:: M3 :: Centrum

Strona 2 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 30/6/2014, 14:45



Kim był? Growlithe na moment odwrócił głowę na bok i uniósł wzrok, dosłownie w geście, który sam w sobie mówił: „dlaczego ja?” Ułożenie odpowiedniego opisu dla tego jegomościa to nie lada zadanie, a i sam wykładowca musiał się silić, aby nie powiedzieć zbyt dużo. Nie mógł powiedzieć niczego, czego sam Tashiko by nie powiedział. Przezorny zawsze...
Informatorem. Może na to nie wygląda, ale jest niezły w tym co robi. Mieszka tutaj z jedną z nastoletnich buntowniczek, studentką, bodajże Hiroko, która na czas wakacji zawsze wyjeżdża do... M1? Albo może M4? ― Przewrócił oczami. ― Tashiko był człowiekiem. Dopiero po morderstwie sześcioletniego brata zaczął węszyć. Okazało się, że ma dwie zalety: jest ostrożny i przydatny. Nie pamiętam, znalazła go jakaś służka Nyanmaru czy ktoś taki i wdrążyła w tajemnicę Łowców. Nieodpowiedzialne z jej strony. Na szczęście Tashiko okazał się odpowiednim skurwysynem, który rytuał wziął sobie mocno do serca. Chyba zbyt mocno, skoro to prawie siadło w tracie ceremonii. ― Spomiędzy spierzchniętych ust Growlithe'a wyrwało się ciche westchnięcie politowania, jakby sądził, że rytuał przyjęcia „Czerwinki” był drobnostką. Pamiętał, gdy ten postawny, czarnowłosy mężczyzna mu to opowiadał. Całkowicie lekko, jakby wcale nie otarł się o śmierć. Z tego co orientował się Wilk ― w organizacji wszyscy o tym wiedzieli, więc robienie z tego tajemnicy, nawet poliszynela, nie miało sensu. Może chociaż to sprawi, że Sullivan nabierze pewnego respektu do tego wyrośniętego, często uśmiechniętego faceta z trzydniowym zarostem? ― Znam go od 2930. Na jakiś czas przeniósł się do M2, ale teraz wrócił pod nową tożsamością. Zostawił tylko imię. Chcesz też wiedzieć jaki kolor bokserek nosi, czy mogę już zakończyć opowieści ze Stumilowego Lasu?
Mimo gorzkich słów, można było śmiało wywnioskować, że relacja Growlithe'a z Tashiko była całkiem znośna. Może białowłosy nie traktował go jak przyjaciela czy chociażby dobrego znajomego, ale tolerował go na tyle, aby nie mówić o nim szczególnie złych opowieści. Zresztą, większość Łowców, których znał, to dawni ludzie po przejściach, nienawidzący Władzy tak samo, a może nawet i bardziej niż Growlithe. A jeśli wierzyć, że wróg wroga to przyjaciel...
I co „nie na miejscu”? Czym nieodpowiednim było odpłacenie komuś pięknym za nadobne? Widząc podaną dłoń, trzeba ją wyrwać z całym ramieniem i obsypać solą, aby rana zgniła. Jego metody planowania sobie życia przez licznych były uważane za odpychające czy obsesyjne, ale kto, jak nie Growlithe, miał na karku ponad 1000 lat i wciąż się trzymał? Miał się na tyle dobrze, aby móc przenieść Ailena pod osłoną nocy do domu wroga Miasta, tyle, aby ledwie położyć się spać i znów zerwać się wznawiając czujność i tyle, aby wysłuchiwać zachcianek Kurta.
„Chcę.”
Słodkie.
Położył się obok niego ― całe szczęście na prawym boku ―, niemalże od razu wsuwając nos w ciemne kosmyki Ailena, całkowicie ignorując przy tym zapach zaschniętej krwi czy brudu. Tyle wieków czuł tę woń, że teraz zdawała się wcale nie przeszkadzać. Traktował ją jako nieodłączny element życia tak swojego, jak i pozostałych mieszkańców Desperacji. Prawdę mówiąc, dopiero teraz, gdy znajdowali się w czystym, wręcz sterylnym pokoju Tashiko swąd posoki faktycznie zaczął działać na zmysły Growlithe'a. Nie mocno. Odrobinę. Ramię wciąż pulsowało nieprzyjemnym, niezbyt intensywnym, ale stałym bólem, kły mrowiły natarczywie, przypominając, że służą nie tylko do ozdoby. Tłamszenie głodu było równie dobrym pomysłem, co wrzucanie nieumiejących pływać w środek głębokiego jeziora Nessie. Ailen mógł poczuć, jak Growlithe wciąga powietrze nosem, prawdopodobnie głównie po to, by posmakować jego zapach.
Niemalże słyszał nad uchem obojętny, ale dziwnie karcący głos Nathaniela. „Nie wolno, Jace”, mamrotał zawsze niewzruszenie, najwidoczniej wiedząc, że jakiegokolwiek tonu nie użyje, Growlithe zaciśnie tylko zęby i zrezygnuje z planu, choćby nie wiadomo jak mocno mu zależało. To jedyny sposób, dzięki któremu trzymał żądze na wodzy, tylko delikatnie niuchając włosy Ailena. Uchylił delikatnie powieki na ułamek sekundy, aby przyjrzeć się lewemu policzkowi Charta, po którym zaraz przebiegł językiem. Tknął ledwie końcówką zwykle nieskazitelną cerę podopiecznego, usuwając wąską trasę kropelki krwi, która wydostała się spomiędzy rozerwanej skóry. Gardło zapłonęło żywym ogniem na obecność nawet tak śladowej ilości życiodajnego płynu.
Zabawne, jak niewiele trzeba było,by uśpić resztki człowieczeństwa. Gdyby nie stale trajkoczący mu w umyśle głos Levittoux'a i wyobrażenie jego wiecznie zobojętniałej gęby, prawdopodobnie nie szczędziłby szyi Kurta. „Jestem głodny” - wołały jego oczy, które wychynęły zza powiek, gdy ponownie skierował je ku twarzy ciemnowłosego. Naprawdę trzeba go było wykąpać. Nie tylko ze względów estetycznych bynajmniej.
Kto by pomyślał, że poniższych się tak bardzo ― odrzucił piłeczkę, wspierając polik na podpartej łokciem o kanapę ręce. ― I to tylko dla ciepła. O czym chcesz posłuchać?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 1/7/2014, 03:05
Szczerze powiedziawszy Ailen nie spodziewał się po Wilczurze aż tak szczegółowego sprawozdania. Opisywanie osoby, która według niego była tylko kolejnym pomagierem, mieszczącym się w zasadzie „ty masz korzyści, ja mam korzyści, jest dobrze” mogło przecież przebiec w zupełnie inny sposób. Co z tego, że Kurt właśnie zagrzewał miejsce na kanapie Tashiko w jego własnym domu? Wcale nie musiał wiedzieć o nim więcej, niż pierwsze słowo, jakie przedstawił mu Growlithe. Informator. No, i pozamiatane. To upewniłoby Kota w fakcie, że nie ma się czego obawiać jeśli chodzi o bruneta i jego lojalność. Jasne, dalej nie był co do niego przekonany, ale całą historię gospodarza można by zamknąć w jednym krótkim zdaniu, którego generalnie spodziewał się Ailen. Wilczur potrafił być zarówno rozgadany, jak podniecona nastka, zdająca swojej psiapsiółce relacje po pierwszej randce, jak i milczący, niczym ostygłe, dawno zapomniane zwłoki. Przynajmniej Kurtowi nie doskwierała ta znienawidzona cisza, którą ponoć tak znielubił w ciągu ostatnich trzech minut.
Kiwnął delikatnie głową, na znak, że rozumie. Kot był zamknięty w swoim własnym świecie, jednak jeżeli tylko uważał za słuszne lub koniecznie wychylanie łba spoza własnej nory, ogarniał rozumiem to, co działo się na świecie. Miał doskonałe relacje z niektórymi członkami Łowców. No, dobra. Właściwie liczyła się w tej organizacji tylko jedna znajomość, jednak ważne jest to, że wtargnąwszy do czterech ścian Nyanmaru, nie zdzierał z niej tylko herbatki, ciasteczek i kanapek, ale też kradł niektóre informacje. Stąd jego wiedza na temat rytuału. Słyszał opowieści związane z tym, jak ów ceremonia się odbywała i nie miał wątpliwości, że jest to coś ciężkiego. Świadczy o tym może choćby jego wyraz twarzy, który wiecznie znudzony, przybrał trochę na powadze, przypominając sobie szczegóły opisu, który kiedyś obił mu się o uszy. I nie był to wyraz twarzy wymuszony przez zwykłą grzeczność czy choćby powinność. Był uzasadniony czymś zupełnie innym. Własnymi doświadczeniami. Nigdy na własne oczy nie widział, jak przebiega rytuał wstrzyknięcia Czerwinki do krwi, ale poczuł na własnej skórze, jak to jest być poddawanym działaniu wirusa. Uważał, że te dwie rzeczy są do siebie w pewnym stopniu podobne. Obie wiążą się z bólem i trwałą przemianą nie tylko fizyczną, jednak w niektórych przypadkach także psychiczną.
- Nie, wystarczy.
Dostał to, czego chciał. I dobrze. Przynajmniej nie będzie musiał ciągnąć go za koszulkę do siebie, uparcie domagając się położenia obok. Naprawdę potrzebował teraz jego ciepła, choć była to raczej słabo uzasadniona konieczność. Równie dobrze mógłby nacieszyć się samym kocem, poduszką czy choćby (wow) kanapą, bo każdą z tych rzeczy uważał za prawdziwy luksus, jednak to nie byłoby to samo, co rozgrzana skóra przybranego brata. Był ciepły i to wystarczyło Sullivanowi, aby prosić o nieco bliższy kontakt, niż rozmowa na metr odległości. Zresztą... był w dużej mierze kotem. Uwielbiał wygrzewać się na słońcu, wtulać się w puchowe koce, czy siedzieć tuż przy gorącym piecu. Ciągnęło go do ciepła, a skoro najlepszym jego źródłem okazywał się być Wilczur, to niestety musiał pogodzić się z faktem, że na Ailena został niemalże skazany.
Natychmiast przylgnął do ciała białowłosego na tyle mocno, na ile pozwalały mu na to poobijane ramiona, poharatana twarz i roztrzaskany nos – czyli de facto dosyć słabo. Jego spokojna, spragniona ciepła pozycja nie utrzymała się zbyt długo, ponieważ szatyn niemal natychmiast podniósł łeb, kiedy tylko poczuł, jak końcówka języka Wilczura, musnęła jego poobijany policzek, ściągając z niego cienką strużkę krwi. W chwili obecnej czuł się tak źle, że wszystko było mu obojętne, jednak ze względu na to, iż nie życzył sobie, aby większy wymordowany w jakikolwiek sposób dotykał jego ran, Ai obrzucił Growlithe’a krótkim, acz jasnym spojrzeniem. Nie. Jego wyryty uśmieszek jest daleki do zagojenia, a co za tym idzie.. boli. Kurt uważał, że łagodzenie go śliną Wilczura jest wybitnie złym pomysłem. Zaraz jednak spokój wrócił na jego mordkę, a on sam przyznał przed samym sobą, że jest zbyt zmęczony, aby się wykłócać. Ponownie położył łeb na poduszkę, ciężko wypuszczając z siebie powietrze. Oczywiście przez usta, bo nos niekoniecznie nadawał się w tej chwili do takiego zadania.
Poniżył się?
Niemal natychmiast jego zmęczona, blada twarz rozjaśniła się delikatnym, acz w pełni zauważalnym uśmiechem. Nie był to jednak w pełni radosny wyszczerz, bo posiadał w sobie pewną gorycz, która tylko nakręcała jego głowę do powrotu dawnych wspomnień. Growlithe jeszcze nie widział jak bardzo Ailen był w stanie się poniżyć, aby zaznać odrobiny ciepła ze strony drugiej osoby. Mimo wszystko, jego kąciki ust opadły równie szybko, co się uniosły, a pysk Ai’a nie odznaczał się żadnym szczęściem, poza tym, jakie zostało zawarte w świeżej ranie na policzku.
- Jest mi zimno, więc chcę ciepła. Dla mnie to nie jest żadna szrama na godności. Zresztą podparłeś się w tak beznadziejny sposób, że nie mogę się wtulić. – burknął swoim wiecznie niezadowolonym tonem. Technicznie rzecz biorąc, każda pozycja będzie wywoływać u niego jakiś ból, bo siniaki odznaczały się na jego ciele w niemal każdym możliwym miejscu, ale skoro Grow tak zatęsknił za jego pierdoleniem, to teraz przynajmniej będzie mógł nacieszyć uszy marudnym głosem Charta. – Chyba, że Tobie to nie pasuje… nie lubisz się przytulać? – rzucił kąśliwie, nie szczędząc sobie słabego, acz złośliwego uśmieszku. Pytanie było takie bezsensowne… w gruncie rzeczy bez względu na odpowiedź Wilka, Ailen i tak nie zamierzał rezygnować z jego bliskości. Był zbyt dobrym kaloryferem.
Zamknął oczy i pozwolił sobie na nieco większe rozluźnienie, a przynajmniej takie, które nie wiązało się z wiecznym napinaniem mięśni i zaciskaniem zębów przez piekące rany.
- A co jesteś w stanie mi opowiedzieć?  





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 2/7/2014, 18:09
Wolał powiedzieć więcej, niż być wypytywanym jak na przesłuchaniu, choć wątpliwym było, aby Kurt drążył temat dalej, gdyby ton Growlithe'a skutecznie uniemożliwiał dalsze ciągnięcie wątku. Gorzej by jednak było, gdyby Ailen całkowicie niechcący nadepnął na pokaźną ranę wyszarpaną w klatce piersiowej Tashiko. Choć mężczyzna faktycznie nie robił tajemnicy z tego, co go spotkało i każdy Łowca spokojnie mógł opowiedzieć tę samą historię, którą zaprezentował Growlithe, tak rozmowa o podobnych motywach z pewnością nie sprawiała czarnowłosemu radości, porównywalnej do tej, którą przeżywają nastki po ujrzeniu swojego ulubionego aktora albo dzieciaki dostające lizaka (czyt. orgazm na miejscu). Wystarczyło parę zdań, w których zawarł wszystko, by nie musieć się martwić ewentualnymi nieporozumieniami.
Choć Ailena to licho wie. Był równie taktowny, co Growlithe czysty moralnie, a to już samo w sobie oznaczało operowanie swoją niezgrabną impertynencją, między górami drogiej porcelany. Jeden nieostrożny krok i...
Słodki jesteś ― parsknął, widząc jego mordercze spojrzenie. Nic nie mógł, a już tym bardziej nie chciał poradzić na to, że głód zrywał ostatnie linki dobrego zachowania, jakimi był obwiązany. Kurt nie powinien zresztą zbytnio dramatyzować, bo psia ślina ― jeśli wierzyć wymysłom ― przyspiesza proces gojenia, a ten zdecydowanie by mu się teraz przydał. Growlithe był zdania, że wystarczy odpocząć, wyspać się, parę razy przemyć rany i założyć nowy opatrunek, a jeszcze będzie śmigać jak koślawa gazela pomiędzy stadem głodnych lwów. Widać jednak, że nawet w najgorszych momentach, jakaś szczypta kąśliwości się zachowała. Wilk na moment wstrzymał oddech, analizując to tępe pytanie w zbyt poważny, jak na sytuację, sposób.
Nie ― wyznał, co w zasadzie nie odbiegało od prawdy. Choć faktycznie robił za dziwkę, chętną na każdego, kto ma spasły portfel i jest w stanie go wyżywić, przy czym był pewien, że wszyscy o tym nadal wiedzieli ― robiąc z tego głupią tajemnicę poliszynela, aby nie nadszarpnąć dumy związanej z posiadaniem wysokiej rangi ― to nie znosił, gdy dotykały go osoby napawające go obrzydzeniem (że wczorajszy kurczak przewraca się na drugi bok w żołądku) albo ― co uważał za jeszcze gorsze ― gdy ktoś jest zbyt natarczywy, mianując go na „prywatnego pluszaka”. Kurt był innej kategorii i prawdopodobnie dlatego Growlithe położył się obok niego, ostatecznie faktycznie zmieniając nieco pozycję. W zasadzie położył głowę, na zgiętej w łokciu ręce i przysunął się nieco do Ailena, by własnym ciepłem ogrzać drobne ciało Charta. Wiedział, że jest słaby, dlatego sam starał się o ostrożność, o którą z pewnością niewielu by go podejrzewało. Delikatnie poprawił ponownie brzeg koca, przykrywając Sullivan'a, by zaraz przytulić się, choć słowo to nie było odpowiednie. De facto objął go ramieniem, używając do tego wszystkich możliwych pokładów delikatności, na jaką było go stać, starając się przy tym, aby w żaden sposób nie poruszyć Ailenem, samemu ponownie mogąc wsunąć nos w kosmyki pozlepianych krwią włosów. Gdyby nie nowa mutacja, jaka jakiś czas temu umożliwiła mu chowanie wilczych atrybutów, zapewne w tym momencie czarna kita poruszałaby swoją końcówką w niemym wyrazie autentycznego zadowolenia. Zbyt nienagannego, wręcz dziecinnego.
Ale z tobą mogę ― dodał po dłuższej chwili, chowając błyszczące oczy za zmęczonymi powiekami. Wdychał jego zapach i wyłapywał cichy oddech,  niemalże napawając się obecnością Ailena. Growlithe nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek wcześniej dane im było przebywać tak blisko siebie, bo większość wspólnych spotkań polegała na obrzucaniu się błotem i masą przekleństw, by odejść ze świadomością, że złość wcale nie wezbrała. Mimo gorzkich przezwisk, pod tym kątem znali się zbyt dobrze i wiedzieli, że koniec końców dla siebie byliby w stanie przejść boso po tłuczonym szkle. Pech jednak chciał, że nienazwane uczucie nie odstępowało Grow'a na krok. Wciąż miał wrażenie, że „jakieś” wspomnienie dławi Ailena i jest to coś, o czym nie wszyscy powinni wiedzieć. Czymkolwiek to jednak było, zostawało tłamszone.
Prychnął pod nosem, wtulając bardziej policzek w swoje ramię i wreszcie otwierając oczy. Rozeźlone spojrzenie sunęło po poharatanej skórze Ailena układającej się w uśmiech, zahaczając o jego nos czy usta, by ostatecznie i tak wbić się w skórzane oparcie kanapy z namacalnym niezadowoleniem.
Co był w stanie mu opowiedzieć?
A jaką prawdę jesteś w stanie przyjąć, Kurt? – Uniósł wymownie brwi. Usta prawie przylegały lekko do ucha ciemnowłosego, by każde słowo pieczętowane było drobnym dotknięciem warg jego płatka z każdym słowem. Uczucie równie niewyczuwalne, co tknięcie skóry motylim skrzydłem. w końcu jednak odpowiedział na jego pytanie, choć bardzo ogólnikowo: ― Praktycznie wszystko, co tylko by cię zainteresowało. Mogę opowiedzieć ci o Edenie i najpiękniejszych miejscach, jakich nigdy nie byłbyś w stanie sobie wyobrazić. O pustyniach Desperacji, po której anioły boją się stąpać, ustępując miejsca wielkim zwierzętom.  O życiu przed Apokalipsą i chwilę po niej. Znam sporo klechd i legend, krążących plotek i prześmiewczych reputacji poszczególnych osób. Jestem stary w cholerę. Chcesz posłuchać, jak byłem w harcerstwie i wepchnąłem opakowanie ciastek czekoladowych starej Missy przez szparę między drzwiami a podłogą, bo mnie wkurwiła? – mruk. ― Domyślam się, że wcale nie jesteś śpiący? – Jak napierać, to napierać. Nawet jeśli zmiana tematu była zbyt nagła, równie nagła, co nagłe zmęczenie, jakie przylgnęło do ciała Growlithe'a. ― Odpoczynek dobrze ci zrobi. Później będziesz musiał coś zjeść, a na dalszą część pobytu tutaj zaprojektowałem nam kąpiel. Repertuar może nie powala na kolana, ale to może i lepiej. Obie nogi masz poharatane. Dziw, że w ogóle usiedziałeś.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 3/7/2014, 02:43
Słodki jesteś.
- Pierdol się. – reakcja była natychmiastowa, przy czym oczywiście nie mogło się obyć bez pełnego naburmuszenia spojrzenia, które było adekwatne do treści, opuszczającej jego usta. Nikt nie lubi braku poważania, a Ailen uważał za coś takiego ów poniżające uwagi białowłosego. Może i wyglądał na uroczego dzieciaka, który wywołuje cukrzycę jednym, łagodniejszym spojrzeniem, jednak zdecydowanie nie czuł się, jak obiekt automatycznie uruchamiający matczyne instynkty. Był dorosły. Przepisową osiemnastkę zakończył ponad sto lat temu, więc trudno było mu pogodzić się z faktem, że dla wielu pozostanie jeszcze nieporadnym bachorem. Przez niedojrzałą aparycję często wymagał szczególnej troski, co tylko pogłębiało jego irytację. Bardzo chciał być samodzielny, a drobna budowa poniekąd mu to uniemożliwiała. Delikatność nie byłaby problemem w Mieście-3, jednak wychowując się w Desperacji miała ona skutek porażający. W świecie, gdzie liczyło się tylko przetrwanie, nawet najmniejsza słabość mogła być ostatnim gwoździem do trumny. Dlatego jego wygląd tak bardzo mu przeszkadzał. Ailena niemal natychmiast ponosił gniew, gdy tylko słyszał, jak ktoś traktuje go niżej, niż sam by tego oczekiwał. Dobra, był tym zmizerniałym gimnazjalistą, jednak pod tą dziecięcą skorupą krył się stu czterdziestoczteroletni potwór, który tylko czekał, aby pokazać swoją prawdziwą, gorzką naturę. Jak czekoladka z alkoholem. Poniekąd słodka z pozoru, lecz gdy się przegryzie.. grymas na twarzy murowany. A z Kurtem było jeszcze gorzej, bo on czasami nie potrzebował nawet pomocy, aby pokazać światu, jak pyskatym jest gnojkiem. Mówił to, co myślał. Nie zważał na to, czy właśnie zmarła Ci rybka, kotek, krowa czy babcia. Jeśli uważał, że ów zwłoki nawet pośmiertnie zasługiwały na miano dupka, był gotów wyryć to określenie na ich grobie. Proste.
Potrafił powiedzieć wszystko, ale nie wszystkiego potrafił wysłuchać, a przynajmniej miał tendencję do umniejszania wartości pewnych stwierdzeń. Mimo wszystko lekko zaskoczyła go krótka i całkiem poważna odpowiedź Wilczura na kąśliwą uwagę, która wbrew pozorom była przecież tylko niewinną docinką. Nawet pokusił się o rozchylenie powiek, zupełnie tak, jakby zwrócona możliwość widzenia, okazywała się bardziej pomocna w analizie tego niedługiego stwierdzenia białowłosego. Nie, nie przejął się czymś tak banalnym jak chęci do przytulania jego przybranego brata. Po prostu... Growlithe zmienił na chwilę atmosferę, co Kot wyczuł aż za dobrze. Może Ailen pokusiłby się o kolejne zuchwałe uwagi, gdyby nie to, że „troskliwość” Syona zaczęła być dla niego bardzo przyjemna. Nie zaznawał bliskości drugiej osoby zbyt często, więc ta chwila była dla niego poniekąd jak długo wyczekiwany prezent. Ciepło. Jako typowy szczurołap uwielbiał wszystko, co było gorące, a skóra towarzysza zdecydowanie nie zaliczała się do tych z szeregu zimnych. Wtulenie się – jakkolwiek nie nazwać tej pokracznej pozycji, w jakiej znajdował się Ailen – wywołało w Sullivanie tak przyjemne uczucie, że.. zaczął mruczeć. Niedługo. Można powiedzieć, że w momencie, gdy po raz któryś zamknął przemęczone oczy, z jego gardła wyrwał się krótki, drżący pomruk zadowolenia. Rzecz absolutnie normalna.
„Ale z Tobą mogę.”
No, innej możliwości nie widzę.
Jesteś na niego skazany. Ty nie możesz. Ty musisz.
Mimo wszystko Kotu spodobały się te słowa i choć ogólnie czuł się tragicznie, pokusił się o ukazanie nieco szerszej palety emocji, niż tylko ból czy irytacja. Nie, nie zaśmiał się. To zbyt mocno zmieniłoby wyraz twarzy Ai’a, powodując koszmarne podrażnienie jego ledwo wyschniętych ran. Uniósł nieznacznie łeb, aby ogarnąć wzrokiem pysk Wilczura. Wszystko po to, aby jego brew zawędrowała ku górze, z dosyć mizernym, acz jasnym skutkiem, przeobrażenia jego pokerowej twarzy w kpiącą minę. Wzięło go na zaczepki.
- Teraz ty jesteś słodki. – skomentował krótko i choć początkowo jego wzrok wydawał się niemalże wyzywający, Kurt szybko stracił zainteresowanie docinkami i ponownie zjechał łbem na dół, ciesząc się ciepłem, jakie roztaczał wokół siebie Growlithe. Zamknął ślepia.
Milczał. Aż do końca przydługiego wywodu Wilczura. Szczerze mówiąc, zaczynała ogarniać go senność, jednak za cholerę nie chciał się do tego przyznać, uznając, że pozostanie trzeźwym może okazać się bardziej interesujące, aniżeli sen. Zdecydował, że wytrwa tak długo, na ile pozwoli mu to własna siła. W prawdzie nie walczył tylko z samą sennością, ale także z bólem, a to on okazywał się tutaj największym przeciwnikiem, jednak mimo wszystko informacje jakie oferował mu Grow, były zbyt kuszące. Był cholernie ciekawską bestią, a niestety nieczęsto zdarza się taka okazja do posłuchania starych dziejów.
- Jesteś słodki, nie musisz być też śmieszny, druhu Syonie. – ciężkie westchnięcie i długa cisza, podczas której regenerował dostateczną ilość energii, aby wyrzucić z siebie kolejne słowa. Nie było łatwo. Ciało go paliło, włączając w to paskudny, żrący posmak krwi. – Jak to było bez S.SPEC? – zapytał szeptem, niby ostatkami sił. On również nie należał do młodzików, jednak od początku jego istnienia, ta chora organizacja trzymała Miasto-3 w garści. Kurt nie wyobrażał sobie innego normalnego życia, niż to, jakie oferowało mu utopijne miasto. Jego wyobraźnia nie ogarniała, że kiedyś świat nie ograniczał się tylko do sześciu wyidealizowanych miast, a rozciągał się na cały ląd, tworząc miliardy miasteczek, wsi i metropolii. Owszem, uczył się tego w szkole, jednak.. to nie to samo, co słuchać prawdziwych historii z ust swego rodzaju reliktu tamtych czasów. – Bez tej szklanej kopuły i muru? Bez dyktatorskiej władzy i rebeliantów? – sprecyzował. Ciekawiła go Japonia sprzed dziesięciu wieków. Znał ją tylko z książek, a wiadomo, że nawet najpiękniej opisane strony, mogą okazać się paskudnym kłamstwem. Cenzura. Zmora tego społeczeństwa.
- Świetnie, bo śmierdzę. – rzucił niemal natychmiast słabym głosem. – Ale nie chcę się jeszcze odklejać.






Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 3/7/2014, 10:30
... ewidentnie muszę zacząć czytać co piszę, żeby wytropić błędy.  


-------

„Pierdol się.”
Oho, zważałbym na słowa, bo marzenia mają dwie wady ― nie spełniają się albo spełniają się i okazują się nie być tym, czym chcieliśmy, by były. Na tę drobną reakcję ze strony ciemnowłosego Growlithe tylko prychnął, jakby podobnych słów ten dom nie słyszał od wieków.
Hm ― wyrwało się inteligentnie z jego ust, gdy ujrzał uniesione brwi Ailena. ― Albo mi się wydaje, albo przed chwilą widziałem na twojej twarzy przedagonalny skurcz... zawołać lekarza?
Kąśliwość zbijał kąśliwością, choć i tak Kurtowi prędko przeszła ochota na zabawę. A szkoda, skoro jemu wręcz przeciwnie. Czasami miał wrażenie, że młody Chart chciał wszystko to, czego w danej chwili nie chciał Growlithe ― i na odwrót, więc kiedy już ― łaskawie ― ich dwa światy się ze sobą zderzały, miało być tak niesamowicie... Cóż. Bywały takie momenty. Był o krok od odebrania głównej nagrody, wejścia na piedestał, na najwyższy punkt podium... ale...
Wtedy spierdoliłeś?
Aha.
Wydaje ci się ― mruknął marudnie na wątpliwy komplement. ― Poza tym waż słowa, psie. Kto tu jest śmieszny? ― Jak na zawołanie jego nos szurnął po emotce.
„Jak to było bez S.SPEC?”
Bajecznie? Cudownie? Nieziemsko? Zniewalająco? Różowo? Bezpiecznie? Bosko? Niespotykanie? Kapitalnie? Wybornie? Pięknie..?
Nudno.
Czegokolwiek złego by nie nagadał, jak wiele przekleństw nie szczędziłby na każdego dyktatora, jak bardzo by się nie wściekał na szerzący się brak sprawiedliwości ― nieważne. To wszystko niknęło w ogólnym rozrachunku, a tak się niechybnie składało, że Władza regularnie dostarczała mu tonowe pakunki wyładowane adrenaliną, co sprawiało, że gdyby wróg błyskawicznie zniknął, Growlithe nie wiedziałby co ze sobą zrobić. Jak głupi pies i jego wieczna bieganina za samochodem ― gdyby dogonił pojazd, niespecjalnie miałby pomysł na jego rozbrojenie, skomląc i patrząc na wielgachną bestię, mając w kieszeniach tylko i wyłącznie wspomnienie po przedniej zabawie. Cicha nadzieja, że wróg będzie odradzać się wciąż i wciąż na nowo była nikła i równie wątpliwa co targana wiatrem świeczka. ― Myślisz, że było lepiej? ― zadał proste pytanie, wysuwając jeden kącik ust do góry w niemalże prześmiewczym uśmiechu. ― Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla wiernych laleczek utopijnego M3, świat przed Apokalipsą mógłby wydawać się gówna warty. To połączenie wolności Desperacji, brutalności Władzy, delikatności aniołów i tajemniczości Drug-on. Po ulicach przebiegały roześmiane dzieciaki, pełne niezapisanych kartek o swoich marzeniach i wielkich planach zostania policjantem albo znanym malarzem. A wszystkie te cele za sprawą jednego niefortunnego zdarzenia mogły rozlecieć się jak kruche szkło. Ciemne, brudne uliczki, swąd fekaliów i brudu, tuż obok niewiarygodnie wysokich, monumentalnych wieżowców, które zapierały dech w piersiach. przytłaczając zbite, małe chaty swoją wielkością i potęgą. Coś ci to przypomina? Przystaw dwie połówki odległych od siebie planet, gdzie każda będzie całkowicie inna. I? Świat żył tylko dzięki tym sprzecznościom. Nadal żyje. Gdyby nie było nas, tych łajdackich psów, gryzących po kostkach swoich panów, może dzisiejszy, khm, „świat” nie byłby taki zły? Nieświadomi powagi sytuacji ludzie mogliby wieść swoje równie nieświadome życie, kupując nieświadomie produkty w nieświadomie wybudowanych sklepach, aż ich plantacje rozszerzyłyby się na całą kulę, by wreszcie mogli rządzić, tak jak chcieli rządzić od wieków. Kiedyś wszystko... wszystko było takie samo. Pomieszane, poplątane, było czymś, czego każdy chciał i wszyscy nienawidzili. Niektórzy za sprawą szczęścia wzbijali się na sam szczyt, inni spadali strąceni przez zawiść przyjaciół czy rodziny. Nie wiem co ubzdurał sobie Bóg i jak bardzo chciał przemeblować Ziemię, ale cokolwiek to było ― jest chujowym stylistą wnętrz. Nic nie zmienił. Po prostu rozdzielił dwa uniwersa. Przełożył idealizm na Miasto-3, a biedę na Desperację, najwidoczniej sądząc, że mury i kopuła załatwią sprawę, odgradzając nieczyste bestie od anielskich ludzi. Ale fasady między „złem” a „dobrem” były cały czas. Zresztą... co to za idiotyzm? Nie ma dobra i zła. Nie można być dobrym albo złym. Gdyby Wymordowani rodzili się na terenach rajskiego Miasta, poziom ich zdziczenia prawdopodobnie by nie wzrastał, zakładając, że w ogóle by był. Socjalizacja mogłaby wykluczyć jakiekolwiek pokłady agresywnych zachowań, formując z nich potulne, domowe zwierzątka. ― Odchrząknął, jakby zdając sobie sprawę, że zbytnio odbiegł od głównego tematu. ― Uprzednio nie było lewitujących nad ziemią aut ani sześciu metropolii, połączonych ze sobą jedną i tą samą autostradą. Ludzie jeździli gdzie chcą i na czym chcą. Samochodami, konno, na wielbłądach albo delfinach. Myślę, że wszystko im było jedno, jak się transportują, byle dotrzeć do celu. A Ziemia kryła całe miliony miliardów zakamarków. Nie była tylko suchą, spękaną czerwienią. Lasy tropikalne w akompaniamencie dzikich ptaków, złota Afryka i porozrzucane na jej obszarze lwy, żyrafy, nosorożce, rozchichotane hieny i antylopy. Zielone, iglaste lasy, które teraz możemy oglądać tylko w Edenie. Albo zlodowaciała Syberia, tajgi i tundry. Ogromne morza i oceany, wody tak głębokie, że mieściły się tam dawno wymarłe walenie albo orki, dziesięć... ph. Pięćdziesiąt razy większe ode mnie. Sześć typów klimatu,  ciągnące się kilometrami plaże, parzący w stopy piasek i gorące słońce, mroźne zimy szczypiące w policzki i ulewne jesienie. O! Albo kontynenty. Nie jestem nawet pewien czy tereny dawnej Australii wciąż istnieją. Pewnie nie. Miriady wsi i miast, porozrzucanych jak gwiazdy po niekończącej się powierzchni. Nastał dzień Apokalipsy i wszystko zostały zmiecione. Big Ben z Anglii, Wieża Eiffla z Francji, krzywa wierza w Pizie, Stonehenge, Wiszące ogrody Semiramidy, posąg Zeusa... zresztą, nieważne. ― Wątłe ramiona uniosły się i opadły lekko w niemym wyrazie obojętności, nim Syon ponownie wtulił nos w Ailena, tym razem w miejsce tuż pod linią jego żuchwy, delikatnie dotykając obsypanej siniakami szyi Wymordowanego. ― Nic się nie zmieniło. Niektórym tylko wyostrzyły się ząbki. ― Szorstka dłoń odnalazła jego rękę, opuszkami palców dotykając poharatanej skóry. ― Ale muszę cię rozczarować, Sullivan ― zaczął głębokim, poważnym tonem, jakby za moment miał mu zdradzić tajemnicę wszechświata. Albo i samego Boga. W zasadzie to wszystkich Bogów i wszechświata razem wziętych. Cisza zdawała się roztrzaskać o twardy kant, gdy wypowiadał następne lekkoduszne słowa: ― Nie zostałem druhem. Wywalili mnie za Missy.
Shatarai zachichotała, jakby doskonale znała ten moment.
W M3 jest jedna zasada. Bądź posłuszny, a będziesz szczęśliwy. Więc ludzie są posłuszni, bo wszyscy pragną szczęścia. Kiedyś okazywało się, że los jest w naszych rękach. Choć obrazowo byliśmy bezpieczni, jak mieszkańcy Ś3, to nawet głupi przypadek mógł przesądzić o śmierci – jak na terenach Desperacji. Obywatele są szczęśliwi, potwory za murami nigdy. Choć są i ci, którym szczęście mignie przed oczami. ― Jak na zawołanie zza oparcia kanapy, jakby znikąd pojawiła się tryskająca, czarna lawa wulkanu, która miast ognistej magmy, wypluła w górę stado czarnych motyli. Growlithe odsunął rękę od Ailena i chwycił ostatniego z owadów, zgniatając go w dłoni. Miast szczątków, pozostała tylko mgła, która rozwiała się, mimo braku wiatru. ― Mignie na moment i zniknie za rogiem, żeby pozostawić życie jeszcze ostrzejsze i brutalniejsze. „Cudownie jest kochać, nawet jeśli ta miłość nie jest wieczna.” Gówno prawa. Nie pokazujcie mi Raju, żeby zaraz go spalić ― warknął, a wszystkie krucze motyle rozleciały się na malutkie kawałeczki, które z niemym syknięciem zostały zjedzone przez ogień nicości. ― Wszystko mi już jedno w jakim świecie umarłem. Tamtym, obecnym, czy tym, który będzie. Nie ma niczego, co byłoby w stanie mnie zaskoczyć, co oznacza, że od dawna jestem zdechłym kundlem. Nudno mi, Kurt.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 5/7/2014, 14:56
Ailen niestety miał to do siebie, że po prostu nie zważał na swoje słowa. Mówił to, co mu się podobało, nie zwracając uwagi na okoliczności. Był w stanie zbesztać największego bydlaka w mieście, nie obawiając się późniejszej kary za swoje obelgi. To nie tak, że uważał się za tak silnego drania, iż żaden inny byk nie mógłby nic mu zrobić. Zdawał sobie sprawę ze swojej niemocy w kwestii siły, jednak z racji własnego usposobienia nie był w stanie powstrzymać potoku mniej grzecznych stwierdzeń, które jako pierwsze odwiedzały jego umysł w styczności z nowopoznanymi osobami. Widzi, że ktoś jest brzydki jak noc – uświadamia delikwenta o jego szkaradności. Ktoś ma głos jak napastowana wiewiórka? Ai od razu wali komentarz o skrzekliwości. Jesteś debilem? Sorry, Kurt zdążył to zauważyć i wypomnieć Ci ze trzy razy. Przez to niejednokrotnie dostawało mu się po pysku. W gruncie rzeczy nawet teraz leży poobijany na kanapie, właśnie przez swoje szczeniackie zachowanie. Co prawda w konfrontacji z Garrettem powstrzymał się od niegrzeczniejszych uwag, jednak jego drańskie spojrzenia czy sam brak przeprosin, skutkował wychowawczą lekcją dobrej kultury od rozdrażnionego dyktatora. Gdyby Ai wysilił się choćby na to udawane „przepraszam”, dziś mógłby dalej hasać sobie beztrosko po ulicach Miasta-3 ze świadomością, że nikt nie musi nad nim ślęczeć i pilnować, aby przypadkiem przedwcześnie mu się nie zeszło. Jednak nie. Jest na to zbyt uparty i wyszczekany. Nawet teraz, gdy jego życie zależy od humoru Growlithe’a, nie szczędzi sobie niepotrzebnych komentarzy. Ai nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielkie ma szczęście, że to właśnie Wilczur wyłowił go z tego śmierdzącego kontenera na śmieci. Nikt inny nie miałby tyle cierpliwości, aby znieść marudność tego niskiego krasnala. Choć.. może inaczej, bo z tą cierpliwością Grow’a też różnie bywało; nikt inny, nie znałby go na tyle dobrze, aby wiedzieć, że jego kąśliwe uwagi, są tylko nudną koniecznością samego otwierania gęby, a nie czymś głębszym. Szczeniak zachowywał się okropnie, jednak lepsze to, niż bezmyślne machanie ogonem. Jego pyskate odzywki przynajmniej wnosiły trochę zabawy do nieciekawych rozmów.
Bywały jednak momenty, w których nawet jemu odechciewało się mówić. Potrzeba gadania szybko ustępowała miejsce zmęczeniu czy choćby bólowi, jaki wiązał się z kłapaniem języka. Posmak krwi powodował w nim chęć wymiotów, a piekąca twarz cudem nie zmusiła go jeszcze do zdrapania sobie reszty skóry na buźce. Przebite prawie na wylot nogi również dawały o sobie znać, uniemożliwiając Kurtowi zmianę pozycji na innej, niż odwrócenie głowy czy delikatne podparcie się na łokciach. On nie wiedział jak dojdzie do tej zasranej łazienki na zapowiedzianą kąpiel, nie wyjąc przy tym jak zarzynany kundel. Był teraz zdany na całkowitą łaskę Wilczura i choć nie do końca mu się to podobało, musiał pogodzić się z rolą szmacianej lalki w rękach tego szaleńca. Ufał mu jako bratu i jako przywódcy, ale jako człowiek sam w sobie, nie był zbyt zachęcającą opcją opiekunki.
Słuchał go bardzo uważnie, choć Growlithe mógł odnieść inne wrażenie. Kot zamknął oczy, głowę miał płasko ułożoną na poduszce, a oddech choć ciężki i wyraźnie wymagający dużych pokładów energii, mógł zostać uznany za dosyć spokojny. Wyglądał, jakby układał się do snu, a opowieści, którymi raczył go Wilczur, miałby być tylko dziecięcą dobranocką, pchającą go objęcia Morfeusza. Oczywiście nie. Można by uznać, że opuchnięte powieki przeszkadzały mu w zdolności do skupiania się, a nacisk bólu, jaki na nim wywierały był zdecydowanie niższy, gdy były spuszczone na zaczerwienione oczy. Nie musiał go widzieć, aby słuchać.
A nawet lepiej, że go nie widział. Ciemność ułatwiała pracę jego wyobraźni, która niestety nigdy nie miała okazji, aby się wykazać. Nie był już dzieckiem łaknącym poznać wszystkie rzeczy, jakie oferuje im świat. Jego głowa nie była pełna od kolorowych pomysłów, takimi jak wymyśleni przyjaciele, gry i zabawy, czy choćby projekt barwnej laurki dla mamusi w podzięce za to, że po prostu jest. Lata spędzone w szarości i brudzie, odebrały mu chęci, aby bawić się w marzenia. To nie tak, że ich nie miał. Po prostu były one tak realne i logiczne, że aż przykre. Brakowało mu w życiu tej nuty dziecięcej fantazji, a opowieści, którymi raczył go przybrany brat, zdawały się w małym, acz widocznym stopniu odtwarzać jego zdolność do zabawy samymi myślami. Jego rozum pracował na pełnych obrotach. W ciemności zaczął widzieć rozległe, złote ziemie Afryki, biegające po sawannie lwy, brutalnie zagryzające zwinne, smukłe antylopy. Zobaczył kolorowe ptaki, zdające się śpiewać o pięknie dżungli, którą zamieszkiwały. Zaraz przeniósł się myślami na Antarktydę, którą kiedyś widział w książkach. Biały ląd. Śnieg.. nienawidził śniegu. Zimno zdecydowanie nie było jego melodią, a mimo to, jego wyobraźnia zmusiła go do uznania tego chłodnego świata za piękny. Słowa Growlithe’a były dla Ailena czymś tak niezwykłym i barwnym, że nieznacznie poprawiły mu humor. Zabawne, jak stosunkowo nie wiele wystarczy, aby sprawić radość tak beznadziejnie przygnębionej postaci, jaką był Kurt. Kto wie, może mimo smutnych doznań, w głębi duszy dalej był tym rozbrykanym piętnastolatkiem, który uwielbiał ganiać z przyjaciółmi za piłką?
Parsknął śmiechem, wyobrażając sobie biedną panią Missy, ale jego chichot niemal od razu przemienił się w bolesne stęknięcie. Uśmiech zdobiący jego policzek, nie pozwalał mu na okazywanie radości. Wróć. Nie pozwalał mu na jakąkolwiek większą zmianę mimiki.
- Przestań, kretynie. Nie mogę się śmiać. – szepnął, ciężko przesuwając poharataną ręką po zdrowym policzku. No tak, zbesztać kogoś za poprawę humoru. Mimo wszystko Wilczur mógł poczuć się swego rodzaju pochwalony przez Ailena. Nie każdy potrafił w ciągu dwóch minut go wkurwić, zauroczyć słowem i rozbawić.
Zaraz jednak nastała cisza. Wilczur zakończył. Chłopak zdawał się nie palić zbytnio do komentowania. Zbierał myśli. Próbował przetrawić każde zdanie przybranego brata, choć było to zadanie cholernie trudne. Słów było dużo, a każde wywoływało skrajne emocje, które w jednej zwartej kupie, odznaczały się dla Kurta tylko jednym; ciekawością.
- Chciałbym zobaczyć Afrykę. – to jedyne co zapamiętałeś, Ai? - W sumie, dopiero teraz zacząłem rozumieć, jaka przepaść jest między nami. - mruknął, otwierając jedno oko, aby obdarzyć białowłosego dziwnym spojrzeniem. - Mam nadzieję, że kiedyś przestanie Ci być nudno... a mi nigdy nie zacznie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 7/7/2014, 01:34
Coś uparcie, nieustannie drapało go od środka...
Nie zniosę tego dłużej.
Oczywiście, zniesiesz.
Musiał, choć pokusa wydawała się teraz przerażająco potężna jak na coś, co dotychczas było wielkości ledwie kciuka i nie sprawiało absolutnie żadnych (pokaźniejszych) problemów. Ignorując szarpiące uczucie w żołądku zdobył się na lekki uśmiech, mimo zganianego tonu, jakim uraczył go Ailen. Zły pies. Kretyn. Głupi kundel, co? Jakim prawem nie wpadł na tak poważne oczywistości? W dodatku wcale nie było mu przykro. Proponowana kara za brak poczucia moralności: zgłosić go do Sądu Okręgowego w Warszawie i zamknąć w pierdlu na siedemset najbliższych lat. W takim scenariuszu warto byłoby go wepchnąć jeszcze do szablonowego planu resocjalizacji, która tak czy siak nie przyniosłaby żadnych pozytywnych skutków.
Problem polegał jeszcze na tym, że Growlithe lubił jego śmiech. Sam raczej parskał lub ucinał podobne gesty, przez co dodawał zbyt dużo drwiny, nawet do szczerych chichotów. Słyszeć coś podobnego od osoby, która na co dzień nie grzeszyła prawdziwym szczęściem to faktyczne osiągnięcie, którego nie miał zamiaru utajniać. Nawet jeśli Ailen prędko wyparł tę chwilę „radości”.
Jakże mi przykro ― odparł naburmuszony, manifestując swój brak skruchy w tej dziedzinie. Kto jak kto, ale Growlithe nie należał do szerokiego grona osób, szczególnie przejmujących się cudzym samopoczuciem czy zdrowiem. Kurt miał to szczęście, że chcąc nie chcąc zarysował pazurami duszę białowłosego. Wyrył w niej dotkliwy, choć niewielki ślad, a dzięki powstałej rysie, Growlithe czuł wobec niego coś pokroju szacunku, pozwalającego Wymordowanemu na odrobinę otwartości. Wszystkie te wspomnienia, obrazy, nawet utrwalone w pamięci zapachy lub odgłosy były dla niego na tyle wyraźne, że mógłby chwycić za pędzel i paroma zgrabnymi ruchami przedstawić każde zwierzę Afryki, która tak zaciekawiła Sullivana. Ręka jednak ponownie spoczęła na klatce piersiowej skatowanego, przygarniając go lekko do siebie, jakby ten za moment miał wstać i wyjść umówiony na zmyślone spotkanie.
A przecież nie mógł pozwolić mu odejść „ot tak”. Akurat teraz, gdy był takim łatwym celem nie, inaczej był bezbronny jak zakneblowana i związana dziewica cholera, też złe porównanie Język przebiegł po spierzchniętej, dolnej wardze, gdy wzrok ledwie wychwycił ruch ciała obok. Już prędzej można powiedzieć, że po prostu poczuł, jak ciemnowłosy podnosi rękę i zaczyna nią coś majstrować przy twarzy, bo spojrzenie nie do końca sięgało interesującego go miejsca.
Kurt, ja...
WRÓCIŁEM, GOŁĄBKI!
Wrzask był tak wysoki, że Jace wzdrygnął się nieco, natychmiast przegryzając usta i połykając każde słowo, jakie miał zamiar wypowiedzieć. Wszystkie chęci rozleciały się, wraz z chwilą, jak Tashiko wbił do swojego mieszkania, po pachy wypakowany różowymi torbami, rozrechotany, najwidoczniej postanawiając pocieszyć się nieco za Ailena, skoro ten nie mógł. Mnogość zakupów po jakie wyszedł przekraczała granice dobrego smaku, a gdy tylko Growlithe odkleił się łaskawie od „brata” i odwrócił twarz ku informatorowi zrozumiał, dlaczego niektórych nie powinno się wysyłać na miasto.
Tak, dokładnie tam. Nie! Wróć, ty plebsie. O... właśnie. W lewo. Jeszcze bardziej... w moje lewo! ― żachnął się czarnowłosy, wydając rozkazy trzem szczupłym jak miotły chłopakom, którzy wtoczyli się do mieszkania zaraz za nim. Jeden z nich trzymał na rękach wieżę z kartonów, w zasadzie ledwie utrzymując się na zgiętych w kolanach, galaretowato drżących nogach i minie pokroju: „Boże, zgrzeszyłem, ukarz mnie i wcale nie mówię tego dlatego, że śmierć byłaby wybawieniem”. Pozostała dwójka wtargała ogromne prostokątne opakowanie, które balansowało teraz na granicy bytu i niebytu, z każdym kolejnym słowem Tashiko. ― Taak. Dobra. Postawcie. Syon, myślałem już, że nie dam rady ― pożalił się, gestem ręki odsyłając pomocników.
Para zmienionych przez soczewki oczu padła na twarz Growlithe'a, który właśnie mechanicznym, wręcz rozleniwionym ruchem siadał na kanapie, po obu stronach wsparty poharatanymi rękoma.
Ależ ty nie w sosie ― burknął Tashiko i zacmokał cicho pod nosem, oceniając niezbyt przyjazne spojrzenie swojego, khm, towarzysza. Prędko jednak na twarzy Irakawy pojawił się ironiczny uśmieszek, który Syon osobiście chciał rozdrapać paznokciami. ― Nie bądź taki nadąsany, Wenday. Sprawiłem sobie nowy telewizor, ale nie zapomniałem o twoim pupilu. W sklepach ścisk gorszy od tego, jaki przeżywają sardynki, ale ostatecznie DAŁEM radę. Łazienka jest wolna?
Nie, kurwa, w związku z salonem.
Tashiko parsknął i ruszył w kierunku łazienki, po drodze zgarniając parę toreb, absolutnie niezrażony nagłym spadkiem humoru białowłosego. Tak jakby wcale nie zauważył jego drgającej ze zdenerwowania brwi.  Podczas jego krótkiej nieobecności (która mogłaby jednak potrwać trochę dłużej), Growlithe wsunął palce we włosy Ailena i zmierzwił je nieco, odgarniając kosmyki gdzieś na bok, by „usunąć” je z jego czoła. Zaraz wstał drętwo, czując, że wszystkie mięśnie marudnie zaczynają walczyć o swoje prawa, ale nawet te natarczywe nawoływania okazały się... zbyt mało natarczywe. Nie słuchając ich ruszył w stronę elektrycznie rozsuwanych drzwi, do których dotarł akurat w chwili, gdy Tashiko wychodził z łazienki ubrany w nowe ciuchy. Minęli się. Growlithe z paznokciami przebiegającymi raz po raz po karku i Tashiko, w swojej dopiero co zakupionej bluzie, praktycznie takiej samej, jak wszystkie inne bluzy, jakie posiadał.
Ciszę rozdarł dźwięk odkręcanego kurka i szum wody. Tashiko poprawił spód bluzy, włosy (choć te i tak sterczały jak u Jeża Sonica) i ruszył do kuchni, najwidoczniej mając zamiar zając się pichceniem. Faktycznie szum smażonych na patelni warzyw czy uderzenia noża o deskę do krojenia. Tylko na moment zjawił się jeszcze w salonie, zniknął w łazience na ułamek sekundy i niczym bumerang wrócił do swojej roboty, uradowany faktem, że to jemu przypadł zaszczyt wykarmienia „gości”.

- - - - -

Growlithe stanął przy kanapie, ogarniając skąpane pod kocem ciało Ailena dość wymownym spojrzeniem, sceptycznym i pełnym krytycyzmu. Zmierzył go tak od zasłoniętych przez ciepły materiał stóp, po sam czubek nosa, ale czemukolwiek by się nie przyglądał ― wszystkie rany i siniaki były na swoim miejscu. Nieważne jak wielki ból odczuje Kurt przy najbliższych parunastu minutach, wykąpanie go było wręcz konieczne, jeśli miał zamiar coś zjeść. A miał z pewnością. Nawet ta idiotyczna emotka krzyczała, że jest głodna... i aż trudno jej było odmówić.
Oprzyj się o mnie ― podyktował, co było nieco inną wersją: „pomogę ci”, podczas, której zerwał koc z półnagiego ciała chłopaka i wsunąwszy ręce pod jego ramiona pomógł mu wpierw usiąść, a później wstać.
Czujesz ciepło jego ciała?” Miękki głos wyszeptał pytanie, Growlithe niemalże czuł na szyi lodowaty oddech mary, oplecionej wokół jego nóg, zahaczającej pyskiem o rękę, która cały czas podtrzymywała wątpliwie stabilnie stojące ciało Ailena.
Słodki, prawda? Bezbronność odbijająca się w gasnących oczach, drżące kolana i usta. Puścisz go, a upadnie. Cieszy cię, że tak wiele zależy od ciebie, Jace?
Irytujesz.
Za ignorowanie moich trafnych wniosków, ktoś powinien cię zabić. Najlepiej ja.
Daj spokój. Wystarczy uścisk.
Ta odpowiedź, niby nóż, wbiła się w czarne ciało Shatarai, która rozpłynęła się w powietrzu. Na moment - Growlithe wiedział, że krótki - został sam na sam z Ailenem, którego usadził... na niewielkim krześle, które w trakcie nalewania wody do wanny przyniósł mu Tashiko. Bez zbędnych ceregieli białowłosy chwycił w palce srebrny zamek i rozpiął ubranie, by zaraz zsunąć z poobijanych, sino-fioletowych ramion materiał bluzy. Chłód w łazience mógł wydawać się nieznośny dla kogoś pokroju Kurta. Wilk pokusił się o drobną ironię, bo okropnym kontrastem okazała się jego ręka. Dłoń przesunęła się wzdłuż boku chłopaka, ledwie muskając obsypaną bolącymi kwiatami skórę, ostatecznie wsuwając palce za materiał bielizny. Według opinii Syona - był to najmniej potrzebna część garderoby, jaką mógł mieć na sobie Ailen w tym momencie. Wo`ofle pochylił się nieco nad nim, aby łatwiej mu było wykonać polecenie.
Obejmij mnie za szyję.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 11/7/2014, 02:51
Kompletna cisza jeszcze przez najprawdopodobniej długi czas nie zaszczyci Ailena swoją obecnością, a sam Kot jakoś bardzo jej nie oczekuje. Nie irytował go głos białowłosego towarzysza, który poniekąd dawał mu świadomość, że choć znajduje się w najgorszym bagnie, jaki tylko mógł go spotkać, to nie jest sam. Można powiedzieć, że jego obecność była zdecydowanie lepsza od ciszy. Dodawała swego rodzaju otuchy, dzięki której Kurt odnajdywał w sobie te resztki motywacji, aby cokolwiek z siebie wyrzucić. Każde słowo było nie lada wyzwaniem, a mimo to i tak starał się mówić, aby jakkolwiek poinformować ten cholernie niesprawiedliwy świat, że jeszcze dycha i choć ma się tragicznie, będzie walczyć o życie. Atmosfera jaka panowała w domu odpowiadała mniejszemu wymordowanemu. Było spokojne, a z pozoru kompletnie bezużyteczne pogadanki o Afryce czy harcerstwie, dodawały całej tej sytuacji swego rodzaju uroku. Było spokojnie i to pomału pchało Charta w ramiona Morfeusza, sprawiając, że choć był kompletnie wykończony, zasypiał z całkiem miłym przeczuciem, że to ciepło, które teraz jest do niego przylgnięte, w razie konieczności będzie o niego uparcie walczyć. Jego oddech, choć ciężki, teraz nabierał prawdziwego, błogiego spokoju i gdyby tylko jego stan utrzymał się choćby przez jeszcze dwie, trzy minuty, Kurt z pewnością zacząłby mruczeć przez sen, prosto w klatkę piersiową Growlithe’a.
Spokój zrobił out.
Wrzask!
Prawowity właściciel lokum właśnie radośnie obwieścił światu, że wrócił w swoje progi niestety cały i zdrowy. Świetnie. Jakby nie mógł przywitać się z nimi o pół tonu ciszej. Jego okrzyk natychmiast wstrząsnął Ailenem, momentalnie wyrywając go z półsnu. Kot otworzył gwałtownie oczy i choć z reguły byłby pierwszym, który w takiej sytuacji zerwałby się na nogi i przybrał pozycję pełną gotowości, w tej sytuacji dobrze wiedział, że jest kompletnie bezbronny. Odruchowo mocniej przykleił się do Wilczura, zaczepiając oznaczonymi krwią palcami o materiał jego koszulki, ot tak, żeby mieć pewność, że nigdzie go teraz nie zostawi. Zaraz jednak zorientował się nieco lepiej w sytuacji i zamiast wciskać nos w tors Syona, podniósł delikatnie głowę do góry, by lepiej rozeznać się w tym, kto teraz pałęta się po domu. Jacyś obcy ludzie. Jego wzrok był wyraźnie zaniepokojony. Jasne, wiedział od czego byli Ci chuderlawi panowie, jednak w tej chwili absolutnie nie życzył sobie żadnej innej obecności, niż tej Growlithe’a. Nawet bez Tashiko było mu przyjemniej. Nie jego wina, że z natury jest nieufnym niewdzięcznikiem.
- Grow. – szepnął słabo, przenosząc wycieńczone spojrzenie na twarz opiekuna. – Obiecaj mi, że kiedyś ukręcisz mu ten głośny łeb. – tak przyjaźnie. Hałas go denerwował. Zamieszanie jakie wywołał Tashiko trochę go zirytowało. Łeb go bolał, a reszta ciała potwornie piekła. To chyba normalne, że nie chciał, aby jego uszy również płakały z bólu.
„Pupilu”?
Ja go naprawdę nie polubię.
Z gardła Kota wyrwało się ciche, rozgniewane prychnięcie, które ze względu na swoją słabość, nie robiło zbyt wielkiego wrażenia. Mimo to przekaz był jasny. Ailenowi zdecydowanie nie podobało się określenie, jakie doczepił do niego Łowca. Facet nagrabił sobie u Kurta już wystarczająco, a mimo to jakoś dalej udawało mu się pogarszać swoją opinię. To się nazywa talent.
Został sam, z wyraźną niechęcią wypisaną na twarzy przyjmując fakt, że jego źródło ciepła właśnie na dobre się od niego oddaliło, nawet wbrew jego niemym protestom; wzrok, który rozpaczliwie, acz swego rodzaju stanowczo wołał „nie idź”, omiótł plecy Wilczura, oczywiście nie przynosząc żadnych efektów. Nie miał siły, aby zrobić nic innego, jak tylko dalej kontynuować leżenie, więc po raz kolejny w poczuciu pełnej beznadziejności, zamknął piekące powieki i pozwolił sobie na te kilka minut milczenia.
Perspektywa kąpieli nie była zbyt przyjemna. Nie to, żeby chciał całe życie spędzić w związku z brudem, jednak w tym stanie, jakoś niekoniecznie śpieszyło mu się do wstawania i maszerowania w stronę łazienki. Nogi zażerały się bólem już przy samym pozornie rozluźnionym stanie spoczynku, a co dopiero przy wstawaniu? Mimo to nie próbował się opierać w sposób inny, niż zniechęconym spojrzeniem. Zupełnie jak dzieciak, który całym sobą krzyczał: „Tato, ja jeszcze nie chcę iść się myć!”.
Pierwsze dotknięcie goła stopą dywanu rozłożonego przed kanapą był najgorszym uczuciem, jakie towarzyszyło mu od ostatnich dwóch sekund. Niemal natychmiast wydał z siebie nieudolnie stłumiony jęk, przenosząc cierpiętnicze spojrzenie na rany na nogach. Zabandażowane, a jednak i tak wyglądające koszmarnie. Może nie dla Growlithe, ale dla Ailena, który non stop dobitnie wyczuwał ich obecność – owszem. Podniesienie się na nogi również było bolesną drogą, ukwieconą kolejnym, w pełni usprawiedliwionym zawodzeniem bruneta. Każdy krok wymagał cholernie dużego wysiłku i choć Ailen nie lubił, gdy noszono go na rękach, jak małego bachora, teraz wiele by dał, aby oderwać się od ziemi. Na jego bladej jak ściana twarzy pojawiły się pierwsze kropelki potu, który nijak nie poprawiał estetyki jego całej osoby. Brudny, śmierdzący… a na dodatek kompletnie bezbronny i poniekąd uciążliwy.
Natychmiast usiadł na krześle, dysząc ciężko. Niemiłosiernie się trząsł, pokracznie próbując strzepnąć dłonią mokre czoło. Bardzo cierpiał i z trudem powstrzymywał się od krzyków i kolejnych zawodzeń.
O ile bluzę dał z siebie ściągnąć bez większych protestów, majstrowanie przy jego bieliźnie zapaliło w nim czerwoną lampkę.
- Stop. – stęknął, słabo łapiąc Wilczura za rękę. - Wykąp się ze mną. – nie uważał, aby wylądowanie kompletnie nago w wannie przed białowłosym, było jakoś bardzo zawstydzające, ale nie widziało mu się być jedynym gołym facetem w tym pomieszczeniu. Poza tym tęsknił za jego ciepłem, a woda, której notabene nie cierpiał, choć równie gorąca, to jednak nie była tym samym. – Byle uważaj. Bardzo boli. Cholernie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 12/7/2014, 01:17
Jęki, skomlenia, pomruki wyładowane cierpieniem, jak bożonarodzeniowe ciastka czekoladą... faktycznie, akompaniament wprost stworzony dla tego białowłosego osobnika, który słysząc te drobne skrawki dźwięku, wyrażające ból Ailena, nie mógł powstrzymać się przed ironicznym gestem, utrzymanym niemalże przez całą „drogę” do łazienki. Kącik spierzchniętych ust uniósł się ku górze, wykrzywiając jego twarz w parodii grymasu, który ludzie nazywają powszechnie „uśmiechem”. Trzeba jednak przyznać, że „uśmiech” Growlithe'a słabo wyrażał życzliwą radość. Za podobny wyraz bezczelnego wyśmiania pewnie dostałby od Kurta w pysk, gdyby tylko Chart był w stanie podnieść głowę... a, że wtedy nie był... Mina zmieniła się zresztą jak z bicza trzasnął wraz z atakiem młodszego Wymordowanego.
Stop? I co jeszcze? Pogłaskać po łepku? Kupić lody truskawkowe na otarcie słonych łez? Pokiwać głową i cofnąć rękę? Jego niedoczekanie, skoro Growlithe miał ochotę na następny etap. Uważał poza tym, że widok jego nagiego ciała to naprawdę licha zapłata za to, co dla niego robił. Od babrania się w śmieciach, po noszenie jak księżniczkę, na proszeniu - proszeniu do cholery - o pomoc kogoś, kogo o pomoc zwyczajnie się nie prosi. Bynajmniej nie dlatego, że nie ufał Toshiko. Problem tkwił głębiej, a wydłubywanie tego było ostatnią rzeczą, jaką pragnął parać się Wilczur.
Porozcinana, szorstka w dotyku ręka wsunęła się w drobną rękę Ailena, splatając ich palce razem. „Wykąp się ze mną.” Wzrok padł na złączone niewidzialną, czerwoną nicią dłonie. Oh, jasne. Już ściągał ciuchy i wpychał się do wanny - najlepiej na główkę albo bombę, piszcząc jak blondynka: „uwaga! Lecę!” Czasami Growlithe miał wrażenie, że niektórzy nie zdawali sobie sprawy ze swojego nieciekawego położenia. A wrażenie to w żadnym wypadku nie było mylne, biorąc pod uwagę witalność Growa, znacznie przewyższającą możliwą żywotność Ailena.
- Jak poprosisz - sprecyzował bez zbędnych ceregieli, unosząc ich dłonie i sprawnie wyplątawszy palce, oparł rękę ciemnowłosego o swój kark. Wiedział przecież, że boli. Pardon, poprawka: że c h o l e r n i e boli. Osobiście przeżywał podobne rewelacje, niejednokrotnie z powodu głupoty, a nie zrządzenia wrednego losu. Ale skoro jemu nie wszystko wykładano na srebrnej tacy... dlaczego Ailenowi miałoby?
Bo to twój brat?
Chrzanienie, mruknął marudnie w myślach, nakierowując drugą rękę Charta, aby objął go za szyję, wskutek czego łatwiej będzie mu utrzymać się na nogach. Z uniesionych bioder wkrótce Wilk zsunął niepotrzebny materiał bokserek, które miękko upadły na lodowate, czyste kafelki. Nie baczyłby na protesty Sullivana, nawet gdyby ten przybiłby sobie gwoździem do czoła tabliczkę z napisem: „zostaw mnie” i wypsikał się od stóp do głów spirytusem. Najwidoczniej wręcz chora chęć Growlithe'a na ujrzenie Kurta w pełni bezbronnego bombardowała jakiegokolwiek pokłady dobrego smaku.
- Będę delikatny - obiecał, ogarniając wzrokiem prędko nagie ciało Wymordowanego i choć to wydawało się niemożliwe, bo obrzucił go raptem dwusekundowym zerknięciem, zilustrował go bardzo dokładnie, rejestrując najdrobniejsze rany. Zamordowanie tych snobistycznych skurwieli to będzie istna frajda. Wiedział to, chwytając absolutnie niedelikatnie Ailena i niemalże wrzucając go do wanny po brzegi wypełnioną wodą. Ręka, która przed momentem wsunęła się prędko pod kolana Levelu E, teraz uzbrojona w szampon nakładała różowy płyn na dłoń, chwilę wstecz obejmującą sprawnie Kurta tuż pod linią łopatek. Może byłby bardziej uważny, gdyby nie to dziwne uczucie, które nakazało mu puścić drobne ciało akurat wtedy, gdy do połowy zostało zanurzone w wodzie? Dosłownie: ... już... już prawie... taaak... jest... odrobina... dobra, chuj, puszczamy.
- Paniczu, kąpiel gotowa - zawyrokował, w dodatku siląc się na dziwnie niski, spokojny, wręcz monotonny głos lokaja z siwym, fikuśnym wąsem. Powiedział to dokładnie w momencie, w której różowy płyn trafił na ciemne kosmyki Ailena. Widząc zresztą jakim problemem było dla chłopaka dotarcie do łazienki - notabene oddalonej od kanapy o paręnaście kroków - postanowił, że w umyciu się mu nieco pomoże. Głównie po to, aby szybciej mogli zjeść, bo żołądek już od jakiegoś czasu zwinął się w supeł i nie chciał puścić, szarpany głodem i pustką.
- Jeśli byś łaskawie mógł nie utrudniać mi pracy... - mruknął pod nosem, zerkając krytycznie na pieniący się pod jego palcami płyn. - Byłbym kurewsko wdzięczny.
Po prostu się uspokój...


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Gość on 12/7/2014, 03:32
„Jak poprosisz.”
A co on? Pies?
Czy on wyglądał na osobę, która byłaby w stanie choćby pomyśleć o czymś takim, jak przepuszczenie przez swoje gardło jakiejkolwiek formy grzecznościowej? Nie? Bo taki nie był. Niemal natychmiast przeniósł podirytowane spojrzenie na twarz Wilczura i choć było ono boleśnie przymrużone i tak bardzo dobrze przekazywało swoją główną informację; czy ty sobie ze mnie kurwa żartujesz? Mimo wszystko to samo pytanie mógł zadać mu białowłosy. W tej chwili jego zachowanie nie przedstawiało się jako co najmniej poprawne, więc Growlithe mógł poniekąd tracić cierpliwość do jego bezczelności, która w gruncie rzeczy dopiero zaczynała z niego wyciekać. Nie rozkręcał się z nią w zawrotnym tempie, jak to bywa, gdy jest w pełni sił, ale można było odnieść pewne nieprzyjemne wrażenie, że gnojkowi wybitnie brakuje pokory. W sytuacji, gdzie powinien kulić uszy i skomleć o pomoc, szczeka jak najęty, gotów wytknąć choćby najbłahsze błędy osobie, od której teraz zależy jego życie. Dziwne, że ktokolwiek chciał mieć styczność z takich krnąbrnym dzieciakiem, ale dla niektórych właśnie ten pyskaty upór był największą atrakcją w jego osobie. Co to za zabawa bawić się kimś, kto na dobrą sprawę pozwala sobą manipulować niczym marionetką? Gdyby nie ten usilnie stawiany opór Ailena i brak kultury czy taktu, byłoby najzwyczajniej w świecie nudno. A Growlithe już zdążył się małemu wyżalić, że właśnie nuda ostatnio jest najczęściej odczuwanym uczuciem, jakiego doświadcza. Skoro tak, to ma rozrywkę.
- Ja nie proszę. – odparł błyskawicznie po skończeniu wypowiedzi przez białowłosego. No tak. Oczywista oczywistość. Efekt wspomógł ostrym jak brzytwa spojrzeniem, które natychmiast przecięło twarz Syona, uprzejmie informując go, że Kurtowi bynajmniej się ta sytuacja nie podobała. Mimo niemych oporów jakie tak namiętnie stawiał, pozwolił na małą pomoc w postaci zawieszeniu swojej ręki na karku przybranego brata. Faktycznie było mu w ten sposób łatwiej, jednak mimo to, jego nieprzyjemne spojrzenie ani trochę nie zelżało. Wręcz przeciwnie.
Warkot.
Może nie tyle psi szczek, co bardziej koci, gardłowy pomruk. Bokserki bez oporów zsunęły się z jego bioder, finalnie opadając na kafelki, odsłaniając najwstydliwsze partie ciała Kurta, które nijak mógł teraz zasłonić. Mimo tak żenującej sytuacji, Ailen nie czuł wstydu, a zwykłą irytację. Denerwowała go choćby sekundowa penetracja wzrokiem jego okolic intymnych, a co dopiero perspektywa pozostania w negliżu przez najbliższe kilkanaście minut. Mimo to poza wcześniejszym, krótkim prychnięciem, dalej pozostawał całkowicie grzeczny. Jeśli nie licząc zimnych, usilnie próbujących brutalnego mordu na osobie białowłosego spojrzeń, zachowywał się wręcz wzorowo.
„Będę delikatny.”
Kłamca.
Przebite na wylot nogi i tak nagły kontakt z wodą, nie są zbyt dobrym połączeniem. To oczywiście nie to samo co wylanie solanki prosto na ranę, jednak zapiekło go trochę bardziej, choćby przez sam fakt tak niespodziewanej zmiany otoczenia. Syknął przeciągle, niemal natychmiastowo sztywniejąc, jakby spodziewając się, że lada moment przyjdzie mu wykrzyczeć cały asortyment przekleństw, byleby jakoś ulżyć sobie w cierpieniu. Póki co, trzymał się dzielnie z mocno zaciśniętymi zębami, choć wyraz jego zbolałej twarzy, nadal się nie rozpromieniał i na razie nic nie zapowiadało ewentualnej zmiany. Growlithe długo sobie poczeka na następny śmiech Ailena, który ponoć tak bardzo sobie upodobał.
- Świetnie, Sebastianie. – bo każdy lokaj musi mieć na imię Sebastian. Bezdyskusyjnie. – Choć następnym razem chcę cytrynowy, a nie malinowy. – prychnął marudnie, dając sunąć po sobie płynem o skrytykowanym zapachu. Jakby robiło mu to jakąkolwiek różnicę. W tej sytuacji był tak podirytowany, że nawet tak mała i błaha rzecz dawała mu jakiś punkt do doczepienia się. Nie wiadomo czy dawało mu to większą ulgę w gniewie czy piekącym bólu, ale trzeba przyznać, że lepsze jest narzekanie, niż szarpanina w wannie i to jeszcze przy tak paskudnych obrażeniach.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Arcanine on 13/7/2014, 04:14
Przewrócił teatralnie oczami i zagryzł na moment wargi.
- Wiem - uciął natychmiast, bo... istotnie, wiedział to doskonale i właśnie dlatego postawił taki, a nie inny warunek. Z całą pewnością, gdyby Ailen potrafił choć na kwadrans zdławić wszelakie odzywki i wymagania, Syon inaczej rozważyłby tę propozycję, jednak w chwili obecnej, ograniczył się tylko do tego, co gwarantowało mu korzyści. A - na nieszczęście Charta - jedyna wartościowa czynność, jaką mógł wykonać białowłosy to wykąpanie go. Palce przeczesywały ciemne kosmyki, zdążył już zebrać z czoła brudną, posklejaną krwią i potem grzywkę, wyszorować włosy z tyłu głowy...
Aż w końcu naprowadził ostry strumień wody prosto na czubek głowy Ailena, informując go o tym trochę poniewczasie, jakieś... dwie, może pięć sekund od drastycznego odkręcenia kurka. Dodał coś o zamknięciu oczu, gdy minimalizował siłę pod jaką lała się woda, starając się przy tym dokładnie spłukać płyn, a już w ogóle robił co mógł, aby wyglądać na kogoś, kto cieszy się życiem i wcale nie ma ochoty, aby powiesić się w salonie. Zresztą... jaki Sebastian tak prędko dawał się omotać jakiemuś dzieciakowi? Charakterystyczny, piskliwy dźwięk towarzyszył chwili, w której Growlithe zakręcił w końcu wodę i odwiesił rączkę prysznica na swoje miejsce. No właśnie: żaden. Odgarnął wtedy mokre włosy Ailena, aby przypadkiem nie wbiły z brudnymi buciorami tam gdzie nie powinny - czyli między innymi do oczu. Do tych cholernych ślepi, które ciskały w niego żywymi piorunami.
- Jak sobie życzysz, paniczu - odparł z półuśmiechem, przyglądając się jego czystszej już twarzy. Uzbrojony w gąbkę może nie prezentował się jak rycerz biegnący na umówione spotkanie gdzieś pod Grunwaldem, ale i tak coraz mniej mu brakowało do kogoś równie mężnego i silnego charakterem - trudno, żeby było inaczej, skoro musiał trzymać żądzę na wodzy, jeśli nie chciał dostać od swojej księżniczki Kurta po pysku. Udawało mu się grać na pozorach równie wytwornie co głuchy Beethoven komponować, dlatego niewiele sobie robił z wściekłych... stop... z zabójczych spojrzeń Sullivana. Musiał niechętnie przyznać, że nie podobało mu się to, w jaki sposób traktuje go ciemnowłosy, tym bardziej, że Growlithe nieczęsto zniżał się do poziomu podłogi, aby komukolwiek usługiwać. W końcu tylko tak można było nazwać to, co działo się aktualnie pomiędzy jednym, a drugim Wymordowanym i choć podobne porównanie (pan - sługa) było Syonowi bardzo nie w smak, ograniczył się tylko do przeklinania losu w myślach, niespecjalnie wychylając się ze swoim marudzeniem poza ściany głowy.
- Skąd u ciebie tyle agresji, Ailen? - Gąbka w kształcie spłaszczonej mordy królika (Grow nienawidził królików, kojarzyły mu się z chodzącym śniadaniem) dotknęła delikatnie nagiego ramienia młodszego chłopaka. Białowłosy automatycznie wstrzymał oddech, przyglądając się wystającym kościom i odrażającym siniakom „zdobiącym” ciało brata. Być może krzywy grymas i zmarszczone brwi nie wskazywały na to, co naprawdę miał do powiedzenia na ten temat, ale Kurt i tak powinien znać go na tyle, aby zorientować się, że nie chodziło o sam widok ciała Sullivana, a raczej przyczyny, która spowodowała jego aktualny stan. Chropowata powierzchnia myjki powoli zaczęła sprawdzać się w swojej pierwszorzędnej funkcji. Czerwone smugi jakie malowały się na jasnej skórze ustępowały pod nadmiarem ciepłej wody, gdy Wilk przemywał jego przedramiona, tors, kark i plecy.
- Wyglądasz podle - skomentował, nim zdążyłby się ugryźć w język, gdy przesuwał gąbką tuż pod brodą Ailena, zmywając z niego kolejne stęchłe resztki sprzed paru godzin. Woda przybrała mdły kolor czerwieni i brązu, ale Syon zdawał się na to nie zwracać uwagi. Wsparty po jednej stronie wanny ręką, pochylał się nieco nad rannym i starannie zmywał z niego niektóre fragmenty wspomnień.
- Dorwę Garretta i Nezumiego, przecież wiesz. Chciałbym jednak, żebyś mi coś obiecał. - To nawet nie brzmiało jak prośba. Growlithe zbyt przywykł do tego, że każdy podkula przed nim ogon i przewraca się na grzbiet, domagając się jego pieszczot. Zero ukazywania kłów, powarkiwań pod nosem - nieskazitelne posłuszeństwo. Wiedział, że to nie potrwa długo, dlatego korzystał, ile mógł. Wierzchem dłoni zadarł brodę Ailena, zmuszając go, aby podniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Ironia, jaka trzymała się Wilczura, najwidoczniej została zmyta wraz ze śladami krwi na twarzy Kurta. Zmrużył oczy i spojrzał na niego tym typowym dla siebie wzrokiem pełnym zadziorności. - Znam cię, Sullivan. Dorastałeś przy mnie i przy mnie popełniałeś błędy, czasami potykając się nawet o swoje prywatne nogi. Wiesz też, że jedno twoje słowo, jedno, liche słówko, a rozszarpię każdego, kto choćby obrzucił się krzywym spojrzeniem, drwiąco uśmiechnął się pod nosem albo rzucił tanim tekstem na podryw, który akurat by ci się nie spodobał. Dasz wiarę, że jeszcze nie tak dawno, a skopałbym każdego, kto ośmieliłby się ciebie tknąć? - parsknął widocznie rozbawiony. - A teraz czuję od ciebie tyle nowych zapachów, bliskich i kompletnie nieznanych. Chodzi mi o to, że nie stoję tu po to, żeby machać gąbką, bo moje ramię jest niewygimnastykowane. Nie robię też tego, bo muszę. Jak zawsze robię, bo chcę. Czy ty i twój mózg wielkości pistacji rozumiecie, że póki będziesz wpierdalać się w tarapaty, grzęznąc w nich po szyję, ja nie będę mógł spokojnie iść zaparzyć sobie kawy, żeby za moment nie przyleciał jeden z moich kundli na alarm, bo oto głodny kociak ponownie wyruszył na łowy, rzucając się na tygrysa z którym nie ma szans? Chcesz coś zjeść? Wystarczy powiedzieć. Nie robię tego bezinteresownie, żeby ci czasem nie odwaliło. Jeszcze przypomnę o zapłacie dla mnie. Dziś wystarczy buzi i ładny uśmiech. Widząc twoją minę, możemy ograniczyć się tylko do drugiej części.
Odsunął rękę, uwalniając Ailena z musu przyglądania się mu.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Sklep spożywczy.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Powrót do góry

- Similar topics