Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum


Strona 1 z 7 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down

Outsider [Insomnia | Rhett] Empty Outsider [Insomnia | Rhett]Pisanie on 19.02.18 19:19
Kilka miesięcy wstecz.

---

Spędzanie większej ilości czasu wśród mieszkańców Desperacji od pewnego czasu stało się chlebem powszednim. Nie z powodu chęci integracji czy przystosowania. Nie dla znajomych twarzy, nie dla profitów, nie dla wygód. Dla informacji. Bez nich nie mógł wcielić planu w życie. A z każdymi kolejnymi słowami usłyszanymi podczas głośnych rozmów w barach był o krok bliżej celu. A przynajmniej jego części. Starał się przewijać w każdym co większym skupisku wymordowanych, wyłapując każde przydatne wskazówki. Nawet jeśli większość opinii była jedynie negatywnym wyrazem uczuć wobec wyjątkowo porywczej grupy, nie pozwalał wpłynąć temu na swoje własne zdanie. I to pomimo świadomości, że w przypadku natrafienia na kogoś niewłaściwego mógł zwyczajnie dostać po dupie.
Niestety, bywały dni, że nikt nie miał niczego ciekawego do powiedzenia, bądź chciano zwyczajnie odpocząć od codzienności i pozwolić sobie na krótką chwilę spokoju.
- A wiesz, jaka jest najczęstsza przyczyna utonięć?
- Alkohol?
- Woda.
Wątpliwej jakości żarty padały wtedy na lewo i prawo, a kolejna salwa śmiechu uniosła dłoń do twarzy, przesuwając po niej w zmęczeniu godnym człowieka, który cały dzień spędził z idiotami. Zgarbił się znacznie przy kolejnym wesołym wybuchu, wspierając policzek na dłoni. Od godziny zajmował zacienione miejsce na samym końcu knajpy, na razie nie wyłapując absolutnie niczego istotnego na temat DOGS. Ani faktu, ani przekleństw. Jeszcze chwila tych pijackich żartów i był gotów wstać z miejsca ze zgrzytem krzesła i wyjść tak samo, jak wszedł. Nie wracając niczyjej uwagi.


Outsider [Insomnia | Rhett] Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

- Odczepiłbyś się, Javi - warknęła wściekle w tym samym momencie, w którym energicznie pchnęła drzwi do wypełnionego wszelakim elementem przybytku. Miała tylko przekazać jakąś pierdołę i sprawa załatwiona - bułka z masłem, order z ziemniaka, po kłopocie. Nie musiała nawet iść bardzo daleko od kryjówki, wystarczyło tylko dochować ostrożności, by nikt nie zauważył, skąd przychodzi i dokąd wraca. Dlaczego więc nawet przy tak prostym zadaniu musieli za nią wysłać niańkę? I to nie tak, że nie lubiła Javiera. Biednemu Kundlowi wiecznie obrywało się za to, że to właśnie on najczęściej zostawał przymuszony do wleczenia się za wymordowana jak ogon i pilnowania, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Sama Nayami chyba tylko dla własnego spokoju nawet nie próbowała dociekać, kto stoi za tym haniebnym planem ograniczenia jej swobody i kto w ogóle poważył się na taką zdradę wobec jej osoby. Podejrzewała w tym rękę matki, wspieraną czyimś pośrednictwem, jednak bezpieczniej było nie próbować się domyślać. Zrzucenie całej winy na młodego kolegę z gangu było wystarczająca metodą wyładowania złości. Już jakąś setkę razy zdążyła mu powiedzieć, żeby się łaskawie odpierwiastkował. Próbowała go zgubić, ale nawet nie było gdzie - prosta, krótka droga, a chłopak był świetnym tropicielem. Zważywszy na to, jak charakterystycznie prezentowała się czarnowłosa wymordowana, nawet nie było co marzyć o wyrwaniu się spod czujnego oka prześladowcy.
Przekroczyła próg budynku ostentacyjnie ignorując truchtającego za nią towarzysza, z zadartym ku sufitowi nosem krok po kroku kierując się ku barmanowi. Dotarłszy przed kontuar, wyciągnęła z kieszeni nieduży pakuneczek, który położyła przed mężczyzną i dodała kilka słów. Dostała konkretne instrukcje, co ma powiedzieć i jakiego odzewu się spodziewać, nie wypuściła więc przedmiotu z dłoni, nim z ust kontrahenta nie padła satysfakcjonująca odpowiedź. Wtedy też palce dziewczyny zsunęły się z przekazywanego towaru, a na jej twarz wystąpił usatysfakcjonowany uśmiech.
- No i widzisz? Widzisz? Poradziłam sobie doskonale bez twojej pomocy. Niepotrzebnie się fatygowałeś, a teraz możesz spadać - oświadczyła stanowczo, mimochodem poprawiając ulokowaną na nadgarstku żółtą chustę. Zaraz też wynalazła bystrym okiem wolne krzesełko, na które natychmiast opadła, nonszalancko zakładając nogę na nogę i odchylając się na oparcie.
- Aa-ale powinniśmy już wracać... - zaoponował chłopak, bezradnie rozkładając ręce. Wyglądał trochę tak, jakby w pierwszym odruchu chciał zwlec nieposłuszną dziewczynę z zajętego przez nią miejsca i zaciągnąć do wyjścia, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Ów zamiar nie umknął pannie Leather, która przez może ułamek sekundy łypnęła groźnie na Kundla, wywołując złowrogie błyśnięcie w złotych oczach. Dosłownie był to błysk światła, bowiem tęczówki wymordowanej miały w zwyczaju jarzyć się na złoto za każdym razem, kiedy korzystała ze swoich nadnaturalnych mocy. Teraz też palce, do tej pory luźno złożone na szczycie oparcia krzesła - łokciem zwieszała się do tyłu - teraz zacisnęły się mocno na drewnie aż rozległ się cichy trzask, gdy fragment mebla oderwał się od reszty.
- Spadaj. Sama wrócę - rozkazała, od niechcenia rzucając bezużytecznym drewienkiem w ramię chłopaka. Nie była na wystarczająco wysokiej pozycji, by wydawać mu polecenia ani też nie miała prawa uczynić mu krzywdy, jednak ta mała demonstracja siły najwyraźniej pokazała Javierowi, że nie chce, by podobny los spotkał jego kręgosłup. Zawahał się jeszcze przez moment, jednak Nayami piorunowała go wzrokiem tak nieustępliwym, że w końcu musiał ogłosić kapitulację. Westchnął wymownie i pokręcił głową w wyrazie dezaprobaty dla zachowania koleżanki, aż w końcu odwrócił się na pięcie i wyszedł. Dopiero wtedy na ustach czarnowłosej pojawił się szeroki uśmiech. Odepchnęła się lekko stopą od podłoża, utrzymując równowagę na dwóch tylnych nogach krzesła i rozejrzała się z zainteresowaniem. Nie zależało jej jakoś szczególnie na pozostaniu w barze, cała ta sprzeczka miała na celu tylko i wyłącznie pozbycie się opiekuna. Skoro jednak go wygoniła, musiała nieco odczekać, aż się oddali - i wybije sobie z głowy pomysł czekania na nią pod drzwiami. W tym czasie miała wspaniałą możliwość przyjrzenia się z bliska najróżniejszym postaciom i osobowościom, które w tamtym właśnie momencie odwiedzały podniszczony, desperacki przybytek.


Outsider [Insomnia | Rhett] ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Jak przystało na dzieciaka w otoczeniu poważnych dorosłych, nie mógł robić niczego innego poza zapoznawaniem podniszczonego blatu ze swoim policzkiem i bezczelnego podsłuchiwania. Kolorowe uszy raz po raz podrygiwały pod kapturem, delikatnie poruszając jego materiałem, jednak nie na tyle, by mogło zwrócić to czyjąkolwiek uwagę. Ostatnim czego potrzebował, była zaczepka w barze, która w każdej chwili miała szansę przekształcić się w większą rozróbę. Nikomu nie trzeba było wiele do uniesienia pięści. Jak na potwierdzenie gdzieś z boku zabrzmiało głośniejsze warknięcie, kubek uderzył o stolik mocniej, niż powinien, a nogi krzesła zaszurały o podłogę zbyt ostro. Na szczęście chwilowego uniesienia nie zakończono niczym więcej i przed momentem delikatnie zgęstniała atmosfera rozluźniła się na nowo. Zdziwił się wielce, gdy została przerwana szybciej, niż w ogóle zdążył o tym pomyśleć. Czyjaś ciężka ręka opadła z hukiem na tyle głośnym, by rozwiać ułudne wrażenie, że spokój zakłócono w innej części pomieszczenia.
Poderwał się, prostując na miejscu jak struna, by wpierw spojrzeć na ogromną dłoń, a następnie jej równie ogromnego właściciela. Spojrzenie, jakim został zaszczycony, sugerowało, że jeden dzieciak zajmujący tak duży stolik powinien zwinąć dupę w troki i ustąpić miejsca starszym. Po ujrzeniu kilku towarzyszy niezbyt zadowolonego klienta baru, mięśnie wymordowanego automatycznie zmusiły go do zejścia z ławki ustawionej przy stoliku. Ulotna myśl chciała wytłumaczyć podobny ruch kulturą osobistą, niemniej doskonale wiedział, że to wcale nie był powód. Czym prędzej przestąpił kilka kroków na bok, byleby tylko znaleźć się jak najdalej miejsca, które jeszcze przed chwilą tak wygodnie mu służyło. Dopiero znalazłszy się w odpowiedniej odległości, przemknął nieco rozbieganym, może nawet trochę zagubionym spojrzeniem po całym wnętrzu, chyba nie do końca widząc, co powinien teraz ze sobą zrobić. Dopiero dźwięk trzaskającego oparcia krzesła zwrócił jego uwagę, kierując ją na rozmawiającą dwójkę. Prawdopodobnie nie zainteresowałby się tym pod absolutnie żadnym względem, gdyby gdzieś po drodze nie mignął mu wyraźnie żółty kolor w formie chusty zawiązanej na nadgarstku. Minęło jeszcze kilka dłuższych chwil, nim postanowił cokolwiek zrobić. W tym czasie sprawiający wrażenie bezradnego towarzysz dziewczyny opuścił lokal, ktoś rozlał coś lepkiego po blacie, a odgłosy baru podniosły się o kilka pozornie niewinnych stopni. Jeszcze jedno krótkie spojrzenie na wszystkie strony wystarczyło, by upewnił się, że po drodze nie zostanie zatrzymany przez żadnego szemranego typa. Ostatecznie dotarł do celu bez żadnych komplikacji. Zsunął kaptur z głowy tuż przed wypowiedzeniem słów, uznając, że tak przecież wypada.
- Przepraszam, miałaby Pani coś przeciwko gdybym się dosiadł? - pytanie padło w towarzystwie spojrzenia godnego miana szczenięcego. I mimo iż siedzące naprzeciwko dziewczyna wcale nie sprawiała wrażenia osoby, do której należy zwracać się przez "Pani", to po raz kolejny uznał, że tak trzeba. Ciemne ucho opadło pod naporem głośnej salwy śmiechu rozbrzmiałej w tyle baru, lecz tym razem nie obejrzał się za siebie, skupiając uwagę całkowicie na ewentualnej kandydatce do rozmowy.


Outsider [Insomnia | Rhett] Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pozbycie się natrętnego Kundla od razu poprawiło jej humor. Było lepiej zarówno dla jednej, jak i drugiej strony, żeby Javi ulotnił się, nim naprawdę zacznie działać dziewczynie na nerwy. Wiedział już zresztą z doświadczenia, kiedy należy się wycofać, by uniknąć agresywnej reakcji ze strony dziewczyny. Na co dzień była uroczym, kochanym stworzeniem, ale najmniejsze nadepnięcie na odcisk potrafiła pomścić bez skrupułów, nie mając też oporów przed uciekaniem się do przemocy. Nieraz powstrzymywała się ostatkiem sił, zaciskając pięści tak mocno, że sama sobie łamała palce. Bądź co bądź nie było jej wolno krzywdzić członków rodziny, którą było dla niej przecież całe, imponujące swą liczebnością DOGS. Nawet takiemu irytującemu typkowi jak Javier nie powinna robić krzywdy bez powodu, a gdyby straciła nad sobą panowanie, z pewnością wybiłaby biedakowi kilka zębów. Opieka nasyłana przez nadgorliwych była dla Leather ogromnie wyczerpującym treningiem cierpliwości.
Teraz jednak udało jej się wywalczyć chwilę spokoju, co natychmiast spożytkowała na kojącą rozrywkę w postaci obserwacji. Rzuciwszy spojrzeniem po przybytku zauważyła kilku ciekawie wyglądających osobników, jakiś kawałek znajomej gęby, wyłapała urywane fragmenty rozmów ktoś nieopodal rozprawiał o interesach, inna grupka wymieniała się nowościami z okolicy. Nie było jednak nic na tyle ciekawego, by chciała zaangażować słuch na dłużej, dlatego więc główną jej rozrywką pozostało miarowe kiwanie się na krześle. W końcu jednak wszystkie nogi mebla opadły z cichym stukiem na podłogę, gdy przy zajmowanym przez Nayami stoliku pojawiła się jakaś nowa, interesująca osobistość. Spojrzała na nieznajomego, uniósłszy równo obie brwi i jeden kącik ust, zupełnie jakby coś ją rozbawiło.
- Wyglądam aż tak staro? - spytała, wyraźnie zastawiając swego rodzaju pułapkę. Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie odważyłby się w takiej sytuacji przytaknąć, szczególnie że Leather, choć tego nieznajomy miał prawo nie wiedzieć, miała dokładnie tyle lat, na ile wyglądała. Żadnego magicznego "z wierzchu liceum, w metryce muzeum", jak to sobą prezentowała pewna część wymordowanych. Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że była w istocie młodsza od tego, który z taką pokorą zwracał się do niej per pani. Czyż mogło być coś bardziej absurdalnego?
- Nie no, luz, siadaj. Nie gryzę tak od razu - dorzuciła już luźniejszym tonem, gestem dłoni wskazując na krzesełko naprzeciwko swojego. - Coś za jeden?


Outsider [Insomnia | Rhett] ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Czekanie na odpowiedź dziewczyny zdawało się trwać wieczność, choć w rzeczywistości były to ulotne sekundy. Czas dłużył mu się niemiłosiernie, a dodatkowo napierające na kark uczucie osiadłych na nim kilkuset par oczu wcale nie pomagało. Nawet jeśli nikt tak naprawdę nie zwracał na niego uwagi, skręcający żołądek węzeł nie odpuszczał ani na chwilę. Nie wiedział, kiedy zmiął w palcach skrawek materiału bluzy, doprowadzając go do bardziej zmizerniałego wyglądu, niż było to zamierzone. Czego się boisz? Spojrzeń? No właśnie, nie było powodu, więc czemu odczuwał głęboko zakorzeniony stres?
"Wyglądam aż tak staro?"
Niczym ciekawskie szczenię przechylił głowę na bok, przypatrując się twarzy dziewczyny z przebłyskiem niezrozumienia, jakby nie mógł ogarnąć umysłem, skąd też przyszedł jej do głowy podobny pomysł. Drgnął zaraz, nie wiadomo, czy uświadamiając sobie oczywisty fakt, czy może czując dużą potrzebę powiedzenia kolejnej rzeczy, którą powiedzieć wypadało.
- Ależ skąd. Jest Pani bardzo ładna i wygląda młodo, to takie przyzwyczajenie - wciąż trzymana między opuszkami bluza niemal błagała o litość, padając ofiarą kolejnych tortur. I nawet jeśli nie znał rzeczywistego wieku wymordowanej, a ona sama nie wyglądała na starszą od niego, wcale nie czuł się ponad nią. Wręcz przeciwnie, choć powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że niezależnie od towarzystwa zawsze pozostawał szczeniakiem. W mniejszym lub większym stopniu.
Kolejne słowa prawie, ale tylko prawie poruszyły końcówką ukrytego pod ubraniem ogona. Zgodnie z przyzwoleniem zajął miejsce naprzeciw, wspierając przedramiona na podrapanym z każdej strony blacie.
- Renard, zajmuję się handlem wymiennym - ostatkiem silnej woli powstrzymał gest małego harcerzyka w postaci zasalutowania. - Nie w tej sprawie jednak przychodzę. Od pewnego czasu interesuje mnie grupa nosząca żółte chusty. Na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć, w jakim stopniu byłbym przydatny, ale chciałbym dołączyć - nie miał również pojęcia, czy przypadkiem nie brzmiał idiotycznie, a nieco dziecięca postawa nie odbierała mu na wiarygodności. Z drugiej strony w dwukolorowych ślepiach pobłyskiwała powaga, której nie można było ot tak zignorować i to właśnie dodawało mu odrobiny dobrej myśli. Nawet jeśli dziewczyna na miejscu podsumowałaby go wybuchem rozbawienia, to przynajmniej mógłby sobie później powtarzać, że miał okazję spędzić kilkadziesiąt sekund w towarzystwie członka podziwianego przez siebie gangu. Drobny sukces.


Outsider [Insomnia | Rhett] Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

- No spoko. Tylko daj sobie spokój z tą całą panią, chyba że chcesz, żebym cię traktowała jak szczyla. Mów mi normalnie, po imieniu: Nayami - dodała, luźno przewieszając lewy łokieć przez oparcie swojego krzesła. Prawą dłoń oparła na blacie niedużego stolika, który teraz był jedynym elementem oddzielającym wymordowaną od niespodziewanego towarzysza. Nie miała nic przeciwko pojawieniu się interesującego rozmówcy, o ile rzeczywiście ten okaże się mieć coś ciekawego do powiedzenia. Zawsze lepsze to, niż uwieszający się do jej ramienia Javi, jęczący wciąż, żeby wreszcie wracali. Obecny jej kompan przynajmniej wiedział, jak zyskać sobie przychylność dziewczyny, strzelając już na wstępie wprawdzie prostym, ale przynajmniej szczerze brzmiącym komplementem.
- Te żółte chusty? - zainteresowała się, obracając wspomniany przedmiot na swoim nadgarstku. Żółty materiał przesunął się gładko pod jej palcami, ukazując fragment czarnej naszywki prezentującej Kundla. No tak, tego można było się spodziewać; posiadacze charakterystycznych chust cieszyli się szeroko zakrojoną na całej Desperacji sławą. Jedni ich podziwiali, inni nienawidzili, jeszcze niektórzy się ich bali, jednak mało było takich, którzy byliby nieświadomi znaczenia owego rzucającego się w oczy symbolu. Żywy, słoneczny kolor już na odległość sygnalizował każdemu Desperatowi, że w tym towarzystwie należy mieć się na baczności.
- Widzisz, Renny, twoje marzenie ma szanse się ziścić - zaczęła niczym rasowa telemarketera, promująca najnowszą wersję oczyszczających organizm z toksyn plastrów "Aikido". Dla niej samej włączenie się w strukturę gangu wyglądało zupełnie inaczej niż przy standardowej procedurze, jednak doskonale wiedziała, jak ten proces wygląda. Doskonale pamiętała te Rytuały Dołączenia, których miała okazję być świadkiem, a przecież i swój własny. Zawsze było to fascynujące, przepełnione emocjami wydarzenie.
- Zanim jednak udowodnisz swoją przydatność, musisz zdobyć coś znacznie cenniejszego - stwierdziła, rzucając Renardowi zaczepny uśmiech. Bawiła się doskonale, szczególnie obserwując, jak nerwowo, a jednocześnie jak poważnie wygląda siedzący naprzeciwko chłopak. Zupełnie jak na jakiejś rozmowie o pracę w międzynarodowej korporacji, gdzie bierze pan 1300 i umowa o dzieło? Bo mam już Ukraińców na pana miejsce, tylko że DOGS nie oferowało ani pensji, ani dokumentu. Mieli za to coś, co w realiach Desperacji było o wiele bardziej wartościowe.
- Nasze zaufanie - wyjaśniła wreszcie, przywołując na twarz słodki uśmiech. - Możesz spróbować zacząć ode mnie, chociaż niczego nie gwarantuję. Ale bardzo chętnie cię poznam.
Upuściła swojej postawie nieco powagi, nachylając się nad stolikiem. Niemalże układając się na blacie, sięgnęła ręką w przód i wyciągnąwszy palec wskazujący, lekko dźgnęła swojego nowego znajomego gdzieś w okolice mostka. W końcu rzeczywiście oparła tułów o płaską powierzchnię, głowę ułożyła na zgiętym ramieniu, zaś drugim, wyprostowanym, nadal manewrowała gdzieś w okolicach żeber chłopaka.
- Lubisz maliny? - rzuciła ni z tego, ni z owego. Nikt nie gwarantował, że rozmowa będzie przebiegała normalnie...


Outsider [Insomnia | Rhett] ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Dwubarwne uszy poruszyły się wyraźnie, wyłapując dźwięk wypowiadanego imienia spośród natłoku rozmów i śmiechów. Grube litery zamajaczyły w odmętach pamięci, mając tam pozostać już na zawsze. Nie minęła sekunda, a skinął łbem, dostosowując się do woli dziewczyny. Każdy lubił być nazywany po swojemu, rozumiał to. Poświęcił jej pełną uwagę i tylko minimalnie podrygująca końcówka czarnego ucha mogła wskazywać na ciągłe nasłuchiwanie odgłosów w tle. Irracjonalny dyskomfort nie odpuszczał ani na chwilę, wciąż i wciąż przypominając, że oboje znajdywali się wśród masy obcych ludzi. Wymordowanych gotowych wszcząć burdę i wytrzeć podłogę czyjąś mordą bez żadnego powodu. Z drugiej strony obecność członka niebezpiecznego ugrupowania w jakiś sposób rozluźniała napięte mięśnie, co mogło okazać się tak samo głupie, jak naiwne.
"Te żółte chusty?"
- Dokładnie te. Sporo się o nich mówi - przyznał, chwilowo nie wdrażając się w szczegóły. Zamiast tego powiódł zainteresowanym spojrzeniem za jasnym kawałkiem materiału, w żaden sposób się z tym nie ukrywając. Bo i po co? Mimo iż nieco sfałdowana, czarna naszywka pozwoliła się rozpoznać z niewielkiej odległości. Przez chwilę nawet chciał sięgnąć w tamtym kierunku, rozprostować chustę i przyjrzeć się przyszytemu kundlowi jeszcze lepiej, lecz ostatecznie zrezygnował, uznając to za niestosowne. - Jakie to uczucie? - spytał, nie od razu rozwijając myśl. Wciąż przyglądał się żółtemu dodatkowi, dopiero po dłuższej chwili podnosząc spojrzenie na złote ślepia wymordowanej. - Należeć do nich, żyć razem z nimi? - ton głosu pozostał utrzymany na względnie neutralnym poziomie, a jednak drobna ekscytacja przebiła się ponad opanowanie. Dopiero zdrobnienie jego własnego imienia i perfekcyjnie nazwana marzeniem chęć zmieniły zastygłą mimikę, dodając jej chwilową dekoncentrację i niezrozumienie. Nie wiedział o gangu nic poza pustymi, nierzadko fałszywymi plotkami, których często miał okazję słuchać. Ciągle powtarzano, że to banda wariatów z ogromem wrogów i śmiercią dyszącą w kark. Zapewne było w tym również ziarnko prawdy, tego nie wiedział. Nie zawsze jednak taki diabeł straszny, jak go malują. Tak sobie przynajmniej wmawiał.
- Jeśli ma szansę, to zrobię co w mojej mocy, by tak właśnie się stało - po raz kolejny skinął głową, tym razem bardziej do siebie samego, niż do Nayami. Czekał cierpliwie i w napięciu, aż dziewczyna zdradzi mu tę istotną rzecz, którą musiał zdobyć, zanim miał postąpić krok w kierunku DOGS. Odpowiedź nie wywołała w nim aż takiego zdziwienia, jak można by się spodziewać. Właściwie to po raz pierwszy, od kiedy podszedł do jej stolika, pozwolił sobie na drgnięcie kącików ust, które zaraz rozciągnęły się w zadziwiająco ciepłym (jak na sytuację) uśmiechu. - Zaufanie, co? To nie będzie łatwe - mruknął, stuknąwszy pojedynczo palcami w blat. - Nie zawiodę cię - dodał po chwili, jakby to była najważniejsza misja w jego dotychczasowym życiu. I prawdopodobnie właśnie tak było. Niespodziewany dotyk nie tylko przerwał tok myśli, ale i zaskoczył na tyle, by wymordowany drgnął lekko na zajmowanym krzesełku, osadzając iskrzące niezrozumieniem spojrzenie na dziewczynę. Idea kontaktu fizycznego wciąż pozostawała nieodkrytą zagadką, czego nawet nie potrafił zbyt dobre ukrywać.
- No pewnie. Zresztą nie tylko maliny, uwielbiam owoce - znów się ożywił, albo chwilowo zapominając o błądzącej po żebrach cudzej ręce, albo odganiając tę świadomość na dalszy plan. Nayami natomiast bardzo dobrze mogła wyczuć, że pod warstwą ubrań kryło się wychudzone ciało. Norma na Desperacji, gdy nie miało się do kogo przyczepić.
- Wydaje mi się, że ktoś kiedyś wspominał o wyrabianiu soków. Raz na sto lat - parsknął, nie będąc stuprocentowo pewnym co do ulotnego wspomnienia. Nie było jednak problemem zorientować się na dniach w sytuacji.


Outsider [Insomnia | Rhett] Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

- Uczucie, ha - powtórzyła na poły bezwiednie, w zamyśleniu uciekając wzrokiem gdzieś ponad głowę swojego rozmówcy. Chyba jeszcze nigdy nie została postawiona przed tak osobliwym pytaniem, ani przez osobę trzecią ani przez samą siebie. Jak miałaby porównać stan bycia członkiem gangu do stanu niebycia nim? To pytanie chyba przyniosłoby lepszy efekt, gdyby zostało postawione komuś, kto znał w jakiś sposób obydwie te rzeczywistości; dla Nayami druga opcja była niewiadomą, jako że nie znała przecież świata poza DOGS. Nie tylko oboje jej rodzice byli dumnymi posiadaczami żółtych chust, one ciągnęły się za wymordowaną jak życiowe fatum. Jako nowo narodzone dziecko, pierwszy swój oddech wzięła będąc jeszcze w rękach pewnego niezadowolonego z życia Bernardyna, inny tkwił z nią cierpliwie, ucząc chodzić. Niejednemu Kundlowi przypadało zadanie karmienia małego berbecia papkowatym jedzeniem lub pilnowania, żeby raczkując po podziemnych tunelach, nie wywędrowała w żadne niebezpieczne zakamarki. Koniec końców każdy z Psów zyskał u młodej Leather miano ciotki, wujaszka, brata czy siostry.
- Jak by ci to opisać... dla mnie to jest całe życie - stwierdziła wreszcie nieco nieobecnym tonem, wciąż nie będąc w stanie znaleźć odpowiednich słów. - Dosłownie - doprecyzowała zaraz, wracając myślami na ziemię. W końcu chciała, żeby chłopak zrozumiał, co się do niego mówi, nawet jeśli Nayami nie była na tyle utalentowana w dziedzinie krasomówczej. Nie można jej było jednak odmówić starań.
- To jest po prostu rodzina. Wielka i bardzo różnorodna, ale prawdziwa. Dbamy o siebie nawzajem i współpracujemy, bo w ten sposób łatwiej jest przetrwać. I każdy jest ważny, więc jeśli ktoś poważy się podnieść rękę na jednego z nas, ma wpierdol od wszystkich bez wyjątku. - Co by tłumaczyło, czemu osławiony gang miał tak wielu wrogów rozsianych po całej Desperacji. A jednak, na każdego rozwścieczonego przeciwnika przypadał wierny psi towarzysz, dzięki czemu nawet te mniej napakowane siłą fizyczną jednostki mogły czuć względne bezpieczeństwo. A przecież to właśnie był jeden z najbardziej deficytowych towarów obecnego świata; nie żywność i woda, nie broń i amunicja, ale poczucie bezpieczeństwa, możliwość zaufania. Mało kto mógł się tym poszczycić na taką skalę co Psy, które gotowe były gołymi rękami wyszarpać współtowarzysza ze szponów śmierci, wciąż i wciąż ryzykując głową jeden za drugiego.
- Nie zawiodę cię.
- Nie mogę od razu powiedzieć, że ci wierzę... ale życzę powodzenia. Może być fajnie - stwierdziła, nie precyzując rzecz jasna, na czym to fajnie miałoby polegać. Znając Ins, to mogło być coś absolutnie szalonego i podlegającego nawet pod kategorię absurdu, wychodzącego też może poza granice przeciętnego ludzkiego pojęcia. Dorastała w tak osobliwym środowisku, że aż dziwne by było, gdyby nie miała kilku dziwactw na sumieniu.
- Wszystkie owoce? - podjęła żywo temat, nie zaprzestając tajemniczych manewrów palcem przy żebrach rozmówcy. - Czy są jakieś, których nie lubisz? - Teoretycznie kto wybrzydza, ten nie je, a kto nie je, ten szybko umiera. Czasem lepiej było zacisnąć zęby, spiąć pośladki i wcisnąć w siebie coś, za czym się nie przepadało, niż zwijać się z głodu i chudnąć w oczach. Sama Nayami już we wczesnym dzieciństwie nauczyła się nie czuć obrzydzenia przed niczym, choć nadal pozostawały rzeczy, które bardziej lub mniej lubiła.
- Widziałam kiedyś, jak się robi sok - oznajmiła z dumą, na chwilę unosząc głowę, nim pozwoliła jej opaść z powrotem na luźno ułożoną rękę. Ani na chwilę nie spuszczała wzroku z Renarda, chłonąc każde słowo z imponującą wręcz uwagą. W końcu z natury nie przepuszczała żadnej okazji, żeby dowiedzieć się więcej o świecie i jego mieszkańcach. A w tym przypadku - o jednym, konkretnym mieszkańcu świata.


Outsider [Insomnia | Rhett] ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

"Uczucie, ha"
Nawet pojedynczy mięsień nie drgnął na twarzy wymordowanego, choć nie do końca rozumiał, nad czym mogła się zastanawiać. Dał jej tyle czasu, ile potrzebowała, samemu w tym czasie studiując z uwagą jej sylwetkę. Upierdliwe jak rzep przeczucie już chwilę temu znalazło idealne miejsce do przyczepienia, nie dając mu spokoju i sekunda po sekundzie dorzucając nową sugestię. Każda myśl kończyła niewypowiedziana, obijając się jedynie o ściany umysł. Od samego początku miał nieodparte wrażenie, że Nayami kogoś mu przypominała. Może niekoniecznie składało się to na twarz, czy inne atrybuty, lecz iskry w złotych oczach były już całkowicie inną sprawą. Problem w tym, że chwilowo nie mógł przypisać ich do nikogo znajomego, będąc ciągle rozpraszanym przez panujący dookoła gwar. Długo rozważał wszystkie ewentualności, lecz w końcu stale rozpraszane myśli odpuściły, na razie odstawiając nękający temat na dalszy plan. Odetchnął głębiej, wraz z wydychanym powietrzem pozbywając się rozterki i usiadł wygodniej, nie planując zbyt szybkiej zmiany położenia.
- Urodziłaś się wśród nich? - podjął trop, jednocześnie nie będąc pewnym, czy dziewczyna życzy sobie zadawania podobnych pytań. Każdy miał swoje własne granice odnośnie prywatności i nieraz wybadanie ich było ciężkim kawałkiem chleba do ugryzienia. Wymordowana zaraz kontynuowała myśl, więc nie odezwał się już ani słowem. Słuchał jej z nieukrywanym podziwem, może nawet drobną nutą zazdrości, nie mając nigdy okazji do doświadczenia czegoś podobnego. Być może to właśnie był kolejny powód, którego sam przed sobą jeszcze nie przyznał. Chęć posiadania rodziny, nadstawienia za nich karku, posiadania miejsca, które absolutnie szczerze można było nazwać domem.
- Zazdroszczę ci - powiedział w końcu, odczekując dłuższą chwilę, gdy wymordowana skończyła mówić. - To musi być świetne. Mieć gdzie wrócić i być świadomym, że zawsze będzie ktoś, kto będzie cię oczekiwał - oderwał w końcu wzrok od jasnych oczu dziewczyny, przebiegając nim po reszcie lokalu. W czasie ich rozmowy nic się nie zmieniło. Sporo niezaprzeczalnie niebezpiecznych typów wciąż zajmowało swoje miejsca, wciąż głośno komentowało wydarzenia, wciąż się śmiało. Czysta beztroska, może właśnie w tym leżał urok barów. Postukał nerwowo w blat, gdy tylko śliskie uczucie czyjegoś zimnego spojrzenia musnęło odsłonięty kark. Zaprzestał dudnienia palcami w blat, próbując rozluźnić mięśnie na tyle, na ile pozwalało mu nerwowe uczucie. Czyli niewiele.
- Na pewno wszystkie te, których miałem okazję próbować. Patrząc jednak na różnorodność świata, prawdopodobnie nie wiem jeszcze nic - drobny uśmiech raz jeszcze pociągnął usta w łagodnym uśmiechu.
- Poszukajmy kiedyś owoców - w obecnych realiach podobna propozycja mogła brzmieć dość niedorzecznie, jednak nie wyglądał na kogoś, kto miałby zrezygnować z powodu byle utrudnienia czy jednej porażki. W końcu pech kopał go po dupie dzień w dzień, jakoś trzeba było nauczyć się żyć z tym fantem. Wciąż jednak pozostawał jedna rzecz, która nie dawał mu spokoju bardziej, niż wszystkie inne. Nawet dotąd ukrywany ogon w końcu wyślizgnął się na spotkanie z mdłym światłem lokalu, podrygując nerwowo na krześle.
- Co robisz? - spytał w końcu, całkowicie neutralnym tonem, sugestywnie opuszczając wzrok na rękę wymordowanej, która cały czas kontynuowała podróż po materiale jego bluzy. Kilka sekund wystarczyło, by spojrzał na jasne tęczówki, doszukując się w złotych iskrach odpowiedzi.
- To obecnie całkiem drogi towar. Trzeba się trochę na niego napracować. Z drugiej strony mówi się, że nic nie jest niemożliwe do zdobycia - dodał nieco swojej wiedzy, nawet jeśli nie była jakaś szczególnie istotna. Nie była to informacja, której nie dało się samemu domyślić.


Outsider [Insomnia | Rhett] Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

- Urodziłaś się wśród nich?
- Wśród nich i z nich, jak by nie patrzeć... - zaczęła, podejmując temat, choć przecież kwestie rodzinne były dla niej nieco skomplikowane. Bliżsi jej byli ci, z którymi nie dzieliła więzów krwi niż ci, po których odziedziczyła całą pulę genetyczną. To zresztą było widać jak na dłoni nie tylko po dość oczywistym kolorze włosów czy tęczówek. Także z karnacji, sposobu poruszania się, rysów twarzy, była kropka w kropkę jak swoja matka, otrzymując po niej w biologicznym spadku nawet to dziwne coś, ten specyficzny dar, dzięki któremu w ogóle nie musiała się starać, by uchodzić za ładną. Podobno podobną aurą promieniowali aniołowie, czymś jakby naturalnym pięknem; u Insomnii występowało zjawisko podobne, choć jednocześnie zawierające element kontrastowy. Jej naturalne piękno nie było, tak jak u aniołów, pięknem takim, jak zielone łąki i złociste pola, jak błękit spokojnego nieba czy rozgwieżdżona noc. Młoda Leather podpadałaby prędzej pod kategorię urody hipnotyzującej, a równocześnie pełnej niepokoju: niczym krajobraz górskiej turni, szalejące wśród burzy błyskawice czy pełne mocy tornado. Choć z zewnątrz wyglądała na niegroźną, sympatyczną i roześmianą nastolatkę, uważny obserwator mógł dojrzeć w złotych oczętach błysk okrucieństwa, bezwzględności, a może nawet maleńką nutkę obłędu.
Cóż powiedzieć, to już geny po tatusiu.
Tylko że poza tymi cechami, które dało się przekazać w genach, nie otrzymała od swoich rodziców zbyt wiele. Wiedziała, że wiele lat temu, nim jeszcze nauczyła się chodzić czy mówić, zadecydowali o umieszczeniu córki wewnątrz struktur gangu DOGS, tak by dorastała zupełnie jak jego pełnoprawny członek. Gdy przyszedł odpowiedni czas, oczywiście dopełniła rytuału, który jednak w jej przypadku był bardziej formalnością niż próbą. Nie dopuszczała myśli, że mogłoby się jej nie powieść; Psy były jej realną rodziną: tymi, którzy ją wychowywali, uczyli i się nią opiekowali. A robili to wszyscy, poza jej rodzoną matką i ojcem, co można uznać za niebagatelny paradoks. Cóż jednak poradzić, skoro nie była w stanie ich zmusić ani przekonać do zmiany postępowania. W gruncie rzeczy nawet nie zamierzała próbować - na starcie założyła, że żaden jej wysiłek nie przyniesie skutków. Wolała pozostawić tę opcję na zawsze w sferze marzeń i domysłów, niż srogo się rozczarować.
- Tak, to jest świetne - zgodziła się, porzucając przygnębiające rozmyślania na temat rodziców. Może oni byli do niczego, jednak cała reszta gangu zastąpiła ich pierwszorzędnie, zapewniając dorastającej dziewczynie wszystko, czego potrzebowała. To było ważniejsze od dwójki debili, którzy nawet jej nie chcieli.
- Poszukajmy kiedyś owoców.
- To dobry pomysł. Niektóre wiem, jak wyglądają, ale nigdy ich nie próbowałam. A chciałabym, bo mówi się, że są dobre.
Posłała chłopakowi firmowy Promienny Uśmiech Numer Osiem. Każdy, kto był w stanie zaproponować pannie Leather coś nowego lub interesującego, z marszu zyskiwał dodatkowe punkty do jej sympatii. A te wbrew pozorom nie były takie proste do uzbierania, bo choć zyskiwało się je łatwo, jeszcze szybciej można było stracić. Czasem wystarczyła najdrobniejsza głupia uwaga czy zły dobór słów, szczególnie w wykonaniu osoby, do której wymordowana nie zdążyła się przywiązać. Tacy byli zawsze na celowniku.
-Co robisz?
Nie przerwała swoich czynności ani na sekundę, tak jakby z początku nie usłyszała pytania. Patrzyła za własnymi palcami, które wciąż leniwie błądziły po materiale bluzy, bez skrępowania łamiąc przestrzeń osobistą Renarda.
- Nie wiem. Jeśli masz jakiś pomysł, możesz mi powiedzieć. - Uniosła wzrok z powrotem na rozmówcę, spoglądając nań dość obojętnie. Może tylko się zgrywała, może wręcz kłamała, ale nawet jeśli, to nie dawała tego po sobie poznać. Może to był test, a może tylko niewinna zabawa. Może prowokacja. Może sposób na zabicie nudy.
Ale na pewno nie był to problem czarnowłosej dziewczyny.
- Jeśli trzeba się na coś napracować, jest więcej warte - wtrąciła filozoficznie. Tę myśl sprzedał jej chyba Ourell, kiedy jako niewyrośnięte maleństwo tupała nóżkami i odmawiała uczenia się literek, bo nie mogła ich nijak zapamiętać. A później, kiedy przychodziły kolejne etapy żmudnej nauki, a także życia, przekonała się o prawdziwości tego stwierdzenia.


Outsider [Insomnia | Rhett] ISU5hC7
                                         
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
Insomnia
Maltańczyk     Opętana
 
 
 

GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down

Pokiwał pokrótce głową, chwilowo pozostawiając temat samemu sobie. Niepisane zasady pierwszych spotkań mówiły o tematach, których nie powinno się poruszać, ani na siłę ciągnąć. Mimo targającej wnętrze ciekawości nie pozwolił słowom wyjść zza barykady ust i uformować się w kolejne pytanie. A miał ich naprawdę wiele i w zetknięciu z tematem gangu był jak dziecko stale męczące rodziców pytaniami z gatunku "dlaczego" i "jak". Głęboko zakorzeniona fascynacja szarpała za organy i wywijała nimi jak zawodowy żongler. Fala ekscytacji zalewała organizm, poruszała wiecznie żywym ogonem, napinała mięśnie za każdym razem, gdy uszy miały okazję wychwycić kolejne informacje. Dlatego siedząc naprzeciw dziewczyny, wpatrywał się w nią tak błyszczącymi oczyma, jednocześnie dokładając starań, by nie wkroczył z tym wszystkim na granicę nachalności.
- Od samego początku kogoś mi przypominasz - wyrzucił z siebie w końcu te kilka słów, prostując bardziej na zajmowanym miejscu. - Nie mogę tylko ustalić kogo - zaduma, jaka wstąpiła na jasne lico, zwarła usta w wąską linię. Te złote tęczówki chodziły mu po głowie od dłuższego czasu, nie mógł ich jednak nigdzie przypisać, bijać się z nagłym zanikiem pamięci. W końcu sobie przypomni, tego był pewien.
- Wybacz, jeśli przesadzam - wyraz twarzy złagodniał, naraz nabierając więcej pokory. W tej samej sekundzie ciało drgnęło niezauważalnie, gdy chłód obcego spojrzenia po raz kolejny prześlizgnął się nieprzyjemnym uczuciem po karku. Dyskomfort temu towarzyszący na krótką chwilę napiął mięśnie, a przedramiona wymordowanego mocniej naprały na blat, jakby w każdej sekundzie gotów był go wstania z szurnięciem krzesła i wyjścia. Spokój — powtórzył kilkakrotnie, dając sobie potrzebne do rozluźnienia sekundy. Dlatego nie lubił barów. Masa ciekawskich oczu stale kładła się na czym popadło, sondując centymetr po centymetrze obiektu swojego zainteresowania. Niemal czuł paskudny oddech tuż przy twarzy i to wprawiało go w mdłości. Spokojnie. Coś mruknęło niskim, wibrującym tonem i mimo świadomości, że głos nie należał do niego, dopiero teraz mógł w pełni wygodnie rozsiąść się na krześle. Grzecznie, ze splecionymi przed sobą palcami. Wrócił do rzeczywistości wraz z ciągniętym tematem owoców.
- Widziałem kiedyś krzak... czegoś. Nie jestem pewny, co to było, ale z daleka przypominało borówki. Gdyby nam się poszczęściło, moglibyśmy spróbować zrobić sok. Wzięłabyś go do domu - nakrapiany ogon zafalował w jakiejś oznace ekscytacji, może radości, poruszając się prawdopodobnie bez świadomości właściciela. Jeśli rzeczywiście daliby radę wspólnie wykonać porcję soku, nie widział żadnych przeciwwskazań w oddaniu jej Nayami. Sam zapewne nie wykorzystałby go do końca, a marnowanie takich rarytasów zakrawało o grzech. Proste? Proste. Jej uśmiech spodobał mu się do tego stopnia, że postanowił wyryć go w pamięci zaraz nad imieniem. Ładnie się uśmiechała.
Wciąż nie wiedział, co chciała osiągnąć tym dotykiem i jakie miał znaczenie. Dopóki jednak pozostawał w jako takiej normie, nie wykraczając poza poziom, którego już w ogóle nie pojmowałby umysłem, był w stanie nie odsunąć się w tył.
- Nie za bardzo rozumiem - mruknął. - Nie znam się na tym kompletnie. Na kontakcie fizycznym i jego intencjach - przyznał jak na spowiedzi, ignorując świecącą na czerwono lampkę i akompaniament wzburzonego warkotu. Nie powinien o tym wspominać. Nie jej, nie w zatłoczonym barze, gdzie każde uszy obracały się w każdą stronę i wyłapywały wszystko, co tylko mogły. A mimo to zaryzykował.
Mądrą myśl skwitował uśmiechem i kolejnym skinieniem głowy. Chwilę później przysunął się bliżej stolika, zniżając głos do półszeptu.
- Co powiesz, żeby się stąd wyrwać? - pominął dodanie kilku słów o tym, że jeszcze chwila i oboje byliby jak szwajcarski ser od tego natężenia spojrzeń. Wraz z ostatnim słowem wymordowanego, czyjeś krzesło zaskrzypiało wyjątkowo głośno, a dotychczasowa całkiem wesoła wrzawa przeinaczyła się w powoli narastające kłótnie.


Outsider [Insomnia | Rhett] Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Outsider [Insomnia | Rhett] Q1-1528134252
Outsider [Insomnia | Rhett] Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum

Strona 1 z 7 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach