Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 8 z 18 Previous  1 ... 5 ... 7, 8, 9 ... 13 ... 18  Next

Go down

Pisanie 17.06.14 19:31  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
To właściwie zabawna historia, bo Hiro…
Szedł sobie, szedł ulicą przez miasto, ściskając patyczek od lizaka w zębach. Ostatnie promienie słońca ogrzewały mu mordę, najmłodsi mieszkańcy M-3 jak zwykle piszczeli jak jakaś zarzynana zwierzyna, bo wcale nie podobał im się pomysł wracania do domów o tej porze, a jeden z dyktatorów zaciągał jakiegoś dzieciaka do ciemnego zaułka. Czyli dzień, jak co dzień. Nie, chwila, coś tu nie pasowało. Tak, to chyba to słońce, powinno zajść zdecydowanie wcze- Hayden? To znaczy… jego królewska mość? Co wasza wysokość robi sam na sam z jakimś młodzieńcem i to w dodatku w takim miejscu? To bardzo nieodpowiedzialne… dobrotliwemu władcy nie przystoi!
Na twarzy Szczura pojawił się krzywy uśmiech. Parsknął z rozbawieniem, jak jakiś uradowany szczeniak, kierując kroki w stronę uliczki, w której zapodział się dyktator ze swoim małym kolegą. Skręcił w nią i momentalnie kopnął coś, co potoczyło się kawałek, by zaraz się zatrzymać. Szybkie zerknięcie. Och, dyktatorska laska? Tutaj? Jason nie powinien jej mieć przy sobie? Chyba, że mu w czymś przeszkadzała… if you know what I mean. Podniósł ją szybkim ruchem i rozejrzał się dookoła, obracając ją kilkakrotnie w dłoni. Gdzie się ukrywa nasz mały generał? Tu jest! No proszę i nawet przyciska swojego kolegę do muru tak, jak Szczur się tego spodziewał. Tylko ten pistolet przytknięty do czaszki szatyna psuł nieco wrażenia estetyczne.
Wyjął lizaczka z gęby. Czyli jednak będzie przemawiał...
- No, no, widzę, że ćwiczysz terroryzowanie dzieci. Słuszna decyzja – rzucił wyjątkowo rozbawionym tonem w stronę mężczyzny zdecydowanie wyższego od swej ofiary. – Zgubiłeś – dodał zaraz, beztrosko podrzucając i łapiąc upuszczony przez Garretta kijek.
Dopiero teraz poświęcił odrobinę swej cennej uwagi, by przyjrzeć się obecnemu tu również kurduplowi. Wyglądał jak dzikus i tym też zapewne był. Te żółte ślepia, brr. I pomyśleć, że to prawdopodobnie „krewniak” Daisuke, cóż za nonsens.
Przechylił łeb, jak gdyby nigdy nic zbliżając się do bojowo nastawionej dwójki i bezwstydnie wpatrując się w tego mniejszego, jakby był jakimś eksponatem muzealnym. W ten sposób obszedł ich, zataczając łuk i zatrzymał się parę kroków od srebrnowłosego. W milczeniu oparł się obiema rękoma o laskę, nie spuszczając wzroku z walecznych chłopców.
- Fajne gały, młody – przyznał z wyczuwalnym w głosie uznaniem, wskazując wymordowanego podbródkiem.
Jego aktualną postawę można było zamknąć w czterech słowach; „ja tu sobie postoję”. No, ewentualnie w sześciu, jeśli dodamy do tego „i popatrzę”, żeby mieć już dokładny opis. Równie dobrze Nezumi mógł mieć to wypisane na czole. Ale kto wie, może po prostu czekał na zaproszenie..?
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 20.06.14 23:29  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
| Najchętniej napisałbym wam plan wydarzeń, zamiast sklejać posta, ale yolo. Nie odpowiadam za treść. To wszystko moje ręce. Plus cholernie trudno mi się pisało. No i nie wiem czy Kot będzie miała cokolwiek do roboty po tym poście. Chyba że lubi opisywanie obrywania. To też nie tak, że nie czuje zupełnie niczego, ale uderzenia są takie tępe i te pe, i te de. |

Srebrnowłosy był już w pełni przekonany, że to co zrobi, na pewno wybije brunetowi z głowy podobne występki. Przynajmniej na jakiś czas. Wolałby jednak, by każda myśl, która skłoniłaby go do ponownego wyciągnięcia swoich lepkich rąk po cudzy portfel, została zastępowana wizją brutalnej i upokarzającej reprymendy. Wychodził jednak z założenia, że ludzkie ścierwa powinno się wykańczać od razu. Co z tego, że był jednym z gorszych? Gdy mierzył do chłopaka z broni, jego oczy odznaczały się bezwzględnym wyrazem. Widząc jak jego marny przeciwnik ląduje na ziemi. Wcześniej nie zwrócił uwagi na syk, który stłumiony został przez szuranie butów, gdyby nie to, już wcześniej pociągnąłby za spust. Tymczasem przekrzywił lekko głowę na bok, gdy wpatrywał się wprost w żółte ślepia złodziejaszka. Jasne kosmyki lekko zsunęły się na bok, przysłaniając jedno z oczu mężczyzny. Choć na jego twarzy powinno wymalować się szczere zdziwienie, nie pojawiła się tam żadna oznaka tego. Jakby wręcz spodziewał się zaistnienia takiej możliwości. Mało wymordowanych próbowało przedrzeć się do miasta, by zasmakować lepszych warunków. A skoro o wymordowanych mowa...
„No, no, widzę, że ćwiczysz terroryzowanie dzieci.”
Dokładnie w tym momencie palec docisnął spust, ale spodziewany huk wystrzału nie miał miejsca. Efekt celnego strzału był prawdopodobnie znacznie gorszy od tego, który towarzyszył zwykłym nabojom. Przynajmniej po nich złotooki jeszcze byłby w stanie się ruszyć. Tymczasem czuł się jak rażony prądem i to uczucie z pewnością miało męczyć go jeszcze przez kilka następnych sekund, do momentu, w którym jego ciało całkiem miało odmówić mu posłuszeństwa. Mógł tylko patrzeć na to, co miało się stać. Jedynym plusem – jeżeli można to tak nazwać – było całkowite znieczulenie związane z niedowładem.
Będąc już pewnym, że mały drapieżnik, który przypadkiem stał się ofiarą, już się nie ruszy. Wsunął giwerę do kabury i zerknął na niebieskookiego. Och, jak zawsze w samą porę.
Siedzenie za biurkiem mi nie służy, musiałem znaleźć sobie jakieś hobby, a gówniarzom też przyda się szkoła. ― Rozłożył bezradnie ręce, unosząc brwi. ― Upuściłem ― sprostował, dając do zrozumienia, że w swoim czasie odbierze swoją własność. Tymczasem ostentacyjnie podszedł do ciemnowłosego, walcząc z chęcią rozmasowania obolałej od ciosu kostki, by na koniec wgryźć się podeszwą buta w brzuch młodzieńca. ― Ale jak widać szczury znów się wylęgają. No i proszę, Dai, powiedziałbym, że swój do swego ciągnie. ― Że niby miał obejść się bez kąśliwych uwag? Nie byłby sobą, gdyby zachował się jak na dżentelmena przystało, choćby dlatego, że w ogóle nim nie był. Z dnia na dzień nie zapomniałby też, że pracował w towarzystwie wymordowanego. O ile niezbyt podobał mu się pomysł spuszczania psów ze smyczy, tak ten tutaj był prawdopodobnie jedynym wyjątkiem.
Dzikus raz jeszcze doczekał się swojej uwagi, ale to, że spojrzenie Jasona było zwrócone ku niemu, wcale nie oznaczało, że był adresatem kolejnych słów:
Próbował zajebać mi portfel ― parsknął, wykrzywiając kąciki ust w szczerym rozbawieniu. Paradoksalnie do szampańskiego nastroju, który go ogarnął, naparł nogą mocniej na tors drobnego wymordowanego, zanim niespodziewanie odsunął ją i to tylko po ro, by zamachnąć się zdrową nogą i sprzedać mu solidnego kopniaka w bok. Zaraz za nim następnego, by pozostawić po sobie bolesną pamiątkę, choć nie przewidywał pozostawienia kurdupla przy życiu. ― Gdyby nie to, może miałby więcej szczęścia. Jak myślisz?
Pochylił się nad nim, wyciągając rękę do szyi bruneta, jednak ostatecznie pochwycił materiał ubrania tuż pod nią i podciągnął go do góry, nieruchomym wzrokiem obserwując jego oblicze. Jeden z kącików jego ust ściągnął się w zastanowieniu, jakby coś nie pasowało mu w twarzy młodzieńca. Ach tak! Dzięki błyskotliwym domysłom Garretta, jego pięść zaraz z dużą siłą zderzyła się z nosem i ustami chłopca. I to nie jednokrotnie, dwukrotnie też nie, ale dokładnie trzy razy, byleby tylko „upiększyć” jego oblicze. Chyba tylko cudem pozostawił jego uzębienie w całości, aczkolwiek po tym wszystkim potrząsnął ręką, chociaż nie udało mu się pozbyć z niej krwawego śladu.
Skoro już tu jesteś, Hiro... ― mruknął odwracając się przodem do Opętanego, jednocześnie też obracając nieznajomego w ten sam sposób, tak aby widział jego poobijaną buźkę. Złapał go za koszulkę, w miejscach, w których okrywała ona barki, trzymając go nie inaczej od kawałka szmaty, który... cóż, należało porządnie wytrzepać. Dosłownie. ― Nie oszczędzaj się.
To chyba nazywano ukrytym rozkazem.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 26.06.14 0:58  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Szczury? Zabawne. Człowieka z definitywnie kocimi akcentami nazywać, jak jednego z gryzoni, na które generalnie powinien teraz zapolować. Kto wie, może łapanie ryb w stawie i nękanie ptaków w karmniku, okazałoby się odpowiedniejszym zajęciem dla wymordowanego? Przynajmniej takie czynności nie wiązałyby się z zagrożeniem wciśnięcia w ziemię przez dwumetrowego gościa z przywilejem dyktatora i wszystkich dogodności, które się z nim wiązały. Zdecydowanie bezpieczniej byłoby teraz wyżerać resztki jedzenia ze śmietnika, niż użerać się ze zdumiewającą siłą przeciwnika, która niestety zdecydowanie przewyższała Level E. Kurt był tego doskonale świadomy. Zdążył zauważyć, że znajduje się w ciemnej dupie już w momencie, gdy poczuł dłoń Garretta na swoim nadgarstku, po nieudolnej próbie kradzieży portfela. Jak tak teraz patrzył na to z perspektywy czasu – tak, bo minęły wieki od tej chwili – to faktycznie ta ciekawa sytuacja na zawsze wbije mu się w pamięć. Przynajmniej przestanie być taki lekkomyślny jeśli chodzi o napaście. Nieważne jak będzie głodny i zmęczony, musi zacząć umiejętniej dobierać sobie ofiary. Srebrnowłosy był zdecydowanie jednym z najgorszych wyborów, jakich Ai mógł dokonać.
Poleciał jak długi na ziemię, boleśnie poznając smak chodnika, na który przyszło mu upaść. Szczerze powiedziawszy nawet nie zauważył kiedy ta gorsza strona wzięła nad nim górę, ujawniając swoją zdziczałą naturę. Lata spędzone w Desperacji sprawiły, że ilekroć Kurt znajdywał się w niebezpieczeństwie, instynkty automatycznie brały nad nim górę, nakazując czym prędzej słuchać się tego niemego krzyku, wołającego o uratowanie życia. Najwidoczniejszą tego oznaką były oczywiście wściekle żółte oczy, które wyglądały jak żywcem wyjęte z kociego łba. Takim też wyzywającym spojrzeniem Ai uraczył swojego oprawcę nie przejmując się, że może za chwilę stracić życie. Nie był w stanie wykrztusić żadnego sensownego słowa, więc milczał, jednak swoją szczeniacką stronę objawiał właśnie poprzez wlepienie ślepi w twarz dyktatora, bez ani krzty strachu. Pełna nienawiść.
Bezgłośny strzał niemal natychmiast wstrząsnął ciałem mniejszego wymordowanego, który niemal natychmiast wydał z siebie przeraźliwy syk. Piorunujący ból obszedł całe jego ciało, a Ai, choć początkowo próbował desperackiej próby zmiany w kota i najzwyczajniejszej ucieczki, szybko zorientował się, że było to po prostu bezsensu. Nie minęły trzy sekundy, a on już leżał kompletnie obezwładniony, bez czucia w całym ciele.
Obecność drugiego wymordowanego jakoś mu umknęła. Może nie tak dosłownie, jednak na chwilę obecną miał większe problemy, więc nie mógł wysilić się na większe zainteresowanie osobą Szczura, niż tylko przelotne spojrzenie.


Ostatnio zmieniony przez Ailen dnia 28.06.14 1:26, w całości zmieniany 1 raz
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 27.06.14 20:05  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Przekrzywił łeb, gdy srebrnowłosy pociągnął za spust, a huk wystrzału jak się nie rozlegał, tak się nie rozległ. Smarkacz tymczasem padł na ziemię jak mucha. Ciekawe. Hayden nie chciał brudzić sobie rączek krwią? Sprytnie, panie władzo.
„Upuściłem”
Niedowład kończyn w tak młodym wieku? Gdyby zdarzyło się to Szczurowi, nie byłoby w tym nic dziwnego – ostatecznie był już bardzo leciwym obywatelem – ale, żeby z podobnymi problemami spotykał się dwudziestoparolatek?
Nasz mały donosiciel od niechcenia polazł za dyktatorem i gdy tylko ponownie znalazł się w zasięgu jego wzroku, odrzucił mu jego własność. Ta zabawka już mu się znudziła.
- Ależ to niebezpieczne. Jeszcze byś upadł i coś sobie zrobił – stwierdził tonem dobrego wnuka zaniepokojonego o stan zdrowia swego dziadka, który lata świetności pozostawił daleko w tyle. Oczywiście nie uraczył go przy tym nawet pojedynczym spojrzeniem, bo po co? – Racja. Mój szczurzy szósty zmysł wyczuł cię z odległości kilometra – przyznał z kompletną powagą. A taka tam rutynowa wymiana uprzejmości. Swoją drogą „Mój kumpel dyktator” byłby idealnym tytułem dla książki biograficznej, opisującej ich jakże zawiłą i fascynującą znajomość. Hiro powinien poważnie zastanowić się, czy napisanie tego niewątpliwego bestsellera nie opłaciłoby mu się przypadkiem bardziej niż dalsza praca na posadzie informatora… no dobra, był słabym pisarzem, ale co z tego?
Obserwując kątem oka nagły wybuch wesołości Garretta, mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, z czego dało się wychwycić jedynie coś o ścieraniu głupiego uśmieszku z gęby. Chociaż, jakby się tak zastanowić, mogło też chodzić o petunie ciotki Rozamundy. Kto wie?
- Taa, wtedy pewnie wylądowałby przyciskany do ściany z innego powodu – prychnął w odpowiedzi
Czyżby ktoś tu wypominał władcy jego słabość do młodszych chłopców? Nie no, skąd… może trochę. Ale facet sam się prosił o ekspertyzę Daia w tej sprawie!
„Nie oszczędzaj się”
Nie odpowiedział. Żadna odpowiedź nie była zresztą potrzebna – ten wredny uśmieszek, który wykwitł na jego mordzie, mówił sam za siebie. Ukucnął przy dzieciaku, chwytając jedną dłonią jego policzki w geście zupełnie pozbawionym delikatności. Momentalnie jego pazury wydłużyły się, zapewniając młodemu dodatkowe pamiątki w postaci rozcięć na twarzy. Tymczasem sam Szczur powoli obrócił głowę szatyna w jedną a potem drugą stronę, przypatrując mu się z uwagą. W końcu unieruchomił ją w uścisku, zmuszając tym chłopaka do patrzenia mu w oczy.
- Nie, żebym był hipokrytą… – zaczął bez większych emocji. Nie, żeby obchodziło go też, co ktokolwiek sobie o nim pomyśli. Po prostu nie byłby sobą, gdyby w takim momencie nie otworzył gęby. – … ale, jeśli bez spuszczenia ci wpierdolu, duma jego wysokości miałaby ucierpieć… no, sam rozumiesz, że nie mam wyjścia – wzruszył ramionami, posyłając wymordowanemu uśmiech, który wbrew pozorom nie był przepraszający. Był taki trochę psychopatyczny, a to z kolei dość niepokojące… ale co poradzisz, jak nic nie poradzisz?
Blondyn rozluźnił wreszcie uchwyt, wypuszczając tym samym ofiarę ze szponów. Ale, ale, zabawa dopiero się zaczyna… Wstał.
- Pozwolisz? – rzucił pytaniem retorycznym w stronę mniej obezwładnionego towarzysza.
Chwila, moment… retorycznym? No, tak trochę, zważywszy na to, że zaraz, nie czekając na odpowiedź, chwycił nieszczęsnego, brązowowłosego chłopaczynę za przód koszulki i pociągnął w górę, bez wysiłku przywracając go do pozycji pionowej. Szybkim ruchem rzucił go na ścianę, nie pozwalając mu jednak się po niej osunąć – drodze powrotnej dzieciaka na glebę zapobiegło przedramię Opętanego, które znalazło sobie doskonałe miejsce na jego szyi, dociskając go do muru. Biedna, Bogu ducha winna tchawica dzikuska będzie musiała czuć się po tym okropnie. Tymczasem wolna ręka Daisuke nie mogła długo pozostawać bezczynna – seria szybkich ciosów z pewnością będzie dla niej idealnym zajęciem. Jeden w brzuch za mamusię. Jeden w szczękę za tatusia. Jeden w twarz dla zasady i drugi w to samo miejsce, bo przecież Hiro nie mógł być gorszy od swojego poprzednika! Oj, chyba rozwalił mu nos…


Ostatnio zmieniony przez Asshole dnia 28.06.14 15:11, w całości zmieniany 1 raz
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 27.06.14 20:32  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Nieszczęsna laska znów musiała przywitać się z ziemią, a jej właściciel puścił mimo uszu uwagi blondyna. Tylko dlatego, że narratorowi nie chciało pisać się bogatego wstępu. Jednak za sprawą ukrytej aluzji, obrzucił go spojrzeniem pełnym politowania. Co prawda, nie dało się ukryć, że dodatkowe nastraszenie ofiary było dobrym pomysłem. Rzecz w tym, że zamiłowanie do młodszych wcale nie musiało wiązać się z tym, że leciał na każdego w nastoletnim wieku.
Nie przesadzajmy. Też mam swoje wymagania ― odparł kąśliwie, tylko podkreślając, że obecny tu nieznajomy niestety – albo i na całe szczęście – nie był w jego typie. Na pewno nie zdziwi nikogo to, że jego gatunek tym bardziej go przekreślał. I, owszem, to można było podciągnąć pod dyskryminację rasową. Wolał uniknąć niepożądanych skutków i to pozwalało mu na darowanie sobie chwili przyjemności. Zresztą jak nie dziś, to jutro, nie?
Hayden także mógł się popisać tendencją do gadania w najmniej odpowiednich i w najmniej oczekiwanych momentach. Ale w końcu była to jego działka, gdy robił to ktoś inny, niecierpliwość dawała o sobie znać, jednak Daisuke skutecznie skupił jego uwagę na okaleczaniu twarzy bruneta. Gdyby nie to, że srebrnowłosy planował doprowadzenie go do wykrwawienia się na śmierć, pewnie teraz czułby się usatysfakcjonowany tym, że mały nosiłby pamiątkę po spotkaniu przez resztę swoich dni, ale teraz musiało zadowolić go to, że niebawem każdy miał mieć problemy z jego identyfikacją. Nie, żeby twierdził, że ktokolwiek będzie go tutaj szukał. Byli w pieprzonej uliczce, gdzie przeważnie napotykało się na spitych alkoholików albo ludzi, którzy wynosili śmieci. Bingo – było to też idealne miejsce dla takiego śmiecia, jak te chodzące zwłoki.
„Pozwolisz?”
Jak na zawołanie wyprostował palce, puszczając koszulkę młodzieńca. Tu nie potrzeba było pytań. Nawet tych retorycznych. Właściwie cieszył się, że nie będzie musiał użerać się z tym gnojkiem. Skurwysyński uśmiech nie schodził z jego twarzy, gdy przypatrywał się aktowi znęcania nad drugą osobą. W takich chwilach niejeden zareagowałby i próbował to powstrzymać, ale dookoła nie było nikogo, kto zauważyłby to zdarzenie. Wysunął z kieszeni chusteczkę, by przetrzeć nią zakrwawioną rękę i rozejrzał się dookoła, jakby na chwilę przestało interesować go to, co stanie się ze złotookim. W tej chwili mógłby nawet przeżywać rozszarpywanie na drobne kawałki, od urywania palców poczynając. Przynajmniej wtedy przestałby sprawdzać się w swoim zawodzie. Zatarłszy ślad zbrodni, podszedł do leżącej obok laski i podniósł ją z ziemi, znów czyniąc z niej podporę.
Jak skończysz, wrzuć go do kontenera. Niech tam zdycha. ― Kolejne proste polecenie. Wyglądało na to, że Jason nie zamierzał już dużej tu zabawić. Ruszył przed siebie, jednak zanim ich ominął, zatrzymał się gwałtownie, przypominając sobie o czymś niebywale ważnym. ― Jeszcze jedno... ― Zerknął z ukosa na dwójkę, sięgając do kieszeni po portfel, a wyciągnąwszy z niego banknot o dość wysokim nominale, schował skórzany przedmiot z powrotem na swoje miejsce. Mogło się wydawać, że zaraz wręczy go jasnowłosemu, gdy znów zmniejszył dzielący ich dystans, ale... nie.
Splunął na wartościowy kawałek papieru, czyniąc go bezwartościowym dla siebie. A mówili, że pieniądze należy szanować. Cóż, on nie musiał. Oparłszy o siebie laskę, zacisnął palce na poranionych policzkach nieznajomego, zmuszając go do rozchylenia ust, a po tym... wepchnął mu do ust banknot. Dla uwieńczenia swojego dzieła, poklepał go ręką po policzku w pobłażliwym geście. ― Może w piekle kupisz sobie coś ładnego.
Zanim mężczyzna odwrócił się, chłopak miał jeszcze szansę dostrzec ten błysk okrucieństwa w jego oczach. Po niecałej minucie, znów przechadzał się ulicą, ścierając z ręki szkarłatny ślad.
    z/t.

| Ta, musicie wybaczyć chujowość, ale byłem tu poganiany. *zerk na Gilba* Poza tym już i tak nie chciało mi się zbytnio tego pisać i ładnie budować zdań (nie, żeby kiedykolwiek były ładne). No, a poza tym Garrett idzie do postaciowego piekła. Wreszcie. |
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 28.06.14 2:15  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Straciwszy czucie w swoim ciele, jego myśli cały czas były skupione na poszukiwaniach jakiejkolwiek, choćby desperackiej szansy ucieczki. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Czym tak naprawdę dysponował mniejszy wymordowany? Intelekt? Pomimo podejmowania wielu pochopnych decyzji, nie był kompletnym idiotą, jednak tutaj nawet najbystrzejszy umysł by mu nie pomógł. Zręczność? Nijak się ona miała w tej sytuacji. Był szybki, trzeba mu to przyznać, jednak w żaden sposób nie mógł się pochwalić swoimi umiejętnościami sportowymi, będąc kompletnie sparaliżowanym. Zmiennokształtność? Jasne, czmychnięcie w kociej postaci to wyborny pomysł, ale tylko, jeśli ma się sprawne ciało. Podsumowując: Kot miał przerąbane po całości, a jedyne co mu teraz pozostało to potulnie znosić wszelkie niedogodności, które teraz tak złośliwie kopały go po głowie.
Racja, nie był potulny. Mógłby się nawet spalać żywcem, jednak jego wzrok cały czas pozostawał ten sam. Lekko przymrużony, jednak dalej szczeniacki i zadziwiająco pewny siebie. Leżąc na ziemi, nie czuł niczego. Choć, może to też nie jest najodpowiedniejsze słowo. Wiedział, że obrywa i to dosyć mocno, tylko po prostu bardziej kojarzyło mu się to z tępym dotykiem, aniżeli agresywniejszymi ciosami. Zabawne, że jego oprawca postanowił go znieczulić przed własną rozrywką. No cóż, powiedzmy, że było to na korzyść Ailena. Przynajmniej przez chwilę mógł oszukać swój układ nerwowy, że wszystko jest w porządku i że nie ma potrzeby zwijać się z bólu. Gdyby nie poprzedni strzał, Kot z pewnością zawyłby okrutnie po każdym ciosie Garretta. Facet był ogromny i pomimo dostojnej postawy, potrafił bić się w iście nie dżentelmeńskim stylu, oszpecając dziecięcą twarz Kurta licznymi sińcami oraz rozcięciami. Już po pierwszym zetknięciu z pięścią jego warga pękła, jak rozmiażdżona wiśnia, znacząc czerwonym sokiem rękę dyktatora, a sinoniebieska barwa zapłonęła mu pod okiem, i tuż przy nosie.
Byłby głupcem, gdyby oczekiwał końca po tak krótkiej zabawie. Do jego uszu dotarł rozkaz, skierowany do nowoprzybyłego blondyna, który choć nie zrobił jeszcze za specjalnie wiele i tak zdążył już zaskarbić sobie miejsce na czarnej liście Charta. Swoją drogą, Kot zaczął zastanawiać się kim właściwie były te osoby. Na pewno nie normalni obywatele. Kto byłby aż tak okrutny? S.SPEC. Na pewno.. to zwykli żołnierze? Jasne. Tępe ciosy wzmagają chęć na przemyślenia, ale przecież zbliżał się kolejny punkt rozrywki.
Pazury? Ów dobitna myśl, która przebiegła przez jego świadomość, skutecznie doprowadziła go do zmiany wyrazu twarzy na… jakby to ująć, delikatnie zaskoczony. O ile dało się jeszcze cokolwiek dojrzeć spod spuchniętych, pokrwawionych powiek wymordowanego, było to szczere zdziwienie i lekki przestrach, spowodowany takim obrotem spraw. Na jego oko nie była to kolejna technologiczna broń S.SPEC, a więc człowiek, który za chwilę miał mu – jak on to ujął, „spuścić wpierdol” – był tak naprawdę przedstawicielem tego samego gatunku, co Kot. Wymordowany w szeregach wroga? Mocno go to zdziwiło, ponieważ dotychczas sądził, że z umarlakami takimi, jak on, władza M-3 postępuje dosyć niedelikatnie. Zresztą sam miał na to dowody. Sina morda, metaliczny posmak krwi i generalnie mocno zmarnowany wygląd mówiły o tym dostatecznie jasno.
Dawał ze sobą robić, co tylko blondyn sobie zamarzył. Szkoda, że nie z czystej dobroci serca, a za sprawą faktu, że paraliż trwał dalej. Tępota ciosów dalej nie wyrządzała mu żadnej poważnej krzywdy, jednak przysłaniający się czerwienią obraz i metaliczny posmak krwi w ustach, skutecznie zmuszały go do wydania z siebie jakichkolwiek oznak protestu. Głuche burczenie, bezskuteczne próby ruchu.. wszystko na nic, acz, przynajmniej była jakaś oznacza, że próbuje się postawić. Waleczność? Może, ale to jakby pojedyncza mrówka miała wznieść bunt przeciwko słoniowi.
Przesympatyczny akcent, którym Garrett zakończył ich wspólne spotkanie, wzbudził w Ailenie jeszcze więcej złości. Wepchnięty do buzi, opluty banknot niemal natychmiast nasiąknął czerwonym kolorem, momentalnie wywołując u Kota odruchy wymiotne. Tego smaku było za dużo, a wpychane do gardła pieniądze, bynajmniej mu nie pomagały. Poza tym powoli zaczynało wracać mu czucie, co jasno obwieścił całemu światu, głośnym, cierpiętniczym jęknięciem, niemal dławiąc się podarowanym banknotem. Ciosy za mamusię i tatusia zdecydowanie nie należały do tych z serii przyjemnych.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 28.06.14 17:29  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Nie zwracał już większej uwagi na to, co do powiedzenia na temat swoich upodobań ma jego dyktatorska mość, jako że w tej chwili był nieco zajęty. Jego pięść ponownie śmignęła w powietrzu, trafiając młodego idealnie w splot słoneczny. Gdyby smarkacz nie był sparaliżowany, z pewnością zabrałoby mu to dech, a tak… Garrett pozbawił ich najlepszej zabawy! Ale cóż; powiadają, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma i trzeba przyznać, że coś w tym jest. Blondyn kiwnął jedynie łbem na potwierdzenie, iż, owszem, zrozumiał, co ma zrobić z dogorywającym dzieciakiem i tak, doskonale wie, jak wyrzuca się śmieci.
„Jeszcze jedno…”
Dasz mi buzi na pożegnanie?

Nie?
Hiro opuścił dłoń, czekając cierpliwie aż Hayden skończy popis swych umiejętności bogacza-sadysty. Odsunął się nawet nieco w bok, bo przecież trzeba koledze ułatwić. Ach, to marnotrawstwo pieniędzy, te teksty o piekle, ten dramatyzm! Nic dziwnego, że Szczur ze wzruszenia aż przewrócił na to oczami. W ślad za odchodzącym mężczyzną pomknęło jeszcze niewyraźne, mrukliwe pożegnanie. Coś w stylu „zdychaj prędko”, jednak znowu pojawiają się tu pewne niedomówienia, które skłaniają ekspertów do burzliwych dyskusji na ten temat.
Opętany powrócił spojrzeniem do swojego nowego kolegi, słysząc jego cierpiętniczy jęk. Uśmieszek goszczący na ustach Daisuke momentalnie poszerzył się, przedstawiając sobą obraz czystej satysfakcji. Tymczasem przedramię, do tej pory stanowiące podporę dla bezwładnego ciała szatyna, zostało bezczelnie odsunięte, pozwalając chłopakowi osunąć się na ziemię. Jego oprawca najwyraźniej jednak miał jeszcze dla niego jakieś plany, bo nie zafundował mu jeszcze biletu w jedną stronę do Kontenerowa Dolnego. Zamiast tego ukucnął przy swej ofierze, przyglądając się jej z uwagą. Z niekrytym zadowoleniem zauważył, że buźka mniejszego wymordowanego zaczynała nabierać żywszych barw. Ale czegoś tu jeszcze brakowało, hmmm… o! To wszystko wyglądało zbyt oficjalnie. Czarny pazur kilkoma szybkimi ruchami nakreślił coś na policzku brązowowłosego. Szczur przechylił łeb na bok, przypatrując się swojemu dziełu. Krwawy ślad, który przybrał postać uśmiechniętej buźki prezentował się nad wyraz optymistycznie. Ten artyzm. Szkoda tylko, że nie będzie z tego blizny, skoro, według przewidywań dyktatora, dzieciak miał tu wkrótce zdechnąć. Może i zdechnie - kto wie, jaką dawką prądu został potraktowany. Zresztą nieważne. Ważne, że nasz mały sadysta zaczynał powoli tracić zainteresowanie swoją nową zabawką - w końcu kogo na dłuższą metę bawi wyżywanie się na worku kartofli? No właśnie. A nie da się zaprzeczyć, iż w tym momencie Ailen przedstawiał sobą zbliżoną wartość. Hiro złapał za materiał koszulki niezbyt ruchliwego w tym momencie smarkacza i wstał, ciągnąc go za sobą. Nie wysilał się, żeby schować pazury, więc ubranie młodego nieco się przy tym postrzępiło. Och nie. Ale nie ma co - robi się ciemno, czas wracać do domu. Odkrywszy tą życiową prawdę, jasnowłosy bez zbędnych ceregieli wrzucił chłopaka do najbliższego śmietnika. Prychnął, wyjmując z kieszeni bluzy dwa noże do rzucania i niedbałym ruchem posyłał je w stronę szatyna, jakby próbował trafić rzutkami do tarczy - pierwszy utkwił w jego prawej łydce, a drugi dla równowagi w lewym udzie. No, teraz tak łatwo się stąd nie wydostanie. Daisuke zamknął klapę, otrzepał dłonie po dobrze wykonanej robocie i już go nie było.

| zt |
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 28.06.14 18:01  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Szaro-czarny chart o zadbanej, bujnej sierści siedział w bezruchu przy jednym z budynków, niczym posąg wytrawnego rzeźbiarza. Dopiero po jakimś czasie podniósł chudy zad i prześlizgując jęzorem po boku pyska ruszył lekkim truchtem w tylko sobie znanym kierunku.

- - - - - - - - - -

Powinieneś się leczyć, Syon ― wychrypiała zakapturzona postać, oparta obojętnie o ogromny apartamentowiec z palmami wychylającymi się z balkonów i białymi jak kreda ścianami. Syon usiadł na barierce, odgradzającej plac zabaw i ulicę i wpatrywał się w martwą huśtawkę. Mężczyzna za jego plecami wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełeczko. Choć robił to najciszej jak się da, młodzieniec i tak wiedział, co za moment usłyszy. Kiedy między wargi trafi filtr papierosa, zewsząd na ułamek nanosekundy rozbrzmi mechaniczny dźwięk zapalniczki. Potrafił sobie wyobrazić ten trzask, jaki zwykle targał jego uszami, aktualnie skrytymi za pomocą nieznanych mu metod.
Znów coś się w nim zmieniało. Ostatnio obudził się wśród drzew Edenu, z dłońmi do łokci zbrudzonymi w krwi. Do teraz czuł swąd szkarłatu równie mocno, co dym ulubionych papierosów Tashiko.
Mówiłeś, że ostatnio często boli cię głowa ― zagadnął ponownie Tashiko, nawet nie patrząc w plecy swojego rozmówcy. Ogarniał wzrokiem zachód słońca. Nawet jeśli wiedział, że to tylko sztuczna kula, wyprodukowana na potrzeby miasta ― zawsze wzbierało się w nim na sentymenty. Zachody słońca były zwyczajnie piękne. ― Może powinieneś brać aspirynę?
Nie, dzięki, House ― rzucił Syon tonem tak obojętnym, że Tashiko poczuł się wręcz urażony. Wyrzucił peta na ziemię i zdeptał go twardym obcasem glana. Za parę sekund, góra minut, zjawią się tu roboty sprzątające i po jego niedbałości nie pozostanie nawet ślad.
Jak czegoś się dowiem, od razu dam ci znać.
Po tych słowach Tashiko odkleił się od ściany, wsunął blade dłonie w kieszenie bluzy i odszedł w swoją stronę, zostawiając głodnego informacji Growlithe'a na pożarcie zniecierpliwieniu. Białowłosy jeszcze jakiś czas siedział niemalże nieruchomo, wpatrując się jak słońce znika za horyzontem, liżąc ostatnimi promieniami metalowe belki podtrzymujące huśtawkę. Ci głupi ludzie nawet nie wiedzą, ile fałszu jest w tym wszystkim. Nawet jeśli on sam dopiero poznawał lichy grunt po którym stąpał, miał świadomość, że otaczający go świat nie był idealny.
Mimo to wciąż trudno mu było przełknąć smak porażki. Rozmowa z tym dzieciakiem z trzyliterowym imieniem (zawsze jest taki bohater, co to ma trzy- lub czteroliterowe imię i wszyscy go zapamiętują) w jakiś sposób na moment odsunęła jego myśli od ostatniego zdarzenia, ale teraz, gdy na nowo został sam, desperacko chwytał się każdego zajęcia, aby zapchać czymś lawirujące pomiędzy drwiną a rozpaczą myśli. W dodatku tak się wściekł, że zupełnie zapomniał o piórze. Poczuł okropne drapanie w gardle, aż uniósł ręce i paznokciami przejechał po bliźnie, przecinającej grdykę. Cokolwiek działo się teraz w jego głowie, życie wciąż toczyło się dalej, swoim krzywym kołem.

- - - - - - - - - -

Co jest, Javier? ― rzucił od niechcenia, gdy pies wyłonił się znienacka, chwytając w zęby czarny materiał koszulki. Syon odsunął pysk mocnym, sprawnym ruchem i powrócił do robienia niczego, ale pupil nie dawał za wygraną. Chart raz jeszcze spróbował podobnego zagrania, co prędko wywołało irytację na twarzy białowłosego. Chłopak warknął, płosząc psa, aż ten cofnął się o parę kroków, pochylając nisko łeb – niemalże sunąc czarnym jak węgiel nosem po ziemi. Widząc ten gest przestrachu u czworonoga, Wymordowany westchnął, przykładając dłoń do twarzy. Przez krótką chwilę masował pulsujące skronie, ale niepisana zasada, że to pomaga, okazała się w tym przypadku nietrafna.
Dobra. Mam nadzieję, że to coś ważnego ― rzucił, odrywając się od barierki. Przeszedł przez nią, aby znaleźć się na chodniku, po stronie psa. Chart natychmiast poderwał się i wyprostował jak struna, a gdy usłyszał krótkie „prowadź”, zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i ruszył chyżym krokiem. Jak się okazało – daleko nie zaszli. Javier przystanął przy jednym z licznych w M3 kontenerów na śmieci i przysiadł przy nim, spoglądając na właściciela parą szarych ślepi.
Sygnał był aż nazbyt prosty.
Ohyda, Jav. Coś ci tam wpadło? Jedzie zdechłym kotem. O, Ailen. ― Błyskotliwa uwaga zabiła psa, który skulił uszy na dźwięk imienia jednego z członków gangu. Growlithe z ręką uniesioną wysoko, wspartą o klapę kontenera przyglądał się chwilę postaci wylegującej się na stercie śmieci. Wsunął tam wolną rękę, złożył palce i jednym pstryknięciem zmiótł żółtą skórkę banana z jego twarzy. Tak. To zdecydowanie Ailen. W dodatku w formie, która dopiero po chwili rzuciła się Wilczurowi w oczy. Smród krwi wykrzywił jego usta, oczy przymrużyły się pod ściągniętymi brwiami na obraz poturbowanej twarzy brata.
Ludzie są gotowi do takich haniebnych czynów, prawda, Jonathanie?” ― zaszczebiotała Shatarai, ocierając się swym czarnym łbem o jego udo, dokładnie w chwili, w której Syon wysuwał noże. Oparł klapę kontenera o ścianę i nachylił się bardziej do środka.

- - - - - - - - - -

Yukio wracał właśnie z imprezy, podparty o swojego najlepszego kumpla ― abstynenta. Zachichotał cicho, widząc jak nieznajomy mu chłopak zrywa z gardła ogromnego borzoja żółtą chustę, a potem przewiesza się o brzeg śmietnika. Yukio poklepał swojego przyjaciela po klacie i zarechotał głośniej, gdy ten z marudnym wyrazem twarzy pociągnął go dalej.

- - - - - - - - - -

Gotowe.
Chustę, białowłosy rozerwał na dwa pasma, którymi obwiązał miejsca po nożach. Reszta okazała się skutkiem pobicia, a przynajmniej tyle potrafił wywnioskować on i każdy inny idiota. Syon zsunął jeszcze z ramion czarny materiał koszulki i przykrył nią drobne ciało Ailena, nim wsunął pod niego ręce i wyciągnął pechowca z kontenera.

zt → sklep spożywczy
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 26.07.14 12:14  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Puk, puk, puk. Po ulicy w promieniu kilku metrów rozchodziło się rytmiczne stukanie plastikowych kul o szare płyty chodnikowe. Ren nie wpatrywała się, dokąd idzie, tylko po czym idzie. Nie miała humoru. Ten zabieg stanowczo był zbyt bolesny. A przecież czytała tu i ówdzie, że są metody bezbolesne nastawiania kręgów. No, ale to jest ten jej fatum i "szczęście".
Gdy przestała już produkować łzy, a ich słone stróżki wysychały na polikach, pozostawiając uczucie ściągania skóry, spojrzała odruchowo przed siebie. Na ulicy było jakoś tak cicho. Dziwne, jak na dziesiątą rano.
- A no właśnie. Za cicho mi tutaj. - Skomentowała po swojemu i sięgnęła do kieszeni płaszcza po białe słuchawki i telefon. Ludzie już od dawna przestali bawić się w sprzęt „nowej generacji”, bo nie było już dla kogo tego wymyślać i produkować. Dla kilku ośrodków życia, gdzie populację można liczyć zaledwie w tysiącach? Gdzie poczucie komfortu jest obniżone i w zasadzie nie liczy się już tak mocno prestiż, tylko przetrwanie? No właśnie, strata czasu i umysłu. Teraz jest potrzeba na wytrzymałość, nie na design. Chociaż... jeśli ktoś jest wiecznie głodny odkrywania, to może w jakimś tam labie sobie dłubie, ale wątpliwe by było wprowadzenie wynalazku na rynek „światowy”.  
Włączyła piosenkę, na którą miała przy tej - ostatnio coraz częściej - pochmurnej pogodzie ogromną ochotę. Stare ale jare: Cryoshell - Breakout. Od razu, słysząc ten przyjemny kobiecy głos, przyspieszyła nieco kroku. Hmmm, poniekąd trafna piosenka. Zaczęła rozmyślać o tym, co jakiś czas temu usłyszała od szanownego Pana Łowcy. Chcą pokazać, co robi władza bez względu na koszty. Dziwne i przerażające. Myśląc o tym doszła do pewnego wniosku, że władza nie jest aż taka zła, bowiem potencjalnie broni miasto i jego obywateli przed zarazą i mutantami, których zachowanie jest takie jak w horrorach. Żądne krwi i bólu potwory, chyba bardziej dzikie, niż zwierzęta. Nie wiadomo nawet, jak to ująć. Zaczęła rozmyślać, dlaczego jej rodzice stanęli po tej drugiej stronie. Może dlatego, że wygnańcy byli kiedyś ludźmi i coś im się należy? Chociaż prowiant, woda i leki? A tak w ogól, to ciekawie by wyglądało drugie miasto - miasto „nieumarłych”, które mogłoby funkcjonować podobnie, jak to. Heh, pomarzyć można.
Z jej myśli łańcuchowych wyprowadziło ją czkanie. Czkanie? Na czczo? Tak. Kamikaze podskakiwała jak  kangur, z czego po chwili zaczęła się śmieć. Nie mogła czasami wytrzymać, że śmieje się sama z siebie. Brawo! Gdy się przewróci, potknie, ubrudzi, wpadnie do wody, coś głupio upuści, albo zacznie czkać. Śmiech, śmiech i jeszcze raz śmiech.
Słuchając muzyki, zaczęła kręcić lekko głową w jej rytm, mrużąc powieki i bezgłośnie wypowiadając zrozumiane słowa piosenki. I wtedy przypomniała jej się poobijana, ale prawdopodobnie żywa Marcelina. Przeszukała kieszenie i -o dziwo - znalazła pomiętą kartkę z ciągiem cyfr i podpisem Marcelina. Zaczęła powoli na dotykowej klawiaturze wystukiwać szereg liter, łącząc to w jakiś spójny tekst.
Powoli wiadomości zaczynały krążyć między odbiorcami, do czasu, gdy nagle na wyświetlaczu pojawił się jakiś zastrzeżony numer. Z czystej ciekawości otworzyła nadesłaną wiadomość. Niezbyt jej się to spodobało. Pieczołowicie dba o swoją ściśniętą w swoich własnych sidłach prywatność i poniekąd anonimowość, a tu co? Jakiś sms z podtekstem. Ren wystraszona tą inwigilacją, wrzasnęła na środku ulicy omal nie upuszczając telefonu. Zacisnęła mocno zęby, ukazując ich wizerunek publicznie, a w jej turkusowe tęczówki niebezpiecznie skakały, jak w niektórych anime. Rozglądała się nerwowo na boki. Skąd ktoś mógł znać jej numer?! Zastrzegła go sobie przecież w książkach telefonicznych i spisach.
Nevermind. Przełączyła na inną nutkę i jej myśli poczęły podążać w fali stanowczej, uwodzącej gitary, a świat wokoło - zniknął. Aż do czasu, gdy kilka centymetrów obok przejechał jakiś nastolatek na deskorolce. Prześlizgnął się tak szybko, pozostawiając jedynie za sobą powiew wiatru, dzięki któremu wszystkie siwe kłaki pokryły twarz albinoski. Jedynie prawe oko lekko wyglądało na zewnątrz. Stanęła w miejscu i zastanawiała się przez chwilę.
Też chcę tak umieć. Jak wyzdrowieję, zaczynam się tego uczyć.
Zdmuchnęła włosy, które tylko odsłoniły czubek nosa. Machnęła głową i upierdliwe kłaki zsunęły się na bok.
Potrzebuję wsuwek... - Stwierdziła.
Męcząc się, ale zarazem wykonując szereg ćwiczeń, wlokła się ku swoim "czterem ścianom". Psa trzeba wypuścić...

[z/t]
<-- -->


Ostatnio zmieniony przez Kamikaze dnia 16.08.14 2:43, w całości zmieniany 1 raz
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 16.08.14 2:37  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Trajektoria lotu zaprowadziła ją wprost do miasta. Między żelbetonowe, oszklone konstrukcje, drapiące chmury po brzuchach. Biła agresywnie skrzydłami o powietrze, starając się jak najlepiej o nie odbić i zdobyć jeszcze większego napędu. Jej lot skończył się dopiero na antenach jednego z wieżowców. Na początku przylepiła się szponami do metalowego, szaroniebieskiego drąga, a potem podeszła do krawędzi dachu, oglądając miasto. Usiadła sobie bezpiecznie i oglądała te małe mrówki, zwane także obywatelami. Dzisiejszego dnia nie miała już ochoty na docinanie tym bezwartościowym ludzikom. Szkoda na nich czasu.
Oparła łokcie na betonowym krawężniku, przytrzymując lewą dłonią głowę. Wtedy też zdała sobie sprawę, że bandaż jest jej już wcale nie potrzebny. Uniosła na moment tułów o odwiązała ciążący na boku opatrunek. Wyciągnęła prawą rękę w przód i upuściła nieużytek, by ten pod wpływem wiatru mógł swobodnie spaść jakiemuś człowiekowi na twarz. Czy tak się stało? Nie wiadomo, bo straciła go z zasięgu wzroku.
Podparła się drugą dłonią i wpatrywała na moment wzdłuż ulicy. Przechadzała się przez nią masa ludzi. Nie, pokusa jest silniejsza. Trzeba nabroić. Ci frajerzy z S.SPEC i tak nic na to nie poradzą.
Podwinęła lewe kolano pod klatkę piersiową, a potem wstała, wpatrując się w niczego niespodziewający się tłum. Na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech, ukazujący te dziwne zęby jak u rekina. Wysunęła lewą nogę w przód i zeskoczyła jak z półmetrowego murka w otchłań ulicy. Dopiero po chwili otworzyła skrzydła i nadała swojemu ciału odpowiedni kształt do poruszania się w powietrzu. Zniżała lot, aż jej szpony nie zaczęły ranić i wbijać się we fryzury obywateli miasta. Coraz większa rzesza tubylców zaczęła mieć afro i inne fryzury, jak po gorącej imprezie, czy desperackiej ucieczce. Sama Cay ćwierkała jak papuga, arauna ara czy kakadu, ciesząc się dobrą zabawą i wyrywając coraz to nowsze kosmyki włosów. Śmiała się jak dzika, kiedy ci wszyscy tak zwani obywatele, ustępowali się przed nią, albo lepiej jest rzec - uciekali w popłochu, wpadając na siebie wzajemnie, jak w pogo.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 04.09.14 19:10  •  Główna ulica - Page 8 Empty Re: Główna ulica
Pan Badass szedł pewnym krokiem przed siebie. Ubrany w swój najnowszy garnitur prezentował się dobrze, naprawdę dobrze. Ogolił się dzisiaj rano, a jedyną skazą były skórzane półbuty ubrudzone po bokach. Fizycznie czuł się świetnie, jednak jego podświadomość nakazywała mu być czujnym. Rzucał dyskretnie podejrzliwe spojrzenia na lewo i prawo. Jego szósty zmysł znów dochodził do głosu. Instynktownie spojrzał w miejsce, w którym powinien być zegarek. Nie piszczy. Ale on przecież nie zawsze piszczy. Przymknął oczy i powstrzymywał się, by nie zacząć masować skroni. Przeszedł parę kroków zanim coś zauważył. Stworzenie sunęło szybko w stronę miasta. Oczy się Borysowi rozszerzyły, kiedy stworzenie przeleciało koło niego i zaczęło szarpać się z włosami ludzi. A więc jednak się zjawiłeś, pomyślał Borys. Ściągnął gniewnie brwi i kiedy tłum wśród niego zaczął biegać na wszystkie strony, on stał. Stał i patrzył na bestię. Ruszył się prosto w stronę skrzydlatego stwora i zatrzymał się nagle.
Nie mógł jej teraz ścigać. To było niemożliwe. Nie miał swojego stroju, nie miał niczego poza teczką pełną papierów. Obejrzał się w lewo, w prawo i podjął szybką decyzję. Chwilę zaraz biegł razem z tłumem — w stronę południowej dzielnicy. Śpieszył się bardzo, mimo za ciasnych w kroku spodni. Materiał się ciągnął i był niewygodny w kroku przy biegu. Mimo tego nie zwalniał. Musiał dotrzeć do domu pogrzebowego szybko, jeśli chciał uratować tych ludzi. Nie było czasu do stracenia!
Szybko dotarł do domu pogrzebowego i sięgnął do tajnego sejfu. Kombinezon zapasowy leżał na swoim miejscu, a obok niego było parę Bat-gadżetów. Z powagą sięgnął po kombinezon. To na nim spoczywał teraz obowiązek ratowania ludzkości. Super bohaterowie tacy jak on wprawieni już byli w zakładanie kostiumów. Już robił do zwinnie i elegancko, przekładając swój umysł na proste, ale energiczne ruchy.
Już czas.
Sięgnął po trzy przykładowe gadżety i ruszył w drogę, poruszając się niemal niepostrzeżenie. Zapasowy kombinezon nie miał specjalnej gumy na stopach. Chodzenie po wieżowcach odpadało. Przejście całkowicie bez wiedzy ludzi wydawało się być niemożliwe.
On wciąż tam był. Ak… Nie, BatJoker widział go już z dala, stojąc na ławce. Wyciągnął zza pasa jeden z gadżetów i ze skoczył lekko z ławki. Skrzydlaty stwór nadal latał nad głowami i zatapiał w nich swoje pazury.
Nie bójcie się ludzie.
Wolnym i pewnym krokiem, BatJoker stukał obcasami.
Jeszcze chwila, Bestio. Jeszcze chwila, a wymierzę Ci sprawiedliwość.
Był już blisko, kiedy z tyłu wyjął kolejny Bat-gadżet. Bat-spray oblepiający. W drugiej ręce miał wystrzeliwany harpun. To był ważny moment. Musiał trafić, jeśli chciał pokonać skrzydlatą istotę. Musiał trafić sprayem, jeśli chciał by bestia padła, nie mogąc ruszać oblepionymi skrzydłami. To jednak łatwe nie było — latała energicznie, mając przy tym widoczną zabawę.
— To twój koniec, Potworze — powiedział, kiedy był już bliżej. Spokojną ręką wyciągnął przed siebie wyrzutnię do Bat-harpunu i celował na oko. Wystrzelił. Chwilę później starał wyrzucił spray i zaczął biec w stronę skrzydlatego stwora.
Liczył na to, że stwór wystraszy się harpunu i automatycznie odleci do tyłu, gdzie powinien sekundę później spaść na niego spray. Ale co z tego wyszło?
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 8 z 18 Previous  1 ... 5 ... 7, 8, 9 ... 13 ... 18  Next
- Similar topics

 
Nie możesz odpowiadać w tematach