Strona 2 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down


Niczym oczy drapieżnika, śledził jak chłopak powoli i niepewnie sięga po nóż. Niczego nie zakładał, ani też nie analizował. Ta decyzja miała należeć tylko i wyłącznie do niego. Kiedy go znalazł, urzekła go jego siła walki, bo choć niepozorny, to jednak nie chciał się poddać. I Sheba miał cichą nadzieję, że tak nadal będzie, a chęć przeżycia i przeciwstawienie się temu, co czekało w Desperacji jest tak mocno w nim zakorzenione, że z czasem z małego nasionka wykiełkuje w silne i nie do zdarcia drzewo.
Zabrał nóż.
Dobrze. Ciąży? Jeszcze lepiej. Nauczysz się i dostosujesz do jego ciężaru. Tutaj, w piekle na ziemi, trzeba czuć lekkość w broni, bo tak naprawdę tylko jej można zaufać. Cała reszta cię zdradzi. Przyjaciele, rodzina, kochankowie… Wszyscy. Bo instynkt przetrwania i przeżycia jest najważniejszy. A każda żywa istota jest egoistą. Matki, które rzekomo bardzo kochają swoje dzieci; dzieci, które nie chcą krzywdzić rodziców; wielkie, rzekome po same deski grobu miłości – to wszystko traciło na wartości w Desperacji. Liczyła się jedynie siła, lekkość broni oraz pieniądz. Tego nauczył się Sheba, chodząc po tym pierdolonym świecie przez ponad tysiąclecie. Dzieciak był młody, szczeniak dopiero oderwany od cycka matki, wciąż z mlekiem na ustach, ale nie był głupi. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Bystry, szybko pojmie. Inaczej zdechnie.
A Sheba nie był w stanie wiecznie go bronić.
Z drugiej strony… jak długo zamierzał bawić się w dobrego wujka? Jak długo zamierzył niańczyć zupełnie obcą mu osobę?
Ból zapulsował jeszcze bardziej.
Nie, to nie był odpowiedni moment na rozmyślenia. Nie teraz. Potrzebował się pobudzić, jak najszybciej.
” Nie dotykaj mnie”
Brwi drgnęły, a usta ściągnęły się w cienką linię. Przecież cię nie dotykam.
A nawet jeśli – mogę. Póki tu jesteś, podlegasz mi. Chcąc czy też nie, na prawie każdej płaszczyźnie.
Jednakże paradoksalnie do tego, co myślał, zabrał rękę, zupełnie zrywając z nim jakikolwiek kontakt fizyczny. Przymknął na moment oczy, idąc w stronę swojego pokoju. Słyszał, jak jasnowłosy rusza za nim. Chociaż podjął dobrą decyzję, może wreszcie rozumiejąc, że tak naprawdę daleko nie zaszedłby teraz. Mężczyzna nie musiał oglądać się nawet za siebie, by upewnić się, czy też przypadkiem nie doznawał jakiś halucynacji słuchowych. Nie mógł jednak pozbyć się myśli zwątpienia, czy dzieciak poruszony chorymi ambicjami nie zaatakuje jego pleców z zamiarem wbicia ostrza pod łopatkę. Chyba nie był na tyle głupi. Jinx miał przynajmniej taką nadzieję. Minie sporo czasu, nim poczuje pewne rękojeść w swej dłoni, nie mówiąc już o ataku na Shebę. Ale nie wykluczał możliwości, że kiedyś mu się to uda. Było to całkiem prawdopodobne.
Kolejny dreszcz przyjemności przebiegający wzdłuż jego kręgosłupa, wywołując przy tym gęsią skórkę na samą myśl. Niekontrolowanie jego źrenice rozszerzyły się a twarz wykrzywił paskudny uśmiech. Niestety, trwało to zbyt krótko, by ktokolwiek mógł ujrzeć zmianę mimiki na twarzy mężczyzny. Za bardzo wybiegał myślami w przyszłość. Za bardzo się napalał na coś niepewnego. Wsunął dłoń we włosy i się podrapał, wywołując na swojej głowie istny abstrakcyjny nieład, jakby poduszka wyjątkowo była dla niego mało łaskawa. Jeszcze kilka kroków, i…
Zwolnił.
Delikatne palce, abstrakcyjnie boleśnie wbiły się w jego lewy nadgarstek. „Co znowu…” przemknęło przez jego myśl, kiedy spojrzał na w dół na jasną czuprynę, która pojawiła się raptownie przy jego boku. Wzrok odlepił się od wesoło skaczących kosmyków i odprowadził kobietę, która po chwili zniknęła w korytarzu.
Jak mała pchła.
Przez moment nawet na chwilę mógłby się rozczulić. Naprawdę, mógłby. Bo to jego złapał za nadgarstek, jakby to właśnie u niego szukał ewentualnego schronienia. Jednakże wszystko to było jedynie ułudną iluzja, która bardzo szybko prysła niczym bańka mydlana.
Co ty taki strachliwy, Shirōyate? To nie ludzi na korytarzach powinieneś się bać. Bo w ciemności zaułków czaiły się o wiele gorsze demony. Ponadto… nie wolno ci nigdy mi zaufać, Shirōyate. To byłby największy błąd, jaki popełniłbyś w całym swoim życiu.
Nikomu nie ufaj, zwłaszcza mi.
Chciał coś powiedzieć, rzucić jakąś uwagę, jednakże w ostatniej chwili zrezygnował, kiedy dzieciak go puścił. Zapewne jeszcze będzie miał okazje ku temu. Ruszył, by ponownie zostać przez niego zatrzymany. Tym razem spojrzał uważniej na jego twarz, kiedy zadarł głowę do góry. I choć oczy mówiły jedno, to drżenie jego drobniutki palców zdradzały go zupełnie. Niczym małe, wystraszone zwierzątko bojące się, że zły lew lada chwila je pożre.
Usta wygięły się nieco w kpiąco-zadziornym uśmieszku, kiedy ujął w swoje palce nadgarstek chłopaka i zaczął na niego napierać tak, by puścił jego ubranie.
- Nie dotykaj mnie. – powiedział. W tej samej tonacji, co jasnowłosy parę chwil temu. Skoro młody nie chciał być przez niego dotykany, to z jakiej racji nie miało to działać w drugą stronę.
Tylko, że między nimi była mała, acz zasadnicza różnica.
Chłopak nie miał władzy nad Shebą. A Sheba nad nim już tak.
Mimo to przechylił nieco głowę w bok, kiedy usłyszał, że będzie zły, marszcząc przy tym brwi. Co on też takiego uczynił? Chyba przez ten czas, kiedy go nie było, nie zdemolował jego całego pokoju, prawda?
Zwątpił. Trzeba przyznać, że na drobny moment zwątpił. Wzrok przeniósł na swoja prawą dłoń, gdzie otarcia przestały już krwawić.
Mylisz się, Shirōyate. Nie boli. Nigdy nie boli.
- Masz pięć minut. – powiedział spokojnie, nie odrywając wzroku od swojej dłoni. Nie potrzebował opatrunków, nie w tym przypadku i nie na to zadrapanie. Sam siebie w tym momencie do końca już nie rozumiał, czemu się na to zgodził.
Kiedy chłopak zniknął w pokoju, mężczyzna oparł się o ścianę, wsuwając dłonie do kieszeni i przymknął oczy. Oczywiście, że nie odliczał. Nie miał też zegarka, postawił na wyczucie.
Minuta, kolejna, i jeszcze następna.
Przyszła kobieta z miską i bandażami. Jinx uchylił jedną powiekę i spojrzał na nią nieco znudzonym wzrokiem. Zabrał od niej rzeczy i siląc się na swój promienny uśmiech, podziękował i odprawił dziewczynę, samemu wchodząc do pokoju.
Cztery minuty. Tyle minęło. Znowu skłamał.
- Co chciałeś mi powiedzieć? – rzucił krótko, stawiając miskę na stole i siadając na kanapie, zarzucił nogi na stół. Nie spoglądał na niego, cokolwiek tam robił. Niech chociaż przez chwile ma poczucie, że nie jest obserwowany. Zwykłą iluzję.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Odłożył nożyk na stół i poszedł posprzątać. Dudniło mu w głowie.
„Nie dotykaj mnie”.
Hiroki wsunął papiery do szuflady. Zrobił to bardzo sztywno, wręcz na odwal. Nie rozumiał skąd to nagłe zdenerwowanie, ale od kiedy agresor – chyba tak go będzie nazywał – robił mu wodę z mózgu, nie mógł się do końca pozbierać. Próbował co prawda łączyć kawałki układanki, ale co rusz brakowało mu jakiegoś elementu. Każdy następny puzzel wydawał się bardziej znaczący od poprzedniego. Nie. Zdecydowanie nie rozumiał. Przecież go nie dotknął. To nie to samo. To było coś... odrębnego. Ledwie tknął jego ubranie, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Palce zacisnęły się na kolejnej stercie papierów. N i c więcej. Muśnięcie. Zero krzywdy czy nachalności. Dlaczego tak się wściekł?
Raphael przesunęła pyskiem po szyi Hirokiego. Tuż pod linią żuchwy.
Poczuł miłe dreszcze i pojął, że powinien zadać sobie inne pytanie – dlaczego go to w ogóle obchodziło? Powinien skupić się na wydostaniu stąd. Ucieknięciu gdzieś z dala od tych dłoni, tego spojrzenia, tej barwy głosu. Gdzieś, gdzie nie będzie w stanie go dosięgnąć. Gdzie nie będzie miał przewagi.
Zasunął szufladę.
W głowie już wyrysowywał sobie plan. Był słaby, jasne, ale był też młody. Jeśli Agresor mówił prawdę choć w kwestii jedzenia – mógł tu chwilę zaczekać. Zregeneruje siły, rozezna się w terenie. Może nawet znajdzie kogoś, kto postanowi mu pomóc. Hiroki zmarszczył nos. Może, ale będzie musiał podchodzić do tego jeszcze ostrożniej, niż dotychczas. Agresor mógł mieć wobec niego nieczyste zamiary. Był tu kimś ważnym, szefem. Silny, dumny, drapieżny. Shirōyate ukląkł przy rozwalonym kubku.
A co jeśli ten wściekły blondyn miał rację? Jeśli faktycznie wstrzyknięto mu antybiotyk? Nie miał powodu, by tracić coś tak cennego, aby...
Jasnowłosy zamarł, z palcami wetkniętymi do wnętrza naczynia. Usłyszał otwieranie drzwi, ale nie spojrzał w tamtym kierunku, cały czas pozostając tyłem do – zwęszył jego woń – Agresora. Powoli podniósł się na nogi, trzymając w dłoniach dwa większe kawałki drewnianego kubka. Reszta szczątków znajdowała się w ich wnętrzu, poupychana możliwie jak najgłębiej.
Że tego nie rozumiem... – zaczął niezgrabnie, robiąc pierwszy krok. Czuł się dokładnie tak, jakby jego stopa była żywcem przymocowana do podłogi, a oderwanie jej od deski, sprawiło namacalny ból. Każdy kolejny ruch był jeszcze gorszy, bo oznaczał świadome pchanie się w objęcia Agresora. Nie wiem, dlaczego mnie stamtąd zabrałeś. I nie wiem, co znaczy być dla ciebie odskocznią. Może wcale nie jestem na tyle ciekawy, żeby te wszystkie leki... te ubrania... i... – Położył naczynie na brzegu stolika. ... cała reszta była warta zachodu. Nie jestem ci wdzięczny, bo wcale cię o to nie prosiłem, ale rozumiem swoje stanowisko. Wiem, że ci nie dorównuję. I wiem też, że dałeś mi nóż, ale przez myśl ci nie przeszło, że uda mi się cię zaatakować. Znalazłeś mnie, chciałeś wziąć i to zrobiłeś, a ja nie mogę ci się przeciwstawić. Jeszcze.
Ostatnie słowo ledwie przemknęło przez umysł drugiego wymordowanego, przypominając raczej cichy szmer wiatru, niż faktyczną mowę. Shirōyate zawahał się. Na tyle długo, żeby przekląć się w myślach i na tyle krótko, aby Jinx nie był w stanie wychwycić jego niepewności. W końcu postanowił, że usiądzie jednak na kanapie – choć w stosownej odległości – niż na ziemi. Zgarnął więc bandaż i usadowił się na meblu.
Nie będę cię dotykał. Nie będę też się odzywał, jeśli będzie ci to przeszkadzać. Mogę nie patrzeć i nie słuchać, bo wiem, gdzie się znajduję. I właśnie dlatego... Zacisnął palce na niewielkim ruloniku białej tkaniny. Na ten ułamek sekundy odwrócił wzrok, nie mogąc przezwyciężyć wewnętrznych obaw. ... jeśli chcesz mnie sprzedać... albo... coś takiego... Skrzywił się z najwyższym obrzydzeniem. ... nie dam się. Nie ma mowy. To obrzydliwe. Ohydne. Nie umiałbym. Nawet nie chcę.
Pokręcił głową.
Możesz mnie więzić i katować... ale nie ma mowy, żebym robił coś takiego.
Być może, gdyby był kimś innym; kimś bardziej emocjonalnym, głośnym, trochę bardziej flegmatycznym to te słowa zostałyby wykrzyczane. Zamiast tego oplecione monotonnym tonem wydawały się nie na miejscu. Nie pasowały do jasnych tęczówek Opętanego, w których co rusz pojawiały się kurwiki, co jakiś czas, w naturalny sposób oświetlający jego niezmienną w mimice twarz. Zwrócił to spojrzenie ku czarnowłosemu, prostując się nagle jak struna.
Chcesz posłuszeństwa, którego ci nie dam. Możesz otrzymać tylko coś zbliżonego, co w każdej chwili może zerwać umowę. A wtedy przegrasz albo ty... albo ja.
Powoli rozsunął kawałek białego bandaża.
Mogę? Irytujące. Kiedy wreszcie zdobył się na odważniejszą mowę, kiedy nareszcie przełamał lody, otarł łzy, zdusił krzyk... ręce nadal drżały mu na tyle, aby zdradzać rozstrojenie. Były jego plamą na honorze. Luką w godności. Nieważne jak bardzo próbował nad tym zapanować, nadal lekko trzęsły się, zdradzając strach. Przemyj dłoń. Zajmę się resztą. Obiecuję, że cię nie dotknę... Agresorze.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Uchylił powiekę, spoglądając w bok, na chłopaka nieco znużonym spojrzeniem, kiedy pierwsze słowa padły z jego „ust”. Nie dziwił się, że nic nie rozumiał. Raczej każdy na jego miejscu byłby skołowany tym wszystkim. Wszakże Sheba nie dał mu żadnej, pewnej i czystej odpowiedzi. Ale tylko dlatego, że w większości sam nie znał jeszcze odpowiedzi na nie. Każde kolejne słowo sprawiało wrażenie, że jego barki opadały, jakby niewidzialny ciężar zasiadł na nich i przygniatał nieuchronnie ściągając w dół. Biadolenie. Nudne, puste słowa bez znaczenia dla Jinxa. I wszyscy bogowie tego świata mu świadkiem, że zapewne zignorowałby je, nie uznając ich w żaden sposób za ciekawe czy godne jakiegokolwiek zainteresowania. Oprócz jednego słowa, które zmieniło wszystko i cały sens.
”Jeszcze”.
Jego usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu, ukazując mimowolnie dwa, zapewne dość ostre, zwierzęce kły, które bez najmniejszego problemu pokąsałyby wysuwającą się w ich stronę rękę. W miodowych oczach błysnęło zainteresowanie i coś innego, nieznanego, a czego chłopak przedtem nie widział u Jinxa i zapewne niezbyt często miał być  świadkiem ponownego ujrzenia.
Jego ciało nachyliło się nieco bardziej w stronę chłopaka, jednakże było to tam małe poruszenie, że ledwo zauważalne.
- Jeżeli szukasz odpowiedzi, to tutaj ich nie odnajdziesz, Shirōyate. Bo sam nie znam odpowiedzi na nie. Wbrew temu na ile lat wyglądam, chodzę po tym świecie już ponad wiek. I wierz mi, widziałem naprawdę wiele. A kiedy człowiek widzi za dużo, czuje się nasycony wszystkim, co go otacza dookoła. Przepełniony. Zmęczony. Znużony. Znudziło mnie życie, chłopcze. Ta cała monotonia, dzień w dzień to samo. Te same gęby, te same słowa, czynności. Wszystko powtarza się, czasami przerywane niespodziewanymi atakami wojskowych z miasta. Ale nawet i to straciło swój urok. Nie wiem, czemu podniosłem Cię z ziemi, dałem leki, ubrania, ciepło, jedzenie i dach nad głową. – powiedział cichym głosem, a jego kojąca tonacja była przesiąknięta zmęczeniem. W końcu oparł się o kanapę i odetchnął cicho przez nos.
- Może zabranie Cię, było moim nieświadomym, niemym krzykiem pełnym desperacji o pomoc, w zmienieniu tego całego monotonnego gówna. – dodał po chwili przyglądając się prawym knykciom, poruszając przy tym nieco palcami.
- Przeciwstaw mi się, Shiro. Proszę cię, byś to zrobił. – uśmiechnął się delikatnie, a jego oblicze momentalnie złagodniało, jakby to, że niemal każdego dnia pozbawiał kogoś życia bez mrugnięcia okiem było jedynie kłamstwem, głupią plotką puszczoną w eter przez zawistnych ludzi. Naprawdę liczył na to, że chłopak będzie walczył, chcąc się mu przeciwstawić, chcąc zranić i zawalczyć o swoją wolność, być może i zabić. W pewien sposób chciał, by był jego światłem w ciemności, która powoli go pochłaniała, z każdym, kolejnym dniem. Być może przeliczy się, zawiedzie i rozczaruje, lokując swe nadzieje w złej osobie. Ale właściwie aż tak wiele nie miał do stracenia, prawda?
Nie on.
- Nie odpowiedziałeś na moje wcześniejsze pytanie. Jesteś niemową? – jednak znowu zapewne nie otrzyma odpowiedzi na swoje pytanie, gdyż kolejne słowa szczerze powiedziawszy wcisnęły go w kanapę. Naprawdę nie miał pojęcia co ten dzieciak gada i o co mu chodzi. Jakie sprzedanie? To obrzydliwe. Co? Ohydne. O czym ty do diabła… Nie umiałbym. Aaa… rozumiem. Nawet nie chcę. Poważnie?
Raptownie jego twarz zmieniła wyraz. Stała się poważniejsze, wręcz ostrzejsza i dzika, niczym u zwierzęcia. Obnażył kły, a w oczach zamigotało coś ze zwierzęcia.
- W końcu załapałeś jeszcze jeden powód, dlaczego cię tutaj zabrałem. Sporo Ci zajęło pojęcie tego, ale w sumie prędzej czy później musiałeś wszystko połączyć razem. I tak dostałeś wiele wskazówek. No, ale skoro już wiesz, można wreszcie przystąpić do nauki, Shiro. – powiedział cichym, niskim, wręcz gardłowym tonem, uśmiechając się jeszcze bardziej, choć w jego uśmiechu nie było nic z radości. Podniósł się z kanapy i stanął naprzeciwko chłopaka, rozpinając klamrę jednego paska, a potem drugiego. Jedna ręka powędrowała do guzika spodni, a druga w stronę chłopaka.
- No dalej Shiro. Zrób w końcu jakiś pożytek z tych ust, skoro nie chcesz używać ich do komunikacji. – cichy, wręcz syczący szept przeciął powietrze w akompaniamencie rozpinanego zamka.
Palce musnęły jasne kosmyki.
Parsknięcie.
Dłoń spoczęła na głowie.
A potem rozległ się głośny, czysty, wręcz dźwięczny śmiech Sheby. Poczochrał wręcz czule jasnowłose włosy, po czym odsunął się i klapnął z dupskiem ponownie na kanapie, zginając się w pół i zanosząc śmiechem. Nie wyśmiewającym, nie kpiącym, acz pełnym szczerego rozbawienia. Nie pamiętał kiedy ostatni raz ktoś go tak rozbawił, sprawiając, że zanosił się niemal duszącym śmiechem. Plus dla ciebie, Shirōyate.
- No nie wytrzymam… Ty serio myślałeś, że ja? …. Zaraz się posikam, o rany. – w końcu wydusił z siebie parę słów, powoli uspokajając oddech. Spojrzał na niego wciąż rozbawionyn, przecierając kciukiem kącik oka, w którym zawieruszyła się łza wesołości.
- Muszę cię zmartwić, ale nie interesują mnie młodsi ode mnie przedstawiciele tej samej płci. Sorry, młody, ale nie tym razem. – powiedział rozluźniony. Co prawda nie powinien mu się dziwić, chociaż Sheba nie miał pojęcia skąd Shiro wyciągnął takie wnioski. Chyba mimo wszystko nie sprawiał wrażenie zboczonego geja pedofila… prawda?
Wciąż w niezwykle dobrym humorze, wsadził dłoń do miski i zaczął w niej mieszać łapą, rozlewając wodę dookoła. W końcu miał ją przemyć. Kij, że Jinx ma trochę popaprane spojrzenie na wszystko dookoła.
- No, przemyta. – mruknął wyciągając ją w końcu w stronę chłopaka, jednakże zamiast zawisnąć nią tuż przed nim, lodowate palce zacisnęły się dookoła czarnych opuszek, jakby chciał przejąć na siebie ich drżenie.
- Weź parę głębokich wdechów. Nie zamierzam cię zjeść przecież. – spokojny ton powrócił, pozbawiony chwilowego rozbawienia. Niczym w pieprzonej ruletce, gdzie zamiast numerków, trafiało się na humor.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Nie znał odpowiedzi... No dobra. Jasne. Okej. Czyli był jakimś... dziwakiem? Trochę szalonym, zdaje się? W dodatku był stary... Słuchał go. Starał się. Nawet układał w głowie jego obraz, próbując nagiąć ten, który dotychczas mu się wbił. Ale kwestia jego wieku... Hiroki nie zareagował na zewnątrz, ale właśnie teraz nad jego głową powinien zawisnąć pytajnik. Niemożliwe... - w teorii te słowa miały pozostać tylko w jego głowie. Tym razem moc z niego zakpiła (nie pierwszy i nie ostatni raz) i pełen sceptycyzmu głos młodzieńca wpłynął szeptem do umysłu Jinxa. Ponad wiek? Ludzie tyle nie żyją. Co on próbował udowodnić? Mówił pokręconym językiem, próbując wykreować dziwny, nienaturalny świat? Desperacja, wymordowani... Gdzieś już to słyszał. Wyglądało jednak na to, że mieszkańcy tych ziem powoli zaczynali wariować. Sensownie będzie założyć, że czas, przez który zostali odcięci od realności, namieszał im w głowie. Irytujące. Jak miał to rozumieć? I przede wszystkim - jak zareagować? Ten mężczyzna spędził tu tyle lat, że kompletnie odbiła mu szajba. To, gdzie się teraz znajdowali, było tylko namiastką prawdziwego miasta. Niewielkim procentem, tak małym, że jednocześnie można by uznać, że to zalążek dzikiej puszczy.
Przecież widział ten wściekły tłum. Nawet dzisiaj. Powstrzymał się, by przyłożyć rękę do policzka. Nie pytali. Po prostu bili. Kazali spieprzać, póki byli dobrzy. Tak działały te ziemie? Zezwierzęcały ludzi? W dodatku ta... choroba... Te czarne plamy na całym ciele... Dżuma? Na moment zamknął powieki. Umrze? Zacisnął dłonie w pięści. Na pewno. W dodatku przyszła zima... Faktycznie ostatnio czuł się słaby, a teraz wszystko by do siebie pasowało.
„Przeciwstaw mi się, Shiro. Proszę cię, byś to zrobił.”
Zrobi to. Bez dwóch zdań. Ale nie teraz. Nie, kiedy by się tego spodziewał. Poza tym to byłoby paradoksalne. Kazano mu się przeciwstawić... a on by się podporządkował w tym rozkazie. Zabiję cię, mruknął cicho w myślach, przyglądając się nachalnie jego twarzy.
Nie jestem niemową, odparł natychmiast, niemalże na odczepnego. Przecież mnie słyszysz.
Właśnie.
A jak miał wytłumaczyć to... ustrojstwo? Jakim cudem się z nim kontaktował? To już przecież wykraczało poza normę. Nie było żadnej choroby, wytłumaczenia... nie mógł tego nawet zwalić na skrzywienie psychiki. Zbyt dobrze mu szło, zbyt często mu odpowiadano. Wiedziano za dużo, mimo tego, że nic nie mógł im powiedzieć. Gardło przecież nadal było martwe. Drapało, paliło... ale nigdy nic się z niego nie wydostało. Nigdy nic...
... co?
Co jak że?
Przemknął zamglonym spojrzeniem po jego sylwetce, zahaczył o ramiona, szyję i znów opadł wzrokiem niżej, na krocze. Pokręcił wolno głową. Jakiej nauki? Przecież... Spłoszył się, uciekając wzrokiem na boki. Szukał czegoś, czym mógł go zaatakować. W dłoni trzymał tylko niewielki fragment bandażu. Gdzie nóż? Szlag, na stole! A miska? Bliżej?
Nim zdążył się rozejrzeć, Jinx przysłonił mu już praktycznie całą widoczność. Zgwałci mnie. Nie chcę. Typowa dla dzieciaków gadanina, jakby cokolwiek miało zależeć od jego chcenia. Katorga. Zrobiło mu się niedobrze. Skurczony, niepełny żołądek mocno się zbuntował. Czuł niemalże słodko-kwaśny posmak na języku.
„Zrób w końcu jakiś pożytek z tych ust, skoro nie chcesz używać ich do komunikacji.”
Chciał go odepchnąć, ale sparaliżowane kończyny tylko trzęsły się, zdradzając rosnące poddenerwowanie chłopca. Nie ma mowy. Nie zrobi tego. To nienaturalne. Choć usta nawet nie drgnęły, oczy zrobiły się ciut większe, gdy wpatrywał się w sprzączkę, sprawnie odpinaną przez wymordowanego. Pusty żołądek ścisnął się i zawiązał w pętlę.
O cholera. O cholera. Cholera jasna. Sięgał po niego! Hiroki poderwał rękę i przyłożył ją do warg, odsuwając się jak najdalej. Czuł, jak szczęka zaczyna go boleć od zaciskania zębów, jak plecy wbijają się w oparcie tak mocno, że lada moment się przez nie przebiją na wylot. Wtulił policzek w brzeg kanapy i zamknął oczy, gotów jednak na to, aby w odpowiednim momencie go odepchnąć. Wyszarpnąć się. Nie miał szansy na wygranie? Nie. Ale nadal posiadał wybór, nawet jeśli jedna z opcji miała go ratować tragicznym kosztem.
Bach.
Ręka wymordowanego padła na jego głowę. Zamrugał zaskoczony.
Potrzebował dłuższej chwili. Chwili, w której siedział tak, jak go usadzono i słuchał śmiechu rozbawienia.
Poooooowoli usiadł sztywno, z pięściami opartymi tuż nad kolanami. Grzeczny, co? Dobry szczeniak. Nie krzyczał, gdy trzeba było wzywać pomocy. Zamiast tego bez słowa przyglądał się, jak atmosfera łamie się. Biały jak ściana przez dłuższy moment wpatrywał się w niego z zacięciem, próbując ogarnąć, co się właśnie stało.
Dlaczego się śmiał?
Poderwał nadgarstek do ust. Shirōyate nie był nigdy wstydliwym dzieciakiem, ale dziś miało miejsce sporo wyjątków. Poczuł tylko, jak przez śmiech wymordowanego jego policzki zaczynają robić się gorące. To już nie był lekki rumieniec. To było bezczelne chluśnięcie czerwoną farbą na twarz chłopaka.
Przestań - stęknął cicho, przyglądając się rozbawieniu Agresora. Przez jego reakcję wcale nie było mu lepiej, tym bardziej, że do ostatniego momentu myślał, że to jest prawdą. Jak widać niepotrzebnie się w ogóle martwił i teraz zamiast rżnięcia ma rżenie. Dobijający śmiech. Miałeś przestać... Niby nie spodziewał się, że go posłucha (nie ta siła przebicia), ale mógł sobie darować. Każdy na jego miejscu pomyślałby tak samo! W końcu był w burdelu. W dodatku został porwany. I po co niby? Po to, żeby nieznajomy despota go leczył, ubierał i karmił? Nie ma mowy.
Nadal nie wie, co chce ze mną zrobić, mruknął w myślach, przykładając wierzch dłoni do rozgrzanego policzka. Trzeba chociaż udawać, że go nie nienawidzę. Nie, żeby było to proste do wykonania zadanie...
Jak to „nie tym razem”? I nie interesują..? Całkowicie zbił go z tropu. A byłem już przygotowany... Znaczy! Podniósł ręce w obronnym geście. Ja nie jestem... ani nie jest mi szkoda. O Boże... To było okropne. Nie rób tak.
Z pewnością wielu na jego miejscu właśnie solidnie by się skarciło. Albo od razu podwinęło kiecę i wypadło przez okno. Hiro musiał zrozumieć, że ma przestać mówić Bogu co ma robić.
„No, przemyta.”
Spojrzał na wyciągniętą w jego stronę dłoń. Krople wody niemo spadały na kanapę barwiąc ją na ciemniejszy kolor. Nim jeszcze jedna z nich spadła na materiał, Hiroki zadrżał, napinając mięśnie. Nawet nie zauważył, w którym momencie jego przedramię wystrzeliło w górę i zakryło jego twarz. Palce chwyconej ręki zacisnęły się na ręce Jinxa, wbijając w nią poobgryzane paznokcie.
„Weź parę głębokich wdechów.”
Nie. Nie bolało. Żadnego uderzenia, żadnego pociągnięcia i zwalenia go na podłogę. Żadnego skopania, wybicia zębów, złamania nosa. Tak prędko, jak się osłonił, tak szybko odsłonił się na nowo. Bark opadł, a Hiroki mimowolnie zaczerpnął powietrza do płuc. Śmieszne. Czuł mrowienie w gardle. Czyli to nazywano zdławionym krzykiem?
„Nie zamierzam cię zjeść przecież.”
Ja ciebie też nie. Ostrożnie oswobodził się z jego uścisku. W porównaniu do drugiego wymordowanego Shirōyate nie zamierzał go dotykać. A przynajmniej zminimalizować to do ostatecznej konieczności. Dlatego gdy ponownie złapał za brzeg bandażu, a później starał się opatrzyć zbite knykcie Agresora, nie musnął go opuszkami nawet na milisekundę.
Gdzie sobie to zrobiłeś? Biały materiał jeszcze raz opatulił rękę Jinxa.  To przez ten komunikat? Broniłeś tę kobietę? Beznamiętny ton i pusty wzrok tak niepodobne do spojrzeń i głosów innych chłopców o jego aparycji, nadawały mu jakiegoś szarego wyrazu. Rozdarł materiał i - nadal uważając, by go nie tknąć - zawiązał. Nie było to dzieło sztuki; pięciolatek zrobiłby to ładniej od niego. Gdzieniegdzie warstwa bandażu wystawała spod innych warstw, bijąc na alarm, że za słabo przylega. Odsunął się na drugi brzeg kanapy, wreszcie zerkając na czarnowłosego. Też mam je bronić? Może na to nie wygląda, ale nie jestem zbyt...
Urwał nagle. W pomieszczeniu rozległa się istna burza. W tym samym czasie jakiś stary, wychudzony kundel na dworze zadarł łeb do góry i uniósł uszy, rozglądając się niepewnie dookoła. Hiroki objął brzuch z zażenowaniem. Zamknij się, huknął do żołądka, który odpowiedział mu powtórnym burczeniem.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Dzieciak ewidentnie był zielony w tych sprawach. Zresztą, patrząc na niego i jego nieporadność, miało się wrażenie, iż jako wymordowany żyje zaledwie parę dni i wciąż jest nieświadomy faktu, że nie żyje. W pewnym momencie Shebie nawet przez głowę przeszła myśl, żeby chłopaka wprost o to zapytać. Bo to wyjaśniałoby to jego zagubienie, na swój sposób urocze i rozczulające, jednakże cholernie niebezpieczne dla niego samego, zwiastujące jedynie zgubę. Mimo wszystko postanowił jednak milczeć na ten temat. Nie tylko dlatego, że nie był do końca pewien czy Shiro powiedziałby mu prawdę, a z samej zabawy odkrywania czegoś więcej o tym dzieciaku. Bo poniekąd to też było ekscytujące, móc samemu układać rozsypane skrawki układanki w jedną całość.
-Och? A już myślałem, że jednak masz na mnie ochotę. - parsknął nie mogą się powstrzymać przed komentarzem.
-Spokojnie. Nigdy cię nie tknę w ten sposób. Masz moje słowo. - dodał po chwili, chcąc uspokoić tę czerwoną galaretkę. Doprawdy, był rozkoszny w swej niewinności i niewiedzy. Może nawet uraziłby się nieco, gdyby ktoś inny posądził go o bycie gejem albo pedofilem, ale jakimś dziwnym cudem, póki co, nie potrafił gniewać się na Shiro. Miał w sobie coś, że spoglądając w jego szare oczy człowiekowi przechodził gniew. Nie wiedział, czy to jego naturalny dar i urok, czy też moc z racji bycia wymordowanym. Aczkolwiek cokolwiek to było - działało.
I wtedy poczuł dziwny ścisk w okolicach żołądka.
Zaniepokoił się.
Znowu.
Reakcja obronna chłopaka głośno komunikowała, co go spotkało w, zapewne jak zakładał, krótkim życiu. Czegoś takiego człowiek nie wyrabia w sobie po dostaniu kilku kopniaków czy uderzeń po twarzy, a po długim okresie znęcania się oraz katowania. Jinx nie wiedział, czy to była sprawka tylko i wyłącznie jednej osoby czy też jakiejś grupy, a być może w ten sposób Shiro nauczył się reagować z racji częstego obrywania. Nie wiedział, lecz tym razem zamierzał zapytać. Wprost.
- Kto cię bił? – zapytał wprost, choć może powinien użyć zupełnie innych słów. Katował? Znęcał się? Traktował jak gorsze i słabsze ścierwo? Może te określenia byłyby o wiele bardziej trafne?
- Nie, inaczej. Kto cię karał za to, co źle zrobiłeś? Matka? Ojciec? Ktoś inny? Właściciel? – przesunął wzrokiem, by wreszcie złote ślepia wpatrywały się z uwagą w bladą twarz chłopaka. Wyjątkowo brzmiał poważnie, sugerując chłopakowi, że żadne kłamstwa w tym momencie są nie na miejscu.
Niczym małe, wystraszone zwierzątko, które było poddawane nieudolnej próbie tresury. Skrzywdzone i skrzywione, reagujące strachem na każdy gwałtowniejszy ruch. Musiał pamiętać, by się powstrzymywać przy nim.
Ale czy potrafił zapanować nad swoimi własnymi odruchami?
W końcu oderwał wzrok od twarzy chłopaka i skupił się na nieestetycznym zabandażowaniu jego ręki. Lekarzem to on nie będzie. Ani pielęgniarką, to było pewne. Ale widać, że się starał, dlatego też nie chcąc go zniechęcać, uśmiechnął się szeroko w jego stronę.
- Dzięki Shiro. Teraz już mnie nie boli. – powiedział wyciągając ręce ku górze I przeciągając się, czując jak jego kręgi wydają z siebie strzelający odgłos pełen wytchnienia. Opuścił ręce i poruszył karkiem, by poruszyć kolejne kości. Wydał z siebie ciche westchnięcie i podrapał się po głowie. I co miał mu powiedzieć? Że odrąbał chuja jakiemuś cwelowi? Nie było czym się chwalić. Z drugiej strony dzieciak powinien z każdej możliwej strony uczyć się uroków Desperacji.
- Poniekąd. Co prawda spóźniłem się z jej obroną, ale skutecznie ukarałem gnoja. Jestem pewien, że już nigdy nie podniesie ręki na jakąkolwiek kobietę. – usta mężczyzny wygięły się w pełnym satysfakcji uśmieszku, jednakże kąciki bardzo szybko opadły, przywracając spokój na jego twarzy.
- Wszystkie osoby w tym burdelu należą do mnie. A ja, jako ich właściciel jestem za nie odpowiedzialny. Każda kobieta, każdy mężczyzna, każde dziecko… spoczywają na moich barkach. – powiedział spokojnie, przesuwając opuszkami lewej dłoni po bandażu.
- Powiedz, Shiro. Miałeś kiedyś psa? Albo kota? Albo jakieś inne zwierzę? W każdym razie, nawet jeśli nie, to wyobraź sobie, że masz psa. Wierny za jedzenie, ufa ci, bo wie, że zawsze go nakarmisz i dasz mu bezpieczeństwo, a on pracuje na ciebie przykładowo polując na kaczki. Taka współpraca. Ty mu dajesz schronienie, jedzenie, ciepło, on dla ciebie pracuje. I teraz pojawia się ktoś z zewnątrz, silniejszy od twojego psa i go bije, bo… ma na to ochotę. Bez konkretnego powodu, albo z jakiejś debilnie naiwnej sprawy. Nie poczułbyś złości? Że ktoś poniósł rękę na twojego psa? Którego miałeś zapewnić bezpieczeństwo? Za którego to ty jesteś odpowiedzialny? Tak właśnie funkcjonuje ten burdel. Ja odpowiadam za nich, a oni… – zamilkł, kiedy ich rozmowę przerwało…. Burczenie. Nie mógł powstrzymać się przed kolejnym parsknięciem śmiechem. Doprawdy, dawno nikt nie doprowadził go do śmiechu, a tu dostał już drugą dawkę! Kolejny plus dla ciebie, Shiro.
- A chcesz? Bronić kobiety w burdelu? Chcesz, by zawierzyły ci swoim życiem? Chcesz być za nie odpowiedzialny? – zapytał spokojnie, uśmiechając się łagodnie. To nie tak, że wątpił w możliwości chłopaka, przecież były różne sposoby obrony innych, jednakże był ciekawy jego odpowiedzi. Zastanawiał się, czy chłopak był świadomy, że jeżeli chciałby być odpowiedzialny za czyjś los, to wtedy musiałby być na dłuższy czas związany z tym miejscem, a przecież nienawidził go. I chciał jak najszybciej uciec stad.
Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi, które uchyliła jedna kobieta oznajmiając, że przynoszą posiłek. Sheba skinął ręką, niemo dając do zrozumienia, żeby weszły do środka. Już w momencie, kiedy kobiety przekroczyły próg, w pomieszczeniu rozniósł się przyjemny zapach pieczonego królika. Blondynka o niemal wylewających się piersiach z sukienki oraz towarzysząca jej szczuplutka brunetka położyła na stole drewnianą tacę z połową królika, półmisek z jajkami oraz mały talerz z połową bochenka chleba, który miał dopiero parę dni. Istny rarytas jak na Desperację. Do tego dwa metalowe talerze, gdzie jednego brzeg był pęknięty. Ale dało się z nich jeść.
Jinx podziękował kobietom i je odprawił, jednocześnie sięgając do lewego buta, z którego wyciągnął cienki, acz dość ostry nóż. Wbił ostrze w królicze mięso i pokroił na mniejsze kawałki, które nałożył na jeden z talerzy, po czym podsunął do chłopaka. Odkroił również dwie kromki chleba i mu je podał.
 - Jedz. Powoli, małymi kęsami. Postaraj się nie rzucić na jedzenie. Na razie dostaniesz tyle, żeby nie rozepchać Ci żołądka i nie rozerwać.   – powiedział spokojnie, mając nadzieję, że Shiro go posłucha. Sam natomiast podniósł się z kanapy i obszedł do ją dookoła, przeskakując po schodkach usiadł na krawędzi łóżka i złapał za szafkę, wysuwając jedną jej półkę.
Wyciągnął już dość zużytą przez życie łyżeczkę, zapalniczkę oraz biały proszek. Już jakiś czas temu w każdym woreczku były odmierzone dawki, toteż o przedawkowanie w tym momencie nie musiał się martwić. Wysypał zawartość woreczka na łyżeczkę, a drugą ręką odpalił zapalniczkę i podgrzewał drugą stronę metalu łyżki. Pulsujący ból, kołatanie serca oraz drżenie dłoni coraz mocniej dawały o sobie znać. Musiał zażyć dawkę, bo inaczej będzie kiepsko. Plus od dłuższego czasu nie miał ataku. A nie chciał, żeby nastąpił przy dzieciaku. Nie teraz, to byłby naprawdę zły czas.
Przygotowanie dawki nie trwało aż tak długo. Sprawne ręce przygotowały strzykawkę, igłę i zacisnął pasek pomagając sobie zębami, na przedramieniu lewej ręki, wcześniej podciągając rękaw bluzy.
Wyczucie żyły.
Wkłucie.
Wstrzyknięcie.
Krótka chwila odczekanie i wreszcie długo oczekiwana i pożądania ulga.
Zamknął na moment oczy, puszczając pasek, a po dłuższej chwili wyciągając igłę, którą odrzucił na blat szafki. Sam poleciał do tyłu i opadł plecami na łóżko, nie przejmując się miejscem po wkłuciu, z którego popłynęło kilka kropel krwi. Ból głowy ustał. Drżenie też. Jak i cała masa innych symptomów, a zamiast nich pojawiła się błoga euforia. Leżał tak przez chwilę, aż w końcu się podniósł z łóżka i ściągnął z siebie bluzę, rzucając ją gdzieś na bok, zostając w samym podkoszulku.
Czas coś zjeść.
Przeskoczył przez oparcie kanapy i twardo wylądował tuż obok chłopaka, sięgając po kromkę chleba, jednak już po chwili odłożył ją. Coś wciąż nie dawało mu spokoju.
- Shiro… – zaczął spoglądając na chłopaka nienaturalnie zwężonymi źrenicami. Wyciągnął w jego stronę dłoń, na tyle powoli, by go nie wystraszyć, na tyle szybko, żeby nie zdążył się uchylił. Chłodne opuszki palców przesunęły się po ciepłym policzku Shiro, na koniec nieco zahaczając o przydługawe, jasne kosmyki.
- Dlaczego się mnie aż tak boisz?



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Oczywiście, że nie mam.
Gdyby jego głos był bardziej wyposażony i posiadał więcej barw w ekwipunku, to zdanie z pewnością byłoby wypowiedziane piskliwie, byle tylko urwać temat. Ale znów dostał od niego słowo. I znów niezbyt wiedział, czy powinien je w ogóle brać pod uwagę. To nadal mógł być kłamca. To nadal była osoba, która karała siłą, a nie reprymendą słowną. W końcu zdarł sobie skórę, bo „zajął się kimś, kto sam bił jego kobietę”. Naiwne wierzenie, że nie zrobi mu krzywdy, mogło przynieść za dużo szkód. Bezpieczniej było mu dostosować się do własnych zasad, niż tych, jakie kreował przed nim czarnowłosy.
W dodatku był dziwnie... dociekliwy.
Na Boga, nikt. Skąd ten pomysł? Nagle pokręcił głową. I jaki znowu właściciel? To jakaś nazwa funkcji w tym domu? Mówiłem już, że nigdy „tego” nie robiłem. Nigdy nie byłem zamieszany w te sprawy.
Zdecydowanie nic nie wiedział o świecie, w którym od tylu wieków żył Jinx, ale nawet on w tym momencie poczuł się jak kłamca. Przecież niecały kwadrans wstecz, jakiś mężczyzna... Nie. Stop. Nie powinien o tym myśleć. Nic takiego się nie stało. Póki nie dotykał, nic go nie bolało. Gorzej, jeśli będzie chciał dotrzymać danego słowa...
„A ja, jako ich właściciel jestem za nie odpowiedzialny.”
Czyli jednak właściciel był odpowiednikiem alfonsa. Dobrze, że nie podpiął Anemii pod funkcję „właścicielki”. No, ale... Shiro... miałeś psa? Albo kota?
Głupio mu było przyznać, że rybki... które i tak zdechły śmiercią tragiczną. Cały przekaz, jaki sprzedał mu Jinx, był jednak w pełni zrozumiały. Może nie przez pryzmat doświadczenia samego w sobie, ale Hiroki potrafił wyobrazić sobie, jak to jest, gdy taki ciężar tkwi na barkach. Jego barki były jednak lekkie i uniosły się nieco, gdy rozległo się to felerne burczenie. Objął brzuch, natychmiast wyczuwając pod materiałem koszulki miejsce, które odzywało się nieśmiałym bólem. Pamiątka po Jasperze i przypieczętowanie jego obietnicy. W dodatku groził Raphael...
Shirōyate, pobudka.
Zerknął na niego.
Ja... - zaczął koślawo, ostatecznie i tak nie dokańczając zdania. Samo urwanie go, było jawnym sygnałem, że nie, nie chciał. Czy może raczej - nie powinien. Nie z tymi „umiejętnościami”, o ile w ogóle można je tak nazwać. Poza tym nie znał tych kobiet. Nie czuł obowiązku, by bronić kogokolwiek, kto był mu w pełni obcy. Nawet jeśli niektóre wykazywały wobec niego jakiś zalążek sympatii, to wciąż były osoby, których nie znał i którym nie ufał. Tak jak te, które właśnie weszły.
Oczywiście, dzieciak spojrzał na nie w pierwszym, bezwarunkowym odruchu. Prędko jednak odwrócił wzrok, przesuwając paznokciami po zaczerwienionym policzku. Zdradził tym swoje lekkie poddenerwowanie, niewywołane choć raz strachem samym w sobie.
Czy one wszystkie musiały być takie..?
Jakie?
... takie ubrane...
Wolisz ich bez ubrań?
Nie! Tak kuso ubrane!
To burdel.
Ale nie plaża.
Robił absolutnie wszystko, aby nie odprowadzić ich wzrokiem, skupiając całą swoją uwagę na jedzeniu. Nie umiałby skłamać, że nie był głodny... i że równie dobrze mógłby zjeść nogę od stołu i trzy krzesła, gdyby tego wymagała sytuacja. Ale porywacz miał rację. Powoli. Spokojnie.
Wiem, wykrztusił ledwie, czując napływającą do ust ślinę. Czytałem dużo o sytuacji dzieci sprzed 2010 roku. Z miejsca, którego już nawet nie ma na mapach...
Z Afryki. Ponoć nie mieli wody. I jedzenia. A gdy otrzymywali, rzucali się na nie, ładując wszystko do pustych żołądków... które nie wytrzymywały. Shirōyate zrozumiał przekaz - też miał pusty żołądek, przeładowanie też mu zaszkodzi. Złożył ręce, jak do modlitwy, mruknął ciche „smacznego” i zabrał się za jedzenie. Małe kęsy, powolne ruchy szczęki... Czy było ciężko? Kurewsko. Żeby nie rozerwało żołądka, żeby nie rozerwało żołądka, żeby...
... gdzie on lezie, do cholery?
Śledził jego wędrówkę do góry. I zamarł. Co, jeśli zauważy, że coś poprzestawiał? Albo dostrzeże brak czekolady (która notabene nadal ciążyła mu w kieszeni)? Położył powoli talerz na złączonych kolanach i wsunął kolejny kawałek królika do ust... ale nie pogryzł. I nie przełknął. Wpatrywał się zszokowany, jak mężczyzna wyciąga igłę, nakłuwa, wtłacza do krwi... Hiroki nie był głupi. Wiedział co to takiego. I słyszał, że po narkotykach działy się... różne rzeczy.
Powinien teraz uciec?
O BOŻE.
Jak garnkiem w łeb.
ON SIĘ ROZBIERAŁ.
Chwila, moment. Jeszcze tylko jeden kęs (nie wiadomo, kiedy znów będzie miał coś ciepłego w buzi) i już ucieka... Spokojnie, bez rewelacji. Agresor był jeszcze daleko. Jasnowłosy wsunął między wargi kawałek chleba i odgryzł. Oh, ten kawałek królika tak się do niego uśmiechał... Dobra, teraz naprawdę ostatni gryz... no, wypadałoby przegryźć chlebem... ale później już na bank...
Zanim się spostrzegł, jedzenie okazało się ważniejsze, niż wola przetrwania.
Jinx usiadł obok niego.
I - ku zdziwieniu Hirokiego - wcale nie przejawiał zainteresowania... no, wiadomo czym. O czym ty myślisz? - skarcił się, na powrót próbując wolno przeżuwać. Przecież mówił, że nie jest...
Ostrożnie przełknął to co miał w buzi i znieruchomiał.
„Shiro”.
Dotyk.
Żołądek znów się zbuntował, ale słysząc kolejne pytanie... szczerze nie wiedział co odpowiedzieć. Czy raczej jak to ubrać w słowa, by się jakoś prezentowało.
Nie boję się ciebie, wtrącił chłodno, nawet na niego nie spoglądając. Trzymał na kolanach swój talerz, ale tylko Bóg raczył wiedzieć, ile trudu mu sprawiło zachowanie zimnej krwi. Najchętniej podniósłby naczynie i rzucił nim w twarz wymordowanego. Wszystko wewnątrz Hirokiego wrzeszczało, rozrywając go jak mokrą kartkę papieru – ODSUŃ SIĘ OD NIEGO! SZYBKO! ODSUŃ! Ścisnął metalowe brzegi. Boję się tego, co możesz mi zrobić. Nie wiem o co chodzi z tym miastem, ale jest... – szukał odpowiednio kolokwialnego słowa - ... dziwne. Tu wszyscy wszystkich nienawidzą. Wszyscy wszystkich biją. Możesz mi nie uwierzyć, ale widziałem ostatnio, jak taka kobieta zjadła czerwone mięso. Surowe. Tak po prostu... Kucała nad ciałem i wyszarpywała mięso, rozumiesz? Nad tym zwierzęciem, chyba jakąś sarną, było już pełno much. Cały rój. A ona jadła i w ogóle nie zwracała na nie uwagi. Tu jest coś nie tak. Coś... – Zerknął na niego sceptycznie, jak ktoś, kto zamierza opowiedzieć straszną historię przy biwakowym ognisku. Coś złego. To miasto chyba zmienia ludzi. Jakoś... ich psuje. Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś taki, jak oni? Może masz tylko inną taktykę, tylko grasz, udajesz. Nie chcę, żeby wyszło, że jestem naiwny, bo ktoś wydaje się miły. Boję się, że będę nieostrożny... a maska, którą z ciebie zdejmę, tak naprawdę okaże się kagańcem. Ty mi ufasz?
Pytanie niemalże wyszeptał w umyśle czarnowłosego, ponownie odbiegając od niego spojrzeniem. Przecież znał odpowiedź, ale i tak zmusił się, by wykrztusić swoją wątpliwość. Policzek, choć tylko muśnięty przez opuszki palców porywacza, parzył niemożliwym do ugaszenia ogniem. Hiroki przegryzł nerwowo wargę od wewnętrznej strony.
W dodatku ciągle mnie dotykasz, choć prosiłem cię, żebyś przestał. To dla mnie...
„Obrzydliwe”? „Ohydne”? „Paskudne”? Powiedz, jak jest. Nazwij rzeczy po imieniu, do cholery. Przecież cię to brzydzi.
... żenujące. Wstydzę się tego. Knykcie pobielały od siły, jaką włożył w zaciskanie dłoni w pięści. Nie wiem jak reagować, żeby cię nie zezłościć. Mówiłeś o jakichś psach i że wszyscy w tym budynku są pod twoją opieką. Że ich chronisz, tak? I że mnie nie wypuścisz. Do diaska, ciężko było zebrać myśli, gdy tyle ich tłoczyło się w głowie. Też jestem twoim psem? Też czujesz obowiązek, żeby mnie bronić? Umilkł na moment, tępo wpatrując się w resztki jedzenia. Jeśli nie, nie widzę sensu, żebyś mnie tu trzymał. Choć jego gardło było martwe, poczuł w nim piekące drapanie. Jeśli tak... To niemożliwe, by dławił się słowami, które i tak przecież nie miały prawa przejść przez jego usta. A jednak tak było. Dlaczego nie bronisz mnie przed sobą?
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Kłamał.
Jinx za długo chodził po tym świecie, żeby nie odróżniać nieświadomych gestów obronnych, które zaprezentował mu już niejednokrotnie chłopak. Ale dobrze, rozumiał, że nie chciał się z nim dzielić tą informacją. Może kogoś chciał chronić przez to, albo po prostu wstydził się faktu, że znęcano się nad nim. Zresztą, nawet jeżeli Sheba posiadłby takowe informacje to w sumie co by z nimi zrobił? No właśnie. Nic szczególnego. Ot, kolejna ciekawostka na temat chłopaka. Przecież nie poszedłby szukać oprawcy Shiro żeby wymierzyć na nim karę za podniesienie ręki na dzieciaka. To nie był ten poziom ich znajomości. Z drugiej strony sam nie wiedział i nie potrafił odpowiedzieć przed samym sobą, dlaczego w ogóle w pierwszej kolejności o to zapytał. Czysta ciekawość?
- Rozumiem. – odparł cicho, nie zamierzając drążyć tematu. Skoro tak wolał, niech i tak będzie.
- Ale następnym razem nie okłamuj mnie, Shiro. – dodał po chwili przyglądając się mu przenikliwie. Jednakże trzeba jedno mu przyznać. Dzieciak naprawdę potrafił kłamać. Gdyby nie te odruchy i znajomość świata przez Shebę oraz zwyczajów ludzi, to z pewnością mógłby wpaść w pułapkę kłamstw dzieciaka.
Ile już razy mnie okłamałeś, Shiro? Czy to twoje prawdziwe imię bądź nazwisko, czy kolejne kłamstwo, które mi sprzedałeś na odczepnego?
Już na tym etapie mężczyzna zorientował się, że musi uważać. Na to, co robi i na to, co mówi Shiro. Brać poprawkę i nauczyć się odróżniać chwile, kiedy mówił prawdę i był szczery, a kiedy kłamał. Może być ciężko.
Sam zamierzał zabrać się za jedzenie, z góry zakładając, że dzieciak zmyje go jednym słowem, ewentualnie zdaniem.
Mylił się.
Nawet nie przypuszczał, że Shiro aż tak się rozgada. Słuchał uważnie wypowiadanych przez niego słów, a z każdym kolejnym słowem w jego głowie coraz bardziej zakreślał się pewien obraz chłopaka. Zmarszczył nieco brwi, przez moment zastanawiając się nad pewną kwestią, aczkolwiek bardzo szybko odepchnął ją na dalszy plan, karcąc samego siebie za te przemyślenia. Dość nierealne przemyślenia, bo przecież to było niemożliwe, żeby nie wiedział….
Na chwilę zamknął oczy, próbując wszystko to, co wypowiedział jasnowłosy poukładać w swojej głowie. Przysunął nieco bliżej siebie talerz z królikiem i wbił a mięso nóż, nabierając grubszy kawałek na ostrze.
- To jest waśnie Desperacja. – powiedział spokojnie, jakby właśnie wcielał się w rolę jakiegoś nauczyciela, który ma zamiar poinstruować niesfornych uczniów o temacie ich dzisiejszej lekcji.
- Widok, jaki opowiadasz, jest tutaj czymś zupełnie naturalnym. Powiem więcej. Ta kobieta, którą widziałeś miała sporo szczęścia, bo dorwała się do mięsa. Bez znaczenia w jakim ono było… Zjadła. Tutaj, w Desperacji mieszkańcy walczą o każdy dzień przetrwania. I uwierz mi, są w stanie posunąć się do nawet najgorszej rzeczy. Zjedzenie zgniłego mięsa sarny to nic. Widziałem, jak matki pożerały swoje nowonarodzone dzieci. Jak przyjaciel zabijał przyjaciela, by potem go zjeść. Jak ojciec sprzedawał córkę za kilo ryżu, jak dziecko patroszyło rodziców. Taka jest Desperacja. Przerażająca, zwierzęca, barbarzyńska. To nie tak, że wszyscy wszystkich nienawidzą. Większość się boi. Boi, że nie dożyje następnego dnia. Człowiek w akcie desperacji jest w stanie posunąć się do wszystkiego, byle tylko przeżyć. I to nie to miejsce czyni z nas zwierzętami, a świat, w jakim żyjemy. – zrobił krótką pauzę, żeby chłopak spokojnie mógł przyswoić sobie to, co właśnie usłyszał, jednakże już po chwili kontynuował.
-Nie wiem od jak dawna jesteś wymordowanym i ile wiesz o tym świecie, ale sądzę, że niewiele. Wiesz, to nie jest bezpieczne miasto, gdzie ludzie mogą spokojnie spać za murami, nie martwiąc się o chłód, choroby czy brak pożywienia. Tutaj nie ma sklepów spożywczych, lekarzy i ciepłych łóżek. Mieszkańcy Desperacji żyją, jak tylko potrafią. I myślę, że gdyby mieli zapewnione pożywienie, nie zaznali głodu i strachu, to byłoby inaczej. Owszem, wciąż jesteśmy bardziej zwierzętami aniżeli ludźmi, ale większość potrafi się kontrolować. W tym burdelu większość to wymordowani, a jednak potrafią nad sobą zapanować. Bo wiedzą, że nie muszą martwić się, że następnego dnia nie będą mieli co wsadzić do garnka. To strach przed jutrzejszym dniem popycha nas do najgorszych rzeczy. Co do mnie… – odwrócił głowę i spojrzał w oczy chłopaka, chcąc się upewnić, że do jego uszu dojdzie każde wypowiedziane przez niego słowo.
- Jestem w tym burdelu najgorszy I najbardziej niebezpieczny. – odparł spokojnie. Nie, to nie była żadna przechwała ani też groźba. Po prostu stwierdził fakt.
- Aczkolwiek w Desperacji istnieją o wiele gorsze potwory ode mnie. Na moje szczęście, są moimi sojusznikami. Nie ufam Ci, Shiro. W końcu masz mnie zabić. – mruknął z lekkim uśmiechem, wyciągając rękę, by zmierzwić jego włosy, lecz w ostatniej chwili powstrzymał się i przycisnął palce do dłoni, powoli ją opuszczając.
- Ty też mi nie ufaj w pełni. Nikomu w Desperacji nie możesz zaufać. Jednakże w drobnym stopniu możesz obdarzyć kogoś nieco większą odrobiną zaufania niż innych. Tak jak ja ufam osobom w burdelu. Wiem, i mam tę świadomość, że może nadejść dzień, kiedy mnie zdradzą, jednakże z drugiej strony wiem, że póki nie będą mieli zamiaru wbić mi noża między żebra, mogę na nich polegać. Rozumiesz? Shiro. Jestem potworem. Bestią. Dobrze to określiłeś. Moja maska to kaganiec, ale też mam na sobie niewidzialną obrożę z łańcuchem, którą sam sobie zapina dookoła szyi, ograniczając siebie i panując nad bestia we mnie. Choć bywają dni, kiedy nie jestem w stanie jej utrzymać i wtedy lepiej nie znajdować się w moim otoczeniu. – powiedział szczerze. Po co go okłamywać, skoro i tak się go bał. Nigdy też nie zamierzał sprawić, by chłopak przestał. Sheba był dziką bestią i choć mogło mieć się wrażenie, że udało ją się ujarzmić – ta w nieoczekiwanym momencie z łatwością kąsała i odgryzała przyjaźnie wyciągniętą rękę w jego stronę.
W dodatku ciągle mnie dotykasz, choć prosiłem cię, żebyś przestał.
- Bo lubię. Jesteś wyjątkowo miękki w dotyku, a Twoja skóra jest przyjemnie ciepła. – odpowiedział spokojnie, będąc samemu zaskoczony tym, co powiedział. W sumie naprawdę lubił go dotykać. Oczywiście w żaden nieprzyzwoity sposób. Po prostu jego policzki, palce czy też włosy były wyjątkowo przyjemne w dotyku i miękkie, aż chciało się ich dotykać więcej i więcej.
- Żenujące? Czy po prostu brzydzisz się mojego dotyku, bo mieszkam w burdelu? Albo boisz się mojego dotyku, że któregoś dnia cię zaboli i zrani? – dopytał unosząc brwi w pytającym geście. Ta rozmowa powoli zaczynała zmierzać w dość nieprzyjemnym kierunku. Czuł do wewnątrz siebie, a żołądek nieprzyjemnie zaczynała ściskać irytacja.
Też jestem twoim psem? Też czujesz obowiązek, żeby mnie bronić?
Cholera jasna.
- Tak. Póki co… tak. – dodał przenosząc wzrok na kominek, gdzie powoli dogasał ogień. Powinien się tym zająć. Powinien skupić się na czymś innym. Powinien…
Dlaczego nie bronisz mnie przed sobą?
Warknął.
A szczęka zacisnęła się nieznacznie, gdy w oczach błysnęła irytacja.
- Nie bronię cię? A myślisz, że co do tej pory robię? Co? Co takiego Ci strasznego zrobiłem, że uważasz, że potrzebuję się hamować przy tobie, żeby cię bronić przed samym sobą? Jeszcze nie zaznałeś momentu, żeby tak pomyśleć. Ale skoro tak, to ci pokażę i dopiero po tym, będziesz mógł twierdzić, że powinienem cię bronić przed samym sobą. – warknął nieprzyjemnie a jego oczy rozjaśniły się niepohamowaną złością. Podniósł się gwałtownie z kanapy i wyciągnął rękę w stronę chłopaka. Jego palce zacisnęły się w żelaznym uścisku wokół jego wątłego ramienia i szarpnął nim mocno, żeby się podniósł, po czym wręcz wywlókł go z pokoju. Nie zatrzymując się i nawet nie spoglądając na niego, ciągnął go obskurnym korytarzem, mijając zdziwione twarze mieszkańców burdelu.  
Czuł piekące uczucie w klatce piersiowej. Nie wiedziało końca co go tak ukłuło, jednakże w pewien sposób poczuł rozgoryczenie i rozczarowanie słowami chłopaka. Nie przypominał sobie, żeby zachowywał się przy nim na wyraz agresywnie i nieprzyjemnie, żeby w ten sposób o nim myślał. Jednakże dzieciak najwyraźniej potrzebował odpowiedniego bodźca wizualnego, żeby zrozumieć, że Sheba póki co nie miał powodu do obrony Shiro przed samym sobą.
Po przebyciu trzech długich korytarzy, w końcu zaczęli schodzić po schodach. Sheba nie przejmował się czy chłopak za nim nadążał czy też nie. Jeżeli sytuacja wymagałaby tego, był gotów nawet ciągnąć go po podłodze, albo wziąć za fraki, podnieść do góry i nadal ciągnąć, nie wypuszczając z uścisku, nawet jakby rzucał się, kopał czy też gryzł. Wkroczyli do chłodnego i ciemnego korytarza, który oświetlało kilka stary oliwnych lamp. Już tutaj w ich nozdrza wdarł się nieprzyjemny, metaliczny zapach wymieszany z odorem strachu i śmierci. A w uszy wgryzały się jęki i krzyki… ludzi. Dotarli do drewnianych drzwi, przy których siedziało dwóch mężczyzn i zajadało się jakimś starym chlebem.
- Otwierać. – warknął rozkazując im. Jeden mężczyzna spojrzał najpierw na Shebę, potem na chłopaka, by wreszcie zerwać się ze swojego drewnianego stołka, sięgając przy tym do kieszeni po klucze. Brzdęk w zamku oznajmił, że zostały odblokowane. Sheba pchnął je wchodząc do środka, wciągając chłopaka za sobą i zamykając drzwi z głośnym hukiem.
Pomieszczenie było kwadratowe i niezwykle chłodne. Do tego ciemne, z racji braku jakichkolwiek okien, tylko z paroma lampami. Ale to wystarczyło, żeby w słabym świetle rzucać poświatę na to, co znajdowało się w środku. Kamienie dookoła w większości były poryte starą, jak i nową krwią. Kilka kajdan na ścianach, gdzie w jednych był przykuty jakiś wychudzony, nagi mężczyzna. Wciąż żywy, o czym świadczyła poruszająca się klatka piersiowa i rozchylone w przerażeniu oczy. Nieco dalej stół, na którym leżała połowa innego mężczyzny, a jego nogi i reszta ciała walała się po ziemi u odnóża stołu. Gdzieś w kącie mniejszy stół z przeróżnymi narzędziami, a wreszcie w drugim końcu trzeci mężczyzna, przykuty do ziemi kajdankami. Lecz ten chyba nie miał tyle szczęścia, gdyż nie poruszał się. Trudno się dziwić, by żył, skoro było jedynie… kadłubkiem. Bez rąk i nóg.
Szarpnął chłopaka na środek i samemu stanął za nim. Wciąż go trzymając, druga ręka zacisnęła się na jego policzkach i nakierowała na leżącego mężczyznę na stole. Albo raczej na to, co z niego zostało.
- Przypatrz się dobrze, Shiro. – warknął tuż nad jego uchem.
- Przypatrz! Ich nic nie obroniło przede mną. Nawet ja sam ich nie obroniłem przed sobą. Sądzisz, że gdybym tego nie robił, gdybyś nie miał mojej protekcji, to nie skończyłbyś tak jak oni? Ich nie nakarmiłem, nie dałem schronienia, dachu nad głową, leku ani też bezpieczeństwa. Ty to otrzymałeś. Ale wciąż, masz czelność mówić, że mam cię bronić przed samym sobą? Chodź tu. – puścił jego policzki z pewnością pozostawiając po swoim uścisku pulsujący ból i pociągnął go do stołu z narzędziami. Zgarnął pierwszy, lepszy, nieco przyrdzewiały nóż, a następnie odwróciwszy się, szarpnął Shiro do wiszącego, wciąż żywego człowieka.
- B… błagam… – wychrypiał ledwo słyszącym głosem.
- Zamknij ryj. – syknął Sheba I na drobną milisekundę puścił ramię chłopaka, gdzie pewnie pozostaną siniaki, tylko po to, by złapać dłonią za jego szczękę, by chociaż na drobną chwilę nie odwrócił swojego wzroku. Upewniwszy się, że dzieciak patrzy, Jinx wbił w brzuch mężczyzny nóż i zaczął nim szarpnąć, rozpruwając ciało nieszczęśnika. O ile mężczyzna zaczął wydawać z siebie agonalne jęki pełne strachu i bólu, po jego udach spłynęła żółta ciecz, kiedy nie potrafił powstrzymać  zwieraczy, tak twarz Sheby przez cały czas nie była zmącona żadną emocją, oprócz złością. Wyglądał tak… jakby to, co robił było dla niego normalne. Czymś, co każdego dnia praktykował. I tak poniekąd w sumie było. W końcu wyszarpał z ciała mężczyzny nóż, odrzucając go na bok i pryskając krwią na boki, a następnie wpatrując się w twarz Shiro, wsunął swoją dłoń w bebechy mężczyzny i wyszarpnął jego flaki na wierzch. Ciało wiszącego ostatni raz poruszyło się w pośmiertnych drgawkach, wreszcie zwisając bez życia, z rozsuniętymi oczami oraz ustami, z mimiką przepełnioną strachem oraz bólem. Sheba wypuścił szczękę Hiro i ponownie złapał go za ramię, przyciągając blisko siebie. Nachylił się nad jego twarzą, wyciągając wnętrzności mężczyzny i zacisnął na nich tak mocno palce, że te pękły pod naporem, rozbryzgując krwią i flakami na twarz Shiro oraz Sheby.
- Powiedz. Przed którym mną mam cię bronić co, Shiro? – zapytał cichym, wręcz nienaturalnie spokojnym głosem, który spokojnie mógł wwiercać się w czaszkę chłopaka.
- Czy za obronę uważasz wysłanie cię na pewną śmierć? Wprost w szpony osób podobnych do tej kobiety, co widziałeś? Z tą różnicą, że tym razem to ty byłbyś na miejscu sarny? Chcesz Shiro zostać zjedzonym żywcem? Załatwione. – kolejne warczące słowa. Odrzucił flaki i ruszył do wyjścia, ciągnąc chłopaka za sobą. Nie spojrzał nawet na strażników, tylko ich wyminął, wchodząc po schodach. Skoro chłopakowi tak źle było z nim, to proszę bardzo. Spełni jego wolę. Już po paru chwilach znaleźli się przy głównych drzwiach, które uchylił jeden z rosłych mężczyzn widząc, że Sheba zamierza wyjść. Już po przekroczeniu progu uderzył w nich przerażający chłód. Na zewnątrz panowała istna zawierucha, która niemal zwalała z nóg. I chociaż nawet ciemnowłosy odczuwał przerażający chłód, wszakże był tylko i wyłącznie w krótkim rękawku, to mimo wszystko zrezygnował, brnąc dalej przez zaspę. W sumie nie oddalili się zbyt daleko od burdelu, kiedy napotkali wymordowanych kulących się przy jakieś obskurnej, popękanej beczce . Było ich trzy sztuki, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Spojrzeli nieco pustymi oczami na Shebę oraz Shiro, z pewnością widząc w nich idealne osoby do ograbienia z ubrań, zabicia i zjedzenia. Czy co tam potrzebowali.
W końcu Sheba puścił Shiro i pchnął go mocno przed siebie, w śnieg, w niedalekiej odległości od wymordowanych.
- Proszę. Masz to co chciałeś. To jest ta twoja obrona? W ten sposób mam cię bronić przed samym sobą? Skoro przebywanie u mojego boku jest takie złe, że wolisz Depserację… proszę bardzo! Droga wolna! – odparł przekrzykując wiatr i rozłożył ręce na boku. Skoro tak bardzo tego pragnął… Jednakże w jego oczach oprócz irytacji było coś innego. Coś, co można nazwać goryczą. Po krótkiej chwili wpatrywania się w chłopaka, oparł się ciężko plecami o najbliższą ścianę i przycisnął palce do skroni. Cholera jasna. Spierdolił to. Kurewsko spierdolił.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


„Ale następnym razem...”
Powieki chłopca drgnęły ledwo dostrzegalnie, zdradzając jego zaskoczenie.
„... nie okłamuj mnie, Shiro”.
Skąd wiedział? Od kiedy trafił na... „te ziemie” kłamstwo było jedynym, dzięki któremu jeszcze stał na nogach. Nie potrafił tego do końca wytłumaczyć, ale czasami za sprawą paru przekręconych faktów dostawał odrobinę więcej od życia... a to jak najbardziej mu wtedy odpowiadało. Nikt przedtem jednak nie zorientował się, że szczeniak łże jak pies, gdy mu wygodnie. To był pierwszy raz, gdy jedyny as w rękawie Hirokiego został brutalnie wystawiony na stół... i znokautowany, bo odkryty przed czasem. Najwidoczniej musiał zaostrzyć środki ostrożności, bo Jinx wydawał się na tyle obeznaną osobą w dziedzinie... powiedzmy, ludzkiej psychiki, że kluczowy moment jego „planu” mógł wypaść beznadziejnie, jeśli czarnowłosy w porę połapie się, co planował.
Zacisnął usta w wąska linijkę, kompletnie ucinając temat. Wiedział przecież, że to i tak niczego by nie zmieniło. Jinx, owszem, na pewno był silny, ale całemu złu tego świata się nie przeciwstawi. Tym bardziej, że nie były to problemy, które bezpośrednio go dotyczyły. W większości. Morda Jaspera na moment zawisła przed jasnowłosym, ale rozmyła się równie prędko, gdy chłopiec zwracał frontem twarz ku wymordowanemu. Zdradził tym zainteresowanie.
„Desperacja”?
To brzmiało... niedorzecznie. Sztuka przetrwania, żywy tor przeszkód, gra z główną wygraną, jaką było życie – to i dalsze informacje wydawały się zwykłemu, szaremu obywatelowi M3 wręcz śmieszne i nieprawdopodobne. Od najmłodszych lat katowany był nanotechnologią, świetnym systemem oświaty, sprawdzoną medycyną. Słuchał w telewizji wiadomości o idealnych ideałach, a potem wychodził na dwór i widział nieskalane większym grzechem podwórze. Jak miał uwierzyć w coś tak potwornego?
„Sam widziałeś” - podpowiadał mu głos w głowie.
Wymordowanym..? Nie jes...
Urwał, choć nieposłuszeństwo nadal malowało się na jego twarzy. Uznał jednak, że woli posłuchać do końca i dorzucić swoje trzy grosze później, jeśli będzie trzeba. W pewnym momencie pokiwał nawet głową, choć nie był przekonany, co do autentyczności jego słów. To brzmiało niedorzecznie, ale... z drugiej strony... elementy układanki zaczynały do siebie pasować. Ta okropna, wychudła kobieta, pochylająca się nad ciałem zwierzęcia. Czerwone palce, mokre mlaskanie, rozbiegane spojrzenie. Ci wszyscy dorośli bijący za każdą próbę uzyskania od nich pomocy.
„To jest właśnie Desperacja”.
Tu nie dostawało się pomocy.
Coś o tym wiedział...
Ich spojrzenia przecięły się. Złote, ostre, błyszczące ślepia Sheby i marne, matowe tęczówki Hirokiego. Mimo iż w oczach nie pojawiła się choćby najmniejsza oznaka strachu, coś zgniotło go od środka. Nie potrzebował potwierdzenia. O dziwo w tej kwestii wierzył mu na słowo. Ten wzrok... ton głosu... postawa... Przecież sam Hiroki, choć powinien wstać i próbować uciekać, wyrwać się jakoś z ciasnych kajdan, jakie nałożył na niego wymordowany... siedział tu przy nim, zajadając się ciepłą kolacją. W dodatku w nowych ubraniach, z Raphael na ramieniu, umyty i... jakby żywszy, nawet jeśli cztery szramy na ramieniu chłopca odzywały się przy nagłych ruchach ciała. Ale tu nie chodziło o fizyczność. Gdyby miał do wyboru żyć w ubogiej rodzinie, harując dla niej jak wół, przy jednoczesnym poczuciu więzi – byłby w stanie zrezygnować z najdroższych ubrań, najwykwintniejszego jedzenia i najlepszych zabaw.
Więc... dlaczego?
Nadal słyszał nad uchem pytanie porywacza. „Rozumiesz, Shiro?”
Rozumiał. Zgadzał się z tym. Był bestią. Potworem. Był najgorszym skurwysynem, jakiego świat widział.
Dlaczego tak się wściekł, gdy Hiroki przyznał mu rację?
Co się...
Nie dokończył. Warknięcie skutecznie „zamknęło mu usta”.
„Nie bronię cię?”
Nie to...
„Co takiego strasznego...”
… miałem...
„Ale skoro tak...”
… nie. Nie. Nie.
Nie tak to się miało wszystko skończyć. Shirōyate był jednak za wolny, aby uciec, choć wyrwał się już do przodu. Metalowy talerz uderzył wpierw w jego stopę, a potem upadł na podłogę, roznosząc na niej szczątki jedzenia, jakiego nie zdążył przegryźć młodzieniec. Nie chciał wstawać. Nie chciał nawet stąd wychodzić, co wydawało się wręcz idiotyczne. Ale czuł wściekłość mężczyzny. Wiedział, że przeholował. Zostaw! – wysłał mu głośniejszy sygnał, czując tylko, jak ciało szarpnięciem posyłane jest naprzód. Oczywiście. To na nic. Chłopiec syknął niemo, zaciskając zęby i przemykając mimochodem wzrokiem po skaleczonym przez pazury ramieniu, wokół którego zaciskała się teraz ręka wymordowanego. To nie był zwykły uścisk. To było jak żelazne szczypce, jak prawdziwa pułapka na niedźwiedzie. Chwycił go za nadgarstek, próbował odciągnąć od siebie jego dłoń, rozsunąć jakoś palce czarnowłosego, ale te nadal wgryzały się w wątłą rękę. Nic nie dawało, gdy przystawał, bo siłą znów zmuszany był do wznowienia wędrówki, jeśli nie chciał się przewrócić. A nogi co rusz mu się plątały. Przy jednym z zakrętów nie wyrobił i aż do samego końca czuł ostry ból w biodrze, którym uderzył o kanciasty brzeg ściany. Nic nie dawały słowne protesty, buntownicze odruchy. Pod ostrzałami cudzych spojrzeń czuł się jeszcze gorzej.
Patrzyli na niego, bo wiedzieli, że idzie na śmierć?
Gardło Hirokiego ścisnęła niewidzialna, szorstka pętla żalu. Oczywiście, że wzywanie pomocy nic mu nie da. To Jinx był tutaj szefem... a kto w Desperacji chciałby przeciwstawiać się szefowi? Była jeszcze inna opcja. Opcja z proszeniem, z błaganiem o litość. Z klęczeniem przed nim, z pokazywaniem skruchy, z obnażaniem się, jak na prawdziwego psa przystało... ale tego wariantu jasnowłosy nie brał pod uwagę. Nie wyobrażał sobie, by w ostatnich chwilach miał wyglądać tak żałośnie. Jeśli mnie zabije... Raz jeszcze chwycił go za palce, chcąc poluzować uścisk. Nie będę go o nic błagał, nie będę... Poczuł nagle, jak ostre, małe igły przemykają mu po ramieniu. Nawet przestał tak napierać na rękę levelu E. Bark zrobił się przerażająco lekki, a Hiroki – wciąż potykając się na prostej drodze – obejrzał się za siebie. Na środku holu właśnie podnosiła się...
Poczekaj! Zgubiłem Raphael! Ja...
„Otwierać”.
Drzwi rozsunęły się, a w Hirokiego buchnął okropny swąd. Sparaliżowany smrodem nawet nie zorientował się, że przestał się wyrywać. Dopiero, gdy czarnowłosy pchnął go do środka, coś ponownie zaczęło w nim wrzeszczeć. Nie zwracał już uwagi na ból i tak rannego ramienia. Ani na to, że nabił sobie kolejne siniaki. Ba. Nie zwracał uwagi na to, że zgubił kromstaka. Jego oczy zrobiły się wielkie, gdy ujrzał dogasające życia, tyle krwi, tyle brudu, grzechów. Wpatrywał się z rosnącym przerażeniem w jęczących mężczyzn.
Mężczyzn.
Mężczyźni zawsze byli silni, tak? Musieli być. Bronili kobiety. I dzieci. Jak wojskowi. Dlaczego ci tutaj byli zupełną odwrotnością?
Nie chciał na to patrzeć. Odwrócił głowę, ale w tym samym czasie nogi pokracznie zrobiły parę wymuszonych kroków. Hiroki wyprostował się, ale nim zdążył wykonać kolejny ruch, nakierowano jego twarz na pokrojone ciało. Nie... – wychrypiał słabo, czując, jak łzy zbierają mu się pod powiekami. To chce z nim zrobić?
„Przypatrz się dobrze, Shiro”.
NIE CHCĘ – odpowiedział z równą mocą, zamykając oczy, na sekundę odcinając się od brutalnego świata.
Strach uleciał. Wybiła go rosnąca w potęgę panika. Hiroki zaczął się lekko trząść, ale w końcu znowu otworzył oczy. „Przypatrz!” Nie umiał odmówić. Patrzył zaszklonym spojrzeniem prosto w rozchylone w jęku usta ofiary. W czaszce mu dudniło, ale nawet tak słabe dźwięki docierały do wrażliwych uszu wymordowanego.
Jinx miał rację.
Był potworem.
To było c h o r e.
Niedorzeczne.
Zrobiło mu się niedobrze. I słabo. Jeszcze słabiej, gdy zabrzmiało srogie „chodź tu”. Nawet nie dostrzegł, że handlarz chwyta za nóż. Był zbyt zajęty wpatrywaniem się w makabryczne ciało mężczyzny. Gdy Jinx puścił jego ramię, a chwycił ponownie za twarz, mógł już poczuć pod palcami ciepłe krople. Jak on mógł..? JAK MÓGŁ TO ROBIĆ Z TYM WYRAZEM TWARZY?! Młodzieniec zadrżał, odzyskując władzę nad ciałem. Jeśli ktoś wiele godzin czy dni później zapytałby go, czy płakał, odpowiedziałby, że nie wie, choć teraz cały drżał, od niemego łkania. Tylko ściągnięte nad zamglonymi oczami brwi sugerowały, że jeszcze się nie poddał.
Nie opierał się.
Niech robi co chce.
Przyciągnięty, spojrzał mu prosto w oczy. Skulił się, gdy krew zbryzgała mu twarz. Znów żołądek się zbuntował. Musiał... odepchnął go na moment, odwracając się do niego tyłem, zginając w pół. Zwymiotował. Raz. Drugi. Trzeci. Aż w końcu znów był w pełni pusty. Nie zdążył jednak na nic więcej. Podniósł trzęsącą się rękę do ust... i znów był gdzieś ciągnięty...
Zaczął ścierać rękawem mokre policzki i pociągać nosem. Najwidoczniej bez skutku, bo łzy nadal jedna za drugą przebiegały po jego bladych policzkach. Znów ludzie. Znów pełno ludzi. Znów się patrzyli, oceniali, krytykowali. A on nadal nie mógł nic zrobić. Teraz już nawet nie próbował. Szedł za nim, potykając się o własne nogi, rozdygotany i rozstrojony.
Gdy buchnął w niego chłód, na ułamek sekundy poczuł się wolny. Tego chciał. Chciał wyjść. Chciał uciec, zerwać obrożę, na którą się nie zgadzał. Krok. Jeden. Drugi. Pchnięty do przodu, zdążył tylko lekko przekręcić się na bok i runął w zaspę. Usta rozwarły się, sygnalizując szok. Lodowato. Wykaszlał biały puch.
„Proszę”.
Nie czuł już rąk. Ani nie ufał nogom. Dygotały tak mocno, że doskonale wiedział, jak skończy się jego próba pobiegnięcia w zamieć. Ledwo podniósł się na łokciu, odsuwając nadmiar śniegu, a  co dopiero, gdyby miał zamiar uciec, choć bardzo go kusiło. Płatki chlastały jego policzek, cisnęły się do załzawionych oczu, ale i tak spróbował przezwyciężyć te niedogodności. Spojrzał na Jinxa, łudząc się, że to koniec i... coś w nim pękło.
„Droga wolna!”
… te oczy.
Słyszał gdzieś w oddali, przebijający się przez świst wiatru wycie psa, które zwiastowało tylko jedno – śmierć. Coś umarło. W ich dwójce. Obaj stracili to, co wydawało im się stabilne albo cenne. Hiroki pokręcił głową, jakby chciał temu zaprzeczyć, warknął niemo i podniósł się na nogi. Nieważne, że te zdawały się być, jak z miękkiej waty. Cofnął się o parę kroków, potknął, aż w końcu, gdy uznał, że znajduje się wystarczająco daleko... odwrócił się tyłem do wymordowanego i rzucił biegiem przed siebie, prosto w białą ścianę.
Metr. Dwa.
Tak, wreszcie był wolny. Wreszcie! Pierwszy raz poczuł, jak niewidzialna siła ciśnie mu w usta śmiech. Śmiech, który powinien być pełen pozytywów, ulgi, słodyczy. Właśnie. Powinien. Zamiast tego na wargach poczuł gorzki, przykry, wcale nie wesoły chichot, pełen panicznej wręcz, wymuszonej radości. Zdusił go w sobie.
Trzy. Cztery metry.
Zwolnił, nabierając powietrza. Płuca paliły go od płytkich wdechów. Był spanikowany, a chłód wcale nie ugasił palącego go od wewnątrz płomienia. Nadal się bał.
Pięć...
Nogi zaczęły zwalniać coraz bardziej, aż w końcu zatrzymały się. Dyszał paskudnie, ściskając bluzę na wysokości serca. To niedorzeczne. Idiotyczne. Nie. To s a m o b ó j s  t w o . Uniósł wolną dłoń i spojrzał na nią.
„To jest dowód, że żyję”.
Przełknął ślinę.
„Szefie, co robisz?”
Hiroki wsunął palce we włosy. Cały drżał, bynajmniej wcale nie z zimna.
„A na co ci to wygląda?”
Pokręcił głową, czując uporczywe pulsowanie. Serce tłukło mu się jak oszalałe, rozdzierane między rozsądkiem, a czymś, czego do końca nie rozumiał.
„Zabieram go”.
Cholera, jak psa.
Jak gówniane zwierzę.
„Bo widzisz... moje życie jest kurewsko nudne”.
Kąciki ust drgnęły.
„Płakałeś”.
Muszę biec w bezpieczne miejsce. Te słowa odbiły się echem tak, jakby wypowiedział je na głos. Zacisnął dłonie w pięści i znów zmusił nogi do ruchu, choć przez zmęczenie i lęk, nadal dotykający go lepkimi paluchami, w pewnym momencie stracił równowagę. Noga potknęła się o fałdę śniegu, a on runął jak długi, twarzą prosto w białym puchu, rozbryzgując go dookoła. Ostry ziąb wdarł się pod ubranie, śnieg rozpuścił przez kontakt z ciepłym jeszcze ciałem, znów mocząc materiał.
Czujesz ciążącą ci w kieszeni czekoladę?
Łzy zakuły go w kąciki oczu, gdy próbował się podnieść.
Bezczelne zimno. I wiatr. I niemoc. I coś tak cholernie ciążyło mu w gardle.
„Jesteś niemową?”
Parę słonych kropel spadło na ziemię, nim Hiroki poderwał się siłą do pionu.
Jinx...
„Hahahaha, no nie wytrzymam... ty serio myślałeś, że ja?...”
Parsknął pod nosem. To tylko głupie pięć metrów. Skostniałe stopy przygniotły kolejną porcję centymetrowej bieli.
„Weź ten nóż i kiedy...”
Jest.
Jeszcze był. Może już szedł w stronę wejścia. Może już na niego nie patrzył. Shirōyate nie zwrócił na to uwagi. Dopadł do wymordowanego, oplatając go wątłymi, lodowatymi już ramionami. Nie czuł palców, ale na pewno zacisnął je na jego ubraniu. Musiał. W końcu chciał go zatrzymać. Twarz od razu schował w materiale jego koszulki, choć uścisk, jakim go uraczył, był beznadziejnie słaby.
Wcale nie jesteś zły! – Głośniejsza nuta, pierwszy raz ozdobiona pokaźną chrypą, wgryzła się w umysł starszego wymordowanego, jak sztylet. Hiroki nieporadnie starał się objąć go mocniej, licząc się z tym, że mógł zostać odepchnięty. To nie tak, że nagle zapomniał o tym, co zobaczył. Żadna woda nie zmyje czerwieni z twarzy tego dzieciaka, bo to wspomnienie zakotwiczyło się w nim wystarczająco głęboko, aby niejednokrotnie budził się w nocy z ciężkim oddechem.
„Przypatrz się dobrze, Shiro”.
Miałeś rację. Posiadasz cholerne prawo do bycia brutalnym. Ramiona puściły. Nie miał siły, żeby go obejmować... choć nie to było głównym argumentem, przez który się odsunął. Powoli, wręcz niechętnie cofnął się na dwa czy trzy kroki przytykając mokry rękaw do oczu, chcąc zetrzeć łzy. Dość mazania się. Czas spojrzeć mu w oczy.
„Przypatrz”.
Podniósł wzrok.
Jeśli kiedyś, w innym świecie... dane mi będzie raz jeszcze się odrodzić... chciałbym cię spotkać kolejny raz. Jestem pewien... Wyprostował ramiona. Chciał stać dumnie, choć żałośnie dygotał, powoli poddając się chłodnym ramionom zimy. Że nie zapomnę twarzy osoby, która była moją ostatnią nadzieją.
Rozchylił usta, jak ktoś, kto chce coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował. Zamknął je na powrót, spuszczając wzrok i przesunął stopę do tyłu, by zacząć się wycofywać.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Czy był bestią?
Owszem.
Czy kiedy się denerwował, wszystko dookoła przestawało się liczyć?
Tak.
Czy potrafił się pohamować i powstrzymać?
Rzadko.
Czy dobiegały do niego bodźce dookoła niego?
Niestety… ale tak.
Czuł, jak dzieciak się wyrywa i usilnie próbuje zawalczyć o wolność, oczywiście, z marnym skutkiem. Słyszał jego płacz, czuł odór jego strachu. To wszystko wyłapywało, było wręcz namacalne. Zdawało się, że wystarczy, iż wysunie jedynie koniuszek języka i od razu zasmakuje przerażenie bijąc od tego małego ciała. Ale nie zatrzymywał się i nie zamierzał przestać. Chciał… nie, musiał dać mu nauczkę. I przede wszystkim drogocenną lekcję. Żeby raz na zawsze zapamiętał, jakim potworem był Sheba. I że to, co do tej pory, było tak naprawdę jego dobrą stroną, choć mogła być zupełnie na odwrót interpretowana przez dzieciaka.
W dupie byłeś, gówno widziałeś.
Aż cisnęło się na usta. Kiedy człowiek jest zdenerwowany, nie panuje nad tym co mówi czy też robi. Emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Chociaż w tym przypadku Sheba i tak dobrze się trzymał. I choć w trakcie swojego „pokazu” nie myślał o konsekwencjach swojego postępowania, tak później, widząc znikającą sylwetkę chłopaka w zamieci, poczuł się okropnie. Nie, to nie do koca były wyrzuty sumienia. Wyzbył się już setki lat temu, nim na stałe osiedlił się poza bezpiecznymi murami miasta. Jednakże coś w nim pękło. Coś wyżerało mu dziurę od środka, tocząc jad w jego krwi. Nieprzyjemny skurcz w żołądku głośno komunikował o stanie, w jakim aktualnie się znajdował.
Beznadziejnym.
Nie miał siły zatrzymać dzieciaka. Nie miał nawet najmniejszego prawa w tym momencie. Shiro podjął decyzję, a Sheba musiał ją uszanować, choć wiedział, że jutro rano przechadzając się tą ulicą zapewne natknie się na zwłoki dzieciaka. I choć z jednej strony żałował, że to mu pokazał, bo zrobił to w brutalny sposób, wrzucając jasnowłosego na głęboką wodę, tak poniekąd cieszył się, że wyszło to tak „szybko”. Przynajmniej Shiro wiedział już, jakim był człowiekiem ciemnowłosy. Już się przekonał.
Mężczyzna odbił się po chwili od ściany, czując, jak mróz oplata go swoimi lodowatymi ramionami, i skierował kroki w stronę padającego snopa światła z zewnątrz budynku. Całe jego ciało drżało, lecz Sheba nie był do końca przekonany czego jest wynikiem. Zimna, złości czy może czegoś innego. I w tym momencie  nie było mu dane poznać przyczyny.
„No dalej, czemu nie pobiegniesz za nim? Dzieciak zdechnie”
To zdechnie. Wybrał drogę.
„Naprawdę mu na to pozwolisz?”
Zagryzł dolną wargę. Niech go szlag trafi. Ale nie zatrzymał się. Wsunął skostniałe dłonie w kieszenie spodni i przyspieszył, uciszając złośliwy głosik w jego głowie. Zapomni jego twarz. Może nie jutro, nie za parę dni. Ale koniec końców zapomni o nim, a wtedy…
Poczuł, jak coś przylega do niego od tyłu. Jak drżące palce zaciskają się na jego koszulce, jak coś go zatrzymuje.
Przystanął, wpatrując się przed siebie z wymalowanym zaskoczeniem na twarzy, jednakże to bardzo szybko zostało wyparte przez obojętność. Odwrócił się nieco, spoglądając z góry na jasną czuprynę, która na tle ciemności dookoła panującej wyraźnie się zarysowała. Stał w milczeniu, ale nie odepchnął go, choć dłoni wysunęły się z kieszeni. I jedna powoli unosiła się w jego stronę, lecz w ostatniej chwili, nim opuszki zdążyły przesunąć się po jego włosa, opadła wzdłuż ciała w bezruchu.
„Po co wróciłeś?”
” Wcale nie jesteś zły!”
Jestem. I wróciłeś tutaj tylko po to, żeby mi to powiedzieć…?
Nie wiedział, nie rozumiał, czemu wrócił, ale spoglądając na niego, na jego zapłakaną i zasmarkaną twarz, choć próbującą spoglądać dumnie, całego dygoczącego z zimna, strachu i emocji…. Czuł, że coś się w nim kroi. Coś ściska go od środka i brutalnie targa, próbując wyrwać na zewnątrz.
” Jeśli kiedyś, w innym świecie... dane mi będzie raz jeszcze się odrodzić...
Ale ty już się nie odrodzisz… Jak teraz pójdziesz w ciemność, to już z niej nie wrócisz. Ty już się odrodziłeś. Nie możesz…
nie zapomnę twarzy osoby, która była moją ostatnią nadzieją.
Nie wytrzymał. Widząc, jak chłopak się wycofuje, wyciągnął swoje ręce w jego stronę, i nachyliwszy się przygarnął go do siebie, wtulając to małe, rozdygotane ciałko w siebie, jakby chciał ukryć go pomiędzy swoimi ramionami przed całym światem.
- Gdzie idziesz? I to w samych skarpetkach… – zpytał go cichym i dygoczącym z zimna głosem.
Trzymał go tak chwilę, jakby jego ręce przymarzły i już nie chciały wypuścić go ze swoich objęć. I co prawda w rzeczywistości trwało to zaledwie parę sekund, zdawało się, że minęła cała wieczność, nim wreszcie wypuścił jego drobne ciało. Spojrzał na zapłakaną i czerwoną od mrozu twarz, a następnie sięgnął po skrawek swojego t-shirta i zaczął wycierać jego policzki oraz nos.
- Zresztą, mówiłeś chyba też, że zgubiłeś swojego kromstaka, prawda? Nie chcesz go znaleźć? – zapytał, starając się uśmiechnąć, chociaż czuł, że jego cała twarz zamarzła. Jednak jego ton był już łagodny i spokojny, chociaż drżący od zimna i szczękania zębami.
- Przepraszam Shiro, ale znowu cię dotknę. – I nim chłopak mógł coś dodać, ponownie się nasilił, wsuwając jedną rękę po jego tyłek, a drugą obejmując go w pasie, po czym bez problem go podniósł.
- Obejmij mnie. – polecił krótko, I od razu ruszył w stronę wejścia do burdelu.
Kiedy tylko znaleźli się w korytarzu, choć nieogrzewanym, to i tak Sheba odczuł ulgę, kiedy mroźny wiatr przestał smagać jego twarz. Powinien postawić już chłopaka, lecz zamiast tego, wciąż przyciskając go do siebie mocno, że Shiro mógł słyszeć nienaturalnie szybkie bicie serca mężczyzny, starał się ukryć go przed nachalnymi spojrzeniami ludzi dookoła. Przemierzał korytarz bardzo szybkim krokiem, ignorując wszystko i wszystkich dookoła. Nawet warknął na kogoś, kiedy do jego uszu dobiegł stłumiony szept. Jasne, zdawał sobie sprawę jak to wyglądało z zewnątrz, dla kogoś niewtajemniczonego. Jeszcze parę chwil ciągnął za sobą zapłakanego i szarpiącego się dzieciaka, samemu emanując kurwicą na kilometr, a teraz, przemoczony i zziębnięty niósł tę samą osobę, trzymając blisko siebie. Ale szczerze? Miał to wszystko w dupie.
- Jinx…? – kobiecy głos stanął mu na drodze. Mężczyzna spojrzał w brązowe, wystraszone oczy kobiety, lecz nie dając dojść jej do słowa, rzucił, nie zatrzymując się i tylko wymijając ją.
- Zagrzejcie wodę i ją przynieście. Oraz koce. – polecił, i raptownie się zatrzymał.
- Lidka. Przynieś też herbatę. – dodał po chwili zastanowienia i ponownie ruszył, by już po paru krokach wreszcie znaleźć się w pokoju. Zamknął drzwi uderzając w nie swoim szczupłym biodrem i podszedł do kanapy, na której posadził Shiro.
Odsunął się od niego, w końcu go puszczając, a sam wyminął kanapę i podszedł do jednej z szafek, którą gwałtownie odsunął. Zaczął w niej coś grzebać i przeszukiwać. W końcu na łóżku obok pojawiła się mała kupka ciuchów. Wyprostował się i ściągnął z siebie przemoczony podkoszulek, ciskając nim gdzieś w kąt, a następnie zgarnął ubrania i ruszył w stronę chłopaka. W ostatnim momencie zatrzymał się i zawrócił, by ściągnąć z łóżka zmiętolony koc z dziurami. Ale zawsze coś.
Przykucnął przed chłopakiem i nie przejmując się tym, że sam był mokry i przemarznięty, sięgnął do stopy chłopaka i ściągnął z niej mokrą skarpetkę, która opadła z głośnym plasknięciem obok. Po chwili dołączyła do niej druga. Wytarł jego stopy jakimś starym materiałem i wsunął na drżące i skostniałe stopy chłopaka dwie pary skarpetek, swoich (czystych, lel >:c), w miarę ciepłych.
- Ogrzejesz się I pójdziemy go szukać. Jak mu było? Raphael? – zagadnął cicho, wyciągając w jego stronę ręce. Wsunął palce pod bluzkę Shiro i uniósł nieco, odsłaniając brzuch, lecz wtem zamarł. Szybko zabrał ręce i przycisnął do siebie.
- Zaraz Lidka przyjdzie i pomoże Ci w przebieraniu. – mruknął odwracając wzrok i się podnosząc, kierując w stronę kominka, który dogasał, zamierzając rozpalić ogień na nowo.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Szczękał zębami, nawet mimo celowego zaciskania ich  i robił to naprawdę głośno. Zima w tym roku była wyjątkowo niełaskawa. Dmuchała mu lodowatym oddechem prosto w kark, paraliżowała kończyny, wkradała się dłońmi pod ubranie, dotykając napiętych mięśni brzucha i pleców. Ciągłe dreszcze spływały mu wzdłuż kręgosłupa raz po raz, gdy się poruszał. A teraz chciał znów uciec. Sztywne nogi poruszyły się, wzrok zsunął z twarzy Jinxa, usta zacisnęły lekko.
Pora iść.
Wiatr chuchnął potężniej, posyłając jeszcze większą ilość płatków, a gdy te – nadal wirując jak oszalałe – znów się przerzedziły, martwe oczy młodego wymordowanego otwierały się w jawnym szoku.
„Gdzie idziesz?”
Ja...
„I to w samych skarpetkach”.
Ramiona drgnęły, gdy parsknął pod nosem. Sam nie wierzył, że wrócił do tego małostkowego... typa, choć podświadomie czuł, że będzie tego srogo żałował. Zresztą, już teraz, przytulony do jego torsu, czuł się wyjątkowo źle. Szczególnie wtedy, gdy czarnowłosy wypuścił go w końcu z objęć, a on poczuł, jak stoi na nogach tylko dzięki jakiejś nieznanej sile – nogi nie należały już do niego. W ogóle ich nie czuł. Pociągnął żałośnie nosem, gdy Jinx ocierał jego twarz.
„Nie chcesz go znaleźć?”
Pomyślałem, że u was jest cieplej i...
Chciał dodać coś jeszcze, ale przez „Przepraszam Shiro” jakoś na moment wypadło mu z głowy, co to w ogóle było. Spojrzał na niego z jakimś brakiem zrozumienia, a potem rozwarł usta w niesłyszalnym mruknięciu. Jinx nie musiał mu niczego tłumaczyć. Ręce Hirokiego same opadły na jego ramiona, by zaraz opleść się wokół szyi wymordowanego.
W każdej innej sytuacji czułby się źle. Jasne, że był dzieciakiem, ale traktowanie go jak małolata denerwowało same w sobie. Tym razem było mu wszystko jedno. Schował jednak twarz w ramieniu wymordowanego, dotykając zimnym nosem jego szyi. Na dworze chłód wywołał w nim obojętność. Teraz, pod ostrzałem spojrzeń i podszeptywań, powoli docierało do niego, jak to musiało wyglądać. Jeszcze przed momentem wyrywał się, zapierał... ba, ryczał jak ostatnia łamaga, a teraz wczepia się i wtula w ich – ICH – przywódcę. W kogoś, kogo szanowali i komu byli w pełni podporządkowani. Kogoś, kto zapewne nie robił wyjątków. W końcu był znudzony. Miał być silny.
Jinx będzie miał kłopoty, przemknęło przez myśl chłopca, gdy usłyszał przy uchu warknięcie posłane jakiemuś szmerowi, który po tym od razu ucichł. To było takie dziwne. Objął go mocniej, cały drżąc i szczękając zębami. Nie chodziło nawet o to, że do niego wrócił. Chodziło raczej o fakt, że miał do czego wracać. Ile go znał? Ile z nim rozmawiał? Godzinę? Ponad? Przez zakichaną godzinę był w stanie dobrowolnie wrócić do kogoś, kto wcześniej uznawał go za własność? Który wszystkich w tym budynku sprowadził do roli wiernych, posłusznych psów?
„Jinx?”
Przekrzywił głowę w drugą stronę, by Lidka nie widziała jego twarzy. To, o czym teraz pomyślał, było nawet głupsze od samego zdawania sobie sprawy, w jak krótkim czasie potrafił przezwyciężyć niektóre swoje bariery. Nie chciał, żeby Lidka przychodziła. Żeby w ogóle tutaj była. Na ten jeden moment wszyscy mogliby zniknąć, zostawiając ich samych. W końcu mieli sobie coś do wytłumaczenia, nawet jeśli żadne słowa nie będą w stanie tego wyjaśnić.
Niechętnie poluzował uścisk i opadł na kanapę. Cały był sztywny, rozdygotany i lodowaty. Nie był znawcą i nigdy nie przejmował się zimą, ale teraz przeszedł dużo, wybiegając w ciemny chłód w tak cienkich ubraniach. W dodatku rozgorączkowany. Przeholował - tego był pewien.
Nie patrzył na czarnowłosego, zawieszając tępe spojrzenie prosto na dogasającym kominku, jakby oczekiwał, że od samego patrzenia ogień zapłonie na nowo. Ocknął się dopiero, gdy poczuł na ramionach ciężar. Niemalże automatycznie przygarnął do siebie koc i opatulił szczelniej, kradnąc dla siebie jak najwięcej ciepła. Że też było tu wszędzie tak cholernie zimno. Skulił się, wtulając policzki w fałdy pomarszczonego na jego ramionach koca i zerknął wreszcie na Jinxa. Szczęka nadal drżała, zęby wciąż o siebie uderzały bez opamiętania, ale oczy były już w pełni suche. Nie miał już siły się rozklejać, nie wspominając o gwarantowanym odwodnieniu organizmu.
Cokolwiek by mu jednak mówiono, przepowiadano i wróżono... nigdy nie pomyślałby, że dojdzie do sytuacji takiej jak ta. Zacisnął usta, chcąc opanować ich drżenie i w skupieniu, z rosnącym, choć niewidocznym na jego twarzy, zaskoczeniem lustrował ruchy właściciela burdelu. To, jak przed nim kuca, jak pozbywa się mokrych, ciężkich od wody skarpet, jak...
Stopy Hirokiego drgnęły, gdy przysunął je ciut bliżej łóżka.
Nie powinie--
Nie zdążył.
Kichnął, przykładając brzeg koca, pod którą kryła się ręką, do nosa.
„Ogrzejesz się...”
Pociągnął nosem.
„... i pójdziemy go szukać”.
Kogo?
„Jak mu było?”
Shirōyate chciał już mu przerwać, gdy nagle usłyszał to imię.
„Raphael?”
Raphael to dziewczynka, wtrącił mimowolnie, czując rosnącą w brzuchu pustkę. Gdzie była? Co się z nią stało? Miał durne wrażenie, że ktoś ją zdeptał. Tyle par nóg się tu przemieszczało, tyle nieostrożnych sylwetek. Jaki mieliby interes, by podnieść z ziemi miniaturowego kromstaka? Trzeba prędko... Znów urwał. Wiedział, że różne jego reakcje były do siebie wiecznie niepodobne, bo w jednej chwili był w stanie zawrócić, by ostatni raz usłyszeć jego głos, a w drugiej miał ochotę go uderzyć. Jak teraz.
Ponowny dotyk.
Okropieństwo.
Pamiętasz?
To paskudne, że cię dotyka.
Hiroki zesztywniał, czując, jak koszulka podsuwa mu się nieco ku górze. Był jednak przekonany, że Jinx mu ją zdejmie, zaraz z beznamiętnym wyrazem twarzy biorąc się za resztę ubrań, które były mokre.
Znajdzie czekoladę...
To pierwsza myśl, jaka przemknęła przez umysł młodego Smoka. Dopiero w drugiej kolejności zaczęło dobijać się do niego jeszcze coś.
„Najlepiej będzie jak odejdziesz, a jeszcze lepiej jak sam się zabijesz, szczurze.”
Cedzony przez zęby ton głosu nieznajomego wybił się ponad pustkę w głowie Shirōyate. Puścił koc z jednej strony i nerwowo chwycił za brzeg bluzy, ale nim cokolwiek zdążyłby zrobić... Jinx nagle się odsunął. Materiał w mgnieniu oka przysłonił posiniaczony brzuch, gdy zażenowany chłopiec wsunął go ponownie na ciało.
„I jeszcze jedno, jak piśniesz słowo Jinxowi...”
Odwrócił wzrok. Oczywiście, że nie powie. Było mnóstwo wymówek, jakie mógł zaserwować czarnowłosemu, a które brzmiałyby wiarygodnie. Przecież sam mówił, że to Desperacja. Sam dopytywał się o to cholerne bicie. Jaki to problem, by wymyślić fajną historyjkę na poczekaniu? Dla kłamcy? Żaden.
„Zaraz Lidka przyjdzie...”
Chwila. Co?...
„...i pomoże Ci w przebieraniu”.
Znów głupia myśl ścisnęła mu gardło.
Nie, rzucił trochę zbyt ostro, jak na siebie. Zaraz zamilkł, jakby znów nie wiedział, czy cokolwiek może powiedzieć. Jinxa łatwo było zdenerwować. Instynktownie Hiroki o tym wiedział od początku... ale doświadczenie wołało, by był jeszcze ostrożniejszy. Przecież nie chciał wrócić do sali tortur. Do tych wszystkich nieżywych dawno, choć wciąż ruszających się ciał. Do tego smrodu, krwi... ani do oczu Jinxa, do widoku jego obojętnej miny, gdy rozpruwał brzuch i...
... zrobię to sam. Dam radę. Nie mogłaby poszukać Raphael?
Nie powinien się ruszać z miejsca, gdy nadal nie czuł nóg, ale przesunął się na sam brzeg kanapy i powoli podniósł z siedzenia. Cały pokój mu podrygiwał w takt bicia serca. Poczuł natychmiast pulsowanie w skroniach, ale zignorował te natrętne igły i ciągnąc za sobą koc poczłapał nieudolnie ku Jinxowi. Dwa kroki przed nim rozpostarł ramię, prezentując się jak słabej jakości przebieraniec Batmana, po czym wysunął jeden kraniec w stronę wymordowanego.
Masz. Okryj się. Tobie też jest zimno, a to moja wina, że wyszedłeś na dwór...
Zacisnął palce na drugim końcu, zerkając na niego z dołu.
Dlaczego tak bardzo przeszkadzało mu, że Jinx gwałtownie się od niego odsunął?
Ja...
„Nikt cię tutaj nie chce.”
Ten niesłabnący głos...
„Nikomu nie jesteś potrzebny”.
...mógłbym dziś...?
Puk. Puk. Puk.
Zaskoczony odsunął się od Jinxa, przygarniając do siebie koc. Odskoczył od niego, jak poparzony, na ten ułamek sekundy zapominając, jak się mówi. Okropne uczucie. Przyciągało wspomnienia.
Spław ją! Nie chcę jej tutaj! - to już nie brzmiało jak prośba, choć daleko było temu do rozkazu. Hiroki obejrzał się panicznie na drzwi,a jakiś mięsień na jego twarzy drgnął, gdy zacisnął szczęki.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Starsi mieszkańcy burdelu znali Jinxa na tyle, by wiedzieć , żeby nie kwestionować podejmowanych przez niego decyzji. Nie ma co ukrywać, że wiele z nich było czasami absurdalnych i brak i było jakiejkolwiek logiki. Ale zdążyli do tego przywyknąć i akceptować jego odchyły… Tak, oczywiście. Jakby mieli kiedykolwiek jakiś inny wybór. I chociaż niejednokrotnie mężczyzna słuchał opinii innych, tak w dniach, kiedy nie miał humoru miał ich zdanie głęboko w dupie i robił to, co chciał. Bo mógł. Bo mógł sobie na to pozwolić. A jak komuś nie pasowało – droga wolna. Zawsze mógł odejść. Z tym, że takie osoby praktycznie nigdy nie miały gdzie odejść, więc zostawały, zamykały dzioby i grzecznie słuchały. A Sheba praktycznie nigdy nie przywiązywał się do ludzi. Nie potrafił. Owszem, kiedy ktoś znajomy i lubiany przez niego umierał, albo odchodził, smucił się. Nie był w końcu całkowicie wyzbytą z emocji kukłą, ale prędzej czy później zapominał o nich. Jego świadomość wypierała twarze innych istot z jego głowy, napełniając je innymi, nowymi. Znajdował sobie zastępstwa i substytuty dawnych znajomych. I tak było od zawsze, jeszcze za czasów kiedy był szczeniakiem kroczącym dumnie po ziemi niesplugawionej taką ilością wirusa.
Być może wynikało to w głównej mierze w brak jego wiary w głębsze uczucia oraz emocje. Bo sam nigdy tego nie zaznał, nawet od matki, przez co w pewien sposób był wybrakowany. Niepełny, skrzywiony, pęknięty, niczym miska, do której nalana woda chociaż przez pewien czas będzie widoczna, tak po pewnym czasie, powoli, ucieknie przez ów szparę. Tak właśnie było i  z nim.  
Jednakże nie potrafił zrozumieć, czemu tak bardzo dba, naraża się i poniekąd zależy mu na dobru tego chłopaka. Był obcy. Nie znał go, nic o sobie nie wiedzieli. Owszem, Sheba go podniósł z ziemi i się nim zajął, ale dlaczego w momencie, kiedy niósł go ze sobą do pokoju, a Shiro przylgnął do niego swoim roztrzęsionym ciałem, sprawiając wrażenie czegoś na wzór ufności, to w środku mężczyzna poczuł przyjemne, rozpływające się ciepło zadowolenia i radości? To było absurdalne.
Musisz brać odpowiedzialność za to, co oswoiłeś.
Ale ja go nie oswoiłem.
Czyżby?
Jeszcze.
Nie znał powodu i przyczyny, czemu tak bardzo zależało mu w tym momencie na zapewnieniu chłopaka ciepła i bezpieczeństwa, ale złapał się na tym, że wcale a wcale mu to nie przeszkadza. Bo od kiedy młody zjawił się w jego życiu, stanął na jego drodze, to od tego momentu cały czas coś się działo. Coś nowego, zaskakującego, burząc nudne życie bruneta jak domek z kart za pomocą zwykłego dmuchnięcia. I o to mu przecie chodziło. O odmianę. I Shiro, chcąc czy nie, chyba zaczynał mu to naprawdę dawać, a zaangażowanie Sheby w opiekę nad nim wynikało z nieświadomej chęci odwdzięczenia się za to.
 - Dziewczynka? – uniósł brwi w niemym pytaniu, ale nie wnikał głębiej. Każdy nazywał swoich towarzyszy tak, jak chciał, z różnych pobudek. Nazywał tak, jak czuł.
- Też miałem kiedyś zwierzę. Psa. Nazywał się Chaber. – mruknął pod nosem z nikłym uśmiechem na wspomnienie czarnej kulki, mieszańca, strachliwego psa, acz lojalnego, który dreptał niemal wszędzie za wtedy sześcioletnim Shebą. Przyjemne wspomnienie, acz jednocześnie smutne, o którym nie chciał pamiętać.
’Nie’
Przecież już zabrałem ręce.
Spodziewał się takiej, bądź podobnej reakcji. Shiro już niejednokrotnie powtarzał, że nie chce być przez niego dotykany. I choć Sheba mimo wszystko nie zamierzał sztywno trzymać się tej prośby, to nie chciał przekraczać niektórych granic. A taką była rozebranie chłopaka. Nawet, jeśli u jej podnóży leżało jego dobro, zero podtekstów i zwykłe przebranie go w suche rzeczy.
Skinął niemo głową. Skoro stwierdził, że sam poradzi, Sheba nie miał podstaw, żeby w to wątpić. Chociaż patrzenie na to przywodziło pewne obawy. Jednakże wolał skupić się na grzebaniu w kominku, podsycając bardziej ogień i dorzucając parę bloczków drewna. Wnet powinno zrobić się tutaj cieplej, a i oni szybciej się ogrzeją. Kiedy podniósł się z kucek, Shiro już stał przy nim. Zerknąwszy na niego, już uchylał usta, by zapytać się, co się dzieje, lecz wtem młody zrobił coś, co mężczyznę kompletnie wybiło z rytmu.
Shiro wyglądał tak, jakby chciał, by mężczyzna opatulił się i kocem i jednocześnie jego. Nie no, jasne. Słyszał, że najlepszym przewodnikiem ciepła jest ludzkie ciało. Ponoć wielu w górach, pozostawionych na chłodnej, bezkresnej powierzchni rozbierało się i leżało wtulonych, w ten sposób wzajemnie ogrzewających się, ale nie przypuszczałby, żeby podobna inicjatywa wyszła od jasnowłosego. Nie od niego w stosunku do Sheby. Brwi nieco ściągnęły się w niezrozumieniu, kiedy z ust małego padały kolejne, dość niepewne słowa.
”…mógłbym dziś…?”
Mógłbyś co?
Warknął niemo na pukanie, wbijając spojrzenie w drzwi. Cholerne wyczucie czasu. Naprawdę chciał poznać dalszą część pytania, jednakże coś innego przykuło jego myśli. Mianowicie reakcja chłopaka. Jakby bał się… Nie no, dobra. Wiadomo, że się bał, ale Sheba myślał, że w miarę przywykł do niego i jego otoczenia, w tym Lidki, która przecież nie była złym człowiekiem. Przyglądając się chłopcu, który zarzucił na ramiona koc, jakby chciał się ukryć, uciekające spojrzenie i słowa, które jasno sugerowały na jego niechęć…
Sheba ruszył się  z miejsca i przechodząc obok chłopaka, bez słowa poczochrał czule jego czuprynę. Złapał za klamkę i wyszedł na parę chwil, zamykając za sobą drzwi.  
Wrócił po paru chwilach. Sam. Trzymając tacę w dłoniach.
- Zamknij za mną. – powiedział spokojnie, wchodząc w głąb pokoju. Odstawił drewnianą tacę z dwoma kubkami, z których unosiła się para i miską z wodą.
- Przebierz się, a potem napij herbaty. Nie jest wysokich lotów, ale to najlepsze, co możemy tutaj zaoferować. – nie brzmiał jak ktoś, kto mógłby być zły. Raczej jak ktoś, kto odpuścił i póki co nie chciał drążyć tematu. Póki co. Sam odszedł od stolika i skierował się do szafy, z której wyciągnął cieplejsze spodnie. Odpiął paski oraz guziki spodni, które już po krótkiej chwili opadły wokół jego kostek. Sheba nauczył się jakoś nieszczególnie kryć ze swoją nagością, dlatego też nie krępuj się zaczął przechodzić od szafki do szafki w samej bieliźnie, zgarniając suche ubrania i nakładając na siebie, mając nadzieję, że w tym czasie Shiro też się przebierze.
- Powiedziałem jej o Raphael. Mówi, że chętnie ją znajdzie dla ciebie. – rzucił przerywając ciążącą ciszę, którą co rusz zaczynał przerywa trzaskający ogień w kominku.
Zarzucił na swoje ramiona ciepła, szarą bluzę na zamek, choć zostawił ją odpiętą i wrócił do chłopaka. Nawet jeśli ten nie zdążył się przebrać to i tak usiadł na kanapie i przyjrzał się Shiro. Jeśli ten nadal stał, to wskazał brodą miejsce obok siebie, żeby usiadł. A z jego wyrazu twarzy można było wywnioskować, że chce z nim porozmawiać. I bynajmniej nie o różowych kwiatkach na polanie.
- Twoja reakcja na Lidkę… co się stało? – zapytał spokojnie, próbując wychwycić jakąkolwiek zmianę na twarzy Shiro.
- To dobra dziewczyna. Nie musisz się jej bać. Shiro, posłuchaj. Jeżeli kiedykolwiek będzie tutaj działo się coś niedobrego, albo będziesz się bał, a mnie nie będzie w pobliżu, bądź będę… niedyspozycyjny, od razu biegnij do Lidki. Ona ci pomoże, dobrze? – zapytał wpatrując się w, zdawać by się mogło, oczy pozbawione wszelakich oznak życia, puste. Ale Sheba już wiedział, jak bardzo mylące.
- Swoją drogą. – uniósł nieco biodra, by ułatwić sobie dostęp do kieszeni spodni, z której wyciągnął małe, różowe coś I wyciągnął w stronę Shiro na otwartej dłoni. Cukierek w różowym papierku.
- Dla ciebie. Powiedzmy, że w ramach… przeprosin. – mruknął pod nosem, odrywając wzrok od niego. Nawet jemu, choć osobie, która z łatwością uśmiechała się i śmiała, ciężko przychodziły tego typu słowa.
- I o co chciałeś się wtedy zapytać? Hm? I pij herbatę, nim ostygnie. – złapał za kubek i przysunął bliżej chłopaka, samemu sięgając po swój. Herbata nie była najlepsza, cierpka i gorzka w smaku, ale ogrzewała od środka. A to było w tym momencie najważniejsze.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Powrót do góry

- Similar topics