:: M3 :: Centrum

Strona 1 z 9 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Go down


Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 28/6/2014, 17:53
    Prócz tego jakże ujmującego faktu, że sklep spożywczy, jest spożywczym sklepem, ma jeszcze jedną zaletę. Budynek sam w sobie posiada dwa piętra i o ile parter przeznaczony jest na mnóstwo nowoczesnych półek z soczystymi, świeżymi owocami i warzywami, tak kolejne warstwy to dokładnie dwa całkiem spore mieszkania.

    Parter.
    Biały szyld z czarnym, starannie wygrawerowanym napisem: „Sklep u Sue” zapraszał do pięknie wygospodarowanego pomieszczenia. Obszernego, lekko chłodnego, o jasnych ścianach i podłodze. W oczy natychmiast rzucały się jasnoniebieskie meble, na których poustawiane są idealne piramidki z pomarańczy lub arbuzów, sterty marchwi jak kłody – jedna na drugiej i wiele, wiele innych, równie czarująco wyglądających owoców i warzyw. Gdzieś na końcu stoi ładnie wystrojona Japonka po trzydziestce, o szczupłej sylwetce, uśmiechu prezenterki pasty Colgate i długich, kręconych, czarnych włosach. Miła i profesjonalna, ubrana bardzo schludnie.

    Sklep czynny codziennie od 7 do 21, w niedziele zaś od 9 do 20.

    Pierwsze piętro.
    Mieszkanie zajmowane przez Sue – właścicielkę sklepu spożywczego.

    Drugie piętro.
    Mieszkanie wynajmowane przez Tashiko Irakawę. Trzy duże pokoje, w tym pomieszczenie niezajmowane przez nikogo, salon i pokój Tashiko. Kuchnia i łazienka. Wszystko bardzo nowoczesne i takie tam.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 28/6/2014, 18:21
Oooo nieee ― Tashiko zachichotał głupkowato, przyglądając się obitej twarzy nieznajomego chłopaka, opartej o ramię Syona. ― Nie ma mowy. Nie chcę kłopotów, Syon. Nie. Nie wchodź. Nie... ugh. Ale nie poplam podłogi. Jest warta więcej niż wasze zapchlone życia razem wzięte ― burknął czarnowłosy, zamykając drzwi za intruzem.
Syon odszukał skórzaną kanapę w kolorze węgla i to na niej położył nieprzytomnego Ailena.
Ale jesteś pewien, że nikt was nie widział? ― zapytał zaraz Tashiko, zarzucając na nagi tors t-shirt bez nadruku. Widząc potwierdzenie, było mu już wszystko jedno, co dzieje się w jego mieszkaniu, póki nie będzie musiał tego sprzątać. Przeszedł do kuchni, by włączyć ekspres do kawy. Zapowiadała się bezsenna noc.
O nie, nie, nie! ― warknął Tashiko z kubkiem czarnej w dłoni, widząc jak białowłosy stawia miskę z wodą tuż przy kanapie. ― Nie ma mowy.
Jesteś mi coś winny za bycie chujowym informatorem.
Mężczyzna prychnął, wyraźnie podirytowany tym stwierdzeniem. Ale taka prawda. Jako Łowca zawarł prostą współpracę z Growlithe'em, a mimo to, od paru tygodni nie dowiedział się niczego. Poza tym czuł się zobowiązany, aby im pomóc. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że był pod władzą Nyanmaru, a to ona musiała. Swoją przywódczynię szanował ponad życie, więc jeśli to miało być wystawione na próbę „bycia” lub „niebycia”, bez wahania podejmował ryzyko. Oparł się o mleczną ścianę, przykładając kubek gorącej kawy do ust i przyglądając się, jak Growlithe materializuje w dłoni czarny nóż i pozbywa się niepotrzebnych spodni.
Gdy trzeba było, słowa były zbędne. Tashiko odstawił kubek, pomaszerował po apteczkę, a później ukląkł obok poszkodowanego, co jakiś czas podając białowłosemu bandaż, plaster, środki do dezynfekcji czy agrafki. Nie było w tym żadnego profesjonalizmu, ale Growlithe zdawał się wiedzieć, co robi. Czarnowłosy chwycił za żółte kawałki materiału, aktualnie praktycznie całkowicie zabarwione na bordo i poszedł wyrzucić ze skrzywieniem godnym panienki widzącej robaka. Po powrocie, zajął się dalszym romansem z kawą, co jakiś czas przyglądając się, jak Syon obmywa twarz chłopaka. W pewnym momencie skrzywił się, kiedy dane mu było usuwać szkarłat z jednego z policzków.
Ramię ci drży ― zauważył Tashiko, siadając (a w sumie uwalając się) na fotelu i włączając telewizor. Wyszczerzony wampir rzucał się właśnie na piszczącą nastolatkę. Zmienił kanał. ― Coś poważnego?
Czepiasz się.
Ey, chyba przysługuje mi prawo, żeby dowiedzieć się o co poszło, nie? To moje mieszkanie. Masz mi coś do zarzucenia?
Tylko ręce na szyję. Idę się odlać ― parsknął białowłosy, wstając z miejsca i przykrywając Ailena ciepłym kocem, dotychczas złożonym w idealną kostkę u jego bosych stóp. Sam poszedł do łazienki, zostawiając Charta na nieprzyjemność przebywania w tym samym pomieszczeniu co Tashiko i jego egoistyczna dupa, która okazała się ciut mniej egoistyczna, gdy zaoferował swoją pomoc – uznał, że może popilnować stanu Ailena, by Growlithe mógł odpocząć w wolnym łóżku. W odpowiedzi ujrzał tylko ziewającego Growlithe'a, który odwraca się na pięcie i odmaszerowuje na spoczynek.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 28/6/2014, 21:11
Gdy tylko Daisuke odsunął rękę, Ai siłą rzeczy rąbnął boleśnie na ziemię i zaczął kaszleć, próbując desperacko zaczerpnąć powietrza. Romans przedramienia Szczura i gardła Kota był krótki i tak samo niepoprawny, o ile niepoprawne było uczucie podduszenia i paniki, jakie niemal natychmiast obudziło się w głowie Levelu E. Po raz setny, nie, tysięczny przeklinał Los, który nie raczył zaopatrzyć go w posturę godną kulturysty, czy choćby moc lepszą, niż zmiana w puchatego kotka. W tej walce nie miał absolutnie żadnych szans. Tak łatwo było odebrać mu siły i zwalić z nóg. Paraliż minął niemal całkowicie i choć pozostawił po sobie dziwne uczucie, które do teraz tępiło zmysły Kota, to jednak ta pozostałość nie mogła równać się nagłej fali bólu, która teraz doszczętnie przykryła jego ciało. To śmieszne, że ledwie trzy sekundy temu był w stanie pomyśleć, że takie nadprogramowe znieczulenie było czymś dobrym. Szczerze powiedziawszy wolałby mieć styczność z niczym nie stłumionymi ciosami od samego początku, aniżeli teraz tak nagle zostać zaatakowanym pełną mocą. Zupełnie tak, jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody, z tą różnicą, że krople, które z niego skapywały, miały kolor soczystej czerwieni.
Uśmiech blondyna zaczynał go szczerze obrzydzać. Ailenowi także zdarzało się być okrutnym, ale on nigdy nie wyszczerzał się, jak jakiś psychol, kiedy przychodziło mu odbierać komuś zdrowie lub życie. Jednak to wkrótce miało się zmienić. O ile przeżyje to spotkanie, już zawsze będzie chodził po świecie z sympatycznym wyszczerzem na twarzy. Zupełnie tak, jakby nagle dostał oświecenia. Tak. Uwierzył w Jezusa! Zaczął głosić miłość do bliźniego! Czujecie tą podnietę Aniołów na dźwięk frazy „Nawrócony Wymordowany?!”. Toż to piękne.. nope. Nie ma tak dobrze. Przekonania Kota zostały nienaruszone. Jedyne co się w nim zmieniło to pozytywny akcent wyryty w bardzo niepozytywny sposób na jego policzku. Kurwa. Do końca życia z emotikoną na twarzy. Od dziś równie dobrze można wykorzystać mordę Kota, jako nowy obrazek do komunikatorów internetowych.
„- Siema Bob! Co tam? *tutaj wstaw ryj Ailena*”, bo „:)” jest zbyt mainstreamowe.
Zawył żałośnie, drżącymi rękami przysłaniając zdewastowaną twarz. Za późno zorientował się, że jakiekolwiek, nawet lżejsze dotknięcia, wywołują kolejną salwę bólu. Jego twarzy była purpurowa, a z nosa intensywnie ciekła mu krew, tylko utwierdzając w fakcie, że na chwilę obecną stanowił wyłącznie kolejny element oszpecający jego mordkę. Do oddychania się nie nadawał. Kolejny koci syk wyrwał się z jego gardła, kiedy bezceremonialnie został wrzucony do kontenera na śmieci. Metalowe puszki i inne interesujące różności wbiły mu się w plecy, wykrzywiając twarz w kolejnym cierpiętniczym grymasie, który już po chwili miał nabrać nowego wymiaru. Ból. Przeszył jego ciało jak strzała, wymuszając na nim następny żałosny pisk. Jak on nie cierpiał krzyczeć. Wyglądał bezbronnie, jednak w żaden sposób nie chciał się tak czuć. W tej sytuacji był bezsilny. Klapa została zamknięta, jego krzyki stłumione, a paskudny posmak krwi tylko ukołysał go do snu. Powiercił się niespokojnie, desperacko próbując dosięgnąć góry kontenera, jednak za każdym razem gdy wykonywał jakiś gwałtowniejszy ruch, zakręcało mu się w głowie, a mroczki skutecznie przysłaniały mu cały obraz.
Nie trwało długo, nim stracił przytomność.
Nie śni nawet gdy kładzie się spać w normalnych okolicznościach, więc nic dziwnego, że nie zaszczyciło go nic innego, jak tylko ciemność, kiedy przyszło mu wyzbyć się świadomości w towarzystwie worków na śmieci. Smród był okrutny, a mimo to jego powieki i tak ciężko opadły, obtulając Kota błogim stanem podobnym do snu. Przynajmniej teraz nie czuł tego bólu, który tak uparcie kąsał go po ciele. Właściwie.. nie czuł niczego. Kompletnie nie zdawał sobie sprawy, co dzieje się z jego okaleczonym, kruchym ciałem. Nie zorientował się, że ktoś w końcu wyciągnął go z kontenera. Kładąc na skórzaną kanapę, nie wyczuł najmniejszej różnicy w zmianie położenia. Opatrzone rany z pewnością będą piec mniej, jednak w tej chwili Ailen i tak wydawał się nimi niewzruszony. Blady, poobijany, z mocno okaleczoną buźką, wyglądał, jak jakieś zwłoki. Tak, martwe dziecko wyjęte spod pędzącego samochodu. A samochód to wóz cyrkowy, stąd ten absurdalny, wyryty na policzku uśmieszek. Szczęście, że chociaż pozbyli się banknotu z jego ust, bo wtedy cała ta sytuacja wyglądałaby jeszcze bardziej źle.
Nagle.. ciemność została czymś stłumiona.
Krzyk.
Ktoś kogoś morduje.
Piski.
Zawodzenie.
Znowu błoga cisza…
… kolejny strzał!
Ailen chcąc czy nie chcąc otworzył natychmiastowo oczy, z wyraźnym niepokojem i strachem przelatując wzrokiem po pokoju, który w żadnym stopniu nie był mu znany. Niepokój, który teraz go ogarnął skutecznie wyrył na jego zmęczonej, poobijanej twarzy cień strachu. Gdzie ja do cholery jestem!? Sufit. Pokój… Niemrawo poruszył dwoma palcami, chcąc wyczuć materiał pod opuszkami palców. … jest nowoczesny. Jestem w M-3. Skóra. Leżę na kanapie? Ugh.. jest niebezpiecznie! Zdążyło przelecieć mu przez myśl, kiedy jego wrażliwy słuch po raz kolejny został skrzywdzony nieprzyjemnie wysokimi dźwiękami. Następny krzyk niewiasty zmusił go do przechylenia głowy na bok, co w gruncie rzeczy okazało się bardzo męczące i bolesne. Telewizor? Jego mętny wzrok zaczął się powolutku wyostrzać. Zauważył włączone urządzenie i pewnego jegomościa, który relaksuje się, wlepiając wzrok w scenę morderstwa. Serce Ailena niemal natychmiast zaczęło bić dwa razy szybciej, kiedy tylko zorientował się, że został rozebrany do rosołu.
- Co do kurwy..? - wycharczał cicho przez zaciśnięte zęby, próbując ustawić się w pozycji siedzącej. Zły pomysł. Wbił palce w skórzane obicie kanapy, z trudem powstrzymując się przed kolejnymi cierpiętniczymi jękami. Jego wściekły, acz dalej wyraźnie zdezorientowany wzrok zawisnął na postaci czarnowłosego. – Ty jebany skurwielu… – zuchwałe odzywki, jak na kogoś, kto ledwo potrafi samodzielnie obrócić głowę w stronę dobiegających dźwięków, ale za to bardzo w stylu Ailena.
Nie miał przy sobie nic, włączając w to siły, więc jego nieme groźby morderstwa, niestety nie mogły liczyć na szybką realizację. Kurt starał się stanąć na nogi i czym prędzej zwiać, nie bacząc na obrażenia. Oczywiście szło mu gorzej, niż źle, co finalnie doprowadziło do tego, że nawet nie opuścił kanapy.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 28/6/2014, 21:46
Shatarai położyła się na łóżku obok niego, długim na półtora metra ogonem przykrywając  nie tylko kawałek jego pleców, ale również przebiegając przez szyję Wymordowanego, przez co sama kita układała się w idealnie zaokrągloną literę „S”. Growlithe'owi sen przychodził równie łatwo, co go opuszczał. Wystarczył moment, w którym jego policzek przylgnął do białej poduchy wielkości jego samego, by odpłynąć i utopić się w rwącej rzece wspomnień i koszmarów. Rozciągnięte twarze, pozbawione skóry, powyłamywane kończyny, czołgające się fragmenty zgniłych ciał.
Growlithe twardym krokiem brnął kruczą ścieżką, zdającą się lewitować na niemożliwej wysokości. Bez żadnych fundamentów czy oparcia – jedynie jako wąska wstęga przecinająca ciemnoszare, dymne otoczenie. Z obu stron drogi, niby rozbitkowie, nocne mary chwytały się brzegów i bezskutecznie próbowały podciągnąć na grunt, niejednokrotnie wyciągając szponiaste łapy ku bosym stopą białowłosej, niewzruszonej postaci. Głowy pozbawione ciał, ogromne i nieszczere, przypatrywały się mu wyłupiastymi, zakrwawionymi oczami, co jakiś czas otwierając szczęki pozbawione skóry i wywalając podziurawione przez robaki jęzory.
„Szybciej”.
To jedyne słowo, jakie wyryło się w umyśle śniącego, który przyspieszył nagle kroku i rzucił się jak pocisk Cruise przed siebie, wysuwając nogi coraz mocniej, aż chód przemienił się w szaleńczy bieg. Na końcu drogi lśniło słabe światełko. Malutki świetlik, który rósł i rósł, z chwilą, jak przebywał kolejne metry abstrakcyjnej, mrocznej trasy.
Aż w końcu droga skończyła się, choć nie zdążył tego zarejestrować. Noga wdepnęła w nicość, a on runął ku oślepiającemu światłu, które wypluło go w innym świecie – czystym i bezpiecznym. Jasne kafelki, na których wylądował były chyba jedynym fragmentem „pomieszczenia”. Zewsząd unosiła się mgła. Tylko przed nim majaczyła jakaś postać. Kiedy się do niej zbliżył, nieznajomy nabrał rysów twarzy i kolorów. Na policzkach wykwitł delikatny rumieniec, włosy nabrały czerni, oczy koloru mlecznej czekolady.
I ten ironiczny uśmieszek, który w rzeczywistości był serdeczny i ciepły. Growlithe zamrugał zaskoczony.
Garet! ― krzyknął, ponownie przyspieszając kroku.
Garet stał przed nim w lnianych spodniach i białej koszuli. Był boso. Przyglądał się mu i pozwolił chwycić za ramiona, gdy Growlithe dopadł wreszcie od niego. ― Jesteś! ― jęknął, choć ciszej, chcąc przygarnąć przyjaciela do siebie. Przytulił go mocno i choć początkowo Garet odwzajemnił uścisk, zaraz Growlithe poczuł, jak w plecy wbijają  się jego paznokcie, zaostrzające się i rosnące z zaskakującą szybkością. Zadrżał, zerkając na bok. O jego ramię opierała się czarna, zwęglona twarz z oczami bez powiek i ustami bez warg. Zęby szczerzyły się do niego, choć między nimi przewijały się białe, pełgające larwy. Poruszył ustami, ale głos zdawał się dobiegać zewsząd.
- … yon...  !
Growlithe poczuł nagle ostry ból głowy.
Zdawało mu się, że ledwie mrugnął, a sceneria zamieniła się ponownie na pokój Tashiko.
SYON! TWOJA PANNA SIĘ OBUDZIŁA! ― wrzasnął czarnowłosy z drugiego końca domu. Growlithe odetchnął cicho, przesuwając palcami po zmęczonej twarzy. Shatarai, która nie odstępowała go na krok raz jeszcze uraczyła jego uszy koszmarnym śmiechem prawdziwej zołzy.
Złe sny, Wo`olfe?
Daruj sobie.
Wiedział, że to jej sprawka. Potrafiła dowolnie manipulować jego umysłem wtedy, gdy nie stawiał oporu. Niejednokrotnie chwytała za wodze, jeśli nie starczało mu sił. Prawdę mówiąc, Growlithe nienawidził zasypiać, ze świadomością, że Shatarai nie śpi. Ona jedna zdawała się być na tyle żywym tworem, aby próbować mu się przeciwstawić.
Grow, do cholery!
Growlithe zrzucił kołdrę i zsunął bose stopy z łóżka. Nawet nie zauważył, kiedy zdjął buty, ale uznał to za nieistotne. W zasadzie najchętniej jeszcze by sobie poleżał, ale desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi wychodziła Tashiko całkiem nieźle. W końcu dźwignął swoje szanowne litery i wyszedł, wsuwając dłoń pod materiał zmiętego t-shirtu. Przesuwał właśnie paznokciami po brzuchu, drugą rękę wplatając w rozczochrane, śnieżne kosmyki i starając się je odgarnąć z czoła.
Jego zaspany wzrok trafił na Ailena dokładnie w momencie, w którym noga przecięła linię między korytarzem, a salonem.
Oh ― wymsknęło mu się. Zdążył jeszcze na ostatnią próbę  opuszczenia skórzanej kanapy. ― Śpiąca królewna... kto obudził cię pocałunkiem?
Syon, twój dupek nazywa mnie „jebanym skurwielem”! ― żachnął się Tashiko, wciąż siedząc w fotelu i wywijając pilotem, kreślił w powietrzu wyrazy swojego niezadowolenia. ― Powinien być grzeczniejszy, w końcu jest MARTWY!
Fakt, chamstwa nic nie tłumaczy. Mimo wszystko... jeszcze nigdy nie widziałem go takiego uradowanego ― Syon odwrócił się ponownie ku Ailenowi. Skrzyżował ręce na torsie i oparł się zdrowym ramieniem o framugę drzwi. Jego nieprzystępny wzrok wbity był w opuchniętą twarz Charta, naznaczoną uroczym uśmieszkiem. ― Zero wdzięczności, co, szczeniaku?


Ostatnio zmieniony przez Growlithe dnia 3/7/2014, 12:58, w całości zmieniany 1 raz


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 28/6/2014, 23:21
Nie jest dobrze.
Szczerze powiedziawszy, miał déjà vu. Powieki z trudem powstrzymywały się przed spektakularnych opadnięciem, najmniejsza zmiana mimiki wywoływała paskudny ból i wrażenie ściągnięcia twarzy, a nogi drżały za każdym razem, kiedy Ai wykonywał choćby najmniejszy ruch. Rany miał poważne. No, może niekoniecznie zdolne zaserwować mu drugą w życiu śmierć, jednak trzeba przyznać, że przy tak drobnej posturze mogły prezentować dosyć ciężko. W końcu wyglądał jak dzieciak. Cerę miał delikatną i jasną.. dokładnie. Miał. W chwili obecnej odznaczają się na niej tylko paskudne fioletowe sińce, liczne rozcięcia i niedokładnie starta krew, która dalej zdobiła jego podbródek. Nie należy też zapominać o sławnym uśmiechu, który stanowił jedyny radosny element na jego twarzy. Nos miał kompletnie roztrzaskany, przez co został zmuszony do oddychania przez usta. Ciężkie sapanie tylko zdradzało jego podenerwowanie, które w tej chwili dosyć dobitnie dawało o sobie znać. Wyglądał jak poturbowany, przerażony kocur, któremu ktoś właśnie wpuścił psa do klatki. Czuł się jak bezsilna ofiara, która nie jest w stanie niczego zrobić. Co mu to przypominało? Napad w Desperacji. Niestety zaszczytny tytuł członka Psiarni tym razem nie odegrał w ów napadzie żadnej roli, gdyż w tamtejszym czasie, to nie Ailen był agresorem. Ktoś śmiał podnieść na niego rękę, okraść, a dodatkowo brutalnie zostawić z twarzą w śniegu. Gdyby nie Ryan z pewnością dzisiaj jego żywot byłby tylko wspomnieniem. To zabawne, że po kilku miesiącach od tego wydarzenia, życie zgotowało mu niemal identyczną sytuację, która niewiele różniła się od ówczesnego zdarzenia. W obu historiach był motyw z kradzieżą, bijatyką, upokorzeniem i bestialskim zostawieniem w miejscu, gdzie nikt nie powinien znaleźć jego truchła. Los naprawdę chce go załatwić w ten sposób?
Twoja panna się obudziła?
W tej sytuacji zabrzmiało to dla Ailena bardzo źle. Był zbyt zdezorientowany, żeby zwrócić uwagę na imię, które wypowiedział tajemniczy brunet, jednak wystarczająco trzeźwy na umyśle, aby skojarzyć ze sobą pewne fakty. Miał na sobie tylko bokserki, osłabienie nieźle dawało mu się we znaki, w obcym dla niego domu przebywała więcej, niż jedna osoba, nie licząc jego samego. Jak łatwo byłoby go teraz wykorzystać, prawda? Nie ma co mu dziwić. Charakterek wykształcił mu się w Desperacji, a tam takie występki były na porządku dziennym. Nic więc dziwnego, że zanim Wilczur uraczył dwóch ciemnowłosych swoją obecnością, spanikowany i cholernie zdenerwowany Kurt, pocisnął Tashiko jeszcze kilkoma niezbyt ładnymi określeniami, łapiąc się za bolące czoło. Trwał w pozycji siedzącej, a im bardziej się kręcił, tym więcej mroczków przysłaniało mu widok, a to nie wróżyło niczemu dobremu.  
W końcu usłyszał znajomy sobie głos. Natychmiastowo podniósł głowę i wyostrzając wzrok, stwierdził, że ma przed sobą przyjaciela. Kamień z serca. Od tej chwili oddech zaczął mu się uspokajać, a spojrzenie wyraźnie nabrało nuty tej charakterystycznej ulgi. Ufał Growlithe’owi, a skoro widział go tak spokojnego, wiedział, że wszystko po prostu musi być w porządku. Mimo wszystko taki potulny wyraz twarzy nie utrzymał się zbyt długo, bo Ai już po chwili przybrał to swoje zimne, oschłe nastawienie.
„Tęskniłem!”? „Jak ja się cieszę, że Cię widzę!”? „Grow! Dziękuję Ci!”?
- Co to za typ? – zapytał zdecydowanie cichszym, wyraźnie zmęczonym tonem, mając wlepiony wzrok w postać białowłosego. Tashiko mógł poczuć się nieco.. olany i niedoceniony. A Ai? No tak. Pokrzyczał, pogroził… aż w końcu stracił na energii, której i tak nie miał za wiele, a teraz przyszło mu użerać się z zawrotami głowy i rozrywającym bólem. Grunt, że skoro trochę się uspokoił, na nowo zaczął zachowywać się jak na niego przystało. Krótkie, szybkie pytania, beznamiętne spojrzenie, które choć na pierwszy rzut oka wydawało się mocno zdystansowane, to jednak natarczywie domagało się odpowiedzi. – Nie lubię go.
Jeszcze nigdy nie wiedziałem go takiego uradowanego.
Jak na komendę delikatnie przyłożył rękę do swojego policzka i wybadał jego powierzchnię opuszkami palców. Skrzywił się, ponieważ rana dalej była świeża i piekła równie mocno, co w momencie cięcia. Swoją drogą, faktycznie był świadomy, gdy naznaczono go takim uroczym akcentem, jednak nie miał możliwości, aby poznać jego kształt. Dopiero teraz wyczuł, że żart Wilczura miał jakieś głębsze odniesienie do jego wyglądu.
- Śmieszne w chuj. ...brzydalu Syknął, przyglądając się swoim poobijanym ramionom i torsie. Było ciemno, jednak blask telewizora jasno oświetlał jego zranione ciało. – Zimno. – rzucił, podnosząc delikatnie głowę, aby jeszcze raz obrzucić Wilczura śmiałym i w gruncie rzeczy dosyć niegrzecznym spojrzeniem. Cóż, Grow mógłby odebrać to jako brak szacunku, jednak Ai taki już po prostu był. - Wdzięczności…? - zapytał, lekko unosząc brew w geście zdziwienia. Tak, to zły pomysł. Niemal natychmiast spuścił łeb, żeby ukryć kolejny grymas. - Właściwie, jak ja się tutaj znalazłem? – zapytał cicho, czując, że piecze go nawet język. Najprawdopodobniej banknot, który Garrett wcisnął mu do pyska, skaleczył go. - Gdzie jestem?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 29/6/2014, 00:28
Nie spodziewał się krzyku euforii w chwili swojego wejścia, ale widok naburmuszonego Ailena i tak sprawił mu pewien cień chorej satysfakcji. Wcale nie przejmował się tym, że chłopak się wybudził ― a to nie było takie pewne ― czy tym, że był na tyle silny, aby podnieść się chociaż do siadu. Krzywego, bo krzywego, ale to wciąż zmiana pozycji, przez poturbowanego dzieciaka. To pozytywy, których nawet nie wziął pod uwagę, w ogólnej segregacji myśli. Przyjemność sprawiła mu tylko świadomość, że szczeniak jest bezbronny. Że mógłby zrobić wszystko i każda z przebywających w tym domu osób to wiedziała. Mimo to grzecznie siedział przy swojej budzie, nie tknąwszy zdobyczy choćby na ułamek sekundy, choć wraz z kolejnymi odszczeknięciami Wymordowanego, pozostanie przy obecnym stanie rzeczy zdawało się coraz bardziej złudne.
Growlithe zazgrzytał zębami, wciąż przyglądając się barwnej buźce, posyłającej w jego kierunku urzekający uśmiech. Było w niej coś psychopatycznego. Coś, czego sam Growlithe nie chciał odkrywać, ale przy tym wiedział, że będzie to nieuniknione. Z pomocą Ailena czy bez niej ― czuł się w obowiązku, aby zapłacić jakiemuś padalcowi pięknym za nadobne, a dopóki Kurt grzał grzędę pod jego szczeblem, tak obejmował go ten wątpliwy zaszczyt bycia pod skrzydłami Wilczura.
Też cię nie lubię ― warknął marudnie Tashiko, wtulając się w oparcie fotela z taką miną, jakby właśnie otrzymał batem przez plecy. Uciszył się, choć nie do końca oddał się oglądaniu telewizji. Jednym uchem wciąż śledził dialogi, jakie rozbrzmiewały w ładnie zagospodarowanym pokoju.
To? ― podłapał białowłosy, ruchem brody wskazując na obrażonego Tashiko. ― To osoba, która uratowała twoje aroganckie dupsko. Nie musisz go wysławiać pod niebiosa, ani budować kapliczki, inwestując w tonę świec, ale dopóki grzejesz miejsce na tej kanapie, powinieneś zamknąć buźkę i grzecznie merdać ogonem, bo jeśli nas stąd wywali, to tylko na zbite pyski, a dodatkowych ran możesz już nie przeżyć, bohaterze ― zakończył kwaśno, odrywając się wreszcie od nieszczęsnej framugi. Bose stopy poczuły chłód, gdy Growlithe leniwym krokiem przecinał salon, aż w końcu natrafił na miękki, puchaty dywan, na którym stała nie tylko kanapa z zapakowanym na niej Ailenem, ale również niski stolik do kawy, pod którym piętrzyło się parę gazet, oraz fotel z Tashiko, który zresztą wstał i oznajmił wszem i wobec, że wybywa umrzeć na swoim wodnym łóżku. Tyle go widziano.
Białowłosy przysiadł na brzegu kanapy, starając się w żaden sposób nie stykać z przykrytym kocem ciałem skatowanego. Wsparł się po obu stronach dłońmi i wbił zmęczone spojrzenie w spuchniętą twarz Sullivan'a.
„Śmieszne w chuj.”
Skrzywione to twoje poczucie humoru, skoro nikt się nie śmieje. I przestań się tak wiercić ― syknął ostrzegawczo, przyglądając się, jak dzieciak maca pół twarzy, a potem jeszcze zajmuje się oględzinami klatki piersiowej, na której wykwitły szczególnie fioletowe kwiaty. Pozbycie się tego to nie kwestia dwóch dni... ― Zrobisz sobie większą krzywdę, niż oprawca. Komu ty znowu zalazłeś za skórę, Kurt?
Zamrugał nagle, gdy dotarło do niego znaczenie kolejnego słowa. „Zimno”. Wo`olfe, ze swoją wulkaniczną temperaturą nie posiadał takiego problemu. Żaden lód nie był wstanie ugasić żaru, który tlił się gdzieś na dnie jego hardego spojrzenia. Nawet teraz języki ognia zdawały się sięgać dwukolorowych oczu, nadając im blask, mimo panujących ciemności.
Przykryj się, durniu. ― Podniósł rękę i chwyciwszy w palce materiał miękkiego, ładnie pachnącego koca naciągnął go bardziej na ciemnowłosego, niemalże zarzucając przykrycie na jego tors. Nie zdziwiłby się, gdyby Ailena zbiła gorączka. Może to na jakiś czas zahamowałoby jego odzywki smarkacza.
„Wdzięczności..?”
Nieważne. I chwila. Jedno pytanie naraz... ― westchnął cicho, czując małe igiełki wbijające się w skronie. Miał wrażenie, jakby jego głowa wypełniona była kawałkami potłuczonego szkła, które ocierało się o siebie za każdym razem, gdy przechylał czerep. Wrażenie ostrego dźwięku było dla Wilczura nie do zniesienia. Pocieszała go tylko myśl, że mógł się przespać i w minimalnym stopniu zregenerować jęczące z powodu wyczerpania siły. Brakowało mu tylko świeżej krwi w organizmie i choć ta, która wciąż zdobiła twarz Ailena wysyłała mu jawne sygnały, zdusił chęć głodu.
Niepojęte ich szczęście, że przez sprawę z Nathanielem z Growlithe'a wyparowały wszystkie silne, gniewne emocje. Nie pozostało mu nic innego, jak zejście ze sceny i nałożenie kolejnej maski, odgrywając rolę, przydzieloną już parę wieków temu.
To dom Tashiko. Był najbliżej od miejsca, w którym zostałeś znaleziony. Nie wiem jakim cudem Tashiko zdobył się na taki gest, aby cię tu przetrzymywać. Miasto-3 nie jest bezpieczne dla Wymordowanych, już o Psach nie wspominając, ale póki nie wychylisz pyskatego pyszczka z mieszkania, nie musisz się obawiać Władzy. Masz sporo szczęścia, pechowcu. Nadal cuchniesz zgniłym jajem, ale jak tylko poczujesz się lepiej, trzeba cię będzie wykąpać. Umiesz nie kłapać dziobem? Buźka ci się szybciej zagoi. ― Jak na zawołanie jego ręka poklepała Ailena w policzek w pobłażliwym geście, choć zdawał sobie sprawę, że to niechybnie przysporzy przyjacielowi nowego bólu. ― Spróbuj przez dwie minuty nie zwalić się z łóżka. Przyniosę ci coś do picia.
Przeczesał wyblakłe z koloru włosy, podnosząc się z kanapy i idąc na moment zbudzić Tashiko, by wypytać o ewentualną obsługę czajnika. Poradził sobie całkiem nieźle jak na siebie, by faktycznie po niespełna dwóch minutach postawić gorący kubek herbaty na niski, szklany stolik przed miejscem spoczynku Ailena. Kubek z kawą dla siebie postawił po drugiej stronie, siadając na piętach tuż przy stoliku. Zacisnął palce na uchu naczynia i przystawił je do ust, aby zaciągnąć pierwszy łyk. Jego wyczekujący wzrok ponownie padł na poobijaną twarz Charta, jakby rzucał mu pytanie... nie, rozkaz wręcz, aby wszystko mu opowiedział.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 29/6/2014, 04:18
Zdezorientowanie brało nad nim górę. Pomimo, iż był trochę bardziej uspokojony, niż tą nieszczęsną minutę temu, dalej nie do końca wiedział, co się wokół niego działo. Owszem, rozpatrywał w swojej głowie mnóstwo sytuacji, jakie mogły mieć miejsce odkąd stracił przytomność, jednak trudno było mu myśleć o jakichkolwiek dobrych aspektach całego tego zdarzenia, kiedy ostatnim wspomnieniem jakie posiadał, była zamykająca się klapa kontenera na śmierci i paskudny posmak krwi, który nie opuszczał go aż do teraz. Jak wobec tego mógł myśleć o Tashiko, jak o kimś dobrym? Sądził, że jego wybuchowa reakcja na widok bruneta, była jak najbardziej na miejscu i choć zdarzało mu się być bardziej taktownym, ten rodzaj braku kultury uważał za dopuszczalny. W końcu wylądował rozebrany, poobijany i kompletnie wyprany z sił w jakimś obcym domu, obudziły o krzyki, jęki i piski, a on sam dopiero przed chwilą uświadomił sobie, że jakieś dwie, trzy godziny temu został wrzucony do śmietnika. Chyba miał prawo był w „delikatnie” złym nastroju, kiedy już odzyskał przytomność. Mimo wszystko, gdy w końcu do niego dotarło, że Tashiko również jest jego sprzymierzeńcem, po prostu się zamknął. Niemo przyznał Growlithe’owi rację, uznając, że dalsze narzekania na jego osobę są bezcelowe. Może gdyby nie był takim krnąbrnym dzieciakiem, wysiliłby się na jakieś przeprosiny… jednak nie. Okazywanie skruchy nie leżało w jego naturze, a dostateczną oznaką, że zmienił nastawienie był fakt, że po prostu nie komentował.
Wodził wzrokiem za Wilczurem, z trudem odrywając spojrzenie od własnych ran. Naprawdę do niego nie docierało w jak poważnym był stanie. Jak wcześniej było wspomniane, to za mało, aby skutecznie pozbawić go życia, jednak wystarczająco dużo, aby wywrzeć na Ailenie poczucie bycia w pewnym stopniu nieporadnym. Nie potrafił wstać, szybko podnieść ręki, nawet mruganie było katorgą przez opuchnięte powieki, ale mimo to wiercił się jakby miał owsiki, a wszystko dlatego, że cholernie nie chciał pokazywać, że rany w jakikolwiek sposób go ograniczają. Już raz robił za ofiarę, która wymagała stałej opieki. Powtórka z rozgrywki była mu nie w smak.
- Znowu. – powtórzył cicho ochrypłym głosem, podnosząc na niego nieco urażone spojrzenie. Jak problematyczne dziecko. Skomentował krótko. Cholernie nie lubił, gdy przezywano go od bachorów, ale w tej sytuacji musiał się zgodzić z białowłosym. Ostatnio więcej było z nim problemów, niż pożytku, co nie do końca mu pasowało. Przez kilka miesięcy lizał rany po ostatnim bolesnym incydencie, przez co nie mógł skupić się na sprawach organizacji, a kiedy w końcu nadarzyła się okazja, aby się jakoś przysłużyć, boom. Kolejne zwolnienie.
Z pewnością czułby się pewniej, gdyby jednak zaoferowano mu jakieś ubranie, jednak póki co musiał nacieszyć się ciepłem, które wytwarzał koc. Uznał, że nie będzie niepotrzebnie marudzić, szczególnie, że i tak miał lepsze warunki, niż te kilka miesięcy temu u Ryana. Tam nawet na koc nie miał co liczyć, a jedyne czym został okryty to bluza pana, w której dosłownie utonął. Teraz nic mu nie owiewało tyłka, nikt nie kazał od razu brać się do roboty, a co najważniejsze, jego słowa były brane pod uwagę. Jay z pewnością nie obszedłby się z Ailenem tak delikatnie, choć Kot przyłapał się na tym, że gdy tylko jego myśli zaczęły krążyć wokół szarookiego, automatycznie poczuł zapach czekolady. Głupek. Przestań. Skarcił się szybko w myślach, natychmiastowo odstawiając temat Ryana na bok, co nie było takie trudne. Skupił się na słowach Wilczura, uważnie analizując każde zdanie.
Kiwnął głową, mrużąc nieznacznie oczy, kiedy przyszło mu znosić klepanie po obolałym policzku. – Przestań.
Przynajmniej teraz wiedział gdzie jest – centrum. Świadomość własnego miejsca pobytu potrafiła podziałać na niego bardzo uspokajająco. Miał pewność, że nie odesłano go z powrotem do Desperacji, choć po ostatniej potyczce ze S.SPEC, sam już nie wiedział, co byłoby dla niego lepszym wyborem.
Z wyraźnym wysiłkiem sięgnął po herbatę i drżącymi rękoma utrzymywał ją w pionie. Nawet taki ciężar był dla niego pewnym problemem, jednak dzielnie nie wypuszczał kubka, nie z powodu chęci napicia się, a z faktu, że był on po prostu jakimś źródłem ciepła. Przez dłuższą chwilę milczał, mocniej zaciskając powieki, aby wezbrać w sobie większe pokłady energii. Słowa też potrafią zmęczyć.
- Chciałem kogoś okraść. – zaczął, przenosząc wzrok na nadgarstek, za który złapał go Garrett w momencie przyłapania na kradzieży. – Gość miał portfel wystający z kieszeni, więc pokusa była zbyt wielka, a ja byłem głodny. Dalej jestem. Nie jadłem nic porządniejszego od kilkunastu dni, a trudno jest mi cokolwiek upolować, kiedy nawet nie mam siły na bieg. – przyznał się, choć z wyraźnym, niezadowolonym grymasem. – Nie wiem kto to był. Jakiś bogacz, bo nawet jak na standardy M-3 był ubrany dość elegancko. Srebrne włosy, wysoki wzrost i obrzydliwa twarz. – zasępił się, kiedy w głowie zawirowała mu podobizna dyktatora z jego ohydnym uśmiechem. Zabawne, że Kurt do teraz nie zdawał sobie sprawy z kim tak naprawdę miał do czynienia. Przez wiele tygodni nie przebywał w Mieście-3, więc niestety nie zdążył się dowiedzieć jak wyglądał nowy władca utopijnego świata, co stało się powodem jego zguby. – Chodził o lasce, ale refleks miał dobry. Zaciągnął mnie do zaułka. Okazało się, że miał broń paraliżującą, więc byłem stracony. Wkrótce pojawił się kolejny, blondyn. Ten w srebrnych włosach nazywał go „Dai”… i „Hiro”. Tyle pamiętam. – przerwał na chwilę. Z każdym słowem mówił coraz ciszej, więc żeby uniknąć całkowitego zamilknięcia, zrobił sobie dłuższą przerwę. – Dai był wymordowanym. To… - wskazał na policzek - .. wygrawerował mi pazurami. – dodał słabo. Resztę wydarzenia Grow może sobie spokojnie dopowiedzieć, bo Ailen wyraźnie zaczynał wyglądać coraz gorzej. Zrobił się dużo bledszy, niż wcześniej. Choć wydawał się trochę zamyślony. Ba, uznał tych ludzi za członków S.SPEC, lecz jeśli była to prawda, to nie spodziewał się znaleźć w ich szeregach przedstawiciela własnego gatunku.
Upił łyk herbaty sądząc, że mu to cokolwiek pomoże, jednak szybko jego minę zmarszczyło szczere obrzydzenie, kiedy zamiast ciepłego napoju, poczuł metaliczny posmak krwi, który po raz kolejny przyprawił go o chęć zwrócenia swojego wczorajszego menu.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 29/6/2014, 12:59
Dzięki siłom wyższym, że oboje mieli odpowiednie podejście do swojej relacji. Chorej na tyle, aby nikt nie był w stanie sprecyzować co dokładnie ich łączyło, ale silnej do tego stopnia, że każdy wiedział, kiedy przeważył szale i nie powinien więcej pluć jadem, aby przy okazji nie uszkodzić też siebie. Impulsywność ich obu mogła doprowadzić do wybuchu, pociągającego za sobą dusze do groby w ilościach większych, niż zrobiłaby to broń atomowa. Czasami zdawał sobie sprawę, że jedyną „rzeczą”, która pozwalała im utrzymać więzi, w czasach, gdy wszyscy inni tracili do siebie cierpliwość, to poszanowanie tajemnicy, na wpół dostrzeżonej, ale nie odkrywanej przymusem, a czasem. Jak Kurt nie drążył nigdy w ranach przeszłości Syona... nie, nie Syona... Jonathana Charlesa Wo`olfe'a, tak Jace nigdy nie rozdrapywał jego ran. To wystarczyło, aby zmiany nastroju, nawet charakteru oboje przyjmowali jak coś normalnego.
Growlithe przyglądał się jeszcze długo jego poharatanej twarzy, lekko zaciskając zęby ze zdenerwowania, po czym spuścił wzrok na kubek do połowy już pusty i słuchał dalej relacji zdawanej przez Ailena, nawet jeśli wiedział, że słowa tną jego gardło kolejnymi nożami. Był głodny i to zmusiło go do kradzieży, a nie polowania? Niedorzeczność. Dlaczego nie mógł przyjść do niego i poprosić o złapanie zdobyczy? I choć zadał sobie to pytanie, to wiedział dlaczego. Z tego samego powodu, dla którego osobiście by tego nie zrobił.
Trzymały się ich resztki głupiej, ludzkiej dumy, której wyzbycie się oznaczałoby całkowicie popadnięcie w szaleństwo. Psychozę. A tego oboje by nie znieśli. Białowłosy zaczął  mozolnymi ruchami obracać kubek w dłoniach, patrząc jak na czarnej tafli pojawiają się pierwsze okręgi i słuchając opisu nieznajomego. Szczególnie zainteresował go fragment o lasce. Nie mógł być tego pewien ― na miejscu zdarzenia raczej nie baczył na zapachy inne niż te fruwające nad kontenerem ― ale sporo szczegółów się zgadzało. Elegancko ubrany, jasne włosy, potrzebował pomocy w postaci laski. Syon uśmiechnął się pod nosem. Garrettowi udało się zwrócić dług z nawiązką. Jego liche zdrowie, za życie jednego z Kundli. Jeśli posiadał choć szczątkowe informacje o DOGS, mógł... Białowłosy nagle przesunął wzrokiem po nadgarstkach Ailena, następnie po jego cherlawej piersi, przedramionach i szyi. Nigdzie nie zauważył chusty gangu. Nie nosił jej? Powrócił niezadowolony spojrzeniem do głębi kawy. Wstydził się ich? Zgubił? Jeśli jej nie miał, wątpliwe, by Garrett zorientował się z kim ma  do czynienia, choć jednocześnie wątpliwym było, by potrzebował szczególnego bodźca, aby posunąć się do podobnego czynu.
Nie tylko Desperacja jest skażonym miejscem”, westchnęła Shatarai wyjątkowo zmęczonym głosem, wsuwając nos do jego kubka i zaciągając się zapachem kawy. Syon odsunął ręce od naczynia i odsunął się do tyłu, siadając normalnie, jedną z nóg zgiętą w kolanie kładąc płasko na ziemi, a o drugą opierając łokieć. Tak „wysoka” pozycja nie sprzyjała zranionemu ramieniu, ale zdawał się ignorować natarczywe pulsowanie wydobywające się z rany. Bardziej skupił się na układaniu puzzli.
Blondyn... „Dai”... „Hiro”... Wymordowany...
Shatarai zatrzepotała uszami. „Daisuke Hiro, Jonathanie, Daisuke Hiro...
Jesteś tylko problemem. Martwym problemem, Kurt. Świetnie. ― Zakończył z autentycznym zadowoleniem.
Wszystko zdawało się idealnie do siebie pasować. Wysłał już Javiera na miejsce znalezienia Ailena, aby pies złapał trop i mógł zaprowadzić go do faktycznych oprawców. Jeśli, jak zakładał, to S.SPEC, Growlithe będzie potrzebował więcej sił niż ostatnim razem. Nie mógł sobie pozwolić na akcje pokroju tej, jaką zgotował im ostatnim razem. Tym razem plan będzie obejmował więcej szczegółów... bo teraz mieli czas.
A przynajmniej tak mu się wydawało. Zresztą, nie tylko to trzymali w garści.
Przyślę do ciebie medyczkę dopiero za jakiś czas. ― Evendell musiała odpocząć. Ostatnio zbyt często wysługiwał się jej mocą, a Ailen zasłużył na cierpienie za swoją nierozwagę i narażanie się na niebezpieczeństwo. Widzieć go w takim stanie, to jak ujrzeć różowego kucyka Pony zarzynającego kumpla maczetą. I jedno, i drugie było niesamowite i równie przyjemne. ― Powiedziałeś im coś? ― Jeśli tak, odgryzę ci język i wepchnę w dupę. ― Mocy, jak przypuszczam, nie użyłeś. Sądzisz, że mogą uznawać cię za transparentnego mieszkańca Świata-3?
To pozwoliłoby im na parę kroków naprzód. Sprawa zdawała się zainteresować Wilczego, bo odsunął myśl o okropnym śnie, jaki wyrył cienie pod jego oczami. Pozwolił też choć na chwilę nie zaprzątać sobie głowy Nathanielem. Rozkopywanie grobów nie miało sensu, gdy spoczywały w nich tylko martwe epizody.
Zakładając ― powrócił do dawnej myśli ― że ich martwy problem bezsprzecznie został tylko zapomnianym martwym problemem, zaskoczenie wchodzi w grę.
Z pokoju obok dobiegło ich głośne ziewnięcie i jęk Tashiro. Niespełna pół minuty później ciszę zastąpił szum wody.
Ah, sklepy otwierają dopiero za godzinę. Kupi nam jakieś żarcie, a tobie kaszki czy cokolwiek innego, czego nie wyrzygasz za pierwszym podejściem ― dorzucił obojętnie, poruszając ręką, którą dotychczas podpierał się z tyłu, by zrównoważyć ciężar ciała.
Growlithe odchylił głowę do tyłu, zerkając na sufit, jakby to na nim miały się wyrysować teraz wszystkie potrzebne podpowiedzi do gry, jaką niebawem miał zacząć prowadzić.
Niech zgadnę... utykał na lewą nogę.
Nie musiał mówić kto. To nawet nie było pytanie. To realna pewność siebie.
Ruch Garretta był silny.
Cóź.
Widocznie niewystarczająco.
Chodź, szczeniaku. Dam ci jakąś bluzę, nim Tashiko nie kupi ci nowych ciuchówza które nigdy mu się nie wypłacę. Przy okazji zgarnął kubek zresztą kawy i wrzuciwszy go do zlewu, wtargnął na moment do pokoju Tashiko i wyciągnął jedną z rozpinanych bluz. Granatowa z czarnym futerkiem na kapturze i krwawym, kruczym napisem na plecach: „I'm (not) angel”, która prędko opadła na nagie ramiona Charta. Growlithe wyjął kubek z rąk Ailena, żeby ten mógł wsunąć dłonie w rękawy ubrania i zapiąć zamek, by zatrzymać więcej ciepła. Niewątpliwie nim Tashiko wróci z zakupów (notabene – kochał łazić po odzieżowych i robił to średnio cztery razy w tygodniu) minie ciut więcej czasu.
Może nawet Ailen zdąży usnąć jeszcze na jakiś czas?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 29/6/2014, 17:45
Ailen miał swoją dumę, a przynajmniej udawał, że jeszcze ją ma. Sam niewiele mógł zdziałać i niestety dobrze o tym wiedział. Nie był silny czy jakoś szczególnie sprytny, a jedyne atuty jakie posiadał, mogły bardzo łatwo stracić na znaczeniu przy poważniejszej walce. Był szybki i zwinny, ale trudno popylać po drzewach, niczym kuna, kiedy ma się przestrzelone na wylot nogi. Zdolność do natychmiastowych ucieczek była mu wielokrotnie odbierana, a ten przykry fakt zmuszał go do powoływania się na innych. Nie bez powodu dobrowolnie oddał swoje życie w ręce kompletnego skurwysyna o zimny, szarym spojrzeniu. Nikt nie chce rezygnować z wolności. Tylko głupiec bez wyraźnego powodu zapiąłby sobie obróżkę wokół szyi i oddał drugi kraniec smyczy kompletnie nieznanej osobie. Kurt cholernie nie chciał ranić swojej godności, wypisując sobie na czole „sługa”, jednak w ówczesnym czasie wydało się to wręcz koniecznością. Brunet doskonale wiedział, że lepiej jest wybierać mniejsze zło, nawet jeśli wiązało się to z obniżeniem własnej wartości. Przeżycie było jego głównym zadaniem, a odkąd trafił do Desperacji, uznał to za swój cel życiowy. Dlatego skorzystał z pomocy Ryana, choć wydawało mu się, że w tamtym czasie sam oddaje więcej, niż bierze. Z biegiem lat sytuacja się odwróciła, jednak to pozostaje już problemem Dobermana, nie Ailena. Tak czy siak, Kurt bardzo nie lubił otrzymywać od innych pomocy. Czy może inaczej.. lubił dostawać, ale zdecydowanie nie w chwili, kiedy czuł, że sam nie może sobie tego wziąć. Zdarzało mu się robić sobie pod górkę, bo choć mógł powołać się na znajomych, przecież sam też byłby w stanie sobie poradzić. W tamten dzień, kiedy przechadzał się po centrum, miał cholernie dużo możliwości. Nyanmaru uwielbiał, zresztą z wzajemnością. Gdyby tylko poprosił o jedzenie czy nocleg, najprawdopodobniej otrzymałby to, a nawet dużo więcej. Mimo wszystko wybrał samodzielność, bo tak nakazywały resztki dumy. Tytuł pasożyta nie zawsze mu pasował. Choćby teraz jest mu zdecydowanie zbyt głupio, choć oczywiście, za cholerę tego po sobie nie pokaże. Z arogancją odnosił się do Tashiko i choć w głębi serca był mu wdzięczny za pomoc, jego niegrzeczny stosunek prędko się nie zmieni. Ailen nie jest w stanie na dzień dobry ochrzcić kogoś innym mianem, aniżeli kompletnie obcej osoby. Nie ufał brunetowi. Wiedział, że jest sprzymierzeńcem, ale na sympatię będzie musiał sobie zasłużyć. Szczęście, że ani Tashiko, ani Sullivanowi nie zależy na dobrych relacjach, bo ich poprawa najpewniej zajęłaby im wieki.
- Nie musiałem mówić. – odparł gorzko, mrużąc nieznacznie oczy, które w tej chwili jaśniały łagodnym odcieniem miodu. Szok, którego doznał jeszcze nie chciał opuszczać jego zmęczonej duszy, a przejawiało się to choćby faktem, że jego spojrzenie dalej było zdecydowanie bardziej kocie, aniżeli chłopięce. – Kradzież nie była jedynym powodem, za który oberwałem. – skrzywił się. – Wiedzą, że jestem wymordowanym. Nie umiem zapanować nad wyglądem, kiedy ktoś celuje do mnie z broni. – wymordowany z dolnej półki. Level E, czyli ten, który nie potrafi nad sobą zapanować. Kot rzadko wpadał w furię, zatracając się w swojej zdziczałej świadomości, jednak wirus potrafił bardzo ładnie bawić się jego wyglądem, niejednokrotnie pakując go w tarapaty. Wystarczyła niewielka zmiana nastroju, aby czekoladową barwę oczu Charta, pobudzić agresywną żółcią. Szczerzenie kłów, też weszło mu w nawyk, a styczność z każdym, nawet najlichszym zwierzęciem mogła być dla niego kolejną, boleśnie nieprzespaną nocą. Ale Growlithe przecież doskonale o tym wiedział.
Zmrużył oczy, badając Wilczura uważnym spojrzeniem. Umilkł, chcąc samemu posklejać swoje postrzępione wspomnienia i fakty, które zdążył sobie uświadomić. Niemniej jednak zainteresowało go nastawienie Syona. Planujesz coś. Było to tak cholernie oczywiste. On by nie planował…? Każdy pretekst, aby pokrzyżować władzy szyki był dobry, a skoro białowłosy dodatkowo sprawiał wrażenie, jakby doskonale znał oprawcę swojego brata, pewnie był zmotywowany dwa razy bardziej. Mimo wszystko, Ai postanowił tego nie komentować. Sam chciał się odegrać, choć zdecydowanie bardziej wolałby to zrobić osobiście. Liczył na akcję, jednak z terminem daleko odbiegającym w przyszłość.
- Utykał. Po coś tą laskę miał.
„Chodź, szczeniaku.”
Już biegnę.
Spojrzał na niego posępnie, jednak nic nie powiedział. Grzecznie oddał mu kubek z herbatą, który zrobił się lżejszy o zaledwie jeden, paskudny łyk i zabrał się za wciąganie na siebie bluzy. Miał szczęście, że był tak drobnej postury. Większość ciuchów była dla niego zwyczajnie za duża, a to ubranie nie stanowiło wyjątku. Dzięki temu jego poobijane ramiona mogły łatwiej wsunąć się w rękawy, choć nie obeszło się bez zaciśniętym zębów, ściśniętych powiek czy pojedynczych przekleństw. Ubieranie się - takie męczące.
- Cieplej. - krótka forma podziękowania, bez „dziękuję”.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 29/6/2014, 20:09
Ich strata.
Nie, aby sądził, by Kurt za ochronę swojego życia był w stanie wyćwierkać wszystko wrogom, ale w chwilach, kiedy ktoś przykłada nóż do cienkiej nici łączącej naszą duszę z ziemskim padołem, niektórzy łamali się w pół, będąc w stanie wyrzygać swoje serce łącznie z informacjami. Rozważniej było zakładać, że każdy, nawet najbliższa ci osoba, w obliczu śmierci, jeśli ma możliwość uratowania swojego życia, za cenę cudzego, nie namyśla się zbyt długo, bo wyrzuty sumienia są, a później ich nie ma. Śmierć to nieodłączny element życia i tak jak na początku szokuje i wydusza łzy, tak później pozostawia po sobie tylko blizny, które niedotykane, nie bolą wcale. Growlithe spotykał się z martwotą od wieków, stracił licznych znajomych, przyjaciół i agresorów, więc wiedział o czym mówił. Zresztą ― trupy z samej definicji niewiele są w stanie zrobić, a większość społeczeństwa miała jednak większe ambicje niż zostać zamordowanym z rozkazu kumpla.
Prawdopodobnie jedyną osobą, której białowłosy był w stanie zaufać bezgranicznie... nagle jego twarz zobojętniała, a usta na moment zacisnęły się w wąską linijkę, gdy oddawał Sullivanowi kubek z ciepłą, gorzką herbatą. Miał ważniejsze sprawy do roboty, niż powracanie do czegoś, co i tak zostało zakończone. Mógł, przykładowo, myśleć o S.SPEC.  S.SPEC jest głupsze niż myślałem. Jakim cudem to miasto wciąż nie popadło w ruinę równie mocną, w jaką potrafił popaść Ailen czy Growlithe w momencie wzburzonych emocji? Cóż, to rzuciło im kłodę pod nogi, ale...
Wychodzę po żarcie ― rzucił Tashiko ni stąd, ni zowąd, pojawiając się w salonie. Nie było go, pstryk!, i już jest. Zapiął sportową bluzę aż pod samą szyję, przyglądając się im nieco sceptycznie.
Nie zapomnij o-
Spokojnie, spokojnie ― zaszczebiotał, ukazując swoje wilcze ząbki w uroczym uśmiechu, który Growlithe'owi skojarzył się jedynie z uśmiechem rekina ― zbyt dużo kłów, zbyt mało radości. ― Wrócę za pół godzinki, mam obcykane wszystkie sklepy na Głównej. Proszę bardzo, rozgośćcie się, ale ostrzegam, że wszystkie piwa są policzone! ― dorzucił jeszcze srogo, trzaskając drzwiami. Rozległo się cichutkie piknięcie, świadczące o tym, że elektryczny zamek odciął im możliwość spokojnego wyjścia z mieszkania.
Ale chociaż zostali sami ze świadomością, że nie tak długo i będą mogli zapchać czymś  skurczone żołądki. Growlithe prędko powrócił do urwanej przez Tashiko rozmowy.
Nie o to chodzi ― burknął, jakby urażony brakiem zorientowania Ailena. Nie mógł go winić za lukę w wyłapywaniu konkretów ze zdań rozmówcy, ale samemu Growlithe'owi zdawało się, że wyjątkowo mocno zaakcentował jedno ze słów. „Lewą nogę. L e w ą”. Chciał tylko wiedzieć, czy to była ta konkretna noga, a nie żadna inna. Nie, żeby Garrett miał ich więcej, choć akurat jego to licho wie. Bogaci wpadali na głupie pomysły, a już szczególnie wtedy, gdy byli samotni. Jak na zawołanie Growlithe przypomniał sobie banknot tkwiący w buzi Kurta, który bez zbędnych ceregieli wyciągnął spomiędzy rozwalonych warg i wyrzucił, uznając, że nie ma dla niego już żadnej wartości. Kto inny, jak nie ten przeklęty Hayden, mógłby tak marnować kasę?
„Cieplej.”
Hm?
Growlithe zamrugał dwukrotnie, odsuwając od siebie obraz ironicznie uśmiechniętego mężczyzny o srebrnych włosach i kpiarskim spojrzeniu. Przywołany z powrotem na Ziemię, zarejestrował w ostatnim momencie to, co powiedział ciemnowłosy.  Na jego ustach mimowolnie rozjaśniał ironiczny uśmieszek. ― Wystarczająco? Czy może mam położyć się obok, bo chcesz się przytulić?
Faktycznie, propozycja nie do odrzucenia, choć pod tym względem, Growlithe posiadał odpowiedni aspekt. Temperatura ciała zmuszała go często do przemykania od cienia w cień przy szczytowych temperaturach, dzięki którym niejednokrotnie robił za spaloną jajecznicę na patelni Desperacji. W zimę zaś pod jego butami lód topniał, tworząc jedynie upiorną chlapę. Plusy? Tylko dla osób, które osobiście nie miały takiego problemu. Dla Growlithe'a to wieczna walka o odrobinę chłodu.
W zasadzie ― obrzucił go krytycznym spojrzeniem ― tak prędko straciłeś chęć do ujadania?Nuda. Zwykle jednak dłużej psioczysz. Musisz być zmęczony albo to coś wspólnego z twoim „znowu”. Brzmiało depresyjnie. Załatwić ci drugiego lekarza?
Owszem.
Usłyszał to. Ba, zarejestrował nawet, ale najwidoczniej nie uznał tego wtedy za coś, czym powinien się przejmować. Na głowie miał teraz plan odpłacenia się z nawiązką ― Growlithe na bank nie pozwoli, aby zwłoki Garretta okazały się bardziej żywe niż martwe ― ale najwidoczniej ów „plan” powinien odstawić na inny termin.
Ailen sposępniał i zdołowany siedział z tymi swoimi małymi rączkami trzymającymi ogromniasty kubek, wydający się zbyt ciężkim, aby mógł go w ogóle udźwignąć. Nic dziwnego, że gdy po raz kolejny odpowiadał coraz cichszej lub pochmurniej... albo oba naraz, a to coraz mniej podobało się Wilczemu. Zwykle Kurtowi trzeba było zamykać gębę, a nie zmuszać, by nią kłapał, chociażby w celu wyjaśnień, które ― nawiasem ― Jace'owi się należały. Przynajmniej był takiego zdania, mając na swoją obronę jedynie to, że pozycją przewyższał stanowisko Charta. Nic więcej.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 30/6/2014, 02:37
Jak na zawołanie spojrzał w stronę wychodzącego Tashiko, mrużąc nieznacznie oczy. Wychodzi, zostawiając ich tutaj samych. Nie, żeby bał się zostawać z Growlithem sam na sam. Nie, nie o to chodzi. Bardziej zainteresował go fakt, że brunet tak lekkomyślnie pozostawia ich w swoim mieszkaniu i to bez żadnego nadzoru. Jasne, Ailen nadawał się już tylko jako ozdoba okupująca kanapę i nie stanowił większego zagrożenia, jednak mimo wszystko, gdyby to Kurt był w posiadaniu takiego lokum, nigdy nie opuściłby go, wiedząc, że znajduje się w nim obca osoba, choćby ledwie żywa. Jeżeli Tashiko bez żadnych oporów wybył z domu, musiał naprawdę mieć zaufanie w Wilczurze albo być kompletnym kretynem. No, najprawdopodobniej powodem była pierwsza opcja, co skusiło Ailena do powtykania nosa w nie swoje sprawy.
- Kim jest Tashiko? – zadał to samo pytanie po raz drugi, jednak tym razem w zupełnie innym znaczeniu. Wcześniej zależało mu na tym, aby dowiedzieć się rzeczy związanych ściśle z jego osobą. Teraz bardziej intryguje go związek bruneta z jego przybranym bratem. Znajomi? Są przecież w Mieście-3. Tutaj na ogół nie ma kumpli. Dlatego wgapił się zainteresowanymi, miodowymi ślepiami w twarz białowłosego, oczekując odpowiedzi bardziej szczegółowej, niż suche „właściciel mieszkania”.
„Nie o to chodzi.”
Ten urażony ton mimowolnie zmusił Kurta to przewrócenia oczami. Nie żeby nie traktował swojej sprawy poważnie, ale nastawienie Growlithe do takich szczegółów, było trochę nie na miejscu. W chwili kiedy obrywał miał naprawdę gdzieś z której nogi uderzenia bolą bardziej. Nie przyglądał się swojemu oprawcy, bo przecież i tak nie miał na co patrzeć, a jeśli już, to wzrok miał skupiony na twarzy, a nie nogach. Zresztą myślenie było strasznie wyczerpujące. Od początku odzyskania przytomności chciało mu się wyć z bólu, a co dopiero teraz, kiedy zmusił się do jakiegokolwiek wysiłku. Niemal natychmiast zakręciło mu się w głowie, w duchu ciesząc się, że kubek został mu w porę odebrany. Rozlałby herbatę na kanapę Tashiko, a ten pewnie niezbyt optymistycznie przyjąłby do wiadomości fakt, że jego mebel uległ lekkiemu uszkodzeniu.
„(…) bo chcesz się przytulić?”
Ma bluzę.
Ale dalej drży.
Jest mu zimno.
Growlithe jest cholernie ciepły.
- Chcę. – rzucił krótko, posyłając mu śmiałe spojrzenie, które miało utwierdzić Wilczura w fakcie, że w żaden sposób sobie z niego nie żartuje. Nie w smak były mu romantyczne tulańce na kanapie, a już w szczególności z takim nieatrakcyjnym przedstawicielem i w tak cienkich okolicznościach, ale czuł, że nie ma wyboru. Skradnie mu trochę ciepła, którego i tak Syon miał w nadmiarze. Nie czekając na odpowiedź białowłosego, Ai wykonał kilka pokracznych, bardzo wolnych i ostrożnych ruchów, robiąc obok siebie miejsce. Może nie było go jakoś szczególnie dużo, ale kto by tam patrzył na wygodę Grow’a? Teraz liczył się tylko Kurt i fakt, że było mu cholernie zimno. Zresztą Wilk i tak nie miał na co narzekać. Nowoczesny dom, nowoczesna kanapa… czyli w rozmiarze bynajmniej nie miniaturowym.
- Kto by pomyślał, że zatęsknisz za moim psioczeniem. – odparł ciężko, czując jak słowa ledwie uchodzą mu z gardła. – Czuję się cholernie źle, więc nijak widzą mi się dłuższe rozmowy. Poza tym… chyba nie jesteś aż tak tępy, żeby musieć Ci to tłumaczyć. Masz oczy. – burknął zdecydowanie niezadowolony z faktu, że musiał niepotrzebnie strzępić sobie język. Starał się mimo wszystko i tak mówić całkiem dużo. Wychodziło mu to średnio, już nie bacząc na jego lakoniczny sposób prowadzenia rozmowy. Każdy wyraz, jaki opuszczał jego gardło, wywoływał w nim kolejną salwę bólu, a najmniejsza zmiana mimiki nieprzyjemnie ściągała zaschniętą krew na policzku. Opadł delikatnie na poduszkę, kiedy tylko poczuł, że znowu zaczyna kręcić mu się w głowie. Przez krótką chwilę nic nie mówił, posępnie wlepiając spojrzenie w dal, ale kiedy tylko mroczki się rozwiały, natychmiast ponownie skierował całą uwagę na postać białowłosego.
- Nie chcę już mówić. – szepnął, kompletnie wykończony. – Ale Twój głos jest lepszą rozrywką, niż cisza. – wysilił się na nieco wyzywający, szczeniacki uśmiech, który wyglądał tak żałośnie smutno i słabo, że teoretycznie trudno było go uznać za cokolwiek związanego ze szczęściem. – Mów coś. Cokolwiek.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 9 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Powrót do góry

- Similar topics