Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum


Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down

Drobny uśmiech wstąpił na blade lico, gdy Nayami podsumowało jego zamotaną wypowiedź. Był przygotowany na śmiech, nie na aprobatę, przez co teraz wykiełkowała w nim jeszcze większa ekscytacja co do przyszłych planów. Zdusił ją jednak w zalążku, bo to nie był ani czas, ani miejsce na merdanie ogonem. Dźwięk rozmowy zbliżał się z każdą sekundą, a im bliżej ich była pełna testosteronu trójka, tym lepiej słyszalne stawały się ich kroki. Jeśli kiedykolwiek śmiał się z przysłowiowego słonia w składzie porcelany, to właśnie przestał. Ziemia dudniła pod naporem ich obuwia, a może i nawet bosych stóp i tylko się dziwił, że drzewa jeszcze nie drżały przy spotkaniu z takim ciężarem.
„Tutaj raczej nie wejdą.”
- Dlatego my tu jesteśmy. Po co psuć sobie dzień potyczką z górą mięśni? - odszepnął, spoglądając na dziewczynę z czymś nieokreślonym w oczach. Może szukał zrozumienia? Szybko odwrócił wzrok, bo w dole zabrzmiały najbliższe krzaki. Pierwsza postać wyłoniła się zza gęstwiny cienkich gałązek i poszarzałych liści, rozglądając na boki. Nawet ta twarz wydawała się wymordowanemu napakowana zwojami mięśni i tylko się dziwił tym malutkim jak koraliki oczkom, że był w stanie dostrzec cokolwiek. Dwóch kolegów wyszło sekundę później, stając po bokach swojego przywódcy i również skanując teren. Gdy jednak nie dostrzegli swojej ofiary, najwyższy mężczyzna warknął z jakimś bulgoczącym brzmieniem, jakby coś w gardle nie pozwalało mu wydawać normalnych dźwięków.
- Ne ma o tu! - mimo iż nikt nie mówił tego na głos, dwójka towarzyszy spojrzała po sobie sceptycznie, być może mając więcej oleju w głowie niż bełkoczący dowódca. Jeden nawet ułożył dłoń na jego nierównym ramieniu i poklepał jakby pocieszająco.
- Daj spokój Dave, to był tylko naszyjnik, a szczeniak pewnie już dawno się zmył - rzeczowy ton i sensowny argument już dawno odniósłby skutek przy prawidłowych procesach myślowych. Ale nie w tym przypadku. Góra mięśni jedynie obróciła całe ciało w tył (bo samej głowy nie był w stanie przekręcić) i popatrzyła wściekle na kolegę tymi swoimi malusieńkimi oczami. Renard podejrzewał, że to w jakimś stopniu musiało wyglądać komicznie i tylko podziwiał pozostałą dwójkę, że jeszcze nie wybuchnęli śmiechem.
- To ył nasznik od mjej niuni! - nie mając niczego większego dookoła, całą siłę włożył w kopnięcie leżącego w dole nadgryzionego jabłka. Jedynego dowodu na czyjąkolwiek obecność. W tym samym momencie bardzo cichy dźwięk plaśnięcia rozbrzmiał przy Nayami, gdy jasnowłosy uderzyła palcami o czoło, najwyraźniej załamany stojącą w dole dwójką. Nawet to nie zwróciło uwagi agresora, bo chyba słuch miał równie niesprawny co wzrok. Wdał się natomiast w żarliwą kłótnię z rozsądnym podwładnym, prócz słów wyrzucając z siebie zapewne spore ilości śliny.
- Dobra, dobra, spokojnie. Pójdziemy go poszukać, okej? Nie mógł odejść daleko - dopiero propozycja dalszej pogoni uspokoiła agresora, choć dalej dyszał ciężko, mając wiele bełkotliwych słów na końcu języka. Obrócił się napięcie z kolejnym warknięciem i wskazał kierunek - całkowicie przypadkowy, ale najwyraźniej jego zdaniem najodpowiedniejszy.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

- Po co psuć sobie dzień potyczką z górą mięśni?
Skinęła głową, choć nie do końca przekonana co do słuszności tego stwierdzenia. Co prawda w tej chwili istotnie nie miała ochoty na okładanie się pięściami z żadnym napakowanym typem, a już tym bardziej trzema, jednak na ogół tego typu sytuacje nie były dla niej odpychające. Prawdopodobnie przy użyciu swoich nadnaturalnych zdolności miała i tak więcej krzepy niż ten tępy osiłek bez szyi. Gdyby starcie okazało się konieczne, nie czułaby się słabszą stroną pojedynku. Mimo tego musiała się zgodzić, że na ten moment konfrontacja nie była im na rękę, nie tylko ze względu na przewagę liczebną potencjalnych przeciwników, ale też po prostu dlatego, że atmosfera spotkania temu nie sprzyjała. Tak miło było spokojnie porozmawiać, wymieniać się doświadczeniami i marzeniami, spędzać czas bez stresu i wykręcania szyi dookoła w wypatrywaniu zagrożeń... wdawanie się w bójkę tylko by to zepsuło.
Spojrzała w dół, przypatrując się poczynaniom trójki mężczyzn. Za każdym razem, kiedy któryś z nich kierował twarz choć trochę w kierunku ich kryjówki, na moment wstrzymywała oddech. Absurdalne, bo z obecnej odległości i tak nie mogli go dosłyszeć, jednak odruch był silniejszy. W oczekiwaniu na to, aż wreszcie sobie pójdą, sekundy wydawały się wyrastać do długości godzin, a minuty toczyły się ślamazarnie niczym tygodnie. Nieznajomi kręcili się pod drzewem, jakby co najmniej mieli od tego zmądrzeć albo się wzbogacić, a tymczasem brak żywej duszy w pobliskich krzewach był chyba wystarczająco jasny, by mogli sobie odpuścić poszukiwania. Koleżce z wadą wymowy chyba naprawdę musiało zależeć na zgubie... która swoją drogą brzmiała nieco zabawnie, Nayami nie mogła więc powstrzymać się od posłania chłopakowi spojrzenia o treści "Serio, naszyjnik jego niuni?" Gdyby się nie ukrywali, chętnie wyśmiałaby tępego osiłka, który miał swój cel tuż nad sobą, ale chyba nie był w stanie spojrzeć w górę bez położenia się na plecach.
Jak na ironię, Los postanowił urządzić sobie komediowe widowisko z ich sytuacji. Wystarczyło jedno dojrzałe jabłko wysoko w koronie drzewa i odrobina niezawodnej grawitacji, by owoc oderwał się od swojej gałęzi i śmignął w dół, trafiając osobnika imieniem Dave prosto w głowę. Leather zamarła w bezruchu, w napięciu oczekując rozwiązania zagadki: spojrzy czy nie spojrzy? Może gdyby rzeczywiście brak szyi okazał się wystarczającą przeszkodą, mięśniak nawet nie pomyślałby o skierowaniu wzroku w górę. W końcu rzeczy codziennie spadają z innych rzeczy, dlatego jabłko odrywające się od swojego statku-matki nie powinien nikogo dziwić.
Niestety, Dave potrafił operować swoim napakowanym karkiem na tyle, by móc popatrzeć na wyższe gałęzie jabłoni i to właśnie zrobił w pierwszym odruchu po trafieniu przez owoc, równocześnie pocierając wielkim łapskiem czubek głowy. Wypatrzenie dwóch szczupłych sylwetek odcinających się barwami na tle brązowego pnia było kwestią może sekundy.
Według wszelkich znaków na niebie i na ziemi, ukryta w gałęziach młodzież chyba jednak miała kłopoty.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Patrząc w dół, zaszurał dłonią o grubą gałąź, na której oboje siedzieli. Był pewien, że gdyby docisnął rękę mocniej, kora zadziałałaby jak kuchenna tarka, z łatwością zdzierając skórę. Wtedy też naszła go myśl, że taką samą skórę zdarłby pień z twarzy któregoś z tych półgłówków. Nawet w zaciszu umysłu brzmiało to na tyle absurdalnie, by ciemna końcówka ogona drgnęła pojedynczo, naruszając dotąd martwo zastałe liście. Zaszeleściło, ale sprawcą czegoś tak błahego równie dobrze mógł być wiatr, więc żaden z mięśniaków nawet nie pomyślał, by obrócić głowę. Równie absurdalne wydało mu się jabłko uderzające w czubek łba Dave'a. Na chwilę uznał, że wyobraźnia płata mu niezłego figla. Że ta kreskówkowa scena zrodziła się tylko i wyłącznie w jego czaszce, nie znajdując odzwierciedlenia w rzeczywistości. Na ziemię sprowadził go plask palców uderzających o lśniący od potu skalp. Później krótkie zerknięcie, podniesiona łapa, wystrzelony paluch i zniekształcony krzyk.
- aam!
Jeszcze chwila i Dave zadławi się własnym językiem — pomyślał, gdy pozostałe dwa osiłki odwróciły się jak jeden mąż, chcąc zlokalizować uciekiniera. Uciekinierów, jak się okazało. Nie mieli fizycznej szansy wdrapać się na liche drzewo przy takiej budowie ciała. Wiedzieli to wszyscy, no, może poza samym przywódcą trójosobowego gangu, bo brnąc w kierunku pnia, wyglądał, jakby bardzo mocno wierzył w swoje umiejętności. Renard natomiast trwał w przekonaniu, że drewno prędzej ustąpiłoby pod naporem tego żywego czołgu, niż udźwignęło jego ciężar. Ironia sytuacji pojawiła się, gdy kącik ust wymordowanego zadrgał w jakiejś niezrozumiałej parodii uśmiechu. Złapał pewniej za gałąź, nie chcąc stracić równowagi, gdy po uprzednim wycofaniu się przywódcy, pozostała dwójka huknęła w pień zaraz po zapadnięciu rozkazu. Pomyślał, wtedy, że przecież mogli się...
- ... zabawić - nie był stuprocentowo pewien, kiedy słowa wyszły poza obręb umysłu i czy w ogóle padły spomiędzy jego własnych warg. Nie przejmował się długo, w zasadzie ani sekundy, bo zwracając spojrzenie na Nayami był pewien, że potrzebowała dosłownie ułamka chwili, by podzielić buchającą w dwubarwnych ślepiach ekscytację. Czysto profilaktycznie obniżył głos do szeptu, nawet jeśli nie było szans, by cokolwiek przebiło się ponad wściekłymi wrzaskami, których tym razem nie dało się rozszyfrować w żaden sposób. Może Dave rzeczywiście zaczął się dławić. - W sumie czemu nie skorzystać? Nie wyglądają na szybkich, a jeśli już, to na niewielki dystans. Możemy wyprowadzić ich w pole - pień zadrżał, a oni wraz z nim. - Kto pierwszy wróci tutaj bez ogona i z gwarancją, że nasi nowi koledzy nie znajdą drogi powrotnej, wygrywa - nie czekał na jej odpowiedź. Podświadomie wiedział, że nie będzie miała nic przeciwko, ba, że podejdzie do małego wyzwania z entuzjazmem.
- Wygrany dostaje jedno życzenie. Powiedzmy, że bez daty ważności - szeroki uśmiech, jaki jej posłał, przez krótką chwilę błysnął czymś dzikim, ale to równie dobrze mogło być białe uzębienie.
- Zućie ich! Atymiast! - odrzucił bluzę na bok. Wpadła w krzaki, nie zwracając niczyjej uwagi. - Abije Gwniarzy! - ciemny t-shirt zawisł na niższej gałęzi. - Ne daruje! - spodnie podzieliły los koszuli, ale nim którykolwiek z agresorów zwrócił na to uwagę, coś uderzyło miękko o ziemię, wstrzymując tym szturm na drzewo. Pazury zaorały glebę, gdy zwierzę odwracało sylwetkę. Nie mieli najmniejszego prawa za nim nadążyć, jeśli mieli użyć do biegu naszprycowanych cholera wie czym nóg. Stąd wniosek, że trzymali się dosyć blisko tylko dlatego, że celowo nie przyspieszał. Dave i jeden z jego przydupasów stale wyciągali w jego kierunku ręce. Trzeci pozostał pod drzewem, łomocząc bez przerwy w suche drewno. Gra może i wydawała się nieczysta, ale przecież nie ustalali żadnych zasad.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Spojrzenia stojącego w dole osiłka i ukrytych w koronie drzewa dzieciaków na moment się skrzyżowały. Dave wyraźnie potrzebował nieco czasu na przetworzenie ujrzanego obrazu nim wreszcie skojarzył, że poszukiwany przez niego osobnik znajdował się przez cały czas tuż pod jego nosem... a właściwie nad nim. Na jego nieszczęście, choć odkrył położenie wroga, ten nadal pozostawał poza zasięgiem napakowanych łapsk. Zaden z trzech karków raczej nie był w stanie sięgnąć ich na tak wysokich gałęziach, a skoro nie spadli na ten pomysł od razu - zapewne nie mieli także czym ich zestrzelić. Młodzież była więc na swym miejscu względnie bezpieczna, przynajmniej dopóki Dave i kompania nie postanowią wykombinować jakiegoś błyskotliwego planu. Gdyby przez chwilę pogłówkowali, na pewno znaleźliby sposób na spędzenie dzieciarni na dół, jednak chyba brakowało im szarych komórek - na Desperacji bądź co bądź trudno nawet o te kradzione, czy to do dzwonienia, czy na narzędzia i rowery.
Zdziwiła się więc, słysząc propozycję urządzenia konkursu. Nie byłaby jednak sobą, gdyby odrzuciła tak intrygujący pomysł. Zawierał element ryzyka, to fakt, ale dzięki temu stanowił lepszą zabawę! Jedyne, co zawadzało Nayami w rywalizacji, to jej forma. Uśmiechnęła się łobuzersko, nie odpowiadając werbalnie na wyzwanie. Chyba się nie łudził, że zamierzała grać fair?
Podczas gdy Ren zajmował się metodycznym pozbywaniem odzieży, Leather na spokojnie zdjęła buty i związała je za sznurowadła. Skarpetki wcisnęła do środka, a całość powiesiła na gałęzi. Nie żeby noszenie obuwia jakoś jej przeszkadzało, jednak porządne było zbyt cenne, by szastać nim bez celu. Nayami była przyzwyczajona do przemieszczania się boso i często nawet było jej w ten sposób wygodniej. Z pewnością zaś wtedy, kiedy szykowała się do starcia i potrzebowała zaangażować wszystkie swoje wyczulone zmysły. Zapowiadała się naprawdę przednia zabawa.
W pewnym sensie dała fory koledze, pozwalając mu ruszyć przodem. Odciągnął w ten sposób dwójkę "berków", co było znaczną przewagą dla Ins. Choć konkurs w wizji chłopaka zakładał wyścig, wymordowana w żadnym wypadku nie zamierzała biegać. Wiedziała aż za dobrze, że jej serce nie wytrzyma sprintu, więc koniec końców nie udałoby jej się zgubił osiłka. Na wypełnienie warunków zakładu miała zupełnie inny plan, który wcieliła w życie dopiero wtedy, kiedy zarówno Renard, jak i dwójka mięśniaków zniknęli za najbliższymi krzewami. Do dyspozycji dziewczyny pozostał już tylko jeden przeciwnik, a to była dla niej bułka z masłem.
Facet odsunął się od pnia, wlepiając wściekłe spojrzenie maleńkich oczek prosto w młodą Leather. Nie zamierzała kazać mu czekać na siebie zbyt długo. Zeskoczyła z drzewa dosłownie dwa metry od typa, który jak na komendę ruszył w stronę wymordowanej. Nie uciekała; mężczyzna miał z pewnością imponująca siłę, jednak przez to ruszał się powoli. Wyprowadził potężny cios, przed którym dziewczyna bez problemu się uchyliła. Nim zdążył wyhamować lecącą ku niewinnej istotce łapę, zaciśnięta mocno pięść Nayami wystrzeliła prosto w kierunku jego mostka. Złote oczy zaświeciły się dziko, kiedy z pełną mocą trzasnęła osiłka w splot słoneczny. Palce Insomnii trzasnęły cicho, puszczając gdzieniegdzie krew, jednak ona zdawała się tego nie zauważać. Ledwie jej przeciwnik zgiął się wpół, pod wpływem uderzenia tracąc dech, druga pięść młodej członkini DOGS wylądowała z równie wielką mocą na nosie delikwenta. Ułamek sekundy później bardziej adekwatne byłoby już określenie w nosie, gdyż pod naporem nadludzkiej siły chrząstka wbiła się do środka. Niemal czuła pod palcami trzask pękających kości policzkowych, nim facet cofnął się o krok i odruchowo sięgnął obiema dłońmi ku twarzy. Z trudem łapał powietrze, wciągając je z nienaturalnym świstem. Nayami zaś nie zwlekała z niczym. Ledwie wycofała zakrwawioną rękę z czaszki przeciwnika, sama cofnęła się i jednym szarpnięciem pozbyła się bluzki, a drugim opuściła spodnie z bioder. Tyle wystarczyło, by kiedy opadła na trawę już na czterech łapach, bez problemu wyplątać się z nogawek. Z formie wilka nie miała imponujących rozmiarów ani mrocznych, zalatujących magią atrybutów, jednak złote oczy wlepione w mięśniaka nadal błyszczały złowieszczo.
Potem skoczyła.
Dla obserwatora z zewnątrz śledzenie tego osobliwego pojedynku w szczegółach byłoby wręcz niemożliwe. Niewielka czarna postać niemalże ginęła w porównaniu z wielkim cielskiem mężczyzny, jednak poruszała się zwinnie. Szczęki podrasowane zdobytą w wyniku mutacji siła uparcie poszukiwały drogi do zanikającego pod mięśniami karku osiłka, by zadać ostateczny cios. Bronił się zaciekle, jednak wilczyca okazała się szybsza. Nie mogąc od razu dosięgnąć swego celu, poraniła dotkliwie ręce i nogi oponenta. Kiedy wreszcie padł na ziemię, charcząc nierówno przez zalewane własną posoką drogi oddechowe, jego małe oczka spotkały się z błyszczącymi na złoto ślepiami. Musiało dotrzeć do niego, że przegrał walkę. Nie krzyczał, kiedy wilcze kły zacisnęły się na jego szyi, do ostatniego tchnienia wyduszając życie. W końcu mężczyzna zamarł w bezruchu, ustało bicie serca; Nayami cofnęła się od niego i po kilku sekundach, gdy zyskała pewność o sukcesie, dopiero powróciła do ludzkiej postaci. Usiadła po turecku na trawie, dysząc ciężko i wpatrując się w swoją ofiarę. Jej oddech nieco świszczał, serce nadal łomotało jak oszalałe, a palce obu dłoni były popękane, nawet z kilkoma złamaniami. Przyszedł jednak moment, w którym na obliczu wymordowanej ukazał się delikatny uśmiech osoby przepełnionej satysfakcją.
Wygrała.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Słyszał za sobą niesione wiatrem krzyki. Słyszał też zmęczone sapanie, bo płuca zwyczajnie nie wyrabiały przy takim wysiłku. Zastanawiał się wtedy, po co im taka góra mięśni, skoro najwyraźniej liczba wad powalała zalety (o ile te kiedykolwiek istniały) na glebę. Zwolniłby nawet kroku, by wypytać o funkcjonalność, gdyby nie ograniczenia zwierzęcej mowy. Czuł się trochę jak złodziej uciekający przed policjantami. Tak jak w filmowej scenie i tutaj padały ciągłe krzyki "stój!" oraz "zatrzymaj się". Różnica polegała tylko na bardziej niezrozumiałych słowach i dodatkowych wulgaryzmach od czasu do czasu, gdy któraś z nóg podwinęła się pod osiłkiem, odbierając mu chwilową równowagę. Żaden z nich jeszcze nie upadł, przez co wymordowany prawie był pod wrażeniem. Prawie, bo bardziej zajmującym okazało się zachodzenie w głowę, jakim sposobem jeden nie potknął się jeszcze o drugiego. Z każdym spojrzeniem w tył rejestrował moment, w którym mężczyźni stykali się ramionami, biegnąc zdecydowanie zbyt blisko siebie. Odbijali się od siebie jak gumowe piłki, a przez te zwały mięśni pewnie nawet tego nie czuli. Warczeli co najwyżej – głównie Dave, jak przywódca małego gangu – żeby zejść sobie z drogi.
Koniec.
Pomyślał, na powrót zwracając wzrok na teren przed sobą. Jeszcze chwila a wyczerpałby pokłady szczęścia i sam wyrżnął nakrapianą mordą w pierwszy lepszy pień. Drzewo, które właśnie mijał, wydawało się do tego idealnym kandydatem. Naciągnięta przez Dave'a gałąź świsnęła przez powietrze, trafiając towarzysza pościgu prosto w twarz. Wymordowany nie mógł nie usłyszeć tego dźwięku, jedno z ciemnych uszu drgnęło w tym samym momencie, w którym soczysta kurwa poleciała z ust mięśniaka.
Jeszcze chwila i wykończą samych siebie — westchnęło coś, odzywając się znużonym tonem w tyle czaszki. Głos brzmiał, jakby wybudzony z długiego letargu, mocnego snu, który dotąd trzymał go na uwięzi. Zaniepokojone dodatkowym towarzystwem zwierzę w końcu przyspieszyło. Akurat, gdy czarna końcówka ogona prawie wpadła między palce wielkiego dowódcy.
Nie tytułuj śmiecia – podpowiedział rozsądek.
Nie był tylko pewien, do kogo ów rozsądek należał. Niski warkot przetoczony przez gardło stulił dłonie biegnącej w tyle dwójki w pięści. Nawet oni byli na tyle rozważni, by nie lekceważyć rozdrażnionych zwierząt. Nie wzięli sobie przestrogi organizmu do serca, pędząc dalej na złamanie karku. Zostawali jednak powoli w tyle, w przeciwieństwie do wymordowanego absolutnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Sucha, uklepana ziemia powoli przeobraziła się pagórki, a wejście na każdy z nich wstrzykiwało w mięśnie kolejną dawkę zmęczenia. Szybko go zgubili, gdy znikał za jednym ze wzniesień, co zmusiło kończyny do zwolnienia do marszu. Dave szedł na przodzie, cały nabuzowany, gotowy do rozniesienia w proch wszystkiego, co krzywo na niego spojrzy, nawet jeśli miał to być bogu ducha winny krzew. Nie wyglądał na człowieka potrzebującego powodu.
Później wszystko wyglądało jak w schematycznym filmie grozy. Dave Wielki Mięsień postąpił kilka dodatkowych kroków, pozostawiając Kumpla Ogromną Łapę w tyle. Ten przepadł z kolejnym świstem powietrza, gdy na ułamek sekundy biała smuga przecięła przestrzeń. Strata nie zdążyła nawet zostać zauważona, gdy zwierzęcy pysk – teraz wzbogacony o dodatkowy kolor – wychynął nagle tuż przed niekształtną twarzą. Koralikowe oczy zadrżały w szoku, a wyglądały przy tym, jakby zaraz miały stoczyć się w dół twarzy i upaść z plaskiem na glebę.
Kolejny ułamek chwili trwało rozwarcie paszczy. Twarz Dave'a zniknęła między szczękami zwierzęcia. Skóra z łatwością ugięła się pod ich naporem, odrywając z paskudnym dźwiękiem od kości. Jedno z tych białych oczek pękło przy spotkaniu z kłem. Facet nawet się bronił. Ból i myśl o naszyjniku jego niuni stymulowały do działania. Machał tymi wielkimi łapskami, starając się pochwycić umorusaną czerwienią mordę. W ruchach zabrakło niestety jakiegokolwiek ładu i składu, pewnie też mobilności, bo nie był w stanie objąć zwierzęcia. Przy mocnym uścisku może nawet by się cofnęło. A tak to jedynie napakowana noga zaryła w tył. W następnej sekundzie plecy uderzyły głucho o twardą ziemię, wyrywając z płuc cały zapas powietrza. Tyle wystarczyło, by szczęki z ludzkiej twarzy przemknęły na ukrytą pod zwojami mięśni szyję i uwięziły ją w uścisku godnym imadła. Kilka szarpnięć łbem wystarczyło do porozrzucania drobnych fragmentów Dave'a na boki. Zostawiając za sobą dogorywające ciało, zwierzę zawróciło.
Do Nayami dotarł szybciej, niż zniknął jej z oczu. Bystre ślepia spojrzały wpierw na nią, później na leżącego obok faceta. Widok przekrzywił brudny łeb na bok, jakby wymordowany nie był w stanie ocenić, jak rozstrzygnąć wynik tego konkurs. Niezrozumiały pomruk opuścił gardło, gdy lis pokonał dzielące go od koleżanki kroki. Wpierw przysiadł naprzeciwko, ale różnica we wzroście, teraz znacznie bardziej odczuwalna, przeszkadzała mu na tyle, by legł na cienkie trawie, zimnym nosem szturchając udo członkini DOGS. Pozostawił po sobie czerwoną smugę, ale wątpił, by akurat teraz jej to przeszkadzało. Sugestywny wzrok opadł na leżącego dryblasa. Jej ogon wciąż tu był.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Jeden nierówny oddech za drugim, stopniowo odzyskiwała właściwy rytm serca. Naczynia krwionośne pulsowały zaciekle, gorąco uderzało w głowę, jednak z sekundy na sekundę ciało wymordowanej wracało do swojego lepszego stanu. Przymknęła na moment oczy, przekonana o tym, że pozbyła się najbardziej bezpośredniego zagrożenia. Pozostałych dwóch osiłków ruszyło w pościg za jej towarzyszem, zaś ten z pewnością nie mógł jej już w żaden sposób zagrozić. Był tylko ogromną, martwą góra mięcha. Napakowane muskułami ciało nie przydało mu się na nic w starciu z ledwie nastoletnią dziewczynką. O ironio...
Kilka kropel krwi dryblasa skapnęło z umorusanego policzka Nayami na trawę. Całą dolną połowę twarzy miała umazaną intensywnie czerwonym kolorem, którego strugi spływały po białej szyi, obojczykach i dekolcie. W końcu na wpół przytomnie oblizała wargi, bez skrępowania smakując swojej zdobyczy. Gdyby w tamtym momencie nawiedziło ją uczucie głodu, prawdopodobnie zabawiłaby dłużej w swojej wilczej odsłonie i nadszarpnęła nieco imponującej masy zabitego mężczyzny. Dobrodziejstwa natury istniały po to, by z nich korzystać, a ofiara, skoro padła osobiście z ręki Leather, należała do niej w całości. Nieczęsto trafiała jej się taka okazja; zazwyczaj nie pozwalano jej szwendać się samopas nigdzie tam, gdzie mogła trafić na potencjalnego wroga, toteż nie miała szansy się wykazać. Tym bardziej była z siebie dumna w tej chwili, kiedy poradziła sobie z przeciwnikiem bez niczyjej pomocy, a ten nawet nie zdołał jej zadrasnąć. Jedynym, co pozostało Nayami po tymże pojedynku były wszędobylskie plamy krwi na wciąż nagim ciele.
Dopiero pojawienie się lisa pozwoliło jej oderwać niemal zahipnotyzowany wzrok od poszarpanego trupa i skierować go na przybysza. Instynktownie rozpoznała w zwierzęcej postaci tego samego chłopaka, od którego ledwie kilka minut temu przyjęła wyzwanie. Delikatny, łobuzersko przekrzywiony uśmieszek nie znikał z jej twarzy, jako że nadal była przekonana o swoim zwycięstwie. Nie obchodziły jej konwencjonalne zasady, gotowa była wymyślić własne, jeśli to miało zadziałać na jej korzyść. Przede wszystkim nie wątpiła w swój tryumf, a to dawało jej przewagę w konkursie.
- Nie miałeś żadnych szans - stwierdziła butnie. Przeciągnęła się leniwie, starając się przy tym nie poruszać uszkodzonymi palcami. No tak, i tym należałoby się zająć, bo połamane paliczki bolały jak diabli. To, jeszcze się nie krzywiła, zawdzięczała tylko długoletniemu doświadczeniu z podobnymi obrażeniami. Choć nie znała się na jako-takiej medycynie i ratowaniu życia, potrafiła nastawić własne palce, by zrosły się prawidłowo. A nawet gdyby coś po drodze nie wyszło, mogła w moment połamać je z powrotem i czekać, aż wrócą do właściwego sobie stanu. Zazwyczaj nie miała tyle czasu, by się z tym bawić i tak było też tym razem, dlatego z pełną starannością zadbała o przywrócenie swoich dłoni do odpowiedniego stanu, a natura miała dokonać reszty.
Sięgnęła do swojej zdobyczy, odrywając spory fragment paskudnej koszulki, którą dryblas miał na sobie. Choć górna jej część też była zalana krwią tryskającą z gardła właściciela, dół całkiem nieźle nadawał się do otarcia rąk i twarzy przez wymordowaną. Nie był to zabieg tak skuteczny jak kąpiel, ale przynajmniej przestała ociekać czerwona mazią. Wciąż była całą w karmazynowych plamach, za to z grubsza będzie mogła się ubrać, kiedy się na tenże czyn zdecyduje.
W międzyczasie jednak oparła łokcie o kolana i jak gdyby nigdy nic kontynuowała czyszczenie, niczym zlizując krew z dłoni, z każdego palca po kolei. Niespiesznie i bez żadnego szczególnego zainteresowania, jako że wzrokiem wciąż śledziła ukrytego w lisim ciele Rena. Jedną z rąk udało jej się doprowadzić do całkiem czystego stanu, co od razu wykorzystała, zanurzając ją w miękkim futrze rozłożonego tuż obok niej wymordowanego. Spoglądał na nią jakoś tak wymownie... czyżby zamierzał się spierać odnośnie zasad, które w pośpiechu przyjęli? Biedak nie miał świadomości tego, jak upartym zawodnikiem była Nayami, a o czym świadczyła jej harda mina i cwaniacki uśmiech.
- Wróciłeś z ogonem.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

„Nie miałeś żadnych szans”
Gdyby mógł, już teraz posłałby jej jedno z tych spojrzeń. Może nie do końca sceptyczne, przecież nie wiedział, jak wielką siłą dysponowała. Raczej nierozumne, jak u szczenięcia, które pierwszy raz miało do czynienia z człowiekiem i nie do końca rozumiało jego funkcje motoryczne. Nie zapytał o nic. Nie dlatego, że nie było jak, bo przecież w każdej chwili mógł wrócić do nieco nieporadnej ludzkiej formy.
W pewnym momencie czujne spojrzenie opadło na jej ręce i nie mógł już zająć uwagi niczym innym. Przyglądał się w skupieniu wszystkim pieczołowicie wykonywanym zabiegom. Śledził też każdą spływającą w dół podbródka kroplę krwi, raz też odprowadzał jedną z nich podczas samobójczego skoku na glebę. Szybko zginęła, tak jak mężczyzna, którego żyły wypełniała jeszcze kilka chwil temu. Podniósł mordę z łap i wyciągnął szyję w kierunku dziewczyny. Nie do pieszczot, nawet nie zdążył o nich pomyśleć. Ciepły język wylądował na policzku Nayami, ścierając zeń czerwone smugi. Nie mógł jej tym scalić kości do poprzedniego stanu ani odjąć bólu, ale może chociaż poprawi humor.
Zwrócił wymordowanej przestrzeń osobistą, gdy skóra lśniła czystością, może też trochę śliną. Szurająca po trawie końcówka ogona była czystym dowodem tego, że wcale nie żałował. Ba, był dumny, że tak sprawnie poszło. Mięśnie gotowe do dalszego działania zatrzymały się w miejscu pod naporem dłoni. Palce wplecione w miękko sierść sprawiły, że teraz nie tylko sam koniec, ale i cała puchata kita zaczęła się poruszać. Zabrakło tylko wesołego szczeknięcia do pełnego obrazu domowego psa.
Kolejne słowa uniosły rozleniwione po biegu cielsko do pionu. Może brakowało mu kilku kilogramów, ale nie centymetrów. Tego zarzutu nie mógł pozostawić samego sobie. Wpierw skierował kroki ku drzewu, na którym wcześniej siedzieli. Jeden drobny podskok wystarczył, by zszarpać to, co zawiesił a gałęziach. Z przybrudzonymi szmatami wszedł w krzaki, tam gdzie opadła bluza. Ciemne tatuaże ledwie na kilka krótkich sekund zamajaczyły w polu widzenia Nayami. Ubrania zaszeleściły, jakby zakładane w pośpiechu i najpewniej właśnie tak było. Dyskomfort związany z nagością ani na chwilę go nie opuścił. W przeciwieństwie do wymordowanej, bo ta najwyraźniej nie miała najmniejszego problemu z paradowaniem, jak ją stworzyli przed prawie dwumetrową bestią.
Ty też — powiedział w końcu, siadając tuż obok. — Nie pozbyłaś się swojego, wciąż tu leży.
Zasupłał ciasno sznurówki butów, wskazując podbródkiem na leżące truchło. Zacznie gnić, a smród ściągnie drapieżniki, z którymi nie poradzą sobie tak łatwo, jak z trzema napakowanymi osiłkami.
W najlepszym wypadku możemy uznać to za remis, pfh — opadł na kolana, później stanął stabilnie na stopach. Podchodząc do ciała rzucił coś o szukaniu skarbów.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Zachichotała pod nosem, kiedy szorstki język wylądował na jej twarzy. Jej ciało zareagowało na łaskoczące uczucie krótkim dreszczem, jednak lepiej było znieść wszystkie te zabiegi, by były znacznie skuteczniejsze w usuwaniu krwi niż sfatygowane ubranie zmarłego. Samo z siebie było ubrudzone, pozostawiając naprawdę niewiele swojej powierzchni do użycia i bez pomocy ze strony uczynnego liska Nayami pewnie miałaby problem z wyczyszczeniem się do końca. Zależało jej zaś na tym, by nie zakładać czystej odzieży na utytłane ciało, jako że czerwone plamy kiepsko się spierały. Nawet tak dobrze zaopatrzona grupa jak DOGS nie mogła poszczycić się posiadaniem butli Vanisha, który swoją różową mocą na pewno byłby w stanie doprowadzić do porządku nawet najbardziej poplamiony materiał. Skoro jednak ta opcja odpadała, należało wysilić się bardziej i doprowadzić do porządku przed ponownym wciągnięciem ubrań na grzbiet.
Przetarła twarz ze śliny wierzchem dłoni, starając się nie naruszyć dopiero co nastawionych palców. I tak przypadkiem szturchnęła nimi o podbródek, na co tylko syknęła cicho, wykrzywiając wargi z niezadowoleniem. Może i jej organizm regenerował się szybciej, ale w żadnym wypadku nie ujmował bólu związanego z uszkodzeniami. I te zazwyczaj miewała poważne, bo trudno było kontrolować tak znaczną siłę i nie łamać sobie paliczków mniej-więcej raz na kilka tygodni.
- Byłbyś świetnym zwierzakiem - stwierdziła ni z tego, ni z owego, widząc jak jej nowy przyjaciel energicznie wymachuje kitą. Leather co prawda miała już swojego czworonożnego pupila, jednak Salomon... no, nie bez powodu nosił takie właśnie imię, choć w istocie dostał je jeszcze zanim stał się taki przemądrzały. Tak przynajmniej nazywała to Nayami, bo tygrys w rzeczywistości miał po prostu dryg do czynienia bardzo celnych uwag, które nieraz aż nazbyt mocno trafiały w sedno. Szczególnie upodobał sobie komentowanie porażek wymordowanej ironicznym mówiłem, że tak będzie, co oczywiście doprowadzało dziewczynę do szału. Często powtarzała, że wolała swojego przyjaciela jako małe, rozkoszne kociątko - którym bez wątpienia był jeszcze jakiś czas temu, jednak bez względu na czyjekolwiek zachcianki, Salomon nie mógł pozostać dzieckiem. A i jako pełnowymiarowa bestia miał swoje niepodważalne zalety...
Nie spojrzała za odchodzącym w krzaki chłopakiem. Skoro oddalał się w celu przemiany, najpewniej nie chciał, by go obserwowano. Zamiast bawić się w stalkera, Nayami zajęła się własnymi sprawami; też wypadałoby jej się ubrać, zanim do ubrań zaczną włazić mrówki, czy inne cholerstwo się tam stanie. Zajęło jej to o wiele dłużej, niż powinno, bo wciąż próbowała nie uszkodzić sobie palców. Wciągnięcie spodni przy użyciu wyłącznie kciuków było sztuką trudną, jednak wykonalną, choć po drodze wymamrotała pod nosem kilka kreatywnych przekleństw. Na szczęście z koszulką poszło już łatwiej, ale obuwie... nadal wisiało na gałęzi.
- O rany. Dałbyś radę podać mi buty? Nie dam rady tam wejść z połamanymi palcami - przyznała, choć zawsze niełatwo było jej ujawniać swoje słabości. Wydawało jej się jednak słuszne, by wytłumaczyć prośbę czymś bardziej rozsądnym niż głupia zachcianka. Nerwowo potarła policzek wnętrzem nadgarstka, spoglądając z ukosa na zwisające z konara tenisówki. No nie było szans.
- Ty też.
- O moment, moment - zaprotestowała od razu, mrużąc oczy w jakby podejrzliwy sposób. - Przede wszystkim, to nie jest mój ogon. Nie uciekałam przed tym typkiem, a on mnie nie gonił. Jeżeli już, to raczej ja byłam jego ogonem. Więc, hm, on przegrał. Ja nie.
Była całkowicie pewna swoich przekonań, a harda mina świadczyła o tym, że niełatwo będzie z nią negocjować. Przegrywanie nie leżało w naturze Leather, nie kiedy jej zwycięstwo było tak oczywiste i, co przecież nie ulegało wątpliwości, spektakularne. Co więcej, dowody na jej skuteczność leżały tuż pod nosem. Renard zaś wybiegł gdzieś w las a potem wrócił, więc miała tylko jego słowo na to, że Dave i jego kumpel nie wyskoczą zaraz zza krzaków, wykrzykując jakieś durnoty. Gdyby za dopełnienie poszczególnych warunków przyznawać punkty, Nayami wygrałaby miażdżącą przewagą - przynajmniej tak uważała i przy tym stanowisku zamierzała obstawać.
- Częstuj się - mruknęła, machnąwszy ręką na trupa. Nawet jeśli miał przy sobie cokolwiek interesującego, z niesprawnymi dłońmi i tak nie mogła tego sprawdzić. Musiała poczekać przynajmniej tyle, aż kości zaczną się zrastać i nie będzie ryzykowała ich przemieszczenia. Potem będą jeszcze długo bolały i przez jakiś czas trzeba będzie bardziej na nie uważać, jednak najtrudniejszy etap odbywał się teraz. Przeżywszy tak wiele chwil, w których nie mogła używać palców, zaczęła naprawdę doceniać ich posiadanie.


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

O rany. Dałbyś radę podać mi buty?
Spojrzał wpierw na nią, później na gałąź. Odszukanie obuwia wśród suchych liści nie zajęło mu długo. Nie uraczył jej żadna odpowiedzią, zamiast tego podchodząc bliżej pnia. Językiem przemknął po dolnej wardze na krótko przed wykonaniem wyskoku. Dosięgnął konara już za pierwszym podejściem. Lata wślizgiwania się na drzewa w najgorszych warunkach pozwoliła na gładkie podciągnięcie ciała w górę. Przewiesił sobie prowizoryczną linę ze sznurówek przez ramię, lecz nie od razu opadł na ziemię. Zerknął jeszcze na okolicę, na siedzącą w dole dziewczynę i na koronę drzewa.
Na ziemię zeskoczył z balastem w postaci nie tylko butów, ale i dwóch całkiem ładnych jabłek. Uśmiechnął się do Nayami, prezentując jej w uśmiechu rząd białych zębów.
Ja swojego też już nie mam. Znaczy... — zaciął się, zaciskając usta w wąską kreskę. Spojrzał za siebie, lokalizując nakrapianą kitę. Przecinała powietrze w najlepsze, jakby w ogóle była w przeciwnej drużynie. Końcówka szurnęła o ziemię, wzbijając w powietrze niewielki obłok kurzu i wtedy już nie mógł powstrzymać westchnienia. Zaraz po tym zaśmiał się cicho, ale za to wesoło.
No dobra, wygrałaś jakby na to nie patrzeć.
Mógł sobie co najwyżej pluć w twarz za niesprecyzowane warunki konkursu. Przegrana natomiast mimo wszystko nie wydawała się wcale taka zła. Jeśli oboje dobrze się bawili, to nie było problemu, racja? Nawet drobna sprzeczka odnośnie zwycięzcy wydawała mu się dobrą opcją do zacieśnienia więzi.
Przyklęknął obok ciała. Widział krew wciąż ściekającą z rozszarpanego gardła, ślady zębów na ciele i martwy wzrok małych jak koraliki oczu. Gdyby tak zebrać komplet, nadałyby się na naszyjnik. Zerknął też na pozostałości koszulki, ale nie miała ani jednej kieszonki, więc siłą rzeczy stracił zainteresowanie akurat tą częścią garderoby. Przednie kieszenie spodni okazały się ciekawsze. Głównie przez wypukły kształt, ale równie dobrze to mogły być zwały mięśni. Sam nie wiedział, skąd ten cały szczeniacki optymizm. Chwilę buszował w materiale, zaraz zrywając jakiś przedmiot z szyi osiłka.
Siadając znów naprzeciw dziewczyny, rozsypał między nimi wszystkie skarby. Dwa zakrwawione nieśmiertelniki, zepsuty zegarek, zmięte zdjęcie z pożółkłymi plamami i składany nożyk. Całkiem mały jak na tak wielkie łapska.
Miał przy sobie mniej, niż pozostała dwójka — zaczął, chowając ręce do kieszeni własnej bluzy. Bujał się przez chwilę w tył i w przód, przyglądając zebranym przedmiotom. Nie wyglądał na zadowolonego, właściwie to na wręcz znudzonego. Dopiero uważniejsze spojrzenie Wymordowanej pozwoliłoby jej dostrzec błąkającą się w oku iskrę. Tylko chwilę trzymał ją w niewiedzy. Później wyciągnął dłoń, trzymając w placach sznurek, na którym dyndał lekko zardzewiały klucz.
Ale jeśli znaleźć miejsce, do którego będzie pasował, to kto wie?


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Obrzuciła wzrokiem poruszającą się cały czas w tle kitę, a potem spojrzała na chłopaka, przekrzywiając lekko głowę. Nie zamierzała pytać, czemu czuje się tak zakłopotany zachowaniem własnego ogona, zrzuciła tylko to zdarzenie na karb średnio zrozumiałych elementów ludzkiego charakteru. Każdego krępowały inne rzeczy, a dociekanie przyczyn takiego zachowania często nie przynosiło nic dobrego. Z tego, co zdążyła zauważyć, wścibskie wyciąganie na wierzch czyichś słabości czy wstydliwych tematów nie było dobrą metodą zdobywania przyjaciół, a w przypadku tej znajomości była bardzo zdeterminowana, by utrzymać ją na pozytywnym poziomie. Po raz pierwszy od dawna naprawdę miała kogoś w wieku chyba zbliżonym do swojego, z kim dogadywałaby się tak dobrze. Wujkowie i cioteczki też byli kochani, oczywiście, jednak zazwyczaj mieli po te trzysta, siedemset czy tysiąc lat i choćby chcieli, często nie potrafili powstrzymać się do traktowania Nayami tak, jak osoby dorosłe traktują dzieci. Był w tym pewien sens, jednak no właśnie - nie można spędzić całego życia tylko w relacjach tego typu.
- Dzięki - odezwała się od razu, wyciągając ręce po swoją własność. Poluzowanie sznurowadeł i wsunięcie tenisówek na stopy nie było żadnym wyzwaniem, nawet jeśli miała do dyspozycji tylko dwa palce, ale... no właśnie, dalej pojawiał się problem. Utknęła z butami na nogach, ale połączonymi za sznurówki, których nie mogła ani rozplątać, ani poprawnie zawiązać z powrotem. Musiałaby chyba wyhodować sobie na poczekaniu dodatkową parę rąk, a mimo całego tego wirusa, promieniowania i innych fajnych rzeczy w desperackim powietrzu, nadprogramowa para kończyn nadal się nie pojawiała.
- Nie przemyślałam tego - stwierdziła, sfrustrowana. Obrzuciła obuwie nieprzychylnym spojrzeniem, załamana nie tyle nim samym, co własną głupotą. W końcu zawsze łamała sobie palce przy okładaniu twardych rzeczy pięściami. Powinna była przewidzieć, że w konfrontacji ze szczęką napakowanego mięśniami typa na pewno uszkodzi sobie ich kilka i jej zdolności manualne spadną drastycznie na najbliższych kilka godzin. Godzin! Dobrze, że świadkiem jej tragicznej ujmy na honorze był tylko nowy kolega, który przy odrobinie szczęścia uzna owo wydarzenie za bardziej zabawne niż żałosne. Taką przynajmniej miała nadzieję.
Ale przynajmniej wygrała zakład, a to było nie takie byle co. Co prawda była gotowa upierać się dalej, gdyby pojawiły się jeszcze jakieś protesty, jednak nic takiego nie nastąpiło. Mogła więc przybrać na twarz zadowoloną minę i cieszyć się zwycięstwem. Lubiła wygrywać, tego trudno było nie zauważyć; wprowadzenie do gry drobnego oszustwa też jej nie przeszkadzał - w końcu to nie ma znaczenia, jeśli nie zostaniesz wykryty! Gra fair dobrze się sprawdzała w planszówkach, a nie przy sprawach naprawdę istotnych.
- A co mamy? - zainteresowała się, z uwagą wbijając spojrzenie w twarz Rena. Przez moment próbowała odgadnąć, co też takiego miał na myśli i czy znalazł coś interesującego, nim wreszcie sam zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy. Kłamstwem byłoby stwierdzić, że Leather nie zainteresowała się podstarzałym kluczem. Tak, zdecydowanie chciałaby wiedzieć, co otwiera i do czego prowadzi, jednak...
- Skąd będziesz wiedział, gdzie go szukać?


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Obserwował zmagania z tenisówkami, jakby przyszło mu oglądać bardzo interesujący film akcji. Nie odrywał wzroku od śmigających kciuków, w pewnym momencie przekrzywiając odrobinę głowę, gdy na kadr przed wielkim wybuchem i epicką ucieczką głównego bohatera ktoś wcisnął pauzę. Zlokalizował zawiązane na supeł końce sznurówek i zerknął na zrezygnowaną twarz Nayami.
Nie przemyślałam tego.
Widział. Dość szybko przytknął wierzch dłoni do ust, nie pozwalając żadnemu głośniejszemu odgłosowi przebić się przez jej barierę. Mimo to wiedział, że zauważyła jego rozbawienie. Każdy by zauważył. Żeby nadto jej nie rozdrażnić, chwycił splątany materiał w palce. Chwilę zajęło obejrzenie go z każdej strony i podjęcie decyzji, za co pociągnąć, żeby nie pogorszyć sytuacji. Wyłuskanie skuwki z uścisku całej reszty zajęło mu chwilę, ale tyle wystarczyło, by reszta poszła z górki. Kolejnych kilka sekund i dziewczyna mogła chwalić się na lewo i prawo dwoma równymi kokardami.
Nie przemyślałem tego — zaśmiał się, powtarzając jej wcześniejsze słowa. Obrócił klucz w palcach raz, później drugi i trzeci. Obejrzał rdzę pod każdym kątem padania światła, jak gdyby miała dzięki temu zyskać nowy kolor albo nadać przedmiotowi nowy kształt. Nic się oczywiście nie stało. To wciąż był ten sam brudny klucz. Przemknięcie językiem po wardze w typowym zamyślonym geście nic nie dało. Wciąż nie miał ani grama pomysłu. Dopiero woń jabłek zalegających w kieszeni zapaliła jasną lampkę gdzieś w tle.
Może po zapachu? — położył klucz wśród reszty skarbów. — Trochę to pewnie zajmie, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, no nie? A ponoć wysiłek się opłaca.
Entuzjazm, z jakim wypowiadał każde słowo, dla innych byłby nieco przesadzony. Wszak skąd gwarancja, że w ogóle dotrą do celu? Albo że znalezisko okaże się warte zachodu? Nie mieli absolutnie żadnych zapewnień. Zamiast nich kawałek zardzewiałej stali. Był dobrej myśli bez względu na wszystko, choćby przez wcześniejszy konkurs. Nawet jeśli do niczego nie dotrą, to wciąż mogą się dobrze bawić.
Jabłka z lekkością opadły na trawę między nimi. Nie obiły się, nie miały prawa przy delikatności, z jaką je odkładał. Podczas tego krótkiego ruchu przebrnął przez wszystkie możliwe opcje. Od rzeczywistego węszenia w poszukiwaniu właściwej drogi, do pójścia w absolutnie przypadkowym kierunku.
Albo w tamtym barze ktoś będzie coś wiedział? — rzucił po chili. Po wyprostowaniu fotografia ukazała nieco przybrudzony, ale wciąż widoczny obraz leżącego obok agresora — już wtedy z przelewającymi się na wszystkie strony zwałami mięśni. W towarzystwie kobiety. Oboje uśmiechnięci po uszy, najpewniej para, ewentualnie rodzeństwo. Już widział, jak dwójka wymordowanych wpada między zapijaczone towarzystwo, wyciąga zdjęcie i rzuca tradycyjnym pytaniem. „Rozpoznaje pan tego mężczyznę?”


Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] - Page 5 Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum

Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach