Strona 3 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Go down


Z zapartym tchem obserwowała, jak dziewczyna z sąsiedniej szkoły podchodzi do drzwi, jak gdyby nigdy nic. Cóż, skąd miała mieć pojęcie, jaka zgroza kryje się za cienką warstwą drewna? Tymczasem w sali numer jedenaście urzędowała kobieta, której nikt nie chciał podpadać. Nie wynikało to nawet z tego, że była permanentnie złym wcieleniem szatana, ale miała inna osobliwą właściwość. Nie dało się wyczuć, w jakim jest nastroju, a zmieniała go częściej, niż chorągiewka kierunek powiewania. Podczas huraganu. Na otwartym morzu. Mogła okazać się mieć dobry humor przez pierwsze pięć sekund rozmowy, a w ciągu kilku następnych obrzucić Bogu ducha winnego delikwenta obelgami, na na koniec cisnąć mu pierwszym lepszym przedmiotem w twarz. Na szczęście nie należała do osób o imponującej krzepie, toteż zazwyczaj obrywało się długopisami lub fragmentami kredy do tablicy. Było to jednak doświadczenie zwyczajnie nieprzyjemne, szczególnie że kobiecina naprawdę zgłaszała skargi na uczniów, myląc wciąż ich nazwiska, a przecież każdą sprawę należało rozpatrzyć - a potem oczywiście odkręcić. Poza tym lubiła sobie pokrzyczeć, na co niektórzy wrażliwsi uczniowie, szczególnie dziewczęta, reagowali alergicznie. Liselotte na przykład wolała unikać drzwi do sali numer dziewiętnaście szerokim łukiem i oszczędzić sobie nerwów, bo podniesiony głos nie działał na nią zbyt pozytywnie.
Odetchnęła dopiero wtedy, kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a czarnowłosa dziewczyna dołączyła do niej za schodami. Wtedy też ruszyła dalej do łazienki, gdzie nadal czekał na nie bałagan do posprzątania. Pokręciła głową, jakby z niedowierzaniem wobec sceny, której jeszcze chwilę temu była świadkiem.
- No więc poznałaś panią Takenoko, ulubioną nauczycielkę wszystkich - rzuciła wreszcie, tłumiąc parsknięcie śmiechu. Wystraszyła się wcześniej, to fakt, ale podejście Yuu do całej sprawy nadało sytuacji pewnego niezaprzeczalnego komizmu. Zaraz też znalazły się przed otwartymi drzwiami łazienki, mając przepiękny widok na pobojowisko, które w niej panowało. Podłoga zasłana była odłamkami szkła, które Liselotte ostrożnie przestąpiła i przykucnąwszy zabrała się do energicznego zamiatania.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Zbiegła po schodach następując tak głośno na każdy stopień, jak tylko się dało w ciężkich butach wojskowych. Dotarcie do łazienki było już łatwe, z daleka rozpoznała drzwi, przez które przyłapana na gorącym uczynku musiała wyjść z podkulonym ogonem. Minęła męską toaletę, zajrzała do środka przed uchylone wejście, pomachała do jakiegoś chłopaka, który speszony mył ręce po czym wparowała do środka damskiej. Tam, gdzie należało zająć się robotą i wykorzystać wreszcie całą swoją siłę i umiejętności do pozbycia się rozrzuconego wszędzie szkła.
Odłożyła piłkę na bok, przejrzała się w jednym z wielkich luster przyjmując różne pozy z kijem od miotły. Wyciągnęła ją przed siebie i udała że strzela z wąskiego końca, celując z przymkniętym okiem do własnego odbicia. Wydała z siebie cichy skrzek trafionej ofiary po czym obróciła na pięcie o trzysta sześćdziesiąt stopni i przesunęła po skrawkach rozbitej szyby, gromadząc je w jednym miejscu. Pomimo swojego chaotycznego zachowania pracowała całkiem efektywnie. Niebezpieczne odłamki znikały spod stóp równie szybko, co te, którymi zajmowała się Liselotte.
- U nas też są takie gadziny. - odezwała się nagle, opierając ramiona o szczotkę i robiąc sobie chwilę przerwy. Niby dobrze byłoby zająć się problemem jak najszybciej, ale z drugiej strony i tak lekcje w jej placówce już trwały. Skoro miała się spóźnić, to chociaż raz, a dobrze. Teraz i tak nic nie uratuje jej nieobecności na matematyce. - Ale jaszczury kąsają tylko z powodu zagrożenia. Ludzie-jaszczury wcale tak mocno się nie różnią. Kąsają, bo mają jakieś niemiłe wspomnienia. Wiesz... zimny obiad, pryszcz na środku czoła przed pierwszą randką, zalana kawą poranna gazeta, odstrzelenie kumpla. U nas są szczególnie Ci ostatni. Zawsze syczą i drapią, bo nie chcą nas skazać na ten sam los, co swoich bliskich. Chociaż nie powiem, słuchanie po raz dziesiąty tej samej historii sprawia, że zazdroszczę zmarłym, tego że oni nie muszą po raz kolejny przyswajać sobie takich opowieści. Gdybym miała pisać test ze wspomnień nauczycieli, to chyba wreszcie dostałabym jakąś dobrą ocenę. Wszyscy w tym mieście są chorzy na żal i smutek.
Przechyliła się na miotle sugerując, że może zaraz stracić kontrolę nad własnym upadkiem, ale w ostatniej sekundzie wystawiła nogę do przodu i zamachnęła się szczotką, wybijając kilka kawałków szkła w górę.
- Ops. - jęknęła, śledząc wzrokiem wszystkie szkiełka, które zaraz odprowadziła na swoje miejsce, kończąc tym sposobem swoją idealną kupkę ostrych fragmentów. Podłoga została uratowana od zła, a uczniowie ocaleni przed śmiercią z powodu przypadkowego upadku na to, co zostało po szybie. Przynajmniej nie będą musieli wietrzyć już powietrza w toalecie, teraz wiatr wlatywał przez dziurę.
Niemal w momencie, kiedy czarnowłosa odstawiła miotłę, zadzwonił dzwonek.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Przyglądała się kątem oka ciemnowłosej dziewczynie i jej wyczynom z miotłą, ale tylko uśmiechnęła się delikatnie na ten widok. Był w pewien sposób ujmujący; miała niesamowity entuzjazm, z pewnością godny pozazdroszczenia. Znała wiele przypadków, którym przydałby się krótki kurs życia od tego wulkanu energii. Nawet, jeśli popisała się kilkoma głupotami, wydawała się być całkiem sympatyczne i Lise, będąc oczywiście sobą, nie mogła tego nie docenić. Przez chwilę tak bardzo zagapiła się na wyczyny Yuu, że zapomniała o machaniu zmiotką. Zamarła w bezruchu, przypatrując się, jak wyższa dziewczyna kręci piruety wśród szklanych odłamków, uśmiechając się nieświadomie. Dopiero kiedy tamta zatrzymała się i zaczęła mówić, blondynka jakby obudziła się z głębokiego snu i machnęła bezwładnie ręką, nie przynosząc procesowi sprzątania żadnego postępu, ale przynajmniej może fakt tego krótkiego braku świadomości nie zostanie dostrzeżony. Kąciki ust podskoczyły na ułamek sekundy, nadając jej twarzy nieco nerwowy wyraz, ale zaraz pochyliła się nieco bardziej, by sprawdzić, czy żaden fragment szyby nie został na akurat oporządzanej powierzchni płytek.
- W naszej szkole to chyba jeden taki przypadek... wiadomo, każdemu się czasem zdarza gorszy dzień, ale w gruncie rzeczy nie mamy na co narzekać. Chociaż też nas niektórzy zanudzają, jeśli nie smutną historią życia, to najświeższymi nowinkami z życia swojego kota... trudno powiedzieć, co gorsze.
Pozbierała resztę szkiełek od swojej strony i podniosła się z powrotem, po czym uczyniła kilka kroków w stronę umywalek, gdzie znajdował się kosz na śmieci. Był do połowy wypełniony ręcznikiem papierowym, pozostałym po wycieraniu rąk, więc można było bez obaw wyrzucić doń szkło i nie obawiać się, że odłamki przedziurawią worek. Gestem wskazała ciemnowłosej, żeby zrobiła to samo, po czym wyciągnęła worek z kubła i zawiązała taśmy. Nie umknął jej także dźwięk dzwonka.
- Też macie teraz przerwę, czy wracasz już na lekcje?

Haha, dłuższe nie będzie. Bo nie.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Sprzątanie nie wymagało od niej szczególnie dużej uwagi. Z miotłą tańczyła na tyle sprawnie, że szkło znikało z podłogi w znośnym tempie, nawet wtedy, gdy zamieniały ze sobą kilka zdań. Chociaż posługiwanie się narzędziami tego typu nie należało do umiejętności szczególnie ambitnych, wyglądało to tak, jakby dziewczyna co jakiś czas powtarzała takie akcje, miała wprawę w zacieraniu za sobą śladów. Nawet, jeżeli w tym wypadku chodziło o zwyczajne zamiecenie podłogi.
- Ah... przerwa? Ahaha~ - oparła kij o jedną z kabin i złapała się za tył głowy kryjąc zakłopotanie śmiechem. - Właściwie to moja mała akcja nie była z nikim ustalana, więc tak jakby teraz pewnie i tak nie mam już po co wracać na lekcję. Łatwiej będę, jak zgarnę się od razu do domu.
Odłamki wylądowały w koszu, a ten sprawnym ruchem trafił w dłonie drugiej uczennicy. Na tym etapie jej zadanie zostało wykonane, ale nadal nie wierzyła, że nie dosięgnął jej konsekwencje, chociażby w połowie tak groźne jak te, których spodziewała się podczas włamu.
Generał to jest jednak klawy gość, szkoda, że wpakował się w rolę dyrektora.
Przytaknęła do swoich myśli z zadowoleniem. Gdyby nie pewne wypadki, nadal mógłby robić za głowę militarnej części państwa, z dużą dozą doświadczenia, charyzmą, majestatycznym wąsem... wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażało się sobie generałów. Te wszystkie nazwiska, o których czytali w książce dla czarnowłosej zawsze miały tą samą twarz ich starego przywódcy. Teraz wojna nadal trwała, ale nie wydawała się już aż tak ciekawa.
Może po prostu dlatego, że widziała ją z dużo bliższa, niż kiedy za dziecka obserwowała jedynie telewizyjne reportaże.
- To... ja się będę zbierać. - wyciągnęła rękę z kijem przed siebie. Może blondynce nie zaszkodzi, jeżeli samotnie odniesie je do schowka. - Któryś z moich kumpli przyniesie mi później moje rzeczy, więc chyb a wyjdę główną bramą waszej szkoły... może żaden nauczyciel mnie nie złapie.
Przechyliła głowę szczerząc delikatnie zęby. Emocje przesadnie wyrażane na obliczu były nieco sztuczne, ale posiadały jednocześnie tą absurdalną szczerość, bo przecież kto udawałby aż tak źle? Machnęła jeszcze ręką na pożegnanie. Nie lubiła długich i niezręcznych pożegnań, poza tym blondynka była dla niej nadal jedną z tych wieku identycznych uczennic z sąsiedniej szkoły, których nie była w stanie od siebie rozróżnić. Gdzieś z tyłu głowy majaczyło imię, którym się przedstawiała, ale zaaferowana na nowo innymi sprawami zapomniała.
Zrobiła jednak dokładnie to, co planowała. Zanim korytarze zostały zalane przez tłumy uczniów z medycznej, zanim stała się dla nich atrakcją z obcego środowiska, wymsknęła się bokami, przypadkowymi klatkami schodowymi aż do obszernych drzwi frontowych. Odbiegając machnęła tylko ręką w stronę baraku swojej szarej, ciemnej placówki zastanawiając się, czy ktokolwiek z jej klasy dostrzegł ten gest cichego triumfu.
Patrzcie. Włamałam się do leża lwa nemejskiego i zdołałam uciec bez szwanku.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Nie żal ci lekcji? Będziesz musiała nadrabiać - spytała nieco zdziwiona. Tak, dla Liselotte chęć zerwania się z zajęć nie była aż tak oczywista. Osobiście wybrałaby powrót do szkoły, bo w ten sposób zazwyczaj miało się mniej do nauki na własną rękę. Należała do tego osobliwego gatunku, który uczyć się lubił i robił to chętnie, przykładając się do zadań i powtórek. Profil klasy, który swego czasu wybrała, traktowała bardzo poważnie i dokładała wszelkich starań, by z rozszerzonych przedmiotów wyciągnąć jak najwięcej wiedzy. Miała ambicje na zostanie lekarzem, a żeby to osiągnąć, potrzebowała rzetelnego przygotowania. Nie zamierzała być jedną z tych, co na farcie i oszustwach kończą szkołę ze świetnymi wynikami, a później, gdy przychodzi do stawienia czoła realnym problemom, panikują.
- Jasne. Byle tym razem nie oknem... - Uśmiechnęła się nieznacznie, spoglądając kątem oka na wybitą szybę. Wszystkie szklane odłamki spoczywały teraz bezpiecznie w worku, który blondynka dzierżyła w dłoni. Lepiej było nie zostawiać ostrych kawałków tam, gdzie były dostępne dla uczniów - wystarczyłaby czyjaś głupota lub po prostu nieuwaga, by doszło do kolejnej tragedii. Skoro już los był na tyle łaskawy, by oszczędzić czarnowłosej dziewczynie poważnych obrażeń, wypadałoby nie nadwyrężać jego dobrotliwości.
- Do zobaczenia - powiedziała spokojnie, również machając koleżance z sąsiedniej szkoły. Wyszła z łazienki zaraz za nią, dzierżąc w jednej ręce czarny worek, w drugiej zaś przybory do sprzątania. Na korytarzu każda z uczennic skierowała się w inna stronę: Yuu do wyjścia, Lise do kantorka pań woźnych, gdzie miała zdeponować miotły, szufelki i przygotowane do wyrzucenia śmieci. Regulamin zabraniał jej samej wyjść na zewnątrz i się ich pozbyć, a nie zamierzała z własnego kaprysu naginać zasad. To jej nowa znajoma wyglądała na taką, która wręcz ma to we krwi.
Ciekawa osoba, pomyślała, wracając do biblioteki. Przed chwilą rozbrzmiał dzwonek na przerwę, więc niziutka dziewczyna musiała nieco się natrudzić, by utorować sobie drogę w zatłoczonym korytarzu. Wypadało nie tylko odzyskać swoje rzeczy, ale też wytłumaczyć bibliotekarce, dlaczego choć miała zniknąć tylko na kilka minut, spędziła poza salą całą resztę zastępstwa. Niech się już kobieta nie martwi, że zgubiła gdzieś podopieczną.
Chociaż miała w pamięci kilka przyziemnych spraw, takich jak przejście się po torbę i udanie pod kolejną klasę, jednocześnie jej myśli krążyły wokół sprawczyni całego dzisiejszego zamieszania: tego, kim była, jak się zachowywała, a przede wszystkim jak bardzo się od siebie różniły. Nie dało się zaprzeczyć, że wcześniejsze słowa czarnowłosej wjechały Lotte na ambicję. Przez jeden straszny moment wyobraziła scenę, w której znajdują się obie w strefie wojennej, gdzie życie Yuu zależy tylko od kompetencji młodszej koleżanki, która właśnie wtedy miałaby pełne prawo wypowiedzieć znamiennie: "A nie mówiłam?" To jednak była wizja, za którą sama zaraz się skarciła. Jakkolwiek nie miałaby chęci udowodnić omyłki nowej znajomej, tak tocząca się na południu wojna nie była stosownym polem do rozstrzygania tego typu sporów. I oby nigdy nie musiały rzeczywiście tam się znaleźć.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Minęło wiele dni. Sytuacja w stolicy pogarszała się, do informacji kilka dób wcześniej trafiła dosyć smutna wiadomość o postrzeleniu nowego generała. Wydawało się, że właśnie go awansowali, a teraz rada wojska znowu zbierała się za zamkniętymi drzwiami by obradować. Tym razem jednak nie chodziło o samo rozdanie przyjemnych tytułów, ale także o ustalenie planu działania. Już nie tylko dla wojska, ale dla całego kraju. Chociaż dane padające zza szklanych ekranów nie napawały optymizmem, prezydent ogłaszał w orędziach o małych sukcesach na zachodzie.
Wszyscy wiedzieli, że zadymia powietrze, mydli oczy. Próbuje oszukać naród, ale przede wszystkim sam siebie. Do internetu trafiło kilka kadrów zza kulis nagrań, w których blada twarz starszego mężczyzny zarumieniona jest od łez. Takiego władcy nie chciał nikt. Podejrzewano, że nerwy wykończą go, zanim wróg stanie w bramie. Podczas ostatniej przemowy wyświetlanej w całym kraju na żywo, strzelił sobie w głowę. Potem ekrany pociemniały.

Obraz ten pozostawił ciężkie piętno na każdym mieszkańcu. Wiele szkół odwołało zajęcia, ale inne wręcz przeciwnie - skupiły się mocniej na edukacji dzieci, w przedszkolach ćwiczono ewakuacje w razie bombardowania niemal codziennie. Kilkulatki nosiły na głowie za duże hełmy, a matki trzymające je za rękę spoglądały nerwowo w niebo. Wszyscy spodziewali się gwałtownego rozwoju akcji, ale świat milczał.
Czarne włosy znowu opadały jej nieznośnie na twarz. Zdmuchiwała je, ale te powracały na własne miejsce, jeszcze bardziej łaskocząc. Kichnęła, trzeci raz z rzędu, co wywołało falę krytego śmiechu w sali lekcyjnej. Nauczyciel odwrócił się powoli, spojrzał na nią twardym wzrokiem, ale przecież nie mogła powstrzymać natury. Znowu kręciło ją w nosie od słońca. Usiadła przy oknie, chociaż zazwyczaj wraz z całą ekipą zajmowali najdalsze ławki. Pogoda dopisywała, na niebie nie było ani jednej chmury, każdy przelatujący ptak wywoływał dreszcz podniecenia.
Kiedy?
Kiedy spadnie bomba?
Dzwonek wyrwał ze skupienia wszystkich, poza dziewczyną. Zeszyt pozostał pusty, jeżeli nie liczyć małego rysunku smutnego kotka w rogu. Jego ogon zawijał się żałośnie pod łapy, pręgi tworzyły regularne wzory, jak więzienny pasiak. Zatrzasnęła okładkę w końcu, bo gdzieś spod drzwi ktoś namolnym tonem przypomniał jej o nakazie opuszczenia sali w czasie trwania przerwy.
Wyszła niechętnie i znowu wróciła do okna. Budynek ułożony był w szerokie 'U', więc kiedy widok padł na boisko znajdujące się pomiędzy ramionami nie znalazła satysfakcji. Stan meczu za bardzo odciągał ją od właściwego celu. Wyszła na zewnątrz po betonowych schodach. Wcisnęła do ust czekoladowy baton. Twardy i suchy. Nadal bolała ją szczęka.
Prześlizgnęła się obok pierwszaków grających w karty i przywarła plecami do boku budynku.
Kiedy?
Ciche odgłosy rozmowy nie pozwalały jej się skupić. Ktoś ciskał wyzwiskami wojskowych w nieprzychylnej rozmowie. Czy to była ich wina, serio? Zdenerwowała się. Kilkoma susami znalazła się przy murku odgradzającym ich od medycznej i podskoczyła do krawędzi. Zaparła się rękami i wspięła jak kot ze zbyt ciężkimi nogami.
- Stulić pyski, dziewuchy! - ryknęła do przypadkowych dziewczyn siedzących na małym kocu wśród zielonej trawy ogródka przylegającej placówki. Piknik? Ledwo co powstrzymała się od tego, by nie napluć im na starannie zapakowane kanapki. Różowy papier w białe róże przypominał jej wzór fotela prezydenta. Znowu powrócił obraz krwi rozbryzgującej się na podłodze.
Prawie, ale powstrzymał ją widok znajomej sylwetki gdzieś na boku. Małe dziewczynki w swoim świecie herbatek przestały ją nagle interesować. Uniosła dłoń do góry.
- Liselotte! - krzyknęła nie zważając na to, że słyszy ją pewnie połowa uczennic. Jeszcze raz odepchnęła się od ziemi po stronie swojej szkoły i wspięła się w końcu na szeroki mur oddzielający ich światy. - Jak się miewasz?
Ze swobodą usiadła na skraju konstrukcji. Ręka trochę jej drżała, ale nie było się czemu dziwić. Wysiłek związany z wyskoczeniem trochę ją zmęczył, a przecież bandaż nadal okalał całe ramię. Na twarzy było kilka fioletowych siniaków i wyraźnie podbite oko. Włosy miała dużo krótsze niż ostatnio, ledwo co wiązała je w malutkiego kucyka. W ostatniej chwili przypomniała sobie o czymś i spojrzała w niebo.
Kiedy?




THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Gdyby to od niej zależało, nie śledziłaby żadnych wiadomości. O ile prościej byłoby trwać w błogiej nieświadomości tego, co działo się na froncie! A jednak, choć serce rozdzierało jej się na dwoje za każdym razem, co wieczór dołączała do swoich rodziców na kanapie w salonie, równo z wybiciem siedemnastej kierując wzrok na ekran niewielkiego telewizorka i z uwagą śledząc najnowsze wieści. Wciśnięta miedzy matkę i ojca miała ochotę krzyczeć, choć równocześnie była jak najbardziej świadoma, że w pewnym sensie spotykało ją wyjątkowe szczęście. Jej tata nie mógł wspomóc wojska swoją osobą ze względu na stan zdrowia i dzięki temu został w domu. Nie potrafiła wyobrazić sobie sytuacji, w której tak samo każdego wieczora byłaby tylko z mamą, bez tchu przysłuchując się informacjom przekazywanym przez prezenterów i zastanawiając się, czy jednym z zabitych nie jest jej ojciec i czy lada dzień nie otrzymają pocztą zawiadomienia o jego śmierci. Wtedy już na pewno by oszalała, dlatego wdzięczna była losowi, że nie odebrał jej żadnego z rodziców.
Był też i gorzki aspekt tego szczęścia, kropla dziegciu, która psuła całą zawartość beczki ze słodkim miodem. Widziała wyraz twarzy ojca, kiedy śledził najnowsze wiadomości i słyszała ból w jego głosie, kiedy z rzadka wypowiadał się na temat wojny. Nietrudno było zgadnąć, jak żałośnie się czuje, zdegradowany do rangi bezużytecznego. Dlatego ani razu nie odważyła się powiedzieć mu, jak bardzo cieszy się z tego, że został. I tym bardziej przykładała się do nauki, przekonana, że musi przydać się za ich oboje.
Niepokój narastał z dnia na dzień, a obywatele wciąż spoglądali w niebo, spodziewając się ataku. Lise nie miała na to czasu; wciąż kierowała wzrok w dół, gdzie niemal bez przerwy miała przed sobą któryś z podręczników. Dochodziło już do tego, że znała niektóre strony na pamięć, jednak wciąż uważała, że to za mało. Teoria była tylko częścią tego, co musiała opanować, żeby być pewną swoich zdolności. Ćwiczeń praktycznych nie była jednak w stanie wykonywać dodatkowo, na własną rękę, więc pozostawało jej tylko nałogowe pochłanianie wiedzy. Narzucała samej sobie tak gargantuiczną presję, jak gdyby to od niej zależały losy całego narodu. Nie miała aż takich ambicji, jednak żyła w przekonaniu, że ocalenie choćby jednego ludzkiego życia jest warte tego wysiłku. Kręgi wojny zacieśniały się coraz mocniej wokół dotychczas bezpiecznych obszarów państwa i nikt nie mógł być pewien, kiedy sięgną Stolicy.
A mimo to, życie w ten czy inny sposób toczyło się dalej. Nadal odbywały się lekcje, a na przerwach uczniowie zajmowali się swoim towarzystwem, zupełnie jakby wcale nie wisiało nad nimi widmo śmierci. Nawet Lotte od czasu do czasu odkładała swoje książki, tak jak teraz, kiedy na długiej przerwie całe grono nastolatków wypłynęło na szkolne podwórko. Kilka metrów dalej koleżanki dziewczyny rozłożyły nawet kocyk, jednak Merricks nie dołączyła do nich. Ostatnimi czasy częściej izolowała się od znajomych, szczególnie kiedy występowali w większej grupie. Usiadła przy drzewie, opierając się plecami o pień, a na skrzyżowanych nogach opierając pudełko z drugim śniadaniem. Miała właśnie sięgać po pierwszą z dwóch identycznych kanapek, kiedy czyjś krzyk przedarł się ponad gwarem rozmów. Wzrok blondynki od razu padł na postać wystającą zza muru oddzielającego obie szkoły.
Czy ona w ogóle czasami używa bramy?
Zdziwiła się, widząc tę scenę, jednak nie planowała się wtrącać. Spotkała czarnowłosą dziewczynę tylko raz, jakiś czas temu i nie czuła się w obowiązku wściubiać nosa w jej sprawy. Szybko jednak okazało się, że to Lise stała się obiektem zainteresowania koleżanki z SAW, która o dziwo zapamiętała nawet jej imię.
- Umm... chyba w porządku, a ty? Może, emm... zejdziesz na ziemię? - zasugerowała, mając gdzieś z tyłu głowy wizję energicznej dziewczyny spadającej z muru i łamiącej sobie kilka kości. Tego lepiej byłoby uniknąć, nawet jeśli spora część przebywających na podwórzu nastolatków to przyszli lekarze. Bo właśnie: przyszli. A poza tym, strzeżonego Pan Bóg strzeże, ot co.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Pękała z dumy za każdym razem gdy udało jej się nielegalnie wspiąć na wysoką, betonową ścianę oddzielającą budynki sąsiednich szkół. Zapewne było to nielegalne, chociaż niewielu w ogóle próbowało przekraczać granice w ten sposób. Z jakiegoś jednak powodu chociaż rozłożyła się wygodnie na wygrzanym wierzchu nikt nie był skory do ściągnięcia jej z niego, nawet siłą. Za plecami toczyło się życie szkoły wojskowej, a przed nią rozciągał się widok na uczniów i uczennice medycznej. W tym momencie siedziała gdzieś po środku tego wszystkiego, chłonęła widok, ale zerkała ku górze oczekując buczącego głęboko w uszach dźwięku silników.
Odgłos ten był na tyle charakterystyczny, że nie dało się go pomylić z niczym innym i chociaż Stolica mało kiedy była pod nalotami, czarnowłosa pamiętała dokładnie detale z podróży po okolicach. Dwa razy w życiu widziała zrzucanie bomb i pamiętała to niesamowite wrażenie, szalone bicie serca i spłycony oddech. Destrukcyjna siła ładunków była porażająco skuteczna, budynki zamieniały się w kupy gruzu otoczone gęstym dymem odłamków.
I ludzie, ludzie umierali setkami.
- Zaraz mam kolejną lekcję. - machnęła ręką w powietrzu wskazując na szary gmach. - Zastanawiałam się, czy nie wysyłali was na front, w końcu podobno brakuje im rąk do pracy przy rannych.
Mówiła swobodnie, prawie jakby chodziło o kilka postaci z gier, które wedle fabuły i tak miały umrzeć. Chociaż śmierć była bliższa niż kiedykolwiek, czarnowłosa zdawała się nie przejmować tak bolesną prawdą, traktowała rzeczywistość z niezwykłym luzem.
- Wiesz, wśród nauczycieli gadają, że jesteśmy otoczeni, dlatego nie będą ewakuować cywili. Nadlecą samoloty i to wszystko się skończy. Prędzej czy później. - przechyliła głowę na bok jak ciekawski pies. - Oczywiście dorośli nie chcą, żeby mówić o tym głośno. Zaczęłaby się panika i tak dalej...
Spojrzała niby przypadkiem na dziewczyny siedzące na kocu. Jak zareagują?



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Zmieliła w ustach zdanie, które w nieco dosadniejszy sposób wyrażałoby opinię blondynki na temat tego, że jej koleżanka z sąsiedniej szkoły nadal siedziała na murze, wysoko nad ziemią. Przed oczami wciąż miała obraz zgubionej w mgnieniu oka równowagi i dziewczęcej sylwetki znikającej za ceglaną barierą przy akompaniamencie krzyków (najpewniej ze strony siedzących na kocyku drugoklasistek), a do tego trochę chaotycznego wymachiwania rękami i głuche łupnięcie na koniec. Zacisnęła jednak wargi i nie skomentowała, święcie przekonana, że jej obawy nie znalazłyby sobie stałego miejsca w pamięci czarnowłosej. Może nie wynikało to z wiedzy, bo znały się z ledwie jednego, dawnego przedpołudnia, jednak Lise miała wystarczająco dobrą intuicję, żeby nie mieć większych wątpliwości.
- Wysłanie nas byłoby już absolutną ostatecznością. Nikt o zdrowych zmysłach nie rzuca dzieci na wojnę - stwierdziła, odgryzając kęs ze swojej kanapki. Rozmowa-rozmową, ale nie mogła zmarnować najdłuższej przerwy i nie zająć się drugim śniadaniem, bo wedle wszelkich planów, później nie będzie już miała na to czasu.
- Gadają i będą gadać, a nam nic nie powiedzą. Po pierwsze dlatego, że sami nie do końca wiedzą. A poza tym mają rację, wywoływanie paniki w niczym nie pomoże - dodała niewzruszonym tonem, w międzyczasie spokojnie pochłaniając swój posiłek jak gdyby nigdy nic. Straszliwe wizje wrogich sił podchodzących pod samą Stolicę przyjmowała z delikatnym uśmiechem na twarzy i bez widocznego cienia strachu, choć wewnątrz wcale nie była taka optymistyczna. Obawiała się o siebie i swoich bliskich, liczyła na szybkie i pomyślne zakończenie wojny, marzyła o czasach pokoju. Ale jednak nie mogła pozwolić na to, by straszliwe wieści wybijały ją z równowagi. Szkoliła się w zawodzie medyka, a to oznaczało, że nawet w najbardziej tragicznej sytuacji musiała umieć zachować trzeźwość umysłu i bezbłędnie wykonywać swoje zadania. Gdyby przejmowała się wszystkimi plotkami, które krążyły nieustannie wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, już dawno zwariowałaby na amen. Odrobina strachu działała motywująco, nadmiar miał właściwości paraliżujące. Jeśli nie nauczy się być odważna w każdej sytuacji, zginie pierwszego dnia w strefie wojennej. A miała silne przeczucie, że prędzej czy później właśnie tam się znajdzie.
- Jakie jeszcze masz lekcje? - zagadnęła luźno. Rozmawianie tylko o rozgrywających się na froncie tragediach psuło nastrój i apetyt, a przecież choć dookoła wciąż ginęli ludzie broniący ojczyzny, życie toczyło się swoim standardowym rytmem.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Bujała się do przodu i do tyłu, dokładnie tak, jak osoba w niespełnionej wizji blondynki. Ręce trzymała ułożone między udami, więc na dobrą sprawę tylko zmysł równowagi pomagał jej utrzymać się w siadzie na górnej krawędzi muru. Płaszczyzna była jednak na tyle szeroka, by ryzyko faktycznego lotu do przodu albo do tyłu było minimalne. Nawet półprzymknięte w słońcu oczy nie były tu problemem, Kami nie zamierzała spadać, więc prawdopodobnie tak się nie stanie.
- Dorośli już sobie nie radzą. - Machnęła ręką ponad głowę i wskazała wyciągniętymi palcami w niebo. - Wojna nie pyta, czy to moralne słać na front dzieci. Jeżeli przyjdzie do stolicy, to gówniarz który potrafi obsługiwać karabin pożyje trochę dłużej, niż ten co nie umie.
Paradoksalnie wyglądała raczej na rozmarzoną takim scenariuszem niżeli zaniepokojoną. Może to z powodu tego, co właśnie powiedziała, bo w końcu należała do tego grona ludzi, którzy z bronią byli zapoznani wystarczająco, by w razie czego stać się nie tylko użytecznym, ale może nawet groźnym. Niewiele im brakowało do ukończenia szkoły, a kiedy osiągnął pełny wiek dorosłości nie będzie już ucieczki przez obowiązkami. W tym momencie awans z akademii do wojska był niemalże pewny, jako jedyna ścieżka dalszego rozwoju. Szczególnie w obecnych czasach.
- Lekcji nie. Idziemy później na strzelnicę. Dołożyli nam masę praktycznych godzin, a ucięli historię, ojczysty i biologię. Nienawidzę ojczystego, więc w sumie się cieszę. Nauczyciel to prawdziwy szatan, nawet włosy mu tak stoją do góry, jakby miał rogi. - Mlasnęła kilka razy z niezadowolenia.
Nie dało się nie zauważyć, że mówiła raczej prostym językiem, a jej akcent zahaczał o ten należący do sąsiednich nacji. Przede wszystkim jednak wizualnie różniła się od pospolitego mieszkańca stolicy. Ciemniejsza, oliwkowa karnacja, ciemne włosy, oczy i układ twarzy pasowały do zagranicznej ludności. Chociażby do państwa, które było jednym z wrogów tego, w którym się obecnie znajdywały.
Za dziecka dokuczali jej z tego powodu nieco bardziej. Wraz z rodziną sprowadzili się tu jeszcze przez zaostrzeniem konfliktu, ale teraz, gdy groźna otwartej walki byłą bliższa niż kiedykolwiek, wielu z jej klasowych znajomych przypominało sobie nagle o pochodzeniu dziewczyny. Z braku lepszego towarzystwa znalazła się nagle na murze, wyglądając za niego osób, które nie będą zwracać na to uwagę.
- Urwij się z zajęć. Chodź ze mną do mundurowni. Jest tam taki fajny konserwator, który zawsze daje nam się napić, jak nauczyciele nie patrzą. - Zaproponowała odważnie, zerkając ku uczennicom na kocu. Spojrzenie ciemnych oczu i usta wygięte w nieprzyjemnym uśmiechu nakazywał im zachować milczenie.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


- Nie mówię o moralności - ucięła stanowczo, odkładając na wpół zjedzoną kanapkę z powrotem do pudełka. Jakoś straciła apetyt. - Mówię o rozsądku. Niedoświadczony i niepewny swoich umiejętności medyk potrafi być bardziej niebezpieczny niż kompletny amator. - A już najbardziej zabójcza byłą panika, która często budziła się przy połączeniu ekstremalnej sytuacji i braku pewności tego, co należało wykonać. Nie bez powodu w pierwszej kolejności na front szli ludzie dorośli, którzy przynajmniej teoretycznie powinni być bardziej opanowani, zdolni do podejmowania właściwych decyzji pod ogromną presją.
Chciała wierzyć, że gdyby przyszła taka potrzeba, poradziłaby sobie z tak ogromnym wyzwaniem. To przecież dlatego tyle czasu spędzała nad książkami i tak starannie przykładała się do ćwiczeń praktycznych, by być zawsze przygotowaną na każdą ewentualność. Mogła mieć nadzieję, że wojna skończy się lada dzień, jednak nie wskazywały na to żadne realne przesłanki. Pokój był wyłącznie marzeniem, a nie sensowną perspektywą, możliwą do spełnienia w najbliższym czasie. Jeśli nie nastąpi cud, najpóźniej po skończeniu szkoły będą zmuszeni do złapania za broń i stanięcia przeciwko wrogim wojskom, by chronić Stolicę przed zdobyciem. Nawet ich liceum, które nie miało w programie żadnego szkolenia wojskowego, przeprowadzano teraz kursy podstawowej obsługi najbardziej powszechnej broni, ciągle pojawiały się próby ewakuacyjne i inne tego typu akcje, które miały za zadanie przygotować młodzież na najgorsze. A przede wszystkim, co dotyczyło profilu medycznego, mieli się nauczyć skutecznie ratować ludzkie życia. Tych nic nie mogło zastąpić, a utracić je było bardzo łatwo. W końcu każdego dnia obywatele Państwa drżeli o to, czy dożyją jutra.
- Rozumiem - przytaknęła krótko, powracając wzrokiem do koleżanki z sąsiedniej placówki edukacyjnej. Nie przeszło jej nawet przez myśl, że jej wygląd przypomina mieszkańców innych krajów, w tym tego, z którym obecnie wojnę toczyło ich rodzime Państwo. Lubiła się przyglądać czarnowłosej dziewczynie, bo biła od niej jakaś fascynująca energia. Nawet kiedy siedziała, była cały czas w ruchu; Lise zachowywała się podobnie, jednak w o wiele mniejszej skali. Często stukała palcami, szarpała krańce rękawów lub kręciła długopisem, jednak w całości postawy była bardziej stabilna. Nawet w takim podobieństwie były bardzo od siebie różne, co tym samym sprawiało, że obserwacja drugiej strony była bardzo interesująca.
- Urwij się z zajęć
Niemal natychmiast uchyliła usta, by odpowiedzieć stanowczym: "nie ma mowy" i z wymownie zmarszczonymi brwiami ofuknąć dziewczynę za tak absurdalny pomysł. A jednak coś ją od tego powstrzymało. Może fakt, że po długiej przerwie miała już wyłącznie przedmioty, z których bieżące tematy przerobiła już kilka tygodni temu lub takie, które nie wydawały jej się przydatne. W normalnych warunkach bardzo lubiła lekcje literatury, jednak teraz normalne nie było absolutnie nic.
Ścisnęła wargi w wąską kreskę,nieznacznie  przymrużonymi oczami patrząc na kiwającą się na murze czarnowłosą. W końcu uniosła nieco brwi i z trzaskiem zamknęła plastikowe pudełko na drugie śniadanie.
- I uważasz, że dla mnie to jakaś atrakcja?
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Powrót do góry