:: M3 :: Centrum

Strona 3 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 14/7/2014, 05:08
Zadrżał, spinając mięśnie. Czuł, jak smugi wilgotnej, ciepłej cieczy spływają delikatnie po jego głowie i ramionach, niosąc ze sobą wcześniej wypłukany z włosów szampon.
Odkąd tylko pamiętał, nie cierpiał wody. Po prostu. Perspektywa zetknięcia się z tą mokrą substancją od zawsze wywoływała w nim swego rodzaju wstręt, czemu koniec końców nie ma się co dziwić, zważywszy na jego kocią, zdecydowanie dominującą naturę. Nie potrafił pływać i choć w swoich szczenięcych latach miał okazję pobrać nauki, które wyszkoliłyby go w tej dziedzinie, on tylko pokręcił nosem uznając, że przecież i tak nie będzie mu to do niczego potrzebne. Oczywiście wielki błąd, ale kto by wtedy myślał, że każda umiejętność może przeważyć na szali jego życia? Nigdy nie spodziewał się, że wyląduje w takim bagnie, jakim była Desperacja. Nawet najstraszniejsze obozowe historyjki niczym nie równały się z jego obecnym bytem, gdzie każdy równie piekielny dzień może okazać się tym ostatnim. Gdyby miałby taką wiedzę i dostatecznie dużo odwagi, aby na dzień dobry nie strzelić sobie kulkę w łeb, najprawdopodobniej włożyłby wszelkich starań, aby jakoś się do tej cholernej wody przyzwyczaić. Jednak nie. On wolał odwrócić łeb w drugą stronę z jasno wyrysowanym „nie” na pysku.
Koniec końców to też nie tak, że kompletnie nie zrywał kontaktu z wodą. Czymś trzeba nawilżyć swoje gardło, aby całkowicie nie uschnąć i niestety, ale jednak jakoś trzeba było się umyć. Mimo wszystko zawsze wolał myć się w sposób subtelny – nie mylić ze stwierdzeniem „nieczęsty”, bo jest to kompletna nieprawda – niczym kot. Sam ustalał sobie ilość wody, którą oblewał swoje ciało i choć codzienna toaleta zajmowała mu przez to całkiem sporo czasu, to przynajmniej nie wywoływało w nim to najzwyczajniejszego wstrętu. Zdecydowanie wpakowanie na chama do wanny mu się nie widziało. Szczególnie, że miał już za sobą wystarczające pasmo upokorzeń. Z łatwością został pokonany, zbesztano go już kilka razy, poważnie okaleczono i brutalnie odebrano samodzielność. Mało tego. Choć było to koniecznością, rozebranie Ailena również wcisnęło się na jego listę rzeczy powodujących zepsucie jego humoru. Nie palił się do roztaczania wokół siebie aury miłości, a jego nastrój był wyjątkowo podły. Doceniał działania Growlithe’a. Zawsze go podziwiał i niemo dziękował choćby krótkim, szybkim spojrzeniem. Jednak dzisiaj nie widziało mu się jakiekolwiek pokorniejsze zachowanie. Był zbyt omotany własnym gniewem, co szybko wprowadziło go w swego rodzaju zdezorientowanie własnymi myślami i uczuciami. Nie potrafił powiedzieć, jak należy się zachowywać w danej sytuacji i choć jego takt od zawsze mocno kulał, to jednak teraz jest on wybitnie przytłoczony szokiem minionego dnia. Stąd cała ta agresja i nieprzyjemny sposób bycia Kota.
- Jestem wkurwiony. – sprecyzował niemal natychmiast. – Na M-3, S.SPEC, portfel, głód, Ciebie, ból, wodę, szampon, krew i siebie. – gorzki ton skumulował się przede wszystkim w ostatnim słowie wymienionym przez ciemnowłosego. Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dopowiedzieć, jednak przerwał mu to mimowolny wstrząs, jaki ogarnął jego ciało. Piekący ból po raz kolejny zaatakował go z pełną swoją siłą, tym razem za sprawą malinowego płynu, który wraz z kapnięciem do wody, przedostał się do jego świeżej rany. Zacisnął mocno powieki, próbując wstrzymać się od wydania jakiegokolwiek dźwięku, świadczącego o jego słabości, która i tak została dziś obnażona przez Growlithe’m w całej swojej okazałości, niczym sam szanowny tyłek mniejszego wymordowanego.
Garrett. Nezumi.
Wysłuchane. Zapamiętane.
Wiedział, że najprawdopodobniej możliwość odgryzienia się swoim oprawcom zostanie mu w pewnym stopniu odebrana, a większość zabawy zagarnie dla siebie Wilczur, jednak miło byłoby ewentualnie skojarzyć pewne nazwiska, imiona czy pseudonimy, aby przy jakiejś lepszej okazji, nie minąć nieświadomie swojego wroga na ulicy.
Po raz setny zmrużył gniewnie oczy, niemo krytykując konieczność patrzenia na białowłosego, która została na nim wręcz wymuszona, jednak wbrew swojemu fatalnemu nastawieniu, nie wyrywał się, ani nie wkładał jakichkolwiek starań, aby uwolnić się od jego spojrzenia. Wysłuchał każdego słowa opiekuna bardzo uważnie – wszak nie miał innego wyboru – dając mu w spokoju skończyć całą swoją wypowiedź. Jego wzrok dalej był piorunujący i niezbyt przychylny, choć istotnie zgadzał się z Growilthem, wiedząc o prawie wszystkim, co do niego mówił. Wiedział, że Wilczur z miłą chęcią zarżnąłby pół wsi, gdyby wiedział, że jakikolwiek jej mieszkaniec poniósł na niego rękę. To działało w obie strony. Kurt był gotów skoczyć w ogień, jeśli miałoby to jakkolwiek pomóc białowłosemu, jednak nijak miało się to do zmiany jego stylu bycia. Nie będzie prosić o jedzenie. Nie przestanie kraść, ani wystawiać się na niebezpieczeństwo. Po prostu nie.
Na krótki moment wzrok Kota uległ zmianie, a on sam podniósł tak obrzydliwie sztucznie złagodniałe spojrzenie wprost w oczy Wilczura, by zaraz z niepokojąco drażliwym uśmiechem, pokornie przyjąć jego prośbę.
- Obiecuję dać Ci buzi i ładnie się uśmiechnąć.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 17/7/2014, 01:07
Przez moment przyglądał się podopiecznemu, doszukując się w nim ostatnich resztek zdrowego rozsądku, ale te najwidoczniej postanowiły spakować manatki i wyprowadzić się na Honolulu.
- Ograniczę się do uśmiechu - odparł z namacalnym spokojem chirurga. Brakowało tylko, aby podniósł ręce w obronnym geście i odrzekł coś w stylu: „spokojnie, nie ma się czym martwić, to tylko rak”. Wtedy byłby wypisz wymaluj jak typowy lekarz M3. Na szczęście ręce miał zajęte i to bynajmniej nie tym, co mu się teraz marzyło. Burknął coś pod nosem. No. Już. Parę machnięć wesołą gąbką i wszystkie myśli o Nathanielu spłynęły jak krew Ailena. Zatrważające, że nawet w takich okolicznościach (szorował sobie w spokoju znalezionego w śmietniku kociaka, a tu nagle... booh) nie potrafił odgonić od siebie tych ohydnych problemów związanych z byłym aniołem stróżem.
Zatrzymał się przy podbrzuszu Wymordowanego. Dosłownie - zatrzymał się. Pochylony nad taflą mętnej, brudnej wody, z policzkiem tak blisko Ailena, że mógłby ledwie drgnąć, a z całą pewnością dotknąłby jego rozkwaszonego nosa. Ale nie drgnął. Zdawać by się mogło, że nawet klatka piersiowa przestała unosić się i opadać, jakby Growlithe wstrzymał wszystkie funkcje życiowe za pośrednictwem jednego przycisku. Tylko oczy wciąż żyły. Pochylona głowa nie poruszyła się, gdy wzrok przebiegał od ściany z powrotem na poobijaną twarz ciemnowłosego, który mógł w spokoju przyjrzeć się piegowatemu profilowi Wilczura.
Wiesz co się teraz stanie?
- Słabiutki, wkurwiony chłopczyk, hm? - zakpił spokojnie. Kurt mógł poczuć jak dwa palce - wskazujący i środkowy - muskając jeden z fioletowych siniaków na jego brzuchu. Wydawało się, że kwestią czasu jest, aż łapsko zanurzone głęboko w wodzie zsunie się jeszcze niżej, przekraczając wszelakie postawione mury.
Jaki miał powód, aby tego nie robić?
„To twój brat.”
Tylko umownie.
„Przypomina Gareta Graversa.”
Ale to chory plus, Shatarai.
„Uwielbiasz go.”
Właśnie. Tym bardziej.
„Przecież nie zrobiłbyś mu krzywdy.”
Zakład?
- Wyszczekana szuja - warknął pod nosem, odsuwając się od Ailena i palcami zaczął błądzić po gładkiej powierzchni wanny. - Ufasz mi do tego stopnia, żeby być pewnym swojego bezpieczeństwa? Jakie to słodkie. - Chwycił za zawleczkę i pociągnął. Ssący dźwięk zwiastował otwarcie się otworu (wtf), a niewielkie wodne tornado pojawiło się na tafli wody, marszcząc ją w niektórych miejscach. Białowłosy wyprostował się, czując okropny ból ramienia. Nawet nie chciał myśleć o tym, jak fantastycznie prezentuje się jego rana. W końcu nie ona teraz zaprzątała jego myśli. - Cholera, co za etatowa łajza. W której kolejce stał, kiedy rozdawano mózg? - burknął, wychodząc z łazienki, aby po niespełna paru chwilach wrócić z dwoma ręcznikami idealnie złożonymi na sobie, poskładanymi w kostkę ubraniami oraz kwadratową, białą skrzynką z zielonym krzyżem.
Wszystko położył na umywalce (niemalże wpierdolił to do środka zlewu), większy ręcznik rzucił w stronę Ailena, któremu woda sięgała już tylko do kościstych bioder, przy okazji odkładając apteczkę na ziemię. Wcisnął płaski przycisk na jej grzbiecie, a ta bez oporów odchyliła wieko, rozkładając półeczki i udostępniając pełny asortyment.
Świetnie. Był przygotowany jak wyżej wspomniany lekarz-chirurg.
Kto nie chciałby powierzyć się teraz w jego ręce?
W te poszarpane dłonie, ze skórą zdartą do samego mięsa? Dokładnie te same, które wsunęły się pod przedramiona młodszego Wymordowanego, by podnieść go na nogi i pomóc wyjść z wanny - w zasadzie asekurował go, aby ten niekoniecznie przywitał kafelki swoimi zębami. Później tylko dwa kroki i Kurt mógł usiąść na krześle.
Growlithe podniósł drugi, mniejszy ręcznik ze zlewu i narzucił go na głowę Sullivana, ścierając nadmiar wody z wilgotnych kosmyków ciemnych włosów. Uśmiechnął się przy tym bezczelnie, robiąc dokładnie taką minę, jakby za moment miał mu oznajmić, że tak, to on wsadził zdechłego szczura do zamrażalki.
Domyślił się, że rany piekły i wrzeszczały, szczególnie dając się Chartowi we znaki. Dlatego od razu przystąpił do działania. Kucnął przed rannym, lewą ręką sięgając po niewielką, plastikową fiolkę.
- Rany nie są rozległe. Głębokie, ale nie na tyle duże, aby była konieczność ich zszywania. Ograniczymy się tylko do pospolitych metod opatrywania. Najwyżej pod moją nieobecność pomarudzisz trochę Tashiko. Zna się na pierwszej pomocy.
Bez ostrzeżenia czy instruowania, przemył obie rany po nożach wodą utlenioną, by za moment zasłonić zaczerwienione miejsca śnieżnym bandażem. Biały materiał całkowicie objął powierzchnię tych przykrych dla Ailena wspomnień. Na siniaki - niestety - lekarstw jeszcze nie wynaleziono. Żadnych, prócz czasu, a tego Kot będzie miał teraz w nadmiarze.
- Ubierzesz się sam? - zapytał, wciskając ten sam przycisk co wcześniej, a apteczka mechanicznym ruchem powróciła do swojego niewielkiego rozmiaru. Wilk spojrzał na Sullivana, podnosząc się z kucek i naklejając na jego polik plaster z ponurym Kłapouchem.


Ostatnio zmieniony przez Growlithe dnia 19/7/2014, 01:58, w całości zmieniany 1 raz


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 18/7/2014, 04:31
- Masz gąbkę… – rzucił natychmiastowo, gdy tylko poczuł dwa palce nieznośnie drażniące jego sinofioletowego sińca. Przepiękny, acz udawany uśmieszek widocznie już dążył zapomnieć o przewybornym żarciku czy może raczej szczerej obietnicy dotknięcia mordy Wilczura własnymi, miękkimi wargami, bo twarz Ailena znowu wygięła się w geście pełnym buntowniczości. „Nie!” I tyle. Protesty były aż nazbyt zauważalne, bo gniewne spojrzenie Kota zdawało się niemalże krzyczeć; trzymaj te szorstkie jak broda drwala łapy przy sobie, papierze ścierny. Choć było w nim tyle agresji, w jego głowie nie narodziła się żadna myśl, zahaczająca o jakichkolwiek seksualne skojarzenia, odnośnie tego nieproszonego dotyku. Dla niego było to tylko droczenie się, ewentualnie złośliwa wersja ściągania z niego tego całego brudu. W końcu czasami nie było pod ręką gąbki i trzeba było umyć się bez jej pomocy-… Jendakowoż zważywszy na jej obecność, palce Growlithe’a sunące po jego ciele nie były mile widziane. - … więc dotykaj mnie tylko nią.
„Wyszczekana szuja.”
- Ailen wystarczy. – odpyskował, zadzierając nieco łeb do góry. – Tak. Ufam. – rzucił zimno, co w sumie niezbyt pasowało do wyrzucanych przez niego słów. Przyznał się do swego rodzaju słabości względem Growlithe’a. Nie od dziś wiadomo, że białowłosy był kompletnym sukinsynem, potrafiącym wyłączyć się na jakiekolwiek potrzeby innych, by zadbać tylko o siebie. Mimo wszystko Ai byłby w stanie powierzyć mu swoje życie bez mrugnięcia okiem – o ile oczywiście ta uparta bestia w końcu przyznałabym przed samym sobą, że wymaga opieki. Ufał mu bezgranicznie jako osobie, którą po prostu uważa za brata. Kurt nigdy nie miał nikogo takiego. Szczerze powiedziawszy zawsze brakowało mu jakiegoś starszego autorytetu. Był jedynakiem, a na dodatek wychowywała go tylko matka. Dalsza rodzina była mała i jakoś nieszczególnie chętna do utrzymywania ze sobą jakiegoś bliższego kontaktu, niż herbatka raz na pół roku. Obracał się w kręgach znajomych ze swojego własnego rocznika, nigdy nie mierząc wyżej. Nawet jeśli zdarzali się koledzy starsi, choćby z drużyny piłkarskiej, Ai jakoś nie palił się, aby od razu się z nimi zaprzyjaźnić. Wilczur przejął więc rolę kogoś, kto zastępował mu starszego kolegę, brata czy choćby ojca. Ostatnie porównanie jest mocno przesadzone, acz białowłosy bez wątpienia znaczył dla Kurta bardzo dużo. To on czuwał nad nim i nie pozwalał, aby jakieś zdziczałe bestie przedwcześnie zakończyły jego żywot. Droczył się z nim, jak z najgorszym wrogiem, by zaraz zadbać o niego lepiej, niż o siebie samego. Char miał w mężczyźnie ogromny szacunek, a z kolei on pociągnął za sobą również i zaufanie. Ai miał nadzieję, że to działało też w drugą stronę, choć bez względu na myśli białowłosego, Kot i tak byłby w stanie wskoczyć za nim w ogień.
Chciał rzucić coś równie głupiego i zdziecinniałego, jak chociażby „sam jesteś etatową łajzą, łajzo!”, ale usta skutecznie zasznurował mu ból, towarzyszący śmielszemu ruchowi, na jaki był w stanie się porwać. Stęknął cicho i rozejrzał się po wannie. Brud jaki z niego spłynął, osadził się teraz na jej dnie i choć w łazience, jak i na samym ciele Ailena tańczył teraz wesoły zapach maliny, smród krwi i kontenera na śmierci dalej był mocno wbity w jego łeb. Naprawdę nieźle go urządzili, a on zaczynał to rozumieć dopiero teraz. Mina trochę mu zrzedła, choć nie zamierzał rezygnować ze szczekania. Grow sam zachęca go do droczenia się.
Mimo tak wojowniczego nastroju i chęci na dalsze spieranie się, Ailenowi szybko odechciało się mówić czegokolwiek. Wyjście z wanny i te cholerne dwa kroki były najgorszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek miał zaszczyt przeżywać. Bolesne stęknięcia mimowolnie wyrwały się z jego ust i choć opuścił wannę bardzo pokracznym i krzywym krokiem w końcu usadził nagi tyłek na krześle, dając się wycierać ręcznikiem.
Stop.
Nie.
Wróć.
Wyjście z wanny i dwa kroki?
Śmieszne! Nawet nie sądził jak cholernie się pomylił. Przemywanie głębokiej rany dopiero było cierpieniem. Ai natychmiast zacisnął palce na siedzeniu krzesła, rozpaczliwie próbując znieść paskudne pieczenie nóg… i to obu na raz, równie mocno. Przygryzł zęby, łapiąc się na tym, że próbuje wywołać w buzi większy ból, aby jakoś odwrócić swoją uwagę od poprzebijanych kończyn, jak można było się spodziewać – z marnym skutkiem. Jęknął przeciągle, acz zaskakująco cicho, czekając, aż w miarę bandażowania, cierpienie powoli lżeje, acz oczywiście nie znika całkowicie.
„Ubierzesz się sam?”
- Tak.
Oczywiście, że nie.
Sięgnął najpierw oczywiście po bokserki. Już na samym wstępie zdążył zauważyć, że posłanie po zakupy osoby pokroju Tashiko było jednym wielkim błędem. Mężczyzna postanowił pobawić się w stylistę, perfidnie usadzając Ailena w roli rozkosznego dziecka. Bielizna w jasnym niebieskim odcieniu z uroczym, uśmiechniętym misiem na pośladkach nijak kojarzyła mu się z ponad stuletnim potworem, który na swoim koncie ma kilka poważniejszych przestępstw. Drżącą ręką obrócił ubranie kilka razy i spojrzał na Grow’a, myśląc, że taki dobór odzieży jest po prostu jakimś okropnym żartem. Wkrótce jednak i sam Syon postanowił pobawić się w odmładzanie poturbowanego Kota, naklejając mu przezabawny plaster, który chłopak ogarnął kątem oka. Spojrzał na niego z paskudnym grymasem i gniewnie zmrużonymi oczami.
Czy ty sobie kurwa ze mnie żartujesz?
- Nie wiesz, że wolę Tygryska?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 19/7/2014, 02:39
Teściu, przytul mnie.
- Wymsknęła mi się - odparł jakże poważnym tonem głosu, niby sędzia sądowy, który małym ludzikom przed sobą zaczyna przedstawiać wyrok. Panie, panowie, umarli i żywi, oto przedstawiam wam złoczyńcę w całej swej okazałości. Niniejszym ogłaszam Jonathana Charlesa Wo`olfe'a, (pseudonim: Growlithe) za winnego dokonanego czynu i skazuję go na dożywotnie prace w kamieniołomach. Czyny jego karygodne, grzechy nigdy nie zostaną odpuszczone. Jak śmiał tknąć Ailena ręką, a nie gąbką? Nie. Cofam postanowienia. Proponuję stos lub obdarcie ze skóry i pozostawienie na pożarcie przez kruki i sępy. Realizacja drugiej opcji mile widziana. Zanotować i odmaszerować!
- Schlebiasz mi - dodał zaraz, ignorując ton głosu, jakim uraczył go ciemnowłosy. Gdyby nie podwyższona temperatura ciała Wilczura, zapewne i on poczułby igiełki lodu wbijające się prosto w jego duszę. Tymczasem owe zimowe bronie topiły się, nim choćby tknęły jakkolwiek Growlithe'a, a on mógł pozwolić sobie na ten ironiczny akt. Bo tym właśnie były te dwa liche słówka - słówkami ociekającymi bezczelną ironią i niczym ponadto.
Dlaczego ani Growlithe, ani Ailen nie potrafili zbudować zdrowej relacji?
W zasadzie nawet nie umieli stworzyć miłej atmosfery, nie wspominając już o szczeblach wyżej, więc może faktycznie nie ma o czym rozmawiać. Szczupłe palce Growlithe'a zacisnęły się na przedramionach, gdy krzyżował ręce na klatce piersiowej i z niezadowolonym wyrazem twarzy przyglądał się, jak Ailen kręci nosem na - jakże gustowną, Grow nie pojmował, co mu się w niej nie podobało - bieliznę. Już naprawdę nie chodziło o to, że krzywił się, jakby Grow wepchnął mu do ust dwa kilogramy cytryn. A przecież tylko sięgnął po gacie z misiem. Przez czas, jaki przeznaczył na oględziny niedźwiadka, Jace zdążyłby go ubrać z pięć razy.
- Ale Tygrysek ciebie nie. Przykro mi, myślałem, że wiesz - westchnął pod nosem, rozplątując ręce i wyciągając je w stronę Kurta. - Pewnie ta informacja cię podłamała, dlatego pomogę ci się ubrać. Nie to, że jestem nietolerancyjny, ale stan depresyjny na pewno nie przyspieszy twoich ruchów, a jedzenie przygotowane przez Tashiko samo się nie zje. Zależy mi na czasie, rozumiesz.
Lubił, jak to co pojawiało się u niego na talerzu, nie łaziło, a przez obecny stan rzeczy to rozwiązanie wydawało się najbardziej prawdopodobne. Zanim Ailen łaskawie przykryłby ciało ubraniami, porcja Growlithe'a zdążyłaby nie tylko ostygnąć, ale i spleśnieć i zacząć chodzić o własnych siłach. Nie pozostało nic innego, jak naiwne wierzenie w to, że Kurt ma dobre intencje i dba o rozrywkę wypełniającą życie białowłosego. Może po prostu zależało mu na tym, aby Jace miał satysfakcję? Wiadomo, że każdy czuje pewne egoistyczne szarpnięcie w piersi, gdy długo ścigana zdobycz wreszcie pada martwa przed nogami. Nie było tylko pewności, czy Wo`olfe w ogóle chciałby rzucać się za spieprzającymi, zielonymi mutantami, które dawniej prezentowały się jakby apetyczniej.
Niemniej tak.
To z pewnością to.
Czyste, niewinne, absolutnie pozytywne intencje. Przecież nie będą sobie robić pod górkę, prawda? Wszyscy w to wierzyli. Nie? Trudno.
Szorstki materiał ręcznika ścierał krystaliczne kropelki z ciała Ailena, gdy Growlithe z miną męczennika - już nawet nie chciało mu się udawać, że lina w sypialni wydawała mu się nader kusząca - wycierał młodszego Wymordowanego. Ubranie go zajęło o wiele mniej czasu, niż początkowo zakładał. Pewnie nawet opisałbym wszystko po kolei, jednak za pal licho nie wiem, jakie chcesz ciuchy, ale uznajmy, że na pewno jakieś spodnie (Tashiko jest złośliwy, ale kiecki mu nie kupił) i koszulkę na górę. Aktualnie bez skarpetek, butów, łańcuszków, czapek, etoli, a także innych dodatków godnych prawdziwej damy dworu.
Kiedy jednak Ailen miał już na sobie więcej niż mniej, Growlithe ponownie przejął rolę niezbyt atrakcyjnej laski. Oczywiście drewnianej, do podpórki.
- Już czysty? - zapytał Tashiko, gdy z pomocą Syona - pamiętaj, tutaj zakładasz nową maskę - Ailen przeszedł przez próg łazienki. Białowłosy wzniósł zmęczone spojrzenie na Łowcę. W oczach kryło się jednak coś jeszcze. Ten błysk nieposkromionej irytacji, na której widok Tashiko tylko kiwnął głową. Położył wtedy na niskim stoliku dwa talerze z parującym jedzeniem. Ściągnął ciemnoróżowy fartuch akurat w momencie, gdy Grow sadzał Sullivana na kanapie.
Palce ostatni raz musnęły ramię ciemnowłosego, nim Growlithe w pełnym milczeniu odsunął się od niego, by zasiąść na ziemi po drugiej stronie stolika. Wbił mętne spojrzenie w talerz przed sobą. Tashiko klasnął w dłonie.
- Jedna z moich specjalności. Ryż z curry, kurczakiem i warzywami. Wiem, że lubisz kurczaka, więc dałem go nieco więcej - wygłosił bardzo zadowolony z siebie. Na talerzu Growlithe'a nie było widać ani ryżu, ani warzyw... piramidka z mięsa sięgała mu wysokością chyba do ramienia. Brew białowłosego drgnęła lekko na te słowa. - Ja zrobiłem sobie lazanię z mięsem mielonym i szpinakiem, na deser mamy zaś malinowy sernik w pucharku. Gwarantuję eksplozję smaku. Orzeźwiające, jak w mordę strzelił. Aha, a dla ciebie kaszka - dodał po chwili w kierunku Ailena, gestem ręki pokazując miskę po brzegi wypełnioną białą papką.
Syon złapał pałeczkami kawałek kurczaka z samej góry i wsunął go między wargi.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 21/7/2014, 03:04
Przewrócił oczami.
- Super. – rzucił burkliwie, zachowując się nie lepiej, niż rozkapryszony dzieciak, który zdecydowanie nie doceniał tego, co miał. Gdyby tylko okoliczności były dla niego choć odrobinę łagodniejsze, możliwe, że podłapałby jakże śmieszny żarcik białowłosego, sam udając czyste zawiedzenie brakiem sympatii ze strony ulubionej postaci z bajki. Oczywiście. Tak by było. I wszyscy szczerze w to wierzymy-…właściwie to Ailenowi naprawdę rzadko zdarzało się z czegokolwiek żartować. Nie, wróć. Żartował dosyć często, jednak były to raczej oschłe docinki z tylko pozornie śmieszną otoczką. Nie parskał śmiechem, gdy nie widział ku temu naprawdę dobrego powodu. Nie uśmiechał się szczególnie często, a w jego oczach prawie nigdy nie widać tego blasku rozbawienia czy choćby głupiego szczęścia. Jego chichoty były pozbawione głupiej szczerości, która w gruncie rzeczy była też kluczem do głębszego przeżywania tego uczucia radości. Gdy jakaś osoba rzuci na niego okiem, bez zastanowienia powie, że wygląda jak zmizerniały dzieciak. Jednak, gdyby tylko przyjrzała mu się bliżej, byłaby w stanie zmienić zdanie. Małolaty tryskają energią i ciekawością życia. Spojrzenie Kurta zostało tego absolutnie pozbawione, zostając przy tej jego charakterystycznej nucie ponurej powagi. To nie jest obraz kogoś, kogo nazywa się dzieckiem. To wizerunek skrzywdzonej osoby, która miała spaczony pogląd na rzeczywistość.
Pomoc przyjął bez zbędnych komentarzy i słusznie, bo się na niej po prostu nie zawiódł. Przeciągnięta przez głowę koszulka, szybkich ruchem wciągnięcie misiowatych bokserek na tyłek i pokraczna walka ze spodniami, a Ai nagle przestał świecić golizną, nadając się do bezproblemowej prezentacji przez znacznie szersze grono gapiów, nie będących tylko nudystami. Ubrania jednak wywołały w nim raczej mieszane uczucia. Z jednej strony jego irytacja wzrosła, ponieważ koszulka jak i spodenki, które przyszło mu na siebie wciągnąć były tragicznie niedostosowane do jego stylu bycia. Tryskały radością. Biały t-shirt z purpurową linią tuż przy szyi i dwoma paskami na rękawkach w tym samym kolorze, odznaczał się nadrukowaną, fioletową ośmiornicą , która z szerokim uśmiechem wskazywała każdą macką z osobna litery, układające się w wybitne słówko k u l t u r a ! Tak. Z wykrzyknikiem. Pomijając sam dziecięcy motyw, który już z góry naraził się na kocią krytykę, sam wyraz nijak miał się do osoby Ailena. Bądź co bądź jednak tak wyszczekany gnój, jak on, nie miał prawa nosić niczego co choćby błędnie wskazywałoby na to, że jest on taktowny. Nie jest, a zdążyli przekonać się o tym wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia. Łącznie z Łowcą, który także w kwestii spodnek postanowił nieco zaszaleć. Wyglądałyby normalnie, gdyby nie traktor chamsko naszyty na przedzie jednej z czarnych nogawek. Tak. Również z roześmianymi oczami, wyglądający jak wiejski kumpel głównego bohatera bajki „Tomek i przyjaciele”. Kurt wyglądał prześmiewczo z ponurym, rządnym zemsty spojrzeniem, ulokowanym w drzwi, za którymi najpewniej krzątał się po domu gospodarz, jednocześnie samemu będąc ubranym w stroje rodem ze sklepu 5.10.15. Z drugiej jednak strony nie można odmówić Tashiko doskonałego dobrania rozmiaru pod wychudłą i drobną posturę Kota. Przez lata tonął we własnych ubraniach, więc nauczył się doceniać dopasowaną wielkość koszulki czy spodni, których nawet nie trzeba było ściągać pasem. Jednak.. to tylko upewniało Kurta w przekonaniu, że Łowca robił zakupy w sklepie odzieżowym dla dzieci.
Co wiemy o Ailenie?
Jest marudny. Rzadko się uśmiecha. Szczery do bólu. Nie boi mówić się tego, co myśli. Nie jest fanem kulturalnych ośmiornic, ani serii „Tomek i przyjaciele”… coś jeszcze? Owszem. Jest cholernym żarłokiem, który uwielbia dogadzać swoim kubkom smakowym, tym bardziej, że nie miał ku temu zbyt częstych okazji.
Kot tęsknym wzrokiem przejechał po talerzu Growlithe’a obfitującym w sporawe kawałki mięsa, które zdawały się wołać w stronę czarnowłosego; „Zjedz mnie! Zjedz! Pierdol białowłosego! On nie zasłużył na nasz głęboki smak i aromat!”. Niestety.. jedzenie nie mówi, a gdyby jednak posiadają taką umiejętność, to właśnie by skłamało. Wilczurowi należało się znacznie więcej, niż tylko dobry kurczak. Ai, gdy w końcu wyjdzie ze swojego fatalnego humoru, może się nad tym głębiej zastanowi.
- Smacznego... – to było najsmutniejsze „smacznego”, jakie kiedykolwiek opuściło ludzkie usta. Sięgnął drżącą łapą po łyżeczkę i nabrał sobie białej breji, finalnie pakując sobie do rozżalonego pyska. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Bezsmak szybko zmienił się w metaliczną krew, która nawet pomimo zmycia z ciała, dalej urzędowała w buzi sponiewieranego Kota, skutecznie wyginając jego twarz w wyrazie słabości i obrzydzenia. Przerwał jedzenie, zasłaniając sobie usta ręką, walcząc sam ze sobą, aby przełknąć kaszę.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 21/7/2014, 03:42
- Nie przesadzaj, szczylu. Nie jest takie złe - skomentował taktownie Tashiko, niemalże rzucając swój talerz na ławę. Siadł sfochany po prawej stronie Growlithe'a, nabijając widelec w lazanię, jakby faktycznie uraziła go reakcja Ailena. Białowłosy z kolei nie zrobił nic (słownie: NIC) co miałoby wykazywać jakiegokolwiek zainteresowanie z jego strony. Nie był pewien, dlaczego Kurt zrobił to co zrobił - Tashiko dosypał mu pieprzu do kaszki, kaszka smakowała jak przeżuty kapeć albo coś innego, a możliwości było sporo - ale czymkolwiek to było, Sullivan powinien dać sobie radę. W końcu jeśli nie chciał - wcale nie musiał brać się za jedzenie tego.
- Jeśli chcesz mogę skontaktować się z jednym Łowcą. Jest... to znaczy był - w tym momencie na ustach czarnowłosego wystąpił kwaśny uśmiech zawiłości - lekarzem. Mógłby obejrzeć twojego przyjaciela. Może przepisałby mu jakieś leki, antybiotyki czy co tam robią lekarze. Dzwonić?
Coś w tym wszystkim było ewidentnie nie tak. Mieli... jakby... za dużo roboty? Zbyt wiele zbiegów okoliczności, zbyt liczne pasma wydarzeń, przeplatające się między sobą, niczym grube, barwne wstęgi. Jeśli reakcja rodzi reakcję to pech rodzi pech. Jak to wszystko razem ze sobą połączyć? Jak miał skutecznie rozdzielić wszystko na etapy, aby i tak potoczyło się po jego myśli? Skrzywił się lekko, choć kawałek mięsa, jaki włożył sobie właśnie do buzi był zwyczajnie przepyszny, a Tashiko, wspominając coś o „eksplozji smaku” wcale nie blefował. Wpierw akcja z dyktatorem, później nienazwany, nieznany mu gang - choć musiał przyznać, że coś jest na rzeczy, kojarzył skądś te zapachy - teraz jeszcze Ailen i konieczność odpłacenia się z nawiązką.
- Ekhem.
- Hm?
Zamrugał, niemalże z a s k o c z o n y. Jasne brwi uniosły się ku górze, gdy przebiegał spojrzeniem od swojego talerza, w którym prawdopodobnie od paru chwil po prostu memlał, aż do twarzy Irakawy, by finalnie ponownie przyjrzeć się mięsnej wieży. Chyba... źle się czuł.
- No... tak. Jest naprawdę świetne. Musisz często gotować.
Tashiko westchnął głęboko. Tak głęboko, że gdyby chciał, mógłby zdmuchnąć całą zastawę stołową.
- Pytałem czy dzwonić po kumpla. Lekarza. Mógłby zerknąć na tego tam... - Irakawa machnął lekceważąco dłonią, gdzieś na Ailena. - ... jak mu tam? Jak ci właściwie na imię, szczeniaku? - zwrócił się bezpośrednio do pokaranego przez los Kurta, krzywiąc przy tym lekko usta, jakby sam fakt, że musiał się odezwać akurat do niego, był najgorszą z podanych opcji.
Faktycznie się nie lubili.
A tu nadal było coś nie tak.
Syon Wenday, młodszy inspektor z wydziału detektywistycznego M3 wzniósł mętne spojrzenie na Sullivana. W dwukolorowych oczach pojawiło się pytanie. Jak czarne jest czarne, Ailen z pewnością to dostrzegł. Dzwonić? Nie dzwonić? Może nawet zapytałby go na głos, gdyby nie to, że słowa nie wydobyły się z jego krtani. Rozchylił ledwie usta, ale wokół rozległo się tylko coś na wzór pukania.
Puk, ssszuurrrr... bach...
Tashiko odłożył widelec na talerz, podniósł się, wspierając rękę o udo i z marudną miną poczłapał do drzwi. Growlithe w tym czasie spuścił wzrok ponownie na swoją porcję, najwidoczniej rezygnując z wypowiadania się na temat Łowcy-Lekarza, nabrał trochę ryżu z kawałkiem kurczaka, niby wisienką na torcie i już, już podnosił sztuciec, gdy nagle Irakawa odwrócił się, zerkając przez ramię w kierunku siedzących przy stole „gości”.
- Syon?
Białowłosy mimowolnie wbił w niego spojrzenie. Widelec zawisł przed jego na wpół otwartymi ustami.
- Chyba masz gościa.
Ciche „huh?” to jedyna reakcja na jaką pozwolił sobie Wo`olfe. Tashiko wzruszył lekko barkami, wstukał kod, a drzwi otworzyły się, dzięki serii elektronicznych impulsów. Do pomieszczenia wbiegł... Javier. Czarno-szare psisko, długi pysk, stalowosrebrne oczy. Taki, jak zawsze, choć teraz nie miał bandany na swojej szyi... za to posiadając znalezisko, odznaczające się kolorem na jego monochromatycznej sylwetce. Trzymał je w pysku, lecz dla Growlithe'a przedmiot był tylko brudną, żółtą wstęgą, która trzepotała rozwiana gdzieś po boku paszczy psa, gdy ten nagle dopadł do Ailena z niesamowitą prędkością, niemalże wskakując na jego kolana i wpychając mu owe „coś” na twarz.
Zero delikatności.
Zero taktu.
A już z pewnością zero k u l t u r y.
- Javier - warknął Wenday, a pies natychmiast odskoczył od rannego, wypuszczając jednak znajdę. Żółty, poplamiony krwią materiał opadł martwo na kolana Sullivana.
Coś było nie tak. Coś było...
Grow zmarszczył brwi.
… nie tak.
- Co jest na chuście? - zapytał... czy może raczej wychrypiał, jakby jego głos nagle odmówił mu wszelakiego posłuszeństwa.
A na chuście, zbryzganej szkarłatem, brudnej od ziemi, piachu, mokrej od psiej ślin, widniał czarny kociak Evendell.
Growlithe zdał sobie sprawę, że słowa powtarzane jak mantra - „Coś jest nie tak. Coś jest nie tak” - wypowiadane były przez Shatarai, która swym subtelnym, niskim głosem szeptała mu je natarczywie do ucha.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 21/7/2014, 04:42
„Nie jest takie złe.”
Oczywiście.
Niebo w gębie, pod warunkiem, że pod słówkiem niebo, kryje się paląca kraina, pełna rozżarzonego węgla i czerwonych bestii z rogami i trójkątnie zakończonymi ogonami. Podniebienie Ailena zdawało się właśnie znosić okrutne dźganie po przełyku przez niby to diabelskie widły i niestety nie bardzo wiązało się to z pikantnością, która mogłaby być opisana w podobny sposób. Po prostu krew, która nieprzyjemnie drażniła jego kubki smakowe, boleśnie dawała mu się we znaki, wywołując chęci wymiotów. Sama kaszka też nie była najwyższych lotów. Mdłe, bezsmakowe, obrzydliwe. Nie, żeby na co dzień Ailen raczył się wykwintniejszymi potrawami. Wcale nie. Właściwie było wręcz przeciwnie. Kurt albo jadł dania na poziomie czerstwego chleba, albo nie jadał wcale. Każdy dzień był kolejną walką o przetrwanie, w której to chłopak musiał wykazać się jakimikolwiek umiejętnościami. Mało kto podsuwał mu żarcie tuż pod nos, a nie ma innego sposobu na zdobycie pożywienia, niż skombinowanie je sobie samemu. Polowanie nie szło mu ostatnimi czasy najlepiej. Był znacznie osłabiony przez przykrości, które boleśnie pokąsały go po tyłku, w ciągu ostatnich miesięcy. Wolniejszy i słabszy nie miał szans, aby zabić choćby nędznego szczura. Kradzieże też wychodziły mu raczej średnio, zważywszy na to, że jego zwinność i szybki refleks też musiały się stępić przez zimowy wpierdol, jakim go uraczono. Chłopak kurował się całą wiosnę tylko po to, aby teraz, na wczesne lato zostać bez żadnych umiejętności przetrwania. Dlatego też w żadnym stopniu nie powinien narzekać na papkę, jaką uraczył go ten skur… ten dobroduszny Łowca, który nie dość, że podsunął mu michę z żarciem pod nos, to jeszcze użyczył mu lokum i wykombinował ubranie.
Mimo wszystko, to jednak było piekło w gębie, a Ai poczułby, że zgrzeszył, gdyby nie poinformował o tym Tashiko.
- Obrzydliwe.
Zamyślenie Growlithe’a nie uszło jego uwadze. W gruncie rzeczy czasami zdarzało mu się najzwyczajniej w świecie odpływać we własnych myślach, a Kot nie widział w tym niczego złego, jednak w tym przypadku jego przybrany brat wydawał się nie tyle co zadumany, a raczej czymś strapiony.
- Ailen. - wysyczał, a jego słowa nijak można porównać do przyjacielskiego przedstawienia się. W gruncie rzeczy pokusiłby się o zignorowanie tak irytującej osoby, jak Tashiko, gdyby sam nie uznał, że jednak wolałby usłyszeć pseudonim, do którego przywykł, aniżeli ksywkę nadaną mu przez gospodarza. Zachowywał się jak szczeniak, wyglądał jak szczeniak, a nawet sposób myślenia miał jak szczeniak, ale zaliczał się do tej haniebnej grupy osób, która pomimo braku kultury i zahamowań, jednak oczekiwała jakiegoś szacunku. Co z tego, że sam dawał z siebie niewiele.
Dzwonić czy nie?
Ai nie lubi ludzi, a przynajmniej większości, ponieważ najzwyczajniej w świecie go irytują. Perspektywa znoszenia kolejnego obcego człowieka byłaby dla niego już po prostu drażniąca. Nie bardzo przekonywał go argument, że lekarz byłby w stanie mu pomóc. Generalnie sam uważał, że wszystko to co dało się z nim zrobić, zostało już zrobione. Wilczur pobawił się w pielęgniarkę, obwiązując go bandażami, a nawet dając śmieszny plasterek na poprawę humoru. Lekami faszerować się nie zamierzał, a na ból i tak będzie narzekać. Odpowiedź chyba była oczywista.
Rozchylił usta z zamiarem wyprzedzenia Growlithe’a w zadaniu pytania, jednak Ai też umilkł, słysząc dźwięki dochodzące zza drzwi. Natychmiast przekierował w tamtą stronę spojrzenie, by lepiej rozeznawać się w sytuacji. To jednak nijak pomogło mu w ucieczce przed nieproszonym gościem, który natychmiast do niego podbiegł, wywołując w Kocie następną salwę niechęci. Nie lubił psów. Poza tym nie cierpiał koni, chomików, myszy, wiewiórek, żółwi, ryb i innych zwierząt, które wywoływały u niego strach przed utratą kontroli nad własnym ciałem. Level to przekleństwo.
Jęknął boleśnie czując na sobie łapy Javiera, pokusił się o kilka brzydszych słów pod adresem czworonoga, acz ton jego głosu był bardziej zbolały, niż przepełniony agresją. Obrzucając psa zniechęconym spojrzeniem, natychmiast przefrunął wzrokiem na znaleziony przez niego przedmiot.
Wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił.
Przepełnione irytacją oczy rozszerzyły się w geście szczerego zaniepokojenia i zdziwienia, a usta lekko rozdziawiły, jakby sam Ailen nie był w stanie zaakceptować zrozumianego przez siebie przekazu psa.
- Evendell ma kłopoty. – rzucił, łapiąc chustkę za oba rogi tak, aby umożliwić dostrzeżenie przez Growlithe’a wizerunku czarnego kota na pobrudzonym od krwi i błota żółtym tle.
Lubił anielicę, dlatego niemo domagał się od Wilczura jakiejkolwiek interwencji, którą i tak najpewniej otrzyma niemal natychmiastowo.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 21/7/2014, 05:16
Shatarai nie dawała mu spokoju. Jej słowa nie dawały mu spokoju. Nawet nagła, niespodziewana reakcja Ailena nie dawała mu spokoju. Nie tego oczekiwał po swoim podopiecznym. Raczej wkurwionego odszczeknięcia, może nawet zlewczej odpowiedzi czy czegoś, co sprawiłoby, że poczułby się jak ostatni idiota. „Wydawało ci się” - powiedziałby wtedy w myślach, czując się jak ostatni kretyn, który przejmuje się byle pierdołą. Może to była zwykła żółta szmata. Skąd pewność, że należała do członka gangu? Bezsens. Brednie. Blef. Growlithe ściągnął brwi. Odpowiedź wydawała mu się jasna, choć odpychał ją czym tylko się dało. Ta jednak uparcie wracała, ostatecznie wygrywając pojedynek. Nie było co się oszukiwać. Javier nie przynosił mu byle jakich śmieci. Nie przychodził po niego, gdy nic się nie działo.
Coś było więc nie tak.
W dodatku pies zrobił zamieszanie, a to w pewien magiczny, niewytłumaczalny dla Growlithe'a sposób spotęgowało tylko niepokój, jaki wymalował się w dwubarwnych oczach przywódcy. Javier zeskakując z Ailena jak oparzony, uderzył zadem w niski stolik, a długi, puszysty ogon przefrunął przez blat, rozbryzgując na ziemię i kanapę białą, bezsmakową papkę. Tashiko mimowolnie jęknął, widząc narastający wokół bałagan. Niestety. O wiele gorszy burdel miał do ogarnięcia Growlithe.
Białowłosy miał tę świadomość i poczuł się nagle bardzo zmęczony. Jego cherlawe ramiona opadły, jakby spoczął na nich niepojęty ciężar, ewidentnie przez niego niechciany. „Evendell ma kłopoty.” Trzy słowa, na które zareagował automatycznie. Zerwał się z miejsca i bez słowa wybiegł.
Po prostu.
Widelec stuknął o talerz, odbił się i wylądował na stoliku tuż obok. Jedzenie, praktycznie nietknięte, wciąż parowało delikatnie, rozprowadzając niewidzialną woń smażonego kurczaka. Działał instynktownie, niepohamowanie, bez żadnego słowa pożegnania czy wyjaśnień. Zresztą - co tu było do wyjaśnienia? Jeden z Psów miał kłopoty. Jakim prawem miałby nie zareagować?
Coś.było.nie.tak.

Javier jeszcze chwilę badał czujnym spojrzeniem twarz młodszego Wymordowanego, obrzucając go przy tym dziwnie bystrym, wręcz ludzkim spojrzeniem. Może nawet nieco złośliwym? Zaraz jednak chwycił między zęby żółtą chustę i wybiegł w ślad za właścicielem.

Kilka piknięć, a drzwi ponownie się zasunęły.

- Szybka reakcja - skomentował Tashiko, gdy w pokoju zaległa niezbyt przyjazna cisza. I on czuł napięcie, jakie wynikło z racji braku jedynego ogniwa łączącego ich dwójkę. Sullivan i Irakawa nie powinni zostawać sami i tak z pewnością by się nie stało, gdyby nie - ekhm - zbieg okoliczności. Los bywał stronniczy i każdy, kto choć raz trafił na bezkresne, suche tereny Desperacji, zdawał sobie z tego sprawę. Ciężkie powietrze jakie zawisło między nimi okazywało się jednak zdecydowanie ponad siłami czarnowłosego, wrobionego w coś mimo jego woli.
Nie skarżył się, nie narzekał, nawet starał się być miły. Tylko ze względu na swoją pracę. Na uwielbienie do Nyanmaru. Bezwzględną lojalność. Może nawet sympatię do Wilczura. Teraz jednak, gdy i na jego ramionach spoczął okrutny ciężar czegoś w rodzaju obowiązku, wszelkie priorytety zdawały się jakby mniej ważne. Mniej konieczne. Niechętne spojrzenie czarnych tęczówek skierowało się ku Ailenowi.
„A.I.L.E.N”.
Zakodować.
- Evendell to ktoś ważny? - zagadnął zaraz, choć z nieskrywaną niechęcią. Jakby odzywał się do niego z czystej uprzejmości, tak samo, jak robią to nastolatkowie, zmuszeni przesiadywać w gronie starych rodzinnych pierdoł i wysłuchawszy siedemnasty raz opowieści o wujku z Tybetu wykrztuszali fałszywie miłe słowa. Wszystko po to, by zamordować ciszę i świadomość, że jeszcze moment, a może dojść między nimi do gorszej konfrontacji.
A na co im kłopoty?
Tashiko ponownie usiadł na ziemi, przy swojej porcji. Widać, że trudno mu było nie przejmować się usyfioną podłogą, którą koniec końców i tak będzie musiał sprzątnąć. Teraz jednak bardziej skupił się na talerzu z wciąż ciepłą lazanią. Wbił widelec w sam środek dania i zgarnął odpowiednio dużą porcję. Nim jednak ta trafiła do jego żołądka, sztuciec zatoczył łuk. Od Ailena, po talerz z obiadem Growlithe'a po drugiej stronie stolika. Tashiko z beznamiętną (na bank wymuszoną) miną rzucił tylko krótkie:
- Jak się po tym nie zrzygasz, to zjedz.
Poczuł się nagle bardzo łaskawy.

z/t Growlithe


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 22/7/2014, 02:04
Reakcja Growlithe’a była dokładnie taka, jaką zamarzył sobie Ailen.
Natychmiastowa. Zero zbędnych pytań, żadnych niepotrzebnych komentarzy i bezsensownych wyjaśnień. Po prostu wstał i czym prędzej wyszedł, pozostawiając chłopca w pewności, że akcja ratunkowa Evendell na pewno właśnie w tym momencie została rozpoczęta. Mimo wszystko poczuł bolesne uczucie bezużyteczności, kiedy tylko postać białowłosego zniknęła za automatycznie otwieranymi drzwiami, pozostawiając go tutaj samego, poharatanego, kompletnie niezdolnego do walki. Bardzo chciał pomóc. Jeśli przyszłoby komukolwiek opisać jego prywatną osobę, najtrafniej byłoby go określić jako egoistycznego gnojka, jednak jeżeli tylko spojrzeć na niego z góry, jako członka organizacji, Ai bez wątpienia wykazywał się nadzwyczajną lojalnością. Był w stanie umrzeć za DOGS i tego samego oczekiwał od innych Psów w zespole i choć niekoniecznie się to sprawdzało, Kurt mimo wszystko czuł jakieś poparcie z ich strony. Nie wierzył, że są dobrzy z natury. Większość pewnie kierowała się tym samym co czarnowłosy; ideami i wiarą w siłę organizacji. Mimo wszystko powinność pomocy komuś, kto nosi żółtą chustę była dla niego naprawdę silna. Zresztą.. w tarapaty wpadła osoba, którą nie tylko poważał ze względu na członkowstwo w Psiarni, ale też uwielbiał jako personę samą w sobie. Evendell nie raz ratowała mu tyłek, poprzez zwykłe lecznicze dotknięcie. Sama pewnie nie była świadoma swojego ogromnego wkładu w życie Kota, niejednokrotnie wyrywając z paszczy samego lwa. Poza tym, dbała o niego, jak o dobrego przyjaciela, więc Ailen, choć często wykazywał się chorą nieufnością do wszystkiego co żyje, tą anielicę jednak bardzo lubił.
Kiedy tylko jego spojrzenie przecięło się ze wzrokiem wychudłego charta, Kurt natychmiast przybrał o ton zwierzęcy wygląd. Schylił nieco łeb na dół, przyglądając się psu zimnymi, kocimi ślepiami. Nienawidził wszystkich czworonogów, którzy w żadnym stopniu nie przypominali mruczków, jednak w tej sytuacji był w stanie przyznać, że podopieczny jego przybranego brata, spisał się cholernie dobrze. Wzrok był oschły, nieprzyjemny, ale swego rodzaju wyrażał pewną pochwałę za szybki przekaz informacji, który mógłby być znaczący dla uratowania jego przyjaciółki. Kolor oczu pozostawał taki sam. Łagodny odcień mlecznej czekolady, jednak przyozdobiony zauważalnie zwężonymi źrenicami. Nie mówił nic. Cierpliwie poczekał aż pies powędruje za właścicielem, samemu skupiając się na Tashiko, na którego został dosłownie skazany, wraz ze zniknięciem wychudłego borzoja.
- Tak. – Poradnik rozmów z Ailenem dla opornych. Tom I, strona 1. Zasada numer 001; Sullivan nie cierpi rozmawiać, gdy nie czuje ku temu wyraźnej potrzeby. Zasada numer 002; Kurt jest nieufny wobec wszystkich nowopoznanych osób. Zasada numer 003; zawsze mówi lakonicznie, acz nigdy nie wymijająco - jest szczery.
Konieczność rozmowy z Łowcą potraktował jak wymuszoną pogawędkę z sąsiadem, z którym wypadałoby porozmawiać choćby o głupiej pogodzie, aby przerwać tą niezręczną ciszę w windzie, podczas jazdy na dziesiąte piętro. Problem polegał na tym, że Kurt uwielbiał mieć spokój i choć potrafił się rozgadać jak pospolita trajkotka, to jednak ciężko było go zmusić do takiego stanu. Szczególnie, gdy było się dla niego kimś zupełnie obcym.. i to jeszcze nie lubianym.
Przez chwilę pokusił się o pewien zaskoczony wyraz twarzy, który choć faktycznie wyrażał swego rodzaju zdziwienie, w pełni nie pozbył się strapienia całą sytuacją związaną z Evendell. Przechylił nieco łeb w prawo, wlepiając nieco nieufne spojrzenie w Tashiko. Co on jest dla niego taki dobry? Mimo wszystko Ailen postanowił najzwyczajniej w świecie się nad tym nie zastanawiać i po prostu sięgnąć łapą po talerz Growlithe’a pożerając wzrokiem mięso, którego nie jadł już od dobrych kilku miesięcy.
Natychmiast wpakował sobie kurczaka do buzi.
Błąd.
Po jednym małym kęsie, poczuł charakterystyczny ścisk w brzuchu i drapanie w gardle, które ledwie co nie skończyły się bonusową kartką rozrywki dla Łowcy, obejmującą dodatkowe sprzątanie. Natychmiast zasłonił buzię podrapanymi rękoma i ścisnął mocno powieki, próbując przeczekać najgorsze chwile.
Posmak krwi był nie do zniesienia.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 26/7/2014, 03:12
Tashiko Irakawa.


Cóż.
Słońce to słońce.
Wazon to wazon.
Tashiko to Tashiko.
Nie było sensu ingerować w to, dlaczego wazon jest wazonem i na jakiej podstawie nim był. Nikt nie pytał wazonu dlaczego stoi pod takim, a nie innym kątem. Tak samo jak niekoniecznie dobrym pomysłem okazywała się próba rozgryzienia czarnowłosego - bywał oschły, cyniczny, miły, wredny, spokojny albo głośny i tylko nieliczni wiedzieli, która z tych twarzy jest prawdziwa. Może wszystkie? Całkiem prawdopodobne, wszak kto w dzisiejszym świecie jest tak jednolity. A może żadna? Aby się tego dowiedzieć, trzeba było sporych ładunków cierpliwości. I czasu. Czasu, którego Ailen i Irakawa nie posiadali.
Tashiko przesunął widelcem po lazanii z miną równie czarującą co sterta śmieci na wysypisku, aż w pewnym momencie... kaszel. Jego ciemne oczy otworzyły się tak szeroko, że prawie je pogubił (oh, gałeczki, wracajcie na miejsce, no! Już! Do tatusia, wy okrągłe skurwysyny!), a potem wbił zaskoczone, wręcz spanikowane spojrzenie w twarz Ailena i jego szeroko pojęte mdłości.
- Nie, nie, nie, nie! - warknął, podnosząc ręce i wyciągając je przed siebie. Widelec stuknął o talerz, ale on nie zwrócił uwagi na upuszczony sztuciec. - Nie ma mowy! Jak mi się jeszcze tu zrzygasz, przysięgam, bez względu na moją przyjaźń ze Syonem: wypierdolę cię na zbity pysk, psie. Dalej, przełknij to! Albo chwila... wstrzymaj funkcje życiowe!
Poderwał się z siadu i pobiegł do łazienki. Słychać było ciche brzęknięcie, jakiś trzask, później huk zamykanej szafki, aż w końcu Irakawa wyłonił się niczym bies z Piekieł (i taką również roznosząc aurę), po czym - dosłownie - rzucił miską w Kurta, bo wiedział, że przedmiot prędzej doleci, niż on sam dobiegnie. Na szczęście naczynie uderzyło w ziemię, a potem lekko stuknęło Wymordowanego w nogę. Innymi słowy: bez żadnych trupów, zbitych naczyń czy pisku zderzających się aut w tle.
- Tam sobie rzygaj!
O, tak mu powiedział. Jego mina nie wskazywała na nic dobrego. Zdawać by się mogło, że lada moment, a wyjdzie z siebie i stanie obok. Cienie pod oczami - skutek niewyspania - okazały się jeszcze większe niż mogło się wydawać. Uśmiech, jaki przyprowadził ze sobą z zakupów, też już dawno wyszedł z domu, pozostawiając jego oblicze zimne i zirytowane. Jak tykająca bomba - tak właśnie można go było określić. Owszem, starał się być cicho, ba, nawet silił się na w miarę sympatyczny ton... ale wystarczył ten lekki gest, aby wulkan wybuchł, zdzierając z Łowcy ostatnie pokłady spokoju.
- Posłuchaj, dzieciaku... Ailenie... nie chcę żadnych kłopotów. Żadnych, jasne? Więc nie utrudniaj mi pracy. Możesz sobie siedzieć i rzygać do miski. Możesz też leżeć i do niej rzygać. Wszystko mi jedno, póki nie będziesz umierał albo wrzeszczał. Bo inaczej to mnie się oberwie, a nie tobie.
Faktycznie.
Gdyby Sullivan jakimś - dość pokracznym - cudem wykitował, gniew Growlithe'a padłby właśnie na Irakawę. Nie na zmarłego Kurta, nie na kanapę, nie na płatki kukurydziane, głaz w Tybecie albo gołębia pocztowego. Winny byłby Tashiko. Jace nawet nie słuchałby jego wytłumaczeń, tego zdecydowanego: „Syon, stój, pogadajmy, zaraz ci wyjaśnię”. DOGS jest ważnym sprzymierzeńcem dla Nyanmaru... Tylko tyle wiedział. A skoro tak... nie mógł podważać zdania przywódczyni. Wiedziała przecież co robi, gdy zawierała z nimi umowę.
- Powiedz mi co chcesz robić. Oglądać TV? Spać? Dać ci jakieś leki? Mam wyjść? Wszystko, bylebyś nie sprawiał kłopotów. Ani mnie, ani sobie.
A najzwyczajniej w świecie chciał mieć to za sobą, nawet jeśli Ailen zaczynał go ciekawić.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 1/8/2014, 01:40
Ailen nie uchodził za osobę towarzyską i był szereg oczywistych powodów, aby mieć o nim takie, a nie inne zdanie. Był po prostu cholernie niemiłym gnojkiem, który uważał się za kogoś, komu wszystko się należy, podczas gdy tak naprawdę wychodził na zwykłego, pyskatego niewdzięcznika, który po prostu miał szczęście, a nawet go nie zauważał. Bo jak inaczej to odbierać? Bezbronny smarkacz z zerowymi umiejętnościami bitewnymi. Daru przekonywania brak, a i z innymi zdolnościami jakoś cienko; nawet pływać nie potrafi. Nadzwyczajnie ładny nie jest, a charakterek ma tak paskudny, że tylko nieliczni są w stanie z nim wytrzymać. Kurt nie potrafił poradzić sobie w wielu sytuacjach, dlatego na każdym kroku mogło się wydawać, że potrzebuje pomocy. I tak oczywiście było. Nie dość, że to cholernie upierdliwe, to jeszcze niewdzięcznik w ogóle nie doceniał, że inni poświęcają mu czas. Choć.. to też nie do końca tak. Na wielu osobach mu po prostu zależało i cieszył się z każdej rzeczy, którą ów persona mu dawała, jednakże w przypadku takich osób, jak Tashiko… Ailen zachowywał się jak rozwydrzony dzieciak, w dużej mierze zupełnie nieświadomie. Uważał się za kogoś dorosłego, więc trudno było mu zajarzyć, że gdy się denerwuje bądź umyślnie robi pod górkę jakiemuś delikwentowi, najczęściej wygląda jak humorzasty bachor, któremu dawno nikt nie dał klapsa w tyłek.
Było mu cholernie niedobrze. Właściwie czuł jak zdechła mysz, którą udało mu się znaleźć wczorajszego poranka, urządza sobie wycieczki po jego przełyku, uparcie pnąc się ku górze, aby raz jeszcze powitać świat, z którego tak brutalnie została wyłączona, oczywiście znajdując sobie towarzysza jakim był kawałek kurczaka, który najpewniej tak samo jak gryzoń nie nacieszył się dostatecznie swoim żywotem. Mimo iż życzył Tashiko jak najgorzej, Ai nie chciał wymiotować, nakładając na Łowcę kolejne wątpliwie przyjemne obowiązki. Po pierwsze, było to obrzydliwe. Po drugie.. było to obrzydliwe. Po trzecie.. no.. ohyda, nie? Ale czwarty powód, polegający na niechęci popadnięcia w kolejny stan osłabienia, również odgrywał w całej akcji dość dużą rolę. Kurt mocno przysłonił usta ręką, zaciskając powieki. Nie mógł pozwolić sobie na panikę, więc spokojnie postanowił wszystko przeczekać i skupić się na tym, aby jakimś magicznym cudem, kazać odmaszerować zawartości swojego żołądka z powrotem na dół.
Chwycił wolną ręką za miskę, starając się ignorować wszelkie głośne dźwięki, jakie wydawał z siebie jego przymurowany towarzysz. Kiedy pojemnik znalazł się na jego kolanach, Ai odważył się odsłonić sine usta, pochylając lekko głowę. Zdążył się opanować, jednak przez jeszcze chwilę wolał nie ryzykować i nie zabierać łba znad miski; to chyba najbardziej rozważna decyzja jaką w dniu dzisiejszym wykonał.
- Nad rzyganiem nie panuję. – warknął słabo, słysząc wywód Tashiko o kłopotach. Przecież on też ich nie chce. Jasne. Z miłą chęcią narobiłby mu bałaganu, ale nie kosztem własnego zdrowia. Koniec końców chciał, aby ten dzień jak najszybciej się skończył, a traktowanie go jak źródło wszelkiego zła, jakoś niekoniecznie mu się podobało. Mimo wszystko to Irakawa pozwolił mu zjeść kurczaka… tak. Zrzucajmy winę na innych.
- Specjalnie dla Ciebie, karaczanie, powstrzymam się od wykitowania. – mruknął, przewracając teatralnie oczami. Mdłości powoli przestawały go męczyć, jednak mówienie i tak sprawiało mu jako takie trudności. Musiał uważać, aby nie wyrazić przypadkiem zbyt wielu emocji. Zbyt mocne ściągnięcie twarzy mogłoby skutkować paskudnym rozerwaniem rany.
- Hmm? – zlustrował go zdystansowanym, acz w pewnym sensie kpiącym spojrzeniem. – Ze wszystkich „rozrywek”, które zaproponowałeś, Twoje wyjście wydaje się najbardziej kuszącą opcją. – prychnął, delikatnie unosząc rękę ku górze. Przeczesał mokre włosy palcami, na chwilę przymykając oczy. Co on może tutaj robić? Spać bynajmniej mu się nie chciało. Czuł się niezwykle osłabiony, jednak raczej nie wiązało się to z sennością. Growlithe umiejętnie go rozbudził. Zawsze stronił od leków, więc też odpada… a jeść już na pewno nie będzie.
- TV.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Powrót do góry

- Similar topics