekiwany.
- Wtedy znajdę najpierw ciebie, potem resztę skurwieli i skopię do tego stopnia, że zabiorę was ze sobą pod podłogę. Sam też się weź za siebie, bo łatwo cię zgnoić, cholera. Brakuje ci drapieżności. Wielu brakuje. To też trzeba zmienić. Trzymać gang w mocniejszych rękach. Czegoś was nauczyć. - Nabrał powietrza. - DOGS nie może się rozlecieć tylko dlatego, że Wilczur wykitował. Dopilnuj, żeby Ryan zajął się gangiem. Wszyscy wiemy, że ma go w dupie, ale jakby się go zmobilizowało...


// @Grow: kurde, wyszło słabo. :c Ale w następnym się bardziej postaram, bo będę mniej goniony przez terminy.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Pon 9 Lut - 5:16
„Pierwszy?”
Na litość boską…
Nie trzeba było wykazywać się wyjątkowym intelektem i sprawnym okiem, by zauważyć, że utrzymywanie przytomności było dla białowłosego swego rodzaju trudnością. Mężczyzna dzielnie wbijał pazury w trzeźwość, nie pozwalając jej od niego uciec jak byle spłoszone zwierzę, acz trzeba było jej przyznać, że szamotała się z niezwykłą zaciekłością. Ailen zdawał sobie sprawę, że Growlithe nie czuł się na siłach… nie był idiotą, a tych czekoladowych ślepi jeszcze nikt mu nie wydrapał. Wilczur wyglądał koszmarnie… kompletnie pozbawione energii truchło, na którego widok od razu chciało się sięgnąć po słuchawkę i zamówić miejsce na cmentarzu. Ciężki, chrapliwy głos, momentami jakby oderwany od zupełnie innej osoby, siłą przypisany do strun wymordowanego, drażnił wrażliwe uszy kotowatego, utwierdzając go w fakcie, że jego przyszywany brat nie czuł się w tym momencie jak młody bóg. Co najwyżej jak worek ziemniaków lub wypchana kamieniami lalka… a przynajmniej jego bezwładny ciężar zdawał się pasować właśnie do takiego porównania, o co zaciekle upierał się drobny bark czarnowłosego. Jednak mimo wszelkich przeciwności jakie napotkał na swojej drodze poturbowany Level E, oczywiście i tak musiał wychwycić fragment z opowieści Ailena, który on sam uważał za najmniej istotny dla całej historii.
Spojrzał na niego spod przymrużonych oczu.
Jak bardzo zdziwi Cię odpowiedzieć, że nie chcę? – zadał sucho pytanie, bynajmniej nie oczekując od Wilczura udzielenia na nie szczerej odpowiedzi.  Nie czuł się zawstydzony czy jakoś szczególnie zirytowany wtrącaniem się w prywatną stronę jego życia. Trudno było cokolwiek nazwać w tym świecie intymnym, do czego Kot zdążył się już przyzwyczaić, przez co… sam zresztą zaczął ten temat, choć faktycznie nie sądził, że zostanie on pociągnięty dalej.
Niestety wiadomość wymalowana czarnym tuszem lepiej poradziła sobie z przykuciem uwagi Charta, niż opowieści Wilczura, choć obu tych rzeczy nie różniło szczególnie wiele. Obie bez wątpienia nosiły w sobie jakieś treści. Każda z nich miała wydźwięk raczej mało pozytywny, sprowadzając wszystko do śmierci. Jednak staranne pismo Ourell’a wygrało bój o zainteresowanie Kota, opowiadając historię, która dopiero miała się zdarzyć, a nie tą, której już nie obejmowała ta subtelna nuta tajemniczości.
Nawet na niego nie patrzył.
Brązowe ślepia wbiły się w pogniecioną, rozdartą tu i tam kartkę z instrukcjami wypisanymi przez tutejszego medyka, absolutnie nie ruszając się z martwego punktu, którego na tę chwilę tak sobie umiłowały. Nie odezwał się nawet słowem, w niepodobnym dla siebie milczeniu przełykając po kolei każde słowo, które padało z ust opierającego się o niego mężczyzny. Z każdą kolejną chrapliwą sylabą, robiło mu się coraz bardziej niedobrze. Wiadomość była ciężka, a kotowaty z ogromnymi trudnościami starał się ją zrozumieć w pożądany sposób, uświadamiając sobie wagę obowiązku, który nałożył na niego oszpecony blondyn niespełna dwadzieścia minut temu. Ourell oddał mu swój długopis z czarnym, żelowym tuszem i dał wybór; albo dopiszesz ciąg dalszy do tego scenariusza, albo postawisz kreskę z dopiskiem fin; choć dla obu panów - trzeciego już nawet nie licząc… - zakończenie tej historii było raczej niepożądane.
Poprosił go o spełnienie pewnej prośby.
Zaczął mu wygrażać.
Sprzedał kilka rad.
Podał instrukcję, jak ma się zachowywać, kiedy w końcu…
Drobna, chuda ręka czarnowłosego natychmiast spoczęła na spierzchniętych wargach Levelu E, tym lekkim przysłonięciem dając do zrozumienia, że ma natychmiast przestać mówić. Twarde spojrzenie wbiło się w dwukolorowe tęczówki, przekazując jedną, dobitną treść… milcz. Chwila ciszy zaczęła dokuczliwie się przeciągać, podczas gdy zajęty doborem odpowiednich słów Ailen z czasem coraz mocniej napierał szczupłymi palcami na usta starszego wymordowanego.
Co miał mu odpowiedzieć?
Jakiej oczekiwał od niego reakcji?
Miał się rozpłakać i żałośnie zawodząc nie zgadzać się na jego odejście?
A może posłusznie kiwnąć łbem, składając obietnicę wypełnienia jego ostatniej woli?
Pierdolenie.
Zwykłe pierdolenie.
Sam mnie nauczysz. – powiedział stanowczo, ani na minutę nie odwracając twardego spojrzenia od przekrwionych, zmęczonych oczu. – I sam kopniesz Grimshaw'a w dupę. – niewątpliwie jemu będzie łatwiej go dosięgnąć…  – Ty się poddajesz? – zapytał, a jeden z kącików jego warg uniósł się nieznacznie, nadając ciężkiemu spojrzeniu Kota pewną nutę zaczepności. Oboje byli w stanie wyczuć duszącą atmosferę, która momentalnie zdążyła obciążyć swoją aurą całe pomieszczenie. Mimo to Ailen nie powstrzymał się od rzucenia Wilkowi swego rodzaju wyzwania… ty się poddajesz? Już przegrywasz? Ty? Walczysz? Nie widzę!
Nie musiało minąć wiele czasu, by Kurt w końcu oderwał drobną dłoń od twarzy białowłosego, nareszcie odwracając od niego wzrok, który momentalnie stracił wyzywający przekaz. Zgiął kilka razy kartkę w pół i zrzucił na ziemię, którą ta powitała nieśmiałym chrzęstem.
Chodźmy już spać.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Wto 10 Lut - 23:49
// @Grow: ej, ej, ej, sorson, że tak krótko, ale cóż tu pisać, by nie lać wody? I gdy Grow jest półmartwy.

„Sam mnie nauczysz”.
- Mhm – mruknął na odczepnego, nadal kneblowany przez dłoń Ailena, którą w każdej innej okoliczności z pewnością zdarłby ze swoich ust. Nie umiał sprecyzować, dlaczego jeszcze tego nie zrobił, dając się uciszać jakiemuś małolatowi, ale – paradoksalnie – nie czuł się z tym szczególnie źle. Dopiero kolejne słowa sprawiły, że wezbrało w nim silniejsze uczucie. Drgnął nawet ledwo wyczuwalnie, świdrując zamglonym spojrzeniem twarz Charta.
Naprawdę w takiej chwili próbował wjeżdżać mu na ambicję?
Niepotrzebnie. Growlithe nie czuł się jak zbity pies, któremu właściciel zaraz ma podciąć gardło, bo przestał być użyteczny. Desperacja nauczyła go pewnej naturalności. A w naturze człowieka leży śmierć, gdy wreszcie przyjdzie „odpowiedni czas”. Nie miało to żadnego związku z jego walką, bo gdyby się poddał, Ailen prawdopodobnie nie miałby szansy go poznać. Nie był też szczególnie zawiedziony tym, jak żył, choć jak wielu, miał jeszcze sporo punktów na swojej liście „rzeczy do zrobienia”. Bez względu jednak na to, dławienie się złudną nadzieją nie było wpisane w jego kanon.
„Chodźmy już spać”.
To zdanie było jak zwolnienie blokady.
Dosłownie legł na materacu, wystawiając ramię i przygarniając do siebie Ailena. Pociągnął go więc za sobą, zmuszając, aby położył się obok niego. Ba. Wilczur niemalże przylgnął do niego, ładując brodę na drobne ramię. Nie było opcji, aby się teraz odsunął, tym bardziej, że to pierwszy raz, jak sięga jego pamięć, gdy Sullivan z własnej woli postanowił go dotknąć. I to tylko po to, aby przestał gadać. Irytujące, że musiał wleźć jedną nogą do grobu, żeby doczekać się takiej rewelacji. W takich chwilach przeciętny Kowalski-kun zaczynał się zwierzać. Prawdę mówiąc: Growlithe'owi też ściskało się już gardło, ale przełykał gorzkie słowa wraz ze śliną, głównie przez niewidzialną, wewnętrzną blokadę. Nie potrafił nawet do końca sprecyzować, dlaczego siedział cicho, gdy coś od środka w nim wrzeszczało, ale ostatecznie uznał, że w pewnych okolicznościach lepiej jest zachować wszystko dla siebie. Wsunął nos pod brodę Kurta i przymknął powieki, w milczeniu starając się przezwyciężyć nieustanne pulsowanie w całym ciele.
W końcu uścisk na ramieniu ciemnowłosego zelżał, a spomiędzy spierzchniętych ust wyrwało się przeciągłe, ledwo uchwytne westchnienie, świadczące o tym, że jak mu polecono - tak zrobił.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Wto 17 Lut - 0:27
Z pokorą zniósł przemianowanie swojej rangi z Charta na Osobistą Przytulankę Przywódcy.
Mimo wiecznie nierozstającego się z jego twarzą grymasu, bliskość Wilczura była dla niego całkiem przyjemna. Kurt był osobą, która dla większości mogłaby wydawać się nietykalna; trzepał po łapach, gdy nie chciał, żeby go dotykać, przeplatając pomiędzy kolejne ciosy, wiązankę prychnięć i marudzeń, jednak nie powinno to nikogo dziwić. Mimo wszystko jak każdy kot uwielbiał bliskość, ale tylko na własnych warunkach. Growlithe nie miał prawa myśleć, że Ailen pałał do niego jakimś specyficznym wstrętem. Znali się nie od dziś i nie od dziś stosunki między nimi były bliżej pozytywnego określenia, aniżeli negatywnego. Chłopak nie wieszał się białowłosemu na szyi za każdym razem, gdy zlokalizował go pośród innych członków. Nie domagał się pieszczot, a uwagę zwracał na siebie zazwyczaj słowami, co najwyżej niepozornym dźgnięciem łokciem w bok. Jednak wbrew wszystkiemu, co mógł pomyśleć sobie Wilczur, Ailen bynajmniej nie dotykał go wyłącznie z czystej konieczności, najchętniej ograniczając ich kontakt fizyczny do minimum. Brunet uwielbiał jego ciepło. Nienaturalnie podwyższona temperatura ciała białowłosego momentami działała na Kota, jak magnes, sprawiając, że chętnie wlepiał nos w jego tors – szczególnie podczas snu, gdzie mimowolnie lgnął do wszystkiego, co było cieplejsze od otaczającego go powietrza czy pościeli.
Bez słowa się do niego przytulił, chowając nos w białych kosmykach włosów. Wyraźna nuta alkoholu zaatakowała jego nos, szybko robiąc miejsce na nadchodzący, zdecydowanie lżejszy w odbierze swąd krwi. Mimo wyczulonego zmysłu, nie w głowie było mu teraz krzywienie się na warunki czy kolejna seria narzekań. Żyjąc w tej stęchliźnie i biedzie przez tyle lat, zdążył nauczyć się, że nie wszystko pachniało fiołkami i lawendą. Ba, i tak miał szczęście, że naturalny zapach Wilczura był taki łagodny i przyjemny. Wanilia…
Poczuł, jak ciało przywódcy robi się zwiotczałe, dając Kotu do zrozumienia, że jego towarzysz zdążył już odpłynąć. Mimo ciężkich powiek i ogarniającej go senności, Ailen nie był w stanie zasnąć tak szybko, jak zrobił to jego przyszywany brat. Mnóstwo myśli zaprzątało mu głowę, skutecznie odganiając nadchodzący sen. Ciążyła nad nim ogromna odpowiedzialność, a czarne scenariusze, które zaczął układać sobie w głowie, bynajmniej nie były dobrą kołysanką.
A jeśli umrze…
Drobna ręka wymordowanego skierowała się ku górze, wsuwając szczupłe palce pomiędzy białe kosmyki włosów Growlithe’a. Miękkie, choć odrobinę pozlepiane.. przymknął oczy, nie odrywając od niego dłoni. Właściwie czuł się dziwnie, bo… silniej? Pomimo niedogodności związanych z niedoleczonymi ranami był zdrów, jak ryba. Potrafił chodzić, kontaktował w miarę normalnie, gdyby musiał zdobyłby się na bieg. A Wilczur…?
Wtulił się w niego mocniej, finalnie samemu zapadając w płytki sen.

***

Przez następne kilka dni, Ai bacznie kierował się instrukcjami danymi przez Ourell’a, podając białowłosemu lekarstwo zgodnie z rozpisanymi terminami. Za każdym razem procedura wyglądała podobnie… nalewanie świństwa do kwarty, skrzywienie, wciskanie tego Wilczurowi do gardła, mycie naczynia… kolejne leżakowanie. Była w tym pewna monotonia. Każdą porę podania śmierdzącego specyfiku poprzedzał sms od Ourell’a, który troskliwie pytał o stan zdrowia pozostawionego pacjenta, nie raz i nie dwa odznaczając się wybitną nadopiekuńczością…
Ailen zostawił Growlithe’a w spokoju dopiero, gdy zauważył, że jest on w stanie samodzielnie wlać w siebie lekarstwo i bez niczyjej pomocy zadbać o swój tyłek. Wkrótce oboje byli w stanie opuścić pokój medyczny.

{ z .t + Grow }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Wto 21 Kwi - 20:22
// uzupełnię część drugą i część trzecią, ale nie zmienia to faktu, że  jeżeli w najbliższym czasie nie będę miała jak uzupełnić - nie soti to na przeszkodzi Twojego odpisu.  Wybacz, że tak dodaję, ale się skapnęli, że siedzę przy komputerze i mam kilka minut na załatwienie spraw. DDDD:

~ WSPANIAŁA PRZYGODA GIGGLE~]
Niebieskowłosa na początku pobiegła do kryjówki psów. Tam jeszcze jako uroczy, niebieski futrzak leciała korytarzami, chcąc jak najszybciej dostać się do magazynu.
- Ho, ho, ho? - zapytał niepewnie Kataka gepardzicę, gdy ta minęła go, omal nie przewracając. - HO HO HO! - dodał gniewnie, marszcząc brwi. Ach, ta dzisiejsza młodzież. Za grosz szacunku do starszych. Jedyne, co potrafią, to mordować i gwałcić.  Żadnej kultury u tych psów, doprawdy...
Buffy nawet nie słyszała jego nawoływań. W magazynie zapakowała trochę jedzenia, wody,  pistolet, nóż oraz jakieś bandaże do plecaczka. Wcześniej oczywiście zmieniła swoją formę, by polecieć całkiem golutka do swojego pokoju.
- Giggle.. - wyszeptała ze zgrozą Sana, mijając niebieskowłosą na korytarzu. Złapała ją za ramię i spojrzała na zakurzony brzuch swojej kumpeli z gangu. - Co Ty robisz?
- No bo.. Ourell umiera. - powiedziała i wyrwała się lekarce, która głośno przełknęła ślinę.
- Ourell. - powiedziała głucho. - Umiera. ... co. CO. - i poleciała szukać Bernardyna.
Tymczasem  Collins siedziała już w swoim pokoju, wpychając gorączkowo ubrania do plecaczka. Gdy już wszystko było zapakowane, a Buffy wzbogaciła swój żołądek o duże ilości wody, czas było ruszać. Wyszła, tym razem już ubrana, na zewnątrz i spojrzała z melancholią na kryjówkę. Czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczy? Czy przeżyje? Czy uratuje Ourella? O tym w następnym odcinku...

SAGA KŁÓW I PAZURÓW, CZĘŚĆ PIERWSZA "CZERWIEŃ NOCY"

Była wolna.
Czuła się jak woda, delikatnie płynąca między kamykami. Jak ptak, niesiony wiatrem przez łąki i wzgórza. Jak chmura. Mogła robić co chce. Żyła pełnią życia.
... nie licząc presji czasu, bo przecież jej kochanek umiera. Jednak Buffy wiedziała, co robić. Miała przed sobą ogromną przygodę. Tyle przeżyć, nowe znajomości, nowi wrogowie. Czas wyruszać, Buffy.
Niebieskowłosa odwróciła się od niepozornego wejścia i ruszyła przed siebie. Była gotowa na wszystko. Dla niej liczył się teraz jedynie Ou, który z pewnością teraz cierpiał. To, czy będzie dalej Bernardynem, zależy jedynie od niej. Tak, to ona ma nad nim teraz władzę. Los chłopaka spoczywa w tych drobnych, bladych dłoniach.
Wędrowała długo i boleśnie. Udała się na południowy zachód, w stronę krainy aniołów. Po drodze jednak spotkało ją wiele niebezpieczeństw, jednak z względów etycznych, tutaj opiszę tylko jedno. Było to w czwartej godzinie jej przygody.
- Nigdy. Więcej. Pieprzonego. Plecaka. - jęczała, wlokąc się  piaszczystymi drogami. W drugiej dłoni trzymała swoją ukochaną wyrzutnię rakiet. Nagle coś po lewej się poruszyło.
I nie był to tańczący wombat.
To było coś gorszego.
To był tańczący leming...
Bufy podeszła bliżej niezidentyfikowanej kupy szmat. Kopnęła obutym glanem zniekształconą sylwetkę, a ta w odpowiedzi głośno zawarczała.
- O kurna - wyrwało jej się, gdy na miejscu gdzie spodziewała się zobaczyć niezbyt urodziwy tyłek, pojawiła się niezbyt urodziwa twarz. Dodać trzeba, że była bardzo owłosiona i pozlepiana zeschniętą krwią.
Dziewczyna przełknęła głośno ślinę i cofnęła się.
- Dobre yeti, miłe yeti... - powiedziała, oddalając się od tego czegoś, podczas gdy to coś z równą upartością się zbliżało.
- Zdychaj... - wycharczał niezidentyfikowany osobnik, rzucając się na Buffy. Zdążył rozorać jej dłoń pazurami, ale nic więcej. Powinien już wcześniej wiedzieć, że dziwne urządzenia to z reguły noszące śmierć i apokalipsę krypto-bronie.  Tak było i tym razem. Oberwanie z odległości kilkunastu centymetrów pociskiem z rakietnicy z pewnością nie jest przyjemne. Niebieskowłosą odrzuciło do tyłu, jednak miała szczęście - owłosiona kupa szmat zamachała rączkami na odległość kilkunastu metrów.
I nie tylko rączkami.
Collins wstała, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Zawiązała ranę bandażem, wcześniej polała wodą i ruszyła dalej.
Podczas tej wędrówki spotkało ją wiele niebezpieczeństw, które poskutkowały tym, że w chwili gdy dziewczyna przekroczyła próg rajskiej ziemi, jedyne co zdołała zrobić, to "UMIERAM WIERZĘ W BOGA POMOCY" i padła, znużona nieprzyjemnościami podróży...

SAGA KŁÓW I PAZURÓW, CZĘŚĆ DRUGA "ZDRAJCA"
Widziała biel.
Biel obezwładniała ją swą białą barwą. Była wszędzie, otaczała ją ze wszystkich stron. Zamknęła oczy, ale niewiele to pomogło - biel zmieniła się w dziwną, oślepiającą czerń. Od kiedy ten kolor może oślepiać?
- Obudziłaś się. - wymruczał męski, nieznany Giggle głos. Buffy odważyła się otworzyć oczy i ujrzała obok siebie bardzo przystojnego pana. Bardzo przystojny pan mrugnął do niej uwodzicielko, na co Collins zareagowała inteligentnym "acha". Zerknęła w prawo. Leżała tutaj jej kochana rakietnica i plecaczek.
- No co, śliczna? Jestem Bob. Uratowałem Cię.
- Świetnie.
- ... proszę bardzo.
- Czy Ty mnie próbujesz wyrwać?
- No może trochę...
Giggle westchnęła, nie w głowie jej teraz jakieś tam amory. Najważniejszy jest... Ou...
Ourell.
- O BORZE, KTÓRA GODZINA, KTÓRY DZIEŃ?! - wrzasnęła, podrywając się z wygodnego łóżka. Nieznany jej młody mężczyzna uspokajająco ją pogłaskał po ramieniu i znów przytwierdził do materaca.
- Spokoloko, mała. Spałaś 4 godzinki. Kawki? - poruszył uwodzicielsko brwiami i poszedł do kuchni z zamiarem podania Buffy ambrozji. Dziewczyna pokiwała głową, pojęczała trochę, że ręka boli i...
Wyszła z łóżka.
Jak najciszej podeszła do jednej z szuflad i ją otworzyła. Pomerdała paluszkami między ubraniami jej wybawcy i spojrzała na swoją rozerwaną bluzkę. Wróciła szybko pod kołderkę i leżała ze smutną miną.
- No co tam? - zapytał Bob, kładąc obok dziewczyny kubek.
- Nie mam nic do ubrania... - wyszeptała, wycierając wyimaginowane łzy.
- A... Umm... Ja Ci dam! - podszedł do komody i wyjął z niej jedną z Bobowych koszul. Giggle złapała ją w łapki i szybko założyła na siebie. W tej chwili zgasł również jej uroczy uśmiech i dziewczyna wstała, patrząc na anioła władczo.
- Potrzebuję pomocy. Gdzie znajdę rzeczy do zrobienia Asteceum?
- Yyy... Chyba w szpitalu, a co?
- Chodź ze mną.
- ... och. - ale kto mógł się oprzeć urodzie i wdzięku naszej kochanej Buffy? Oczywiście, że poszedł. Wystarczyło tylko jedno powłóczyste spojrzenie... Te anioły są takie naiwne!
Gdy znaleźli się już w tym szanownym, znienawidzonym przez dzieci przybytku, Giggle podeszła do recepcji.
- Poproszę Asteceum.
- Słucham? - zamrugała ze zdziwieniem pielęgniarka. - Och, to wykonujemy na miejscu i nie możemy tak po prostu tego pani dać.
- Rozumiem... - odparła smutno, po czym odeszła wraz z Bobem na bok.
- Gdzie tu jest magazyn? - zapytała chłopaka.
- Nie mogę powiedzieć... Pracowałem tu kiedyś, ale... - przerwał, bo Collins otarła się o niego nogą i pogłaskała po torsie. - Yyy... Znaczy... yy.... ch-chodź.
Doprawdy, ach te anioły.


SAGA KŁÓW I PAZURÓW, CZĘŚĆ TRZECIA "OSTATNI STRZAŁ"
*do uzupełnienia*

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ: DWA DNI PÓŹNIEJ PO KĄPIELI Z OURELLEM
Giggle przywlokła się do kryjówki w stanie tragicznym. Była noc i większość psów spała, a dziewczyna ledwo przytomna przyczołgała się do pokoju Ourella. Otworzyła drzwi i wymamrotała coś w stylu "Łbmghmg?", wyciągnęła dłoń z poobijaną rakietnicą i upadła na podłogę. Była cała w siniakach - do tego jedna z dłoni była skręcona w nadgarstku. Na policzku widniało głębokie zadrapanie, a spodnie niebieskowłosej były w sprzętach. Śmierdziała krwią i czymś innym, czego lepiej nie wiedzieć. Ogólny obraz nędzy i rozpaczy, moc ran i inne takie, ale nic poważniejszego. W porozrywanym plecaczku był woreczek ze wszystkim co Bernardyn chciał. w tymże woreczku znajdowała się również karteczka z napisem "Do zobaczenia, mała." oraz zdjęcie jakiegoś przystojniaka.



Zdobyte: Wszystkie składniki do przyrządzenia lekarstwa dla Ourella.
Straty:
* anioły jej nie lubią - zakaz wstępu do Eden
* skręcony nadgarstek
* liczne rany i siniaki
* mało pocisków do rakietnicy
* obraz nędzy i rozpaczy prze całą fabułę z Ourellem - na kolejnej fabule Buffy będzie zmęczona i niezbyt skoncentrowana, trudno będzie jej cokolwiek robić.






Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sob 25 Kwi - 14:36
- Akurat jestem innego zdania. – odparł ostro. W przeciwieństwie do niektórych osób ogarniętych zdziczeniem, anioł doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich czynów i nigdy nie zdarzyło mu się zrobić czegoś złego pod wpływem odurzenia, bo – proste – nie narkotyzował się, ani nie truł żadnymi trunkami, przez co zawsze zachowywał świadomość. Nie przypominał sobie, aby kogokolwiek próbował kusić swoim zachowaniem. Był jednym z najbardziej biernych postaci w kontaktach międzyludzkich wśród wszystkich członków organizacji. Z jego ust nigdy nie padło słowo przesączone flirtem, a oczy nigdy nie zawieszały się na czyichś walorach, póki nie było z nimi żadnego poważnego problemu. Zresztą tak samo jak on, Sana była Bernardynem. Była jedną z osób, z którymi Ourell siłą rzeczy spędzał najwięcej czasu. Był święcie przekonany, że dziewczyna nie była jedną z tych, które „wypłukują sobie oczy”.
„CZEMU MI NIE POWIEDZIAŁEŚ?!”
Gdyby tylko nie był odwrócony do Giggle plecami, Dobermanka mogłaby podziwiać jego pełen zrezygnowania wyraz twarzy. No jasne, że jej o niczym nie mówił. Przecież nie biadolił o tym od początku ich piekielnego spotkania. Nie dawał w łapy żadnej kartki ze składnikami. Nie mówił jej w jakim celu w ogóle przyprowadził ją do hotelu, proponując kąpiel. Skąd. Wcale.
Kontynuując mycie głowy, z czystego szacunku do kobiecego ciała Buffy, nie spojrzał na nią ani razu, gdy streszczał pokrótce wszystko, co do tej pory było mu wiadomo na temat choroby. Składniki, objawy, zagrożenia… w tym czasie kilkukrotnie nalegał, aby dziewczyna jednak umyła głowę dla pewności, że żadne pchły nie czają się na jej łbie.
Nie umyła.
Wybiegła z hotelu jak poparzona, a jedyne co zdążył zrobić anioł, to błagalne prośby, aby przynajmniej chociaż się ubrała… Dobremnaka była całkowicie pozbawiona wstydu czy tak zapewniona o pięknie swojego ciała? Już sobie wyobrażał miny innych gości hotelu, gdy widzieli przemycającą się w stroju Ewy kobietę z zawziętością wypisaną na twarzy.

{}

Wrócił do kryjówki z mieszanymi uczuciami. Czy popełnił błąd powierzając swoje życie niebieskowłosej dziewczynie? W gruncie rzeczy nie do końca ufał możliwościom Dobermanki, dlatego też ciężko było mu ze świadomością, że nie mógł nic więcej zrobić. Bezsilność zawsze krzywdziła go najbardziej, a ten przypadek, choć nie był aż tak bolesny, jak gdyby dotyczył kogoś innego, niż on sam, był dosyć uciążliwy.
Korzystając z okazji, że przynajmniej mógł na nowo zająć się pozostawionym na łaskę Charta przywódcą, zszedł na jeden z niższych poziomów, uchylając nieznacznie poharatane czasem – i pazurami wyjątkowo niegrzecznym pacjentów – drzwi. Wsunął łeb pomiędzy przerwę  spróchniałej dechy, a czymś, co imitowało framugę, w pierwszej kolejności lokując spojrzenie na łóżko pacjenta. Drobny, czarnowłosy chłopak utulił właśnie łeb w pierś Wilczura, oddychając tak wolno i spokojnie, jakby zupełnie zapomniał, z jak kruchą sytuacją był zmuszony się zmagać. Growlithe również miał zamknięte oczy z łapą zahaczoną o bok młodzieńca. Medyk uśmiechnął się pod nosem uznając, że scena, na którą trafił była najzwyczajniej w świecie urocza. Jednak nie sycił wzroku tak przyjemnym widokiem długo, ponieważ od razu ruszy z miejsca i poprawiwszy lekko osuniętą z ciał obu mężczyzn kołdrę, przykucnął przy lekarstwie, który mimo tak intensywnego zapachu, nie był w stanie zniechęcić do siebie medyka. Upewniwszy się, że wszystko było na swoim miejscu, wyszedł z pokoju, możliwie jak najdelikatniej zamykając za sobą drzwi.
- OURELL! – odwrócił się niemal natychmiast, gdy dopadła go wyraźnie zaniepokojona dziewczyna, nieumyślnie przyciskając go do ściany. – Wszędzie Cię szukam! Gdzieś ty, u licha, był?! Giggle mówiła, że umierasz i tak strasznie się ba-… - w tym momencie dziewczyna przebiegła wzrokiem po ciele anioła, doszukując się wszelkich objawów cięć, uderzeń czy innych przebić kulą. Poza beznadziejnie zmęczonym i zdezorientowanym wyrazem twarzy, Archangel prezentował się tak, jak zwykle. – C-co? Jak to? Nic Ci nie jest? Ush, ta cholerna Buffy! Niepotrzebnie napędziła mi stracha, myślałam, że ktoś Cię napadł! – wyrzuciła z pretensjami, nie ściągając dłoni z ramion przyciśniętego do ściany kolegi po fachu. Patrzyła z wyrzutem na jego nienaganną – no prawie – sylwetkę, jakby obwiniała go o całe zajście.
- Sana, nikt mnie na napadł. Chodziło o Pulicem Brunneis. – odparł, delikatnie odsuwając od siebie czarnowłosą, która po usłyszeniu nazwy choroby sama odskoczyła na jeden krok. Widząc to, anioł podjął się dalszych wyjaśnień. – Pozbyłem się już pcheł. Na razie jestem na najwcześniejszym stadium… swoją drogą trzeba powiedzieć jakiemuś Psu, żeby wyłapywał te piekielne gryzonie i wyrzucał je z siedziby, bo rozsiewają choroby. – odparł, wyraźnie mając na uwadze dobro innych Kundli, jakby na chwilę zapominając, że to on był główną ofiarą zapchlonego szczura.
- Nie mamy w magazynie składników potrzebnych do…-
- Buffy poszła je załatwić.
- O Boże, Ourell, ty umrzesz! – wyrzuciła z autentycznym przerażeniem, skazując misję Dobermanki na niepowodzenie. Bernardyn spojrzał na nią surowo z wymownym wyrazem twarzy, najwyraźniej nie potrafiąc przejąć się dostatecznie własnym życiem. Sana nie okazała się jednak osobą, której działania mogły zakończyć się wyłącznie na panice, więc czym prędzej pociągnęła Zachariela za ramię w kierunku magazynu. – Chodź, trzeba poszukać jakichś ziół.. może uda się choć trochę złagodzić przebieg choroby.

{}


Czerń.
Czuł się, jak osoba, która nagle przestała istnieć. Leżał nieruchomo na jednej z pryczy w pokoju medycznym, nie do końca pewny, czy posiadał jeszcze coś takiego jak „ciało”. Dźwięki zdawały się docierać do jego uszu z wyraźnym opóźnieniem, przez co nie potrafił określić, co się wokół niego działo. Jedyne, co był w stanie odczuć, to czyjeś ciepłe ręce i delikatne ukłucie.

{}

- Giggle! Co się stało!? – Rainbow czym prędzej użyczyła swojego ciała, jako podpory, by wycieńczona Dobermanka nie runęła ciężko na ziemię, wyrządzając sobie więcej krzywd, niż nosiła na sobie do tej pory. Sana przybiegła, widocznie zainteresowana roznoszącymi się po siedzibie krzykami.
- Wróciła z wyprawy. Trochę ją poturbowało, orz. – skomentowała z czymś na wzór troski.
- Zajmę się nią. – zaoferowała się Rainbow, poprawiając sobie przewieszone przez bark ramię dziewczyny, by zaraz ruszyć z nią w stronę pokoju, gdzie rozpoczęła powolny proces przygotowywania Giggle z powrotem do stanu używalności.
Natomiast Sana wróciła do pokoju medycznego, dzierżąc w dłoni niewielki woreczek.

{ z.t + Giggle. }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Kirin on Nie 15 Lis - 17:39
Jeszcze przez długi czas zagadką będzie, jak Kirin mógł załatwić się w tak krótkim czasie, pomiędzy opuszczeniem zebrania, a wyjściem na powierzoną mu misję. Niebywałe szczęście musiał posiadać ten wymordowany, skoro zjawił się w kryjówce żywy, chociaż ilość krwi na jego ciele mogła wskazywać na co najmniej podwójne wykrwawienie się. Oczywiście on sam dobrze wiedział, że szkarłatna ciecz w głównej mierze nie należy do niego, a do aniołów, które jeden za drugim padały trupem w czasie walki. Mimo wszystko, nie udało mu się wywinąć tym razem bez obrażeń, wyraźny swąd spalonego ciała na wejściu wskazywał, z jakim rodzajem zranienia ma się dzisiaj do czynienia.
Wymordowany kulał lekko, chociaż sam problem nie leżał w kończynach, był po prostu wyczerpany i gotowy walnąć się na najbliższe prowizoryczne łóżko, tylko by dalej nie musieć maszerować samodzielnie. Część jego barku, lewy bok szyi i tą samą stronę głowy pokrywały wyraźne zaczerwienienia, bąble i strupy. Ogień zmasakrował mu kawałek twarzy, tak że teraz mimowolnie trzymał lewe oko zamknięte. I tak źle na nie widział, więc niech odpoczywa.
- Kur... nikogo nie ma? - Warknął pod nosem przekraczając próg. Gdzie podziewają się lekarze, kiedy ich trzeba? Niby rozumiał, że organizowana akcja wymagała obecności wszelkiej maści psów, ale on też miał być częścią tej eskapady, więc może łaskawie ktoś pomoże mu się ogarnąć zanim ruszy na zewnątrz?
Nie wiedział już, co wkurza go bardziej, to, że został tak pokiereszowany, czy fakt zastania pustego pomieszczenia medycznego. Liczył na to, że może jego sapanie i jęki niezadowolenia przyzwą kogoś do środka, dlatego bez skrupułów wpakował się na rozkładane łóżku i walnął do tyłu z głośnym westchnieniem. Nie zadbał nawet o to, żeby pozbyć się brudnego ubrania. Niestety jednak, część materiału mogła przylgnąć do oparzonej skóry, a z tego co było mu wiadomo, nie powinno się takich rzeczy gwałtownie odrywać. Poza oznakami rozsądku, po prostu nie chciało mu się dalej sobą zajmować.
No dalej, przyjdź ktoś, zajmij się kochanym dobermankiem, no dalej.
Powtarzał sobie w myślach gapiąc się w sufit. Nie miał lepszego zajęcia, a wszystko za bardzo go bolało, żeby się dalej ruszać.






Flirting with madness was one thing;
when madness started flirting back,
it was time to call the whole thing off.


avatar





Kirin
Doberman     Poziom E
GODNOŚĆ :
Vincent de Lacroix aka. Kirin / Seba z DOGS


Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Nie 15 Lis - 18:32
Szedł obok niego, podpierając go o siebie niczym rannego żołnierza i prowadził prosto do medyków.
No, prowadził dopóki ten nie zaczął kuleć tak że bardziej się go ciągnęło niż szło obok, wtedy po prostu go podniósł i zaniósł. Z połamanym żebrem albo dwoma. Tak, debil.
Otworzył butem prowizoryczne drzwi przez brak wolnej ręki i wniósł go do sali. Szybkie zlokalizowanie wolnego łóżka i ulokowanie go w nim było priorytetem.
Na ich szczęście większość łóżek aktualnie była pusta, pewnie dlatego nie było wokół biegających DOGSów w swoich kitlach.
- Haaaaalo, medyk, kurwa! - Krzyknął zirytowany własnym bólem i zmęczeniem.
Padł na siedzenie obok i oparł się o łóżko.
- Jak się czujesz? - Zapytał nie podnosząc głowy z pościeli, było oczywiste kogo pyta.
Zmrużył oczy czując ból w jego szczęce, na szczęście system, który w sobie posiadał sprawiał, że szybciej się regenerował, nanomaszyny sprawdzały się idealnie do czasu aż nie musiały leczyć skóry. Ta na szczęście była w znacznie lepszym stanie niż Kirina więc nie musiał się tym przejmować.
Nie mogąc wytrzymać irytującego bólu podniósł się i zaczął szukać czegoś na pozbycie się ich problemu. Szafka za szafką, przeszukiwanie w końcu się opłaciło.
- Masz, weź dwie.
Sam wziął tyle samo i popił je wodą z okolicznej butelki, po czym podał ją Kirinowi.
Jak zaraz ktoś ich nie opatrzy to sam się nauczy tej zasranej medycyny i wyleczy ich obu.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 12 Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 10, 11, 12  Next

Powrót do góry

- Similar topics