Strona 2 z 12 Previous  1, 2, 3, ... 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Nie Lis 23, 2014 2:11 am
Gdy Ourell wstał, białowłosy zdążył rzucić w niego jeszcze tym, co akurat wpadło mu w ręce. Jak się okazało: trzy miski chwilę później poleciały w stronę medyka, przecinając powietrze z ostrym świstem.
„Growlithe.”
Spokój z jakim to powiedział na ten ułamek kiepskiej sekundy zatrzymał wszystkie reakcje Growlithe'a, skutecznie zmuszając go do wysłuchania wszystkiego, co medyk miał mu do powiedzenia, czy może raczej ― sprzedania. Nigdy nie był dobrym słuchaczem i do tego jednego chętnie się przyznawał, jakby nie było to żadną plamą na honorze. Częściej przejmował się wyglądem swoich paznokci, którym nagle poświęcał całą uwagę, niż ewentualnemu towarzyszowi. Potrafił przesiedzieć całe spotkanie ze wzrokiem wbitym w swoją dłoń, jeśli temat go nie zainteresował na tyle, by pokazać rozmówcy choć szczątkowe zainteresowanie (i szacunek), dlatego to, że Ourell zwrócił jego uwagę, było naprawdę kolosalnym krokiem naprzód. Nadal ciężko dysząc, z drżącą wargą, która jakby nie wiedziała czy ma odsłonić dziąsła czy jednak nie i z tym nienaturalnym ogniem, płonącym na dnie oczu... ale zwyczajnie słuchał.
Ha. Więc wierzył.
Cholerny idiota. Kretyński osioł. Nie mógł uwierzyć mu od razu?
I choć głos Ourella już nie brzmiał, a w pomieszczeniu zrobiło się ciężko od panującej ciszy to czarne ucho Wilka drgało pospiesznie. Położył niespiesznie dłoń na ranie i zmarszczył brwi, przysłuchując się kolejnemu planowi jednej z dobrotliwie mamroczących zmor. Jej śliski, mokry jęzor co rusz gładził nakrapiany piegami policzek, co jednak nie spotkało się z żadną reakcją ze strony Growlithe'a. Nie oszukujmy się: był w stanie po samo gardło brodzić w ściekach, a nie umiałby znieść czegoś tak niewielkiego, jak obrzydliwość mar?
„Tylko usiądź, proszę.”
Dobrze ― powiedział potulnie, zerkając na niego spod grzywki, która rzuciła czarny cień na zmęczoną twarz. Przecież ich obu to nie bawiło. Oboje chcieli mieć to dawno za sobą. Nie marzyli o niczym innym, byle tylko zasnąć i obudzić się w pełni sił. Kusząca propozycja, jak na bujdę, co nie, Grow? Chciał już zrobić krok w stronę łóżka, by ponownie zainstalować na nim swój szanowny tyłek, a tu jeb. Lodowata woda spryskała jego ogon, puszczając wzdłuż kręgosłupa dreszcz zimna, równie delikatny co spadająca na łeb donica. Odskoczył z sykiem, w zaskakująco prędki sposób pokonując ponad połowę odległości jaka dzieliła go od tutejszego lekarza. Spojrzał z zaskoczeniem na ogon, znad którego uniósł się lekki, szary obłoczek ― marna pozostałość po ogniu ― a potem od razu wbił wzrok w podłogę, demonstrując jej swoje pełne niezadowolenie.
Nie wytrzymał.
Spomiędzy ust wyrwał się gorzki, dziki śmiech. Raz. Dwa. Pauza. Podniósł wzrok i spojrzał Ourellowi prosto w oczy, nie bojąc się żadnych wyroków. Chyba się nie zrozumieli. Tak... odrobinę. Leciutko.
NIE ZAPOMNIJ.
Nie. Nie zapomnę.
Wolno postawił pierwszy krok w stronę Ourella. Cały czas patrzył na niego z dołu, przez lekko pochyloną głowę. Tak właśnie patrzą wilki. Przecież nie mogłyby robić tego inaczej... Gdyby podniósł brodę, odsłoniłby gardło. Co, jeśli Ourell chciałby je rozszarpać?
Nie, nie jestem pijany ― powtórzył z dobitną dokładnością, jakby Archangel jednak nie przyznał mu racji. Lekki grymas przebiegł mu przez twarz, ale prędko zniknął, nie pojawiając się już nigdy więcej. To była chwila, kiedy jeszcze chciał się wycofać. Przecież Ourell nie był głupi. Jeśli sprzedawał mu takie propozycje, z pewnością nie były one bezpodstawne. SPÓJRZ MU W OCZY. WIDZISZ TAM KŁAMSTWO? Widział. W tym sęk. Doszukiwał się go w każdym najmniejszym elemencie duszy i ciała blondyna. Tak. W oczach szczególnie. I w głosie. ― Myślisz, że nie wiem o twojej grze? ― prychnął obrażony, postępując kolejny krok ku medykowi. ― Naprawdę sądzisz, że dałbym się nabrać na ten tani chwyt? Doskonale wiem, co planowałeś! ― Podniósł nagle głos, ale nie krzyczał. Silne wzmocnienie poprzedziło tylko następny skreślony centymetr ku Ourellowi. Teraz dzieliło ich już naprawdę niewiele. Growlithe mógłby wyciągnąć rękę i bez trudu dotknąć jego ramienia. Trzymał jednak ręce przy sobie. Jeszcze. ― Słodki głosik, nagła skrucha, przeprosiny bez pokrycia... no i te twoje... ― Krok. ― Śmieszne „zapewnienia”. Pomożesz mi? Doprawdy?
Już bliżej nie mógł być. Niemalże stykał się z torsem Ourella, zdobywając się na to, aby podnieść głowę i wyprostować ramiona. By spojrzeć mu w oczy głębiej, niż kiedykolwiek był w stanie. Zdawało się nawet, że jeszcze moment, a byle ruch (choćby głupie wzięcie wdechu) wreszcie sprawi, że się dotkną. Mimo to, ten niebezpieczny dystans trwał nieprzerwanie, aż do chwili, gdy Growlithe zmusił się do chwycenia mokrymi od krwi palcami ręki Archangela.
Od Growlithe'a biło ciepło. Autentyczna, parząca aura, niemożliwa do zgaszenia przez żadne słowa. Ourell mógł i na pewno to wyczuł w chwili, gdy jego własna dłoń, naznaczona teraz szkarłatem, trafiła na zdobione krzywą blizną gardło wymordowanego. Wilk nie użył w tym celu wielkiej siły, bo zwyczajnie jej teraz nie posiadał. Nagły wybuch gniewu odcisnął swe piętno wystarczająco, by pozbawić go resztek energii. Dokładnie tak się teraz czuł. Jakby ogromna ręka chwyciła go, zmiażdżyła jak kartkę, a potem próbowała rozprostować: niestety, z marnym skutkiem. Nie był w stanie wrócić do pierwotnej wersji.
„Pomożesz mi?”
Odsunął rękę od dłoni Ourella. Zamiast tego chwycił go za ramiona, na wypadek, gdyby ten miał zamiar nagle się odsunąć, przerywając przedstawienie, w którym grał przecież główną rolę. Ofiary, rzecz jasna. Growlithe, z ciężką obrożą na szyi, przez chwilę błądził zamglonym wzrokiem po oszpeconej twarzy anioła. Chciał doszukać się na niej tego, czego doszukiwał się jeszcze przed chwilą. Fragmentów kłamstwa, dwulicowości, może nawet nieudolnych prób zamaskowania fałszu. CUDOWNY AKTOR, PRAWDA?
Zmrużył lekko ślepia. Gdzieś na ramieniu Ourella pojawił się ledwo widoczny cień. Jace wiedział o jego istnieniu, ale nie uraczył go choćby sekundowym zerknięciem. Wystarczyło przecież, że mara nieustannie trajkotała o tym samym. Tak. Cudowny. Za jej namowami pochylił się nad ramieniem anioła, zwalniając uchwyt rąk. Oddech ugłaskał poranioną, brzydką bliznę na szyi, gdy ramiona oplatały go zamykając szczupłe barki blondyna w ledwo wyczuwalnym uścisku. Nie przytulił go do siebie.
Trzymaj moje gardło mocno, w końcu tylko tresowane psy, nie ugryzą ręki pana. Przecież o to ci teraz chodziło, hm? By panować. Nad sytuacją, nade mną. Wreszcie masz okazję, Ourell. I? Jak się z tym czujesz? Jak czujesz się, jako ktoś, kto musi podjąć wybór? Chcesz wolności. Ja chcę ciebie. A gdyby ― wargi musnęły miejsce tuż pod jego uchem, gdy wypowiadał te słowa ― tylko twoja krew była w stanie mi pomóc?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Wto Lis 25, 2014 9:06 pm
Jak dużą część swojego dnia poświęcał szczerej – choć jednostronnej – rozmowie z Bogiem? Ktoś, kto był przygniatany przez taki ogrom obowiązków i myśli, pewnie rzadko miewał choćby chwilę wytchnienia, aby przez te marne kilka sekund, postać spokojnie w miejscu i udawać, że taka forma wykorzystywania czasu, daje mu pełen pakiet odpoczynku na następne trzy lata. Spokój, to pojęcie dla niego tak wyobcowane, że póki co zna je tylko z suchej, książkowej definicji. Kiedy ma się na głowie autentyczne „stado”, nie sposób myśleć o czymś takim, jak wylegiwanie się na materacu czy beztroskie łażenie po okolicy bez wyraźniejszego celu. Zawsze było to zapieprzanie po kolejny kwiatek na rozwolnienie, bo jakiś Kundel po raz kolejny nabawił się problemów żołądkowych po podgnitym jedzeniu. W siedzibie harował jak wół. Nawet gdy już zasiadał w gronie swoich towarzyszy, rozkładając wygodnie nogi na kanapie, jego sprawne, błękitne oko i tak namiętnie doszukiwało się jakiejkolwiek szansy na udzielenie pomocy. Przedarta poduszka, oderwany guzik, dziesięciocentymetrowa, płytka rana na policzku… praca dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. To chyba naturalne, że nie miał najzwyczajniej czasu, aby codziennie przed snem klękać nad swoim rozwalającym się łóżkiem i ze złożonymi rękoma odmawiać kolejną Maryśkę. Ha, nawet różańca nie miał! Czy mimo to kompletnie zaniechał komunikacji z Panem? Oczywiście, że nie. Zachariel był typem, który cenił sobie szczerość i prawdę. Nie potępiał ludzi za to, że wymyślili kilkaset różnych pieśni i modlitw, aby czcić swojego Ojca, jednakże gdy niegdyś codziennie wieczorem siadał przy swoim aktualnym podopiecznym, znacznie milej słuchało mu się słów, które płynęły prosto z serca. Dlatego tak bardzo lubił sprawować pieczę nad dziećmi. Brzdące, które jeszcze nie poznały szeregu suchych tekstów odklepywanych w kościele, były w swoim dialogu z Kreatorem bardzo szczere. Zlepiały słowa tak, jakby rozmawiały ze swoim przyjacielem, a nie kimś, kto nimi władał – o to przecież w tym wszystkim chodziło. Mimo to każde dziecko kiedyś urośnie, a wraz z przybywającymi latami, zatracało się tą szczerą modlitwę, zastępując ją wykutymi na blachę tekstami. Jednak co tu się dziwić? Były wychowywane w przekonaniu, że tak jest lepiej. Gdyby faktycznie tak było, Ourell nawet nie byłby klasyfikowany do osób religijnych. Jego modlitwa nie musiała mieć specjalnego czasu w napiętym harmonogramie, aby zaistnieć w jego życiu, choćby nieświadomie. Sama myśl odnosząca się do Boga, była czymś zupełnie wystarczającym. Niejednokrotnie w ciężkich chwilach przychodziło mu prowadzić jednostronną rozmowę ze swoim Stwórcą. Wtedy powoływał się na pierwsze lepsze słowa, które przychodziły mu do łba – to była szczerość. Dzięki temu nie musiał zajmować swoich rąk tym formalnym, „kościelnym” gestem, tylko wykorzystać je do rzeczy bardziej wartościowych.
Ourell modlił się nawet teraz.
Błagam, niech ta miska mnie nie trafi...
Unik, manewr, zwrot… auć. Był bardzo zwinną osobą, dlatego przy dokładnym staraniu, udało mu się wyminąć większość lecących w jego stronę misek, które stuknęły głośno o podłogę, tuż przy jego nodze. Mimo to jedno z chropowato wykończonych naczyń, otarło się o jego przedramię, gdy anioł w naturalnym geście przysłonił się rękoma, chroniąc i tak zmasakrowaną twarz. Był zbyt zamroczony, by z perfekcyjnym wyczuciem ustalić kolejne działania, toteż specyficznie zniszczona misa, rozdała rękaw bluzy, porywając ze sobą nie tylko ciemnoszary i czarny materiał, ale kawałek jego naskórka. Krew się nie polała, acz ranka dała o sobie znać upierdliwym pieczeniem.
„Dobrze”.
Zdziwiłaby go tak spokojna reakcja, gdyby w międzyczasie nie zawładnęły nim automatyczne działania pomocne – w tym wypadku zabawa w strażaka. Widział, że płonie. To chyba normalne, że jak najszybciej zapragnął pozbyć się palącego problemu, który na domiar złego wydawał mu się kompletnie czymś obcym. Nie był żadnym przyjacielem Levelu E. Nie znał go zbyt dobrze, aczkolwiek wydawało mu się, że przy ewentualnych rozmowach z nim, jakoś nigdy nie zatracał swojego normalnego, dwukolorowego spojrzenia na rzecz rozpalenia obozowego ogniska na dnie swoich oczodołów. Nie wziął pianek, ani kiełbasek, więc zdecydowanie taki stan mu nie odpowiadał. Poza tym... był dosyć przerażający. Widział w życiu nie jedno. Nie raz i nie dwa jego niegdyś piękna twarz była zmuszona pozostać zwróconą w stronę płonącego człowieka, aczkolwiek mimo nabranego doświadczenia zawsze uczucia towarzyszyły te same. Różnił się tylko czas dochodzenia do siebie i opcje, jakie zapalały mu się we łbie, gdy anioł myślał nad podjęciem następnych decyzji. Growlithe czy chciał czy nie, był pod jego opieką w sensie nawet dwupoziomowym. Raz, Archangel lubił udawać, że Nathaniela nie ma; dwa, Wilk był w tym momencie jego pacjentem. Chyba tylko te dwa fakty zmuszały go do zachowania spokoju przy dokładnym przeanalizowaniu następnych ruchów, byleby tylko nie doprowadzić do śmierci swojej i/lub białowłosego.
Nie odsunął się. Wzrok nie napotkał widoku podłogi. Usta tym razem nie otworzyły się, dając dokończyć Growlithe’owi wszystko, co miał do powiedzenia. Ourell uważał, że choćby głupi krok do tyłu, mógłby przesądzić o jego losie, dając rozwścieczonemu Wilkowi do zrozumienia, że faktycznie ma przed sobą bezbronna ofiarę. Gdy coś ucieka, to się to goni, prawda? Archangel o tym wiedział, dlatego z całym sił próbował przekonać pacjenta własną postawą, że jest tu po to, aby pomagać - a słabi nie pomagają.
- Nie ma żadnej gry.
Wilczur nie odrywał od niego wzroku, doszukując się choćby grama kłamstwa. Gdyby faktycznie zauważał tylko to, co rzeczywiste, nie znalazłby ani krzty nieprawdziwości. Stuprocentowa szczerość. Spojrzenie błękitnego oka, wlepione było w rozwścieczoną twarz przywódcy, zdając się niemo prosić o wysłuchanie i uwierzenie w słowa, które przed chwilą padły, jednocześnie wyrażając swego rodzaju stanowczość i upór. Nie wycofa się. Ma cel i ten cel musi zostać osiągnięty. Nawet drugie, zszarzałe ślepie z wyblakłą źrenicą nieudolnie próbowało wyrazić to samo. Pusto wgapione w przestrzeń przed sobą, kopiując tor spojrzenia swojej koleżanki po lewej stronie, nie miało obrazu na żadną osobę, którą chciałoby przekonać. Mimo to, choć było kompletnie niewidome i znacznie kontrastowało swoim wyglądem z błękitem nieba drugiego oka, ono też nie oszukiwało Wilka.
- Growlithe, uspokój się. – ponowna próba uspokojenia, ubrana w ten sam szczery, spokojny, acz silny ton, próbujący obudzić w piegusie zdolność do racjonalnego myślenia. Nie wiedział co siedziało w jego głowie, ale bardzo chciał do niego dotrzeć. – Planowałem Cię opatrzyć. Krwawisz i źle się czujesz. Na dodatek... płoniesz. – …jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, uznał, że wypadałoby uświadomić Wilka o pewnych sprawach… poza tym musiał usprawiedliwić się z nagłego chlustu wody, który tak go zirytował. – Nie uważam, że jesteś pijany, więc proszę, nie rób głupstw i usiądź. Chciałbym dokończyć zszywanie Twojej rany. – zdążył zapewnić, nim Jonathan zakleszczył jego dłoń w słabym uścisku pokrwawionej ręki. Opuszki jego palców delikatnie zsunęły się po starej bliźnie szpecącej gardło wymordowanego, gdy anioł ostrożnie cofnął dłoń, nie do końca rozumiejąc powodu, dla którego się tam znalazła.
- Nie jesteś psem, tylko człowiekiem, a przynajmniej ja myślę o Tobie, jak o człowieku. – mruknął niemal natychmiast, zdecydowanie czując, jak Growlithe zakleszcza go w swego rodzaju pułapce. Nie lubił tego typu spoufaleń… szczególnie gdy osoba, która przekracza niepisaną barierę zdolna jest zrobić dosłownie wszystko.
Ciepłe wargi dotknęły jego ucha.
- Przestań. Nie rozumiem o czym mówisz. - alarm uruchomiony… acz cały mechanizm zablokowany. Chciał go odepchnąć, ale najzwyczajniej bał się tego zrobić. Nie ze względu na kły, które znalazły się niebezpiecznie blisko jego ciała. Używając siły zdecydowanie nie udałoby mu się w pełni przekonać do siebie białowłosego. Poza tym czuł, jak słaby jest w tej chwili Wilczur. Jeszcze upadnie i zrobi sobie więcej krzywd; choćby zmotywuje krew z rany na brzuchu, aby płynęła szybciej i żwawiej. Nie zapomniał o niej.
Anielska ręka, która dopiero co zsunęła się z gardła wymordowanego, teraz powędrowała na jego tors, delikatnie i nie nachalnie – acz chyba jasno – informując, że taka bliskość, nie jest wskazana.
- Zaufałeś mi nie raz w kwestii medycznej. Zszyłem Ci rany w każdym możliwym miejscu. Nastawiałem kilka razy rękę i wpychałem w Ciebie różnego rodzaju specyfiki, bylebyś tylko poczuł się lepiej. Przecież nie chcę Twojej krzywdy. Gdybym jej chciał nie miałbym prawda nosić żółtej chusty… i to jeszcze z naszytym psem tej rasy.






Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Pią Lis 28, 2014 9:24 pm
Próby uspokojenia się zawsze były trudne. Nie dlatego, że nie panował nad emocjami (choć bywało i tak). Ale dlatego, że gdy wewnętrzne zwierzę zaczynało wydostawać się na wolność, ponownie uziemienie go wymagało większych pokładów samozaparcia. I chęci. Szczególnie tego drugiego Growlithe nie mógł się u siebie doszukać: bo niby z jakiej racji miałby zaciskać zęby, wystawiając tym samym policzek do uderzenia? Niewygoda, jaką odczuwał pozwoliła jedynie na chwilowe uśpienie bestii. Zniknęły atrybuty, ale ogień płonął. Może nawet większy, bo wilk poczuł się zagrożony, przyblokowany. Chciał wyjść. W końcu czuł tak ładny zapach...
Wstrzymał oddech, gdy poczuł palce Ourell'a zsuwające się powoli z jego gardła. W duchu przyznał, że nie tego się spodziewał.
ZJEDZ GO.
UGRYŹ.
UKĄŚ.
JACE.
JACE.
JACE!

To nie wymagało większego zaangażowania ze strony Archangela; wystarczyło, aby zacisnął dłoń. Wysuszona krtań by nie wytrzymała, płuca nagle zrobiłyby się puste i nabrzmiałe. Jeśli nie chciał go zabijać, mógł tym po prostu zamroczyć. Na tym etapie kończyła się rola sumienia Wilka. Tego wymagał od niego Grow. Jeżeli kolejne kroki, gesty czy słowa nie przypadną blondynowi do gustu, przywódca będzie mógł z czystym kontem oznajmić, że miał szansę to powstrzymać i beznadziejnie z niej zrezygnował. Wcześniej za pomocą potulności starał się zagonić całą agresję w kąt i w niewytłumaczalny sposób ujarzmić na tyle, aby nie panoszyła się po pokoju. Przynajmniej póki krew nie przestanie płynąć z ran, a w żyłach będzie tyle kwasu. Jak dzieciak, który nie rozumie, że jeśli będzie płakać matce przed nosem, to ta nadal nie pozwoli mu odebrać ulubionej zabawki siostry. Istniały pewne reguły, których przestrzeganie sprowadzało na „złą” stronę. Czasami jednak w dobrej mierze. Nie skorzystał? Jego strata.
Skąd u ciebie ta śmieszna grzeczność? ― prychnął wściekle, z drżącym kącikiem ust. Jeśli było coś, co szczególnie mu tu nie pasowało, to nietracące na sile „uprzejmość” i „ułożenie” Bernardyna, jego nagła delikatność w stosunku do pacjenta, może nawet ostrożność i zbyteczna tolerancja na to, co ten robił.  
JA-
Wziął głęboki wdech.
-CE!
Wydech.
„... a przynajmniej...”
Jeśli było coś, czego teraz chciał to były to dwie rzeczy: spokoju w głowie, bo to przez tę właśnie burzę nie mógł się skupić na niczym innym. Męczyło go to, że nie mógł posunąć się o krok dalej. Wargi zbadały szyję Wymordowanego tylko jeden, jedyny raz, pozostawiając na niej coś pomiędzy drobnym, niekształtnym wspomnieniem, a czymś dręczącym, co miało się ochotę od razu wyczyścić, choćby zdrapując paznokciami skórę. Jeżeli Ourell chciał go od siebie odepchnąć, bo był brudny ― nie powinno to nikogo dziwić. Mimo to zamiast go puścić, wzmocnił tylko uścisk, chowając nos w jego ramieniu, łaskocząc włosami w znaczoną blizną szyję. Nie miał zamiaru puszczać. To była druga rzecz.
„Chcę ci pomóc”.
Dobre sobie.
Zaufałem ci ― przyznał rozleniwionym tonem, rozluźniając uścisk. Palce znów przemknęły się na przedramiona blondyna, zamykając się na nich w niemrawym uścisku. Nie miał zamiaru go nikomu oddawać. Nawet, jeśli sam Ourell chciałby się od niego uwolnić, uciekając na bezpieczną odległość. To tylko odrobina wspólnie spędzonego czasu razem, Ourell. Nic wielkiego. Nic niepoprawnego. Nie robił mu krzywdy, więc nie rozumiał, dlatego Archangel śmierdział odrzuceniem. Growlithe powoli odsunął głowę od jego barku, nie podnosząc jednak wzroku. Błądził nim gdzieś po skrawku wystającej spod materiału pomarszczonej, ciemniejszej skóry. Najwidoczniej nie miał zamiaru dokańczać zaczętej myśli. Usta ułożyły się tylko w zbywające słowo „nieważne”, po czym ponownie zacisnęły w linie, gdy wreszcie podnosił gasnące spojrzenie. Kręciło mu się w głowie. Chyba trzymał się w pionie tylko dlatego, że wciąż trzymał Ourell'a, coraz mocniej zaciskając palce. Potrząsnął nagle głową, dusząc śmiech. JACE! Pchnął blondyna na ścianę, przyciskając go do niej jedną z rąk. Druga uderzyła w miejsce, tuż przy jego głowie. Chyba tylko cudem nie trafił mu pięścią w twarz. Zawisł nad nim, przysłaniając mu sobą cały obraz. Wiesz co, szczeniaku? Warknął pod nosem, mierząc go mętnym spojrzeniem. Gówno mnie obchodzi, że mnie opatrywałeś. Zgiął rękę w łokciu, by znaleźć się jeszcze bliżej twarzy lekarzyny. Powinieneś już zrozumieć, że...
Jesteś moim psem, moją krwią, moją rodziną ― wtrącił w końcu. ― To nie ja powinienem ci ufać. Ja mam cię chronić. Twoim obowiązkiem wcale nie jest leczenie zdychających kundli gangu, Ourell, sprzątanie w tej stęchłej klatce, ani nawet próba przetrwania. Ta chusta ― puścił jego ramię i chwycił za szmatę ― to twoja obroża. To potwierdzenie dla wszystkich wkoło, że należysz do mnie. Jeśli każę ci szczekać, ty pytasz, jak głośno. Jeśli więc każę ci wierzyć w moją wersję, nie zadajesz głupich pytań, nie wysnuwasz pieprzonych wniosków, po prostu wierzysz, choćbym właśnie oznajmił całemu chrzanionemu światu, że potajemnie należę do cholernego klubu cholernej rzeżuchy jarej. Rozumiesz? ― Puścił go wreszcie, ozdabiając usta w krzywy, ironiczny uśmiech. ― Nazywała się Liltheen, a jej ostatnie słowa to „zdychaj, psie Desperacji”. Powiem ci więcej, jeśli dasz mi szklankę wody, aspirynę i buzi w usta. Nie jesteśmy w przedszkolu, żeby się całować w policzki.
Odepchnął się od ściany, robiąc krok do tyłu. Trochę przestrzeni osobistej. Naprawdę trochę.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sob Gru 06, 2014 2:01 am

Skąd u niego ta śmieszna grzeczność?
Ojej, faktycznie zagadka. Rozwiążmy ją razem!
Ourell mógłby być dobrym wzorem do naśladowania. Niewiele osób mogłoby w satysfakcjonującej ilości opisać jego charakter, aczkolwiek większość była całkiem zadowolona z przebiegu interakcji, którymi się z nim wymieniała. Nie oszukujmy się. Jego osoba rzadko kiedy potrafiła kogoś porządnie zirytować. Praca w organizacji oraz własne cele, które kiedyś zakwitły mu w głowie i świeciły pełnią swojej siły do dnia dzisiejszego, zajmowały wszystkie jego myśli, przez co nie sposób było mu skupiać się na czymkolwiek innym, aniżeli tym, co miał w danej chwili do zrobienia. Lubił się poświęcać.. choć może inaczej; nie dumał nad tym czy to lubi, czy nie, a po prostu to robił, bo uważał taki stan rzeczy za słuszny. Sądził, że taka była jego rola na ziemi i choć momentami zdawałoby się, że boski reżyser postanowił odłożyć berecik i porzucić organizację spektaklu, on, jako wierny aktor, zawziął się, by dalej uparcie występować na scenie, zwanej życiem, nie rezygnując z tego, co zostało mu przypisane odgórnie. Niósł pomoc i chętnie darzył innych opieką, a przy tym nie uważał, by wyhodowanie sobie wroga miało w jakikolwiek sposób pozytywnie wpłynąć na realizację jego prawych postanowień. Może dlatego przez większość czasu charakteryzowała go ta „grzeczność”? Oczywiście, nie idealizujmy… świat każdego potrafił zepsuć, a Ourell mimo że kojarzony z bytem wyższym, jednak dalej posiadał cechy typowo ludzkie. Wściekał się, marudził, ba.. nawet bywał złośliwy, co momentami zdawało się wchodzić mu w nawyk przy obcowaniu z pewnymi pacjentami (tak, Grow, czuj na sobie ciężkie spojrzenie). Okrutna szczerość opuszczała jego usta, rzucał kąśliwymi uwagami bądź z góry kogoś oceniał. Droczenie się było na porządku dziennym, tak samo jak wypominalstwo, jednakże… kto normalny nie wstrzymałby koni, gdyby nie znalazł się w podobnej sytuacji, co anioł? Spójrzmy na to raz jeszcze…  ładnym ciosem w mordę przerwano mu wykonywanie zabiegu, na jego oczach niszcząc efekty, które dotychczas udało mu się w związku z nim osiągnąć. Jego pacjent zaczął być jeszcze głośniejszy, niż zazwyczaj, a na dodatek, zdaniem Ourell’a, zdenerwował się nieadekwatnie do przyczyny. Czytaj; za bardzo. Ha.. zaczął płonąć, a na dodatek upewnił Archangela, że wszystko spowodowała marna klasyfikacja jego aktualnego podopiecznego, która wrzuciła go do wora mniej stabilnych wymordowanych. Uszy, ogon… mów mi więcej. Groźby wypłynęły z ust Wilczura, a w jego stanie, brzmiały jak najbardziej realnie. Medyk wiedział, że jego oskarżenia względem Growlithe’a miały swoje uzasadnienie i w normalnych okolicznościach nawet nie trudziłby się, aby kajać się przed nim i błagać o wybaczenie w związku z pomyłką, jednakże ta sytuacja nie zalicza się to okoliczności normalnych. Priorytetem było uspokojenie go, a nie mógłby tego osiągnąć, początkowo nie mówiąc mu tego, co chciał usłyszeć. Szczere przeprosiny. Nie wyrażały skruchy, acz dawały swego rodzaju zapewnienie, że anioł zmienia zasady gry w kwestii diagnozowania. Przecież nie zacznie mu naskakiwać, że jego zachowanie zaliczało się do skutków spożycia nadmiernej ilości alkoholu, bo skończyłby z  ogniskiem na głowie. Naprawdę tak ciężko było zrozumieć, że jego grzeczność stała się warunkiem koniecznym, by jakoś powstrzymać wirujące w pomieszczeniu szaleństwo? Zresztą… obawiał się o swój stan zdrowotny. Jeśli przywódca postanowi go teraz rozetrzeć, jak ser o tarkę, to jak później udzieli mu pomocy, samemu jej potrzebując?
Brawo, Scooby! Zagadka rozwiązana! Łap scooby-chrupkę.
Prosił go i nalegał, aby się uspokoił, nie bardzo wiedząc, co zrobić ze swoim ciałem. Gdzie umieścić ręce, jak odchylić głowę, co począć z nogą? Growlithe złamał wszelkie bariery przestrzeni osobistej anioła, aczkolwiek Ourell na pewno nie zamierzał go od siebie odpychać, choć ochota na zwiększenie dystansu była duża. Nie brzydził się go, jako osoby samej w sobie. Po części bał się nieprzewidywalności pacjenta… w drugiej części po prostu nie pasował mu dyskomfort związany z zapachem alkoholu, który jednak jakoś się unosił wokół twarzy białowłosego, jak i muśnięcia po jego oszpeconej szyi, które były dla niego czymś.. po prostu nieprzyjemnym. Na ułamek sekundy zmarszczył nos, aczkolwiek szybko ponownie przybrał łagodny wyraz twarzy, który nie był w żadnym razie udawany. Przełknął ślinę, rozluźnił wcześniej zaciśnięte zęby.
- Skoro mi wcześniej zaufałeś, chciałbym, abyś zaufał mi też ter-… - pchnięcie. Nim zdążył ogarnąć co się stało, jego plecy spotkały się ze ścianą, a ów kontakt sprawił, że z ust anioła mimowolnie wyrwało się ciche stęknięcie. Czy on wyglądał na szmacianą lalkę?
Wbił spojrzenie mlecznobiałego, jak i błękitnego ślepia wprost w różnobarwne tęczówki Growlithe’a. Narzekał na brak przestrzeni, a Wilk postanowił zmniejszyć ją jeszcze bardziej, tym razem zmuszając anioła do wysłuchania tego, co pacjent miał mu do powiedzenia. Tym razem jednak nie były to słowa poszkodowanego, który przyszedł po plasterek i naklejkę „dzielny pacjent”. Słuchał przywódcy, który właśnie udowadniał mu, że stoi nad nim, nie pod nim. Ourell nie sprawiał problemów jako jeden z kundli organizacji. Był pokorny gdy trzeba, a rozkazy wykonywał.
Ale teraz jego pokojowa mina nieco stężała, choć sam anioł nie mówił absolutnie nic.
Nie. Zgadzał. Się.
Chusta była jego obrożą. Nosił ją dumnie, wiedząc, że jest częścią czegoś więcej, niż dzikich wariatów porywających się z motyką na słońce. Jednakże ślepa wiara w słowa Wilczura opierała się tylko w kwestiach czysto organizacyjnych. Zdrowotnych.. absolutnie nie. Musiał wysnuwać te „pieprzone wnioski”, bo doskonale wiedział, że to, co docierało do jego uszu, mogło być nieprawdą lub niecałkowitą prawdą. Ile razy spotkał się z tak wielką dumą, która swoim ogromem i pozycją w wartościach, nie pozwalała na podzielenie się z nim, jako medykiem, ważnymi informacjami? Wszystko w porządku… urwana ręka? Draśnięcie! Siny brzuch? Oj tam.. taka moda. Brak oka? Co mi tam.. na służbie zostało jeszcze jedno… na coś takiego Ourell miał się godzić? Prosił Growlithe’a o zaufanie, samemu też go nim darząc, ale były kwestie, w których wolał wierzyć tylko sobie.
Po prostu zbyt często byłeś kłamcą.
- Dobrze. Musisz iść na prycz. – mruknął nareszcie wyraźnie zmęczonym tonem głosu. Przełknął swoje gorzkie zdanie, uznając kłótnię za najmniej potrzebą rzecz w owej sytuacji. Przecież on mu tu zaraz wykituje, choćby przez sam brzuch, który zdawał się płakać czerwonymi łzami, czując rozpacz przy każdym kolejnym kroku Wilka. Odbił się od ściany i ostrożnie podszedł do Growlithe’a, oferując mu własne ciało, jako swego rodzaju podporę. W pewnym sensie czuł się trochę nieswojo, mając na uwadze fakt, że w każdej chwili może zostać zaatakowany. – Ledwie stoisz. Oprzyj się o mnie. - polecił, chcąc przenieść go jak najszybciej na prycz. – Dostaniesz wodę i aspirynę, jednak i tak chciałbym skończyć zaszywanie Ci rany, nim nabawisz się zakażenia. – dodał, tym razem uzasadniając konieczność wykonania zabiegu. Wbił zniecierpliwione spojrzenie w Wilczura, naprawdę nie mając ochoty czekać, aż łaskawie da sobie pomóc. Niech już się o niego oprze.. Ourell czuł, że w chwili obecnej był tak zdesperowany, że byłby w stanie zanieść go na te przeklęte łóżko, choćby jak księżniczkę. – Przed „buzi” musisz mi powiedzieć, co jadłeś. Wymioty nie wzięły się znikąd, a mnie niepokoją. Możliwe, że się zatrułeś.
Znowu to robi.. wyciąga diagnozy, ale hej.. czego innego Grow oczekiwał, przychodząc tu? Nie jego wina, że Ourell zajmował stanowisko, które tego wymagało.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Nie Gru 07, 2014 9:08 pm
„Dobrze, musisz iść na prycz”.
Przewrócił oczami. Tak jakby nie zorientował się, że brzmiało to dokładnie jak: „tak, jasne, jak sobie chcesz, przyjmijmy twoją wersję, żebyś mnie wreszcie posłuchał i ulokował swoje dupsko na czymś stabilniejszym niż powietrze. Teraz.”  Aluzja równie delikatna, co piła mechaniczna w rękach psychopaty. Oboje doskonale wiedzieli, że Growlithe prędzej by się wyrżnął na glebę w pozycji rozgwiazdy, niż posłuchał czyjegoś rozkazu. A za to właśnie wziął słowa Ourell'a ― za rozkaz, którego i tak nie miał zamiaru wykonać. Jak rozkapryszony dzieciak, zbuntowany nastolatek, który znów opiera się nonszalancko o ścianę, nawet nie patrząc w oczy rozczarowanego rodzica. Prędzej to wyśmieje, zignoruje, wykpi, układając rymowanki, niż potulnie pokiwa głową i spełni żądanie. Nie dlatego, że szczególnie uwłaczałoby to jego czci; a dlatego, że miał coraz większe wrażenie bycia zależnym od medyka. Nie mógł pozwolić sobie na odsłanianie brzucha, merdając przy tym radośnie ogonem. Po prostu nie. Jeśli zaś wiedział, że Ourell chce go wyleczyć to była to wiedza bardzo... podświadoma. Gdzieś na wierzch wyłaziły ewentualności, że Arachangel robi wszystko, aby mieć już spokój. Spokój, który był akurat tą rzeczą, o którą Growlithe'a się nie prosi.
Skrzywił się nagle, gdy dotarły do niego słowa, wypowiedziane w zasadzie już chwilę temu. Wpierw nie chciał go słuchać, zapierając się rękoma i nogami, byle tylko dowieść swoich teorii, a teraz liczy na to, że mu ponownie ― phh, śmieszne ― „zaufa”? Nie było opcji. Święta zasada mówi, że nie wchodzi się trzeci raz do tego samego bagna, bo jakichkolwiek butów by się nie ubrało: to nadal będzie bagno, które wciąga jak odkurzacz.
Ourell ― zaczął powolnym, niskim tonem, lustrując medyka nieprzeciętnie wyzywającym spojrzeniem. Wiedział, że jakkolwiek prowokujący by nie był: Ourell i tak nie podejmie się gry. Pod tym względem był dla Growlithe'a całkowicie niezrozumiały. Często przecież korzystał z ironii czy sarkazmu, beształ i uderzał z otwartej dłoni w głowy nieposłusznych pacjentów... a gdy przychodziło co do czego robiła się z niego miękka klucha, na którą przywódcy momentami nie chciało się patrzeć. Tak jak teraz, gdy blondyn zaczął się do niego zbliżać. A gdy podszedł wystarczająco blisko...
Chwycił go od dołu za szczękę.
„Możliwe, że się zatrułeś” ― przedrzeźniał Ourell'a nieco piskliwym głosem na przemian ściskając i rozluźniając palce, tak, by robić z jego ust dzióbek. Dodatkowa zmiana tonacji, by naśladować głos blondyna i ironia malowana. ― Czy ty mnie w ogóle słu ― przerwał nagle, podnosząc wierzch dłoni do ust. Kwaśny, szczypiący posmak wymiotów znów podrażnił jego gardło i podniebienie, ale w ostatnim momencie przełknął tę niewielką porcję, na koniec krzywiąc się z niesmaku. Jasne. Musiał mu przytaknąć. Pod tym (niewielkim) względem Ourell miał rację. Ledwie stał. Już naprawdę nie wspominając o tym, że nogi miał jak z waty. Wrażenie, że za moment się pod nim ugną nie odchodziło na moment, a przez wybuch gniewu i użycie mocy, ciało jeszcze bardziej sobie z niego kpiło. Wszystkie komórki postanowiły się zgrać i wyłączyć w tej samej sekundzie, przez co Growlithe czuł się dosłownie tak, jakby połknął cement. Nagle.
Mimo to nie skorzystał z jego pomocy. Jeśli Ourell w jakikolwiek sposób spróbuje go dotknąć, najprawdopodobniej raz jeszcze spotka się z przyjemnością obcowania z pięścią Wilczura, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jakiej dzisiaj dokona. Zszycie rany? Rana jak każda inna. Nie będzie biegał z każdym kuku do Ourell'a, żeby ten podmuchał przecięty kartką palec. Miał mu dać coś na ból głowy. Growlithe zmierzył go wzrokiem. Nic więcej, głupi psie.
To może od początku, bo widzę, że nie zrozumiałeś przekazu.  Nie zrobisz nic, póki ci nie pozwolę. Chyba, że czujesz się na siłach, aby zebrać całą rzeszę pieprzonych sprzymierzeńców, gotowych rzucić się na mnie za twoim rozkazem. Czujesz? W końcu nikt cię tu siłą nie trzyma. Masz wybór. Miałeś go, gdy dołączałeś do DOGS. Nie kryłem się z warunkami i nie muszę się kryć z nimi teraz. Jesteś żołnierzem. Moim żołnierzem, który stawił się na baczność z własnej woli i z własnej może odejść. Nie bez konsekwencji, ale to nadal są opcje. Nie obchodzi mnie to, co robisz. Póki wykonujesz swoją robotę jak należy, nie będę ci się wcinał. Ale nie zapominaj, że teraz pracujesz dla mnie, pod moim nadzorem. A ja wymagam lojalności, Ourell. Bezwzględnej. Możesz się czuć jak Mesjasz, któremu powierzono ważną misję, ale to nie ty piszesz zakończenie tej historii. ― Choć jego widok każdego lekarza przyprawiłby o zawał, głos zachrypł odpowiednią nutą, dzięki czemu słowa brzmiały wyraźnie i donośnie, choć przypominały powarkiwania. Pewny siebie ton nie pozwolił, aby Growlithe podupadł w chwili swojego przekazu. Wbił świdrujące spojrzenie prosto w oczy Ourell'a, przewiercając go na wylot, zaglądając dalej. Gdzieś głęboko pod cielesną powłokę, jakby za wszelką cenę chciał zedrzeć tę cholerną skórę, by obnażyć go jeszcze bardziej. Nagle podniósł wyżej głowę, unosząc nonszalancko brew. ― Pojmujesz? Nie ma żadnego „musisz”, nie ma żadnego „Grow”. Na tych ziemiach, w tym pokoju, wokół tych przedmiotów i tych ludzi jestem twoim panem. Nie kolegą, nie wrogiem, nawet nie pacjentem. Nie możesz traktować mnie jak równego z równym, bo nie jesteśmy na równi. Posłuchaj... ― Ourell mógł poczuć na oszpeconym policzku opuszki palców Wymordowanego, gdy ten uniósł dłoń i zbliżył ją do jego twarzy, szczególnie interesując się okropną blizną po ogniu. ― Lubię cię. Jesteś uroczy. Widać, że ci zależy. Ale znaj swoje cholerne miejsce, bo zaczynam tracić cierpliwość, gdy setny raz słyszę, jak mam ugiąć kark i paść kolanami w błoto, bo ty się bawisz w marnego lekarzynę. Jeśli podoba ci się zabawa w przedszkole, to baw się w nią w obecności innych. Nie mnie.
Powieki opadły do połowy, a on wreszcie oderwał wzrok od medyka. Przebiegł nim sprawnie po otoczeniu, jakby usilnie czegoś szukał. Cholera. Wszystko osuwało mu się sprzed oczu. Plener przekręcał się na boki, przechylał, obracał. Nawet gdy Growlithe zamknął ślepia i otworzył je na nowo, wzrok wciąż płatał mu figle.
Jeśli chcesz mi pomóc, musisz mi zaufać. ―  Powrócił do Ourell'a, jakby nie znalazł nic ciekawszego i koniec końców musiał zadowolić się nim. ― Jeśli mi zaufasz, pozwolę się zbadać, ale muszę też z tobą pogadać. Robisz się rozwydrzony. A to mi nie na rękę.
Jak na zawołanie dłoń Growlithe'a odsunęła się od twarzy Ourell'a pozostawiając na skórze poważnie ciepłe wspomnienie dotyku. Tak. Do ostatniej chwili planował go spalić.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sob Gru 13, 2014 4:12 am
Jesteś jak rozwydrzony bachor.
Myśl przestrzeliła mu przez głowę, kiedy po raz kolejny wychwycił wzrokiem następny z lekceważących gestów od strony Wilka. Nie jego wina, że tak bardzo lubił pakować się choćby i z szesnastą parą butów w bagno. Kiedy uważał coś za słuszne, dążył do tego za wszelką cenę. Białowłosy powinien wiedzieć o czym mowa, a mimo to świecił kompletnym niezrozumieniem. Chociaż, może to Ourell niczego nie potrafił pojąć? Dla niego potrzeba pomocy nie była w żaden sposób uwłaczająca. Bycie zależnym od kogoś, kto ma za zadanie ściągnięcie z pleców kolejnego, diabelnie ciężkiego balastu, nie oznaczało skreślenia z listy samodzielnych, silnych gnojków, którzy trzymają za pysk każdego, komu tylko przyjdzie do łba choć raz schylić przed nimi głowę.
Anioł był równie mocno uparty, co jego pacjent? Błąd. Nie miał przed sobą pacjenta. Przed jego obliczem stał przywódca.
Mimowolnie przechylił ciało do przodu, chcąc zawędrować za złapaną szczęką, która lada chwila stała się marnym odzwierciedleniem marionetki, wprawianą w ruch za pomocą sprawnych palców Wilczura. Skierował różnobarwne ślepia wprost w kolorowe tęczówki rozmówcy, na ten krótki moment, stając z nim do walki bez ciosów. Choć pozycję miał niefortunną, z jego spojrzenia dało się wyczytać, że Ourell zaczął gotować się od środka. Ogarnęła go najczystsza w świecie irytacja, jednakże brakowało jej wyzywającej nuty, której z kolei nie szczędził sobie białowłosy. Blondyn był po prostu zły, że został zmuszony do wzięcia udziału w jakiejś przeklętej grze wstępnej, która odwlekała w czasie moment udzielenia przez niego pomocy. Gadanina Growlithe’a była dla niego samego aż taka ważna?
Jednakże, to nie tak, że lekceważył jego autorytet. Szanował go, jak każdego innego człowieka, z tą różnicą, że Wilczur miał jako jedyny pełne prawo wydawać mu polecenia związane z misjami, bądź pomniejszymi zadaniami organizacyjnymi, stąd też respekt automatem był większy, niż w przypadku zwykłego Kowalskiego. Anioł nigdy nie ociągał się z wykonywaniem poleceń. Leciał z uśmiechem za hordą wygłodniałych Psów, idących na żer, byleby tylko robić za pielęgniarkę terenową, w razie jakichkolwiek komplikacji w czasie polowania. Nie robił problemu z posprzątaniem całego salonu lub też zaszyciem siódmy raz tej samej dziury. Chował zmarłych członków, czasami mając wrażenie, że jest jedynym, który uważał, że odpowiedni pochówek należy się nawet największemu łajdakowi. Ba, byłby w stanie zrobić mu nawet masaż, gdyby Wilk pewnego pięknego dnia przyszedł i ni stąd ni zowąd rzucił, że ostatnio bolą go plecy. Przyniósłby mu tą głupią szklankę wody i zatkał usta z rozkoszą, gdyby nie przemawiało przez niego przyzwyczajenie diagnozowania i wyciągania jak najlepszych wniosków. Chęć leczenia, którego bieg wydarzeń zdążył już ustalić, a który bynajmniej nie zawierał w sobie pakowania w Wilka litra wody i tabletki przeciwbólowej - nie w tej kolejności, jaką piegowata twarz mu nakazuje. Fakt, źle mu szło, a przynajmniej tak można przypuszczać po wyraźnym czerwonym zabarwieniu jednego z policzków, który doznał zaszczytu bliższego spotkania z pięścią białowłosego. Jednak objawy mówiły same za siebie. Nawet teraz.
Spojrzenie zgubiło na sile, obserwując, jak Wilczur przykłada sobie do ust wierzch dłoni. Na krótką chwilę ukazał szczere zmartwienie, które już po sekundzie zastąpił falą frustracji. Przesadzał? Możliwe. Ourell miał tendencję do przesadzania, choć na ogół starał się tego nie pokazywać. Nawet teraz Growlithe odbierał jego specyficzne przejęcie, jako brak szacunku czy chęć świętego spokoju. Zuchwale kazał mu siadać? Bo się do jasnej anielki boi, że Wilk faktycznie za chwilę padnie przed nim na kolana, w następnej kolejności ryjąc pyskiem o parkiet. Naprawdę tak trudno było uwierzyć, że chciał po prostu ulżyć mu w cierpieniu? Nie czerpał absolutnie żadnej perwersyjnej przyjemności z upartego pokazywania mu palcem, gdzie była ta walona prycz, która namiętnie pragnęła kontaktu z rozgrzanym ciałem wymordowanego.
Niechętnie cofnął się o krok.
Przez krótką chwilę prowadził burzliwy dialog sam ze sobą, czując, że jego decyzja może okazać się tą nieprawidłową.
- Dałbyś sobie pomóc. – burknął ze zrezygnowaniem, głosem przegrańca. Z niewyobrażalnym żalem wsunął palce pomiędzy kosmyki blond włosów i szybko je zmierzwił, dalej uczestnicząc w walce Ourell vs. Ourell. Czuł się jak pies ciągnięty na smyczy w stronę kliniki weterynaryjnej, gdzie umówiono go na zabieg kastracji.
Mimo to zdecydował się pokazać, że jest lojalny, choć cały jego umysł krzyczał głośne „nie!”.
Odchylił głowę do tyłu, a zaraz za nią pobiegło całe ciało, odsuwając się od Growlithe’a jeszcze o kilkanaście cennych centymetrów. Mimowolnie przebiegł ręką po skórze, która nagrzała się pod wpływem palców wymordowanego. Nie przepadał za dotykiem… szczególnie takim, który jedną nieplanowaną myślą może go ukatrupić. Upewniwszy się, że Wilk da radę utrzymać się w pionie przez niecałą minutę zawędrował szybko w stronę zdewastowanych wcześniej ziółek. Obszerna wiedza, którą nabył jeszcze zanim świat stanął na głowie, rzadko kiedy opierała się na zasadzie wybierania odpowiedniego zielska z tutejszego „ogródka”, jednakże jakie warunki, takie medykamenty. Sprawnym okiem przebiegł wzrokiem po szmatce, zaraz sięgając ręką po odpowiedni specyfik. Później wrócił do stołu po przygotowaną wcześniej kwartę z wodą. Grzecznie wrócił do Growlithe’a, memłając w ustach przekleństwa godne samego siebie.
- Ty nakręcasz tę zabawę, ale masz rację. Nie jesteśmy na równi. Z tego względu… - podał mu wcześniej zgarnięte rzeczy, uważając, by nic nie poleciało na ziemię. - … żuj przez chwilę, a następnie popij wodą.chyba, że to też chcesz zrobić po swojemu. Wtedy wsadź to sobie w tyłek i czekaj, aż stracisz przytomność z powodu osłabienia.Powinno pomóc na ból głowy.
Cały czas wyglądał tak, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Słowa dusiły go od środka, ponieważ nie mógł zdzierżyć tak powolnych etapów leczenia. Potrafił ustąpić, co zresztą widać, ale cierpiał przy tym okrutnie. Nie z powodu niechęci do podporządkowania się Growlithe’owi.. on po prostu wiedział więcej i był tego świadomy, dlatego ciężko było mu patrzeć, jak jeden z jego podopiecznych robi ze sobą takie rzeczy. Ourell nie potrafił siedzieć bezczynnie. To jak zabronić psu węszyć albo kotu mruczeć.
Zakładał, że przez częstotliwość wymiotów Wilka, medykamenty wylecą z niego równie szybko, jak szybko białowłosy zaczął tracić swoją cierpliwość.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Nie Gru 14, 2014 10:06 pm
Spoiler:

Ma czego chciał.
Spojrzał na zioła, lekko marszcząc brwi. Nigdy nie był zwolennikiem „wspomagaczy” przy leczeniu. Wychodził z założenia, że jeśli organizm był wystarczająco wyhartowany to nie potrzebuje żadnych dodatków z zewnątrz. Nic dziwnego, że Growlithe tak często kręcił nosem, gdy podawano mu lekarstwa albo za wszelką cenę próbowano opatrzyć półkilometrową ranę. Ourell pochodził z zupełnie innego świata, gdzie podobna pomoc, oznaczała szybsze dojście do siebie. Wszystkie szmaty, rośliny, pigułki i nici były tylko po to, aby cudzy organizm nie musiał się tak trudzić, by dojść do siebie. Górna warga Wilczura drgnęła. Widoczne obrzydzenie falą spłynęło z czubka jego głowy po sam dół, ciągnąc za sobą zielonkawą barwę. Chyba tylko Ourell mógł dostrzec, jak musiał się natrudzić, żeby sięgnąć po to świństwo. Ręka lekko mu drżała, brwi co rusz marszczyły się bardziej, jakby do ostatniej chwili wykłócał się z drugim „ja”, czy powinien zażyć lekarstwo, czy uderzeniem wytrącić je medykowi z ręki. Korciła go druga opcja. Była bardziej... taka, jaka jego zdaniem powinna być. Był rozwydrzonym bachorem? Owszem. Ale wielu przez tego rozwydrzonego bachora straciło śliczne ząbki.
Nakręcam – przyznał, gdy chwycił w palce zielone cholerstwo. ― Ale to ty ją zaczynasz. - Wsunął liście (?) między wargi, zaczynając powolny (poooo-woooool-nyyyyyy) proces żucia. W tej kwestii nie musiał nic komentować - mina mówiła sama przez się. Wyglądał zresztą jak osoba, która lada moment ma wszystko zwrócić Ourell'owi pod nogi. Nie był ani krową, ani jeleniem, żeby delektować się trawiastą zielenią tego oto zioła klasy C+. Przełknął z niesmakiem, od razu wyrywając pojemnik z wodą. Ruch, jaki wykonał był zbyt gwałtowny, ale utrzymał się w pionie, choć koniecznie musiał przesunąć stopę do tyłu, by zachować równowagę. Szarpnął ramieniem, przechylając drastycznie kubek i pochłaniając jego zawartość wielkimi haustami.
[TUTAJ JEST NIEISTOTNA CZĘŚĆ POSTU, W KTÓREJ GROW SERIO NIC NIE ROBI, ale nie mam weny, by to opisać]
W końcu bardziej z poczucie musu, niż chęci przebył na miękkich nogach odległość dzielącą go od pryczy, odwrócił się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i po prostu runął na łóżko polowe. Dosłownie. Jakby nogi wreszcie nie wytrzymały i ugięły się pod jego ciężarem, posyłając go wyznaczone miejsce. Przed położeniem się obroniły go tylko ręce, które natychmiast wsparły się z tyłu, podtrzymując go we względnym pionie.
Więc? – zapytał, prostując nogi w kolanach. Przez chwilę przyglądał się ubrudzonym spodniom, po czym skrzyżował nogi w kostkach, wznosząc dwukolorowe spojrzenie prosto w oczy Ourell'a. Bywały momenty, kiedy nie dało się go znieść. Bez wątpienia to jeden z nich. ― Chcesz posłuchać, co mam ci do powiedzenia, czy nadal będziesz zakładał, że jestem walonym pijakiem?
Problemem ludzi niemyślących nie jest to, że nie myślą, tylko to, że myślą, że myślą. Przy takim stanowisku pozostał Growlithe, który do końca nie spuszczał wzroku z twarzy rozmówcy, jakby za wszelką cenę chciał pozbyć się jego cielesnej powłoki, by zrozumieć, co kryje się wewnątrz jego umysłu. W pewnym momencie przechylił nawet głowę na bok, pozwalając, by parę białych kosmyków z grzywki osunęło się, przysłaniając doszczętnie złote oko. Pierwszy raz od dłuższego czasu wargi przybrały formę uśmiechu. Kącik ust drgnął ku górze, gdy przyglądał się Ourell'owi. Bardziej natarczywi są tylko Arabowie na pustyni sprzedający wodę w proszku i mohery.
Domyślam się, że przed historyjką na dobranoc, wolałbyś wpierw zająć się raną? – To nie tak, że Ourell był przewidywalny, ale ciągłe powtarzanie tego samego zdania sprawiało, że nawet Growlithe nie potrafił tego zbyć machnięciem ręki. Głównie dlatego, że miał zwichnięty nadgarstek. ― Czy jeśli się nie zgodzę, sam zdejmiesz ze mnie ubranie? – Jak na zawołanie wsparty z tyłu rękoma, lekko wypiął pierś do przodu, prezentując niezbyt okazały tors. Zaraz rozejrzał się ukradkiem po ścianie, w której tkwiły drzwi, jakby nagle sobie przypomniał, że ktoś może za nimi stać, próbując podsłuchać ich tajne rozmowy. ― Ta twoja dziewczyna tu jeszcze wróci? Mogłaby się wystraszyć, że jej boy traci dziewictwo z jakimś gruboskórnym, połamanym facetem, zamiast zabrać się za nią. Nie jest zazdrosna, że codziennie obmacujesz chmarę pacjentów, a jej nie ruszyłeś choćby w myślach? - Parsknął głośno. ― Jeśli zapytasz, skąd wiem, odbiję piłeczkę i odpowiem, że mam oczy, Ourell. Kaja się przy tobie jak głupi szczeniak. Nie jest może najwyższych lotów, ale... - Koniuszek języka przebiegł po górnych zębach Wymordowanego, gdy przybiegał wzrokiem do medyka. Najwidoczniej wrócił mu dobry humor. Kolejne wahania. ― Ale to nadal zauroczenie, moja anielska cnotko. Ale z drugiej strony nie wpadniesz, tak jak ja. To jej „zdychaj” brzmiało nienawistnie. Myślisz, że rzuciła na mnie jakiś czar? Przeleciałem kolejną orleańską skrzydlatą?
Wypuścił głośno powietrze, zmieniając pozycję na nieco przygarbioną. Do stu schabowych, naprawdę wyglądał, jakby się nad tym zaczął zastanawiać.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Wto Gru 16, 2014 4:23 pm
Buffy Collins była dzisiaj wyjątkowo znudzonym dziewczęciem. Na dworze zimno i wieje, więc kompletnie nie ma nic do roboty. Przeturlała się kilka razy po swoim łóżku, by po chwili zajrzeć pod nie i wyciągnąć jakieś kolorowe pisemko. "Świat Kobiety". Uuu. No nieźle. Giggle pokazała język blondwłosej, uśmiechniętej pani na okładce. Co jak co, ale Buffy potrafiła czytać. Trochę jej zajęła ponowna nauka, ale hej, mamy przecież wieczność przed sobą. Można poświęcić czas na zgłębienie tajemniczych sekretów liter czy na randkę z książką. Giggie otworzyła na losowej stronie i jej oczom pojawił  się napisany dużymi literami tytuł. "JAK UWIEŚĆ SWOJEGO SZEFA?" Wczytała się w tekst, ale nic ciekawego tam nie było. Jakieś krótkie spódniczki i duże dekolty.
... o dekoltach tu nie mówmy.
Kilka kartek dalej zobaczyła ładny obrazek, który przedstawiał choinkę i prezenty pod nią. Spodobał jej się, więc czytała dalej. Po piętnastu minutach wiedziała już wszystko. To się nazywa święta i obchodzi się to-to w zimie, za kilka dni. Collins poderwała się z łóżka i wybiegła na zewnątrz pod postacią pantery, by po jakimś tam czasie i wielu przygodach, których tu nie będę opowiadać, znaleźć się tym razem w salonie psów. Ustawiła małą jodełkę w kącie i usiadła na dupie przed choineczką. Zagapiła się na drzewko, któremu zdecydowanie czegoś brakowało. A, właśnie; ozdoby. Nie chciało jej się iść po bombki, to poszła do swojego kochanego kolegi Ourella.
- SIEMASZ, OU~! - wykrzyknęła, otwierając drzwi do pokoju medycznego. - Jak tam życie? O-ooo... Wilczur!
Jak to było? Krótkie spódniczki i duże dekolty, krótkie spódniczki i duże dekolty.
Giggie spojrzała na swoje spodnie, spojrzała na Growa, spojrzała na spodnie...
... i podwinęła nogawki.
- No! Bo wiecie, ja to tylko na chwilę, nie przeszkadzajcie sobie. - podeszła do półki i zaczęła ją przeszukiwać. O, ta buteleczka z czymś w środku nada się na czubek. - Bo wiecie, robimy święta! Choinka, pierwiki czy jak im tam i rodzina. Okej? - jakaś igiełka jej spadła na ziemię, ale Dobermanka szybko ją podniosła i odłożyła na miejsce. - Ou, Ty pomożesz mi potem zrobić łańcuchy z czegoś. Nie wiem, masz może jakieś flaki? Grow, Ty... - szybki zerk na Wilczura. - Ty leż. Potem zrobisz coś do jedzenia! I stół, tak. Jakieś ozdoby jeszcze. Oulie, masz tu jeszcze coś? - wyciągnęła opakowanie waty. O, idealne na choinkę. - Jak skończysz naprawiać Growa, to przyjdź do salonu. Grow, Ty też. Zrobimy prawdziwe święta! - wyszczerzyła zęby w uśmiechu, przytuliła medyka, pomachała łapką Wilczurowi, zahaczając wzrokiem o jego tors i tyle jej było. Nabałaganiła i sobie poszła. Cała Buffy~
Tylko ciekawe, czy te podwinięte nogawki coś dały.
No nic. W każdym razie teraz Giggle poleciała do salonu, by zając się arcytrudnym zdobieniem drzewka.
[z.t]





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sob Gru 20, 2014 6:51 am

Zwycięstwo.
Z idealnie ukrytym zadowoleniem przypatrywał się, jak Wilczur – choć z wyraźnymi oporami, to jednak! – przeżuwa podane przez niego lekarstwo. Woah.. postąpili mały kroczek do przodu w drodze do faktycznego poprawienia stanu poobijanego przywódcy. Choć w umyśle Ourell’a ktoś zaczął rozrzucać naokoło konfetti, anioł dobrze wiedział, że w tym przypadku następny ruch może okazać się mniej pozytywny. Z tym typem nigdy nic nie wiadomo i choć blondyn szczerze ucieszył się, że chociaż tyle udało mu się na chwilę obecną osiągnąć, doskonale zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek całej ich przygody. Magicznej wędrówki, która swój finisz będzie mieć albo na nagrobku niesfornego pacjenta, albo na zewnątrz budynku, kiedy to okaże się, że pełen sił Growlithe, zostanie wypuszczony wolno z sali tortur medycznej, spod czujnego oka kata medyka, zostawiając za sobą wszystkie dolegliwości, które mu dokuczały.
Zwycięstwo numer 2.
Z pokerową miną obserwował starania Wilczura w dojściu do łóżka polowego, choć nie śmiał nawet słownie proponować mu swojej pomocy, bojąc się, że tym razem znowu dostanie po gębie. Rozpaczliwe skrzypnięcie starej jak świat pryczy, zdało się być potwierdzeniem rozkazu podtrzymywania osłabionego cielska białowłosego, aż do odwołania. Ourell postąpił kilka kroków na przód, zatrzymując się dopiero przy biurku, o które to oparł się tyłkiem, kierując głowę w stronę Wilczura. Zwrócił łeb ku białowłosemu, co mogło wydawać się nieco nienaturalne, acz była to konieczność, by choć trochę wyłapać jego mizerną sylwetkę jedynym funkcjonalnym okiem. Projektant wnętrz niestety nie wziął pod uwagę faktu, że prawa strona medyka – czyli de facto ta, po której znajdują się w obecnej chwili łóżka polowe – jest dla niego absolutnie niewidoczna, gdy stoi frontem do drzwi. Pech.
- Mikrofon jest Twój. Po prostu mów. – odparł spokojnie, dając Wilczurowi pełne prawo do głosu, choć mina anioła nie malowała w barwach szczególnie promiennych. Dalej był zły o niepotrzebne zamieszanie, które miało miejsce przed kilkoma chwilami, acz usilnie starał się tego nie manifestować ze skutkiem bliżej dobrym, niż średnim.
Niestety nie mógł się powstrzymać od uniesienia brwi, słysząc kolejne słowa swojego rozmówcy, który najwyraźniej zmieniał swoje nastawienie częściej niż ciężarna kobieta zdanie. „Ogórki? Jakie ogórki... chcę dwie tabliczki czekolady z sosem majonezowym. Tylko kiszone!” Skrzyżował ręce na piersi.
- Jasne. Rozbiorę Cię z miłą chęcią nawet zębami, bylebyś skończył gadać o pierdołach. – skomentował krótko, ponosząc się stanowi bliskiemu dobrze znanej irytacji. Dlaczego rozmowy z nim zawsze były takie trudne? Definicja pecha; całe życie pod wiatr, całe życie pod słońce i całe życie prowadząc dialog z Growlithem. Naprawdę nie miał ochoty bawić się w kolejne gierki. Na dobrą sprawę nigdy nie czuł potrzeby, aby marnować w tej sposób swój czas, jednak Wilk jak na złość wplatał złośliwości i zaczepki w co drugie zdanie. Męczące.
- Może wróci, może nie.. jest mi winna miskę. – westchnął, przeczesując ze zrezygnowaniem włosy. – Poza tym to nie jes-..
„SIEMASZ, OU~!”
Aż się wzdrygnął, automatycznie przenosząc zdziwione spojrzenie w stronę nader głośnego gościa, mimowolnie zapierając się rękoma o blat stołu, niby to w gotowości do odbicia się i ewentualnej ucieczki bądź uniku. Gdy tylko błękitnej oko ogarnęło sylwetkę Dobermanki, zaskoczenie ani na chwilę go nie opuszczało, a ogólne spięcie wymalowało się na jego twarzy.
Zbaraniał.
- Co..-.. co ty tutaj rob-…? – i znowu mu przerwano. Ku chwale, że tym razem nie pięścią w pysk, a następną paplaniną dziewczyny. – Jakie znowu święt… Zostaw tę wodę utlenioną! – rzucił niemal, delikatnie odbijając się od biurka, by nareszcie stanąć w pionie. Oczywiście Giggle uznała, że lepiej będzie go zignorować. – Kiedy ja... wata jest do zwrotu! … jestem zajęty i nie mam czasu, żeby robić jedz.. – nie odwzajemnił przytulenie, zdając się być zbyt pochłonięty ogarnianiem o ile rzeczy będzie się musiał później dopraszać. - …enie. – I tyle po Buffy. Zdążył tylko rozchylić nieznacznie usta, obserwując z wolna zamykające się drzwi. Na ułamek sekundy zerknął w stronę Growlithe’a niby to doszukując się w nim jakiegoś wyjaśnienia, acz szybko jego tragiczny widok sprowadził Ourella na ziemię. Natychmiast sięgnął po notatnik i stanął metr przed Wilczurem.
Skrobnięcie długopisu o pożółkłą kartkę.
Odzyskać ukradzioną wodę utlenioną i watę.
- Tak. Z pewnością była czarownicą i rzuciła na Ciebie klątwę. Zresztą.. znowu uprawiałeś seks z pierwszą lepszą? – podniósł karcące spojrzenie znad zeszytu, w którym łaskawie przestał bazgrolić. Nigdy nie podobał mu się styl życia Growlithe’a. O ile nigdy nie próbował go jakoś czynnie zmieniać, za pomocą stanowczych kroków, to Ou miał w zwyczaju prawić wiele moralizatorskich gadek. Cud, że w tym wypadku postanowił powstrzymać się od jakichkolwiek innych komentarzy… przynajmniej na ten temat.
Nareszcie zauważył.
Sina bransoleta naokoło nadgarstka wymordowanego.
- Boli Cię ręka? – zapytał po raz kolejny absolutnie nie nachalnym tonem, wyzbywając się wszelkich pozostałości po pretensjonalności z poprzedniej wypowiedzi. Wbił wyczekujące spojrzenie w białowłosego, wyraźnie zachęcając go spojrzeniem do wygadania się nie tylko na temat ostatnio zadanego pytania.
Twoja chwila, Grow.
Start!





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Sob Gru 20, 2014 11:55 am
Był praktycznie normalnym mężczyzną, z normalnymi dolegliwościami, charakterem, problemami i relacjami międzyludzkimi. Codziennie rano nie chciało mu się wstać, ale zbierał się z łóżka z cierpiętniczą miną – czyli jak każdy facet – później próbował zjeść coś na śniadanie, o ile miał na  to czas. To też każdy facet robi. Dalej wybywał do pracy, czasami zostawiał w niej dłużej. Punkt, który również odhaczyłby każdy przeciętniak. Kiedy łaskawie wracał do domu, pierwsze co, to lądował w łóżku. Zwykle nie sam, ale to również była domeną każdego mężczyzny. Szczególnie, jeśli chodzi o Desperację.
Dlatego tak ciężko było mu zrozumieć styl życia Ourell'a. Jego wiecznie milutki ton głosu, jego wieczny brak zainteresowania na wszystko, co prywatne. Czasami Growlithe'owi zdawało się, że życie Bernardyna ograniczało się tylko do pracy. On nie wstawał – on wyskakiwał z łóżka. On nie jadł śniadania – karmił wpierw pacjentów. Zamiast iść do pracy, on cały czas w niej trwał. Przecież nieistotnym było, o której godzinie wleciało się do pokoju medycznego, prawdopodobieństwo, że Ourell tu będzie, było stuprocentowe. Nigdy nie widział też go z butelką piwa albo w nieogarnięciu. Owszem, zwykle prezentował się, jakby jakiś parokilogramowy dinozaur przemielił go lewą częścią szczęki, potem obślinił i wypluł, ale wygląd nijak miał się do jego rozeznania. Pstryknięcie palcami, a Ourell już jest w gotowości podać kolejny zastrzyk w...
Jak na zawołanie wszystkie mięśnie się napięły, a oczy przymrużyły, próbując wyostrzyć rozmywający się obraz. Gdyby tylko mógł, już z miejsca chwyciłby za coś ciężkiego i rzucił w źródło hałasu, chcąc je zwyczajnie uciszyć. Do cholery, głowa wystarczająco mocno go bolała, żeby teraz... Spojrzał na nią, kierując rękę na skroń. Palce wsunęły się we włosy, które odgarnął niedbale, gdy przebiegał dłonią aż na kark.
„Choinka, pierniki...”
Jasne...
„Grow, Ty...”
Zamknął oczy.
„Ty leż!”
Niedoczekanie.
„Potem zrobisz coś do jedzenia!”
… huh?
„I stół, tak.”
… z czego niby miał zrobić ten stół? Chwila. Co? Zerknął za wychodzącą Buffy.
… cisza.
Growlithe jak na zawołanie spojrzał na Ourell'a, krzyżując z nim zaskoczone spojrzenie. Zaraz uniósł zdrową rękę do góry, w geście „stop” i zmarszczył lekko brwi.
Nikomu ani słowa o tym, co przed chwilą tu zaszło – zaznaczył tonem, nieznoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu. ― Jeśli ktokolwiek będzie mnie o coś pytał – wszystkiego się wyprę.
„- Jeśli spierdolisz sprawę, powiem wszystkim w szkole, że twój  brat jest w więzieniu.
- Mój brat jest strażnikiem!
- Tę część pominę.”
Widać jednak, że Ourell prędko odzyskał rezon. Growlithe bez jakiegokolwiek zainteresowania przyglądał się, jak medyk zmniejsza dzielącą ich odległość. Jak to było? Że zdejmie z niego ciuchy zębami? Uniósł dwukolorowe, nieco zaszklone spojrzenie, aby móc nadal lustrować jego twarz. Nie podobała mu się taka perspektywa. Zdecydowanie bardziej wolał górować nad rozmówcami.
„Zresztą.. znowu uprawiałeś seks z pierwszą lepszą?”
Znajdź mi dziewczynę. Wtedy przestanę. – Westchnął marudnie i to tak, jakby faktycznie miał zamiar zrezygnować z własnych przyzwyczajeń, gdyby tylko został spełniony ten jeden, konkretny warunek. O którym i tak prędko zapomniał... Arachangel najwidoczniej z niewiarygodną wręcz swobodą potrafił przeskakiwać między tematami, skutecznie zresztą sprawiając, że Growlithe faktycznie się nimi interesował. Wilczur podniósł rękę z siną obręczą dookoła nadgarstka tak, jakby chciał ją podać Ourell'owi na przywitanie. W czasie całej tej szamotaniny... ― Zupełnie o niej zapomniałem. Trochę.
To nic, że zaczynała przypominać kolorem przegniłą śliwę. To nadal było tylko „trochę”.
Ekran zawsze mu tak pływał?
Nie znam się na tych twoich medycznych tematach, ale jedno wiem na pewno: jeszcze dwa tygodnie temu, gdybym miał ochotę, to skopałbym jakiemuś wojskowemu dupę i posadził na niej bratki. I serio nie twierdzę, że Liltheen miała ze mną jakiś problem, ale do diabła, nie każda dziewczyna, z którą ląduję w łóżku, później każe mi zdychać. Poza tym zachowywała się, jakby miała zapalenie wyrostka. I wybiegła. Dosłownie wyskoczyła z łóżka - Adam Małysz zbliża się do końca... TAK... WYSKAKUJE..! LEECII! I LĄDUJE ZWINNIE JAK KOBRA NA SAMYM DNIE! Cóż za emocje. Cóż za widowisko! <-- po fakcie zrozumiałem, że to zabrzmiało perwersyjnie... a nie miało.wciągnęła spodnie i już jej nie było. – Chwycił go za bluzę i przyciągnął do siebie, tak, by czoło Ourell'a znalazło się przytknięte do jego głowy. Przy okazji spojrzał mu prosto w oczy, choć osobiście niewiele już widział. Nawet przez śnieżne włosy medyk mógł jednak poczuć gorąco. Niby nic dziwnego. Growlithe miał naturalnie podwyższoną temperaturę ciała. ― Do wszystkich jednostek: nie schlałem się. Jak mnie zrozumieliście? Rzygam od paru dni. Może jestem przewrażliwiony – puścił go ― ale jak na moje – Liltheen to wiedźma, Ourell.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Nie Gru 21, 2014 4:44 pm
Po raz kolejny przebiegł wzrokiem po zsiniałej ręce, nieświadomie marszcząc brwi. Zastanawiał się. Po raz kolejny próbował przypomnieć sobie wszystkie czynności, które powinien wykonać w sytuacji, którą teraz przed nim postawiono. Efekt dopełniłby tylko szum pracującego komputera, który usilnie starał się wykrzesać z siebie właściwie procesy. Na szczęście mózg Ourella zwykł funkcjonować w ciszy.
- Trzeba Ci zrobić jakiś zimny okład, żeby ją trochę… zmniejszyć. – odparł, przeczesując ręką włosy ze wzrokiem cały czas wbitym w obrażenie. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego kolejnym zmartwieniem, które spadło na jego barki. Obrzęknięta ręka prezentowała się nie najlepiej, a na dodatek do szeregu ran, o których musiał pamiętać dochodziła cała masa innych dolegliwości. Choćby ten brzuch, który tak uparcie wołał do anioła o opatrzenie. Jednak wszystko po kolei.
Wkrótce zaczął stanowić absolutne przeciwieństwo postawy Wilczura. W odróżnieniu od niego, wzrok anioła był rozbiegany po całym poobijanym ciele pacjenta, podczas gdy ten zwykł od jakiegoś czasu wbijać spojrzenie na dłużej, kumulując je w jednym punkcie. Ourell wyglądał jak skaner, który starał się przetransportować wszystkie obrazy do centrum, ulokowanego w jego łbie, aby przypadkiem nie pominąć żadnego ważnego szczegółu. Mimo iż wyglądał na całkowicie pochłoniętego syceniem swoich oczu tak koszmarnymi widokami, uszy nie śmiały się obijać. Słuchał go bardzo uważnie, nawet w pewnym momencie marszcząc brwi w akcie komentarza do niektórych kwestii, którymi Wilczur się z nim podzielił.
- Skoro zachowywała się w taki sposób, to chyba jasne, że coś jej było. – skomentował, o dziwo odnosząc się do kwestii nagłego wyskoczenia z łóżka, a nie przerażających zapewnień dziewczyny o niechybnym końcu jej chwilowego partnera. Czy nawet dla Archangela nie było niczym dziwnym, że tak wielu pragnęło śmierci jego przywódcy? Cóż, Ourell lubił przesiadywać w siedzibie, bo wtedy potrzebujący łatwiej mogli go znaleźć, jednak nie był całkowicie wybity od rzeczywistości. Wiedział co się działo na powierzchni, ba, nawet niektórzy informowali go o najświeższych plotkach prosto z M-3. Sam nawet nie do końca rozumiał, dlaczego zdawał sobie sprawę, że najnowszym krzykiem mody wśród młodych dziewcząt było farbowanie grzywki na kolor różowy, jak jedna z typowo młodzieżowych wokalistek z M-1. Skoro zasłyszał takie smaczki, nic dziwnego, że jego uszy wychwyciły informację, jak wielu ludzi ma na pieńku z białowłosym. O ile Ourell nie interesował się plotkami, o tyle w tą mógł jak najbardziej uwierzyć. Zresztą nawet teraz Growlithe wylądował w pokoju medycznym zaraz po tym jak wdał się w bójkę.
Nim zdążył coś powiedzieć, został przyciągnięty do Wilczura i zmuszony oprzeć czoło o jego łeb. Ostatnimi czasy dosyć często łamali zasadę przestrzeni osobistej… a raczej Level E ją łamał.
- Zrozumieliśmy dobrze i wyraźnie już dobrą chwilę temu, bez odbioru. – odparł, automatycznie przykładając wolną rękę do twarzy Growlithe’a. Ujął nią policzek, acz w tym dotyku nie było absolutnie niczego co można by skojarzyć z czułym gestem, chyba, że maminym sposobem mierzenia temperatury. Po paru chwilach palce zawędrowały w górę, a dłoń opadła na czole Wilczura, w momencie w którym anioł sam odzyskał możliwość nieznacznego odsunięcia się od mężczyzny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że bez sensu się wysila, jednakże machinalne odruchy wzięły nad nim górę.
O ile jego twarz wyrażała pełną moc skupienia, przeplatanego z naturalnym zmęczeniem, o tyle w chwili gdy zaczął składać informację w jedną całość, w jego oczach błysnął cień grozy, choć sam Ourell z grubsza wydawał się tak samo spokojny, jak zawsze.
Anioł już wiedział, że nie wyśpi się przez kolejne następnych dni.
Wstrzymał oddech.
Zataczanie się, majaczenie, wymioty, seks, rozkojarzenie, dziwne zachowanie partnerki…
Wypuścił z wolna zebrane powietrze nosem.
- Kiedy ostatni raz sikałeś? – zapytał zupełnie tak, jakby było to pytanie odnośnie ostatnio obejrzanego filmu. Przez moment wbił wyczekujące spojrzenie w Wilczura, zupełnie tak, jakby jego odpowiedź mogła zaważyć na całym jego życiu… co śmieszne, faktycznie tak było. Jednak nim upłynęły dwie sekundy, Ourell opamiętał się i poleciał do stołu. Rzuciwszy notatnik na blat, ukucnął. W tempie ekspresowym wyjął następną miskę, orientując się, że nie ma co czekać na Sanę. Położył ją [miskę, nie Sanę] na ziemi i pchnął na tyle mocno, by zatrzymała się mniej więcej przed wymordowanym. Pamiętał, co było kilka chwil temu. Jeśli nie daj Boże będzie mu się chciało uzewnętrznić, lepiej żeby miał w co. Zostając tak na kuckach, zaczął przegrzebywać cały asortyment, który do tego czasu zgromadził.
- Obawiam się, że niestety była wiedźmą. – zaczął przy akompaniamencie stukających metali. - Możesz mieć chorobę, która doprowadza człowieka do śmierci w ciągu kilku dni. – pozytywnie, ale przekazywanie prawdziwych informacji niestety też leży w jego obowiązkach. Nieważne czy były to wieści dobre czy złe. – Straciliśmy już sporo czasu, a ja nie chciałbym tracić go więcej. – wyjął jakiś malutki kubek z roztrzaskanym uchem i powędrował do bali z wodą. – Jest źle, a będzie jeszcze gorzej, jeżeli nie pozwolisz mi siebie opatrzyć. Nie obchodzi mnie, że Ciebie boli to tylko trochę lub wcale. – odparł spokojnie i napełnił pojemnik wodą o dosyć niskiej temperaturze. Nie minęła chwila a już zaczął moczyć wcześniej przechwycone szmaty. – Jeśli te rany tak zostaną, będzie źle. – źle to on się czuł, powtarzając po raz setny tą samą śpiewkę. Nawet dla siebie samego zaczął brzmieć jak zacinająca się płyta, chociaż wiedział, że nie ma innej możliwości. Przecież nie chce mieć na głowie zakażenia. Uniósł nieznacznie pomoczoną szmatę. – Zimny okład na rękę. Nie najwyższych lotów, ale takie warunki, a ja nie mam nic innego do zaoferowania. Trzeba zmniejszyć obrzęk. Później należy ją unieruchomić i wstawić w temblak. – zapowiedział to, co zamierzał, żeby później nie było zaskoczenia. – Następnie brzuch… - nie podchodził - Błagam, nie chcę znowu zarobić w mordę, więc powiedz mi na wstępie czy jak po raz kolejny Cię dotknę, znów zawinę się w tył?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 12 Previous  1, 2, 3, ... 10, 11, 12  Next

Powrót do góry