:: M3 :: Centrum

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Go down


Główna ulica

Pisanie by Heihachiro Seiji on 3/1/2017, 17:40



Szerokie pasy jezdni, szerokie ulice, gdzieniegdzie fragmenty zieleni, która jakimś cudem ostała się pod postacią krzewów i drzew, dających schronienie przed słońcem w znienawidzone przez wielu, upalne letnie dni. Po obu stronach alei dużo średniej wielkości budynków - sklepów, aptek, oddziałów banków, niedaleko poczta, a gdzieś dalej kawiarenka... Zawsze panuje tu duży ruch, ludzie idą tłumnie w pośpiechu w tę i z powrotem, na nic nie zważając, samochody nie przestają kursować nawet w nocy, choć na szczęście jest ich wówczas mniej. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nad całym tym zamieszaniem nie czuwała sygnalizacja świetlna. Oddziały straży miejskiej zwerbowane z wojska pojawiają się niezbyt często, jednak do bójek właściwie tu nie dochodzi. Ogólny bezład - to słowa chyba najlepiej oddające charakter tego miejsca.
avatar





Heihachiro Seiji
Replikant
GODNOŚĆ :
Seiji 'Mów mi Sei' Heihachiro.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Heihachiro Seiji on 3/1/2017, 20:00
- Oj, przestań! – Głos Seiji huknął w ściany jak kula armatnia. Jeżeli bywały chwile, w których jej ton brzmiał bardziej nastoletnio, to na pewno nikt ich nigdy nie zarejestrował. Nawet mina dostosowała się do sytuacji, wykrzywiając pod każdym możliwym kątem niezadowolenia.
Drobna babinka ledwo sięgająca jej pasa otworzyła szeroko oczy.
- Seiji! Masz zostać w domu! Masz zostać w tym przeklętym-
"domu" utonęło w trzasku drzwi.

Ramiona uniosły się przy wdechu i opadły, gdy przez rozchylone w uśmiechu usta prześlizgnął się wydech. Wreszcie wolna. Wreszcie mogła iść, gdzie chciała. Jeżeli dobrze obliczyła, a – niestety – na pewno zrobiła to dobrze, ten mały, stary babsztyl doczłapie się do drzwi dopiero za dwanaście sekund. Coraz częściej dokuczał jej ból stawów, więc – co też pewne – otworzenie drzwi przy jej stu dwudziestu centymetrach wzrostu będzie stanowiło nie lada wyzwanie.
Seiji mogła więc iść naprzód spokojnie. Po co biec, skoro łańcuch cerbera był za krótki?

Potrzebowała dwudziestu dwóch minut, by znaleźć się na najbardziej zatłoczonej ulicy Miasta-3. Oczy, teraz szeroko otwarte, rozglądały się dookoła z mieszanką ekscytacji, zniecierpliwienia, może nawet czegoś na wzór irytacji. Nie mogła skonkretyzować za co się zabrać. Wszystkie trybiki przegrzewały się na samą myśl, że właśnie wbiegła w stado nabuzowanych informacjami ludzi. Przechodzili obok niej, ocierali się o nią, popychali, spoglądali. Dostrzegała w ich oczach ten sam dziwny wyraz, który niemal codziennie widziała w cienkich jak szparki ślepiach babki.
Jak mogli być tak zmęczeni?
Palce dziewczyny zacisnęły się mocniej na trzymanym oburącz aparacie fotograficznym. Jeden z najnowszych modeli. Oczywiście, nie chciała go brać na byle jaką akcję, ale jednocześnie nie mogła się doczekać, by wywołać zdjęcia ostrości brzytwy raniącej zgięcie kolan.
Usta, dotychczas zaciśnięte, uśmiechnęły się lekko, nim dolnej wargi nie przegryzły zęby. Musiała iść gdzieś, gdzie widok będzie...
Wzrok ześlizgnął się na bok, a powieki rozwarły się o kilka centymetrów szerzej.
Idealnie.

- Proszę stąd wyjść! - Jasnowłosa kobieta jedną ręką podtrzymywała kilkumiesięcznego synka, drugą chwyciła za ramię dziewczyny, która wydała z siebie cichy okrzyk, gdy omal nie spadła, przewieszona już jedną nogą za barierkę.
- Zawołam policję! Ochronę. Czy ty wiesz, kim ja jestem?
Gałki oczne przekręciły się na bok pierwsze; dopiero potem przechyliła nieco głowę, by móc utkwić wzrok w kobiecie.
- Niestety – mina Seiji zrzedła – wiem.
- To proszę wyjść!
- To tylko kilka zdjęć. Potem się wyniosę.
- To mój prywatny balkon.
- Nie jest podpisany.
- Jest tu moje pranie!
- Też nie jest podpisane – upierała się Hei, zaciskając mocniej palce na barierce balkonu pierwszego piętra. Trzymała się mocno, jakby była gotowa na próbę odciągnięcia ją z idealnego obserwatorium wołami. Wiedziała już, że mieszkańcy Świata-3, w chwili zagrożenia, gotowi są do wszystkiego, dlatego kiedy kobieta wreszcie ją puściła i wściekła weszła do mieszkania, Seiji jeszcze chwilę rejestrowała oszklone drzwi łączące jej prywatny punkt obserwacyjny z domem Wataru Reimei – jednej ze znanych wcześniej aktorek.
Ale ciąża zrobiła z nią swoje.
Z tą myślą blada dłoń odgarnęła długi kosmyk płynnej czerwieni za ucho, a potem chwyciła za aparat. Obróciła się przodem do ludzi ściskających się na dole unosząc swoje nowe cacuszko, by przez obiektyw...
Przybliżyła obraz i bogowie jej świadkiem, że żuchwa sama się obluzowała. Przez kilka sekund wyglądała jak kula do kręgli, gdy oczy i usta prezentowały się jak trzy idealne "o".
- No proszę. – Głos, którym nie tak dawno wrzeszczała we własnym domu, teraz uwiązł w gardle; ledwo zdołała wykrztusić te słowa. - Kogo my tu mamy?
Kciukiem przesunęła pokrętło, wyostrzając przeglądany plener. Oczywiście, wokół było mnóstwo osób – wszyscy tak samo interesujący. Prawo dżungli miało jednak to do siebie, że niektórzy byli intrygujący o stopień bardziej od pozostałych. Jak zresztą mogłaby zignorować akurat jego?
avatar





Heihachiro Seiji
Replikant
GODNOŚĆ :
Seiji 'Mów mi Sei' Heihachiro.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Havoc on 6/1/2017, 03:46
Profilaktyczna wizyta z Halkiem u weterynarza przeciągła się w czasie. Lekarz spóźnił się dokładnie trzydzieści sekund, czym niesamowicie zirytował właściciela rottweilera, który w chwili obecnej dreptał wiernie u boku swojego pana z obowiązkowym kagańcem na pysku. Robił się nerwowy w towarzystwie nieznajomych, więc w tej materii Mike wolał uniknąć bezpośredniej konfrontacji zębów pupila z bliżej nieokreślonym przychodniem. Czworonog był wręcz encyklopedycznym przykładem okazu zdrowia, czego niezaprzeczalnym dowodem stał się najświeższy wpis w jego kartotece, zaś losowo wybrana osoba niekoniecznie. Informator wolał w takim wypadku nie ryzykować i nie narażać swojego psa na ewentualne zachorowanie.
Wreszcie zatrzymał się przed liczącym sobie równe trzydzieści pięter drapaczem chmur w postaci apartamentowca dla bogatych snobów. Mieszkanie w nim zdecydowanie nie było na jego kieszeni. W zasadzie od wyjazdu Kurtza, często nawiedzała go myśl o przeprowadzce  w mniej rozchwytywane i przede wszystkim spokojniejsze miejsce. Musiał dokładnie przemyśleć za i przeciw, lecz w chwili obecnej nie miał na to czasu. Czekały go pierwsze tego dnia służbowe obowiązki, które wykonywał sumiennie od przeszło sześciu lat bez chwili wytchnienia. Jak android, jedna z najnowszych technologii ludzkości.  Za trzydzieści minut miał ważne spotkanie, które mogło się okazać decydujące w sprawie jednego ze śledztw. Zaszurał butami o wycieraczkę, by pozbyć się z nich śniegu. Zima w pełnej kresie. Mróz szczypał go w zgrabny nos, a w jasnych włosach natomiast zabłąkało się parę płatków wirującego w powietrzu śniegu. Strzepnął biały puch z ramion i dopiero po wykonywaniu tej czynności wszedł do środka. Gdyby w tym momencie miał okulary na nosie, zapewne szkła zaparowałby od nagłego podmuchu ciepła, co zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych doznań. Korzystając z usług windy, w parę minut znalazł się na odpowiednim piętrze. Odprowadził Halka do mieszkania, poinformował go, że wróci wieczorem i, zabierając swój spakowanych wczorajszego wieczora neseser i parasol, a także obowiązkowo zamykając drzwi, ruszył w sobie tylko znanym kierunku.
Główna ulica miasta tętniła życiem.
Balansował między ludźmi, jednocześnie dbając o to, by na nikogo nie wpaść albo - w najgorszym wypadu - nie zostać staranowanym, czego sobie nie życzył w najgorszych koszmarach. Rzadko był zdolny do wykrzesania z siebie jakiekolwiek emocji, choćby tych najbardziej prymitywnych, jakby nie był nimi w żaden sposób obdarzony. Jednak ataki paniki w takiej sytuacjach pojawiały się sukcesywnie. Przychodziły w towarzystwie niewysłowionej duchoty. Mroziły mu krew w żyłach, jednocześnie przyśpieszając pracę serca. Powinien już dawno skonsultować swoje dolegliwości z biegłym od takich przypadków psychiatrą. Nie miał jednak czasu na takie rzeczy, które całkowicie zrujnowałby ułożony co do sekundy harmonogram.
Wszedł na jeden z mniej uczęszczanych chodników, czując na karku znajome i równie natarczywe spojrzenie. Dłoń mocniej zacisnęła się na rączce walizki. Zatrzymał się też. Uczucie, że jest obserwowany zdarzyło się coraz częściej i poniekąd do niego przywykł, nie miał jednak zamiaru akceptować takiego stanu rzeczy. Zerknął wprost w obiektyw aparatu trzymany przez wschodzącą gwiazdę dziennikarstwa, Heihachiro Seiji, krzywiąc usta w zasadzie niedostrzegalnym z takiej odległości pół uśmiechu. Była dosłownie wszędzie i nigdzie zarazem, a przyłapana na gorącym uczynku, nie sprawiała wrażenia zakłopotanej, wręcz przeciwnie. Havoc taktownie ją ignorował, lecz lekceważenie gracza takiego kalibru było wręcz niedopuszczalne.
Przeszył rudowłosą prześladowczynię spojrzeniem na wskroś. Warto w tej materii wspomnieć, że sam wzrok miał wyniosły, tradycyjnie chłodny i przede wszystkim spokojny, jednak pojawiło się w nim zgoła coś innego – zaszkliło się na ułamek sekundy, by zniknąć bez śladu. Iskra prowokacji. Zerknął wprost ślepia dziennikarki. Nieludzkie niż sam posiadacz typowo aryjskiej urody. Była skupiskiem śrub, przewodów i kabli, o czym informator dowiedział się, zapobiegawczo grzebiąc w jej życiorysie. Maszyna, która okazywała paradoksalnie więcej uczuć niż on – człowiek z krwi i kości.
Odwrócił w końcu głowę i rozłożył nad nią czarny parasol. Śnieg rozpadał się na dobre, co dawało mu więcej szans na zmieszanie się z tłumem. W normatywnych warunkach, wyróżnił się  z niego aż za bardzo. Jak lampki migoczące na choince w środku nocy. Blond włosy. Niebieskie oczy. Europejska uroda. A Heihachiro Seiji była bardzo spostrzegawczym replikantem. Aż za bardzo. I za często przekraczała jego strefę komfortu psychicznego.





avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Heihachiro Seiji on 10/1/2017, 04:20
Nie żyły, a kable. Nie myśli, a impulsy. Nie mięśnie, a metal. Tym była?
Heihachiro zacisnęła usta w wąską linię, na kilka sekund znów zdając się być najbardziej ludzką osobą w okolicy. Kable parzyły, choć nie płynęła w nich krew, głowa wypełniła się setkami zdań, choć żadne myśli nie miały prawa się w niej pojawić, skóra napięła się, jakby pod jej warstwą pracowały wszystkie mięśnie. Choć nie było nawet procenta możliwości, aby to wzrok celu ją unieruchomił, dziewczyna faktycznie zatrzymała się w kamiennym bezruchu sparaliżowana zaskoczeniem. Patrzył prosto w obiektyw. Palce mocniej ścisnęły urządzenie i tylko cudem nie zostawiły po sobie wgłębień.
Nie patrzył. Drążył w niej dziurę.
- Idealnie – szepnęła do siebie, wpatrując się w zimne oczy.
"Schowaj się."
Te słowa uniosły jej głowę, nim nie wcisnęła przycisku wywołując błysk flesza. Choć odstąpiła od aparatu, widziała go niemal tak samo wyraźnie i blisko, jakby zerkała przez swoje nowe, drogocenne cacuszko. Nie potrafiła jednak zignorować rozkazu, który nie tylko wyprostował jej plecy, ale również cofnął jedną ze stóp, a gdy ta nacisnęła na śnieg z tępym trzaskiem, blokada została zwolniona, Heihachiro odwróciła się na pięcie i czmychnęła z powrotem do domu, aż włosy rozwiały się, ześlizgując z ramion, poddając powietrzu.

Dziennikarze nie powinni być rozpoznawalni. Bywało, że los pchał ich w ciemne zaułki, w których tylko czerń płaszcza mogła ochronić ich przed ciekawskimi spojrzeniami. Czasami trzeba było wejść w tłum, upodabniając się do standardowego Kowalskiego. Wzrost, kolor włosów, mimika twarzy – wszystko było na wagę złota.
Jakim więc cudem ktoś tak odstający od reszty zdobył tę posadę?
Czasami widziała to wszystko po swojemu; tego się trzymała. Cały plener, każdy budynek, drzewo, chodnik, człowiek, zwierzę – to wszystko było szare. Nie czarne. Nie białe. Każdy element miał odcienie przydymionych szarości. I gdzieś w tym tłumie wyróżniały się tylko dwa fragmenty – czerwień włosów i błękit ślepi. Nie doszukała się przyczyny, dla której teraz ujrzała przed nosem dokładnie tę samą pocztówkę – zastygłe w bezruchu postacie i dwa, kompletnie ze sobą kontrastujące żywioły. A jednak zmusiło ją to do szybszych ruchów.
Długie nogi przecinały sam środek tłumu nieprzejęte zimnem. Aparat luźno spoczywał na jej piersi, gdy przeciskała się między niższymi o głowę mężczyznami, intensywnie zielonym wzrokiem rozglądając się już za nim.
Informacje napływały setkami.
Obliczenia, dostępne opcje, skan mapy ściągniętej nie tak dawno z Internetu. Umknął jej? Pomyliła zwykłego przechodnia z... Nie. Skasuj. Ręka dziewczyny machnęła w powietrzu, jakby odganiała natrętną myśl. Odrzuciła ten koncept, bo o pomyłce nie było mowy. Kładła głowę do snu z jego imieniem na ustach i budziła się widząc przed nosem twarz o dziewczęcych rysach i włosach w kolorze tak bardzo odmiennym od reszty jak jej własny. I te oczy.
Jeżeli ona była ogniem to tylko jeden lód mógł zgasić żar ciekawości.
Odepchnęła szybko jedną z czarnowłosych kobiet. Wolna ręka samoistnie chwyciła wtedy za cienkie odzienie, które Hei w pośpiechu zarzuciła na ramiona przed wyjściem z domu i naciągnęła je mocniej na ciało, jakby chciała ochronić organizm przed wyziębieniem. Śnieg sypał nieubłaganie i wkrótce wszędzie zrobiło się nieznośnie biało.
Jako zagorzała wielbicielka fotografii nienawidziła, gdy obraz był tak nieznośnie słaby.
Nie miała jednak ani prawa, ani czasu by narzekać. W chwili, w której była pewna, że straciła go z oczu na dobre, czerń parasola i ten kawałek, niemal niezauważalna linia jasnych włosów, przyciągnęła jej wygłodniałe spojrzenie. Z opóźnionym zapłonem kącik ust wykrzywił się ku górze w imitacji chytrego uśmieszku, ale nogi chronione zaledwie sukienką i krótkimi do kostek butami niosły ją już na drugą stronę ulicy.
Zniknął za rogiem.
"Nie ucieknie."
Dopadła do ściany. Pod palcami miała chropowatą powierzchnię ciężkiego budynku, coraz bardziej krytego przez biel śniegu. Nabrała powietrza, szerzej otwierając usta. Uspokajała się. Dopiero po tym wychyliła głowę, by zerknąć dokąd zmierza. Nie była teraz zwykłym dziennikarzem, żadną głupią reportereczką. Była na ważnej misji. Może jako szpieg? Tajny agent mający za zadanie rozbroić wroga za pomocą nieskrępowanych dowodów?
"Śledź go aż do samego końca."
Przyjęto.
"Nie zgub go."
Chciała już ruszyć, bo prawie umknął jej za kolejnym zakrętem, ale dokładnie w momencie, w jakim odkleiła but od podłoża, na drodze Mike'a Havoca stanęła dwójka mężczyzn, nie tyle wchodząc mu w drogę, co po prostu go zatrzymując. To cofnęło Heihachiro, przycisnęło ją mocniej do ściany za którą tak dziecinnie się kryła. Mniej uczęszczana uliczka nie była co prawda całkowicie ogołocona z widzów i to jedyne, co zmusiło Seiji do trzymania się obecnego stanowiska, ale nic nie mogła poradzić na to, że całość zdarzenia zdawała się być ukartowana.
Czy gdyby podeszła bliżej, byłaby w stanie usłyszeć, co mówi pierwszy z mężczyzn?
"Cholera."
avatar





Heihachiro Seiji
Replikant
GODNOŚĆ :
Seiji 'Mów mi Sei' Heihachiro.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Havoc on 12/1/2017, 02:02
Prowokacja była nieodłącznym elementem jego osobowości. Wystarczyło jedno spojrzenie, by przykuć uwagę Heihachiro Seiji, co w tym wypadku było efektem zamierzonym od początku do samego końca. Rozumieli się w końcu bez słów, jakby znali się całe swoje dotychczasowe życie. Był jej słabością, obsesją, czego stał się w wirze zdarzeń świadom. Ten stan rzeczy działał w dwie strony i utrzymywał się od paru miesięcy. Odkąd Franz Kafka stracił grunt pod nogami w postaci całej rodziny i odszedł na emeryturę, uwikłany w sieć kłamstw seryjnego mordercy, Mukuro, na drodze informatora nie pojawił się nikt warty uwagi i w efekcie sam Mike miał wrażenie, że utknął w zawieszeniu – między przeszłością, a teraźniejszością. Żadna rzucona mu pod nogi rękawica, którą mógłby podnieść i zaakceptować w formie wyzwania. Żaden dreszcz emocji wstrząsający jego ciałem. Żadne chociażby platoniczne zainteresowanie. Nuda przepełniona rutyną, która w tym wypadku stała się synonimem czarnej dziury dla pierwotnego mieszkańca Świata-5. Pochłaniała go, kawałek po kawałku zabierając od niego emocje. Pożerała ostatnie odłamy człowieczeństwa, upodabniając go do przedmiotów, którymi się brzydził i zarówno gardził – do androidów. Pustka trwała dwa lata, aż w końcu na jego drodze pojawiła się ona. Kobieta o krzykliwych włosach, które wręcz idealnie określały jej ognisty temperament. Paradoksalnie Mike miał absurdalne wrażenie, że reporterka stała się mu najbliższą osobą, odkąd Kurtz opuścił „trójkę”. Nie wykluczone jednak, że przez pół roku poznała go nawet lepiej niż sam generał swojego kochanka przez okres dwunastu lat trwania ich burzliwej znajomość, która na przestrzeni lat przybrała całkiem inne gabaryty. Jej zawodowa precyzja rozłożyła go na czynniki pierwsze. Niewykluczone, że znała każdy jego nawyk. Gest. Przyzwyczajenie. Rozkład dnia. Zapach. Ulubiony kolor, smak, czy nawet kawę. Najczęściej wypowiadane przez niego słowa. Numer buta i telefonu. Nie pozostał jej w tej kwestii jednak dłużny. Nie mógł w końcu zignorować kogoś, kto deptał mu po piętach. Musiał ją zneutralizować, zlikwidować, a jeszcze nie teraz. Zależał mu na tym, by pozbierała rozrzucone po M-3 elementy układanki i pokładała ją w jedną całość. Podążała za nim jak cień. Skradała się cicho, bezszelestnie, a mimo tego Havocowi wydawało się, że czuje jej świszczący gorący oddech na swoim zimnym karku. Na początku traktował ją na równi z bólem zębów – małe, ale niewątpliwie uciążliwe. Potem zaczął rozpatrywać jej istnieje w innych kategoriach – Heihachiro Seiji na pewnym etapie ich skądinąd dość przelotnej znajomości, zaczęła go fascynować. Nikt w zasadzie nie miał tyle odwagi, by rzucić mu wyzwanie. Ona to zrobiła i to, że była maszyną w tym wypadku traciło znaczenie. Pojawiała się tam, gdzie zdecydowanie nigdy nie powinna się pojawić – czasem w odpowiednim momencie, czasem wręcz przeciwnie. Cechowała ją brawura, więc porównanie ją do wirusa X nie było w pełni przesadzone. Otóż zaskakiwała go na każdym kroku. Nie mógł jej kontrolować jak lalkarz swoich marionetek w teatrze lalek. Zerwała sznury, zanim zdążył je na dobre zamontować. Była anomalią. Wyzwaniem. Niepowtarzalną okazją, by zabić nudę, a on miał zamiar wykorzystać ją na milion różnych sposobów, a potem porzucić jak zniszczoną zabawkę. Odłożyć na półkę. Patrzyć jak zbiera się na niej kurz. Jak niszczeje w oczach. Jak w końcu rdzewieje i gnije. Rozpada się centymetr po centymetrze. Aż w końcu zapomniana trafi do kontenera w formie zepsutych części i ulega recyklingowi.
Na bladych, w zasadzie to posiniałych przez mróz ustach pojawił się wąski uśmiech, który rzadko widniał na jego twarzy. Szedł wyprostowany, ostrożnie stąpając po posypanym piaskiem chodniku. Popsuta na przestrzeni lat noga nie była mu dziś posłuszna. W zasadzie coraz częściej opuszczały ją chęci współpracy. Jakby chciała świadomie odwieść go od zasadzki, którą przygotował dla Heihachiro Seiji. Zasadzki, która notabene była lepka jak pajęcza sieć podczas wiosennego przesilenia. W tym momencie był panem sytuacji. Wiedział, że za nim idzie i poniekąd jej na to pozwolił. Była jak ćma, która leciała do światła, by ostatecznie się sparzyć. Posiadał więc w tej chwili niewielką, ale znaczącą przewagę, którą jednak mógł niebawem stracić. Heihachiro Seiji była jego przynętą, zaś on sam w sobie był przynętą wojska.
Skręcił w jedną z mniej zatłoczonych ulic i zatrzymał się raptownie, gwałtownie, jakby wcale nie spodziewał się, że ktoś przetnie mu drogę, pokrzyżuje plany. Ależ skąd. Jego twarz była wytrwale i niezmiennie trawiona przez niepojęty spokój. Na ustach wślizgnął się natomiast kącikowy ni to ironiczny, ni to uprzejmy uśmiech, a niebieskie, pozbawione blasku oczy niczym rentgeny przeszyły dwie obce sylwetki na wskroś. Jedyną oznaką czegoś w rodzaju zdziwienia, a może nawet strachu, przynajmniej z perspektywy postronnego obserwatora, mogły być w tym wypadku długie, smukłe palce zaciskające się mocniej na rączce neseseru, co w jego wypadku było odruchem bezwarunkowym. Kurtz jednak chciał naiwnie wierzyć, że tym tikiem nerwowym Havoc chciał dać upust swoim emocjom. Jego naiwność pod wieloma względami nie posiadała żadnych granic i była na swój sposób urokliwa. Mike nie czuł strachu. Kiedy jeden z dwóch mężczyzn przedstawił się oschle, choć wcale nie musiał tego robić, w połach jego płaszcza bystre, oceniające oczy informatora zlustrowały połyskujący pistolet.  Zapewne powinien oblać go strach od cebulek włosów po opuszki małych palców u nóg, lecz zamiast tego wygiął usta lekko ku górze. Mimo iż przestępczość w M3 nie była widoczna gołym okiem i została całkowicie wyrzucona ze świadomości podrzędnych obywateli, istniała. Wiła się w kącie jak kurz i, nie posprzątana, formowała się w całkowicie nowy byt. Na całe szczęście Havoc był pedantem i dzięki temu ktoś jego pokroju miał stałe zatrudnienie. W tej materii, dzięki zbieranym przez tygodnie informacjami, doskonale zdawał sobie sprawę kim byli ci ludzie. W zasadzie ich interesy poniekąd pokrywały się z jego, toteż nie omieszkał tego wykorzystać.
Poznanie panów osobiście to czysta przyjemność — przyznał, ale przez trzymany nadal w ręku parasol nie mógł sobie pozwolić na swój teatralny gest w postaci przyciśnięcia dłoń do serca. Przeciwieństwie do mężczyzny, nie dbał o dyskrecje. Głos miał wyraźny. Pewny. Emocjonalnie niezachwiany. Zajęte obie ręce były w tej materii szczególnie pomocne. Miał pretekst, by nie ściskać szorstkiej jak papier ścierny dłoni jednego z jego rozmówców, która z perspektywy Mike’a była skupiskiem bakterii i brudu.  — Jednakże… — Spojrzał na przepustkę na swoim nadgarstku. Właśnie w tym momencie grupa uderzeniowa składająca się w zasadzie z garstki wojskowych po cywilu (akcja na niewielką skalę, ciche unieszkodliwienie zagrożenia) powinna zwijać interes stojącej przed nim dwójki. Oni zresztą też za chwilę zostaną otoczeni. Jedno siknięcie głowy wystarczyło, aby zapewnić im bilet w jedną stronę. — Jestem już spóźniony. Ufam więc, że w tym wypadku towarzystwo pewnej ambitnej damy, Heihachiro Seiji, we własnej osobie, umili panom ten czas oczekiwania. — Pierwszy raz odkąd poznał reporterkę osobiście, zwrócił się do niej personalnie, mimo iż nie raz wchodziła mu w paradę, na siłę szukając z nim nie tylko kontaktu wzrokowego, ale również i słownego. — Na pewno będzie zainteresowana tematem nielegalnego przemytu broni. — Uśmiechnął się uprzejmie.
Co zrobi Heihachiro Seiji? Zachowa pełny profesjonalizm i przyjmie wyzwanie, czy ucieknie jak pies spod kulonym ogonem? Była w lepszym położeniu od Havoca. Ktoś, kto był skupiskiem sztucznych surowców, nie mógł umrzeć…
Karty zostały rozdane. Jeden z mężczyzn nie wytrzymał nerwowo i sięgnął po broń. Drugi zachował zimną krew.





avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Heihachiro Seiji on 17/1/2017, 04:36
Zmarszczyła lekko nos.
Sam fakt mówiący o tym, że Havoc mieszkał z Kurtzem nie przedstawiał się nazbyt kolorowo, po jakimś czasie utwierdzając Seiji w przekonaniu, że nie łączyła tej dwójki relacja na stopie czysto koleżeńskiej. Czasami była o krok przed ujawnieniem tego w ten najmniej przyjazny, a najbardziej bezczelny sposób. Krążące po sieci plotki nie mogły kompletnie zniszczyć góry lodowej, jaką od zawsze był dla niej Mike, ale skruszyć jego reputację? Pokrzyżować następne plany? Sypnąć solą w niezagojone rany? To owszem. Ale ilekroć sprawdziła tekst, poprawiła błędy, nabrała wdechu i ułożyła palec na przycisku "send" coś nakazywało jej przestać. To dokładnie ten sam głos, który dzisiejszego dnia zmusił ciało do ucieczki z balkonu, schowania się, wycofania w cień, póki mogła się łatwo wybronić. Najchętniej – i nawet tego nie ukrywała – bezceremonialnie chwyciłaby go za ramię, odwróciła przodem do siebie korzystając z całej dostępnej siły i spytała wprost: to ty, racja, Havoc? będąc pewną, że wie, o co został zapytany i jakiej odpowiedzi powinien jej udzielić. Wszystkie podobne opcje zostawały jednak prędko neutralizowane. Temperament pchał ją do przodu, namawiał do zrobienia show, gargantuicznych rozmiarów widowiska, w którym Mike Havoc nie mógł się bronić, będąc zbyt odsłoniętym, zbyt nagim na tle miliarda spojrzeń, ale dokładnie w takich momentach ta ognista furia zostawała tłumiona. Pojawiało się coś na ramach zwątpienia. Może to ten brak możliwości skonkretyzowania, który z wariantów jest najodpowiedniejszy, skoro prawdopodobieństwo sukcesu w obu wynosi taki sam procent? Bywały dni, w których godzinami rozważała nad najlepszym planem, by suma summarum nie wybrać żadnego.
Tak czy inaczej nie umiała – tak zwyczajnie, po ludzku – przyznać, z jakiego powodu działała na własną rękę. Skąd u niej to nieprzemożone przekonanie, że pewne sekrety powinna zachować dla siebie. Kiedyś uznała, że to proste. Bo gdyby jednak mu zaszkodziła, gdyby przypadkiem siła Internetu, opinii społeczeństwa, natręctwa innych mediów zniszczyła Mike'a Havoca, nie dowiedziałaby się czegoś o wiele ciekawszego niż informacja o jego sypialnianych preferencjach. Tej opcji, póki co, trzymała się najsilniej, bo jej ofiara była dokładnie czymś, czego nie potrafiła skatalogować.
Kochała zagadkowość, jaką się odznaczał. Tę ciężką woń tajemnicy, za którą ciągnęła się miesiącami, jak pies, który podjął nowy, intensywny trop i nie był w stanie przestać biec wzdłuż niego. Był nieustannie o krok przed nią, choć gdzieś głęboko zdawała sobie sprawę, że było to niemożliwe. Za każdym razem, gdy próbowała zrozumieć, dlaczego powinna być od niego lepsza, znów czerniało jej przed oczami, płuca przestawały działać, a organizm upadał na ziemię. Budziła się w zupełnie innym miejscu, kilka, czasami kilkanaście godzin później; obolała, oszołomiona i nieszczęśliwa. Traciła czas. Nikt nigdy nie zapewnił jej, że narkolepsję można wyleczyć, a ona nie pytała, bo dawno temu zauważyła, że wystarczy nie myśleć o pewnych sprawach. Gdy ich nie analizowała, umysł najwidoczniej czuł się bezpieczny na tyle, by pozostawiać ją w pełnej świadomości. Ciężko było jednak zaciskać zęby, kiedy tak wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi. Bo kochała tę podjętą grę.
Ale nienawidziła niepewności. Cienkiego szkła po którym zmuszona była stąpać, obawiając się każdego kolejnego kroku – jeden zły ruch i na tafli pojawi się dodatkowa rysa. Jeszcze parę następnych, a podłoże pęknie z trzaskiem. Dostała do rąk części, ale bez instrukcji ciężko było złożyć je w całość, a ona, mimo chęci, nie mogła nawet jej zażądać, bo to oznaczało restart całej rozgrywki. To irytowało, zmuszało do podejmowania coraz to bardziej ryzykownych i absurdalnych decyzji.
Jak dzisiaj.
Kto normalny nie dostrzegłby jej w tłumie? Nieosłoniętej, nie kryjącej się tak, jak powinna to robić, gdyby brała to na serio? Kto normalny nie zorientowałby się, że ktoś depcze mu po piętach, gdy tak ciężko ugniatała śnieg pod stopami i nie starała się choćby przyciszyć oddechu?
Skoro mogła go zniszczyć – w ten czy inny sposób – nie znajdując się nawet w obrębie jego spojrzenia, to po jakie licho lgnęła do niebezpieczeństwa? To mogło zaboleć. Więcej – mogło zranić, trwale okaleczyć, może nawet zabić. Co zrobiłaby babka, ta wiecznie zrzędząca starucha, bez jej pomocy w domu? Jak zareagowałby szef na wiadomość o śmierci najlepszej reporterki M3? Kto rozwiązałby sprawę Havoca?
Seiji zacisnęła mocniej zęby, bo nie miała na to przygotowanych odpowiedzi. "To" się po prostu działo, a ona pozwalała, by o reszcie zadecydował los.
Dość paskudny, jak się prędko okazało.
Wkopał ją.
Od dawna wiedział, co nie było taką znowu niespodzianką.
Nie uganiałaby się za nim, gdyby był ostatnim kretynem.
Do ostatniej chwili jednak dziewczyna rejestrowała każde słowo, każdy najmniejszy gest i liczyła na to, że nie zostanie wciągnięta w tę niesprawiedliwą grę. Coś wewnętrznie ciągnęło ją w ramiona konfliktu – do diabła, jak miałaby zignorować nowy, smakowity kąsek dla redakcji? Jednocześnie chciała pozostać na obecnym stanowisku. Tutaj była bezpieczna... o czym doskonale wiedział informator S.SPEC, najwidoczniej chętnie jej tego bezpieczeństwa ujmując.
Prawdziwy dżentelmen.
Jeszcze w akompaniamencie jego słów wyprostowała plecy i wyszła zza rogu. Jednemu z mężczyzn, mimowolnie, drgnęła lekko brew. Sam ubrany był ciepło i grubo – stosownie do pory roku, jaka wyziębiała ich ciała. Widok kościstej laleczki wciśniętej w kieckę, z butami niekoniecznie uwzględniającymi ochronę przed niską temperaturą, ale z niedrżącymi od zimna rękoma i skórą niezaczerwienioną od szczypiącego mrozu, nawet jego zaskoczył. Całym sobą pytał, kim ona, do kurwy nędzy, była, ale Mike wyprzedził jego tok myślenia o sekundę.
"Heihachiro Seiji".
Usta dziewczyny wykrzywiły się w coś na wzór uśmiechu. Albo grymasu, który miał go imitować.
- Jakże mi miło – wyszczebiotała. - Liczę na szczególnie dobrą współpracę. Mam do panów setki pytań.
Miała też chęć, by uciec z wrzaskiem.
Albo żeby zrobić krok do przodu.
Znaleźć się tylko trochę bliżej. Odrobinę bardziej zniszczyć mur odcinający ją od...
- To nie będzie konieczne.
- To nabita broń?
Pytanie palnęła automatycznie; jeszcze zanim zdążyła ugryźć się w język. To wystarczyło, by zdenerwowany mężczyzna stracił resztki zimnej krwi. Reszta potoczyła się w ułamkach sekundy.
Powieki Seiji drgnęły, oczy przekierowały się do dłoni jednego z mężczyzn. Jego towarzysz trzymał gardę, ale w chwili, w której sięgał do ramienia drugiego mężczyzny, najprawdopodobniej chcąc przekazać prosty gest z cyklu: "nie panikuj, frajerze, bo nas udupisz", palec dawno pociągnął za cyngiel. Hei dostrzegła jeszcze, jak jakieś światło przemknęło wzdłuż czarnej lufy broni, a potem rozległ się huk tak głośny, że pobliskie ptaki – może jak we wszystkich filmach były to kruki – zerwały się z drzew. Ktoś w tle krzyknął zaskoczony, a Hei zauważyła, że mężczyzna, który przed chwilą szarpnął za spust, teraz przyciskał do twarzy wolną rękę, przecierając oczy w roztargnieniu.
W którym momencie nacisnęła na przycisk, idealnie wstrzeliwując błysk flesza w oczy agresora?
- Proszę przestać! – syknęła ostrzegawczo, nawet nie wiedzieć kiedy chwytając jasnowłosego za rękę, w której ściskał parasol. Jeżeli bywały momenty, w których każdemu przeszłoby przez myśl, że Seiji nie jest człowiekiem, to właśnie jeden z nich. Użyła za dużo siły. Jeszcze trochę, a w powietrzu rozległby się inny trzask. Ale kto w obecnej sytuacji zważałby na takie szczegóły? Nie analizując zbytnio dostępnych opcji zrobiła dwa czy trzy kroki do tyłu, ciągnąc w swoją stronę Havoca.
Nieoślepiony mężczyzna przeklął siarczyście, zanurzając rękę pod płaszcz. Nie wszystko szło po jego planie i sam wyraz twarzy to udowadniał. Mieli rozmawiać – co w tym trudnego? - a wyszło jak zawsze.
Powód?
Powód właśnie ściskał dłoń, której zimno wyczuwalne było mimo rękawiczek. Receptory wariowały. Ludzie nie bywali zimni. Nie wtedy, gdy żyli.
- Ruszże się, bo cię ustrzeli! – warknęła w roztargnieniu kątem oka wyłapując, jak lufa broni znów podnoszona jest na wysokość serca. I tym razem nikt nie miał zamiaru spudłować.
avatar





Heihachiro Seiji
Replikant
GODNOŚĆ :
Seiji 'Mów mi Sei' Heihachiro.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Havoc on 28/1/2017, 02:11
Jeśli Heihachiro Seiji zdawała sobie sprawę z powagi obecnej sytuacji, z pewnością nie zadawałaby masy niepotrzebnych pytań, które w zawodzie informatora uchodziły za amatorszczyznę w najczystszej postaci, ale była w końcu dziennikarką. Jej siła dedukcji w tym układzie musiała się stępić, otóż stanęła oko w oku z przestępcami większego kalibru niż mały złodziej plądrujący domy pod nieobecność właścicieli. Mike zresztą nie zaprosił jej tu bez powodu. Chciał ją ostrzec. Chciał by wyciągnęła wnioski i miała nauczkę na przyszłość. Jeśli zaciśnie dłoń na róży, okaleczy się samoistnie i na własne życzenie. Jej kolce bezlitośnie przetną jej skórę. Jednak to tylko jeden z dwóch powodów, dlaczego nogi Heihachiro Seiji zaprowadziły ją w to miejsce. Nie była jeszcze gotowa, by stanąć oko w oko z seryjnym mordercą Mukuro, który grasował po Świecie-3, niczym pająk owijający lepką sieć wokół swoich ofiar. Najprawdopodobniej, gdyby pozbierała wszystkie elementy do kupy i ułożyłaby te zawiłe, pełne kawałków puzzle, w aktualnym stanie świadomości nogi ugięłyby pod nią i nie byłaby w stanie wykrzesać z siebie chociażby pojedynczego słowa. Stałaby się w tym układzie łatwym celem. Zbyt łatwym, do czego Havoc nie mógł dopuścić.
To nabita broń?
Uzyskała odpowiedź chwilę później, kiedy odgłos wystrzału przeciął powietrze. Havoc, obserwując trzymającego pistolet w ręce mężczyzny, zarejestrował moment, w którym drżący palec skonfrontował się ze spustem i nacisnął się nań w geście zdenerwowania. Zdemaskował się do reszty. Był jak wystraszone zwierzę zaciągnięte w kozi ruch - desperacko kąsał w bezwarunkowym odruchu obronnym.
Huk zadudnił w uszach Havoca, a on sam nawet nie drgnął. Jakby perspektywa śmierci go sparaliżowała, choć prawda była zgoła inna. Nabój wyminął go o parę centymetrów. Drasnął w ucho, a on nadal stał wyprostowany jak struna instrumentu, po którym spacerował smyczkiem. Niewzruszony. Niezniszczalny.
Ten wizerunek runął jednak chwilę później. Wzdrygnął się, czując przez materiał rękawiczek idealnie gładką strukturę dłoni Heihachiro Seiji. Przeciwieństwo do jego własnej, wiecznie zimnej, była ciepła, co mógł rozpoznać z łatwością wyczulony na takie gesty, ale też wzbudziła w nim obrzydzenie i bynajmniej nie z powodu nieludzko silnego uścisku, który był przez Havoca prawie nieodczuwalny przez rozwijającą się chorobę. Jego wstręt związany z dotykiem i sam stosunek do androidów robił w tej materii swoje. Kątem oka zerknął na kobietę, prześlizgując zdegustowane spojrzenie po linii jej żuchwy, mówiąc nieznoszącym sprzeciwu tonem „puść mnie”, choć nie miał złudzeń, że te niewerbalnie wypowiedziane przez niego słowa dojdą do replikantki.
Ruszże się, bo cię ustrzeli!
Będziesz tęsknić? — prychnął w myślach, acz te słowa z oczywistych względów nie opuściły jego ust. Mike należał do rzadkiego typu osób, które najpierw myślały, a potem robiły, co w obecnych czasach i pewnie również poprzednich było zjawiskiem należącym do rzadkości. Umysł informatora nadal był nieprzyzwoicie racjonalny, jakby jego układ nerwowy został uszkodzony na skutek doznanego wcześniej szoku.
Zatem, jak łatwo można było się domyśleć po samej postawie Mike’a Havoca, rodzimy mieszkaniec terenów dawnych Niemiec nie ruszył się nawet o milimetr, na co nie pozwalała mu nie tylko duma, a odbywający się w jego głowie proces logicznego pojmowania. Zamiast zrozumiałego strachu, na jego usta wślizgnął się grymas imitujący ni to uprzejmy, ni to pobłażliwy uśmiech adresowany w stronę impulsywnego przemytnika broni. Zerknął mu prosto w wystraszone ślepia, łapiąc z nim długotrwały kontakt wzrokowy. Niebieskie oczy były spokojne i przenikliwe jak rentgen.
Ucieczka w tej sytuacji jest wręcz niemożliwa, Heihachiro Seiji. Otóż ten mężczyzna naciśnie za spust bez mrugnięcia okiem, jeśli wykonam chociażby jeden, gwałtowny ruch. Jak sama rozumiesz ze swoim paruletnim, dziennikarskim doświadczeniem, nie może sobie pozwolić na ucieczkę kogoś, kto posiada zbiór poufnych informacji na temat jego działalności przestępczej, a w tym również jego osoby — rzucił w kierunku Heihachiro Seiji tonem wykładowcy, który wyjaśniał ze spokojem spowodowanym przez rutynę studentom kryminologii okoliczności morderstwa. Był on wyprany z chęci życia, pozbawiony emocjonalnego wydźwięku, ale jednocześnie zawierał w sobie coś w rodzaju pouczającej nuty. Jak mniemał zaprogramowany w kobiecie system musiał wykryć błąd lub doszło do przepalania paru przewodów, czego konsekwencją było rzecz jasna zwarcie. Nie miał ku temu w zasadzie żadnych wątpliwości, skoro nie reflektowała podbramkowej sytuacji, w której niewątpliwie się znaleźli i podejmowała takie pochopne decyzje.
Mike Havoc zachował typową dla siebie trzeźwość umysłu, a lufa pistoletu skierowano wprost w jego serce nie zrobiła na nim takiego wrażenia, jakie być może powinna. Zamiast trząść się jak osika, czy też próbować swoich sił w ucieczce, na co jego szanse były bliskie zeru, biorąc pod uwagę odległość w jakiej znajdywał się od przestępcy, patrzył z politowaniem na prowokatora. Już dawno zarzucił na mężczyzn swoją sieć. Gierka psychologiczna trwała w najlepsze, odkąd cała czwórka znalazła się na tej mniej zaludnionej uliczce, która w tym momencie zebrała sporo gapiów. Z pozoru zaplanowane przez przemytników spotkanie, zapewne mające na celu uciszenie informatora raz na zawsze, przerodziło się w spektakl, gdzie to właśnie oni grali główne role.
Emocje przeszkadzają w racjonalnej ocenie sytuacji, więc zanim całkowicie odetną nam drogę rozsądnego postępowania, pozwólcie panowie, że odłożę parasol i neseser, by złożyć dłonie za kark i nie wzbudzać więcej waszych podejrzeń, co do moich intencji. Heihachiro Seiji uczyni to samo. — Zrobił więc to co powiedział, by w oczach przestępców zyskać na wiarygodności. Otrzepał z typową dla siebie nonszalancją w ruchach parasol ze śniegu i złożył go, by w następnej sekundzie zrobić parę kroków do przodu, tym samym jeszcze bardziej skracając dzielący go dystans od niezbyt wyborowego strzelca. Odłóżył zarówno teczkę, jak i parasol na schodach nieznanego mu domku jednorodzinnego, co by nie narażać tych dwóch rzeczy na paru centymetrową warstwę puchu. — Jeśli mierzy pan z pistoletu z zamiarem zabicia kogoś, powinien pan celować trochę wyżej. O tu. — Poilustrował, przykładając w celach demonstracyjnych dwa palce do czoła. Uśmiech ani na chwilę nie zszedł mu z ust, choć nie było tu mowy o żadnym rozbawieniu. Otóż zimne spojrzenie tęczówek o nietypowej jak na te regiony barwie w żaden sposób nie demaskowały swojego właściciela z drzemiących w nim uczuć. Wątpliwy był fakt, czy jakiekolwiek w tej sytuacji się pojawiły, zabite przez lata praktyki i stopniowy zanik czucia.
Złożył dłonie za kark, co by jego słowność nie była podważona, jednakowoż ten gest sam w sobie był w obecnej sytuacji cokolwiek zbędny. Ktoś o przenikliwym spojrzeniu i umiejętności dedukcji, był w stanie zauważyć poruszenie za plecami przestępców, wywołane niewątpliwie przez współpracowników Mike’a Havoca. On sam zresztą, ułamek sekundy temu, wysłał im niemy sygnał w postaci ledwo dostrzegalnego uniesienia kciuka do góry.
Jesteście aresztowani pod zarzutem nielegalnego przemytu broni na tereny miasta. Macie prawo zachować milczenie. Wszystko co powiecie może zostać wykorzystane przeciwko wam. — Mężczyźni usłyszeli zarzuty, a wraz z nim, poczuli przyciśnięte do karku zimne lufy pistoletów, choć ich temperatura gryzła się aż tak bardzo z tą, która od tygodnia towarzyszyła mieszkańcom miasta.
Informator, wykorzystując ich dezorientacje, wyciągnął swoją ukochaną berettę. Bezdyskusyjnie została wymierzona w impulsywnego strzelca.
Proszę odłożyć broń — powiedział miękko, choć tym słowom daleko było do prośby. Był to rozkaz w najczystszej postaci.





avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Heihachiro Seiji on 12/2/2017, 18:03
Jako reportażyna od siedmiu boleśni Seiji od dłuższego czasu zmagała się z nudą — nie wątpiła w to, że w Mieście-3 pojawiały się intrygujące niusy, które tylko jej nos był w stanie zwęszyć, ale mimo najszczerszej chęci nie potrafiła złapać tropu ściskającego jej żołądek tak mocno, że nie mogłaby myśleć o niczym innym, jak o dorwaniu się do źródła, rozszarpaniu go na strzępy i wywleczeniu na sam środek ulicy — by wszyscy widzieli. Coraz częściej łapała myśl, że zaczyna chodzić w kółko, że ludzie nie mają jej niczego ciekawego do zaoferowania, że będzie zmuszona uganiać się za kolejnym zdradzającym aktorkę mężem albo następnym mało znaczącym piosenkarzem, który lubił prochy bardziej od gitarę, na której „dawał czadu na koncertach”. Inaczej nie zarobi. Może nawet skończy w specjalnym ośrodku, odgórnie przydzielą jej pracę o najniższej pensji; pracę, która będzie się składać z segregowania papierów albo sprzątania pleneru. Każda wizja wydawała się tak samo przerażająca.
Nie mogła jednak zaprzeczyć, że — choć nie siedziała w miejscu — jednocześnie jej czujność została uśpiona. Coraz mniejsze możliwości, słabsza siła mediów, brak poczynań ze strony dyktatora czy wojska... to wszystko sprawiało, że jej powieki opadały, zamiast pozostać szeroko otworzonymi.
Czy mogła więc mieć do siebie pretensje, że tak późno rejestrowała fakty?
Nie zdążyła się odgryźć za słowa, jakimi „uraczył” ją Havoc, bo sytuacja z klatki na klatkę stawała się coraz stabilniejsza. Jeżeli jeszcze przed momentem grunt pod nogami wydawał się niestabilny, a gardło ściskane było przez niewidzialną łapę Strachu, tak teraz wszystko zdawało się być pod kontrolą.

Trwa przesyłanie danych. Proszę czekać.

Potrzebowała chwili, by przypasować emocje do twarzy pierwszego z oprychów. Jego usta były ściągnięte w wąską linię, jakby się zamyślał, ale prawda była taka, że starał się nie krzyczeć. Zachować dumę. Być może właśnie w tym momencie na języku miał słowa pełne błagań i tylko obecność towarzysza zmuszała go do ich przełknięcia.
Ale ten drugi?
Heihachiro przeniosła wzrok na jego nienawistne spojrzenie, skierowane prosto w Mike'a Havoca — tego samego, który bez krzty zawahania rozbroił towarzystwo jeszcze nim to zdało sobie o tym sprawę.
Do głowy Seiji wpłynęły setki, tysiące, miliardy informacji, z których wyłoniła tylko jedną — Havoc od początku wiedział, że wszystko pójdzie po jego myśli. Miał przewagę i dlatego odstawiał przedstawienia, dla wszystkich wkoło irracjonalne. W tamtej chwili nie rozumiała Havoca — bo jak miała go zrozumieć? Instynkt podpowiadał, by uciekać. Jeżeli mieli dodatkowe profity w postaci wojskowych porozstawianych po kątach i gotowych na wkroczenie do akcji — tym lepiej. Ale co, jeżeli jednostki specjalne byłyby daleko poza zasięgiem? Nieświadoma wsparcia porwała się na najbardziej prymitywny trik. Błysk flesza oślepił jednego z agresorów, drugi w tym czasie nie trzymał jeszcze broni — czy właśnie tego nie nazywano „idealnym” momentem? Czasami nawet jedynym? Gdyby w tamtej chwili Mike Havoc postanowił się ruszyć, właśnie teraz znikaliby za kolejnym zakrętem — a przecież właśnie tam znajdowała się szeroka ulica z gęstym tłumem. Nie chodziło o zgubienie ogona. Chodziło o świadków, o interwencję, o liczniejsze kamery, być może pomoc z zewnątrz od przypadkowego funkcjonariusza czy wojskowego na tymczasowym zwolnieniu.
Idiotycznym zaś wydawała się opcja, by zostać i przeprowadzać „bystre” dialogi z parą monstrualnych wielkości, dwunogich turów. Jeżeli Havoc mówił prawdę i ci dwaj nie chcieli go puścić dalej w obawie, że poufne informacje ujrzą nieodpowiednie osoby, z jakiej racji mieliby pójść na układ?
Właśnie.

91%... proszę czekać...
Trwa aktualizacja systemu.
Instalacja programu w toku.


Ramiona Seiji były napięte do granic możliwości. Ci dwaj na karku czuli zimno pistoletów i gorąco oddechów żołnierzy. Sprawa wydawała się prosta. Sytuacja opanowana.
Ale ludzie nie są prości.
„Jak sam powinieneś rozumieć, ze swoim paruletnim doświadczeniem informatora, Havoc” — chciałaby to powiedzieć, ale czas ukrócił wszystkie słowa, zmuszając ją do nagłego ruchu.
Refleks zadziałał sam. W jednej sekundzie stali jak ich postawiono. Pierwszy z napastników dawno rzucił swój rewolwer w śnieg, kładąc ręce na karku w poddańczym geście i to w jego oczach dostrzegało się rezygnację. Dokładnie tak wyglądał mężczyzna, który w chwilę stracił wszystko na co pracował latami. Jego towarzysz miał mniej uległą naturę i choć opuścił rękę chcąc wypuścić broń z uchwytu, w ostatniej chwili pokusił się na ryzyko.
Seiji nie wątpiła, że Mike Havoc miał wyuczone odruchy, dzięki którym łatwiej byłoby mu uniknąć obrażeń, dodatkowo serwując strzał w napastnika. Ale nie tym są ludzie? Nieprzewidywalnymi zwierzętami uganiającymi się za instynktem? Była o tym przekonana, gdy ujrzała, jak dopiero co opuszczona ręka jednak unosi się wyżej, a palec zdjęty ze spustu ponownie szarpie za cyngiel.

Instalacja zakończona sukcesem.

Dlatego w drugiej sekundzie, działając za sprawą jakiegoś dziwnego, wewnętrznego, dotychczas nieodczuwalnego musu, pchnęła Havoca, ściągając go z bezpośredniej linii strzałów. Dokładnie trzech, bo — choć wróg pociągnął za spust dwukrotnie — dźwięk jak wystrzał z małej armaty raz jeszcze przeciął powietrze; tym jednak razem broń należała do funkcjonariusza pilnującego dotychczas rozbrojonego już agresora.
Czy chciała go uratować?
Śnieg rozbryzgał się pod naporem ciał jak farba rzucona o ścianę. Pierwszy padł Havoc, zaraz potem Seiji, w chwilę później martwy już delikwent buchnął na glebę jak wór zrzucony z wozu. Czystą biel skropliła czerwień z rany zadanej gorącym pociskiem, jaki przeciął ramię informatora, z czaszki przebitej na wylot, aż wreszcie...
Heihachiro uniosła się na lewej ręce, tym samym ściągając z Havoca znaczący ciężar swojego ciała. Jej wzrok początkowo krążył po blondynie, dostrzegła też rozdarte ubranie i krew, ale do mózgu prędko napłynęły informacje dotyczące prawej kończyny.
„Przysłać wsparcie medyczne.”
To jedyne, co dotarło do uszu dziewczyny, gdy stawiano ją na nogi. Z ledwością potrafiła poskładać w całość to, co właśnie miało miejsce.

Błąd systemu. Trwa wczytywanie zapisu z dnia...

Jeżeli wierzyć rozsądkowi, sprawa jest prosta. Pełen niestabilności wariat postanowił pokusić się o ostateczny środek i zamordować tego, który był groźniejszy od broni ściskanej w ręce. Wycelował w informatora. Strzelił. Seiji, targana irracjonalnym odruchem, pchnęła Havoca, choć nie dane jej było w pełni ocalić go od obrażeń — nabój sięgnął ciała, rozrywając skórę.
Ale był też drugi strzał.

Lokalizacja docelowa zawiera już plik o nazwie „xxxx.exe”
→ Zamień plik w miejscu docelowym
Klik


Drugi strzał, który ją trafił, przebił żyły, rozerwał mięśnie. Nie zdejmowała wzroku z dziury ziejącej w ramieniu ani wtedy, gdy jeszcze półleżała na śniegu, ani po tym, jak jeden z żołnierzy złapał ją i podniósł do pionu, tylko pobieżnie przeciągając spojrzeniem po całej jej sylwetce.
Jakby w ogóle nie była ważna.
A przecież bolało.
Tak bardzo, że chciała wrzeszczeć.
Zamiast tego zacisnęła mocniej szczęki, kładąc rękę na ranie, by w palcach ścisnąć pulsujące mięśnie.
Mężczyzna obok niej — wysoki, dobrze zbudowany, ciemnoskóry — przekazywał właśnie stan Havoca do identyfikatora. Seiji przez chwilę wpatrywała się tylko w jego poruszające usta, ale zaraz zmusiła się, by powieść spojrzeniem do blondyna. Przebywał z nim drugi funkcjonariusz, najwidoczniej z zamiarem udzielenia niezbędnej pomocy, ale szybko odstąpił od informatora, wiedziony grzmiącym głosem ciemnoskórego — Heihachiro zdała sobie sprawę, przez mgłę, że to kolejna „dziwna” postać — współpracownika, który instruował już resztę. Ostałego przestępcę prowadzono do samochodu.
Zdaje się, że to w waszym zawodzie naturalne, by ignorować życie zwykłych cywili na rzecz ochrony własnych dupsk. — Syk, jaki wydobył się spomiędzy jej zębów, wydawał się nienaturalny; z domieszką wcześniej niewychwytywanej mechanicznej nuty. — Ach, to nieetyczne z mojej strony. Brzmi, jakbym miała za złe, że wciągnięto mnie w prywatne konszachty, postrzelono, a potem zostawiono... A mnie, i oczywiście mojemu kilkuletniemu doświadczeniu, nie wypada zachowywać się jak typowy człowiek, w typowej sytuacji zagrażającej życiu, z typową bronią... — urwała nagle. Palce mocniej ścisnęły ramię. Piekło. Bolało. RWAŁO. Aż brwi dziewczyny ściągnęły się ku sobie w wyrazie bliskim frustracji. Nawet barki, dotychczas luźno zwieszone, uniosły się i skuliły; ciało przybrało wtedy bardziej niepewną postawę, choć to, co reprezentowały sobą oczy dziennikarki, na pewno nie można było nazwać niepewnością. — Oby pogotowie pojawiło się na czas.

Trwa przesyłanie nowych danych...

Seiji nagle zacisnęła usta.
avatar





Heihachiro Seiji
Replikant
GODNOŚĆ :
Seiji 'Mów mi Sei' Heihachiro.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Havoc on 28/3/2017, 04:28
Ciężar wagowy Heichachiro Seiji przygniótł  Havoca częściowo do ziemi, częściowo  do ściany pobliskiego budynku. Dziewczyna swoją mechaniczną posturą była w stanie połamać mu kości, czego informator nie odczuł; czuł zaledwie jej masę ciała. Na ułamek sekundy sprawiła, że nie mógł oddychać. Jej łokieć docisnął się do jego przepony, uniemożliwiając mu tę czynność, ale mimo tej niegodności – nie zwalił jej z siebie i nawet nie próbował. Cierpliwie czekał, aż kobieta sama łaskawie to uczyni, przyglądając się z bliska jej nieskazitelnej powierzchni twarzy, choć nie był to najlepszy moment na taką kontemplację i podziwianie jej urody. Uniósł dłoń, którą był w stanie się poruszać – druga była nieczynna przez ranę postrzałową – i przycisnął palec do policzka kobiety. Pewnie, gdyby obecnie nie posiadał rękawiczek, poczułby tworzywo, które swoją strukturą przypominało skórę, które spotęgowałoby jego odrazę do androidów. Opuścił w końcu ramię wzdłuż swojego ciała. To było zaledwie kilka nic nieznaczących sekund – dwóch albo trzech.  
Dlaczego uratowała go od pewnej śmierci, przysłaniając go własnym ciałem i wystawiając woje zdrowie na niebezpieczeństwo? Mike nie mógł zrozumieć jej ludzkiego odruchu, ani to czym się kierowała. Była maszyną, nie powinna takowych posiadać, zatem dlaczego w takiej sytuacji wykazała się wyczuciem i empatią, która była nieosiągalna dla mężczyzny pochodzącego z terenów dawnych Niemiec?  
Będąc w czymś na wzór konsternacji z opóźnieniem zarejestrował moment, kiedy to ciężar ciała dziennikarki przestał być przez niego wyczuwalny. Przyjrzał się jej dokładnie w kompletnym milczeniu, pozwalając, aby tysiąc słów opuściło jej usta w ramach rekompensaty za straty zarówno moralne, jak i fizyczne.
Nie rozumiał jej złości i nie chciał jej zrozumieć. Kierowanie się emocjami w jakiekolwiek sytuacji w ostatecznym rozrachunku zawsze wpływało na jej zły osąd. Jego światopogląd pod tym względem był nieugięty.
Dokładnie tak, Heihachiro Seiji. Nie jest człowiekiem, dlaczego zatem tak się określasz? Jesteś tylko maszyną. Nie powinnaś odczuwać żadnych emocji. Strachu. Nie powinnaś posiadać ludzkich odruchów.  Nie wypada ci się zachowywać w podobnych sytuacjach jak typowych człowiek, bo nim jesteś. Więc dlaczego się tak zachowujesz? Co z tobą jest nie tak, Heihachiro Seiji?  - odpowiedź z masą nowych pytań ukształtowała się w postaci chaotycznych myśli w głowie Havoca, zanim przekształciła się w odpowiednie, bezemocjonalne dźwięki. Niebieskie tęczówki spoczęły na ich adresatce. Był boleśnie świadom, że te słowa nigdy nie przejdą mu przez gardło, bo przecież wiedział, wiedział to od paru miesięcy.
Heihachiro Seiji nie była świadoma tego, że nie jest człowiekiem. Jej wykreowana przez system świadomość i zainstalowany do tego program wspomagający odrzucał prawdę. Mimo tej wiedzy, Mike brzydził się tego, czym kobieta się stała, a może czym nie mogła być...  Do czego posunie się ludzkość, by zamknąć pudełko swoich wspomnień w technologii? Rudowłosa dziennikarka, chodząca za nim niczym cień, była tylko narzędziem w rękach kobiety, która nie umiała poradzić sobie ze stratą.  
Mylisz się, Heihachiro Seiji — odezwał się w końcu, niemalże ludzkim głosem, ale wciąż brakowało w nim potrzebnych do tego emocji. Całkowicie ich pozbawiony, zacisnął palce na miejscu, gdzie kula przeszyła jego ciało. Lewe ramię. Nadal w nim tkwiła. Mogła się przemieścić przy wykonaniu niepowołanych ruchów i uszkodzić trawle system nerwowy, a mimo to Havoc wstał. Nie bolało. Przez postępujący HSAN nie miało prawo boleć. — Dziękuję ci za uratowanie mi życia. Źle oceniłem sytuację, przez co naraziłem cię na niebezpieczeństwo. W ramach rekompensaty pokryje wszelkie koszty twojego leczenia — podsunął zatem. Naprawienie cudu technologicznego nie mogło być tanie, nawet jeśli kobieta, do której  Heihachiro Seiji w pełni należała, wykupiła "wnuczce" ubezpieczenie.
Przepraszam – kolejne słowo, które nie mogło przejść mu przez gardło, zawisło niewypowiedziane w powietrzu.
Och, wcale nie musiał tego mówić. Kobieta i tak podważyłby wiarygodność tych przeprosin i to całkiem słusznie. Otóż w jego oczach skrucha nie była dostrzegalna, wręcz przeciwnie — paliło się w nich coś niezidentyfikowanego, coś niebezpiecznego, coś, co było widziane przez ofiary Mukuro, zaraz po wyrwaniu im serca z piersi. Havoc pod pewnym względem przewidział taki splot zdarzeń, choć nie spodziewał się, że Heihachiro Seiji uratuje mu w żaden sposób życia. Celowo nie reagował, ciekawy co się stanie. Kula przebije jego serce, w efekcie czego ukróci jego żywot? Czy może zdąży się uchylić? A może… Nie, tego z pewnością nie przewidział. Sama zaś replikantka powinna potraktować te wydarzenie jako sygnał ostrzegawczy. Jeśli za bardzo zbliży się do płomieni, spłonie, otoczona lepką siecią złudzeń i kłamstw.
Mukuro nie przebierał w środkach. Był niebezpiecznych. Nie cofał się przed niczym, by wyeliminować potencjalne zagrożenie, którym niewątpliwie była. Stanowiła niesamowitą pożywkę dla jego pragnień, ambicji.
W tle dało się słyszeć brzęczący w uszach ambulans. Był już w drodze. Najeżdżał z charakterystycznym rykiem ślinka. Zaraz znajdzie się przy tej mało zaludnionej, wąskiej ulicy, która w między czasie dorobiła się wianuszka gapiów.
Oczy Havoca nadal były skoncentrowane na jednym punkcie - na rudowłosej kobiecie, która odchodziła od zmysłów. Jej twarz wykrzywiona w bólu alarmowała o tym, że była zaprogramowana tak, by go faktycznie odczuwać. Była jego całkowitym przeciwieństwem. Jej ludzkie niepokój kontra jego nieludzki w tej chwili spokój.  
Pogotowie zaraz tu będzie — powiadomił ją. Na pozbawionych ekspresji ustach pojawił się zalążek uśmiech za sprawą uniesienia kąciku warg lekko ku górze, kiedy, jakby na potwierdzenie jego słów, podjechała karetka pogotowia. Sanitariusze wyszli z niej natychmiast. Jeden potwierdził zgon zastrzelonego mężczyzny, dwóch kolejnych zajęło się poszkodowanymi. Wizyta w szpitalu w ich aktualnym stanie była nieunikniona, choć Havoc zdecydowanie wolał unikać takowych placówek.


zt x2 - Czy przenosimy fabułę do szpitala, czy ją w tym momencie przerywamy? — Decyzje, co robimy dalej, pozostawiam tobie. Jeśli nadal masz ochotę ją kontynuować, zacznij gdzieś w szpitalu.~





avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Gość on 22/12/2017, 03:13
Święta, święta, szał zakupów, prezenty, święta. Shazam kompletnie nie pojmował skąd wzięła się ta paskudna tradycja i dlaczego ludzie nadal się nią przejmują. Po co to cała szopka i bieganie jak kot z pełnym pęcherzem, kiedy to dni takie same, jak reszta, ale ktoś postanowił sobie, że akurat uzna je za świąteczne.  A czym były święta, jak nie czasem przecen, wyprzedaży i pozbywania się asortymentu, którego inaczej nikt by nigdy nie kupił? No, dla niektórych był to czas szczególny, ale nie dla doktora. Nie lubił tej całej szopki, które się z nimi wiązały, ale potrafił znaleźć też pozytyw. Przede wszystkim, co najważniejsze, nikt, ale to zupełnie nikt nie chciał ukraść mu dyżuru w tym okresie. To on królował w szpitalu w święta, to on przyjmował prawie wszystkich pacjentów, to on miał monopol na wypisywanie recept. Nikt nie sprawdzał się tak dobrze w roli receptowego barona, jak Shazam i on doskonale zdawał sobie z tego sprawę, więc uparcie tę sytuację wykorzystywał.  Drugim plusem jest to, że lekarz często czekał na ten okres, żeby zapełnić swoje mieszkanie kolejnymi gadżetami, których nigdy nie potrzebował, z których skorzysta pewnie ze dwa razy, ale za to będą ładnie zapełniały pustą przestrzeń. Dwa lata temu kupił sobie kuchenkę, na której do tej pory tylko raz zagotował herbatę, więc wszystko zmierza w najlepszym kierunku. Samotne zakupy byłyby jednak zbyt proste, więc blondyn postanowił, że załatwi sobie towarzystwo, które nie będzie upierdliwe, a dzięki któremu będzie mógł sobie mówić, że zrobił coś dobrego dla innych. Warto bowiem odnotować, że Shaz ułożył sobie w głowię listę osób, które nie dbają o swoje zdrowie w takim stopniu, że to właśnie on przyjął na siebie ten ciężar. Tak, tak. Nadgorliwy Kiyoshi miał się kimś opiekować i dbać o to, żeby żył jak najlepiej. Dokładnie, jego też to śmieszy. Dlatego też w głowie pana odpowiedzialnego odbyło się krótkie losowanie, a szczęśliwcem, który wygrał główną nagrodę, został nikt inny jak Havoc. Oczywiście nie było zbyt łatwo przekonać tego muła do wyjścia, a co dopiero do towarzyszenia Shazamowi w zakupach, ale chyba zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli Mahomet nie przyjdzie do góry, to góra przyjdzie do Mahometa i wybrał mniejsze zło.
Tak więc teraz lekarz czekał teraz na swoją ofiarę swojego pomocnika swojego znajomego, stojąc troszkę z boku ulicy, ale pod latarnią. Nie po to, żeby kogokolwiek zachęcać, a po to, żeby być lepiej widocznym. W końcu Shazam wychodził ze szpitala dość późno, o ile w ogóle, więc wieczór był dla niego całkowicie normalną porą i chyba każdy się już do tego przyzwyczaił. No i lekarz nie miał na sobie stroju, który mówiłby "za dwadzieścia papierków zrobię wszystko", a był ubrany dość porządnie, więc stanie pod latarnią uważał za bezpieczne wyjście. W końcu czy żigolak miałby na sobie granatowe spodnie, brązowe męskie pantofle, a na wierzch zarzucił camelowy płaszcz, który został dodatkowo zaakcentowany granatowym, długim, wełnianym szalem owiniętym luźno dookoła szyi mężczyzny. Spod szala wyglądała biała koszula z czarnym krawatem, a ręce skryte były pod skórzanymi rękawicami. Przez jego ramię przewieszona była również brązowa, skórzana torba, a w niej niespodzianka. Jeśli Shaz miałby być żigolakiem, to przynajmniej eksluzywnym!





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Havoc on 22/12/2017, 15:35
Termin „święta” nie wzbudzał w Havocu pakietu ciepłych emocji, w którym prym wiódł przede wszystkim niezrozumiały dla niego entuzjazm, podsycany przez sklepowe gablotki, wystawy i kiermasze, kiedy to pod ciężarem świątecznych bibelotów uginały się półki i balety, a informacje o wyprzedaży w formie wielkich bilbordów i naklejek wypleniały niemalże całe centymetry budynków - zniżki bez wątpienia wzniecały gorączkę zakupów, które w takich godzinach wzmagała się na sile. Lawirując między rzeką ludzi, czuł się jak sardynka w puszcze, gdyż nawet wyczuwalna temperatura nie zgadzała się z tą, którą wskazywał elektroniczny termometr za oknem jego mieszkania. Zresztą z reguły unikał tłumów, zatem nie uczestniczył w tym przed świątecznym szaleństwie i nie miał takowego zamiaru, do chwili aż telefon nie przypomniał w wyjątkowo natrętny sposób o swojej obecności. Zerknął wtedy, tęż bardzo niechętnie na wyświetlacz tego urządzenia, a godność: „Kiyoshi Ran” figurująca na nim w tamtym momencie zdecydowanie nie zaprocentowało na poprawę jego humoru. Odebrał, podskórnie wiedząc, że jeśli tego nie zrobi, to lekarz bez najmniejszego oporu pofatyguje się do niego, a niska tolerancja informatora na gości w swoim mieszkaniu, była bardziej namacalna niż unosząca się nad miastem atmosfera, o czym ten mężczyzna dobrze wiedział, gdyż pod wstępnej odmowie, użył odpowiedniego argumentu, który ostatecznie przekonał Havoca do uczestnictwa w zakupach. I tak właśnie skończył - przeciskając się między obcymi, przepoconymi ciałami, które postrzegał przede wszystkim jak zbiorowisko bakterii. Ulica w tych godzinach tętniła życiem, a handel tkwił jak hodowane przez niego kaktusy, czego niepodważalnym wręcz dowodem były roześmiane twarze, na których szczypiący w skórę mróz odcisnął swoje piętno w postaci zaczerwień na policzkach. Widok ten był dla Mike'a powodem do pogardliwego spojrzenia i sardonicznego uśmiechu. Nie mógł w nawet minimalnym stopniu zrozumieć tego trendu, który dopadał zbiegiem czasu wszystkie miasta, nawet te, w których takie huczne „imprezy” nie zyskały dużej popularności, a niewątpliwie Japonia do takowych się zaliczała. Niestety ówże wątpliwej reputacji tradycja dosięgła także i M-3.
Paroma zgrabnymi ruchami nadgarstka odwinął rękaw płaszcza, aby skonsultować zmarnowany czas z elektronicznym zegarkiem, po czym rozglądnął się dookoła w poszukiwaniu sylwetki, która odznaczała się na tle rodzimych mieszkańców tego miasta. Niemalże od razu jego wzrok zatrzymał się na właścicielu blond czupryny, który stał pod jarzącą się nikłym światłem latarnią. Podszedł do niego pospiesznie. Pierwszy raz jego punktualność zawiodła. Spóźnił się o całą minutę, co dla niego było wręcz niedopuszczalne.
Dzień dobry, Kiyoshi — przywitał się, zaciskając mocniej dłoń na rączce parasola. Z uprzejmości nie skomentował jego obecnego położenia, które wzbudzało zaciekawienie niektórych obywateli, gdzie w przeważała płeć piękna, tak jakby chcieli tym samym zapytać – on jest na sprzedaż?
Havoc obdarzył Rana chłodnym, wyczekującym spojrzeniem, a w kącikach ust pojawił się zalążek uśmiechu, bo choć sam nie miał najmniejszej ochoty sprowadzać do domu żadnych świątecznych akcentów, to nie zamierzał w tym przeszkadzać lekarzowi, jeśli właśnie takie było jego życzenie i postrzegać to w kategorii kary. Może akurat, w tym ogólnym rozgardiaszu przechwyci informacje, które przydadzą się przez wzgląd na zajmowaną funkcje.





avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Główna ulica

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry