Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Go down


- Smacznego. - skomentowała jakby na złość widząc, że blondyna chowa swoje drugie śniadanie. Sama pochłonęła wcześniej trochę suchego pieczywa, które popiła wodą. Nie miała apetytu od dłuższego czasu, ale szkoła poza podstawami uczyła także dyscypliny - jedz zawsze wtedy, gdy masz taką możliwość. Nigdy nie wiadoma, kiedy trafi Ci się szansa na kolejny posiłek. Czasami wciskała w sobie porcję wystarczającą, by funkcjonować jakoś resztę dnia, bez większej ochoty, zapchać wnętrzności i brać się za kolejne zadanie, z automatu.
- Z takich zrobi się mięso armatnie. Każda jednostka ludzka będzie miała takie zadanie, do jakiego się nadaje. - Uniosła palce do ust i zaczęła obgryzać skórki przy paznokciach mówiąc jednocześnie. - Więc jeżeli ktoś nie chce być trupem jeszcze przed rozpoczęciem bitwy, powinien szybko nabierać pewności siebie.
Wyprostowała nogi i przekręciła je do tyłu, na stronę swojej akademii. W oddali rozległ się odgłos starego, ręcznego dzwonka, ale nie to kazało jej się śpieszyć. Siedziała nadal bez zamiaru natychmiastowej ucieczki, niezależnie od tego, czy po betonowym podwórku wojskowej dziesiątki par stóp zmierzały ku klasom i boiskom. Niewrażliwa na upływ czasu łapała promienie słońca spoglądając w niebo.
- Nie. Nie myślę, że picie alkoholu jest atrakcyjne. - Odpowiedziała bez wahania. Wyglądało to tak, jakby spodziewała się zaprzeczenia, albo reakcji podobnej do tej, którą właśnie usłyszała. Nie dała słowom dziewczyny wybrzmieć do końca w powietrzu, a już kontynuowała swoją własną wypowiedź. - Myślę, że trzeba posmakować wszystkiego, póki mamy jeszcze okazję. Życie jest krótkie, a o siedemnastej ma przylecieć delegacja zza granicy. Będziemy prowadzić rozmowy o pokoju. - Powiedziała, udając akcent zastępczej głowy pastwa, ale w końcu wróciła do swojego. - A nasze wojsko niby przypadkiem szykuje od rana rakiety? Spodziewają się nalotu pod pretekstem rozmów pokojowych.
Zmrużyła oczy i jak kot łapała ciepło otoczenia.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Smacznego.
Spojrzała na Yuu tak, jak zmordowany po ośmiu godzinach lekcji nauczyciel patrzy na rozrabiającą klasę. Chętnie by się jeszcze jakoś odgryzła, jednak już wybitnie nie miała na to siły. Już mnie nie osłabiaj, zdawała się mówić, kiedy przewiercała wzrokiem wciąż znajdującą się na szczycie muru sylwetkę. Nijak nie potrafiła rozgryźć tej dziewczyny ani jej motywów, tak przy pierwszym spotkaniu jak i teraz. Opowiadanie o wojnie i umieraniu sprawiało jej przyjemność? Pewnie cieszyło ją obserwowanie przerażonych wyrazów twarzy innych osób, ot, dla przykładu - rozłożonych na kocyku dziewcząt, które również nie wydawały się zadowolone z podjętego przez czarnowłosą tematu. Kiedy w sąsiedniej szkole rozbrzmiał dzwonek, a ona nadal nie wydawała się zbierać do odejścia, piknikowa grupka zwinęła manatki i oddaliła się w kierunku drzwi do budynku, poszeptując coś między sobą. W ZSOT przerwa miała trwać jeszcze przez kolejnych pięć minut.
- Wyjmij rękę z ust, kiedy mówisz - stwierdziła sucho Lise. Dopiero teraz wstała, podchodząc o dwa kroki bliżej muru. Zadzieranie głowy do góry było męczące, ale jeszcze bardziej uciążliwe było ciągłe przegadywanie się ze starszą dziewczyną. Trochę tak, jakby każda z nich posługiwała się językiem obcym niezrozumiałym dla drugiej strony, przez co wymiana zdań nie prowadziła ich do żadnego wspólnego wniosku.
- Jeśli chcesz posmakować wszystkiego, to spróbuj ciastek z kawałkami jabłka. Rozpoznawania gwiazdozbiorów. Chemii organicznej. Albo nie wiem, budowania modeli z kartonu. Jest tyle lepszych i ciekawszych rzeczy, które można robić.
Słońce raziło ją w oczy, dlatego przytknęła do czoła wyprostowaną dłoń, robiąc sobie z niej daszek. Wciąż jednak miała nieco przymrużone powieki, trochę ze względu na jasne oświetlenie, a trochę przez to, że usiłowała dokładnie dojrzeć wszystkie reakcje Yuu. Mówiła poważnie i tak właśnie chciała być odbierana, jednak ulegała silnemu wrażeniu, że druga dziewczyna w ogóle nie traktuje jej słów na serio.
- Masz rację, życie jest krótkie. Owszem, możemy wszyscy zginąć w każdej chwili, nawet dzisiaj. I właśnie dlatego nie zamierzam marnować mojego cennego, krótkiego życia na rzeczy niezdrowe i głupie. Tobie radzę to samo.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Jeżeli niedostatecznie dobrze udowodniła wcześniej, że w sposób bardzo niewielki przejmuje się grzecznościami, tak dołożyła teraz od siebie także mówienie z ręką przy ustach. Nie, nie w ustach, bo naprawdę nie miętosiła palców między zębami wtedy, gdy akurat się wypowiadała, ale bok dłoni przytknięty do ust dawał dostatecznie wyraziste wrażenie. Poza tym, czy to miało aż tak wielkie znaczenie żeby mówić wyraźnie, skoro każda część zdania była zrozumiała? Gdyby tylko miała ze sobą jakieś jedzenie, wpakowałaby je sobie do ust, znowu tak jakby na złość.
- Mówię o rzeczach realnych. - Machnęła ręką przed twarzą i pokręciła głową niezadowolona z tego, że jej intencje pozostały źle zinterpretowane. Poza tym, skąd blondynka wiedziała, że nie próbowała już tego wszystkiego, a teraz szukała po prostu kolejnych osiągalnych możliwości? Magazynier i alkohol były w zasięgu ręki, a chemia organiczna i modele z kartonu nieco poza nim. No i co znaczyło lepsze i ciekawsze? Każdy oceniał to swoją miarą, a ona nie upierała się przecież, że proponuje jej najlepszą rzecz na świecie. Po prostu rzuciła pomysłem, a miała zostać zrównana z parterem moralności przez białogołębiczą dziewczynę.
Westchnęła głośno na wydźwięk swoich myśli, ale nie była tu po to, by się kłócić i bronić własnej opinii kosztem wolnego, przyjemnego czasu.
- W takim razie chodź ze mną na jabłecznik. - Odparła zamiast tego, swobodnie, radośnie, na jej twarzy błądził specyficzny uśmieszek triumfu. Mimo wszystko to było małe zwycięstwo, które celebrowała w obszarze własnych poplątanych myśli.
Niezdrowe i głupie.
Pokręciłaby oczami gdyby nie to, że zamknęła je i cieszyła się podmuchem wiatru, który rozwiał i poplątał i tak już złapane w chaotycznym wiązaniu czarne włosy. Miała bardzo naiwne podejście do świata. Że niby cokolwiek jest zdrowe i mądre? A może jeszcze wartościowe i warto o to walczyć?
Stłumiła cichy śmiech.
Wysunęła chyba na tyle wyrazistą propozycję, że wszystkie inne słowa były zbędne. Do czasu odpowiedzi ze strony dziewczyny mogła spoglądać w swoje ukochane, ciemne niebo. Wypatrywać samolotów i nasłuchiwać huku przeszywającego trzewia.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- A ja mówię o nierealnych? - odparowała od razu, przekręciwszy głowę niczym szczeniaczek proszący o rzucenie piłki. W przeciwieństwie jednak do uroczej, czworonożnej istotki, Liselotte nie miała w oczach tego poddańczego uwielbienia, które często wykazywały psy wobec swoich właścicieli. Nie, blondynka samym spojrzeniem wciąż rzucała wyzwanie, nawet jeśli było to wyzwanie pewnego specyficznego rodzaju. Nie szukała odpowiedzi na żadne skonkretyzowane pytanie, czekała bardziej na ogólne informacje, które miały same się pokazać w miarę upływu czasu. Z uwagą obserwowała reakcje czarnowłosej na różne swoje zachowania i słowa, tak samo intensywnie zastanawiając się, co też ta intrygująca dziewczyna może mieć w głowie. Zapewne nie będzie jej dane nigdy tego odgadnąć, jednak już sam proces badań był dziwnie pasjonujący. W pewnym sensie można powiedzieć, że czuła przymus analizowania wszystkiego, co swoim bytem reprezentowała starsza dziewczyna. Choć odkąd rozstały się tamtego jednego dnia, w którym ich losy splotły się ze sobą tak samo przypadkowo jak piłka koszykowa i szyba damskiej łazienki, Lise nieszczególnie brakowało nawiązanej wtedy znajomości. Ot, były zmuszone spędzić ze sobą trochę czasu, by doprowadzić zdewastowane pomieszczenie do porządku i ułatwić pracę administracji szkoły. Obecnie zaś, gdy rzecz tyczyła się Yuu Kami, jej młodsza koleżanka nabierała wyjątkowego zacięcia. Takie zaangażowanie wykazywała w niewielu sprawach i to zazwyczaj tych, które przedstawiały o wiele większą wagę... no ale od czego jest młodość jak nie od tego, by od czasu do czasu zająć się czymś z grubsza bezsensownym?
- Na jabłecznik się zgodzę.
Uśmiechnęła się, choć promienie słońca oświetlały podwórko tak intensywnie, że trudno było dostrzec czy jest to uśmiech radosny, czy nieco ironiczny. Sam ton głosu blondynki wskazywał ja każdą opcję po trochu, trudno więc byłoby ogłosić jednoznaczny werdykt. Starsza dziewczyna trafiła z propozycją bardzo celnie, bowiem Merricks nie miała w zwyczaju odmawiać dobrze zrobionych dań zawierających jabłka, o ile tylko nie były absolutnie spartaczone. W tej chwili perspektywa wypadu na jabłecznik malowała się o wiele przystępniej niż spędzenie kolejnej lekcji na nudzeniu się jak mops.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


- Nierealne! - potwierdziła z nieprzyjemnym entuzjazmem. - Idź gdzieś na dach i powiedz, że chcesz oglądać gwiazdy. Strażnik puknie się w czółko, a potem puknie Ciebie, tyle że z łokcia, w bok brzucha. - Godzina policyjna, wojsko na ulicach, ochrona rządowych gmachów, wszystkich ważniejszych instytucji, kontrole na wejściach, straże przy drzwiach, na chodnikach. Było wiele powodów, które mogła podać jako argument przyklepujący bliskość jej słów do prawdy. Ogromna liczba powiedziałoby się ludzkich aktywności była ograniczona przez tak restrykcyjne postępowanie władzy. Ze swobody zostało już niemal tylko łamanie prawa, albo coś tak miernego w swej wartości jak pochłanianie jabłecznika. Jednym kawałkiem człowiek i tak się nie naje, a na dwa już go nie stać. W zasadzie chodziło jednak o to samo, picie i jedzenie służyły tylko i wyłącznie zaspokajaniu swoich potrzeb, jeżeli nie jedynie tych fizjologicznych to także kilku z zakresu samorealizacji. W końcu jeżeli człowiek ma ochotę zasmakować czegoś konkretnego, to dopiero włożenie tego do ust i zakosztowanie odrobiny przyjemności pozwoli zredukować pojawiające się w głowie ciśnienie.
Na jabłecznik miała stosunkowo tak samo dużą ochotę jak i na alkohol, więc prawie żadną. Chodziło o odrzucenie pewnych reguł i ucieczkę z reszty lekcji, a cel... cel był elastyczny.
- Świetnie - rzuciła z porównywalną do wcześniejszej wypowiedzi energią - w takim razie masz dwie minuty na zabranie swoich rzeczy z szatni i widzimy się przed sklepem na przeciwko.
Obróciła się energicznie i zniknęła po drugiej stronie muru ześlizgując się z jego krawędzi bez dalszego słowa. Ucięła wszelką możliwość sprzeciwu i dalszej negocjacji swoją szybką ewakuacją z miejsca dysputy. O bezpiecznym wylądowaniu świadczyło miękkie uderzenie parę butów o ziemię, a potem kilka dźwięcznych kroków, które oddalały się wraz z mijającym czasem. A tego nie było przecież wiele. Dwie minuty to moment na szybki marsz, pochwycenie w rękę swoich manatków i lekki trucht przez główną bramę, aż w końcu przeskok przez drogę. Niezbyt ruchliwa alejka sprzyjała przekraczaniu jej nawet w nieoznakowanym miejscu, a sklep wyznaczony za punkt zbiórki był jakimś starym, ciemnym kwadratem z zakurzoną wystawą. Ważne, że jawił się jako rozpoznawalny w najbliższej okolicy. Jego ściany pozostawały intensywnie czerwone i nawet w pochmurny dzień świecił się z daleka.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Nierealne!
Wzruszyła ramionami. W czasie wojny wszystko wywracało się do góry nogami i właściwie żaden rodzaj szczęścia nie kwalifikował się do kategorii realnych. Podstawową potrzebą pozostawało przetrwanie siebie i bliskich, a wszystkie pozostałe marzenia szybko schodziły na dalszy plan. Można było jednak zachować pewien poziom optymizmu, na co każdy miał swoją metodę.  Niektórzy poprawiali sobie humor używkami, inni czerpali radość ze swojego hobby. Liselotte skupiała się na tym, by nie zatruwać sobie życia niepotrzebnymi zmartwieniami i kłótniami, jako że w ostatecznym rozrachunku i tak nigdy nie przynosiły one niczego dobrego.
- ... masz dwie minuty.
Choć wyraz twarzy czarnowłosej dziewczyny aż prosił się o skomentowanie jakimś grymasem lub chociaż nieprzychylnym spojrzeniem, to jednak jej młodsza koleżanka utrzymała na ustach delikatny uśmiech. Im bardziej próbowało się ją sprowokować, tym chętniej stawiała opór, odmawiając zepsucia sobie nastroju.
Spojrzała na grupkę z równoległej klasy, która przyglądała się od jakiegoś czasu całej scenie. Z pewnością słyszeli ostatni fragment rozmowy i teraz z zapartym tchem wyczekiwali decyzji ze strony Merricks. Pewnie spodziewali się, że wzorowa uczennica zrezygnuje z planu urwania się z lekcji i potulnie wróci na zajęcia. Dzwonek miał zadzwonić lada moment, zganiając cała zgromadzoną młodzież z powrotem do budynku szkoły, rozdzielając na klasy i usadzając w ławkach.
Przez jedną, dłużącą się sekundę przeciągnęła wzrokiem po całej wgapionej w nią grupce. Nieme wyzwanie zawisło w w powietrzu, nim Lise nie obróciła się gwałtownie na pięcie, szturmując drzwi do wewnętrznego korytarza. Nie oglądając się za siebie zeszła do piwnicy, gdzie mieściły się szatnie i część klas. Tam właśnie miała mieć kolejną lekcję, więc plecak czekał tuż obok drzwi. Zgarnęła go jednym, sprawnym ruchem i wskoczyła z powrotem na schody. O tej porze niektórzy uczniowie już kończyli zajęcia, dlatego przy odrobinie szczęścia można było wymknąć się głównym wyjściem i nawet nikt by tego nie zauważył. W minutę później panna Merricks znajdowała się już na zewnątrz, a jeszcze chwilę potem trafiła przed charakterystyczny budynek ze sklepem. Choć czerwonych ścian nie dało się przeoczyć, asortyment był najwyraźniej tak mało atrakcyjny, że ów przybytek nie przeżywał szturmu klientów. Nawet niezbyt wiele osób przechodziło chodnikiem przed witryną, nikt więc nie został świadkiem spotkania obu wagarowiczek.
- A więc, dokąd mnie zabierasz? - rzuciła z leciutkim uśmiechem, stając obok Yuu. Wybierała cel podróży, a więc niech prowadzi.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


 Poszarpane ramiączko czarnego plecaka zawisło krzywo na wąskim ramieniu. Nie było czasu na poprawienie wyglądu, pozostał tylko cichy sprint przez ponure korytarze wojskowej i ucieczka za drzwi prowadzące ku wolności w akompaniamencie głuchego pytania ochroniarza: "Nie powinnaś być teraz na lekcji?".
 Nikt nie liczył faktycznego czasu dzielącego rozmowę od spotkania przed sklepem, ale jedna i druga zmobilizowały się dostatecznie szybko, by wieść o ucieczce nie dotarła jeszcze do dyrektora. Kami czuła się odrobinie winna, ale nie dlatego, że przepadną kolejne godziny nauki z profesorem, któremu obiecała stawiać się na lekcjach, ale z powodu dyrektora medycznej, byłego generała, któremu podkradała i buntowała zapewne wzorową uczennicę.
Zrozumie?
 Nie pozwoliła myślom się zagotować. Chłodny umysł i rozgrzane biegiem ciało decydowało szybko, prawie jak na polu walki, gdzie decyzja musiała być perfekcyjna pod każdym względem. Zabawne, że starcie z akademickimi władzami były zadaniem porównywalnym do starcia pośród gradu kul i nawałnicy wybuchów.
 — Na prawo! — oznajmiła i nie tracąc pędu ruszyła we wskazanym przez siebie kierunku.
 Zatrzymała się jednak w pół kroku na widok pooranej twarzy wuefisty wyłaniającej się podejrzliwie zza masywnej bramy głównego wejścia szkoły, przed którą przecież nadal stały, nawet jeżeli po przeciwnej stronie drogi.
 — Na lewo! — zmieniła szybko plan, złapała blondynkę za nadgarstek i pociągnęła ją w szybkim kroku do momentu aż obie zniknęły za czerwonym budynkiem. — Pójdziemy na skróty. — Wyjaśniła, przeskakując przez śmierdzący ropą rynsztok straszącym tym wychudzonego kota i dwa tłuste szczury, który chowały się pod zardzewiałym kontenerem na śmieci.
 Okolica nie była przyjemna i trudno było powiedzieć, czy faktycznie miała coś wspólnego ze skracaniem sobie drogi. Wąskie przejścia dawały wrażenie, że ceglane ściany budynków po obu stronach zwężają się im bliżej były nieba. Pojedyncze okna z drewnianymi ramami były powybijane i powyłamywane z dziur. Czasami musiały schylić się pod sznurkami z ubraniami upranymi w wątpliwej czystości wodzie, a innym razem przeskakiwały przez sterty grubych drutów z żelbetonowych konstrukcji.
 — To kawałek drogi stąd i może w niezbyt przyjemnej dzielnicy, ale mówię Ci, mają tam najlepsze jabłeczniki pod słońcem. — podjęła rozmowę zerkając co jakiś czas przez ramię na twarz dziewczyny. Zdawała sobie sprawę, jak może prezentować się ta część miasta, ale to właśnie w takich biednych slumsach ukrywały się zazwyczaj prawdziwe talenty wszelkiej maści. Od sportowców, poprzez projektantów mody po kucharskie perełki. Urodzili się w złych czasach, ale nadal posiadali dryg do tego, co często skrzętnie i ze skromnością ukrywali.
 — Nie odpowiadaj, jeżeli ktoś będzie Cię zagadywać. Czasami mogą trafić się nieprzyjemne typy. — mówiła wyrażającym doświadczenie głosem. Machnęła w końcu ręką i obie mogły wyjść z ciasnych, krętych alejek między budynkami prosto na szeroką ulicę. W krótkim czasie pokonały kilka większych dzielnic, a przed ich oczami wyrosło niemalże zupełnie inne miasto. Paskudne, obdarte betonowe budynki ułożone ciasno jeden przy drugim, szeroka, niełatana ulica i masa ludzi, brudnych, zmarnowanych, starych. Dzieci kopiące wytartą piłkę, żebracy pod ścianami, kobiety myjące wyblakłe ciuchy w szerokich misach.
 Ale także zapach ciepłego jedzenia, śpiewy, rozmowy pełne surowej szczerości, kolorowe graffiti, ruch i życie.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


A więc jednak stawiały na szybkie zmycie się z miejsca zbrodni. W sumie rozsądne, choć Lise nie brała wcześniej pod uwagę, że błyskawiczne wzięcie nóg za pas będzie aż tak nieodzowne. Wybieganie ze szkoły tylko zwracało na nie uwagę, czyniąc z automatu podejrzanymi. Nie mogła mieć pewności, jak działa to w wojskowej, ale gdyby ona sama wyszła spokojnie przez główną bramę, prawdopodobnie nikt by jej nie zaczepiał. Uznano by, że jej klasa już skończyła lekcje i wypuszczono, tak jak kilkudziesięciu innych uczniów. Ryzykowała jedynie spotkanie któregoś z tych nauczycieli, z którymi miała mieć późniejsze lekcje lub wychowawcy, który doskonale znał plan lekcji swoich podopiecznych. To jednak nie było zbyt prawdopodobne, jako że akurat na tej przerwie najbardziej niebezpieczni członkowie ciała pedagogicznego dyżurowali w zupełnie innych częściach budynku.
Może jednak w sąsiedniej szkole dokładniej pilnowane tego, kto wychodzi o której porze i czy na pewno nie urywa się z lekcji, dlatego nie protestowała, kiedy czarnowłosa dziewczyna dała sygnał do ucieczki. Nagła zmiana planów była odrobinę myląca i o mało nie spakowała ich obu w kłopoty, jednak dzięki sprawnemu umknięciu skrótem, już po chwili zasłaniał je budynek sklepu. Może będą miały tyle szczęścia, że nikt nie zainteresuje się ich działaniami i sprawa się rozpłynie. Teraz bardziej niż rozmyślaniem nad tym, czy zostaną przyłapane na wagarach wolała się zająć patrzeniem przed siebie i uważaniu, gdzie stawia nogi. Przemknięcie wąskimi przejściami wymagało nieco skupienia, nawet jeśli Yuu dobrze sobie radziła z prowadzeniem młodszej koleżanki.
- Nie znam zbyt dobrze tej części miasta - przyznała. Zazwyczaj trzymała się bliżej swojego sąsiedztwa. Było to normalne, spokojne miejsce; dość upchane blokowisko, choć nie tak ciasne i chaotyczne jak ich obecna okolica. Między czteropiętrowcami dało się trafić na trawniki i nawet znalazł się jakiś wiekowy plac zabaw, gdzie w pogodne dni dziecięce głosy ustawały dopiero po zmroku. Z większością mieszkających najbliżej osób znała się przynajmniej z widzenia, a wymieniane często pozdrowienia czy krótkie rozmowy stwarzały przyjemną atmosferę. Nie byli bardzo zżytą społecznością, ale też nie żyło im się razem źle.
- Nieprzyjemne typy - powtórzyła bezwiednie. - Jasne. - Wbrew temu, co wydawałoby się najbardziej naturalne, na wieść o potencjalnym zagrożeniu nie zbladła ani nie zabiło jej szybciej serce. Z jakiegoś powodu strach przed ewentualną zaczepką pojawił się gdzieś na drugim planie, tak jakby podobne wydarzenie było naprawdę mało prawdopodobne. Może to stąd, że pokładała naprawdę nie byle jakie zaufanie w koleżance z sąsiedniej szkoły. Wydawała się być całkiem pewna tego, dokąd i którędy idzie, a więc może dotrą na miejsce sprawnie i bez przygód.
Poza tym miasto, choć mogło momentami budzić niepokój, nie było pozbawione pewnej niepowtarzalnej atmosfery. Mijani co rusz przechodnie, szmery rozmów, przebiegające w tę i w drugą dzieciaki; wszystko to sprawiało, że smutne, szare budynki pulsowały życiem. Nie było to życie luksusowe i bezpieczne, ale jednak obfite w momenty radosne, wzruszające czy po prostu spokojne. Tak, w czasie wojny ceniło się każdą sekundę świętego spokoju, choć często aż kark świerzbił, y spojrzeć w górę i wyczekiwać nieprzyjacielskich samolotów.
Dlatego bezpieczniej było patrzeć przed siebie, w kierunku celu.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Nie żartowała i nie próbowała nastraszyć dziewczyny. Jeżeli ostrzegała przez nieprzyjemnym zjawiskiem w postaci bezdomnych, pijanych i zdesperowanych na tyle, by kraść, to takie atrakcje były jak najbardziej prawdopodobne. Istnienie miejsc tak beznadziejnych i paskudnych jak to było nielogiczne. Stolica zawsze prezentowała się z jak najlepszej strony i nawet obie ich szkoły, chociaż należały do jednych z wielu setek w tym mieście, wyglądały na bardzo zadbane. Elita zawsze oddzielała się wysokim murem od wszystkiego co mogło popsuć im apetyt podczas pożerania pieczonego dzika z jabłkiem w pysku, dlatego o ile ktoś sam nie szukał takich miejsc, bardzo trudno było je namierzyć.
A jednak istniały. Poruszały się teraz po jednym z wielu przykładów beznadziei politycznych decyzji. Dzieci wojny, sieroty, samotne matki, ludzie bez kończyn. Czyste ubrania na ciałach dziewczyn przyciągnęły natychmiast uwagę wielu. Zbyt wielu.
 Małe dziecko, pięcio albo sześciolatek o płci niemożliwej do określenia przez skołtunione, brudne włosy opadające na twarz wyłoniło się zza śmietnika ciszej od kota. Machnęło rączką w stronę Lise i szarpnęło ją łapczywie za skraj koszulki, ale szybszym od głodnego kota był wściekły pies.
 Yu tupnęła jak na zbyt nachalna zwierzę i warknęła w stronę stworzenia, bo trudno było nazwać to, co ich zaczepiło prawdziwym człowiekiem.
 — Nie mamy pieniędzy. — rzuciła szorstko i wywaliła wnętrza kieszeni spodni na zewnątrz. Plecaka nie miała zamiaru pokazywać, bo sam gest był raczej symboliczny. Nie czuła potrzeby udowadniania, że to co mówi, jest zgodne z prawdą. Nawet jeżeli było niebezpiecznie bliskie. — Wynocha obdartusie.
 Dziecko posłuchało, chociaż bardziej prawdopodobne, że nie zaryzykowało szarpaniny z dziewczyną, która w jego oczach była dostatecznie dobrze odżywiona i wojownicza, by nie dać się oszukać sprawnym rękom młodocianego złodzieja. Zniknęło równie szybko jak się pojawiło, chociaż tym razem przez kilka sekund mogły obserwować, jak chude nóżki znikają w kontenerze na śmieci. Miejsce zaopatrzenia, albo dom, ewentualnie jedno i drugie.
 Wyraźnie przyśpieszyła kroku. Nie każdy kogo mijali skory był do zaczepek, wiele osób nadal zachowywało się bardzo po ludzku. Ręka dziewczyny kilka razy wystrzeliła ku górze na widok jakichś znajomych twarzy, ale przy nikim nie zatrzymywała się na dłużej. Wyraźnie nie była tutaj po raz pierwszy i gdyby dobrze się przyjrzeć, to jej paskudne obicia i opatrunki, które miała na ciele komponowały się idealnie z miernym stanem wielu, jakich mijali.
 Zaraz po incydencie z dzieckiem rozchmurzyła się na nowo. Czujna, ale uśmiechnięta prowadziła dalej do momentu, aż zatrzymała się gwałtownie przed szopą, która niewątpliwie była dokładnie tym, na co wyglądała. Zapach siana i kóz bił od tego miejsca z daleka. Zapukała kilka razy w deskę i w miejscu, które wydawało się solidną ścianą pojawiła się nagle wąska szpara. Dostatecznie szeroka, by przecisnęły się przez nią chude dziewczyny, dlatego Kami wskazała Lise drogę, a sama rozejrzała się jeszcze dla pewności, że nikt za nimi nie podążył.
 — Wchodź. Potem cały czas prosto. Chyba, że lubisz kozy, to możesz je ewentualnie pogłaskać między rogami. Są miluśkie.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Chociaż ostrzeżenia starszej koleżanki brała jak najbardziej na poważnie, trudno było jej z góry zakładać czarne scenariusze. Podejrzane zakamarki miasta miały w sobie coś fascynującego, szczególnie dla tak prostolinijnej istoty jak panna Merricks. Kiedy podbiegło do niej potargane dziecko, w pierwszym odruchu chciała je przygarnąć i dowiedzieć się, jak może mu pomóc. Biedactwo wyglądało na zaniedbane, może było głodne - i tak niezbyt wiele mogła na to poradzić, ale czasem wystarczyło życzliwe słowo czy serdeczny uśmiech, by zrobić coś dobrego dla drugiej osoby. Szlachetne intencje Lise szybko zostały zgaszone przez interwencję Kami, która bez wahania przegoniła nieznanej płci malucha. Trudno ukrywać, że spotkało się to z nie lada zaskoczeniem ze strony blondynki, choć tego zdziwienia starała się zanadto nie okazywać. Wiele była w stanie zrozumieć, szczególnie biorąc pod uwagę warunki, w których obecnie żyli. A jednak, jako że zawsze zakładała w drugim człowieku to, co najlepsze, nie do końca umiała pogodzić się z takim obrotem spraw. Sama na pewno załatwiłaby to inaczej - i może padłaby ofiarą złodzieja lub dała się wyrolować jak ostatnia sierota, ale najzwyczajniej w świecie nie umiała inaczej. Jak mogłaby w ogóle założyć, że takie maleństwo może jej w czymkolwiek zagrażać? Czy byłaby w stanie tak huknąć na dziecko, które z pewnością miało w życiu o wiele trudniej, niż ona? Z pewnością nie, bo potem nie mogłaby ani spać, ani patrzeć w lustro z powodu wyrzutów sumienia.
Tacy jak ty giną pierwsi, szepnął ironiczny głosik z tyłu głowy, ale jego słowa skwitowała tylko krótkim wykrzywieniem warg. Cóż, wyszło jak wyszło. Zdecydowała się oddać Yuu dowodzenie, a więc z własnej woli zgodziła się na granie według jej zasad. Ostatnim, co zamierzała zrobić byłoby teraz wszczynanie dyskusji na temat napotkanego dzieciaka. Miały konkretny cel wyprawy i to na nim lepiej było się skupić.
Zatrzymała się dopiero przed solidnie wyglądającym, drewnianym płotem, który jednak okazał się zawierać przejście. Dla takiej kruszyny jak Merricks przeciśnięcie się przez szparę w deskach nie było żadnym wyczynem, toteż raz-dwa znalazła się po drugiej stronie ogrodzenia, od razu przesuwając się o kilka kroków, by zrobić miejsce dla drugiej dziewczyny. Mało brakło, by wpadła na jedno ze zwierząt, właściwie młode koźlątko. Maluch wyglądał tak rozkosznie, że nie udało jej się powstrzymać, by nie pogłaskać stworzenia po białej łepetynie. Rzeczywiście było "miluśkie", jak to ujęła Kami, choć nie na tyle, by poświęcać mu nadmiar czasu. Instrukcje mówiły, że dalej należało iść prosto, tak też uczyniła. Bez pośpiechu, bo w końcu to czarnowłosa koleżanka ze szkoły wojskowej miała prowadzić, a dotychczasowe spostrzeżenia Lotte podpowiadały, że w tej okolicy bez jej towarzystwa lepiej się nigdzie daleko nie zapuszczać.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


 Wsunęła ostrożnie jedną nogę, wyjrzała badawcze za plecy, a kiedy upewniła się, że nikt nie widzi, wsunęła do szopy resztę ciała i zatrzasnęła przejście wyuczonym ruchem. Machnięciem ręki przekręciła wygięty gwóźdź i zabezpieczyła deskę przed swobodnym kiwaniem się na boki. Niemal natychmiast traciła w bok kilka kóz, trzepnęła po grzbiecie starego kozła, który w odpowiedzi stuknął ją w udo bokiem rogów i przestraszyła kozie dziecko, które zesztywniało w instynktownym odruchu i wywróciło się komicznie na bok. Gdzieś w tle chrząkała świnia, ale teraz na pewno znajdowały się w koziarni. Śmierdziało tu sianem, odchodami i tłustym mlekiem, które można było sączyć prosto z wiadra, jeżeli nie miało się zbyt wysokich standardów życia.
 Teraz jednak nie było na to czasu. Zachęcającym gestem wskazała dziewczynie drogę, idealnie do przodu, przez furtkę (ostrożnie, by żadna z kóz nie mogła uciec), wydeptane przejście oddzielające poszczególne zagrody, aż w końcu obok małego pomieszczenia za zasłonką, z którego dobywały się zbyt oczywiste dźwięki pewnych rytualnych czynności.
 — Wstydź się, Jules! — rzuciła bez skrupułów zasłaniając dla pozorów usta dłonią.
Z wnętrza dobyło się gwałtowne szarpanie, w górę poleciała jakaś bluzka, a potem ktoś uderzył pięścią pięścią w ściankę szopy.
 — Znowu cię tu diabeł przygnał?! — rozległ się męski głos przejęty paniką i zmącony głośnym oddechem, który następował po każdym słowie. — Zaraz cię złapię i przetrzepię. Już ty poczekaj!
Zaśmiała się ochryple i zanim padły jeszcze jakieś słowa groźby pchnęła Lise do dalszej drogi.
 — Nie śpiesz się! — odparła na pożegnanie i lekkim truchtem zniknęła za następnym zakrętem, zanim chłopak przyłapany na gorącym uczynku faktycznie rzucił wszystko, nawet swoją dorwaną świeżo co dziewczynę, byle tylko spełnić swoje groźby.
 Szopa była bardzo długa, więc kiedy wreszcie z niej wyszły, świat po raz kolejny zmienił się niemal całkowicie. Pozostała atmosfera i woń biedy, ale szerokie podwórko, do którego trafiły emanowało ciepłem i ładem. Przed przeciwległym domem suszyło się pranie, w wąskiej szparze pomiędzy dwoma bliźniaczo podobnymi budynkami stała buda, z wnętrza której wystawał kudłaty psi pysk. Starsza pani o większych gabarytach mieszała coś w szerokiej, plastikowej misce, a kawałek dalej młode dziewczyny obierały na koc jakieś łupinowe warzywa. To, co przyciągało jednak uwagę najmocniej był wielki kamienny piec, który stał po środku tego całego placu łączącego kilka przyzwoitej wielkości domostw. Wyrastał na środku, jakby sam w sobie był jakimś schronieniem. Biło od niego ciepło, na górze kłębił się jasny dym, ale to zapach grał pierwsze skrzypce. Pachniało mięsem w warzywach, świeżym serem, jabłkami pieczonymi w sreberku i ciastami. Na pewno były to ciasta, nie jedno, a wiele rodzajów, od pospolitych babek i jabłeczników, bo bardziej wymyślne, które w formie jeszcze surowej czekały już w blaszkach ułożone na szerokim stole obok.
 — Królewska wyżerka! — oznajmiła czarnowłosa i rozłożyła szeroko ręce.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Powrót do góry