Strona 2 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Go down


- Sztywniaki z was...
Uniosła brwi, nadając twarzy wyraz ironicznego zdumienia. Ona tak serio?
- A jak już wy, wyluzowani żołdacy pójdziecie na front to wolicie, żeby was szył ktoś, kto faktycznie się do tego przyłożył, czy ktoś, kto zamiast zajęć wolał popalać za kanciapą woźnego?
Obrzuciła drugą dziewczynę spojrzeniem godnym matki karcącej dziecko za wybicie szyby w kuchennym oknie. Kozłowanie piłki na szkolnym korytarzu w trakcie lekcji było aż za bardzo niekulturalne, by mogła przepuścić to wydarzenie bez choćby najmniejszej, wzrokowej nagany. W najbliższej klasie pewnie wszyscy właśnie przerwali gorączkowe sporządzanie notatek i obrócili głowy w kierunku drzwi, uważnie nasłuchując, czy dudnienie się powtórzy. Nauczyciel może już rozważał wyjrzenie z sali za źródłem hałasu, który rozpraszał mu uczniów i przeszkadzał w dalszym prowadzeniu wykładu na temat drobnoustrojów.
- Na litość Boską, trzymaj tę piłkę normalnie! - syknęła półgłosem, żeby nie było wątpliwości, o co jej chodzi. Im bliżej gabinetu dyrekcji się znajdowały, tym ciszej należało się zachowywać. Poczciwy staruszek był może człowiekiem, z którym dało się dogadać, ale podobnie jak blondynka nie tolerował braku podstawowej kultury i szacunku dla czyjegoś wysiłku - a tym właśnie było przeszkadzanie uczniom w przyswajaniu wiedzy.
- Tak, papierem. Nie wiem, co cię w tym tak bawi, to naprawdę bolesne.
Poziom irytacji młodej Merricks rósł z chwili na chwilę. Ta dziewucha z SAW-u zdecydowanie miała braki w podstawowej wiedzy o życiu. Oczywiście, że papierem można się było przeciąć, i to bardzo głęboko. Tego typu zranień, żadnych zresztą nie należało lekceważyć, ponieważ każde mogło stać się źródłem zakażenia.
Nie zamierzała dać się zabić przez jakąś głupią kartkę. Brzmi jak wyolbrzymienie, ale takie sytuacje naprawdę się zdarzają.
Na początku po wejściu do sekretariatu czuła się dość pewnie. Bywała już tam nie raz w najróżniejszych sprawach, nigdy niczym nie podpadła, a więc i niczego nie musiała się obawiać. Na pewno ten stan pozostałby niezmieniony, gdyby nie zachowanie tej z piłką.
- Uspokój się! - syknęła znów w stronę ciemnowłosej, dyrektorowi posyłając zaś przepraszający uśmiech.
- Pan wybaczy, że przeszkadzamy - zaczęła spokojnie. - Koleżance z sąsiedniej szkoły zdarzyło się niezbyt celnie rzucić piłką i stąd mamy teraz zbitą szybę w damskiej łazience na pierwszym piętrze. - Lekko szturchnęła łokciem stojącą zaraz obok dziewczynę, próbując jej zasygnalizować, że powinna się teraz odezwać - może tylko spokojniej i bez zbędnego wrzasku, nim dyrektor zdąży sobie o niej wyrobić jak najbardziej niepochlebne zdanie. To by z pewnością nie pomogło w załatwianiu dalszych formalności.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Wątek przenoszę do archiwum z braku aktywności prowadzenia lub zakończenia.
W razie czego pisać do mnie na PW, jeśli będziecie chcieli go wznowić.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Rozłożyła ręce na boki wzdychając głośno. Czy to dziewczę nic nie rozumiało?
- Tam i tak każdy chleje, chodzi o to, by umieć odciąć nogę bez szkody dla reszty ciała nawet pod wpływem. A wy się uczycie jak w idealnych warunkach nakleić plasterek na paluszka. - odwzajemniła jej spojrzenie, chociaż bez matczynego pierwiastka we wzroku, raczej z pełnym zarzutem. Inteligentów zawsze pchało się do medycznych, a hołotę do wojskowej.
Kozłowała piłką szczerząc zęby do momentu, aż obie stanęły na przeciw ciężkich, ładnych drzwi z tabliczką ogłaszającą, że urzęduje za nimi dyrektor tej placówki. Dopiero to w jakimś sensie kazało jej się zastanowić, czy odbijanie piłki było dobrym pomysłem. Pewnie osoba siedząca wewnątrz wszystko dokładnie słyszała, a tutaj nikt nie pochwali jej za to, że ani razu nie pozwoliła kuli opaść na ziemię bez ponownego trzaśnięcia jej od góry. Przetarła palcem po czubku nosa z niewyraźną miną, przekraczając za blondynką próg.
Pierwsze słowa już z siebie wyrzuciła, ale gdy cisza nie została od razu przerwana zdaniem w stylu: Nie ma sprawy, to poczuła gęstniejącą dookoła siebie atmosferę. Miała przekichane, przewalone, wywalą ją, albo od razu wyrzucą z miasta. Albo gorzej, wyślą do domu list z rachunkiem, to już lepiej żeby od razu wysłali ją na front. Wolała zginąć od strzału, niż z głodu. A w domu na pewno nie dadzą jej posiłku, jeżeli wróci z wiadomością, że rozwaliła okno w szkole obok.
Jeżeli już mowa o głodzie, to w szkole obok na pewno zabrzmiał już dzwonek na przerwę obiadową. Miała ze sobą jakieś monety i planowała pobić się z chłopakami z młodszej klasy o te drożdżowe bułeczki z kawałkami czekolady, które zawsze przywozili we wtorki, a tak straciła jedyną okazję, by się do nich dopchać. Zawsze przywozili za mało, no, może dla niej i chłopaków by wystarczyło, ale kto przepuszcza okazję, by dołożyć spyszniałym gówniarzom?
- Zajmijcie sobie miejsca. - odezwał się głos, pełen spokoju i opanowania.
Coś było jednak w tonie tej osoby, że Kami natychmiast usłuchała, kładąc sobie piłkę na udach zajęła pierwsze lepsze krzesło, sztywna i zmrożona strachem otworzyła szerzej oczy, ogarniając wzrokiem sylwetkę dyrektora.
O nie.
Znała tego mężczyznę. Starszego pana z gęstymi, siwiejącymi już włosami i ciężkim wzrokiem doświadczenia. Miał imponującą posturę, nadal, chociaż minęło już tyle lat, od kiedy widziała go po raz ostatni w telewizji, gdzie odprawiano mu oficjalnie pożegnanie. Generał. Najlepszy, najsilniejszy, najtwardszy, najlojalniejszy generał, który odszedł na emeryturę i słuch po nim zaginął. Ideał pod każdym względem dla każdego studenta akademii wojskowej, głownie części żeńskiej, ale nawet faceci nie potrafili odmówić sobie próby doścignienia go w przyszłości.


Uniosła ręce ku twarzy, starając się powstrzymać gotujący się na strunach głosowych cichy jęk zachwytu, połączonego z niepokojem, że prawie przypominało to skomlenie psa. Sama go podziwiała, od małego ślepiła w telewizor z rodzinką, ojciec powtarzał jej, że pójdzie do wojska i ma być tak dobra, jak on, ale ona wiedziała, że nigdy się to nie zdarzy.
- Tak, to prawda. Piłka poleciała przypadkiem na bok... Panie Generale. - zatopiła zęby na powierzchni paznokcia, szukając upustu, dla swojego niesamowitego pecha. Nie było mowy, by kręcić, kiedy te przeszywające dusze spojrzenie padło w jej kierunku. Dlaczego znalazł się na pozycji dyrektora szkoły medycznej?
- Nie jestem już generałem, ale to miłe, że ktoś pamięta. - ciepły głos ganił ją, a mimo to nie mogła zmusić się do okazania skruchy. Dobrze wiedziała, że odwracanie oczu przed takim człowiekiem, to rzecz o tyle normalna, co jednocześnie niegodna dla kogoś o jej marzeniach.
- Przepraszam. Czy mogę to... jakoś naprawić, coś zrobić... - jęknęła, nie zauważając, że z palca, który przecięła sobie podczas walki z szybą znowu zaczęła lecieć krew.


Ostatnio zmieniony przez Yuu dnia 18/11/2017, 19:11, w całości zmieniany 1 raz



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Wcale nie każdy. Nie byłaś, to skąd masz taką pewność? - Zacisnęła zęby, nie chcąc dać się sprowokować do żadnych ostrzejszych słów. A nie mogła zaprzeczyć, że podejście ciemnowłosej było niemożliwie irytującej. Tak łatwo było oceniać to, czego się nigdy nie widziało na własne oczy i ludzi, z którymi nie zamieniło się słowa. Mogła się mądrzyć na temat umiejętności i możliwości absolwentów medycznego oddziału Zespołu nr 2, ale tak naprawdę nie miała o nim żadnego pojęcia.
Syknęła przez zęby, słysząc jak ta z wojskowej - jak w myślach nazywała sprawczynię całego dzisiejszego zamieszania - kompletnie ignoruje jej prośbę i robi hałas na cały korytarz. Dudnienie odbijającej się od podłogi piłki na pewno było słychać na wszystkich piętrach i w każdej klasie przynajmniej kilku uczniów podnosiło głowy znad notatek, rozglądało się po sali lub wymieniało szeptem uwagi na temat nieoczekiwanego dźwięku. Liselotte przełknęła kolejną ostrą uwagę na temat tego, jak druga dziewczyna powinna i nie powinna się zachowywać. Najwyraźniej wygłaszanie jej na głos byłoby marnotrawstwem głosu, a jeśli z powodu tej jawnej ignorancji ma mieć kłopoty, to przynajmniej nie może zarzucić blondynce, że jej nie ostrzegała. Zresztą, lada moment miały znaleźć się w gabinecie dyrektora, który o wszystkim zadecyduje.
Do pokoju zajmowanego przez alfę i omegę tej szkoły weszła bez lęku; nie miała sobie nic do zarzucenia, a co więcej, zawsze była lubiana nie tylko przez uczniów, ale i przez całe grono pedagogiczne. Choć z samym dyrektorem nie widywała się bardzo często, zawsze wydawał się bardzo ciepły w stosunku do drugoklasistki, kiedy akurat zdarzyło im się spotkać. Uśmiechnęła się delikatnie i usiadła na miejscu sąsiednim do zajmowanego przez czarnowłosą, postanawiając pozwolić jej teraz występować we własnym imieniu. Skoro była taka butna, chyba mogła zadbać o siebie, czyż nie? Dlatego też panna Merricks w milczeniu przysłuchiwała się wymianie zdań między pozostałą dwójką. Ręce złożyła razem na kolanach i pozwoliła plecom odpocząć nieco na wyłożonym materiałem oparciu krzesła. W gruncie rzeczy jej rola w tej sprawie była już spełniona - przyprowadziła niefortunną koszykarkę do odpowiedniej instancji, a dalszy rozwój sytuacji zależał już tylko od niej samej i dyrektora szkoły.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Zazgrzytała zębami i zanim przekroczyły próg, rzuciła jeszcze półgłosem.
- Byłam. To ty nic nie widziałaś.
Nie czekała na odpowiedź, nie było czasu i okazji, by kontynuować ten wątek. Nie czuła nawet potrzeby, by się o to starać. To nie był temat dobry na młodzieńcze rozmowy. Co by jej powiedziała? Uciekaj z tej szkoły, póki jeszcze możesz, bo potem nie będzie już ucieczki? Świat na polu walki nie jest piękny, ani delikatny, będziesz musiała słuchać rozkazów i robić wiele rzeczy wbrew swojej woli. Jeżeli miała wybór, to nigdy nie powinna decydować się na szkołę medyczną, nawet jeżeli cel brzmiał szczytnie. Nie wyglądała na kogoś zdolnego do pogodzenia się z funkcjonowaniem wojska... najpewniej trafi do jakiegoś podmiejskiego szpitala i to może będzie najlepsze rozwiązanie.
- Rozbita szyba w damskiej toalecie, dobrze słyszałem? - zapytał głosem niezwykle spokojnym, wykonując notatki na urzędowym pisemku. Nie wiedziała, czy w taki sposób podpisuje na nią wyrok, ale wychylała się zaciekawiona, obserwując jak dyrektor sunie piórem po śnieżnobiałym papierze.
Przytaknęła, walcząc ze strachem i diabelskim zainteresowaniem. Od zawsze podziwiała osobę generała, więc cała ta sytuacja wydała jej się nagle bardzo abstrakcyjna. Pewnie śniła. Na pewno musiała śnić, nie było mowy, by najbardziej doświadczony człowiek w ich kraju, ostatnia nadzieja frontu tak łatwo opuścił sobie rządy i odszedł do... nawet nie umiała opisać, jak bardzo gardziła tym miejscem.
- Tak, czy nie, panno...? - zapytał jeszcze raz, unosząc wzrok na nią.
Kami zorientowała się, że jej kiwnięcie głową mogło mu umknąć, skoro cały czas pisał. Wygłupiła się, powinna wiedzieć, że do człowieka tej rangi mówi się głośno i wyraźnie.
- Tak jest, panie genera--- panie dyrektorze! - odezwała się, łapiąc natychmiast powietrze w policzki. - Yuu Kami, jestem za akademii wojskowej.
Zatrzymał ciemne spojrzenie na jej twarzy dłużej, niż gdyby chodziło o zwykle przyjrzenie się. Nie powiedział nic, dopisał jej dane do raportu. Kontynuował bez odbiegania od tematu, ale nie umknęło jej uwadze, że obdarzył ją dosyć specyficznym rodzajem spojrzenia. Czyżby miał zamiar narobić jej problemów w akademii?
- Przepraszam, chciałam zabrać piłkę, nikt by się nie zorientował, że weszłam przez okno i wyszłam... ale niestety zostałam przyłapana. - jęknęła, nie potrafiąc powstrzymać potoku słów. Po co właściwie odpowiadała AŻ TAK szczerze? Szczególnie jemu...
- Weszłaś do naszej szkoły przez okno?
- Tak.
Zacisnęła usta w wąską linię. Nie potrafiła skłamać teraz, kiedy już i tak powiedziała więcej, niż powinna. Działała na swoją niekorzyść, ale po raz kolejny dostrzegła coś w jego wzroku. Tym razem jednak mogła przysiąc, że nie chodziło o dezaprobatę. Czy on się uśmiechnął?
- A więc jaki był w tym twój udział, panno... Merricks, mam rację? - Zapytał mężczyzna, osuwając od siebie kałamarz i papier, wypełniony już do połowy. Na końcu postawił wyraźną kropkę, wiec wyglądało na to, że skończył. Ale gdzie był wyrok, gdzie kara?



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Byłam
Ciekawe, odpowiedziała w myślach, bo na głos już nie zdążyła. Ciemnowłosa chyba lubiła się przechwalać, bo jakoś tak od samego początku patrzyła na Liselotte z góry - i wcale nie miało to związku z dość oczywistą różnicą wzrostu. Powstrzymała się od komentarzy raz dlatego, że nie wydawało jej się, by mogły dać pozytywny efekt, a dwa, że nie uznawała za słuszne strzępienie sobie strun głosowych tylko po to, żeby poczuć się lepiej czyimś kosztem. Znała swoją wartość na tyle dobrze, by nie musieć jej udowadniać innym.
Rozmowie między dyrektorem a nieznajomą dziewczyną przysłuchiwała się w milczeniu, z absolutnym brakiem emocji na twarzy. Właściwie w tym momencie nie była już potrzebna - jej zadanie zostało wypełnione. W końcu chodziło jej tylko o to, żeby winowajczyni zamiast uciec z miejsca zdarzenia, uczciwie przyznała się do spowodowania mało szkodliwego wypadku. Gdyby sądziła, że dziewczynę z "wojaka" spotka przez to zbyt surowa czy niezasłużona kara, na pewno nie pozwoliłaby, żeby tak się stało. Chodziło tu tylko o podstawową sprawiedliwość no i o to, żeby niefortunna koszykarka nie zrobiła sobie krzywdy, nadziewając się na potłuczone szkło - a przecież była tego blisko. Kto wie, może gdyby nie interwencja blondynki, w końcu wypadłaby z okna, grzmotnęła o ziemię i złamała rękę albo nogę?
Włączyła się z powrotem dopiero wtedy, kiedy dyrektor zwrócił się bezpośrednio do niej. Podniosła wzrok z gładkiej powierzchni biurka na dźwięk swojego nazwiska i skinęła lekko głową.
- Tak, to ja - przytaknęła, uśmiechając się nieznacznie. - Poszłam akurat do łazienki i natknęłam się na Yuu. - I przynajmniej wreszcie poznała jej imię. - Utknęła w oknie, bo zahaczyła o klamkę, więc pomogłam jej się uwolnić i przekonałam, żeby przyszła ze mną do pana w sprawie szyby - wyjaśniła pokrótce. Zaraz potem zerknęła dyskretnie na ciemnowłosą, próbując wybadać jej minę. Chyba dotarło już do niej, że Lise wcale nie miała zamiaru dołożyć jej kłopotów, a raczej pomóc ich uniknąć. W końcu było dość jasne, że dyrektor to porządny człowiek i nie będzie jej wciskał do karceru za nieumyślną szkodę, tym bardziej, że własnie - sama się przyznała. Na pewno wyglądałoby to o wiele gorzej, gdyby uciekła z miejsca zdarzenia i trzeba by było doszukiwać się winnego. Lotte nie chciała, żeby ta z wojskowej uważała ją za wroga; intencje miała dobre, a nie wiedzieć czemu od początku została oceniona i niemal wyśmiana przez drugą dziewczynę. Była jednak gotowa puścić to w niepamięć, gdyby Kami wreszcie dała się przekonać, że rozwiązanie zaproponowane przez drugoklasistkę wcale koniec końców nie było złe.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Absurdalnie dla całej sytuacji, dyrektor najwyraźniej nie widział problemu w tym, że dziewczyna próbowała włamać się przez okno i uciec z piłką, zanim zostanie przyłapana. Sprawę tą bowiem, mówiąc kolokwialnie olał, skupiając się na samym faktu braku szyby w damskiej łazience na parterze.
- Pani Karasawa, czy mogłaby przekazać Pani naszemu woźnemu by pobrał wymiary i zamówił u szklarza szybę? - nacisnął klawisz niewielkiego urządzenia na biurku i wygłosił prośbę, odsuwając palec, kiedy zakończył zdanie. Po chwili szumów nadeszła potwierdzająca odpowiedź kobiety i w pomieszczeniu znowu nastała cisza, pozwalająca kontynuować rozmowę trójki zebranych w gabinecie.
- Rozumiem. - pokiwał głową dyrektor, sprawdzając coś na szybko w harmonogramie na ścianie.
Obie mogły zauważyć, że nie zmienił swojej pozycji, odjeżdżając od biurka na swoim stałym miejscu, wózku inwalidzkim. Być może Lise dobrze wiedziała o niepełnosprawności swojego dyrektora, na pewno musiał czasami przechadzać się korytarzami. Kami zdawała sobie z tego sprawę, widziała go przecież podczas odbierania honorów w telewizji... mimo to, poczuła się bardzo nieswoją, widząc jak człowiek bez dolnych kończyn nie przejmuje się ich spojrzeniami i sunie po swoim małym gabinecie w stronę rozpiski godzin przywieszonej nisko na jednej ze śnieżnobiałych ścian.
- Panno Merricks, dobrze widzę, że ma pani teraz zajęcia zastępcze? Może pokazałaby Pani koleżance z akademii gdzie znajduje się u nas kantorek ze sprzętem do sprzątania? - Zaproponował, lecz ponownie w jego głosie nie było czuć miejsca na możliwość odmowy. Jeżeli już o coś prosił, to chciał, by zostało to wykonane, a jednocześnie był gwarancją, że wszelkie wyjaśnienia zostaną dostarczone do opiekunki świetlicy. Może wybierze się tam osobiście, może znów zadanie spadnie na Panią Karasawe.
Yuu wypuściła powietrze z ust. Miała posprzątać, racja? No tak, w tej szkole musi być idealnie czysto, bo jeszcze jakiś uczeń pokaleczy swoje cenne medyczne łapki na kawałkach szyby. Ostatecznie nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo, w wojaku co chwile kazano im coś sprzątać, nawet jeżeli klimat budynku sprzyjał gromadzeniu się najróżniejszego syfu. W gorszych czasach ich sala gimnastyczna służyła jako magazyn na broń albo sypialnie dla dodatkowego oddziału ze wschodu.
Lubiła wschodniaków, miała ich urodę, ciemniejsza karnację, czarne włosy i ciemne oczy. Zawsze dogadywała się z tymi ludźmi, mieli tak samo paskudne poczucie humoru i częstowali ją nie raz własnoręcznie robionym alkoholem. Co prawda wtedy musiała także spędzać z nimi całą noc, bo gdyby pozwoliła wyczuć od siebie alkohol w domu... konsekwencji bywały różne, wolała o nich nie wspominać.
Ale wschodniaków się nie lubiło, większość z nich należała do rodzin, które kilka pokoleń wcześniej uciekli z frontu na północy. Wystarczy tylko wspomnieć, że niemal identycznie wyglądali ludzie, z którymi ich państwo musiało walczyć teraz. Zawsze zarzucano im, że są czającymi się zdrajcami. A Kami pochodziła z centrum, przynajmniej tak miała mówić innym, a tak mówił jej ojciec.
- Posprzątam co do okruszka, generale! - zasalutowała zrywając się ze swojego siedzenia, znów pełna energii i dzikiej, nieokiełznanej mocy do działania, gadania, przeszkadzania, w skrócie, do bycia sobą. - Merricks, tak? Pokaż mi ten schowek, zamiotę wam korytarze tak, że będziecie mogli jeść z podłogi~!



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


To, co dla dziewczyny z sąsiedniej szkoły mogło być zaskakujące, dla Liselotte wpasowywało się idealnie we wcześniejsze przewidywania. Tak jak się domyślała, dyrektor nie przejął się zbytnio sprawczynią całego zamieszania, skupiając się bardziej na sprawnym naprawieniu szkód i usunięciu bałaganu. W podobny sposób nie było dla niej zaskoczeniem oglądanie dawnego generała usadzonego na wózku inwalidzkim; jego stan zdrowia był dość powszechnie znany, choć oczywiście, bez szczegółów. Nie zmieniało to jednak szczerego entuzjazmu, z jakim uczniowie witali dyrektora, mijając go na korytarzu. Czasami zdarzało się, że trzeba było z czymś pomóc - podnieść upuszczoną kartkę, przypiąć ogłoszenie do tablicy, wcisnąć się w ścianę, żeby zrobić miejsce dla wózka, ale nikomu to nigdy nie przeszkadzało. W końcu to nie na młodzieży spoczywał największy ciężar uzależniania od czterech kółek, oni doświadczali tylko niewielkiej cząstki niewygód, z którymi zmagał się dyrektor. A że był osobą powszechnie lubianą, mógł zawsze liczyć na wsparcie swoich podopiecznych.
- Tak, oczywiście - odpowiedziała natychmiast i skinęła lekko głową. Zawsze to lepsze, niż wracać jak gdyby nigdy nic do biblioteki i nie mieć nic szczególnego do roboty. Bądźmy szczerzy, zadania domowe mogła robić też po powrocie ze szkoły, bo po obecnych rewelacjach przeszła jej ochota na siłowanie się z trygonometrią. Uśmiechnęła się nieznacznie na zryw drugiej dziewczyny; kto by pomyślał, że perspektywa zamiatania wzbudzi w niej tak ogromny entuzjazm? Tym bardziej, że jeszcze kilka minut temu zapierała się rękami i nogami, wypatrując drogi ucieczki za każdym zakrętem.
Rzuciła jeszcze dyrektorowi uprzejme do widzenia i wyszła z gabinetu jako pierwsza, bez wahania pokonując sekretariat i skręcając w prawo na korytarzu.
- W sumie to wolałabym po imieniu. Liselotte - przedstawiła się, posyłając ciemnowłosej nieco zmieszany uśmiech. Potem dopiero ruszyła dalej, minęła drzwi frontowe i po chwili obie znalazły się przy pomieszczeniu zajmowanym przez panie woźne. Jedna z niezniszczalnej ekipy siedziała właśnie w fotelu obrotowym, spoglądając beznamiętnie na ekran zawierający mniejsze prostokąciki, przedstawiające poszczególne części szkoły - obraz z kamer ochrony.
- Chciałybyśmy pożyczyć zmiotki ze schowka - zakomunikowała, na co woźna tylko skinęła głową i pacnęła lekko przycisk na ścianie. W sąsiednich drzwiach kliknął zamek, pozwalając otworzyć kantorek ze sprzętem. Lise schyliła się po odpowiednie przyrządy, a kiedy obróciła się z powrotem miała w każdej dłoni kolorowy zestaw ze zmiotką i szufelką. Jeden z nich wcisnęła do rąk Yuu, drugi zatrzymując dla siebie. Uśmiechnęła się promiennie i przymknęła drzwi do składzika, po czym skierowała swoją czarnowłosą koleżankę z powrotem na korytarz i w stronę schodów.
- To chodźmy. Byłoby dobrze wyrobić się przed przerwą, żeby ktoś sobie na tym szkle krzywdy nie zrobił.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Entuzjazm ciemnowłosej brał się z tego, że w gruncie rzeczy nigdy nie przejmowała się czymś aż tak głęboko, jej emocje były dosyć powierzchowne, co nie znaczy, że nie było prawdziwe. Przeżywała je mocno i krótko, dając upust wszelkim kołującym w piersi wątpliwościom i radościom. Bo uczucia to takie zabawne wartości. Kiedy dzielisz się z kimś smutkiem, maleje on o połowę, lecz kiedy chodzi o dzielenie radości, to zwiększa się ona o drugie tyle. Nie istniały dla nich matematyczne prawa.
- Lise Lot? Coś jak Lancelot? - zrobiła obrót idąc za nią korytarzem. Wychodząc od dyrektora musiała powstrzymywać się, by mu nie pomachać. Nawet jeżeli jej nie znał, ona czuła, prawie jakby stanęła twarzą w twarz ze swoim dziadkiem, takim z innej rodziny, którego nigdy wcześniej nie widziała, ale znała z opowieści. Pobudziło ją to do działania, jakiegokolwiek działania.
Skakała od tablicy do tablicy odczytując na głos fragmenty medycznych podpisów pod obrazkami, natknęła się nawet na jakieś archiwalne zdjęcia. Nie rozpoznawała tych ludzi, chociaż większość miała mundury, podane poniżej nazwiska także brzmiały obco, przy wielu dorysowano później krzyżyki. Z optymizmem wymalowanym na twarzy poszła dalej, zdając sobie sprawę, że to pewnie absolwenci, także Ci, którzy zginęli na froncie. Nie miała zamiaru dać jednak po sobie poznać, że ta prawda uderzyła ją mocniej, niż mogło się wydawać.
Swoim szalonym rytmem szła cały czas za blondynką, od czasu do czasu szukając jej wzrokiem zza rogów korytarzy, raz była przed nią, raz za nią. Jak nie patrzyła, wychyliła się nawet przez barierki schodów badając zamknięte drzwi piwnicy. Ciekawe co tam trzymali?
EKSPERYMENTY NA LUDZIACH?
Prześlizgnęła się pół metra na podeszwach butów z piskiem gumy na linoleum. Eeeh, u siebie mieli tyle fajnych miejsc, w których dało się robić jaskółkę w poślizgu... Tutaj w przypadku nudy co najwyżej dało się nauczyć ile zwojów kiszek mamy w sobie. I tak nie ufała tej tabliczce, nie mogli mieć ich przecież aż tak dużo.
- Oh, to macie tutaj panie sprzątające? Gahaha~ Nam każą czyścić wszystko samodzielnie, nie zatrudniają nikogo poza konserwatorem powierzchni płaskich. Kesese~ Rozumiesz? Konserwator powierzchni płaskich... - złapała zestaw do zamiatania w ręce i spojrzała na jego intensywne barwy. Nie pasowały do czystości ścian i ich ograniczonej kolorystyki.
Wyślizgnęła się tyłem z pokoiku, czekając przez moment na niższą dziewczynę. Musiała przyznać, że powoli gubiła się w tym budynku. Z zewnątrz nie prezentował się aż tak okazale, był raczej jak klocek betonu, któremu ktoś wstawił okna. A mieli nawet piwnicę... piwnica intrygowała ją najbardziej.
- Ale patrz, jeżeli ktoś się pokaleczy, to będziecie mogli poćwiczyć w praktyce, nie? - Podrapała się końcem rączki od zmiotki po głowie idąc na czuja przed siebie. Łazienka na parterze... chyba znajdywały się więc na dobrym piętrze, chociaż nie była w stanie sobie przypomnieć, czy pokonywały jakieś schody idąc do dyrektora. Sama biegała po kilku w międzyczasie, kiedy Lise prowadziła. Złapała kij miotły w obie dłonie stając stopą na szczotce. Zrobiła kilka obrotów i machnęła niby bronią przed siebie. Szczotka wypadłą z kija i prześlizgnęła się z rozpędem na drugi koniec korytarza uderzając o drzwi jakiejś klasy.
- Cholercia. Ups. - przystanęła, zastanawiając się jaki diabeł wylezie z wnętrza jamy podpisanej numerem '19' i dopiskiem: 'nie przeszkadzać'.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Li-se-lot-te - przesylabizowała. - To wbrew pozorom jeden wyraz.
Przytłumiony śmiech jasnowłosej zamglił nieco perfekcyjną ciszę szkolnego korytarza, teraz zanieczyszczoną także odgłosem kroków dwóch par nóg: jeden rytm nieco szybszy od drugiego. Panna Merricks, w przeciwieństwie do starszej koleżanki, nie miała potrzeby studiowania wywieszonych na ścianach plakatów, ogłoszeń i wszelkiej maści obrazków. Znała je niemalże na pamięć z licznych przerw, podczas których trzeba było czymś zająć oczy. Zdjęcia przedstawiające poszczególne roczniki absolwentów znała niemal na pamięć; doskonale wiedziała, w której ramie szukać starej fotografii swojego wychowawcy, w którym roku szkołę skończyli biolog i wuefista, a gdzie pomiędzy roześmianymi uczniami siedzą jej rodzice. Nazwiska, wypisane zawsze obok, też już od dawna miała w pamięci, choć nie zawsze była w stanie te obce dopasować do odpowiedniej twarzy. Trudno było jednak nie zapamiętać pani Yukio o imponująco cienkich brwiach i nieco sowim wyrazie twarzy albo pana Smitha, właściciela nieziemsko gęstej brody mimo tego, w jak młodym musiał być wtedy wieku. Niektórych z tych osób nigdy nie spotkała osobiście, ale o ile nie zmienili się zbyt drastycznie od czasów liceum, rozpoznałaby ich bez problemu.
Gdyby jeszcze żyli.
Z jednej strony chętnie wytknęłaby to tak pewnej siebie dziewczynie z sąsiedniej szkoły, ale z drugiej - chyba zdążyła już sama zauważyć, że trochę przedwcześnie wydała osąd. Dodatkowe czynienie przytyków niczego by nie wniosło, a mogłoby zabić w zarodku tworzącą się powoli w miarę przyjazną atmosferę. Z polecenia dyrektora miały jeszcze spędzić ze sobą trochę czasu, więc po co marnować go na kłótnie?
- Tak, rozumiem - prychnęła pod nosem. - Nasze woźne nie tylko tutaj sprzątają. Każda jest alfą i omegą tej szkoły. Otwierają ją rano, zamykają po południu, pilnują, żeby nikt nie wyszedł w trakcie lekcji... większość z nich nie ma oporów pogonić nawet nauczycieli, jeśli im ktoś nie daj Boże przejdzie po holu w brudnych butach.
Dobrze, że nie wiedziała, jakie myśli przelatują teraz przez głowę starszej. Tajne laboratoria, eksperymenty na ludziach? Co najwyżej nieznanego pochodzenia smrodek z męskiej łazienki czy kilku maturzystów robiących sobie okrutne żarty z co mniej odpornych pierwszaków. Żadnych mrocznych sekretów - tylko nieco pleśni na ścianach piwnicy. Zero sal tortur i ukrytych przejść, choć istniało podejrzenie, że niektórzy starsi uczniowie popalają w jednym z zakamarków piwnicznego korytarza. To jednak były prawdopodobnie tylko plotki, bo mało kto zapuszczał się na najniższy poziom budynku szkolnego; chyba nawet nikt poza konserwatorem nie wiedział, gdzie tam znaleźć włącznik światła.
- Mi tam na dzisiaj wystarczy - stwierdziła, podnosząc przed oczy dłoń zaklejoną plastrem na zranionym wcześniej palcu. Poświęcenie koleżanki albo kolegi, żeby móc przećwiczyć wyciąganie odłamków z żywego ciała nie wydawało się zbyt rozsądne, na pewno nie na tym etapie nauki. W końcu byli dopiero w liceum z przystosowaniem medycznym, co dawało im tak naprawdę tylko wprowadzenie do właściwej nauki. Dzięki rozszerzeniu programu w szkole średniej mogli zawczasu opanować część wiedzy teoretycznej i po rozpoczęciu studiów szybciej przejść do praktyki. Czas był cenny, szczególnie że nie zapowiadało się na szybki koniec wojny. Sprawne kształcenie personelu medycznego było jednym z najbardziej kluczowych punktów przetrwania kraju.
Były już prawie przy schodach, kiedy kolorowa szczotka, wprawiona w ruch przez Yuu, postanowiła spełnić swoje marzenia o lataniu. Szkoda tylko, że jako lądowisko obrała sobie najgorsze możliwe miejsce; napis na drzwiach nie był w końcu przypadkowy. Na dźwięk zderzenia plastiku z drewnem Liselotte zatrzymała się jak wryta, spoglądając z niepokojem w stronę zamkniętego pomieszczenia.
Sekunda.
Dwie.
Cisza.
- Chodźmy już - szepnęła, wyraźni zestresowana. Przesunęła się nieznacznie bliżej schodów, za którymi znajdował się zakręt do odpowiedniej części korytarza. Poczekała jednak na ciemnowłosą, aż odzyska swoją zgubę, żeby mogły pójść razem.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Pokręciła ustami szukając w głowie najlepszej wymowy dla tego imienia. Nadal brzmiało nieco jak Lancelot, ale nie zamierzała jeszcze raz powtarzać go na głos, prawdopodobnie i tak nie przyjdzie jej używać go za często. Może jeszcze przez kilkadziesiąt minut, a potem... czubek szczotki przefrunął pół korytarza i uderzył w bramy jamy smoka.
Czarnowłosa wpatrywała się z daleka w przejście, kartka była dla niej niewidoczna, dlatego kiwała głową na boki starając się zrozumieć zaniepokojenie drugiej dziewczyny. Kilka pokonanych nieśpiesznie metrów pozwoliło jej dostrzec w jakie słowa układają się znaki na papierze, ale wtedy było już za późno. Z komory wydobył się dym, płonące ślepia bestii rozbłysły w mroku pomieszczenia, paskudna, pokryta łuskami łapa złapała za skraj drzwi i poczęła otwierać je powoli z towarzyszącym temu gardłowym pomrukiem.
- Nie wiedziałam, że trzymacie w swojej szkole zamkniętego smoka. - skomentowała dziewczyna, cofając się na widok starszej kobiety, która poprawiała okulary na nosie by lepiej przyjrzeć się tej parze degeneratów, którzy postanowili przerwać jej lekcję, na pewno najważniejszą w jej życiu, nawiasem mówiąc, może także jedną z ostatnich patrząc na jej wiek.
- Yamashita, Ikeda! Co wy robicie po dzwonku na korytarzu?! Marsz do pana dyrektora, a potem sprawdzę, czy tam byliście! - powiedziała kobieta z żółwim tempem, bo wcale nie znaczyło, że jej słów nie dało się odebrać w powagą. Chyba właśnie dlatego, że nie śpieszyła się ze swoim wyrokiem czarnowłosej nie chciało się wcale uciekać. Ani tym bardziej poprawiać nauczycielki, że wcale nie ma do czynienia z dwójką jakichś przypadkowych uczniów, których wcale nie znała.
- Tak jest, tak jest proszę pani... - odpowiedziała machając ręką przed nosem. Zbliżyła się tylko na tyle, by podnieść czubek zmiotki, a potem ruszyła dalej ku łazience ignorując nieprzyjemne sapanie starszej kobiety za plecami. Drzwi zamknęły się w końcu z głośnym skrzypieniem, a Kami wiedziała już na pewno, że ta szkoda musi prowadzić jakieś nielegalne badania na ludziach. Bo jak niby wytłumaczyć to, że uczą tu chodzące trupy?
Wykrzywiła usta triumfalnie skręcając ku swojemu celowi, który teraz widziała już wyraźnie z drugiego końca korytarza.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Powrót do góry