Strona 3 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down


// @Hiroki: < / 3

Jeśli Hiroki miał powód, aby w tym momencie bać się Jinxa, to był on wymyślony na poczekaniu, podrasowany, połechtany i poddany czystej hiperbolizacji. Po wydarzeniach sprzed paru minut szczególnie wydawało się, że młody powinien zrozumieć, jak cennym został eksponatem. Nie zrobił jeszcze nic dobrego, ale udało mu się wywrócić życie handlarza o parę solidnych stopni, skopać jego dobry humor i wyrzygać to, co dał mu do jedzenia. A mimo to żył nadal. Może trochę zamroczony, zziębnięty na nowo i z kolejnymi siniakami na ramionach, ale żył.
Dlaczego więc nie mógł się powstrzymać przed skuleniem?
Poczuł dłoń Jinxa na głowie, więc zacisnął mocniej szczęki, przy okazji unosząc chude barki. Puścił dopiero, gdy wymordowany poszedł w kierunku drzwi, znikając za nimi na całą wieczność. Potarł ramieniem policzek i przeklął się w myślach, za głupie, bezwarunkowe odruchy. Spróbuje je wyplenić, to na pewno. Ale jeszcze bardziej był przekonany co do tego, że wybije Jinxowi z głowy dotykanie go. Głaskanie. Podnoszenie się z ziemi. I karmienie. Do teraz czuł na języku niesmak zupy. Najgorsze w tym było to, że jakkolwiek ohydna by nie była, teraz zjadłby ją z własnej woli. Na powrót pusty żołądek zacisnął się, jak szczęki rekina. Poczuł wręcz namacalny, rwący ból, gdy drewniane drzwi znów się poruszyły.
Spodziewał się Lidki. Nie znał jej, ale miał wrażenie, że była tu w miarę ważna. Może mylne, w końcu to ona była mu „najbliższa” i usadowił ją tak wysoko w rankingu... w sumie tylko dlatego, że pojawiała się, podczas jego krótkiej wizyty, z największą częstotliwością. W jego wyobraźni Jinx po prostu by jej nie odmówił. Nie dlatego, że nie mógł. Zwyczajnie nie chciał. Jej pomoc z pewnością byłaby bardziej efektowna, niż użeranie się wyziębniętego i niezaradnego dzieciaka. Rozebrałaby go szybciej niż on sam byłby w stanie się rozebrać, nawet gdyby Hiroki połamał jej ręce.
Shirōyate złapał się na tym, że ciężej oddycha. Przełknął prędko ślinę, wyprostował się i spróbował nad tym zapanować. Nie było jej. Sam Jinx i jego wieczne rozkazy. Zero Lidki. W zasadzie zero jakiejkolwiek kobiety, która miałaby tu zostać.
„Zamknij za mną”.
Zanim się obejrzał był już przy drzwiach i domykał je, napierając na drewno ramieniem. Po drugiej stronie była reszta świata, a on właśnie jednym ruchem odciął od niej i siebie, i Jinxa. Nadal się go bał, nadal przed oczami stawał mu wyraz jego twarzy z sali tortur... ale w tej chwili przed szereg wybijało się uczucie, które podcięło mu nogi, gdy od niego uciekał.
„Przebierz się”.
Postawił pierwszy, chwiejny krok ku kanapie, na której leżały przygotowane dla niego ubrania. Zanim dotarł do sofy, minęło co najmniej dwanaście lat i siedem miesięcy, ale w końcu ciężki koc uderzył o ziemię, a Hiroki sięgnął po brzeg przemoczonej bluzy. Zatrzymał się z lekko podwiniętym materiałem i zerknął sceptycznie ku półnagiej sylwetce Jinxa. Mężczyzna właśnie przechodził do następnej szafki i choć wcale na niego nie patrzył, jasnowłosy i tak odwrócił się do niego plecami. Sztywne w łokciach ręce utrudniały mu zdjęcie bluzy, ale w końcu przeszła mu przez głowę i spadła na ziemię. Od razu zalał go lodowaty dreszcz. To idiotyczne, że wstyd złapał go akurat w takim momencie. Z palcami zaciśniętymi na skrawku tkaniny, przez chwilę wpatrywał się tępo w swoje stopy.
No dalej. Przecież przebierałeś się na w-fie, nie? A tam było więcej ludzi. Więcej dziwnych facetów. No i trener co rusz właził z buciorami, żeby ich popędzać. Przy nich było to naturalne, więc czemu teraz usprawiedliwiasz się jakąś „nieprzyzwoitością”?
Zacisnął zęby i wręcz zszarpał z siebie przemoczony t-shirt. Nie przejmował się zimnem, przez które całe ciało pokryła gęsia skórka. Liczyło się tylko to, by zakryć wszystkie siniaki, wszystkie cięcia, każdą najmniejszą rankę. I przede wszystkim wspomnienie po Jasperze, które przecież nie miało nad sobą napisu: „tak, zrobił to ktoś od ciebie, Jinx”. Nie było żadnych podstaw, by czarnowłosy coś podejrzewał. W końcu od kiedy przyniósł Hirokiego, opuścił go tylko raz. I to na niecałe piętnaście minut. Co mogło się wydarzyć przez durny kwadrans?
Wciągnął bluzę przez głowę, wsunął dłonie w rękawy i wreszcie przykrył się ciepłym materiałem. Szczękając zębami zaczepił palce o dresowe spodnie... i zamarł.
„Powiedziałem jej o Raphael”.
To cudownie. Możesz odwrócić wzrok?
„Mówi, że chętnie...”
Hiroki zacisnął usta.
„...ją znajdzie dla ciebie”.
Jinx usiadł na kanapie, gdy raz jeszcze ramię młodego wymordowanego przesunęło się po policzku, choć tym razem nie był to odruch paniki. Na bladej twarzy pojawiło się nieznośne ciepło. Wiedział, jak to wyglądało. A raczej, jak mogłoby wyglądać, gdyby zwrócił się frontem do handlarza. I uczucie, że cały czas się w niego wgapiał, wcale mu w tym nie pomagało.
Możesz na moment zamknąć oczy? Wykrztusił wreszcie z siebie, posyłając tę cichą myśl ku Jinxowi. Nawet nie był pewien, czy mężczyzna ją odebrał, a nawet jeśli tak - czy faktycznie spełnił polecenie. Nie miał ani odwagi, ani ochoty się o tym przekonywać. Pocieszał się tylko tym, że za duża na niego bluza sięgała mu praktycznie do połowy ud.
Mokry materiał bez żadnych problemów zsunął się z bioder jasnowłosego, upadając z dźwięcznym, ciężkim dźwiękiem.
Boże, to było okropne.
Przez ten ułamek sekundy nie mógł się ruszyć, zaciskając tylko ręce w pięści. Jinx wystarczająco dobitnie  wyśmiał samą „teorię” i Hiroki faktycznie odsunął ją na bok, ale w tej chwili dosięgnęło go jakieś całkowite zmęczenie. Niemoc, która podszeptywała, że ubrania tak naprawdę nigdy go nie chroniły. Jinx wiedział coraz więcej, a nawet jeśli nie był pewien co do niektórych spraw... to się domyślał. Hirokiemu nie dawało spokoju, że przejrzał jego kłamstwa.
Jakim prawem stale był przed nim obnażony?
Drżące palce dłoni sięgnęły po drugą parę spodni (nie patrz na niego, nie patrz na niego, nie patrz...), których ubranie sprawiło więcej problemów. Sukces był nieco opóźniony, więc już nie tak satysfakcjonujący, ale chłopiec w końcu zebrał mokre ubrania i położył je na ziemi, przy kanapie. W miarę złożone.
Do wszystkich jednostek, powtarzam: w miarę.
„Twoja reakcja...”
Sięgnął po koc i okrył się jego drugą stroną. Usiadł od Jinxa w pewnej odległości, nadal na niego nie spoglądając. Ta rozmowa była konieczna? I tak czuł się wystarczająco głupio, że tak zareagował.
„... niedyspozycyjny...”
Nasunął koc bardziej na głowę.
„Ona ci pomoże, dobrze?”
Cholera, tu wcale nie chodziło o nią!
„Swoją drogą”.
Zerknął na niego kątem oka, opanowując drżenie. To, co ujrzał, lekko go skołowało. Wyplątał dłoń spod koca i sięgnął po niewielką słodycz, cały czas mając na uwadze, by nie dotknąć jego dłoni.
„Przeprosin”? – podjął od razu temat, wsuwając ponownie rękę pod koc. Czuł pod palcami szeleszczący papierek i korciło go, żeby zjeść to, co w sobie chował. Ale z drugiej strony... Nie był pewien, czy nie zwróciłby nawet jego, bo przyszedł czas na wytłumaczenia, które mocno ściskały jego żołądek. Póki był w pełni pusty, póty Hiroki nie musiał się obawiać, że narobi mu większego bałaganu. Włożył cukierka do kieszeni bluzy i sięgnął po herbatę. Kubek też prędko zniknął pod kocem, położony na złączonych udach jasnowłosego. Wszystko powoli zaczynało mu się rozmazywać. Naprawdę był zmęczony. Nie. Tego nawet nie można było nazwać zmęczeniem. Był wykończony przez płacz, wyrywanie się, przez pulsujący ból rannego ramienia. Wszystko. Najchętniej by zasnął...
... ale ten blondyn...
Ja... mógłbym dziś u ciebie spać? Na kanapie albo przed kominkiem... To znaczy... wiem, że...  pewnie nie spędzasz nocy sam, czy coś takiego i nie chcę ci przeszkadzać z... – ściął się, lekko marszcząc nos. ... z twoją miłością, więc jak chcesz być sam z Lidką, czy kto tam z tobą mieszka, to jasne, ja to rozumiem, nie ma sprawy... a mogę chociaż spać przed drzwiami? Nie będę podsłuchiwał, obiecuję. Nawet mi nie zależy.
Zamilkł, wpatrując się w brzeg stołu. Ujrzał na nim nóż, którym już niedługo miał spróbować zabić Jinxa.
Znam tylko ciebie... Nie chcę się oddalać...
Łżesz jak pies, Hiroki.
Poczuł jeszcze, jak świadomość ucieka mu przez palce. Powieki zamknęły się, a głowa przechyliła się w stronę oparcia kanapy. Widać było tylko jeszcze, jak koc odsłania puszczany przez młodego Smoka kubek, niebezpiecznie przechylający się na lewo...

avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down



„Możesz na moment zamknąć oczy?”

Mógł, choć nie rozumiał skąd w tym dzieciaku tyle skrępowania. Może dlatego, że sam nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł wstyd i zażenowanie. Jak o  tym pomyślał, to… czy kiedykolwiek to czuł? Chyba nie. Chyba od zawsze miał gdzieś, czy lata po mieście z zakrytą dupą czy też nie. Czy ludzie gapią się na niego, czy ignorują. Dlatego też nie pojmował, nieświadomie szukając przyczyny w zachowaniu Shiro. Może był molestowany przez kogoś? W sumie wiele na to wskazywało. Jego niechęć przed dotykiem, strach, że Sheba mógłby zrobić z nim coś nieprzyzwoitego, wstydliwość przed obnażeniem, pomimo tego, że byli tej samej płci. Jeszcze zrozumiałby, gdyby był kobietą, a tak?
Szkoda, że mężczyzna nie starał się szukać przyczyny bliższej i o wiele bardziej przyziemnej, niż jego głupie teorie w głowie.
Zamknął oczy dodatkowo zadzierając nieco głowę do tyłu i opierają ją o oparcie kanapy, by uchylić powieki i przyglądać się staremu, popękanemu w niektórych miejscach suficie. Ale nie trwało to długo. Bo znowu nie dotrzymał… słowa. Skłamał. Przechylił nieco głowę i przesunął wzrokiem po drobniejszej sylwetce, wyłapując sine ślady w niektórych miejscach na jego nogach.
Zły Sheba, oj zły.
Oczywiście w momencie, kiedy Shiro zaczął się odwracać, Sheba zadarł głowę ponownie, że niby nie patrzył. Niech chłopak nawet się nie domyśla, że został już z dziesięć razy zbadany spojrzeniem. Nie, Sheba nie miał żadnych pedofilskich czy gejowskich ciągotek. Po prostu był ciekawy. I tyle. No i uwielbiał robić na przekór, zwłaszcza młodemu. Nie wiedział czemu, po prostu. Bo to było na swój sposób… zabawne.
Te twoje poczucie humoru, Sheba.
Upił kolejny łyk cierpkiej herbaty nie naciskając i czekając na odpowiedzi chłopaka. Oczywiście spojrzał na niego kątem oka, dostrzegając zmęczenie malujące się na twarzy. Ale to dobrze. Bo w tym momencie jego świadomość i ciało w miarę się rozluźniło. Oczywiście nie całkowicie, o czym świadczyły wciąż drżące z napięcia mięśnie, ale na tyle, że adrenalina powoli przestawała krążyć w żyłach, a ciało ogarniała senność. Owszem, Sheba mógł większość kwestii przenieść na drugi dzień, jednakże bywał niecierpliwą istotą, i chciał znać na niektóre odpowiedź już teraz. Dlatego też jasnowłosy musiał jeszcze chwilę pociągnąć. Brwi uniosły się wyżej słysząc jego pytanie. Do tej pory naprawdę był pewien, że dzieciak jest świadomy faktu, że będzie spał u niego w pokoju. Przecież jeszcze jakiś czas temu chciał uciec, a Jinx wyraźnie zakomunikował, że nie zamierza go wypuści. No, nie licząc tego ostatniego incydentu. I gdyby położył go w innym pokoju, istniało naprawdę spore prawdopodobieństwo, że rano Sheba już by go nie zastał w burdelu.
- A już myślałem, że chcesz ze mną spać w łóżku. – parsknął cicho pod nosem nie mogąc się powstrzymać przed komentarzem. Jednak w miarę szybko się ogarnął, nie chcąc jeszcze bardziej go dobijać.
- Oczywiście. Od samego początku planowałem, że zostaniesz ze mną w pokoju, przynajmniej do momentu, jak nabierzesz w pełni sił. Dostaniesz poduszkę i jeszcze jeden koc do okrycia się. Będziesz spał na kanapie, blisko kominka, więc nie powinieneś zmarznąć. A i nie musisz się bać, że ktoś może wejść do środka w nocy. Mam lekki sen. – kłamał. Kto jak kto, ale Sheba akurat nie miał lekkiego snu, wręcz przeciwnie. Ale musiał, kłamliwie komunikując dzieciakowi, że jeżeli spróbuje uciec w nocy, albo poderżnąć mu gardło – to Sheba się obudzi. Choć w rzeczywistości wcale a wcale nie było to prawdą. Bo mógł spać jak kamień i nic go nie obudzi. Ryzykował, naprawdę ryzykował zostawiając u siebie na noc dzieciaka, który go nienawidził i uzbrajając go w ostre narzędzie. Cholera, ekscytujące!
Nie wiedział, czy chłopak go dosłyszał, lecz widział, jak odpływa. A potem była już tylko reakcja opierająca się na instynkcie. Momentalnie znalazł się przy Hiro i w ostatniej chwili wsunął rękę pomiędzy kubek, a ciało chłopaka. Całe szczęście, że zawartość gorącej herbaty nie wylała się na jego ciało.
Nieszczęście, że Sheba przyjął to na siebie.
Każdy normalny człowiek na jego miejscu zapewne syknąłby, krzyknął z bólu czy zacząłby się rzucać. Każdy inny przycisnąłby poparzoną gorącem rękę do swojej klatki piersiowej i wybiegł z pokoju w poszukiwaniu czegoś zimnego, żeby ochłodzić poparzone miejsce. Każdy inny….
Ale Sheba bez jakiegokolwiek wyrazu przyglądał się, jak w jego oczach skóra robi się momentalnie czerwona, w niektórych miejscach sina. W jego oczach odbijały się płomienie ognia, co nadawało mu w tym momencie nieco szaleńczego wyrazu masochisty.
Ale Sheba nie był masochistą. On po prostu nic nie czuł w tym miejscu.
Odstawił praktycznie pusty kubek na stół i odetchnął cicho przez nos. To było do przewidzenia, że dzieciak odpłynie. Szkoda, że tak szybko, no ale cóż, najwyżej jutro go podpyta.
Podniósł się z kanapy i podrapał się lewą ręką po włosach, mierzwiąc je jeszcze bardziej i stawiając na baczność, niż do tej pory. Przez ułamek sekundy nie wiedział co ma teraz zrobić, lecz bardzo szybko się ogarnął i podszedł do swojego łóżka z zajebistym baldachimem, skąd zgarnął jedną poduszkę. Może nie była jakaś najmiększa, ale zawsze to lepsze niż skrawek twardej podłogi. Wrócił do Hiro i rzuciwszy poduszkę w jeden róg kanapy, wsunął rękę pod nogi chłopaka i nieco go przesunął, kładąc w miarę wygodnie wzdłuż sofy. Następnie sięgnął po koc i…. zaczął go opatulać, robiąc z niego żywy naleśnik. Tak, że spod ciepłej warstwy materiału wystawała jedynie głowa z jasną czupryną. Kiedy skończył, spojrzał zadowolony na swoje dzieło, totalnie zapominając o poparzonej ręce, na której zaczęły już pojawiać się bąble wypełnione płynem surowiczym. Ręka poczeka.
Przykucnął przy kanapie i spojrzał jeszcze raz w umęczoną, ale w miarę spokojną twarz chłopaka. Wyciągnął lewą rękę i przesunął niepewnie wzdłuż przydługawych kosmyków, odgarniając je na bok. Teraz jak spał, mógł spokojnie mu się przyjrzeć. I dotknąć. Nie, nie w żaden brzydki sposób, wy zbereźnicy! Chciał przyjrzeć się jego plamom i upewnić, że należały do jego ciała, a nie były jakimś wyjątkowo upierdliwym brudem. Wychodziło na to, że był to wpływ mutacji.
Palce miały już smagnąć ciemne plamy, gdy wtem rozległo się pukanie. Sheba przewrócił oczami i westchnął ciężko, podnosząc się z kucek, przy okazji ostatni raz dotykając Shiro. A raczej jego skroni, którą pogłaskał wierzchem kciuka i nieco ociągając się, podszedł do drzwi, które jedynie uchylił.
- Przyniosłam dodatkowy koc i znalazłam malucha. – powiedziała wesoło Lidka, unosząc wyżej materiał i wystraszonego zwierzaka.
- Dzięki. – odpowiedział nieco zmęczonym głosem, zabierając od niej koc, jednaże gdy tylko chciał sięgnąć po kromstaka, ten wyrwał się I wbiegł do środka. Od razu podreptał do kanapy, gdzie ujrzawszy śpiącego Hiro, wskoczyła na jego klatkę piersiową.
- SHEBA!
- Cicho. Dopiero co usnął… – uciszył kobietę nieco zirytowanym tonem, ale ta już trzymała w swoich dłoniach poparzoną rękę mężczyzny.
- Co… – zaczęła, ale Jinx nie dał jej nic powiedzieć. Wysunął swoją rękę z jej uścisku i spojrzał spokojnie w wystraszone oczy kobiety.
- No… chyba się poparzyłem. – powiedział z rozbrajającą szczerością. Dłoń kobiety wsunęła się między framugę a drzwi i przeciąwszy powietrze, trzepnęła mocno mężczyznę w łeb.
- No co… – mruknął masując obolałe miejsce.
- Mówiłam Ci, żebyś uważał na prawą rękę. Chcesz ją w końcu stracić? No chcesz? – syknęła piorunując go swoim spojrzeniem. Sheba jedynie wzruszył ramionami, na co ta wzniosła swoje spojrzenie ku niebu, z pewnością błagając jakieś bóstwa, by dały jej siły.
- Zaraz wracam. – powiedziała zła i odwróciwszy się na pięcie pognała gdzieś przed siebie.
- No i o co tyle szumu… – powiedział sam do siebie, odprowadzając kobietę wzrokiem, zamykając za nią drzwi.
Wrócił do pokoju i od razu przykrył drugą warstwą kocu śpiącego chłopaka. No, teraz powinno być u ciepło. Nie czekając na powrót Lidki, udał się w stronę swojego łóżka, po drodze zrzucając bluzę oraz spodnie, które swobodnie walały się po podłodze. Cóż, nigdy do pedantów nie należał. To inni sprzątali jego syfy. Takie profity z bycia właścicielem burdelu. Między innymi. Zamierzał walnąć się na łóżko i iść spać, lecz wtem, tym razem do pukania, wparowała rozszalała kobieta z małą miską i bandażem. Spojrzała przelotnie na śpiącego chłopaka i szybciutko podeszła do Sheby, niemalże z męską brutalnością szarpiąc do siebie jego prawą rękę i przyłożyła do niej zebrany lód, po czym zaczęła bandażować poranioną dłoń.
- Co Ci strzeliło do głowy… – mruknęła skupiając się na swojej robocie.
- Zostaw. – powiedział spokojnie, doskonale wiedząc w jakim kierunku to zmierza.
- Ale ten chłopak!
- Powiedziałem, zostaw. – ostrzejszy ton mężczyzny skutecznie zamknął jej usta. Lidka miała sporo ulg w burdelu i wiedziała, że Sheba jej ufa. W końcu znała też jego prawdziwe imię, jednakże doskonale wiedziała, kiedy go nie drażnić i kiedy ustąpić. Westchnęła jedynie cicho, kiedy skończyła bandażować jego rękę, po czym w całości wsadziła do miski ze śniegiem.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. – powiedziała na koniec, obrzucając go sugestywnym spojrzeniem.
- Ja też. – odparł jej, gdy ta już wyszła. Nie wszystkie słowa i wątpliwości znajdujące się w jego głowie powinna usłyszeć. W końcu nastała upragniona cisza i spokój, przerywane oddechem śpiącego chłopaka. Sheba również się położył, naciągając na siebie zmiętoloną pościel. Trzymając poparzoną dłoń wśród śniegu, przymknął oczy. I była to kwestia paru minut, nim Morfeusz otulił go swoimi ramionami ciągnąc w krainę snu. Zachrapał.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Hiroki przemknął palcami po jasnoszarych, nieułożonych włosach i uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak kobieta potyka się i w ostatniej chwili łapie równowagę. Nie przeszkadzało mu nawet to, że połowa jego bananowo-truskawkowego koktajlu chlusnęła na ziemię, brudząc jasnobrązową podłogę.
- Oj, Hiro. Nie śmiej się ze mnie! – jęknął głos, w którym jednak dało się wychwycić rozbawienie.
Podała mu szklankę i oblizała palce z jasnej, półpłynnej substancji, siadając obok na drewnianym leżaku.
Znajdowali się w domku letniskowym, z czego ogromne okno zajmowało całą przednią ścianę. Dokładnie po to, aby mogli mieć widok na fale delikatnie głaszczące złocistą, smażoną słońcem plażę. Oboje znajdowali się na tarasie, mając za swoimi plecami cały, dość duży, drewniany domek. Na ich twarze spadały ciepłe promienie, łagodzone nieśmiałym wiaterkiem. Wokół panowała cisza. Tylko szum fal i sporadyczny krzyk mew nad ich głowami. Nic więcej.
- Pójdziemy później popływać? – zapytała go, opierając się o nagrzane, drewniane oparcie. Spojrzała na jego usta i uniosła zachęcająco brew.
- No jasne – przyjął wyzwanie, sięgając wargami do wysokiej szklanki z palemką. Chłodny koktajl zwilżył mu gardło. Gardło, które wcale nie było ścięte bólem, martwe i puste. Gardło, przez które przemykały słowa, słyszane przez wszystkich wokół.
- Cieszę się, że wyzdrowiałeś – rzuciła po chwili.
Miło mu się zrobiło.
- Ja w sumie też.
- Całe czternaście lat, co? Jak to jest? – zapytała, nie kryjąc zaciekawienia.
Nie był zły. Na jej miejscu też chciałby wiedzieć.
- Trochę dziwnie.
Było wspaniale...
- Ale dobrze?
- No. A co u ojca?
Kirke zaśmiała się dźwięcznie tak, jak to tylko matki potrafią.
- No wiesz, stary dureń. Jutro go wypisują ze szpitala. Jak on się zderzył z tą ciężarówką, to ja do teraz nie wiem! Ale ciągle gada o tym, że nie spędzacie ze sobą czasu i chce iść z tobą pojeździć na desce.
- Przecież on nie umie wejść po schodach, żeby nie złamać sobie nogi...
- Właśnie, właśnie! Co tu więc mówić o deskorolce, nie? O rany! Do stu schabowych! Ani się obejrzeć, a koktajl znika! Wypiłeś swoją porcje?
- Prawie.
- Chcesz jeszcze? – zapytała z jakimś podstępem w głowie.
Hiroki natychmiast to wyczuł.
- Wiem, że coś knujesz! – burknął rozbawiony, podnosząc się do siadu.
Kobieta uniosła raz jeszcze brew i wyciągnęła do niego szczupłą dłoń.
- Zrobię ci kolejną porcję, pod warunkiem, że pójdziesz ze mną do kuchni.
- Mamo... – stęknął nastolatek, kręcąc głową. - Nie jesteś za stara, żeby bać się iść do kuchni?
- Za rękę, panie Hiroki. I żadnego zmiłuj!
- Nie będę z tobą szedł za rękę. Nie mam trzech la--
Poszedł. Jasne, że poszedł. Niezbyt z własnej woli, ale jednak. Czuł pod nogami twardość drewna, na policzkach ciepło dnia. Kobieta chwyciła go za rękę i oboje ruszyli w głąb domu. Ledwie przeszli przez szklane drzwi, gdy Hiroki nagle obejrzał się za siebie. W jego szklance nie pozostało już nic, a na ziemi, tuż przy wejściu, leżała mokra plama. Czerwona, ale nie zdążył dotrzeć spojrzeniem dalej, choć cienki pasek szkarłatu kończył się pod niewielkim, kolorowym czymś. Wtedy jeszcze myślał, że to jakaś szmata.
- Mamo, czekaj. Wylałem! – parsknął z wesołością, na jaką nigdy w życiu się nie zdobył, ale kobieta nie zaczekała. Szarpnęła go, przez co lekko się potknął i puścił naczynie. Głośny trzask rozniósł się po pustym domu, gdy Hiroki wspinał się wzrokiem od nadgarstka po twarz matki. - Ma-..mo?
Nie dokończył. Jego stopy oderwały się od ziemi, a z gardła wydobyło charczenie. Chwycił za nadgarstek ręki, która zacisnęła się na jego gardle i podniosła do góry. Wokół zrobiło się ciemno, na zewnątrz chyba zapadła noc. Szklana ściana była zamknięta, ale na tarasie ktoś krążył. Hiroki kątem oka widział, że coś się poruszało, ale nie spojrzał, żeby dowiedzieć się, kto to taki. Przyglądał się z rosnącym zaskoczeniem na twarz wykrzywioną w kpiarskim uśmiechu. Próbował kopnąć blondyna, ale nie dosięgał. W dodatku brakowało mu tlenu coraz bardziej.
- Na wypadek, gdybyś poczuł się spragniony. Oh, cholera!
Hiroki poczuł, jak palce zaciskają się mocniej, a on traci powietrze. Czuł jak w krtań wbija się paznokieć mężczyzny.
- Takie wrzody na dupie jak ty, nie powinny mieć prawa żyć – powiedział słodko Jasper.
Jego twarz się zmieniła. Zagościł na niej szeroki, beznadziejnie nienawistny uśmiech, który dosięgał oczu mężczyzny.
- Co ryczysz? Co znowu ryczysz, zakłamana szujo? Oh, to twoje spojrzenie. Wszystkich wkurwia, wiesz?
Raz jeszcze próbował się wyrwać, ale uścisk Jaspera nie słabnął. W porównaniu do ciała Shirōyate.
- Nikt cię tutaj nie chce. Nikomu nie jesteś potrzebny. Nikomu na tobie nie zależy.
Znowu te słowa. Hiroki poczuł, jak całe ciało mu drętwieje, a palce, którymi próbował poluzować uścisk, zsuwają się w dół. Zawisły wzdłuż ciała, niezdolne do żadnego ruchu.
- Chcesz wezwać pomocy, co? – Rozległ się sarkastyczny śmiech. Powieki Hirokiego opadły do połowy. - Wiem, że chcesz. Widzę to. Nie możesz. Pamiętasz? Nigdy nie mogłeś. Zresztą... kto niby miałby ci pomóc?
Hiroki poczuł, jak chwyt robi się lżejszy, aż w końcu Jasper go puścił. Uderzył boleśnie o podłogę i chciał od razu wstać albo chociaż zakaszleć, łapiąc powietrze. Ale nie mógł. Jego ciało wciąż było sztywne, skostniałe. Wręcz lodowate od środka. Tylko oczy nakierowały się na twarz mężczyzny, który kucnął obok niego i pokiwał z politowaniem głową.
- Wiem, o kim pomyślałeś. Nie mam pojęcia, czemu cię zabrał.
Palce Hirokiego drgnęły. Chciał się podnieść i trochę mu się udało, ale gdy tylko uniósł ramiona i głowę, znów został posłany na ziemię. Stęknął niemo, czując potworny ból w gardle.
Jasper się nie ruszył.
To nie on tym razem wbijał boleśnie podeszwę buta w brzuch młodego.
Kiedy Hiroki ponownie uchylił powieki, ujrzał przed sobą pochmurną twarz. Bez emocji. Bez słów. Zero wyrazu. Rozchylił usta chcąc go zawołać, ale cisza nadal była niezmącona. Dopiero Jasper zachichotał złośliwie, podnosząc się z klęczek.
- Myślałeś o Jinxie, prawda? – westchnął wesoło blondyn. - Zrozum, że on nie należy do ciebie. Sam wybrałeś ucieczkę. Sam go okłamywałeś. Od początku mu mówiłem, że takiego robactwa jak ty powinno się pozbywać z miejsca, a nie leczyć antybiotykiem, za który można kupić całą rodzinę wymordowanych.
Hiroki poczuł jak do oczu napływają mu łzy. Przeniósł przestraszone spojrzenie z Jaspera na Jinxa i pokręcił głową. Przecież nie uciekł!
- A on tak się dla ciebie starał – cmoknął Jasper, ciągnąc swój wywód. - Tylko pamiętaj. Jest jeszcze coś.
Shirōyate otworzył szeroko oczy. Dopiero teraz dostrzegł nóż w ręce czarnowłosego. Zardzewiały, tępy nieco, ale wciąż niebezpieczny nóż. Rozchylił usta, chcąc go powstrzymać, ale Jinx był szybszy. Warknął na niego.
- Zamknij ryj!
A potem Hiroki poczuł okropny ból, gdy ostrze zanurzyło się w jego brzuchu. Raz po raz, przekręcane, wysuwane i wbijane na nowo, rozbryzgiwało krew dookoła, brudząc ubranie, twarz i ręce Jinxa. Jakby to było coś normalnego.
Jinx odrzucił nóż gdzieś na bok. Już wcale nie byli w letnim domku. To była czarna, zaszczana nora. Hiroki czuł swąd krwi, śmierci i cierpienia. Słyszał nawet pojękiwania mężczyzn.
- Pamiętasz? – zachrypły, beznamiętny ton Jinxa przebił się przez ból. Hiroki łkał już, zaciskając mocno powieki. - Ich nic nie obroniło przede mną. Nawet ja sam ich nie obroniłem przed sobą. Sądzisz, że gdybym tego nie robił, gdybyś nie miał mojej protekcji, to nie skończyłbyś tak jak oni? Ich nie nakarmiłem, nie dałem schronienia, dachu nad głową, leku ani też bezpieczeństwa. Ty to otrzymałeś.
Boże, nie mów tak. Nie chciałem...
Ręce były sztywne, nieruchome, zdecydowanie nie jego. Trząsł się, jak wtedy, tamtej zimy. Jaspera już nie było, choć nie mógł być do końca pewien. Nawet ból rozpłatanego brzucha został jakby przyćmiony. Był zbyt pochłonięty wpatrywaniem się w Jinxa, który...
… o Chryste...
- No dalej, Shiro – jego usta ułożyły się w uśmiech, gdy sięgnął po sprzączkę paska. - Zrób w końcu jakiś pożytek z tych ust, skoro nie chcesz używać ich do komunikacji.
Nagle Hiroki wziął ogromny wdech, a gdy mrugnął, przed oczami pojawił mu się kominek. Dyszał głośno, zbierając myśli, rozglądając się za Jinxem, za szarymi, ciemnymi ścianami, ale przed nosem miał tylko skrawek skulonej obok niego Raphael, miękką poduszkę i krawędź stołu, na którym wciąż spoczywał nóż. Skulił się, próbując opanować drżenie ciała.
Co to było?
Zacisnął usta, tłumiąc dyszenie. Przez dłuższą chwilę leżał w całkowitym bezruchu, dziwnie obolały i pusty, a dopiero po tym poruszył się, próbując wyplątać z koców.
Raphael natychmiast się obudziła. Podniosła pyszczek i skierowała zaspane spojrzenie na twarz Hirokiego. To ją ocuciło. Niemalże natychmiast zerwała się do siadu i przekrzywiła łebek na bok, w wyrazie pełnego niezrozumienia.
To nic, Raphael. Miałem głupi sen, mruknął do niej, zaskoczony, jak słabo i zachrypnięcie brzmiał jego głos. Podniósł się na łokciu i od razu przyłożył dłoń do czoła z niemym syknięciem. Dopiero po chwili oderwał dłoń od twarzy i spojrzał na nią bez krzty emocji. Była mokra. Obrócił ją nieco, przyglądając się teraz jej wierzchowi, by zaraz wrócić do jej wewnętrznej strony. Niemożliwe. Zamrugał nagle, przykładając opuszki do policzków.
… oh.
Raphael poruszyła nieśmiało ogonem i przybliżyła się nieco do właściciela, wyciągając ku niemu czarny nos. Nie pozwolił jej się dotknąć. Odsunął się, ocierając rękawem łzy, bardziej zaskoczony tym, że tak późno się zorientował, niż samym faktem płaczu.
Co się z nim działo, do licha?
Poniósł się do siadu i rozejrzał zaczerwienionymi oczami. W pomieszczeniu było ciemno, a ogień dawno przygasł. Mimo to, nie było mu zimno. Nie potrafił w zasadzie sprecyzować, czy w ogóle czuł coś w tym momencie. Bez namysłu wstał z kanapy i omal sekundę później znów na nią nie trafił. Skrzywił się lekko, naciągając mocniej koc na ramiona i skierował zaskakująco ciche kroki w stronę łóżka Jinxa.
Chciał tylko zerknąć czy śpi – tak sobie wmawiał, co było dość głupie, skoro słyszał ciche pochrapywanie raz na jakiś czas. Mimo to wspiął się po schodkach i przystanął obok łóżka, obrzucając twarz czarnowłosego spojrzeniem, które nie wyrażało nic.
Było bardzo ciemno, choć przez okno do pokoju wlatywał słaby snop światła. Księżyc tej nocy był zbyt słaby, aby rozjaśnić twarz Hirokiego. Ktokolwiek by mu się teraz przyglądał, na pewno nie byłby w stanie sprecyzować, jakie emocje przemknęły przez jego twarz.
Bo wiesz... – zaczął szeptem, wysuwając rozcapierzoną czarno-białą dłoń ku Jinxowi. Jego opuszki ledwie tknęły gardło wymordowanego, nim jasnowłosy cofnął rękę. Jinx się poruszył, zwalił coś z szafki obok i machnął łapą, omal nie uderzając zaskoczonego Smoka. Shirōyate cofnął się, przyciskając pięść do piersi. Był pewien, że Jinx się obudzi przez huk przedmiotu, który spadł na ziemię, ale ten jak się uwalił, tak już pozostał, nie przerywając snu nawet na sekundę.
Bez sensu.
Chciał odejść, ale jego wzrok mimowolnie padł na oświetloną dłoń. Tę samą, którą przed momentem prawie dostał w twarz. Na jej wierzchu widoczne były ślady po – jak sądził – poparzeniu. Bąble jeszcze nie zeszły, więc mógł być pewien, że mężczyzna zranił się nie tak dawno. Objął się mocniej kocem i mimo braku wytłumaczenia usiadł obok łóżka, przyciągając do siebie zgięte w kolanach nogi.
„Myślałeś o Jinxie, prawa?”
Ponownie usłyszał głos blondyna, który mu groził. Skulił się nieco, wtulając policzek w materac, na którym spał czarnowłosy.
„Zrozum, że on nie należy do ciebie”.
Schował twarz w kolanach, które chwilę przedtem też prędko opadły na brzeg łóżka. Przełknął ślinę. Gardło znów go parzyło.

// @Hiroki: wtf.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Sheba nie miewał snów.
Stwierdzenie „Kolorowych snów” akurat w tym przypadku było cholernie mało trafione. Spał, owszem, jak zabity, a jego ciało niejednokrotnie wskazywało na to, że w umyśle mężczyzny może przewijać się siatka niestworzonych rzeczy. Ruszał się, rzucał, kopał, pochrapywał, drapał się po jajach czy nawet śmiał. Ale wciąż nie miał snów. Ani też koszmarów.
„Co Ci się śniło?” miła twarz przedszkolanki pochylała się nad jego rozespaną twarzą.
„Nic. Nigdy nic mi się nie śni”.
„Czemu kłamiesz? Śmiałeś się przez sen. Każdemu coś się śni”
„Ale nie mi”
„Kłamiesz”.
I Sheba przestał odzywać się na ten temat, z początku wyżywając się na ludziach, których opowiadali o swoich snach. A potem miał już wyjebane.
Nieświadomy obecności chłopaka, Sheba spał w najlepsze, niezbudzony nawet najgłośniejszym szmerem. Zupełnie bezbronny, tak bardzo łatwy do zaatakowania, a jednak jakimś cudem zdołał przeżyć te wszystkie lata na świecie. Aż nie chciało się wierzyć a na usta cisnęło się „jak?”. Noc powoli dobiegała końca, a niepewne snopy dziennego światła wdzierały się do pokoju, ukazując coraz to większe kłęby kurzu czające się po kątach. Sheba nie należało osób zbytnio przykładających uwagę do porządku. Można powiedzieć, że o ile starał się w miarę o siebie dbać, bo przecież w warunkach Desperacji było o to ciężko, tak do miejsca, w którym zazwyczaj jedynie sypiał już niekoniecznie. Lidka czasami wpadała ze zmiotką, a tak – kurz mógł spokojnie prowadzić tutaj swoją nową, własną kurzową cywilizację.
Niezmąconą ciszę przerwało pukanie do drzwi, jednakże osobnik za nimi nie okazał się zbyt cierpliwą istotą, gdyż już po chwili rozległo się skrzypnięcie, a zaraz po nich odgłos ciężkich butów, pod którymi krzyczał uginające się pod ciężarem spękane deski podłogi. Jasnowłosy zatrzymał się tuż przy schodach i niebieskie oczy utkwił w małym ciele chłopaka. Wyraz Jaspera z każdą kolejną sekundą stawał się coraz bardziej ostry, jakby chciał samym spojrzeniem poderżnąć gardło Hirokiego. To były sekundy, kiedy pokonał schodki i dzielącą ich odległość. Palce zacisnęły się na ubraniu chłopaka i szarpnął nim nieco do góry, zmniejszając odległość między nimi.
- Won mi stąd. – warknął i rzucił chłopakiem w bok, jak najdalej od łóżka, na którym spokojnie spał Sheba.
Po chwili sam podszedł do ciemnowłosego i oparł się jednym kolanem o materac, który ugiął się nieznacznie pod jego ciężarem. Twarz blondyna momentalnie złagodniała, a palce przesunęły się delikatnie po prawej ręce Jinxa. Jasper gwałtownie odwrócił głowę i spiorunował swoim spojrzeniem jasnowłosego chłopaka.
- Coś ty mu zrobił, co? – warknął nieprzyjemnie lodowatym tonem. Szybko jednak na powrót stracił zainteresowanie Hirokim, skupiając się na twarz śpiącego. Dłoń spoczęła na nagim ramieniu wymordowanego i delikatnie nim potrząsnęła.
- Jinx?
Ale było brak reakcji.
Potrząsnął mocniej.
Nadal nic.
I dopiero wtedy łagodne oblicze mężczyzny przekształciło się w strach. Dłoń zaczęła mocnej potrząsać ciałem śpiącego, przewracając go na plecy. Twarz Jinxa wydawała się spokojna, wręcz zrelaksowana, niczym u porcelanowej lalki. A jednymi oznakami, że wciąż żyje, była klatka piersiowa, miarowo i spokojnie unosząca się do góry.
- Stary, nie teraz. Nie rób nam tego, hej, Jinx, pobudka! – spanikowany Jasper potrząsnął z każdą kolejną chwilą coraz mocniej śpiącym mężczyzną, lecz ten w żaden możliwy sposób nie reagował. W końcu przestał, a cały swój strach przemienił w złość. Ukierunkowaną w jedną osobę w tym pomieszczeniu.
- To Twoja wina, śmieciu. – wycedził przez zaciśnięte zęby. To był moment, kiedy odwrócił się i dopadł Hirokiego, łapiąc za materiał kocu bądź ubrania.
Lecz w tym za jego plecami coś skrzypnęło i się poruszyło.
A potem był cichy pomruk.
- Alewłaśćiwietocosiędziejebożespać. – niewyraźny bełkot wydobył się spod kołdry. Jasnowłosy puścił Hirokiego, odwracając się, by spojrzeć na zaspanego mężczyznę, który dopiero co usiadł. Jasper odetchnął z ulgą, ponownie łagodniejąc. Wpuścił chłopaka i wrócił w stronę łóżka.
- Już myślałem, że… – zaczął, ale w ostatniej chwili zamknął się, zdając sobie sprawę, że nie są sami w pokoju.
- Co? Czego mnie budzisz. Mam ci z dup nogi powyrywać czy jak? – mruknął unosząc prawą dłoń, by przetrzeć zaspane oczy. W ostatniej chwili Jasper powstrzymał go łapiąc za jego nadgarstek.
- Nie, bo przebijesz bąble. – rzucił głośniej. Jinx zerknął nieprzytomnie na prawą rękę, jakby nie rozumiał, co się do niego mówi. Wglądał jak siedem nieszczęść. Małe, zwężone oczy, podkrążone siniaki pod nimi, każdy możliwy włos wesoło starcząc w każdą stronę.
- Och, tak, pamiętam. Popaaaaooooaaahrzłem się herbatą czy coś. – powiedział szeroko ziewając, nawet nie myśląc o tym, by zakryć sobie buzię podczas ziewania. Zero kultury, no zero.
- Co chcesz? – zapytał powoli odzyskując przytomność I wsunął rękę pod kołdrę, by podrapać się po brzuchu.
- Miałeś dziś zajrzeć do Boba.
- A, dobra. No, miałem. To sobie już idź. Chcę się ubrać, a nie chcę paradować przed tobą z gołą dupą. Chyba, że lubisz takie widoki, fetyszysto. – kolejne ziewnięcie, równie niekulturalne, co poprzednie.
Jasper momentalnie się odsunął i oderwał wzrok, pełen zażenowania.
- Ale ty głupi i suchy jesteś, Jinx. – mruknął, aczkolwiek posłusznie odwrócił się i skierował w stronę Hirokiego.
- Idziemy, nie słyszałeś? Chce zostać sam. – rzucił ostrzej wyciągając w jego stronę swoje ręce, by go złapać i najpewniej wytargać za szmaty na korytarz.
- Nie, zostaw go. Niech zostanie. Zresztą, nie dotkaj go, bo tego nie lubi. – ostrzejszy ton Sheby owinął się niewidzialną liną dookoła nadgarstka Jaspera, powstrzymując go. Mężczyzna zamarł, jednakże jego wzrok stał się ostrzejszy, patrząc teraz na młodego jakby widział przed sobą jakieś gówno.
- Cokolwiek. – warknął nieprzyjaźnie i wyprostowawszy się, wyminął Hirokiego i wyszedł z pokoju, nawet nie racząc powiedzieć jakiegokolwiek słowa na pożegnanie.
Sheba ciężko dźwignął się i przysiadł na brzegu łóżka, zawieszając na moment głowę. Wyglądał tak, jakby co najmniej kilka nocy z rzędu nie spał. Włosy sterczące w każdą możliwą stronę, podkrążone oczy, nieogarniająca świat gęba. No po prostu istny obraz smutku i rozpaczy.
Sięgnął w końcu po lewego glana i wsunął go na prawą stopę, i nawet nie zawiązując rozejrzał się za drugim butem.
- Shiro… Daj mi buta. – mruknął i wyciągnął przed siebie rękę, machając nią w powietrzu. Jednakże nie czekał długo, czy chłopak podałby mu go, czy też nie, ale podniósł się z łóżka i nieco przygarbiony podszedł do jasnowłosego.
- Shiroooo. – nagle opadł na niego. Rędce przewisł przez drobne ramiona chłopaka, a broda oparła się o czubek głowy Hirokiego.
- Ale masz miękkie włosy. – mruknął, przymykając oczy.
- Zanieś mnie, Shiro. – coraz cichszy głos, aż w końcu Sheba… uciął sobie drzemkę. Opierając się o niego. I zapewne zwalając się na ziemię, gdyż Sheba swoje ważył. Wraz z hukiem uchylił przymknięte powieki.
- Już jesteśmy? – zapytał z dziecinną naiwnością.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Hiroki nie spał. Nie mógł. Oparł głowę o brzeg łóżka i czekał, aż powieki znów się zamkną, ale ilekroć odpływał, przed oczami znów stawał mu paskudny obraz. Cucony na siłę, w końcu objął się szczelniej kocem i uznał, że po prostu poczeka, choć nic nie zapowiadało na to, że Jinx obudzi się prędko. Żarł się ze sobą dłuższy moment, nim uznał, że powinien wracać na miejsce. Nawet już się wsparł łokciem, ale w tej samej sekundzie rozległo się pukanie. Usiadł twardo na tyłku, zerkając w kierunku otwierających się w drzwi.
A potem?
Potem już nie było czasu.
Spojrzał na niego beznamiętnie, choć za mocną ścianą obojętności krył się prawdziwy obraz strachu. Liczył na to, że po samym pukaniu Jinx zerwie się z łóżka, jak na alarm. W końcu obiecał. Mówił, że ma lekki sen. Dał znać, że Hiroki nawet gdyby chciał, to by nie uciekł. A teraz?
Oszust, przeszło mu przez myśl, nim poczuł, jak zostaje postawiony do pionu. Odrętwiałe mięśnie zabolały, wykrzywiając nieco jego szczeniacką twarz w grymasie. Ledwie na ułamek sekundy, bo zaraz potem poczuł jak leci.
„Won mi stąd”.
Noga przesunęła się, ale o zbyt niewielki fragment, by rzucony z taką siłą mógł zachować równowagę. Runął na ziemię, zbijając sobie łokcie i automatycznie przepełzł jeszcze kawałek, zerkając na Jaspera z jakimś nieopisanym niepokojem. Nie był głupi. Widział zmianę, jaka miała miejsce. Ta nagła delikatność, spokój, wręcz chora sympatia.
„Coś ty mu zrobił, co?”
Zamrugał autentycznie zaskoczony. No przecież nic. Hiroki usiadł, prostując ostrożnie ramiona. Nabrał wdechu, choć wcale nie musiał tego robić, by mu odpowiedzieć. Nim jednak zdążył zebrać się na odwagę, nieznajomy znów powrócił do oglądania czarnowłosego.
„Jinx?”
Hiroki podniósł się z ziemi, rezygnując z przytrzymania koca. Ciężki materiał pozostał pofałdowany wokół jego stóp, gdy on sam przyglądał się tej scenie nic nie rozumiejąc. Ani tego, dlaczego na twarzy blondyna pojawił się nagły strach, ani dalszych etapów z potrząsaniem, podnoszeniem głosu, w końcu paniką. Może Jinx umierał? Może coś się stało, gdy on sam spał na kanapie? Może...
„To twoja wina...”
Ocknął się. Nie myślał. Po prostu działał. W jednej sekundzie ujrzał, jak mężczyzna się do niego odwraca, a w drugiej już przemykał pod jego rękoma, które śmignęły mu nad głową, przecinając powietrze na pół. Nie było tak jak w filmach, że poczuł jak czas się zatrzymuje albo spowalnia. Ten działał raczej na jego niekorzyść. Cholera. Cholera. Jasna cholera. Hiroki zdążył zrobić ledwie krok i pokraczne pół następnego, nim Jasper chwycił za brzeg „jego” bluzy i podstawił go sobie pod twarz. Warknął bezdźwięcznie, podnosząc dłoń, którą zacisnął w pięść i...
Bełkot zatrzymał cios, nim ten w ogóle zdążyłby zostać wyprowadzony. Drżąca ręka zawisła w powietrzu, palce rozwarły się, a Hiroki zerknął kątem oka ku mamroczącemu pod nosem właścicielowi burdelu.
Żył.
Widocznie w piekle mieli pełen komplet.
Fuknął, chwytając się za bluzę i poprawiając ją przy szyi. Zerknął na ich dwójkę, zaciskając zęby i zastanawiając się, czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby wstał i...
„Och, tak. Pamiętam”.
Mimo bezczelnego ziewnięcia Hiroki zrozumiał przekaz. Spojrzał wtedy na swoje dłonie lekko zamglonym wzrokiem, jak na coś, co wcale nie należało do niego. Jeszcze ledwie dwie minuty wstecz był w stanie zaprzeczyć wszystkim oskarżeniom, jakie chciano na niego nałożyć. W jego wersji wydarzeń nic Jinxowi nie zrobił i do teraz był tego pewien. Usnął, a moment później obudził się w środku nocy, przy dogasającym kominku. Zero ataków. Zero prób zranienia go, bo plan uduszenia zdusił w zalążku.
Ale ta herbata... Parzący wrzątek, bąble, no i przecież na pewno tego nie miał, gdy Hiroki zasypiał. A zasypiał z kubkiem napoju w rękach.
„Idziemy, nie słyszałeś?”
Pocz---
Nie musiał. Oczywiście, że nie musiał nic mówić, ani się wyrywać. Zmierzył blondyna jasnoszarym spojrzeniem. Dopiero powoli dochodziło do niego, że gdy ten wyciągnął łapska, Hiroki momentalnie zacisnął smoliste palce na swoich ramionach, obejmując się w dość mocnym uścisku. To kolejny raz, gdy Jinx go uratował, nawet jeśli nieświadomie.
„Zresztą, nie dotykaj go, bo tego nie lubi”.
Hipokryta.
Shirōyate wypuścił powietrze przez zęby, wyrażając tym swoją ulgę. Do teraz serce waliło mu jak młotem, ale paradoksalnie do wczorajszej ucieczki, bliskość czarnowłosego dodawała jakiegoś niesprecyzowanego skrawka otuchy. Nawet jeśli wydawał się nie brać zdania młodego Smoka pod uwagę, tak w kryzysowych sytuacjach to jednak on zjawiał się i ustawiał wszystko do pionu. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby ostatecznie nie wziął go z nocnej śnieżycy? Albo gdyby teraz nie zareagował, korzystając ze swojej pozycji?
Pozycji, która nieco poprzestawiała mu wartości. Hiroki oderwał wzrok od drzwi i przeniósł go ostatecznie na zaspaną twarz wymordowanego. Podać buta? Rozejrzał się niechętnie. Ledwie go dostrzegł, gdy Jinx nagle podniósł się z łóżka i...
Opętany zesztywniał, podnosząc nieco ręce. Jedną z nich niepewnie ułożył na brzuchu mężczyzny i naparł, używając do tego szczątkowej siły. Czuł ciepło jego ciała i to doprowadzało go do obłędu.
Wcale nie są miękkie, Jinx, proszę. Naprawdę nie lubię, jak mnie dotykasz.
Jinx oparł się o niego, a sam Hiroki wywalił dolną wargę i zmrużył poirytowany oczy. Za jakie...
„Zanieś mnie, Shiro”.
Tak, oczywiście, jasne... co?.. Jinx, czekaj. Moment, ja nie...
BACH!
Cały pokój się wywrócił, a Hiroki znów wylądował na ziemi. Tym razem pod ciężarem, który jednym uderzeniem wymusił na nim głośne westchnięcie.
„Już jesteśmy?”
Drgnęła mu dolna powieka.
Nie, dopiero mijamy pierwszy zakręt. Wstrzymaj oddech, będzie trzęsło. Ręka Shirōyate wylądowała na twarzy wymordowanego. Odchylił jego wielki, zakuty, zaspany łeb na bok, byle jak najdalej od siebie. Jednocześnie zgiął nogę (tą, która nie była przygnieciona) w kolanie i zaparł się stopą o ziemię, chcąc podnieść ciało wymordowanego na tyle, by móc się spod niego wydostać. Dołownie w tym samym czasie Raphael pokonała schodki, zdecydowanie nie bez problemów. Kolorowe zwierzątko otrzepało się, wielce dumne ze swojego dokonania, ale mina automatycznie jej zrzedła, gdy ujrzała, jak spod ciała czarnowłosego, wystaje jedynie skrawek jej właściciela. Zjeżyła się cała, przechodząc z trybu kromstaka na tryb wysuszonego pudla z afro i w bohaterskim odruchu rzuciła ku napastnikowi, od razu atakując pazurkami wielkości mikroskopijnych szpilek. Objęła wszystkimi czterema łapkami jego nagie przedramię, rozwierając paszczę i próbując połknąć jego rękę w całości, bo w rzeczywistości czuła się teraz, jak trzymetrowy lew, a nie dwudziestu-centymetrowa posykująca kulka.
Przez zdenerwowanie Hiroki nawet jej nie zauważył.
Złaź ze mnie. Nie mogę oddychać. Jinx? Jinx, naprawdę. Proszę, wbijasz mi kolano w...
Wcale nie chodziło o jego wagę. Nie do końca, ale okazała się idealnym pretekstem, by próbować go namówić do szybszego zejścia. To pierwszy raz... Hiroki nagle przestał na niego napierać. To wcale nie był pierwszy raz.  Umilkł cichy, mdły głos, dobijający się do głowy czarnowłosego. Dłonie opadły na ziemię, jedna wzdłuż ciała, druga stuknęła cicho, uderzając knykciami tuż przy głowie jasnowłosego, który odwrócił twarz na bok i zacisnął wargi. Jinx mógł poczuć jak i tak mocno roztrzepotane serce bije jeszcze solidniej, wybijając się poza naturalny rytm.
Dlaczego tak proste kwestie do niego nie docierały?
Jesteś taki brudny... - wycedził ostrzej, pustym spojrzeniem uparcie wpatrując się w jeden nieokreślony punkt na ścianie. Złaź. Zaraz zwymiotuję.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Poranki dla Sheby były.. różne. Wszystko zależało od humoru poprzedniego dnia, dawki narkotyków jakie zażył albo po prostu jak bardzo był zmęczony. Rzadko można było przewidzieć w jakim stanie wstanie. I z jakim humorem. Zdarzały się takie poranki, że ogarniał się w jakieś parę minut po przebudzeniu i był gotowy do życia oraz działania, ale zdarzały się również takie jak dzisiaj, że nawet czołg nie byłby w stanie go podnieść.
I wszelkie jego poczynania w tym momencie nie były w pełni świadome,  a raczej balansowały między jawą a snem, odbijając się o jego umysł boleśnie. Szczerze powiedziawszy nawet nie zorientował się, że wylądował na chłopaku. Że go przygniata czy też wbija swoje kolano w jakieś miękkie części ciała. Nawet słowa Shiro odbijały się od niego echem, jakby rzucano kamieniami w ścianę w nadziei, że ta wreszcie się zbuntuje i coś odpyskuje albo odrzuci śmiercionośnym kawałkiem skały. Jednakże między Jinxem a ścianą była taka różnica, że ta druga na zawsze pozostanie niewzruszona, a mężczyzna powolutku zaczął się przebudzać.
” Wcale nie są miękkie”
Ależ są, są. Jak cały ty.
” Naprawdę nie lubię, jak mnie dotykasz.”
No przecież cię nie dotykam… ja się tylko opieram.
Całą resztę wpuścił przez jedno ucho, by zaraz po chwili wypuścić drugim uchem. Ciche „mhm” wydobyło się z niego w odpowiedzi na sarkastyczną odzywkę chłopaka. Ale! Postęp. Uchylił jedno oko. Zawsze coś. I pewnie leżałby tak jeszcze przez chwilę, zupełnie niewzruszony, niczym belka przygniatająca małego kociaka, który to próbuje się spod niej wydostać, gdyby nie nagłe znieruchomienie chłopaka. Możliwe, że gdyby Jinx nie byłby aktualnie w takim stanie, to zupełnie inaczej podszedłby do zachowania Shiroyate. Możliwe, że zacząłby łączyć ze sobą porozrzucane elementy, kawałki puzzli, które albo Shiro sam mu dawał, albo Sheba brutalnie i własnoręcznie mu wyrywał. Możliwe…. Ale jego umysł w tym momencie funkcjonował zupełnie inaczej. I na zwolnionych obrotach. Dlatego też nic nie połapał, nic się nie zorientował.
Ale plus tego był taki, że się podniósł do pozycji siedzącej, zwracając chłopakowi upragnioną przestrzeń osobistą, choć wciąż dupskiem siedział na nim. Przynajmniej nie wgniatał go w ziemię.
” Jesteś taki brudny...”
Wciąż, nic nie wiedział i nie łapał, choć jego umysł powoli zaczął funkcjonować. Brwi zmarszczyły się tworząc pojedynczą, ściągniętą kreskę, a miodowe oczy przemknęły po chłopaku, uparcie wpatrując się w jego twarz.
- Shiro, czy ty… – momentalnie zamilkł. Właściwie sam nie był pewien o co chce zapytać. To, co przemknęło mu przez głowę było zbyt absurdalne. Dzieciak był zbyt niewinny, w przeciwieństwie do Sheby, zbyt czysty. A wszelkie jego odruchy obronne, nienawidzące tak bardzo dotyku podpinał pod przemoc, jaką ktoś stosował w jego kierunku. Dlatego też wszelkie inne myśli momentalnie wyrzucił z pamięci.
- No co ty gadasz. Myłem się trzy dni temu. Nie jestem taki brudny, czyścioszku – rzucił obronnym tonem, choć nie było w nim ani krzty złości. Jak widać, obudził się w całkiem niezłym nastroju. Wreszcie dźwignął się na równe nogi i przeciągnął, wyciągając ręce ku górze, czując jak nawet najmniejszy krąg w jego kręgosłupie prostuje się i strzela. I dopiero wtedy zorientował się… że coś ma uczepionego do ramienia. Coś małego i kolorowego. Mimowolne parsknął pod nosem, by po chwili westchnąć cicho. Złapał dłonią za zwierzaka i pociągnął mocniej, nie bacząc, czy się przy tym pokaleczy tymi igiełkami czy też nie, następnie zwrócił go bezpośrednio chłopakowi.
- Pilnuj jej.  A niedobrze ci pewnie z głodu. W sumie mało wczoraj zjadłeś. A co zjadłeś to wyrzygałeś. – rzucił lekkim tonem, ziewając szeroko i podchodząc do lewej strony łóżka, gdzie walały się jego smutne spodnie. Sięgnął po materiał i wsunął je na tyłek, dzwoniąc przy tym dwoma zaczepionymi łańcuchami do nich, które uderzając o siebie wydawały charakterystyczny dźwięk.
- Trzeba znaleźć Ci buty. Jaki masz rozmiar stopy? – zapytał nawet nie spoglądając za siebie.
O ile po terenie burdelu, Shiro mógł jeszcze przemieszczać się w samych skarpetkach, to poza budynek niezbyt. A Sheba zamierzał wnet go zabrać ze sobą na spacer. Niech powoli ludzie go poznają. Prawda była taka, że w tym Jinx miał ukryty powód. Jeżeli mieszkańcy Desperacji zaczną kojarzyć Shirotaye z Shebą, istniało wielkie prawdopodobieństwo, że jak dzieciak kiedyś odłączy się od Jinxa czy nawet odejdzie, to spora ilość wymordowanych będzie bała się go tknąć nawet najmniejszym palcem. Ba. Nie będzie nawet chciała na niego spojrzeć. To było swego rodzaju zabezpieczenie, by chłopak uniknął niepotrzebnego picia i kopania. Ale była również druga strona medalu, mniej chwalebna. Ktoś bardziej pyszałkowaty mógłby chcieć wykorzystać chłopaka przeciwko Jinxowi. No cóż, wszystko miało swoje dobre i złe strony, a Sheba w tym momencie sam wybrał mniejsze zło, jednocześnie nakreślając w pewien sposób przyszłość jasnowłosego.
Kiedy założył nowy t-shirt, bo wczorajszy ktoś mu obsmarkał, sięgnął po dość ciepły, wełniany sweter na zamek, niestety znający już spory upływ czasu o czym świadczyły sporadyczne zaciągnięcia oraz dziury.
- Gotowy? To idziemy coś zjeść. – rzucił mężczyzna I wskazał brodę drzwi, niemo mówiąc mu, żeby się ruszył.
O tej porze dnia korytarz był dość opustoszały. Łatwo można było się domyśleć, że kobiety pracowały głównie nocą, a teraz odsypiały. Oczywiście można było spotkać sporadycznie jakąś kurewkę, ale tak – pusto. Jinx z wciąż nieco przymuloną miną kroczył do przodu, najpierw skręcając w prawo, co jakiś czas odbijając w lewo, coraz bardziej zagłębiając się w labirynt korytarzy. Co rusz zerkał za siebie, chcąc się upewnić, że Shiro podąża za nim. A cisza, która panowała pomiędzy nimi była z każdą chwilą coraz bardziej uciążliwa.
- Chciałem cię o to wczoraj zapytać, ale usnąłeś. Właściwie ile to masz lat? I jak długo żyjesz w Desperacji? – zapytał odwracając głowę w stronę chłopaka. Zastanawiał się, czy jego teoria się sprawdzi. O ile dzieciak powie mu prawdę.
To była sekunda, kiedy przystanął.
Palce zacisnęły się na materiale ubrania chłopaka, a potem z całej siły cisnął nim w bok, gdzieś na ścianę.
Może zrobił sobie krzywdę. Może się połamał.
Jinxa w tym momencie to w ogóle nie obchodziło.
- LEŻ! – jego krzyk rozdarł ciszę, by chwilę, dosłownie sekundę później do jego głosu dołączył akompaniament trzech huków. A dokładniej wystrzałów. Kolejna sekunda, a brudna, drewniana posadzka została zbryzgana czerwienią krwi. Trzy wystrzały, dwa celne, jeden minął cel. No prawie, nie licząc czerwonej kreski na lewym policzku mężczyzny. Jednakże bardziej przyjrzeć się sobie Sheba nie dał.
- Trzymaj skurwiela. – wysyczał nieprzyjemnie, ruszając szybkim biegiem w głąb korytarza, gdzie już Jasper siłował się z jakimś mężczyzną o brązowych włosach. Trzecia kulka była przeznaczona wprost w głowę Sheby i zapewne oberwałby nią, gdyby nie Jasper, który zaskoczywszy przeciwnika podbił jego dłoń z bronią nieco wyżej, dzięki temu ucierpiał jedynie policzek bruneta. Ale Sheba nie zamierzał oddać swojej „zwierzyny” blondynowi. Wykorzystał szamotanie wroga z Jaserem, i kiedy tylko znalazł się przy nim, palce prawej dłoni boleśnie zacisnęły się na jego twarzy. Szarpnął mocno, wyrywając go z objęć Jaspera, a następnie z całej siły uderzył głową mężczyzny o ścianę. A potem jeszcze raz i jeszcze raz. Powstrzymał się dopiero w chwili, kiedy jego ręka  była pokryta krwią i odłamkami czaszki mężczyzny. Wypuścił go z żelaznego uścisku swoich palców spoglądając z szerokim uśmiechem, jak ten osuwa się na ziemię i pada bez ruchu.
- Żyje? – zapytał Jasper podnosząc wcześniej upuszczoną przez obcego broń.
- A chuj wie. – rzucił Sheba uderzając nieprzytomnego bądź martwego w brzuch.
- Jak żyje, to przesłuchać. Chcę wiedzieć co to za chuj paraduje mi w domu z bronią i strzela do mnie. – wycedził wciąż z tym niepokojącym uśmiechem. Oddychał szybko i ciężko, ale rozpierała go… ekscytacja. Trwało to jednak zbyt krótko, gdyż na jego twarzy zawitała znowu monotonia i znudzenie. Przycisnął lewą dłoń do prawego boku, czując, jak pomiędzy palcami broczy krew.
Dwa wystrzały trafiły.
Ale drugiego nie czuł. Więc…. Aaa. No tak. Wzrok przesunął po prawej dłoni, gdzie w przedramieniu tkwiła kula.
Zaklął cicho pod nosem.
A nawet i głośniej.  
Teraz dopiero mógł zwrócić uwagę na Shiro. Odwrócił się i wyszukawszy spojrzeniem chłopaka pospiesznie ruszył w jego stronę, zostawiając po sobie czerwone ślady. Znalazłszy się przy nim, przykucnął i spojrzał na małego, a w jego oczach momentalnie błysnęło coś łagodniejszego.
- Bardzo się wystraszyłeś? – zapytał spokojnie I sięgnął lewą ręką w jego stronę, lecz w ostatniej chwili zawiesił ją w powietrzu. Była zakrwawiona, a Shiro i tak był przewrażliwiony na punkcie jego brudu. Po co go bardziej stresować?
- Szefie! – jakaś kobieta, blondynka o obfitych kształtach, ta, która wczorajszego dnia przyniosła potrawę, przykucnęła przy mężczyźnie, lecz ten jedną ręką ją odsunął.
- Rozmawiam, nie widzisz? – warknął nieprzyjemnie.
- Ale..
- Wiem, idę. – rzucił zniecierpliwionym tonem I się podniósł, przyciskając dłoń do boku jeszcze mocniej. Jego twarz momentalnie pobladła, a w oczach migotały ogniki bólu, choć całkiem nieźle jeszcze się trzymał.
- Idę wyciągnąć to gówno ze mną. Myślę, że nie chcesz na to patrzeć a i powinieneś coś zjeść, więc możesz poczekać na mnie w jadalni. Jasper Cię zaprowadzi. Hej, Jas! – odwrócił się w stronę blondyna, który akurat instruował dwóch dryblasów co mają zrobić z obcym mężczyzną.
- Zabierzesz Shiro do jadalni? – zapytał, a Jasper obdarzył go szerokim, jakże fałszywym uśmiechem.
- Ależ oczywiście.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


„Shiro, czy ty...”
Skrzywił się, jakby znalazł coś fluorescencyjnego pod zlewem. Zęby mimowolnie zatrzasnęły się, wykrzywiając jego twarz jeszcze bardziej. Ale tylko na moment. Zaraz potem mięśnie rozluźniły się na nowo, a powieki przymknęły i tylko serce waliło ze zdenerwowania. „Rozluźnij się. Wtedy mniej boli”. Nawet teraz słyszał szept nad uchem, porównywalny do ciężkiego, mdłego, gęstego powietrza. I gorącego. Wręcz parzącego. Ale pod tym względem głos miał rację. Bez wyrywania się, zawsze szło szybciej i nie było takiego bałaganu. „Tylko nie narób hałasu, bo ktoś może usłyszeć”. Jasne.
Hiroki drgnął nagle, unosząc nieco ramiona. Uchylił jedną powiekę i zerknął niepewnie na Jinxa, by zaraz otworzyć drugie oko i przekręcić głowę w jego stronę. „Czyścioszku”..?
Szybko!
Podłap temat.
Wtedy się nie zorientuje!
Pewnie gdyby nie był sobą to by się nerwowo zaśmiał, przeczesując włosy.
No to kamień z serca, rzucił za to jakby nigdy nic, podnosząc się na łokciu. Pulsujący ból od razu przebił się przez to dziwne uczucie, jakie złapało go przez zbytnią bliskość. Natychmiast się usadził i przemknął palcami po rannym ramieniu, wzrok nakierowując na...
Tak, będę jej pilnował – wtrącił, wyciągając dłonie po Raphael. Zwierzątko rzucało się jeszcze chwilę, drapiąc nieświadomie ręce właściciela, ale gdy tylko Hiroki przygarnął ją do piersi, natychmiast się uspokoiła. Łypała gniewnie ku czarnowłosemu, oddychają szybko i co jakiś czas wydając z siebie dziwne, gulgocząco-warczące dźwięki, ale chociaż przestała się wyrywać. Przylgnęła silniej do pana, gdy ten zaczął się podnosić z ziemi.
Trzydzieści osiem. Albo dziewięć. W zależności od butów.
Zachowuj się.
Zachowaj twarz.
Zachowaj pozory.
Nikt się nie zorientuje.
A już na pewno nie ten pełen majestatu i wrodzonej wrażliwości osobnik.
Hiroki zamrugał. Idziemy coś zjeść? To nie było tak, że codziennie przynoszono mu posiłki do pokoju? Jak prawdziwemu królowi? Dzieciak zmrużył oczy, ale poszedł za nim, trzymając barwne zwierzątko.
Pusty korytarz był mu w sumie na rękę. Trzymał się te konieczne trzy czy cztery kroki za Jinxem, nadal czując na sobie wyimaginowany ciężar wymordowanego, jego zapach, nawet oddech. Do teraz serce było niespokojne, nie pozwalając mu zapomnieć, choć zdrowy rozsądek próbował rozwiać wszystkie obrazy. Shirōyate  marudnie pomachał ręką w powietrzu, jakby chciał odgonić nachalnego owada, akurat wtedy, gdy Jinx się do niego odezwał. Niestety. Dla Hirokiego cisza była zbawienna. W końcu miał czas, aby do niej przywyknąć.
Hm? Czternaście. I nie nazwałbym tego życiem. Kilka miesięcy. Może dwa? Albo trzy? Nie wiem. Nikt tutaj nie zna dat. Nie, żeby w ogóle mu odpowiadali... więc co tu w ogóle mówić o jakichś datach. Ty pewnie trochę... Ściął się, czując tylko, jak obolałe kończyny wypuszczają kromstaka, a nagle zmiażdżone płuca wymuszają na nim wydech. Na moment go zamroczyło, ale gdy upadł na podłogę, od razu chwycił się za głowę i rozejrzał nieprzytomnie. Na rozkaz nie zareagował. Chyba nawet nie musiał, bo huk wystrzałów posłał go na ziemię. W pierwszym odruchu zakrył uszy dłońmi, ale zaraz uniósł jedno ramię i uratował Raphael przez rozdeptaniem. Ogon bestii musnął ledwo podeszwę buta Jinxa, nim ten ciężkim krokiem ruszył przed siebie. Hiroki przytulił do siebie roztrzęsione, nieświadome tego co się dzieje ciałko i zerknął spod grzywki, jak czarnowłosy rusza w najgorsze bagno.
Co to w ogóle za cyrk?
Miał leżeć. Jasne. Ale z drugiej strony chęć ucieczki okazywała się ciut bardziej kusząca, niż tulenie do siebie podłogi, w dodatku niezbyt czystej. Smok ostrożnie podniósł się do siadu, nadal jednak mocno zgarbiony, z głową między ramionami. Nie chciał zwracać na siebie uwagi, szczególnie, gdy dostrzegł, kto trzyma mężczyznę, który przed momentem zaatakował Jinxa. Hiroki może nawet by wstał i zwiał, bo mimo miękkich nóg, był pewien, że adrenalina zrobi swoje... ale ciało nagle zesztywniało, a on sam znieruchomiał, ze wzrokiem wbitym w twarz czarnowłosego. To, jak chwycił swoją ofiarę, jak roztrzaskiwał jego głowę o ścianę... jedno, drugie i kolejne, i następne uderzenie, aż została tylko ciemnoczerwona masa, która zmusiła żołądek młodego obserwatora do podskoczenia aż pod gardło. Nie to było najgorsze. Zdecydowanie nie to. Dopiero później, z ciągłym, irytującym wręcz odrętwieniem, przeniósł spojrzenie na twarz Jinxa. Lepiej byłoby, gdyby zrobił to chociaż tę sekundę później, bo może wtedy nie dostrzegłby, jak uniesione kąciki ust, zdradzają chwilowe zadowolenie.
Ścisnął Raphael.
Dlaczego się uśmiechał? Dlaczego, do licha, uśmiechał się, gdy pozbawiał kogoś życia? Przecież to mógł być ktokolwiek. A jakby zaatakowała go kobieta? Albo..?
Raphael zapiszczała, przywołując go do realnego świata. Przestał ją tak podduszać, ale za to zorientował się, że Jinx nie stał już pod ścianą, nad ciałem ofiary. Zbliżał się do niego. Shirōyate mimowolnie cofnął się o krok, a potem o jeszcze dwa następne, zerkając na niego z nieopisanym błyskiem w jasnych ślepiach. Nie poświęcił zakrwawionej ręce handlarza nawet sekundy uwagi, całkowicie koncentrując się na jego twarzy. Łagodniejszej, bez cienia agresji. W dodatku ten spokój jaki włożył w pytanie... To zupełnie nie pasowało do osoby, jaką był przed chwilą. Jaka pastwiła się, jak prawdziwy kat. Jasne, ten mężczyzna go zaatakował, nawet zranił, mógł nawet zabić, ale to i tak nie był argument, żeby...
„Hej, Jas!”
To, co działo się dalej, było kolejnym ciosem. Hiroki spojrzał z paniką na blondyna, posyłając mu wręcz ostrzegawcze spojrzenie. W pierwszym odruchu chciał zaprzeczyć, pójść z Jinxem, krok za nim, ale na tyle blisko, by Jas nie mógł go dotknąć. Bo przecież Jas już wiedział, że Shirōyate nie uciekł, nie słuchając dobitnej groźby, jaką mu zaserwowano dzień wstecz. Pewnie nawet orientował się o wczorajszym incydencie, zakładając, że w burdelu plotki prędko się roznosiły. Ale Hiroki ten odruch zdusił w sobie. Nie dlatego, że wolał Jasa, który - jak zakładał - nie miał zbyt pozytywnych zamiarów. Tylko, że do teraz ręce jasnowłosego drżały, na samą myśl o drugiej osobowości Jinxa. Wystarczył ten jeden drobny impuls, żeby zdjąć mu kaganiec. Teraz prezentował się gorzej, niż Jasper, który przecież nie mógł zrobić mu nic złego, póki znajdowali się w holu, a w jadalni - czy gdziekolwiek teraz szli - pewnie też były jakieś osoby trzecie. Nie było więc mowy, żeby zrobił mu krzywdę, tak?
Shirōyate przełknął imię właściciela burdelu i poszedł z Jasperem.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


To było wręcz niemożliwe. To, jak łagodnie spoglądał na chłopaka, jak spokojnie mówił i że nie miał ochoty rozszarpać osób ze swojego najbliższego otoczenia. Bo takiej sytuacji jak ta, która miała parę chwil temu miejsce, Sheba powinien rzucać kurwami, w przenośni i dosłownie, na boki, szukając zaczepki, by móc się na czymś, bądź na kimś wyżyć. A zamiast tego, zachowywał względny spokój. A to było dość przerażające na swój sposób. I zaskakujące, bo aż niepodobne do niego. Ale Jinx już wiedział, że to nie będzie dobry dzień. I kiedy tylko skończy opatrywać samego siebie, zobaczy czy u młodego wszystko dobrze, z pewnością będzie chciał się dowiedzieć, co to za sukinsyn władował mu się brudnymi buciorami do domu i na domiar złego zamierzał go zabić. A gdy już wyciągnie najpotrzebniejsze informacji, agresor mógł być pewny, że pożałuje chwili, kiedy postanowił przekroczyć próg burdelu.
Sheba odprowadził wzrokiem Shiro i Jaspera, po czym jego oblicze momentalnie uległo zmianie. I choć twarz nadal pozostawała niewzruszona, to miodowe oczy pociemniały, przypominając teraz spojrzenie niebezpiecznego drapieżnika.
- Szefie, musis— – kobieta nie dokończyła, kiedy prawa dłoń wystrzeliła w jej stronę, a palce zacisnęły się na jej krtani. I choć Sheba nawet na nią nie spojrzał, a wzrok wciąż miał utkwiony przed siebie, tak kobieta mogła już wiedzieć, że jego wewnętrzna bestia czuwa.
- Powiedziałem coś. Nie jestem pierdolonym szczeniakiem. Odsuń się ode mnie, sam sobie poradzę. Idź i zajmij się klientami, bo rozwalę Ci ryj o parapet. – warknął nieprzyjemnie. Kobieta załkała bezdźwięcznie, a łzy zaczęły skapywać na dłoń mężczyzny. Jaka szkoda, że ich nie czuł.
- Jinx. Dusisz ją. – kobiecy głos podziałał na mężczyznę niczym kubeł zimnej wody. Palce poluzowały się, aż wreszcie wypuścił wystraszoną kobietę, która upadła ciężko na ziemię i bardzo szybko odczołgała się na bok.
- Wracaj do swoich zajęć i zapomnij o tym, dobrze? – spokojny ton Lidki nakazał delikatnie kobiecie, by ta się podniosła. Szatynka od razu przestała zwracać na nią uwagę, zupełnie skupiając się na mężczyźnie. Przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce, po czym westchnęła cicho pod nosem, czując, jak na jej barkach spoczywa coś ciężkiego. Coś, czego jednocześnie nie mogła, i przede wszystkim nie chciała się pozbywać.
- A ty chodź ze mną. – poleciła krótko wyprzedzając bruneta, który o dziwo.. posłusznie ruszył za kobietą.
Lidka nie odzywała się przez całą drogę. Nawet nie oglądała się, by upewnić się, czy mężczyzna podąża za nią. Bo podążał. I był w tym momencie kurewsko podbudowany. Wiedziała, że w stosunku do niego mogła sobie na wiele pozwolić, ale nawet ona miała jasno wytyczoną granicę, której po prostu nie mogła przekroczyć. Skierowała się do pokoju za brzydkimi, zielonymi i obdartymi przez czas drzwiami. Pokój, który zajmowała z czterema innymi kobietami, aktualnie nieobecnymi.
- Siadaj. – poleciła i wskazała brodą drewniany stołek. Przez całą drogę Sheba odczuwał coraz boleśniej skutki postrzału. I choć wiedział, że ani rana w ramieniu, ani też w boku nie stanowią zagrożenia, to jednak kurewsko bolało. No i stracił nieco krwi, nie wspominając o tym, że kula w jego boku wciąż tam tkwiła.
Sheba rozpiął najpierw sweter i rzuciło gdzieś na podłogę, potem dołączyła do niego zakrwawiona koszulka, i wreszcie usiadł na stołku, wpatrując się gdzieś przed siebie. Powinien dostać jakąś reprymendę, ale… Kobieta zerknęła na niego. Zachowa ją na później. Tak będzie bezpieczniej.
Przygotowała misę z wodą, pół butelki z alkoholem, igłę oraz starą, czerwoną nitkę. To powinno wystarczyć.
- Pójdę po medyka, czekaj cierpliwie. – powiedziała kobieta, i szybko wybiegła z pokoju.
Ale Sheba nie zamierzał być cierpliwy.
Spieszyło mu się.
Sięgnął po butelkę Burbona, przysunął do ust i przechyliwszy, wziął dwa duże łyki. Momentalnie poczuł jak alkohol rozgrzewa go od środka. Przyjemne uczucie. Dobra, poniekąd się znieczulił, następnie polał cieczą po ranie na boku oraz dwa noże, gdzie jeden wyciągnął z buta a drugi z tyłu, zza paska. Jeden wsunął między swoje usta, zaciskając na rękojeści zęby, a drugi przysunął do rany. Odetchnął raz przez nos, po czym wsunął ostrze w ranę, nieco ją rozszerzając, napierając na jeden z boków, a następnie wsunął palce drugiej w głąb rany i zaczął poszukiwania kuli.
To, że był aktualnie sam miało same plusy.  Nikt nie był świadkiem jego bólu, ani też słabości. A bolało kurewsko. Już po paru sekundach na czole oraz skroniach pojawiły się krople potu, a ciało zaczęło nieprzyjemnie drżeć. Ale nie zamierzał się poddawać.
Kompletnie się wyciszył, przestał kontaktować ze światem, skupiając się na tej jedynej czynności. Nawet nie wiedział, kiedy nad jego uchem rozległ się krzyk kobiety wołającej jego imię. Uniósł głowę i spojrzał wprost w brązowe, wystraszone oczy Lidki.
- Zwariowałeś? – zapytała przerażona dziewczyna. Sheba jedynie uśmiechnął się blado, wyciągając dłoń z rany i pokazując małą kulę na palcach.
- Jak widać… skutecznie. – – mruknął, wykrzywiając się w szerszym, nieprzyjemnym uśmiechu.
Reszta opatrywania przebiegła dość swobodnie i szybko, z racji, że Shebą zajął się już człowiek z wiedzą medyczną. Oczywiście nie obeszło się tym razem od krzyków i reprymend Lidki, ale tym razem Sheba kompletnie jej nie słuchał, starając się uciekać myślami gdzieś indziej. Stracił zupełnie poczucie czasu, ale zeszły mu pewnie z dwie godziny, jak nie dłużej. Kiedy burdelowy medyk, który nie był medykiem, skończył bandażować ramię, mężczyzna w końcu wstał i wyszedł, zostawiając swoje zakrwawione ciuchy w pokoju Lidki. Wypierze. I już miał zamiar skierować swoje kroki w stronę stołówki, gdy wtem zatrzymał go jeden z ochroniarzy. Ponoć miał gościa. Nożeszkurwajapierdolę. To naprawdę nie zapowiadał się dobry dzień. Bez słowa skręcił kierując się na spotkanie.

----------------------------------------------------------

Skinął głową. Słowa jego szefa były najważniejsze, I nie zamierzał ich podważać ani też kwestionować. Nawet nie spojrzał na chłopaka, skupiając się na Jinxie. Lecz kiedy jasnowłosy wreszcie pojawił się przy nim, Jasper w końcu skierował swoje spojrzenie na niego. Spojrzenie pełne… niczego. Zero jakiegokolwiek cieplejszego uczucia. Zero jakiejkolwiek przychylności. W jego oczach Shiroyate był przeszkodą, której Jasper chciał pozbyć się jak najszybciej tylko mógł.
- Idziemy. – ciche warknięcie oznajmiło, że ruszają. Jasper wsunął dłonie do kieszeni i ruszył jako pierwszy, mijając poobijanego mężczyznę… Nie, poobijany to złe znaczenie. Zmasakrowany. Tak, to dobre słowo. Już dwóch osiłków właśnie zaczynało podnosić nieszczęśnika, bynajmniej nie bawiąc się w jakiś uważnych sanitariuszy. Cóż, cudem będzie jak mężczyzna przeżyje do południa.
Spokój Jaspera nie trwał jednak zbyt długo. Kiedy tylko zniknęli za zakrętem, mężczyzna odwrócił się i złapał chłopaka za ramię, przyciskając go do ściany, jednocześnie zaciskając palce na drobnym ramieniu, niemal przebijając bluzę, tylko po to, by wbić się w skórę Shiroyate. Jasper zmrużywszy oczy nachylił się niebezpiecznie blisko twarzy chłopaka, a usta wygięły się w pogardliwym uśmieszku.
- Powiedz, przybłędo, czujesz się bezpieczny przy Jinxie? – cichy szept wdarł się do ucha chłopaka, tak delikatny i ulotny, zupełnie przeciwny do siły, jaką wkładał do przyciskania jego drobnego ciała do ściany.
- Wiesz, że on się tylko z tobą bawi, prawda? Chyba nie jesteś tak naiwny by sądzić, że ktoś tak wysoko postawiony jak on, zawracałby sobie głowę jakimś obesrańcem, jak ty, prawda? – rzucił, a brwi uniosły się wyżej, co nadało mu karykaturalnie wesołe oblicze. Raptownie puścił go i odsunął się od niego.
- Pomogę Ci. Widzisz te drzwi za mną? Udaj się przez nie, a potem skręć w prawo. Dzięki temu będziesz wolny. No dalej. Spierdalaj. – jego głos z każdym kolejnym słowem robił się coraz bardziej niecierpliwy, a oczy bezlitośnie wwiercały się w jego ciało. Jednakże Jasper nie dał mu nawet krotkiej chwili do namysłu, gdyż znowu pochwycił jego ramię w żelaznym uścisku i szarpnął go, by ten poszedł za nim.
- Mówiłem wystarczająco jasno, że obrzydzę Ci pobyt tutaj. I słowa zamierzam dotrzymać. – powiedział gwałtownie skręcając w lewo, a potem w kolejne lewo, aż w kocu otworzył drzwi i pchnął go do środka. Było to dość małe pomieszczenie, przeznaczone raczej na składowanie różnych rupieci. Składzik czy inny chlew.
Pchnął go głębiej, zamykając za sobą drzwi. Spojrzał na niego z góry, a jego oblicze ponownie przybrało ten chłodny wyraz, który chłopak miał prawo ujrzeć wczorajszego wieczoru.
- Nawet nie wiesz jak bardzo tobą gardzę. I jak bardzo cię nienawidzę. – powiedział cicho, zerkając w bok. A jego twarz momentalnie wykrzywiła się w podłym uśmiechu. Ruszył w stronę chłopaka zgarniając po drodze z jednej z półek zwykłe, ogrodowe obcęgi. Ot, nic nadzwyczajnego, jedne z wielu, służące do przycinania twardych i upartych gałązek w ogrodzie, a które nie widziały już lata światła dziennego. I nim chłopak zdążyłby się ruszyć, a i tak miał ograniczone pole do ucieczki zważywszy na małe wymiary pomieszczenia, Jasper znalazł się już przy nim, rzucając na ziemię i samemu siadając na nim, przyciskając kolano do jego klatki piersiowej, by nie uciekł mu. A różnica pomiędzy ich siłą fizyczną była w tym momencie wręcz namacalna. Lewa dłoń chwyciła mocno za szczękę chłopaka, jednocześnie palcami naciskając na jego policzki, co zmusiło go do instynktownego uchylenia warg. A tyle wystarczyło, by Jasper na chama wsunął metalową część obcęgów pomiędzy wargi chłopaka, od razu chwytając za górną czwórkę.
- Wyrywano Ci kiedyś zęby bez znieczulenia? Sprawię, że nigdy nie zapomnisz tego bólu. Tak jak mówiłem, zrobię z twojego życia tutaj prawdziwe piekło. A w tej części budynku nikt nie usłyszy twoich krzyków. Wierz mi. – powiedział zaskakująco spokojnie, napierając na jego zęba, lecz w pewnym momencie zatrzymał się. Brwi ściągnął w jeden łuk, sprawiając wrażenie, że nad czymś się zastanawia, by wreszcie raptownie zabrać narzędzie z ust chłopaka, pozostawiając jego zęba na miejscu.
Rozmyślił się?
Zamiast tego złapał za prawą dłoń Shirotaye i nacisnąwszy palcami na jego ścięgna, wręcz siłą zmusił, by najmniejszy palec chłopaka wyprostował się. Obcęgi zacisnęły się na opuszce i… szarpnął. Raz, porządnie w bok. Po składziku rozszedł się nieprzyjemny dźwięk łamanej kości.
Usta Jaspera wykrzywiły się w okrutnym uśmiechu, kiedy podniósł się spoglądając z góry na niego.
- Dziesięć dni. Na każdego palca. – powiedział cicho odrzucając obcęgi w bok, które to upały z głośnym stukiem na posadzkę. Ponownie nachylił się, lecz tym razem zgarnął chłopaka za ubrania, siłą podnosząc go do pionu.
- Ależ z ciebie fujara. Potykać się o własne nogi i łamać palca. – zacmokał cicho kręcąc przy tym głowę. I to były ostatnie słowa, jakimi go uraczył. Siłą wyszarpał go z pomieszczenia i tym razem nie zatrzymując się nigdzie więcej, udał do jadalni, gdzie zostawił chłopaka tuż za wejściem. Niech radzi sobie sam.



zt Jinx oraz Shirotaye



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Podróż powrotna była żmudna i wydawała się wyjątkowo dłużyć. Jinx w milczeniu obserwował mijany krajobraz, chociaż po prawdzie bardziej pasowałoby tutaj określenie syfu i zgliszczy. Wyłączył się na rozmowy swoich ludzi, zwłaszcza Jaspera, który zdawał mu raport o tym, co wydarzyło się podczas jego nieobecności. To wszystko z perspektywy czasu wydawało się cholernie mało istotne. Leżące ciało chłopaka, które wymordowany oparł o drugi koniec samochodu, bezwładnie podskakiwało w rytm samochodu, od czasu do czasu uderzając głową o szybę. Będzie miał solidnego guza przemknęło przez senny umysł mężczyzny, ale nawet wtedy nie kwapił się, by ułożyć dzieciaka jakoś wygodniej i przede wszystkim bezpieczniej. I tak już zbyt wiele dla niego poświęcił.
Kiedy wkroczył do burdelu, który był jego domem, odprawił machnięciem ręki niektóre dziewczyny, które podbiegły do niego, żeby go przywitać. W tym momencie nie miał ochoty nawet na cholerne pieprzenie.
- Szefie. – melodyjny głos Conniego wyrwał go z letargu. Odwrócił się niespiesznie, jakby chciał sprawdzić jego cierpliwość i przesunął wzrokiem po jego wyjątkowo młodej i ładnej twarzy, a potem wzrok spoczął na Hirokim znajdującym się w jego ramionach.
- Do mnie. – polecił krótko. Odwrócił się na pięcie I ruszył długimi korytarzami. Nie skierował się jednak od razu do swojego pokoju. Zamiast tego zahaczył jeszcze o medyka, który obejrzał jego rany. Co prawda Ourell, powinienem chociażby zadzwonić do niego, zrobił kawał roboty lecząc go z wszelakich większych i poważniejszych ran, ale ostatnia kontrola nic nie kosztuje. No, przynajmniej jego. Następnie zahaczył o łazienkę, gdzie mógł wreszcie się odświeżyć i pozbyć brudnych i zakrwawionych szmat, które do tej chwili pełniły funkcje ubrań. Chłodna woda przyjemnie otuliła jego napięte ciało, zmywając każdy skrzep, błoto czy też kurz. Zupełnie stracił poczucie czasu, dlatego też, kiedy wrócił do pokoju, na zewnątrz zdążył zapaść już zmrok. Hiroki leżał ułożony na wznak na łóżku, wciąż nie odzyskawszy zmysłów. Jednakże Jinx uraczył go jedynie krótkim, wręcz przelotnym spojrzeniem, usadzając się z dupskiem na kanapie. Odsapnął cicho, odchylając głowę nieco do tyłu i przymknął powieki, czując dziwne huczenie w skroniach. To był naprawdę męczący czas. Palce wsunęły się w ciemne, mokre włosy i poczochrał je nieco, nadając im pierwotny nieład. Sięgnął po karafkę z winem domowej roboty i odkorkował, przelewając do znajdującego się na stole drewnianego kubka. To było to, czego Sheba w tym momencie najbardziej potrzebował. Alkoholu. I ewentualnie wypoczynku. Zmęczenie oraz brak pełnowartościowego posiłku zrobiło swoje i już po pięciu kubkach wina w głowie wymordowanego zaczęło nieco szumieć, zdmuchują z jego powiek widmo snu. Dźwignął się ciężko z łóżka i pokonawszy te marne metry, znalazł się przy łóżko. Ugięło się nieco pod jego ciężarem, kiedy wślizgnął się na nie i zawisnął nad leżącym chłopcem. Dłoń musnęła drobną rękę ubarwioną ciemnymi palcami na koniuszkach, po czym mozolnym ruchem zaczęła wspinać się wyżej.
- Hiroki. – wymruczał cicho, przysuwając bliżej usta, aż musnął jego skroń. - Taki bezbronny. Zdany tylko i wyłącznie na mnie. Znowu cię uratowałem. – dłoń wreszcie dotarła do drobnej szyi, a palce lekko zacisnęły się dookoła niej. - Spłacisz swój dług. Oj spłacisz. Tylko jeszcze nie wiem jak. Może założę ci obrożę, żeby każdy widział, do kogo należysz, hm? – zapytał, choć doskonale wiedział, że nie otrzyma żadnej odpowiedzi. Uchylił usta, szczerząc dłuższe kły, kiedy nachylał się nad szyją Hirokiego. Zęby zahaczyły o ciepłą skórę i--
Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
-SHEBA! – Lidka zmarszczyła brwi, wpadając do pokoju jak huragan. W dłoniach ściskała tacę z parującą zupą w misce, którą huknęła o blat z taką siła, że przez moment istniało ryzyko rozlania posiłku na wszystkie strony. – Co ty wyrabiasz z tym biednym chłopcem, co? – Sheba odwrócił powoli głowę i mlasnął z niezadowoleniem, odsuwając się od chłopaka, aż wreszcie zerwał z nim jakikolwiek kontakt fizyczny, siadając obok.
- Nic. – burknął pod nosem, odwracając od niej spojrzenie.
- No właśnie widziałam. Jest jeszcze chory a ty-
- Odpuść. Należy do mnie.
- Wiem, że należy do ciebie, ale to nie oznaczy, że możesz robić z nim co chcesz!
- Nie? – brew wymordowanego uniosła się, a kobieta wiedziała, że akurat z tym spojrzeniem nie może walczyć. Westchnęła cicho, rozkładając ręce w bezradnym geście.
- Daj mu chociaż czas na wykurowanie się.
- Ta, ta. – mężczyzna podniósł się z łóżka i wsunął obie dłonie do kieszeni bluzy, kierując się w stronę wyjścia.
- W ogóle co zamierzasz z nim zrobić. Trzymać jako zwierzątko domowe?
- Może.
- Założysz mu obrożę i będziesz wyprowadzał na smyczy? Sheba, ludzie zaczynają gadać… Czekaj, gdzie ty idziesz? SHEBA! – ale odpowiedziały jej jedynie zamknięte drzwi.

[***]

- To wszystko? – zapytał Yule, poprawiają przewieszoną torbę przez ramie, wpatrując się uważnie w Jinxa, który aktualnie patroszył upolowanego wcześniej jelenia.
- Tak. Chcę wiedzieć wszystko. Skąd pochodzi. Gdzie się urodził. Jak do tej pory mieszkał. Nawet pierdolone imię jego pierwszego zwierzaka. – odpowiedział nawet na moment nie odwracając spojrzenia z wykonywanej czynności.
- Dobra. Najpierw zacznę od Desperacji, potem spróbuję poszerzyć poszukiwania o miasto, jak uda mi się przenikną za mury.

[***]

- Jinx. Unikasz go.
- Hm? Nie, po prostu byłem zajęty. – odparł odchylając się na krześle, czując jak syty posiłek wypełnia jego żołądek. Lidka pokręciła lekko głową i usiadła naprzeciwko niego.
- Jadasz tutaj, a nie u siebie. Sypiasz w innym pokoju.
- Chcę, żeby miał spokój, kiedy dochodzi do siebie po chorobie.
- To już ponad miesiąc, Jinx. A Hiro-chan zdążył dojść do siebie. – Sheba spojrzał na kobietę nieprzeniknionym wzrokiem, z którego ciężko było cokolwiek odczytać.
- Nie męcz mnie już. – warknął mężczyzna I podniósł się z głośnym szurnięciem krzesła.
- Znowu to robisz. Znowu uciekasz. – Sheba jednak zdążył już odwrócić się i ruszyć w stronę wyjścia z jadalni, ale Lidka tym razem nie zamierzała odpuścić. Dopadła wymordowanego i złapała go za przedramię, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie.
- O co ci chodzi? Nie możesz go po prostu sobie przygarnąć a potem porzucić, bo ci się znudził czy tylko dlatego, że się popsuł!
- Posłuchaj mnie- – źrenice mężczyzny momentalnie przybrały pionowy kształt, kiedy tuż obok niego, w drzwiach, pojawiła się mała, charakterystyczna sylwetka. Sheba bez jakiejkolwiek krępacji przesunął spojrzeniem od stóp do głów, jakby chciał ocenić stan chłopca. Usta wygięły się lekko w krzywym uśmieszku.
- No proszę. Mała glizda wypełzła z jamy. – rzucił złośliwie do Hirokiego, jednocześnie wyrywając swoje ramie z uścisku kobiecych palców.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


To był wrzask.
Potwór, który narodził się na samym dnie jego brzucha, przepchnął się pomiędzy wszystkimi organami, zadrapał gardło, a potem próbował przecisnąć się przez martwą krtań. Choć faktycznie żadne słowa nie padły i nie wszyscy byli świadkami krzyku, w kilku umysłach rozgorzało piekło.
Tak brzmiała osoba, którą obdzierano z duszy.

---------------------------------

Jeżeli pierwszy dzień był tragiczny, pierwszy tydzień okazał się piekłem. Rzucał się, warczał, kopał, wyzywał, używając do tego słów, których znaczenia nawet nie znał. Gorączka skropliła mu czoło, policzki pokraśniały mdłą czerwienią, palce zaciskały się i na powrót rozszczepiały jak harpie pazury. Kilkakrotnie młode ciało wygięło się w łuk, nim znów nie przyszpilono go do łóżka.
Leż, do kurwy ─ warknął Jasper, kuląc się od kolejnego mocniejszego pchnięcia nogi dzieciaka, która niefortunnie znalazła się na jego brzuchu. ─ Leż i czekaj, aż ci się polepszy.
To był jedyny czas, gdy obaj z taką samą furią pokazywali swoją nienawiść.

---------------------------------

Lepiej?
Jej głos dotknął jego ucha chwilę przed tym, jak na policzek padł ciepły oddech. Hiroki kiwnął głową, wpatrując się w szczupłe dłonie wysuwające igłę z otworu w pasie. Powoli zsunęła ciężki materiał z jego ramion i zerknęła na nagą skórę, unosząc lekko brew.
Przetrę to wodą.
Nie trzeba było.

---------------------------------

Jest na dole.
Wiedział to, ale nawet nie odwrócił twarzy w jej stronę. Wpatrywał się uparcie w tło ustawione po drugiej stronie szyby i sam nie wiedział na co właściwie liczył. Od tygodnia nic nie jadł; drugi tydzień wpychano mu żarcie siłą. Zwymiotował kilkakrotnie, dwa razy na Jaspera, za co otrzymał pamiątkowo pięścią w skroń. Teraz misa z zimnym makaronem leżała obok niego, będąc pierwszym, co rzuciło się w oczy Lidce. Dziewczyna wparła się rękoma pod boki i westchnęła ciężko.
Możesz do niego iść i pogadać.
Niedoczekanie.

---------------------------------

Zwilżył usta językiem, choć przecież nie było istotne, jak bardzo zdarte miał gardło, skoro i tak żadne słowa go nie opuszczą. Miał to jednak w dziwnym nawyku, jakby nie do końca wierzył we własne kalectwo ─ albo jakby próbował upozorować zdrowie, wszystkim wkoło pokazując, że potrafi mówić, tylko nie chce. Nie chciał też wielu innych rzeczy. Z pewnością słuchania wymiany zdań między tą dwójką. Na samą myśl wzbierało w nim nienazwane zło.
„Mała glista wypełzła z jamy.”
Powieki drgnęły na tę kąśliwą uwagę, ale zamiast się odgryźć, milczał całkowicie. Cisnęło mu się, aby warknąć, że glisty brną do ścierw i tylko dlatego się tu przypałętał, ale przecież nie byłaby to prawda. Tym, co go tutaj przywiodło, było coś, czego sam nie potrafił dokładnie skonkretyzować, co przerażało i fascynowało jednocześnie, coś, czego najchętniej by się pozbył wracając do dawnego życia.
W porządku?
Pytanie zawiązało mu usta. Zacisnął wargi jeszcze mocniej i zerknął z dołu na Lidkę, która z charakterystycznym błyskiem w oczach zrobiła pierwsze kilka kroków w jego stronę. Zatrzymała się pół metra od niego, jakby natrafiła na niewidzialną barierę, każącą jej przystanąć, nim wejdzie w bagnistą glebę.
W porządku.
Przynajmniej to wróciło do normy. Ton, który przez ostatni miesiąc roztrzaskiwał się w cudzych umysłach szeroką skalą, powrócił na dawne, neutralne tory. Nawet zdenerwowanie nie sięgnęło barwy jego głosu, choć skupienie na twarzy i zwarte szczęki bez dwóch zdań symbolizowały rozdarcie. Wypuścił jednak powietrze przez zęby i wyciągnął ramiona w kierunku kobiety.
Zrobiłem, co kazałaś.
Dopiero wtedy do niego podeszła. Nim odebrała pakunek, wsunęła jeden z kosmyków za ucho i zerknęła kątem oka ku Jinxowi. Jeden z tych znaków, które posyłają sobie tylko dorośli, gdzieś ponad głowami wpatrzonymi w stopy dzieci. Kiedy się prostowała, rzuciła jeszcze miękkie „dziękuję” i wyszła, zabierając żywcem każdy dźwięk z pomieszczenia. Hiroki całe życie trwał w głuchej ciszy, ale obecnej nie mógł znieść. Nie do końca wiedział, co zrobił nie tak. Jak za mgłą pamiętał pierwsze potknięcia, potem wspomnienia trawiła czarna dziura. Ilekroć pytał Lidki, co poszło nie tak, brała jego twarz w obie dłonie i mówiła, że ma się wziąć w garść; nie pytać tylko działać.
No to działam, mruknął sam do siebie, stojąc jak ostatni palant w drzwiach, z rękoma, na których wciąż czuł ciężar pakunku stworzonego za rozkazem dziewczyny. Minęła dobra chwila, w czasie której sekundy rozciągnęły się do rozmiarów minut, nim jasne brwi trochę się zmarszczyły. Wreszcie podniósł wzrok na Jinxa, unosząc brodę o kilka centymetrów za wysoko, aby nie nazwać tego gestu aroganckim.
Jeżeli jesteś na mnie zły, po prostu powiedz. Usta drgały na kształt tych słów, kiedy rozpraszał mgłę ciszy pierwszymi nutami „głosu”. Był w stanie znieść wszystkie wyzwiska pod swoim adresem, każdy płytki uśmieszek Jaspera i jego groźby nożem tuż przy gardle za każdym razem, gdy tylko odważył się wychylić nos z pokoju, w którym wcześniej go zamknięto. Trzymał się w garści, choć mobilizujące wstawki Lidki raczej go irytowały, niż otulały. Nie panował nad wspomnieniami ─ albo raczej ich brakiem ─ ale nie panikował z powodu bólu, który go dosięgał za każdym razem, gdy skupiał się na „ostatnich wydarzeniach”. Za to nie mógł już udźwignąć ciężaru jego spojrzenia.
Skąd w nim tyle beznamiętności?
Najlepiej teraz.
Od kiedy stawiasz mu warunki?
Czarne palce zacisnęły się na dole bluzy ─ materiału, który był jedynym kolorowym akcentem na całej jego sylwetce, z kolorem skóry czy oczu włącznie. Dość miał stawiania go pod rynną w najgorsze ulewy.
Póki jeszcze tu jestem. Coś w szarych tęczówkach się zmieniło. Zimna furia, niemożliwa przecież do odegrania przez nieekspresywną twarz, ogarnęła jego spojrzenie i trwała do czasu, aż nie zmrużył mocniej powiek, ściągając ponad nimi brwi. Z samego rana znikam. Dziękuję, że się mną zająłeś. Kącik ust Hirokiego drgnął w gorzkim grymasie. Albo raczej kazałeś się zajmować jakimś podrzędnym ścierwom i nieletnim dziewczynom. A jednak. Wcale nie potrzebował kolorytu w głosie, aby wyrazić swoje zdenerwowanie. Igły z pewnością dostatecznie silnie trafiły do umysłu Jinxa, by pozostawić po sobie ślad. Niewielki, ale wciąż wyczuwalny przy każdym ruchu. Przynajmniej Shirōyate miał taką nadzieję, chcąc odpłacić się pięknym za piękniejsze. Nie martw się zapłatą. Powiedz, ile przeze mnie straciłeś, a ci to oddam. Niedługo. Kiedy tylko wrócę do domu.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Długo nad tym myślała. Ciężko było jej podjąć tak trudną decyzję, która w sporej mierze zaważyłaby na jej dalszej przyszłości. Nie wiedziała jak dalej potoczą się jej losy, kiedy swój plan na poważnie wdrąży w skromne życie pełen niebezpieczeństw. Szok i niedowierzanie ciągle malował się na jej twarzy, spoglądając w kawałek rozbitego szkła w swoim skromnym pokoju w kryjówce. Czy dobrze robiła? Czy miało to jakikolwiek sens? Oczywiście, że nie. Działała pochopnie, zbyt nagle. Dobrze o tym wiedziała, a mimo to kusiło ją, by zrobić ten niepewny krok. Chciała się wynieść. Gdziekolwiek i dokądkolwiek. Nie na zawsze. Na rok, może dwa. Trochę krócej, a może trochę więcej - nie wiedziała tego teraz. Miała zniknąć nagle i bez wiedzy nikogo. Czyżby?
Jinx.
Ścisnęła mocniej szczęki, rozbijając coś szklanego. Jakąś starą figurkę, którą udało się jej znaleźć dawno temu zakopaną na pustyni. Teraz nie stanowiła nic sentymentalnego, dlatego padła na ziemię i rozbiła się, a kawałek szkła wbił się w łydkę dziewczyny. Nawet tego nie poczuła. Gdyby nie woń krwi niczego by nie zauważyła. Ale nie to teraz było istotne. Musiała się przygotować. Wziąć co potrzebne i wydostać się stąd tak, aby nikt, ani nic jej nie zauważył. Taki miała plan i tak musiało być bez dwóch zdań. Musiała zniknąć. To nie tak, że chciała opuścić siedzibę. W życiu tego nie zrobiłaby. Chęć bycia wraz z nimi była tak silna, że trudno byłoby jej to opisać. Niemniej na jakiś czas musi jej zabraknąć. By wszyscy poczuli brak jej obecności. Miała ku temu swój powód, który nie zdradzi byle jakiej osobie. Musiała zataić fakt, że była psem. Musiała...
Zabrała wszystko co było jej potrzebne. Berettę z amunicją, łuk wraz ze strzałami, zapas jedzenia, wody, nóż motylkowy, małą apteczkę na wypadek gdyby i inne pierdoły. Większość rzeczy schowała do skórzanego plecaka, by jej kieszenie w bluzie nie były napakowane jakby właśnie ukradła połowę sklepu. Broń natomiast miała przy sobie. Ubrała nawet buty, jakieś stare czerwone trampki, uświadamiając sobie, że to będzie długa wędrówka i choć tereny doskonale znała, wiedziała, że będzie również ciężko. Czując, że mentalnie jest gotowa, wymsknęła się niezauważalnie z kryjówki. Nie zostawiła po sobie żadnych śladów. Wydawałoby się, że poszła na kolejną, trudną misję. Niech tak myślą, niech Wilczur tak pomyśli. Bo z DOGS nikt nie wiedział, że Hemofilia właśnie postanowiła zniknąć na czas nieokreślony. Czy kiedykolwiek wróci? Kiedyś na pewno.

------

Stanęła przed dobrze znanym jej burdelem. Często tutaj przychodziła, można rzecz, że była jedną ze stałych klientek. Czy była mile widziana? Nie przez wszystkich. Niektórzy do tej pory jej nie kojarzyli, a jeżeli już, to z tego, że wcinała niepotrzebne awantury. A Jinx zawsze musiał ją ogarniać. Typowe.
Weszła do środka, a znajomy zapach uderzył jej nozdrza. Nie zatrzymywała się przy barze, brnęła prosto przed siebie, omijając mało sympatyczne twarze. Wiele par oczu rozbierały ją spojrzeniem, co skutecznie ignorowała. Nikt natomiast nie ośmielił się jej dotknąć, jakby wiedzieli, że źle z tego wyjdą. Dobrnęła do zakazanej strefy. Gdzieś, gdzie nikt nie miał dostępu. Nikt? Ona miała. Nie interesowało ją to, iż mogła komukolwiek przeszkadzać. Teraz albo nigdy, nie? Sheba powinien to zrozumieć. Gorzej, że osoby, którzy pilnowali wejścia nie chcieli tego zrozumieć, kompletnie zapominając, kim ona była. Ale dobrze to o nich świadczyło. Lojalność przede wszystkim. Niemniej musiała ich trochę postraszyć, wykręcić jaja, aby koniec końców móc tam wejść. Siłą, ale jednak. Możliwe, że ktoś zakomunikował Jinx'owi, iż ktoś wtargnął do strefy zakazanej. Po opisie wyglądu od razu mógł skojarzyć, kim ta osoba była. Z daleka mogła usłyszeć chaotyczne rozmowy, w tym jeden znajomy głos. Ruszyła w tamtym kierunku, zauważając chłopca w progu. Zmarszczyła brwi.
Chłopiec? Nowa zabawka? Wydaje się być znajomy...
Oczywiście nie raz, nie dwa spotkała Anemię z tym urwisem, kimkolwiek on był. Tylko co on robił u Jinx'a? To dobre pytanie. Nie zamierzała się teraz na tym skupić, choć była bardzo ciekawa tego, skąd go ma. Może jej siostrze znudziło się niańczenie małolata i postanowiła go porzucić? Nie zdziwiłaby się, gdyby tak faktycznie było. Swoją drogą, dawno jej nie widziała. Ciekawe, co u nie słychać.
Stanęła w progu, opierając się seksownie o framugę w progu tuż nieopodal chłopaka. Wlepiła swoje złote tęczówki w sylwetkę Jinx'a, by później spojrzeniem zmierzyć kobietę, która miała ochotę albo zdzielić Shebe, albo stąd wyjść. Cokolwiek to było, oczekiwała, że od tej chwili uwaga zostanie skupiona na niej. W końcu nie na darmo tutaj przyszła, odgryzła komuś ucho, a krew zlizywała ze swoich krwistoczerwonych warg. Nie często wchodziła na chama w jego prywatność, co powinien wziąć pod uwagę. Pytanie tylko czy weźmie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Powrót do góry

- Similar topics