Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Go down

W każdej podróży musi w końcu znaleźć się to, co najważniejsze - cel. Głównym celem podróżujących w tę stronę są właśnie lasy znajdujące się na skraju pustyni. Widok ten jest bardziej niż niesamowity. Czerwień piachu wymieszanego z gliną stopniowo przeradza się w zieleń trawy, która stopniowo zmienia się w krzewy, a potem wysokie drzewa. Tak właśnie wygląda wejście do Edenu. Nie ma tam żadnej bramy, żadnego stałego strażnika golema. Jedynie milczące pnie, które oceniają kto jest wystarczająco godzien żeby zagłębić się w ostatnim raju na ziemi.


W końcu nadszedł 12 grudnia, a wraz z nim wielce wyczekiwane święto. Miejsce, które dla wielu jest celem, dla nich było początkiem wędrówki. Kapłanki odziane w białe pelerynki chichotały, ściskając w dłoniach koszyczki z papierowymi kwiatami. Inkwizytorzy stali poważni, pilnując porządku wśród zbierającego się tłumu. Nawet Starszyzna znalazła dla siebie miejsce na przedzie orszaku, zaraz za Wiecznym Tułaczem - szarym osiołkiem, ustrojonym w zielone szmatki, przypominające rzymską togę. Na głowie, wetknięty na spiczaste uszy, pysznił się wianek z tych samych papierowych kwiatów. Zwierzę prowadziły dwie wyjątkowo zadowolone z siebie kapłanki, co rusz okrążane przez dwóch błaznów, bawiących się w akrobatycznego berka.
Za oficjalną częścią orszaku nie było już aż tak wesoło. Wielu wiernych stało w zadumie, trzymając miedziane miseczki z kadzidłem. Ci stojący najbliżej już dawno rozpoczęli narkotyczne modły, których melodia upodobniała je do pieśni. Wszyscy kołysali się w jej takt, nadal powstrzymując się przed rozpoczęciem marszu. Nadal czekali na resztę wiernych, która nie zdążyła jeszcze dotrzeć.
Ktoś z tłumu zapalił prowizoryczną pochodnię. Za wcześnie. Na dworze nadal było jasno, więc płomień gubił się częściowo na tle szarego, jesiennego nieba. Krzyki żeby zgasił nie przestraszyły wiernego, nadal machał swoim ogniem jak dzielny Maratończyk.

Poczekajmy jeszcze chwilę i wyruszmy. Święto Osła czas zacząć.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Lekko spóźniony, ale dotarłem!

Yay, święta, święta! Jakby się uprzeć, będzie to chyba pierwsze święto KNW, w którym weźmie udział, i dlatego zupełnie nieogarniał co się tu dzieje. Skonfundowany znajdował się gdzieś na obrzeżach tłumu, stojąc niedaleko jednego z inkwizytorów, i próbując pojąć co się dzieje konkretnie. Był dość wysoki, ale nie zmieniało to faktu że nie był równie wysoki w kwestii poziomu wiedzy na temat tego święta. Pamiętał że było coś z osłem, i że chyba mieli go naśladować podczas pochodu czy jakoś tak. Jak ktoś mu da do zjedzenia kapelusz i potem będą chcieli zjeść jego, jak kij wie kogo kocha, to tu pozabija wszystkich!
Nie no, raczej nie. Ale serio, zostawcie kapelusze w świętym spokoju. On był chyba jednym z niewielu, którzy nie kiwali się na boki do rytmu tej melodii, do zapachu z kadzideł. Jakoś nie mógł się tu odnaleźć. To nie wyglądało jak te święta, które pamiętał, a zarazem była w nich jakaś znajoma nutka. Trudno to okiełznać, czuł się jakby wiedział co ma robić, acz połowę zrobiłby zupełnie inaczej niż faktyczne święto zakłada (bo świtała mu strasznie droga krzyżowa ze "starej wiary"), więc chcąc nie chcąc, postanowił na razie pozwolić innym na działanie. Może uda mu się wmieszać w tłum, zrozumieć jak to działa, i jak on powinien działać.
A póki co, oczekiwał rozpoczęcia, zapewne w podobnym zniecierpliwieniu co spora część orszaku. Nie dlatego że chciał rozpocząć, ale że nie wiedział jak rozpocząć, dlatego szukał momentu ruchu wszystkich na raz, zjednoczonego kroku z jakim mógłby się złączyć. Ze splecionymi ramionami na klatce piersiowej przeskakiwał z prawej stopy na lewą w zniecierpliwieniu, ponaglając ich w myślach (i zachód słońca) by się w końcu ruszyli. Zimno trochę jest, mimo wszystko no!
Choć na razie spotkał tylko kogoś wymachującego pochodnią jak ostatni dekiel na tle jasności dnia. Jeśli tak ma wyglądać ten przemarsz, to może już teraz zsunie swój kapelusz na twarz, by nie pokazywać się na tle tego... Tego...
Ehm. No. W każdym razie - Wiiiiiiiiiiiiiiii! Święta!
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Każde ze świąt przewidzianych w kalendarzu Aonistów miało swój urok, także i Święto Osła. Była to niewątpliwie miła okazja do zebrania się ze wszystkimi wiernymi i wspólnego celebrowania jakże pięknej daty dwunastego grudnia. W tej chwili już nie musiała się przejmować swoją zaszczytną rolą członkini starszyzny, jako że ten obowiązek zdejmował z niej... osioł. Wieczny Tułacz jak zwykle stał na przeznaczonym dla siebie miejscu - w czele pochodu, gotowy do poprowadzenia wielkiej procesji przez całą Desperację aż w góry. No cóż, będzie z pewnością zabawnie!
Stała gdzieś z przodu, choć nie miało to jakiegoś wielkiego znaczenia - i tak wkrótce zniknie w tłumie, gdy tylko wyruszą w pieszą podróż. Spokojnie nasłuchiwała melodii płynącej gdzieś zza niej, napawając się monotonnym pomrukiem zlewających się ze sobą głosów. Dokładnie tak, jak pamiętała to z poprzednich lat. W tej cykliczności było coś kojącego, coś domowego, coś... coś po prostu przyjemnego. Nie spieszyło jej się do rozpoczęcia pochodu; czas oczekiwania również był integralną częścią święta. Można nawet powiedzieć, ze elementy teoretycznie będące poza obchodami potrafiły być równie ciekawe co część właściwa.
Założyła ręce pod biustem, kładąc dłonie symetrycznie po bokach swojej talii i przymknęła oczy. Nie przejmowała się zamieszaniem wokół osobnika z pochodnią, ale odbiegała myślami do roku ubiegłego, poprzedniego i jeszcze poprzedniego... do swoich pierwszych lat w Kościele, kiedy jeszcze nieświadomie brała udział we wszystkich tych pięknych wydarzeniach. Nie mogła się doczekać, by po raz kolejny przeżyć taką noc.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Marazm starała się ze wszystkich sił ulec świątecznej atmosferze. Od paru dni przygotowywała się do uroczystości, spędzając większość czasu na modlitwach i odsuwając od siebie Imrahila. Tego dnia musiała być skoncentrowana tylko i wyłącznie na Ao. To był Jego dzień. Jego święto.
W odświętnej białej szatce stała wyjątkowo na uboczu, bliżej wiernych, unikając rozchichotanych kapłanek. Starszyzna zrozumie. A zresztą, dzisiaj nie było Starszyzny. Ani nawet Prorokini. Był Wieczny Tułacz.
A ona była kapłanką, która popadła w marazm.
Trzymając w dłoniach niezapalone kadziło obserwowała tłum. Była tu, aby pomóc. Gdyby komuś zgasł ogień, gdyby ktoś upadł, zawahał się. Ich wędrówka przez całą desperację wcale nie będzie tak miła i przyjemna jak mogłoby się wydawać.
Dziś każde z nich było pewną cząstką tej tułaczki. Podobnie jak będzie cząstką podczas wieczornego nabożeństwa i ofiary.
Przymknęła oczy czując gęsią skórkę na swoim ciele. Wyczekiwanie? Chłód? Nie potrafiła określić czy powoli poddawała się nieco upijającej atmosferze panującej wśród rozchwianej w rytm modlitw grupy wiernych.

Który to już raz?
Ocknęła się słysząc słodki głos anioła tuż nad uchem. Nie. Nie dzisiaj!
Nie ma cię. Nie żyjesz. Dzisiaj nie żyjesz też dla mnie.- Warknęła w myślach, potrząsając nieznacznie głową, zupełnie jakby próbowała odgonić irytującą muchę. Drżące palce Marazm nieświadomie zacisnęła mocniej na cynowej misie z kadzidłem. Nie mógł jej dzisiaj przeszkadzać. Tego dnia należała tylko i wyłącznie do Ao.
Czując chłodną dłoń na szyi z cichym świstem wypuściła z ust powietrze.
To nie była dłoń zagubionego w narkotycznym amoku wiernego.
Zgarnęła włosy na ramię, podświadomie zakrywając bliznę na szyi.

Musiała to przetrwać. Nawet ze świadomością, że przebrzydła mara rodem z piekła jej towarzyszy.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

W końcu coś się poruszyło. Kilka osób na przedzie szepnęło coś do siebie, jakby w konsternacji. Wszyscy wskazywali palcem na Wiecznego Tułacza, który najwyraźniej znudził się postojem. Nawet kapłanki nie mogły go powstrzymać, bo zwierzę ruszyło przed siebie wolnym, pełnym dumy i gracji krokiem. Jak ona osła przystało, oczywiście. Wydawał się znać wcześniej zamierzoną trasę, bo nie zbaczał z niej ani na krok, być może dlatego, że jeden z błaznów pojawił się przed nim z koszem małych, kwaśnych jesiennych jabłek. Wszystko szło po myśli starszyzny, a prorokini gdzieś zaginęła.
Jakby nigdy nie przewodniczyli Kościołowi. Był tylko Tułacz.
Wierni zaczęli śpiewać głośniej, kołysząc się przy każdym kroku trochę niczym pingwiny. Jedna z mis z kadzidłem uniosła się nad głowę, wypuszczając ze swoich ust kłąb aromatycznego dymu. Niech dotrze do wszystkich. Ludzie zaciągnęli się zachłannie. Wyczekiwali poleceń Wiecznego, lecz byli też gotowi gdyby natknęli się na jakiegoś niewiernego. To nie było tylko święto Ao, był to też wieczór nawracania.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Zastanawiając się już czy lepiej jednak nie zrezygnować i kulturalnie się wycofać, osioł postanowił ruszyć swój zadek i zacząć iść, tak jak i cała reszta ruszyła. Nie czuł jakoś "magii" tego święta, więc jedyne do czego był zdolny, to nasunąć rondo kapelusza na twarz, wetknąć dłonie do kieszeni, i z westchnięciem ruszyć razem z całym ogonkiem. Jeszcze by go inkwizytorzy zaczęli po plecach szturchać ostrzami by się ruszył czy coś, a na to na razie nie miał planu. Póki co, zaczeka na rozwój sytuacji, może później się zdecyduje odejść, lub oddać chwili tego wydarzenia. Znaczy, rozumiał wszystkie te zabiegi. Po co to. Dlaczego to.
Lecz będąc kreaturą tego Boga, który istniał, i znając też fakt, że Ao to w praktyce jedna, wielka bujda, ciężko było mu się oddać wierze i temu rytuałowi jak nieświadomym ludziom. Niezależnie od tego jak dobrym aktorem jest - nie jest w stanie zagrać prawdziwie wiernego idei Ao. I żadne narkotyczne wizje czy obłoki dymu go nie wzruszą w tej kwestii.
Szkoda. Może w końcu zapomniałby o wszystkim, co działo się w niebie, Edenie, co stało się z jego twórcą, i oddałby się nieświadomej wierze w Ao. Och, jak wiele by oddał za nieświadomość tych wszystkich ludzi, którzy go otaczają.

Gomen za krótki post : |
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Miała szczęście - jeżeli tak to można nazwać. Chrześcijański Bóg nigdy nie był dla niej pewnikiem, a tylko opowieścią. Mogła bez wyrzutów sumienia zainteresować się nowo powstałym wyznaniem, dać się wciągnąć do wtedy jeszcze niewielkiej sekty. Początkowo była sceptyczna, to fakt, ale z czasem dała się wciągnąć. W końcu wspólnota Kościoła Nowej Wiary stała się dla niej jak rodzina, o wiele bardziej realna niż ta pozostawiona w M-3. Przecież to nawet nie byli jej prawdziwi krewni, tylko przybrani rodzice i brat. Biologiczna rodzina Vivian też zniknęła gdzieś za murami, a odnaleźć ich byłoby nie łatwo. Porzuciła więc tę myśl, powierzając teraz swoje serce tylko i wyłącznie nowym przyjaciołom.
W końcu coś się w tłumie poruszyło. Dzisiaj ona też była jego częścią, dokładnie tak samo ważną, jak osoby idące po lewej, po prawej, z przodu i z tyłu. Jak raz nie musiała się niczym przejmować ani czuć odpowiedzialności za wiernych - dzisiaj tę funkcję przejmował Wieczny Tułacz prowadzony przez kapłanki w czasie tejże procesji. A ruda mogła sobie spokojnie przejść cała trasę, kroczek po kroczku. Identycznie jak wtedy, gdy sama była tylko zwyczajną szarą myszką w strukturach Kościoła. Dobrze wiedzieć, ze są na tym świecie rzeczy stałe i niezmienne.
Kątem oka wychwyciła jedną ze zgromadzonych w procesji osób. Nie znała jej z imienia, ale kojarzyła z twarzy, musiały się gdzieś wcześniej minąć. Kapłanka miała dziwnie niewyraźną minę i właśnie to zwróciło uwagę Akane na jej osobę. Wydawała się trochę oderwana od wydarzeń, ale w inny sposób niż ogarnięci transem uczestnicy pochodu. Nie podeszła jednak ani nie powiedziała choćby słowa; rzuciła za to kobiecie zainteresowane spojrzenie. Zatrzymała się, pozwalając innym się minąć i obserwowała jak ta przekłada włosami.
A może tylko jej się coś roi? Ruszyła dalej.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Procesja ruszyła. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bowiem chodzenie leży właśnie w naturze procesji wszelakich. Nieświadomie ruszyła wraz z tłumem, wciąż jednak próbując pozbyć się z głowy złośliwego ducha.
Niewątpliwie pomogło jej w tym poczucie, że ktoś bacznie obserwuje każdy krok, jaki pokonywała. Nieprzyjemne dreszcze przebiegły wzdłuż kręgosłupa kapłanki, gdy podnosząc wzrok znad misy napotkała nim na oczy jednej z członkiń starszyzny.
Zatrzymała się. Ale dlaczego? Przeze mnie? O nie.
Przez miesiące unikała ludzi u władzy i trucicieli co pozwoliło jej zachować resztki zdrowego rozsądku w tym całym wariatkowie. Nie mogła pozwolić, aby zostać o coś oskarżoną. Odbiorą jej wszystko, a zaczną od pamięci.
Uśmiechnęła się sztucznie, unosząc naczynie i zajmując się wiernymi. Choć na razie polegało to jedynie na posyłaniu im ciepłego spojrzenia, łagodnym wskazywaniu kierunku i współszeptaniu rozedrganych na wietrze modlitw.
Gdzie jesteś Tai? Powinnaś tu być! Szczególnie dziś, gdy zdjęli z twych ramion ciężar rządów, powinnaś być tu i słuchać głosu naszego Pana.- Rozejrzała się szukając wzrokiem rudowłosej. Zaginęła.
A co jeśli jej się coś stało?
Odsunęła od siebie szybko tę myśl. Widziała prorokinię parę dni wcześniej. Nie było możliwe, aby stała jej się krzywda. Tak ważne persony nie giną z dnia na dzień, nie zapadają się pod ziemię.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Tułacz dalej brnął przez świat. Nie chciał zatrzymywać się przy resztkach poszarzałej trawy. Nie podobały mu się misy z owocami, które ktoś skwapliwie przygotował wzdłuż ścieżki. On najwyraźniej wiedział dokąd się udać. Znał drogę do jedynego i prawdziwego boga. Wiedział, jak dotrzeć do Ao. Zapewne właśnie dlatego co roku ten rytuał stawał się taki ważny. Kapłanki czekały niecierpliwie aż zostaną wylosowane przyboczne Osła. Był to największy zaszczyt jakie mógł je spotkać, zaraz po przychylnym spojrzeniu Członków Starszyzny bądź samej Prorokini. Wszystkie wspólnie plotły wianki, śpiewając przy tym radosne pieśni mszalne, a gdy ogłaszano wyniki, cieszyły się wspólnie, bo kwiaty, które nie dekorowały ich własnych głów, miały spocząć na łbie świętego zwierzęcia.
Teraz dziewczęta były dumne z tego co się działo. Zadanie było wyjątkowo proste, musiały po prostu zmierzać za Tułaczem, dbać o jego zdrowie i śpiewać. A głosy ich były czyste i przyjemne dla ucha. Pieśni zaś skoczne, zachęcające tłum do podjęcia ich z ochotą. Tak też było. Ao zapewne radował się razem z nimi, upojony tym smakowitym wydarzeniem. Nikt nie wątpił, że za chwilę wyciągnie ku nim przyjazną dłoń, zsyłając kolejną wizję, bądź małe błogosławieństwo.

- Dlaczego idziemy za osłem? To głupie. - Mała dziewczynka o wielkich oczach przypominających płynne złoto przyczepiła się do ramienia Hexa, wpatrując w niego spod zmarszczonych brwi. Wyznawcy Kościoła byli coraz młodsi. Ciężko jednak było stwierdzić czy to dziecko było jedynie człowiekiem, czy w swoich genach skrywało mroczną tajemnicę. Niezależnie od prawdy, dżinowi mogło zrobić się przykro na myśl, że wraz z nadejściem zimy taka mała istotka może zginąć. Choć równie dobrze mógł czuć z tego powodu satysfakcję. Ku chwale krwawych bogów.

Taihen zaś nadal nie było widać. Może rzeczywiście się rozchorowała.

W którymś momencie Tułacz się zatrzymał. Spojrzał na drzewo naprzeciw siebie i wydał z siebie głośny ryk. Kapłanki zawtórowały mu, zaś za nimi podążyli także inni wierni. Mieli robić to samo co Osioł, a to było jego pierwsze wyzwanie. Później jakby nigdy nic skręcił w lewą odnogę, kierując się w stronę Miasta.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

"Nikt nie wątpił."
Och, nie, nie, nie. Była jedna osoba która w to wątpiła, i miała słuszne powody jakich niekoniecznie chciała ujawnić. Ao, cała ta wiara.
To stek bzdur. Ao nie istnieje, i nigdy nie istniał. Czasem ciekawiło go, jak wyznawcy by zareagowali gdyby od tak stwierdził "zostałem stworzony u zarania dziejów, i wiem że coś takiego jak Ao nie istnieje!" Prawdopodobnie poszedłby na stos za herezję czy coś, ewentualnie politycznie by go olano.
Niemniej, nieważne. Póki ma jakieś plusy z bycia tutaj, i nie musi przebywać między aniołkami (to wcale nie tak że zamordował archanioła i nikt o tym nie wie), jest dobrze. Może nawet poudawać wiernego wyznawcę/kaznodzieję wiary Ao, tak długo jak pasuje mu to do jego planów i pomysłów.
Wróć, plany. On raczej rzadko kiedy coś planuje.
Nie podejmował pieśni, idąc przed siebie i patrząc spod ronda kapelusza na wąski zakres piachu przed sobą, nie chcąc nastąpić na kogoś innego i stworzyć efektu domina.
"A gdyby tak zaszlachtować tego osła?"
"I tak to zrobią później, co to za różnica czy tu czy tam."
Dyskusja między Ex'em i Hex'em pewnie obu by ułatwiła obecnosć tutaj, ale szybko koncentracja na sobie została zerwana przez fakt doczepienia się do ramienia jakiejś małej istotki. Przechylił głowę w jej stronę, ściągając nieco brwi. Jakby tu wyjść z tej sytuacji, hmmmm.
- Nie jestem pewien jak to działało, ale to chyba ma ukazywać że nawet idąc ślepo i głupio przed siebie, Ao wskaże nam drogę do bezpieczeństwa. Czy coś. - Wzruszył bezwiednie barkami, nie mając pomysłu na lepsze wytłumaczenie na ten moment. Z jednej strony mogło to być nieprzyjemne tłumaczenie, ale z drugiej - było na swój sposób poprawne. Nim znaleźli Góry Shi, tułali się bez większego powodu w dość głupi sposób po pustyni, szukając schronienia. Chyba tylko szczęście/Ao sprawił, że przeżyli.
Wstrzymał się od kolejnych kroków, a słysząc postępujący ryk przewrócił oczyma pod kapeluszem, otwierając usta w "markowanym" ryku. Nie. To im musi wystarczyć. Gdy znów cała ta "wycieczka" ruszyła nie mógł zrobić nic innego, jak ruszyć dalej.
Och, jak chciałby być niewidzialny w tej chwili i zwyczajnie wydostać się z tego kordonu, który równie dobrze wygląda jakby szedł na pewną śmierć.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Śpiewy, spacerek, śpiewy i spacerek... wszystko dokładnie tak, jak co roku. Lubiła przyjemny zimowy rytuał, stanie pośród wiernych jak równy z równym, przyjemną woń kwiatowych wianków, kadzideł, spokojną atmosferę pielgrzymki, pod czas której niczym nie musiała się martwić. Dawniej nie doceniała tych detali tak, jak czyniła to obecnie. Kiedy jeszcze nie piastowała wysokiego stanowiska była tylko nieświadomym wszystkiego dzieciakiem, a wszystkie machiny napędzające strukturą Kościoła były jej obce. Teraz też nie czuła się jakoś bardziej u władzy w sensie praktycznym, jednak silnej odpowiedzialności nie była w stanie się pozbyć. Łatwo było nią manipulować, każdy głupi poradziłby sobie z tym zadaniem jeżeli tylko by wiedział, z której strony rudą podejść - ale znając swoje miejsce potrafiła z niego skorzystać. I teraz, mając wysokie stanowisko wśród aonistów niby nie była tą, za którą by podążano, to też miała swój autorytet. A to było zobowiązanie, z którym nie jest wcale tak łatwo żyć.
Nie przejmując się niczym, stawiała spokojnie krok za krokiem w tłumie. Podobnie jak wszyscy pozostali zatrzymała się równo gdy uczynił to Tułacz. Pech chciał, że w momencie zbiorowego ryku do jej dróg oddechowych dostało się aż za wiele dymu z pobliskiego kadzidło i rudą ogarnął nagły atak kaszlu. Stłumiła go w rękawie, schylając się nieznacznie. Nim wyprostowała się na powrót, tłum znów ruszył, wymijając ją bez większego zainteresowania. Po chwili sama ruszyła za nimi. W sumie ta trasa mogłaby być krótsza, na bank rozbolą ją nogi.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next
- Similar topics

 
Nie możesz odpowiadać w tematach