Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next   

Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Shane on Czw Lip 14, 2016 6:52 pm
Tu kiedyś coś będzie, jak przestanę lamić.
Dziękuję.
Pozdrawiam.


Ostatnio zmieniony przez Shane dnia Pon Mar 13, 2017 12:45 pm, w całości zmieniany 1 raz

_________________



Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.



Shane
-----------
Pradawny    Opętany

avatar

Liczba postów : 984
GODNOŚĆ : Shane.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Tyrell on Pon Lip 18, 2016 9:40 pm
Tyrell rozstawił szerzej łokcie, a głowa niemal opadła mu na lewe ramię. Oczy miał zamknięte, powieki lśniące i purpurowe — barwy astrów. Siedział oparty o marmurową futrynę, a jej chłód przypominał bezlitosny, lodowy fundament, który runie, gdy ten spróbuje odsunąć się choć na jeden centymetr; zburzy się i zasypie kryształowymi odłamkami wszystko co mu pozostało, zasłaniając całe jego życie grubą kołdrą szarego pyłu. Przyciągnął do siebie nogi, jeszcze wyraźniej czując kościste kolana wbijające się w jego klatkę piersiową. Ile czasu minęło? Czas rozwlekał się na godziny, a on tkwił, nie myśląc o niczym.
  Podarte spodnie. Brudne, pokryte zadrapaniami dłonie. Poplątane włosy i winne, przyćmione spojrzenie — obraz nędzy i rozpaczy. To było niemal zabawne. Tak zabawne, że można było ryczeć za śmiechu.
  Kiedy Shane przeszedł tuż obok niego, pociągnął nosem czując pierwsze syndromy przeziębienia. Nie poruszył się jednak. Ciężkie kroki podopiecznego zginęły gdzieś w ciemnościach, a on przyduszony rozmaitymi myślami nie drgnął nawet powieką.
  Cisza — irytujący pisk nie ustępował; karmił jego umysł kolejną dawką katuszy. Przez chwilę pomyślał, że nigdy wcześniej bezgłos nie kaleczył tak jego uszu. Każda cząstka jego ciała krzywiła się, a on z wyraźnym odruchem zacisnął zęby, czując napinające się białe, ścięgna jego twarzy.
  — Chodź.
  Uchylił powieki, przypominając człowieka, który obudził się po bardzo długim śnie. A może koszmarze? Szare sińce podkreślały jego turkusowe spojrzenie, w których teraz zamieszkała pustka.
  — Gdzie? — zapytał ochrypłym głosem.
  Tyrell długo spoglądał na Shane'a — bardzo długo. Jego ciemna postura zdawała się rozpływać gdzieś w wylanym czernią, długim korytarzu, zanim zdecydował się wstać. Spojrzał tępym spojrzeniem, za znikającym cieniem; górna warga zadrżała mu lekko, zamierając gdzieś w ledwie wypowiedzianym półdźwięku.
  Nie usłyszał odpowiedzi.
  Jego stopy poruszył się same. Na tę krótką chwilę książki w jego zdemolowanym sarkofagu straciły swoją wartość. Kroczył przygnębiającym, mrocznym tunelem, śledząc każdy krok swojego celu. Dźwięk bosych kroków anioła, zdawał się ginąć gdzieś w przerażającym krzyku wiatru, którego świst obijał kamienne płyty zewnętrznej ściany. Nie miał pewności czego chce Shane i gdzie go prowadzi, ale nieznana wewnętrzna myśl nakazywała mu iść, a on nie potrafił się jej przeciwstawić.
  Metą okazał się pokój (Shane zostawił otwarte drzwi, więc Tyrell bez wstydu zajrzał do środka przekraczając kamienny próg). Nigdy przedtem tu nie był, nawet nie miał co do tych odwiedzin żadnej okazji, dlatego przez moment tylko rozglądał się po nieznanym terenie. Potem ujrzał stolik, tandetny mebel, który w tych awangardowych czasach zostałby nazwany antykiem. Podszedł do niego i dotknął go dłonią. Podniósł głowę, a czarna grzywka zsunęła się z jego niebieskich oczu. Spojrzał na Shane — tym razem bez żadnego wyrazu; twarz miał nieruchomą jak marmurowy głaz, lecz oczy pobłyskiwały w lichym świetle księżycowego blasku. Oczekiwał dźwięku jego słów.

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Shane on Pon Lip 25, 2016 1:00 pm
Shane nie oglądał się za siebie, aby wiedzieć, że w jego ślad poszedł Tyrell. Chłopak miał skłonności do podawania się czyjeś woli, co w tym momencie było bardzo na rękę rudzielca. Mimo zbędnych pytań, na które nie dostał odpowiedzi, kroczył za swym podopiecznym aż do ciemnego, zawilgoconego pokoju. Pozbawiona perspektywa na widoki przygniata ciężarem zapuszczonego pomieszczenia. Ludzie mający klaustrofobię poczuliby się nieswojo. Shane również dusił się w małym pomieszczeniu, mając ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. Zerwać się ze smyczy. Pognać w las i zniknąć z oczu wszystkich ciekawskich osobników.  Uciec przed rzepem przylepionym do ogona, który uparci uważał, że powinien mu stróżować. Spojrzał kątem oka na wchodzącego do pokoju dzieciaka.  Szczerze powiedziawszy nie kierowało w nim współczucie, ani nawet chęć pomocy. Świadomość podpowiedziała mu, że należy tak zrobić i nie pytać dlaczego. I nie pytał. Zamknął się na tę część myśli, wykonując trochę nazbyt mechaniczne odruchy. Stanął przy stole, na którym słabym ogniem tliła się świeca. Wielki, masywny wosk rozlewał się po karykaturalnym, zbitym na ślepo z desek, stole. Desperacja nie oszczędzała nikogo. Nawet ich. Silne jednostki radziły sobie najlepiej jak potrafiły. Ciemność, jaka panowała wokół nich w końcu stała się ich sprzymierzeńcem, odnaleźli się w przygaszonych murach wieży, gdzie gdzieniegdzie płonęły pochodnie przymocowane co parę metrów do ścian. Mieszkanie w niekomfortowych warunkach wiązało się z częstym wyziębieniem organizmu czy nawet chorobami.  Większość smoków, która zostawała na dłużej w wieży musiała wyruszać wgłąb Desperacji w poszukiwaniu chrustu na opał. W końcu i oni mogli zakończyć swój żywot poprzez zamarznięcie.
Shane w pokoju miał kilka podartych, zakurzonych koców, które znalazł na jakimś śmietniku. Sam nie potrzebował takiej sterty przez wiecznie podwyższoną temperaturę ciała, jednak wielokrotnie przydały się podczas srogich zim, kiedy nieprzychylny wiatr Desperacji wdzierał się przez szczeliny w kamiennych ścianach.
- Kładź się spać - Bo nie mam już siły użerać się z tobą. Pomyślał. Wykończyło go ciągłe przebywanie z chłopakiem. Stała obecność Tyrella ograniczała go, tłamsząc jego wolność. Dawno nie dzielił swojego życia z nikim. Tysiące lat przemierzał samotnie, jedynie na chwile goszcząc w czyiś domach, sercach. Rozpływał się jak zjawa, o której zapominało się. I to mu pasowało.

_________________



Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.



Shane
-----------
Pradawny    Opętany

avatar

Liczba postów : 984
GODNOŚĆ : Shane.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Tyrell on Wto Sie 09, 2016 10:11 pm
Słowa nie nadchodziły. Tkwiły gdzieś w martwych ścianach kamiennej fortecy, którą zdążył wybudować wokół siebie Shane. Palce Tyrella popełzły po plandece orzechowego drewna. Ta ciasnota pomieszczenia zaczynała go dusić.
  Chłód i nieprzerwana cisza podkreślona miarowym oddechem wilka nie dawała mu ukojenia. Poczuł jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach, jakby wszedł do nawiedzonego domu, w którym roiło się od trupów i duchów. Tu było dziwnie. Martwo.
  Wysoko zawieszone świece rzucały ponure światło na nierówne ściany, na których sennym, mrocznym tańcem wiły się długie, bezkształtne cienie rozmaitych mar. Pokój był jak opuszczony. Brakowało w nim mebli i innych sentymentalnych rzeczy, którymi ludzie starają się  zalepić luki przeszłości. Każdy posiadał swój własny epizod, który zmusił go do życia na tym pustynnym padole. Bestia przykuta łańcuchami, przecież nigdy nie zazna ukojenia. Jak trafił tu Shane?
  Na dźwięk jego szorstkiego głosu wyprostował się. Szybko odsunął na bok rozważania o jego życiu prywatnym.
  — Kładź się spać.
  Nie odpowiedział. Jego zmęczona, obdrapana twarz wpatrywała się w miodowe oczy wymordowanego, jakby chciała dostać się dowietrzna jego smętnego umysłu. Przez chwilę poczuł jak kąciki warg drgnęły mu niespokojnie — miał już odpowiedzieć uśmiechem, gdy przypomniał sobie, ostatnie godziny w kasynie. Obrócił wzrok, a czarne kosmyki zatańczył mu przy twarzy. Bez słowa przysiadł na twardym łóżku i powiódł po nim dłonią. Koce, które znał. Sztywne i szorstkie niczym papier ścierny. Ale nie przeszkadzało mu to. Ani trochę.
  — Wiesz, że mam swój pokój.
  Podniósł łeb i spojrzał na niego obojętnie, jak dziecko, które musi wysłuchać reprymendy ojca. Pochylił się nad rozsuniętymi nogami, opierając przedramiona o swoje podarte spodnie. Opuścił głowę i westchnął; oczy straciły blask. Ze średnim zainteresowaniem przyglądał się czmychającemu chrabąszczowi po przydymionej, ciemniej ziemi.
  Coś nie dawało mu jednak spokoju.
  Wziął głęboki wdech i zamknął oczy. Te myśli rozszarpywały go jak wygłodzone sępy. Kawałek po kawałku.
  — Nie uważasz, że ciągle zapomina się o wyrzutkach takich jak my? Kiedy cierpimy, to w ciszy. A światu to odpowiada. Sirion... Myślę, że to nie będzie takie proste. Czuje, że coś się wydarzy. — Nie podnosił głowy. Wciąż obserwował poczynania młodego owada, który teraz próbował wdrapać się na nogę antycznego stołu, ale każda jego próba kończyła się fiaskiem. — Po prostu znikamy, jakbyśmy nigdy nie istnieli. Tak po prostu. I nikt o tym nie wie. Chciałbym aby to się skończyło. — Westchnął z emfazą. — Cały ten bajzel.  
  Od bardzo długiego czasu zaczął obawiać się odpowiedzi na pytania, które rutynowo podsuwał mu umył. I nie dlatego, że po części brał w tym udział. To go nie przerażało. Nawet jeśli był małym kwarcowym kamykiem otoczonym z każdej strony ostrymi, niebezpiecznymi skałami. Najbardziej niepokoiła go jedna, ponura myśl: że nadejdzie taki dzień, w którym będzie musiał 'coś zrobić' i cholera tak naprawdę wie, jak daleko będzie musiał się posunąć.

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Shane on Wto Sie 23, 2016 9:46 pm
Shane chciał w końcu odpocząć. Nawet nie marzył o prysznicu, na który nie miał co liczyć. Brudne, zakurzone i spocone ubranie dawno pragnęło zobaczyć kawałek wody i mydła, podobnie do jego właściciela, jednak Smocza Góra miała spore deficyty związane z hydrauliką.
Oparł się plecami o ścianę, czując, że lada moment, a po niej spłynie. Rozmyty obraz Tyrella tańczył mu przed oczami.
- Wiesz, że mam swój pokój
- Wiem, że masz swój pokój - powtórzył za nim. Naprawdę, dzieciak chciał dyskutować na podobne tematy zamiast cieszyć się z faktu przygarnięcia? Jeszcze do niedawna umierał ze strachu, pozostawiony w ciemnym pokoju przez wszystkie smoki, a teraz zamierzał roztrząsać egzystencjalne problemy świata? Skąd on się urwał?
Shane przyglądał mu się w ciszy, wysłuchując jego wywodu. Szczerze powiedziawszy, nie rozumiał czemu Anioł to robi. Świat, w którym podobne pytania miały prawo istnienia, zniknął. Zatopił się niczym niegdyś namiętnie poszukiwana Atlantyda. Zapanowała ciemność, ślepota oraz zacofania. Wróciły unowocześnione czasy Średniowiecza, gdzie ciemnota jest wciskana na miarę złota, a podobni do Shane ludzie, pamiętający świetlane czasy, umierali paleni na stosie. Co za absurd.
- Skoro tak ci źle, to co cię tu trzyma? - zapytał. Okej, wiedział, że Tyrell jest aniołem. Okej, wiedział również, że dzieciak wymyślił sobie to całe śmieszne stróżowanie, jednak coś musiało go tu sprowadzić zanim usnuł sobie tę bajkę. Shane nie miał zielonego pojęcia, że tatuaże na ciele nastolatka mają głębsze znaczenie i są wyznacznikiem jego życiowej drogi. Przypuszczał, że chciał sobie nimi nadać powagi bądź grozy, lecz nie spodziewał się ich jako drogowskazu.
- Tak czy siak, radziłbym ci stąd odejść. To nie jest miejsce dla ciebie. Wracaj tam skąd przyszedłeś, a jak tam cię nie chcą, zaszyj się w bezpiecznym, ciepłym miejscu. Smocza Góra, nie jest dla ciebie - odparł spokojnie. Była to ich pierwsza rozmowa, która wcale nie zapowiadała się na miłą pogawędkę. Wredny temperament rudzielca psuł wszystko za każdym razem, kiedy Tyrell próbował nawiązać nić porozumienia. Z premedytacją deptał wypielęgnowane ziarenko, nie zważając na trud jaki chłopak w to włożył. Wydawać się mogło ze on po prostu nie chce mieć nic do czynienia z innymi ludźmi zamknięty na otoczenie gnał w najgorsze bagna nie pozostawiając za sobą żadnych wspomnień. Może było to spowodowane tym ze sam niewiele pamiętał przez co uważał, że tak jest po prostu łatwiej.
- I dlaczego uparłeś się na mnie. Nie potrzebuje żadnego anioła stróża, chyba że to jakaś nowa ranga w tym całym wariatkowie... - Oby nie, bo i tak perspektywa kuli u nogi mu nie odpowiadała.

_________________



Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.



Shane
-----------
Pradawny    Opętany

avatar

Liczba postów : 984
GODNOŚĆ : Shane.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Tyrell on Sob Sie 27, 2016 6:15 pm
Tyrell długo wpatrywał się w podłogę. Owad nie odpuszczał, walczył dzielnie próbując wdrapać się na drewnianą nogę zbutwiałego drewna, ale kiedy po raz kolejny przewrócił się na swój zielonkawy, lśniący pancerz, chłopak podniósł wzrok. Przeszył beznamiętnym spojrzeniem Shane'a spoglądając na niego spod blado opuszczonych powiek. W jego oczach nie było widać strachu. Nie było widać zwątpienia; dziki błysk, zatańczył jego jasnych tęczówkach, niczym wystrzelona iskra ze szczytu sztucznych ogni.
  — Nie doceniasz mnie, Shane. — Twarz Tyrella była zachmurzona i groźna, głos zduszony. — Nigdy się nade mną nie litowałeś. Czemu robisz to teraz? Coś takiego, jak wyrzuty sumienia cię dopadły?
  Nie potrafił przestać. Czuł wściekłość, która przysłoniła mu zdrowy rozsądek.
  — I mówisz to ty? — Łypał na niego spod gęstej grzywki czarnych włosów. — Chcesz się mnie pozbyć, tak? Powiem ci coś. Nieważne, czego chcesz. To czego chcesz, doprowadza mnie do mdłości, to czego chcesz liczy się tyle co zielony banknot na tym kompletnym pustkowiu. Zaczynam mieć dość. Męczy mnie to. Wykręca od środka, wiesz?
  Poczuł jak biały płomień gniewu liże mu wnętrzności, jak wybucha w straszliwej pustce, napełniając go pragnieniem sprawienia bólu Shane'owi za ten jego spokój i puste słowa. Cały dygotał. Czuł jak wyimaginowane ogniki paraliżują mu mięśnie. Nie pamiętał kiedy  ostatnio dał się tak łatwo ponieść banalnej wściekłości. Wstał.
  — Wiesz czemu tu jestem? Wiesz czemu? Przez nie. — Warknął z jadem w głosie i zamaszystym ruchem ściągnął bluzę przez głowę. — To one kazały mi tu przybyć. To one wskazały mi ciebie, najgorszego ignoranta na jakiego mogłem w ogóle trafić. Nic nie wymyśliłem. Jestem w tym po twarz. Chce abyś zrozumiał w jakiej znaleźliśmy się sytuacji.
  Koniec. Zaczynał mieć dość traktowania go jak dziecko. Nie był głupi ani pomylony, a każdy traktował go jak rozwydrzonego dzieciaka, który snuje swoje wielkie plany z latarką pod przykryciem kołdry. Rzeczywistość była inna; składała się wyłącznie z szarych barw.
  Kiedy bluza chłopaka opadła na skamieniałe łózko, wziął głęboki wdech. Przymknął oczy i starał się nie okazać skrępowania. Cała górna partia jego ciała był zamalowana czarnymi tatuażami. Były wszędzie. Pełzały leniwie po jego płaskim brzuchu, wspinając się wyżej; na jego klatkę piersiowa dłonie, ramiona. Niektóre wzory wykraczały nawet poza granicę jego obojczyka, kończąc się gdzieś w połowie szyi, za to inne uparcie pochłaniały wierzch bladych jak całun dłoni. Wzory. Rysunki. Cyfry. Znaki. Tyrell poczuł się nieswojo. Odwrócił głowę, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał w stronę okna. Nigdy wcześniej nie pokazywał ich nikomu.
  — Miałem ciepło, dom, miękkie łóżko. — Zacisnął zęby, a białe ścięgna podkreśliły jego szczękę. — Miałem wszystko, ale pojawiły się one. Kazały mi cie...  szukać. I nie wiem po jaką cholerę.
  Spojrzał znów na Shane'a, i choć jego wzrok złagodniał, to twarz miał bez wyrazu.
  — Myślisz, że jest mi z tym łatwo? Nie wiesz co czuje. — Leniwie schylił się po ubranie. Mapa wytatuowana na jego skórze obnażała go na każdy możliwy sposób. — To każe mi iść, podążać. Ścieżką. Wyborami. Chce się dowiedzieć czemu. I właśnie dlatego nie odejdę.

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Shane on Wto Sie 30, 2016 10:11 pm
Shane przez tysiąc lat najwidoczniej zobojętniał  i zlodowaciał bardziej, niż sam mógłby przypuszczać. Obraz nędzy i rozpaczy, jaki reprezentował sobą Tyrell kompletnie nie robił na nim wrażenia. Zmęczone i smutne oczy, zbitego psiaka, nie urzekały ani nie łapały za jego skamieniałe serce. Po prostu patrzał. Obserwował go, niczym rozwijający się nowy gatunek, który na jego oczach ulegał transformacji.
- Masz rację, nie doceniam – odparł wyjątkowo szczerze. Nie obawiał się zranienia go. Chłopak był dla niego obcą istotą, z którą przypadkowo przyszło mu egzystować. Nijak miał ochotę starać się.
- Nie posiadam wyrzutów sumienia – Krótkie odpowiedzi. Nie zamierzał brnąć w jego gierkę słowną. Podświadomie czuł, że chłopak chce go wyprowadzić z równowagi. Rudzielec na obecny moment zachowywał stoicki spokój, który w mgnieniu oka mógł prysnąć jak bańka mydlana.
Widząc nagłą zmianę, przyglądał mu się z jeszcze większym zainteresowaniem. Kurtyna emocji opadła, a jednoosobowa widownia oczekiwała wystąpienia. Napięcie rosło, aktor przybierał nowe maski, widz napiął jeszcze bardziej wszystkie mięśnie, oczekując kulminacyjnego momentu.
I mówisz to ty?
— Chcesz się mnie pozbyć, tak?

Chcę. I to nie wiesz jak bardzo.
- Powiem ci coś. Nieważne, czego chcesz. To czego chcesz, doprowadza mnie do mdłości, to czego chcesz liczy się tyle co zielony banknot na tym kompletnym pustkowiu. Zaczynam mieć dość. Męczy mnie to. Wykręca od środka, wiesz?
Lawina goryczy i pretensji ruszyła. Wystartowała z boksu, pędząc jako czarny koń z ziejącym ogniem psykiem, wyprzedzając inne miernoty. Shane słuchał patetycznego monologu, mając ochotę przewrócić oczami, bądź po prostu strzelić go w pysk.
- Przestań – upomniał go, jakby ostatnimi resztkami hamował się. Ale Tyrell nadal mówił, nadal wyrzucał swoje frustrację. I nie dziwił się mu, ale on nie musiał tego tolerować ani tym bardziej słuchać.  Uderzył pięścią w ścianę tuż obok, zmuszając go do zamknięcia ust, chociaż na kilka chwil.
- Skoro życie na Desperacji i moja osoba doprowadza cię do mdłości, to spieprzaj. Za kogo ty się masz, zasmarkany gówniarzu? - warknął ostro, karcąc go wzrokiem. Zrobił krok w jego stronę. Miodowe oczy nagle pociemniały, a męskie rysy twarzy jeszcze bardziej stężały.
- Nie masz zielonego pojęcia o życiu na tym pierdolonym padole. Gówno wiesz o rzeczach, które trzeba zrobić i które się robi dla przetrwania. Świat gdzie, wy gołe aniołki, sobie hasałyście po mięciutkich chmurkach obserwując wszystko z góry, zniknął.  Ludzie to potwory, obojętnie jakiej rasy by już nie byli – syknął gardłowo, pochylając się nad nim. Zimny, wręcz paraliżujący wzrok utkwił w niebieskich oczach Tyrella. -  Nie znasz moich pragnień. Nic o mnie nie wiesz. Życie na Desperacji to ciągle sprzedawanie duszy diabłu, radzę to zapamiętać. - Wyprostował się, kończąc ostatnie zdanie z dziwną nutką pogardy.
W ostatnim momencie Shane odsunął się, gdyż anioł zerwał się z łóżka i pospiesznie zaczął się rozbierać. Wymordowany zrobił krok w tył, aby czasem nie zarobić z miotających na wszystkie strony witek.
Kolejna fala jadu. Rudzielec coraz bardziej miał dość upierdliwego gówniarza. I, gdyby nie wewnętrzne zasady nie zabijania współtowarzyszy, najpewniej strzeliłby mu łeb bez zbędnego rozczulania się nad popieprzoną sytuacją. Z ukosa przyglądał się wijącym na całym ciele tatuażom, które zdobiły praktycznie każdy kawałek jasnej skóry. W końcu dojrzał wilka oraz sytuację w jakiej się znajdywał. Pamiętał tamten dzień, kiedy wrócił do kryjówki po walce z niedźwiedziem. I to właśnie przedstawiał tatuaż. Wydarzenie z przeszłości, a może wówczas z przyszłości.
- Ja również kiedyś miałem dom, ciepło i miękkie łóżko. Ale życie pisze inne scenariusze, zaakceptuj bieg wydarzeń albo staniesz się przeszłością – powiedział, najprawdopodobniej nie chcąc brnąc w to dalej.
Cała ta sytuacja go przygniatała i dusiła. Z dnia na dzień dowiedział się o stróżowaniu i jeszcze teraz te tatuaże. Co on miał z nimi wspólnego? Jaką rolę miał odegrać w tym przedstawieniu? Sądził już, że jego spektakl dawno się zakończył. Kurtyna opadła krwawą kotarą w dół, ciągnąc go za sobą.
- To każe mi iść, podążać. Ścieżką. Wyborami. Chce się dowiedzieć czemu. I właśnie dlatego nie odejdę.
Wybory. Każde wybory niosą za sobą przerażające konsekwencje.
- Kładź się w końcu spać – mruknął spokojniej, podszedł ponownie do łóżka, pakując się do niego pod gruby, szorstki koc. Okrył się nim, leżąc na boku pod ścianą. Od niej zawsze bardziej wiało, a on był bardziej wytrzymalszy od chłopaka. W końcu, wiecznie podwyższona temperatura ciała musiała mieć coś z tym wspólnego.

_________________



Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.



Shane
-----------
Pradawny    Opętany

avatar

Liczba postów : 984
GODNOŚĆ : Shane.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Tyrell on Pon Wrz 19, 2016 9:17 pm
Wciągnął koszulkę przez głowę i puścił materiał pogniecionej tkaniny pozwalając aby jej poszczerbione nicie ułożyły się miękko na pokrytym gęsią skórką szczupłym, wytatuowanym ciele. Zarzucił bluzę i zapiął zamek po samą szyję. W kompletnej ciszy śledził wzrokiem Shane'a — po kołtunione włosy osłaniały mu jasne, błyszczące oczy.
 — A jak ci się nie podoba to spieprzaj. Za kogo ty się masz, zasmarkany gówniarzu?

O pięć lat młodszy Tyrell siedział na niskim, kamiennym murku. Głowę miał spuszczoną, a piętami butów uderzał o skalną konstrukcję. Gdzieś w tle słychać było gwar krzyczących dzieci i ogłuszający pisk gwizdka.
 — Dobra robota Ren. Ale na drugi raz staraj się wyżej uderzać piłkę. Rozluźnij kolana. — Klaśnięcie w dłonie. — Dobra chłopaki, robimy zmianę. Drużyna trzecia wchodzi. — Zagwizdał po raz kolejny Dick Gou — nauczyciel wychowania fizycznego — plując w plastikową świstawkę. Miał na sobie niebiesko-białą czapkę z daszkiem, krótkie spodenki, biały bezrękawnik i żółte adidasy, które nie pasowały to tej całej 'kreacji' za gorsz. Tyrell obojętnym wzorkiem błądził po tym obuwiu nie dziwiąc się czemu został ochrzczony przez dzieciaków z Rosberk Panem Adidasem aka Cichobiegiem.
 — Napijcie się wody — przytaknął widząc, że wygrana drużyna ruszyła do butelek z wodą — I ruszamy. Drużyna trzecia wchodzić. Już się nasiedzieliście.
 Tyrell mozolnie zsunął się z okupowanego murka i ruszył w stronę czwórki chłopaków z drużyny, którzy już rozciągali mięśnie ud.
 — Dobra plan jest taki... — szeptał rudowłosy chłopiec do trojki swoich przyjaciół, nawet nie zauważył, że Tyrell stał tuż za jego plecami. — Atakujemy Browna. Zajmę się nim osobiście, ale wy też starajcie się blokować go na każdym kroku. Zrozumiano?
 Pozostała trójka z fascynacją potaknęła głową.
 — To głupota — mruknął głos za nim.
 Wszyscy czterej osłupieni spojrzeli na czarnowłosego chłopaka, który wpatrywał się w nich ze znudzoną miną. W końcu nie każdy mógł usłyszeć jego głos, bo odzywał się rzadko.
 — Brown może i dobrze strzela, ale jest nieuważny. Traci piłkę z byle powodu. Jego fenomen tkwi w Doug'u, który mu ją przekazuje. Jeśli uda nam się go zabloko--
 — Co ty do cholery wiesz?! — przerwał mu wzburzony rudzielec. Obrócił się i z groźną miną zmierzył Tyrella wzorkiem. — Za kogo ty się uważasz, odmieńcu? Nie znasz się na tej grze, jak na niczym innym. Wracaj do swoich śmiesznych obserwacji i żałosnych książek, bo tylko tam twoje miejsce. Proste: Nie podoba się to spieprzaj. — wrzasnął. Jego twarz w jednej chwili stała się purpurowa niczym wóz straży pożarnej. Histeryzował niczym stara baba. Zupełnie mu odbiło. Tyrell starając się trzymać emocje na wodzy zdążył otrzeć tylko kilka kropelek śliny z policzka, gdy tamten pienił się ze złości.


 Tyrell zacisnął pieści chowając obgryzione paznokcie. Shane miał racje: nie wiedział o wielu rzeczach, nie był Desperatem walczącym z potworami — był nikim w tym wielkim świecie. Gdyby nie ciekawość nie ruszyłby naprzód. Nigdy nie zdecydowałby się zobaczyć tego świata i doświadczyć głodu i chorób. Ale wierzył, że to właśnie było mu pisane. Znaki, które pojawiły się na jego ciele były dla niego jak list; testament, który nie mógł być mu dostarczony osobiście. Miał przeczucie, że zostawił go na jego ciele ktoś ważny, ktoś kogo powinien doskonale pamiętać.
 Kiedy otworzył wcześniej zaciśniętą dłoń zauważył na jej wierzchu krwawiące półksiężycowate ślady.
 — Nie wiem czego nie rozumiałeś... — mruknął, czując jak zmarszczka na jego czole zaczyna się pogłębiać. — Ale powtórzę to ostatni raz. To nie jest mój wybór. Ktoś tego chciał. Cały czas powtarzasz to samo, jakbym miał inne wyjście. Te wzory są dla mnie cenne. Coś ode mnie chcą. Choćby miały zaprowadzić mnie do samego piekła — dotrę tam i dowiem się czemu. I nie, nigdy nie hasałem po miękkich chmurkach. Przestań idealizować. Nie znam nieba. Nigdy tam nie byłem. Czuje się bardziej ludzki niż cały ten szajs, który mnie otacza. Może nie walczyłem z potworami jak ty, ani nie doświadczyłem straty, poważnych chorób i życia na krawędzi, to będąc tu ponad rok wiem czego chce. — Wziął wdech i leniwie wszedł na jego łóżko. Oparł się o zimną jak lód ścianę i podciągnął pod siebie nogi. Z założonymi rękoma i spod kurtyny czarnej grzywy spoglądał wyzywająco na Shane'a. — Żyć. Nie chce na nikim polegać. Chce znać swoje miejsce. I nie zamierzam uciekać z podkulonym ogonem jak spłoszone zwierzę. Chcę przetrwać. Jak każdy. A wiem, że możecie mi pomóc. Ty możesz. — sprostował. Musiał zaczerpnąć powietrza po tej przemowie, chyba najdłuższej w życiu. Potarł rękawem o policzek.
 A potem nie powiedział nic. Shane minął go i wszedł na łóżko, a on poczuł jak twardy materac załamuje się pod jego ciężarem. Ukradkiem spojrzał na plecy rudzielca gdy ten usadowił się przy ścianie zbierając na swoje ciało chłodne bicze przedzierającego się chłodu.
 — Kładź się w końcu spać.
 Nie zmienił pozycji. Przez długi czas siedział w ciemnościach, nasłuchując tajemniczych ryków wiatru. Przyciągnął pozostałą część szorstkiego koca i narzucił niedbale na swoje ramiona. Myślał, że przez całą noc nie uda mu się zmrużyć oka, jednak już po chwili usnął; spał z zaciśnięta pięścią przy brodzie.

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Shane on Wto Wrz 20, 2016 8:01 pm
Shane miał dość ciągłego gadania dzieciaka, który uparcie uważał, że może mu stawiać jakiekolwiek warunki. Miał w poważaniu jego cele i chęci. Mógł się kierować swoimi tatuażami nawet do samego piekła, a po nim to i tak najpewniej spłynęłoby. Nie przejmował się podobnymi bzdurami, może dlatego, że sam nie pamiętał niczego. Jego wspomnienia, jego przeszłość nadal pozostawały gęstą, czarną tajemnicą, przez którą nie potrafił przebrnąć. Niektóre z nich pozostawały odkrytymi szlakami, jednak z dziwną pustką. Nie było już ludzi, o których nagle sobie przypominał, nadal tkwił w tym wszystkim sam, dlatego też nie drążył tematu. Przyjął dawany mu los, trzymając się jedynie kurczowo wspomnień o bracie. Reszta nie była ważna. Cała reszta świata nie była ważna. Mógł z nią walczyć i deptać bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Litość i empatia stały się dla niego pojęciem względnym, wybrakowanym towarem, śmieciem, który można wyrzucić.
Słowa Tyrella były czczym gadaniem, którym on tysiąc lat temu złudnie karmił się, a potem przyszedł kryzys. Droga pełna cierni i wyboi. Pasmo cierpienia i łapania się życia zachłanną ręką. Przeżył kilkaset wojen, batalii i śmierci. Ludzie, którzy z nim jedli przy jednym stole, umierali na jego oczach, a nie kończący się koszmar, powtarzał się non stop. W końcu się uodpornił. Doradziłby to samo zrobić Tyrellowi, jednak dzieciak posiadał jeszcze w sobie tlącą się chęć i siłę, której nie dało się na obecny moment zgasić. Jednak z czasem duszona pod przykryciem warstwy brudu, ubóstwa i i śmierci, zgaśnie. A wówczas, pozostanie jedynie żarzące się wspomnienie o dawnych planach. Runie w dół, jak każdy.
- Nie dyskutuj już ze mną, śpij. Zamknij się i śpij. - Miał nadzieję, że w końcu usłucha.
Rudzielec przez długi czas, kręcąc się z boku na bok, próbował usunąć. Na nic się zdały próby odespania wszelkich misji, a kiedy sen wolno nadchodził, obudził go dźwięk sms'a. Spojrzał na wyświetlacz, co za cholera ma czelność go budzić i wtedy nie myślał. Po prostu wstał. Ubrał się pospiesznie i wyszedł z pokoju. Ich jedyna szansa. Jaszczurka wyszła z ukrycia.

[zt x2]

_________________



Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.



Shane
-----------
Pradawny    Opętany

avatar

Liczba postów : 984
GODNOŚĆ : Shane.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Shane on Nie Sty 22, 2017 7:09 pm
Przebyli długą i milczącą drogę, nie odzywając się do siebie ani słowem. W powietrzu wyczuł piętrzącą się lawinę pytań ze strony chłopaka, jednak żadna nie padła. Tyrell usta miał zasznurowane, a głos uwiązł mu w gardle niczym mączysta kluska. Shane nie przerywał milczenia, uważając, że nie jest winien Tyrellowi żadnego wyjaśnienia.
Gówno prawda.
Był winien.
Doskonale o tym wiedział, jednak zbyt wielka duma nie pozwalała mu na przyznanie się do błędu.
Powrót do Smoczej Góry zajął im praktycznie dzień marszu, bez odpoczynku. Wymieniali się jedynie krótkimi spojrzeniami, aż nie otoczyło ich znajome zimno murów. Pokój Tyrella po ostatniej naradzie nie nadawał się do niczego, więc siłą rzeczy kierowali kroki do nory Pradawnego. Mężczyzna z przymrużeniem oka traktował wszelkie wyrzuty, jakie robił mu anioł odnośnie zdemolowanego pokoju. Nie zamierzał mu nic naprawiać, chociaż szczeniackie spojrzenie Tyrella niejednokrotnie prawie go złamało.  
Rzucił na łóżko brudny i śmierdzący bezrękawnik, opadając tuż obok niego na twarde posłanie. Zamknął z wycieńczenia oczy, nie mając ochoty na żadne kłótnie. Napływ niewyjaśnionych spraw wisiał nad nim skazańczo, dlatego też po krótkiej chwili podniósł się ze spartańskiego łóżka i począł ściągać z siebie przesiąknięte od krwi ubrania. Odwrócony plecami, wpatrywał się w swoje szorstkie i brudne od ziemi dłonie, a dopiero później prześliznął wzrokiem po oplatających ciasno tatuażach. Krew zakrzepła, a nowe nabytki wyglądały przyzwoicie. Najwidoczniej neutralizator zadziałał tak jak obiecywał mu Żmij.
Szelest za jego plecami przypominał mu o obecności anielskiej zwierzchności. Odwrócił się i wpatrywał w poparzoną twarz chłopaka. Cisnące się pytania na chwilę zamarły niewypowiadane.  Zbliżył się do niego, pokonując dzielący ich dystans w dwóch krokach. Palcami złapał za podbródek anioła i uniósł go nieco do góry.  Odwrócił kilka raz na boki jego głowę, bliżej się przyglądając znamionom. Stać to się musiało stosunkowo nie dawno, zapewne wtedy kiedy sam przepadł. Powątpiewał, aby Tyrell udał się na jego poszukiwanie i w efekcie został tak brutalnie okaleczony. Chociaż kto wie. Altruizm tego skrzydlatego czasem go porażał.
Co ci się stało? — zapytał lekko zachrypniętym głosem. Potrzebował się napić wody.  Potrzebował się wykąpać. Potrzebował wszystkiego. A przede wszystkim potrzebował snu. Stan fizyczny w jakim obecnie się znajdywał, opóźniał jego reakcję, a także poziom wiecznie podwyższonej agresji w stosunku do stróża. Czuł zmęczenie każdym mięśniem, każdą tkanką. Ciężkie powieki, lekko zasłaniały złote ślepia, które wywiercały dziurę w czaszce hydry.
Kto ci to zrobił? — W krótkim czasie padło kolejne pytanie.
Czy to cię naprawdę interesuje, Shane? Może.
Czy w końcu zacząłeś brać odpowiedzialność za tego dzieciaka? Nie. Nie wiem.
A może, zaimponowała ci jego upartość i wytrwałość względem twojej osoby? Stul ryj.
Tyrell faktycznie zrobił na nim spore wrażenie. Od ich pierwszej i za razem ostatniej rozmowy w kasynie Marceliny, minęło naprawdę sporo czasu. Od tamtego momentu przestali się ze sobą komunikować, a Shane warczał na chłopaka przy każdej sposobności. Pomimo niewybrednego zachowania podopiecznego, ośli upór Tyra najwidoczniej w końcu zaowocował.
Mężczyzna ze spokojem obserwował utytłaną w syfie twarz młodszego, nic więcej nie mówiąc. Czekał aż ten zamierza wszystko wyśpiewać. Mimowolnie przesunął kciukiem po spierzchniętych wargach anioła, wokół których również roztaczał się dym spalenizny.

_________________



Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.



Shane
-----------
Pradawny    Opętany

avatar

Liczba postów : 984
GODNOŚĆ : Shane.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Tyrell on Wto Sty 24, 2017 7:32 pm
Półmrok jaki panował w pomieszczeniu pokrywał sylwetki najemników rzucając ich długie cienie na ściany i na drzwi przez które weszli. Kiedy przejście się zamknęło, a pokój okrył mrok, na krótką chwile, Tyrell nie był wstanie zobaczyć nic; tylko wisząca pełnia księżyca, gdzieś na czarnym niebie rzucała wystarczająco dużo światła, by mógł po omacku zrobić kilka kroków w przód i ominąć potencjalne przeszkody. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności już po paru chwilach. Źrenice rozszerzyły się, a on spokojnie rozejrzał się dookoła, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Gdzieś na stoliku zauważył stojącą świece, spojrzał na nią uważnym wzrokiem, a lont w jednej chwili zajął się ogniem. Na pobliskiej ścianie wielki cień tańczącego płomienia sięgał sufitu.
  A potem usłyszał kroki. Pokonały pomieszczenie tak szybko, że chłopak nie zdążył obrócić głowy. Szorstkie palce Shane'a ujęły jego podbródek, a ten szybko odnalazł jego wzrok. Wzdrygnął się i na chwile stracił rezon. Był najemnikiem już jakiś czas. Zamieszkał w ogrodzie kości, niekończących się murów, za którymi każdy mógł wieść dostatnie życie, jeśli miał w sobie dość odwagi i męstwa. Słabości Tyrella, do których się przed sobą szczerze przyznawał, stanowiły na początku drobne przeszkody, ale do pokonania, dzięki stalowej masce, która nauczył się nosić na swojej twarzy.
  Shane przyjrzał się policzkom Tyrella, a ten wyraźnie ściągnął wargi. Plama na jego twarzy była zaogniona. Mokra. W niektórych miejscach pokryta żółtą mazią. Piekło przy każdym najmniejszym ruchu, jakby ktoś obrywał go ze skóry. Ale nie drgnął. Nie potrafił wytłumaczyć jaka cząstka jego ciała pozwalała Pradawnemu na ten dotyk. Od kiedy pamiętał cierpiał na Afenfosmofobie. Miał po prostu większą sferę prywatności od innych i źle reagował na przypadkowy kontakt z ludźmi. Jednak dotyk nieznanych mu osób i nie dotykających go z premedytacją nie był aż tak dokuczliwy. Dlatego podczas wykonywanej pracy medycznej nie czuł tak wielkiego stresu. Przypadkowe otwarcie się ramieniem. Złapanie za rękę. Oczywiście za każdym razem było to "niekomfortowe". Czuł się jakby cały czas był przygotowany do ucieczki. A teraz? Nie odsunął się, nie wyrwał z uścisku, tylko patrzał. Zależało mu aby zobaczył, że zmężniał? Że potrafi pokonać swoje słabości? To było dla niego tak zagmatwane, tak niesprecyzowane. Znów poczuł dziwny bezwład, jak wtedy w lesie.
  — Czy nazwisko sprawcy coś by zmieniło?
Zauważył to spięcie mięśni twarzy?
Musiał zobaczyć.
Syknął krótko, szczerze nienawidząc Shane'a za te psia zdolność wyczuwania w drugim człowieku słabości. Uniósł wzrok. Nawet teraz w chwili całkowitego zaskoczenia, twarz Tyrella wydawała się twarda i nieodgadniona. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie odpowiedzieć mu tak, by uniknąć odpowiedzi. Z uwaga śledził jego złote, dzikie tęczówki, z niewielka doza satysfakcji. Oczy Shane'a spoglądały na niego z intensywnością i przytomnością, które nie pasowały do tak zmęczonego ciała. Już zdążył zauważyć liczne zadrapania na jego ciele i pogłębioną chrypę w głosie. Ciężki oddech. Tyrell wpatrywał się w nie uważnie, próbując odczytać wiadomość, którą Pradawny miał mu najwyraźniej do przekazania. Chwilę trwał tak w stanie milczącego zrozumienia tej mowy oczu.
  — Byłem w terenie. Spotkałem pewnego pustelnika i wted---
  Urwał zdając sobie sprawie, że kolejne słowa, które miał mu do przekazania nie mają najmniejszego sensu. Wszystkie fragmenty wspomnień do których chciał powrócić pamięcią rozsypały mu się w czaszce. Nie był wstanie poskładać zamglonych obrazów. Czuł się jakby czytał książkę, co kilka stron. Nic nie trzymało się całości. Nic nie było logiczne. Zmarszczył brwi. Poczuł jakiś ruch w plecaku. Zerknął kątem oka za siebie, ale nic się nie stało.
  — Dobra. — Zamierzał zaryzykować. — Uwierzysz mi jeśli powiem, że zostałem otruty, odurzony i przeszedłem ponad trzydzieści mil w towarzystwie starca sięgającego mi do brzucha i gadającego królika w garniturze?
  W końcu parsknął. Było to tak nagłe, że sam zaskoczył się swojej reakcji. Zahaczył przez to zębem o jego palec. Czy to możliwe, że jakikolwiek uśmiech mógł przeciąć jego maskę powagi za która się ukrywał? Przy słabym świetle łojowej świecy jego uśmiech nie był zwyczajny. Był ostry jak skalpel, ale nie wyzywał przeciwnika na pojedynek. Był niewinny, ale zbyt nieperfekcyjny, jak u osoby, która nie za bardzo wie jak się go używa.
  Kiedy dłoń Shane'a zsunęła się z jego ust, wyprostował się i spoważniał. Dotknął jego skóry na czole. Była gorąca i mokra od potu.
Jak myślałem. To grypa.
  Obrócił się lekko aby ściągnąć ze swoich ramion torbę, wyciągnął z przedniej kieszeni parę potrzebnych rzeczy i ustawił na stoliku. Plecak położył ostrożnie na łóżku.
  — Nie powiedziałeś mi gdzie zniknąłeś. Nie było cię tydzień.
  Stojąc przy drewnianym meblu skupiał się na przelewaniu substancji z butelki do miski, kątem oka śledził sylwetkę Pradawnego, szybko zauważając czarne tatuaże na jego rekach. Wyraźnie ściągnął brwi.

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics