Strona 7 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Jekyll on Pon Kwi 03, 2017 1:29 am
    
Jekyll wpuścił z ust powietrze, wciskając skalpel do kieszeni. Szarpanina z gówniarzem sprawiła, że siły z niego całkowicie wyparowały. Zresztą nic dziwnego - wędrówka w to miejsce w największy z możliwych upałów zrobiła też swoje. Był spocony i zmęczony. Skronie pulsowały mu tępym bólem, do czego przyczyniła się gorączka. Przycisnął do nich palce, masując je, ale nie ten zabieg nie przynosił pożądanej ulgi. Sam jego oddech był płytki, nierówny, ciało natomiast było ciężkie, jakby szkielet doktora został skonstruowany z ołowiu. Przyglądał się zarażonemu z coraz większą rezygnacją. Wirus robił swoje. Zbierał żniwa. Obściskiwał wyraźne piętno na ciele tego uparciucha. Zresztą na jekyllowym również. Pojawiła się lisia kita. I w ogóle miał wrażenie, że jego ciało pokryło się miejscami rudym futrem.
Przesunął zmęczonym wzrokiem po Sabbatcie. Dopiero teraz, z pewnej odległości, kiedy nabrał trochę dystansu do swojego pacjenta i obaj przestali się szarpać, chcąc jeden drugiemu udowodnić dominacje, dostrzegł na jego ramionach nieprawidłowości w postaci licznych śladów po igłach - głównie były one rozsypane na obu przegubach i zagięciach łokciach. Zatem strach przed igłami był strachem zakorzenionym głęboko w jego psychice, tak? Eh. Jeszcze tego brakowało...
Jekyll, pogrążony w myślach i niezdolny do nadążenia nad ich produkując przez zmęczony umysł, z opóźnieniem zarejestrował moment pojawienia się Jarle'a w pomieszczeniu. Dopiero pełen wyrzutu głos uświadomił lekarza o obecności drugiego Wymordowanego. I ostre paznokcie, które wbiły się boleśnie w jego skórę, aż do krwi Kiedy ich twarze oddzielały odległość paru nic nieznaczących centymetrów, odetchnął głęboko. W innych okolicznościach wykorzystałby tę sytuację na milion różnych sposób. Ale nie teraz. Teraz przełknął ślinę, zerknąwszy rybie prostu w oczy. To nie były wyrzuty sumienia. To było zawieszenie broni, bolesne przyznanie się do porażki na linii kontaktów lekarz-pacjent, których na koncie miał całą masę.
Nie chciał mojej pomocy — rzucił w ramach odpowiedzi, w ramach głupiego usprawiedliwienia swojej niemocy, wyszarpując się z jego uścisku, ale efekt był odwrotny od zamierzonego. Przez ten gwałtowny ruch pazury Kundla mocniej wbiły się w jego skórę, może nawet dosięgły żył, ale tępy ból w tym miejscu na parę sekund sparaliżował logiczne myślenie Bernardyna. Kiedy Jalla w końcu łaskawie zwolnił uścisk, złapał się za bolące miejsce, wyczuwając pod strukturą skóry wgłębienie i lepką ciecz – krew.
Niestety Jekyll był chorobliwie wręcz ambitny, zatem nigdy nie przyznałby się otwarcie, że sobie z kimś nie radzi. On nie poradzi sobie z nękanym przez wirusa organizmem? Pffy. Jak nie on, to kto. Rozdrażnienie znów wróciło na swoje miejsce. W ramach reanimacji swoich roztrzaskanych w drobny mak nerwów odliczył do dziesięciu po cichu w myślach, zanim znów coś powiedział.
Gówniarz się nie słuchał, zaczął się szamotać w napadzie paniki i zmusił mnie do użycia siły — odpowiedział cierpko. Żenujące, że musiał się komukolwiek tłumaczył, jedynek... ech, słabość do genów Jarle'a w tej materii robiła swoje. W myślach ciskał "kurwami" na lewo i prawo, które miał w zasadzie na końcu języka, ale żadnej nie ubrał w słowa. Starzejesz się, Jek.
Kucnął przy swoich „zabawkach”, wycierając krew z palców w bandaż. W ogóle zanim zabrał do rąk ampułkę z serum, odczekał parę chwili. Dłonie mu drżały niemiłosiernie. W takim stanie miałby trudność nawet z trzymaniem w nich skalpela, a co dopiero z wbiciem się w żyłę. Mógł winą za ich stan obarczać napięte do granic możliwości nerwy, czy samą postać szczyla, ale alkoholizm wiódł tutaj prym. Od dwóch dni nie miał w ustach nic mocniejszego, zatem snuły się — niczym smród po gaciach — w jego kierunku konsekwencje. Nigdy nie przyznałoby się do tego na głos, rzecz jasna. To by uszczupliło jego dumę i ego o rozmiarach muru chińskiego. Drobny nałóg nie skreślał go z listy najlepszych lekarzy na świecie. Oj nie. Nie ma nawet takiej możliwości. Nawet hipotetycznej. Zdjął gumkę z włosów i zgarnął je, związując tym razem solidnie w kucyk.
Musisz go trzymać. Mocno. Bardzo mocno — zawiadomił w końcu swojego tymczasowego pomocnika, choć w zasadzie wizja Jarle'a w stroju pielęgniarki, która wykształciła się w jego głowię, była zabawna. Aż parsknął w myślach, by poprawić swój podły humor, nie demonstrując swojego nagłego rozbawienia. Wręcz przeciwnie - twarz miał poważną, powściągliwą, pozbawioną zbędnych ekspresji.
Odkręcił ampułkę i napełnił jej zwartość strzykawkę z igłę niewielkich rozmiarów, ale wystarczająco ostrą, by się przebić przez warstwę skórną, a potem w konsekwencji prosto do  krwiobiegu. Nie wiedział jaki był stał żył dzieciaka na rękach, zatem najprawdopodobniej spróbuje ją mu wbić do karku. W ramach bezpieczeństwa. Zatrzymał się w pół kroku. Dzieciak znów zabarykadował się w ciasnym kącie. Jego stan był tragiczny. Krwawił za każdego dostępnego miejsca na ciele. Z ust. Z nosa. Z uszu. Zaraz zacznie z oczu. To skurwysyństwo zacznie przyśpieszyło proces uśmiercenia bachora.
Jasna cholera —  zaklął na głos, tak głośno, że jego słowa odbiły się od sufitu i napełniły go bolesną świadomością. — Kurwa, Jarle, nie mamy już dużo czasu.
A niby kogo to wina, Jekyll?
Jasne, że tego gówniarza.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2421


Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Gość on Pon Kwi 03, 2017 4:44 pm
    
Ingerencja losu

Walka, walka i tylko walka.
Na Desperacji w zasadzie to codzienność, choć miejsca, które się odwiedza nie zawsze są tak przyjemne i kolorowe. Gdzieniegdzie dużo suszy, innym razem niepotrzebna wilgoć i grzyb, atakujące bestie, chłód, gorąc. Nieodpowiednie warunki sprawiają, że nawet najbardziej wytrwała osoba prędzej czy później choruje. Nic dziwnego, że tym razem Jekyll złapał zapalenie płuc, które niejednemu może sprawić problem.


Jekyll ma zapalenie płuc. Jeśli będzie ono nieleczone, nadejdą powikłania, które mogą skończyć się nawet śmiercią.

Haha, żartowałem. Tak naprawdę masz zwykłe przemęczenie i dobrze będzie jak przez 2 fabuły nie będziesz robił żadnych szaleństw, a wypoczywał. Będę obserwować.

Życzę powodzenia, czy coś.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Gość on Czw Kwi 06, 2017 10:15 pm
    
Udawał twardego i niewzruszonego, jakby celowo chciał oszukać Jekylla — i przede wszystkim samego siebie — że wcale mu nie zależy na tym małym, ledwo dyszącym dzieciaku. Usilnie starał się powstrzymać swoje usta od irytującego ataku drgawek, próbują uformować usta w wąską, poziomą kreskę. I choć naprawdę dokładał wszelkich starać, by zapanować nad swoją mimiką totalnie mu to nie wychodziło. Jego twarz bardzo szybko zaczęła zdradzać wszystkie emocje, które jeszcze chwilę wcześniej starał się nieudolnie kryć. Gdzieś obok rosnącej złości pojawiła się doskonale widoczna bezradność, która szła w parze z ledwo zauważalnym współczuciem i troską. Natłok myśli powodował, że w trybiki w głowie niebieskowłosego zaczęły pracować dużo szybciej, co sprawiało, że mężczyzna miał trudności z nadążeniem nad samym sobą.
Na pozór spokojne, morskie, zwierzęce ślepia rozglądały się po pomieszczeniu, specjalnie unikając spojrzenia tego biednego, jęczącego chłopaka. Nie miał odwagi, by na niego popatrzeć — obawiał się, że zobaczy w jego oczach powoli gasnący płomień nadziei, którego nie mógłby powiększyć, nawet gdyby bardzo chciał. Ta cała bezradność rozrywała go od środka. Czuł, że poniósł klęskę na każdej możliwej płaszczyźnie, a teraz może jedynie patrzeć na straszliwy rozwój wirusa i cierpienie Juna. Nawet nie obwiniał Jekylla, bo ten już na samym początku ostrzegał, że na jakąkolwiek pomoc może być już za późno. Obwiniał tylko i wyłącznie siebie, a poczucie winy stopniowo zaczęło go kąsać od środka. Momentami zdawało mu się, że naprawdę czuje jak drobne ząbki zaciskają się na jego żołądku i innych organach. Cholernie nieprzyjemne uczucie.
Lewa powieka drgnęła mu niebezpiecznie, jakby skurcze, które przed chwilą nie dawały spokoju ustom Jarle'a przeniosły się w okolice jego oka i teraz miały zamiar męczyć ten niewinny narząd wzroku. Dosłownie chwilę później w rybim oku zakręciła się łza, która mimowolnie spłynęła po suchym policzku Jalli. Niemalże natychmiastowo wytarł już wilgotny polik w ramię. To był moment słabości, którego nikt nie powinien dostrzec.
Rękoma wciąż napierał na Sabbatha, nie pozwalając mu wstać. Przyciskał go do ściany, jakby się go bał, jakby obawiał się, że ten zarażony chłopak w przypływie furii może wykorzystać ostatki swoich sił we własnej obronie. Był gotowy odeprzeć atak i przy użyciu siły powstrzymać go. Nawet jeśli musiałby ryzykować rozwaleniem już dawno nieuporządkowanej fryzury.
„Gówniarz się nie słuchał, zaczął się szamotać w napadzie paniki i zmusił mnie do użycia siły.”
Dopiero po tych słowach Doktorka ponownie spojrzał w jego kierunku. Mnóstwo mieszanych i sprzecznych emocji można było wyczytać z jego zwierzęcych ślepi. Zamyślił się, układając w głowie odpowiedź na kwestię Halliwela. W międzyczasie zgryzł dolną wargę tak mocno, że gdyby nie sine usta już dawno widoczny byłby wyrazisty ślad po ugryzieniu.
Miałeś mnie wołać, mówiłem Ci. Nie potrafisz krzyczeć czy co? Mam sprawdzić czy potrafisz? — warknął w odpowiedzi, bo nadal był zły, że Jekyll nie zrobił tak, jak go na samym początku prosił. Sprawy mogły się potoczyć zupełnie inaczej, gdy od samego początku doktorowi towarzyszyłby również Jarle, który z pomocą swojej siły potrafił być bardzo przydatny. Ale nie, zachciało się konfrontacji z rozdartym dzieciakiem, tracącym resztki poczytalności. — Nagiąłeś moje zaufanie, Jek.
Zwrócił się z powrotem w stronę pacjenta, zerkając na niego zaledwie kątem oka. Musiał wytrzymać jeszcze chwilę.
Poluzował uścisk, choć jego ręce wyposażone w niebieskie pazury wciąż oplatały nadgarstki chłopaka, nie pozwalając mu na gwałtowny ruch. Jalla w duchu przeklinał sam siebie, miał sobie za złe, że doprowadził do tego, że to wszystko wyglądało tak jak wyglądało — musiał nadużywać przemocy w stosunku chłopca, którego wcześniej chciał jedynie wyciągnąć z klatki. Od samego początku nic nie szło po jego myśli, powodując tylko dodatkowe rozdrażnienie.
„Musisz go trzymać. Mocno. Bardzo mocno.”
Trzymam. — Spojrzał jedynie na swoje dłonie, zaciskające się wokół posiniaczonych rąk zarażonego. Chciał się upewnić czy Jun nie próbował się wyrywać. W razie potrzeby mógł naprzeć na niego całym swoim ciałem, choć wolał mu tego oszczędzić. Ale był gotów rzucić się na Sabbatha z zamiarem jak najrozsądniejszego unieruchomienia go. Mógł na nim jakoś usiąść, odchylając jedną z rąk na bok, by Jekyll mógł się w nią wbić strzykawką.
„Kurwa, Jarle, nie mamy już dużo czasu.”
To zacznij działać do cholery! — wrzasnął, jakby ostatnia niteczka, na której utrzymywał się cały jego wewnętrzny spokój właśnie pękła. Przycisnął chorego mocniej, robiąc przy tym dojście dla lekarza.
Teraz albo nigdy.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Sabbath on Pią Kwi 07, 2017 1:44 pm
    
Szamotał się niczym ryba w sieci. Swoboda ruchów którą mu bestialsko odebrano walczyła zaciekle by na ponów się z nim połączyć. Napierał na ręce Jalli wymęczony jak po westernie i upodlony tak, że z odległej perspektywy wydawałby się sobie po prostu żałosny. Przez chwilę zacisnął powieki by skoncentrować odczucia na twarzy, gdzie wciąż najmniej go bolało. Nie wiedział co ze sobą zrobić, ponieważ przed oczami miał tylko jeden cel – ucieczkę. Już nawet nie chodziło o to by pozostawić za sobą trupy tych, którzy go w ten stan wprowadzili. Był waleczny nie dlatego że taki miał charakter, lecz dlatego że bał się jak jeszcze nigdy w życiu. Każda komórka w jego ciele zwierała się w ciasny supełek, a następnie eksplodowała paraliżującym bólem, który rozlewał się po unerwieniu jak nadmiar mleka w misce. Pomimo tego on jednak nie siedział i nie drżał bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Potęgował odczucia oszołomiony niecodziennym tokiem wypadków. Nie myślał racjonalnie przez duży udział wirusa w ciele, przez chaos jaki zapanował kiedy budził się w nim zwierzęcy instynkt i przez paniczną próbę ucieczki od wgryzającego się w kości uczucia. Jak najdalej i jak najszybciej.
Odpychał od siebie wymordowanego dysząc przez otwarte usta. Oddech miał spłycony, rzężący, zupełnie jakby w płucach czy przełyku zbierało mu się coś, czego być tam nie powinno. Był cały czerwony na twarzy, co w kontekście jego prawie pergaminowej cery uwidaczniało się jeszcze bardziej. Dlaczego oni do jasnej cholery po prostu nie dadzą mu spokoju? Nie odejdą i nie znajdą sobie innej zabawki? Gdyby nie wychodził z klatki ktoś na bank by go znalazł. Ktoś z miasta przyszedłby z ratunkiem i nie musiałby doświadczać tak potężnych konwulsji. Łzy wielkie jak groch spływały mu po policzkach miarowo, zupełnie bez udziału woli. Korzystał z tego, że Jarle trzymał go za ręce i pozostawał zupełnie nieuważny na zachowanie nóg. Może i myślał przyszłościowo, ale niezbyt szybko, toteż Sabbath w zapewne ostatnim zrywie wolności postarał się wymierzyć mu kilka kopniaków. Chciał by ten go puścił, skupił się na nogach i zapomniał, że Jun ma jeszcze jedną broń przynależną zwierzynie. Chciał wtopić zębiska niezależnie od miejsca, wżynając się w miękką skórę i kalecząc aż do kości. Nie było w tym premedytacji. Nie chciał by cierpieli tak jak i on. Nie był na tyle ludzki by myśleć w kategoriach zemsty i przyjemności. Bronił się jak umiał. Z każdą chwilą oddech stawał się cięższy do złapania. Na prawe ucho od natłoku krwi prawie niczego nie słyszał. Szumiało mu w głowie, jakby w czaszce miał uwięzione stado wściekłych os.
Naraz uczuł jakby ktoś wciskał mu w żołądek rozgrzany do czerwoności stalowy stempel. Zgiął się w pół i zawył przeraźliwie, mocniej napierając na wszystko co odbierało mu wolność. Rozszalał przez nagłą, niespodziewaną falę bólu stracił resztki panowania nad sobą i drapał we wszystko co napotkał. Gryzł, kąsał, szarpał się i rwał wszystko co wpadło mu w ręce.
To tak bardzo boli, mamo…
avatar
Sabbath

Zarażony






GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki

Liczba postów :
52


Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Jekyll on Sob Kwi 08, 2017 12:56 am
    
Halliwell potrafił krzyczeć jak mało kto. Przynajmniej parę razy dziennie zdzierał sobie gardło przy niesubordynowanych pacjentach, z którego składało się niemal całe DOGS z paroma wyjątkami, ale w swoim obecnym stanie nie miał ku temu odpowiedni predyspozycji. Siły z niego całkowicie uleciały, a przez suchość w ustach miał problem z używaniem strun głosowych i krtani. Przełknął ślinę, by ją nawilżyć, ale to nie przyniosło pożądanego rezultatu. Jalla powinien doceń poświęcenie doktora. Nie dla każdego członka Psiarni był on w stanie rzucić wszystko i pędzić na łeb na szuję w celu udzielenia pomocy medycznej nieznanemu osobnikowi, który w opinii Bernardyna zasłużył sobie na śmierć w nieporównywalnych do tego co w obecnej chwili przechodził męczarniach.
Z ust Duncana uleciało powietrze. Nie tylko zarażony był w opłakanym stanie. Jekyll też. Wyraźne zmęczenie odcisnęło na nim swoje piętno, potęgowane przez podwyższoną temperaturę ciała. Krótsze kosmyki zniszczonych przez pigmentację włosów przyklejały się do jego twarzy na skutek gromadzącego się na skórze potu, która dodatkowo lśniła się przez niego, jakby czoło Dr i jego okolice zostały posypane czymś na wzór brokatu. Ledwo stał na nogach, a mimo to przezwyciężył drżenie rąk i przygotował trzy strzykawki, by je zaaplikować szczylowi. Zżerająca go od środka ambicja jak trucizna w tej materii przejmowała władze nad zdrowym rozsądkiem.
Nagiąłeś moje zaufanie, Jek. – wraz z tymi słowami poczuł ból w okolicy serca, porównywalny do tego, który towarzyszył szklanym odłamkom przedziurawiającym skórę, ale nie dał po sobie poznać, że zrobiły na nim jakiekolwiek wrażenie.
Powoli podszedł do dzieciaka, którego ciało zostało zamknięte w mocnym uścisku właściciela łusek. Towarzyszyła mu przy tym nieludzka wręcz powaga i koncentracja. Nie mógł sobie pozwolić na kolejny błąd. Nie mógł wyjść w oczach Ryby na niekompetentnego. To uwłaszczyłoby jego dumę.
Po paru chwilach szamotaniny, Jekyll złapał gówniarza z kark. Wbił ostrą igłę do jego skóry, przebijając się przez je warstwy, a potem do żyły. Wpuścił serum do jego krwiobiegu. Czynnością tą, dzięki silnemu uściskowi Jarle'a, powtórzył dwukrotnie. Potrójna dawka lekarstwa powinna ulżyć dzieciakowi w cierpieniu, zagwarantować mu mniej bolesną w skutkach śmierć i w efekcie czego szybką stabilizacje wirusa X w jego organizmie.
Strzykawki, jedna po drugiej, skonfrontowały się z piaszczystym podłożem. Dr położył dłoń na ramieniu Rybki, choć spodziewał się odtrącenia, skoro jego zaufanie do lekarza osłabło.  
Puść go — wyszeptał mu do ucha, drżącym, słabym głosem, pieszcząc jego płatek ciepłym oddechem. Ręka upadła z ramienia Kundla. Jekyll przetarł nerwowym ruchem pot z czoła. — On zaraz umrze. Podaj mi apteczkę. Powinienem mieć tam coś przeciwbólowego — dorzucił jeszcze. W oczach Sabbatha pojawiły się krwawe łzy. Jekyll miał zatem cień nadziei, że nie doszło do krwotoku zewnętrznego, ani uszkodzenia żadnego organu. W obecnym stanie zarówna pacjenta, jak i swoim, jakakolwiek chirurgiczna interwencja była zagrożona poważnym ryzykiem niepowodzenia. Żeby tego wszystko było mało, Dr miał wrażenie, że jest bliski utraty przytomności.
Powinieneś pójść coś upolować — zasugerował Rybie. Głos nadal miał słaby, ale wyraźnie artykułował słowa. — Każdy reaguje na swój sposób po przebudzeniu z objęć śmierć. Mówiłeś, że ten dzieciak zjadł mięso niedźwiedzia, a te mają wilczy apetyt. W kręgu ich kulinarnych zainteresowań znajdują się Ryby.
Lisy też, Jek.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2421


Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Sabbath on Nie Kwi 09, 2017 11:59 pm
    
Zastygł w bezruchu. Jakieś, na chłopskie oko, dwadzieścia sekund całej tej tragikomedii należało do paraliżu, który objął całe jego ciało łącznie z powiekami. Nie był to jednak skutek wirusa, czy też ubytku krwi i ogólnego stanu zdrowia. Bezruch był owocem obserwacji Jekylla, który niczym lis do kurnika zakradał się w jego kierunku dzierżąc strzykawki, które nawet pomimo relatywnie ekonomicznych rozmiarów nie umknęły uwadze Juna. Nieskończenie długie dwadzieścia sekund wstrzymywał powietrze, a jego ‘dorobiona’ źrenica kurczyła się jak od nadmiaru światła. Błyszczące kropelki potu zrosiły na nowo jego czoło,  sunąc mokrymi bruzdami w kierunku uszu, gdzie teraz mu było najgoręcej. Nie wydał z siebie nawet pisku, jak zaczarowany wpatrując się w lekarza i zupełnie bez udziału woli opierając się rękom Jalli. Dopiero gdy rudowłosy podszedł do nich, prawdziwy cyrk zaczął się na nowo.
Junichi zaryczał jak raniony niedźwiedź. Wyrzucił ręce przed siebie prąc chudymi nadgarstkami na ręce Wymordowanego. Nogi, w geście samoobrony, przyłączył do korpusu pierwszego frontu, kopiąc nimi zajadle we wszystko co popadnie. Zapewne był kreatorem kilku pięknych rozlewów podskórnych na całym ciele swojego nowego rybiego przyjaciela, nie celował bowiem w konkretne miejsca, a chciał wyzwolić się z uścisku i uciec jak najdalej. Igieł bał się jak diabeł wody święconej. Nie spuszczał wzroku z rudowłosego, wierzgając niczym ryba wyciągnięta na powierzchnię. Z jego gardła prócz nieartykułowanych zawodzeń dało się słyszeć płaczliwe jęki układające się na kształt ‘nie nie nie nie nie’. Nie dbał już o to że bolało. Wizja zbliżającego się narzędzia tortur wywarła na nim takie wrażenie, że nie przejmował się nawet tym, że co i rusz bił skręconą kostką w twarde klepisko, co jeszcze mocniej forsowało staw skokowy. Nie dbał o otarcia ani obicia. Mielił piach pomiędzy zębami i rzucał się cały, za nic mając niewielkie, acz drażniące skurcze mięśni powodowane utratą kontroli nad nimi. Grymas na twarzy miał jak człowiek, który właśnie zorientował się że źle zrobił zamykając się na noc w nawiedzonym domu. Zbladł jeszcze mocniej na licu przybierając odcień już nie cielisto-papierowy, a kredowy.
Coś mu się jednak w tej konfrontacji udało. Jakimś cudem wyślizgnął się na chwilę z uścisku jednej ręki Jalli, zyskując sposobność by próbować mu wsadzić palce w usta i oczy. Naparł na niego swoim chudym, wymęczonym gorączką i ciągłą szarpaniną ciałem. Cały ciężar wparł na Wymordowanym licząc, że zrobi to na nim jakiekolwiek wrażenie. Mając nieco mniej ograniczoną motorykę padł na niego, wbijając zęby w ramię Jalli i naciskając z całych sił. Jekylla nie udało mu się ugryźć, toteż wyżyć się musiał na kimś kto nie szarpał nim jak szmacianą lalką. Chciał zdekoncentrować mężzyzn, odskoczyć i puścić się w długą. Ciągle miał przed oczami jeden cel – samotne lizanie ran gdzieś z dala od innych i poszukiwanie drogi powrotnej do miasta. Rozpaczliwie próbował wyszarpać kawał mięsa z mężczyzny, nim jednak szybko został spacyfikowany przez obu nieznajomych. Miauknął płaczliwie gdy wykręcono mu ręce i kark. Krzyknął gdy Jekyll wbił się gwałtem z pierwszą dawką. Przy dwóch kolejnych ciągle starał się wyrwać krzycząc i doznając jeszcze większej traumy. Krew w nim wrzała, zaś dudnienie w głowie starało się powoli nieznośne. Wił się jak piskorz, co jednak nie powstrzymywało ani doktora, ani jego towarzysza, któremu Jun opadł pod nogi gdy było już po wszystkim. Skulił się do pozycji embrionalnej i zakrył kark wolnymi dłońmi. Cały drżał jak w febrze, gryząc do krwi własne wargi by nie krzyczeć. Krwawił dosłownie z każdego otworu w ciele. Wstrząsnęła nim potężna fala kaszlu którą przełknął walcząc z kolejnymi odruchami wymiotnymi. Kulił się jak zbity pies przy każdej próbie kontaktu z rozpalonym ciałem.
Oddychał coraz szybciej i płycej.
avatar
Sabbath

Zarażony






GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki

Liczba postów :
52


Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Gość on Pon Kwi 10, 2017 2:17 pm
    
Nie wierzył własnym oczom, nie wierzył, że ten chłopak, który kilka dobrych godzin temu był tak niewinny i ludzki przeobraził się w coś takiego. Zdawałoby się, że wirus kompletnie przejmuje nad nim kontrolę, pozbywa się jego człowieczeństwa, zastępując je zwierzęcym szaleństwem, nad którym nie dało się zapanować. Oczywiście poczucie winy w dalszym ciągu kąsało niebieskowłosego od środka, choć teraz to uczucie trafniej można by było porównać do zżerania od środka. Nie powinien go zostawiać samego, nie powinien pokładać nadziei w schorowanym Jekyllu, powinien o wszystko zadbać sam — przynajmniej nie oberwałoby się Doktorkowi, który starał się robić wszystko jak najlepiej. Ale Jarle tego nie dostrzegał. Medyk musiał się śpieszyć, cenne minuty mijały prawie tak szybko jak sekundy, a każda ta „sekunda” sprawiała, że byli coraz bliżej porażki, której oboje nie chcieli i do której nie mogli dopuścić.
Nie miał ochoty na dalszą szarpaninę z Sabbathem. Nie miał ochoty, a już tym bardziej sił, bo te opuszczały go jak woda podziurawione wiadro. Nigdy wcześniej nie był w podobnej sytuacji, zawsze znajdował wygodniejsze wyjścia z trudnych sytuacji, a siły używał w ostateczności, głównie dlatego, że nie uważał się za jakąś wybitnie agresywną jednostkę. Tym razem był jednak zmuszony do użycia siły, bo nie miał zamiaru przegrać z dzieciakiem. Jeszcze tego brakowało.
Walka z tym szaleńcem była niezwykle wyczerpująca. Jarle próbował zapanować nad każdym szarpnięciem szczyla, chcąc stłumić jego próby ataku w zarodku. I niby z samego początku mu się to udawało, bo nie miał zamiaru puścić rąk młodzieńca nawet na chwilę. Krępował je swoim żelaznym uściskiem, choć celowo uważał, by nie zahaczyć niebieskimi — choć już dawno delikatnie zabarwionymi na krwistoczerwony kolor — paznokciami o jego skórę. Chłopak nie potrzebował większej ilości ran, i tak wyglądał już jakby jakiś tir przejechał po nim kilkanaście razy.
Jalla był wyraźnie zmęczony. Podczas szamotaniny brał głębokie oddechy, jakby z trudem. Te niby kontrolowane łykanie powietrze dość szybko zamieniło się w szybkie, charczące dyszenie. Z trudem łapał oddech, czuł się jakby był w bardzo zatłoczonym pomieszczeniu, w którym coraz bardziej zaczynało brakować przestrzeni do nabierania tlenu.
Jun w dalszym ciągu próbował się wyrywać. Walka z zarażonym spowodowała, że niebieskowłosy zaczął odczuwać dawną kontuzję swojego lewego nadgarstka, który zaczął go okropnie boleć, o czym świadczył grymas cierpienia, który mimowolnie wstąpił na jego rybie lico. Zacisnął szczęki, próbując nie zwracać uwagi na kłucie w ręce, które stopniowo przechodziło również w górne partie kończyny. Ta krótka chwila słabości pozwoliła zarażonemu zaatakować. Na chwilę udało mu się uwolnić jedną rękę, która chaotycznymi ruchami naparła na przedramię wymordowanego, naznaczając je kilkunastoma zadrapaniami i siniakami. Jarle zawył z bólu, jednak dość szybko ogarnął się i ponownie spętał Sabbatha, nie pozwalając mu na dalsze wygłupy. W myślach odetchnął z ulgą, ale nie zdążył się zbyt długo nacieszyć swoją „wygraną”, bo dzieciak znowu zaatakował, tym razem wykorzystując swoje nogi, o których Topielec zupełnie zapomniał. Jego ciało zostało skopane na tyle mocno, że gdyby ktoś zobaczył go teraz bez górnej części odzienia to pomyślałby sobie, że jest regularnie przez kogoś katowany. Na jego podbrzuszu pojawiła się mnoga liczba śladów i siniaków, miał skopany prawy bok i obite jedno z żeber. Syczał, burczał, ale z jego ust nie wydobył się żaden krzyk, bo jego gardłu nie pozwoliło mu się wymknąć. Z trudem udało mu się zapanować nad furią pacjenta — musiał naprzeć na niego całym ciałem, obolałym ciałem, które w niemalże połowie było teraz naznaczone purpurą, granatem i żółcią.
Przybliżył się do niego, choć młodzieniec nie dawał za wygraną. Jakimś cudem znowu udało mu się wyrwać i tym razem spróbował zaatakować bezpośrednio twarz. Jarle na szczęście w porę odchylił głowę, unikając chudych palców, lecących w kierunku oczu. Myślał, że zdołał na nowo unieszkodliwić jasnowłosego, lecz ten wykorzystał tę chwilę zbliżenia (bo Jarle napierał na niego swoim cielskiem) i zatopił swoje zębiska — w na szczęście zakrytym materiałem — ramieniu. Nie udało mu się dogryźć do krwi, ale z pewnością pozostawił po sobie pamiątką w postaci rozległego sińca.
Dobrze, że w miarę szybko pojawił się Jekyll, który zaaplikował serum swojemu pacjentowi, bo jeszcze chwila, a Jarle również zupełnie opadłby z sił, już i tak wyglądał jak zmarnowany życiem trzydziestolatek, a zmęczenie jeszcze dodatkowo dodawało mu kilku lat.
„Puść go.”
Ciepły oddech doktora załaskotał niebieskowłosego w ucho, a niespodziewany dreszcz przeszedł po jego karku. Czuł również rękę, która na chwilę zacisnęła się na jego ramieniu. Aż odwrócił głowę w kierunku Jekylla.
W odpowiedzi jedynie ciężko westchnął, próbując unormować swój oddech. Ubrania lepiły się do niego, bo z przemęczenia i wysiłku zaczął wytwarzać ten bezwonny śluz, który był jego odpowiednikiem ludzkiego potu. Puścił Sabbatha, mierząc go wzrokiem, by w każdej chwili rzucić się na niego ponownie, gdyby dzieciak jeszcze nie miał zamiaru odpuścić i przejść na tamten świat.
Posłusznie ruszył po apteczkę, jednak podczas schylania się złapał się z brzuch i syknął znowu. Siniaki, które pozostawił po sobie właściciel niedźwiedzich genów wcale nie ułatwiały mu poruszania się. Czuł się jakby przeorała go banda wygłodniałych wymordowanych. Jakoś udało mu się jednak chwycić torbę i podać ją Jekyllowi. Nadal milczał, bo nie miał siły wydobyć z siebie jakichkolwiek słów.
„Powinieneś pójść coś upolować.”
Chwilowo nie mog... — Na chwilę zabrało mu głos, nie potrafił się wysłowić, i o dziwo to nie wina drgania ust, bo to już dawno go opuściło. Przełknął głośno ślinę. — Jeszcze nie, nie... nie dam rady. Nie dam rady się... po-poruszać. — Jąkał się, jak jakiś zestresowany przedstawieniem dzieciak.
Najwyżej rzucę mu Ciebie. — Choć doktor okazał być się całkiem użyteczny, to właściciel rybich łusek nie miał zamiaru skrywać tej częściowej urazy, którą wciąż go darzył.
Udało mu się miarę unormować oddech, choć wciąż rzępolił. Ta cała potyczka pozbawiła go sił. Z trudem doczłapał do pobliskiej ściany, opierając się plecami i bezwładnie osuwając się na ziemię, by finalnie skończyć w pozycji siedząco-leżącej. Zabolała go płetwa grzbietowa.


Ostatnio zmieniony przez Jarle dnia Wto Kwi 18, 2017 11:48 am, w całości zmieniany 1 raz

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Jekyll on Sro Kwi 12, 2017 3:42 am
    
Sabbath walczył o życie, jak lwica o młode, nie dając wytchnienia swojemu znajomemu w charakterze Jarle'a, który musiał włożyć przy swojej obecnej kondycji sporo wysiłku, by powstrzymać szczyla od wyrwania się z żelaznego uścisku, którego lekarz posmakował przed paroma minutami na własnej skórze. Dr, mimo iż nigdy nie przyznałby tego otwarcie, a już na pewno nie przed bachorem, był pod wrażeniem jego wytrwałości i silnej woli. W końcu na podstawie zgromadzonych przez siebie na przestrzeni minionych lat informacji, na tym etapie zarażony powinien utracić kontakt z otoczeniem i być zdolny wyłącznie do nieartykułowanych skowytów. Dzieciak był ich całkowitym zaprzeczeniem, ciekawym eksperymentem naukowym. Niestety wskazówki zegara z prędkością światła przesuwał się po tarczy do przodu, przez co Halliwell nie mógł w pełnej kresie obserwować tego niewątpliwie obiecującego i zapierającego dech w piersi zjawiska, by wyciągać na ich podstawie zadowalające go wniosku. Nie znajdował się w końcu w swoim wyposażonym w sprzęt medycyny minionej epoki laboratorium, a dziurze, która być może w okresie paru lat przeobrazi się w gruzy, będące dla nich wartością sentymentalną – przykrym, trudnym do wyszarpania z pamięci wspomnieniem, a zwłaszcza dla tego nieszczęśnika, pacjenta od siedmiu boleści. Skurwysyna, który nadeptał Lisowi na odcisk.
Mężczyzna, nie mając czasu na weryfikacje stanu zdrowia Kundla, pochwycił podaną mu przez niego apteczkę. Położył ją na piaszczystym podłożu i przesunął ślepiem po skompletowanej w biegu zawartości. Czynność ta została znaczenia utrudniona przez rozmazaną ostrość obrazu i rozmyte kolory, które zlewały się w niezgrabnie poskładaną z przypadkowych odłamków mozaikę. Zakichana światłoczułość.
Poruszył odrętwiałymi palcami najpierw prawej, potem lewej dłoni, prawie ich nie czując. Dokładnie tak jakby układ nerwowy został częściowo sparaliżowany przez wściekliznę, zatem z trudem przesunął opuszkami palców po zawartości torby, badając w ten sposób jej zawartość. Nie mógł jednak nim namierzyć medykamentu, mogącego w minimalny sposób uśmierzyć ból szczylowi. Musiało zawieruszyć się w jej głębokich zakamarach, więc Dr zrezygnował z poszukiwań, uświadamiając sobie, że nawet jeśli znajdzie owe lekarstwo w formie tabletek, to będzie zmuszony położyć je na język bachora, by ten ją połknął i wykorzystując tę okazję z nieskrywaną satysfakcją odgryźć swojemu wybawicielowi palec albo naraz kilka sztuk.
Wewnętrzna stron rąk Jekylla stopniowo zaczęła obrastać w rudą, lisią sierść. Wirus X szalał w krwiobiegu doktora, który jak na złość wszystkie dostępne w tym momencie ampułki na obniżenie natężenia zaaplikował niewdzięcznemu gówniarzami. W tym samym momencie do jego uszu doleciał słaby głos Jalli. Syknął pod nosem wiązankę przekleństw, która z trudem wydostała się z pomiędzy spierzchniętych warg. Obaj mieli pecha.
Myślisz, że się mną nażre? — Prychnął. Był chudy i kościsty. Z pewnością nie był w stanie spełnić wszystkich zapotrzebowań pokarmowe niedźwiedzia i nawet minimalnym stopniu zaspokoić jego głód. Istniało też duże prawdopodobieństwa, że wirus wścieklizny zostanie wchłonięty przez mutujący się organizm szczyla, przez toteż dojdzie do zarażenia nim. Ryzyko było wielkie. Prawie całkowite. Zresztą, według prognoz Dr, jeśli pacjent obudzi się w ciele zdziczałego, to w napadzie szału zeżre ich obu - najpierw jednego, a potem drugiego. Kolejność dowolna. I tak wykitują tu razem, poćwiartowani przez ostre zębiska, w żołądku wygłodniałej bestii, która utraciła człowieczeństwo. Miał jednak nadzieje, że im się w tej materii poszczęści. Jekyll nie miał zamiaru umierać. Przed nim jeszcze daleko droga usłana medycznymi sukcesami i porażkami. Nie spocznie, dopóki nie odkryje antidotum na te skurwysyństwo...
Dlatego przetarł oko, które zmieniło barwę, odzyskując w nim częściowo ostrość widzenia. Przez chwilę, głównie dlatego, że mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i nie był zdolny poruszyć nogami, by przemieszczać się kąt pomieszczenia, w pełnym skupieniu przypatrywał się wykrzywionej w bólu twarzy pacjenta, z którego życie coraz szybciej ulatywało. Złapał w palce jego nadgarstek, wyczuwając słabnący z sekundy na sekundę puls. Śmierć zaciskała na nim swoje zimne szpony, kradnąc ostatni oddech. Funkcje życiowe ustawały. Serum znacznie przyśpieszyło ten procent, łagodząc cierpienie.
Dr, nękany przez napady duszność, przez które nie mógł zaczerpnąć powietrza, zaczął pluć krwią, podpierając cały ciężar swojego ciała na rękach. Typowe efekty uboczne jego skażenia.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2421


Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Sabbath on Sob Kwi 15, 2017 3:40 pm
    
Zaskakujące jaką niewielki Japończyk kompaktowych rozmiarów może zrobić krzywdę dwóm rosłym wymordowanym. Gdyby stał i przyglądał się z boku byłby pod wrażeniem własnych umiejętności grania na nerwach i histerycznego wyrywania się okolonego gryzieniem, drapaniem i kopniakami. Przypominał teraz podirytowanego kota, którego ktoś zbyt długo szarpał za ogon. Brakowało najeżonej sierści, położonych po sobie uszu i nastroszonego ogona do akompaniamentu piekielnego syku. I chociaż tak naprawdę powinien już dawno temu osiągnąć swoje limity, jego siła zdawała się nie mieć końca. Adrenalina pompowana przez krew napędzała wszystkie jego odruchy. Stan gotowości w jakim znalazł się mięśnie był dla nich dosłownie zabójczy. Kurczyły się i rozciągał tak chaotycznie, że skurcze nie łapały go pojedynczo, a całymi kaskadami paraliżując pracę którejś z kończyn. Pomimo to nie przestawał, nie siadał z boku i nie rozgrzewał problemu. Dawał z siebie wszystko doskonale wiedząc że na szali położył własne życie.
Aż do iniekcji. Wtedy już wiedział że grę przegrał. Skulił się do pozycji embrionalnej, kolana podciągając wysoko do brody i zakrywając kark dłońmi. Nie wiedział co było w serum (szczerze powiedziawszy go to wcale nie obchodziło) jednak działało piekielnie szybko. Przede wszystkim, o dziwo, uspokajająco. Chociaż wciąż był przerażony i zachowywał się jak zaszczute zwierzę, całe napięcie i gotowość do walki o siebie poczęły z niego schodzić. Oddychał coraz głębiej i coraz głośniej, ze świstem nabierając powietrza przez zaciśnięte gardło. Wyimaginowany kamień na strunach głosowych wciąż blokował mu sposobność wykrzyczenia dupkom co o nich sądzi. Ból głowy przybrał na sile nie pozwalając Junowi poskładać myśli do kupy. Gdzie on w ogóle był? Chłodne klepisko parzyło rozgrzaną skórę, jednak już nie był w stanie podnieść się i uciec. Drżał jak w febrze, gryząc spierzchnięte wargi i odkasłując co chwila.
Nie umierał w spokoju pogodzony ze światem. Nie załatwił wszystkich swoich spraw i nie skosztował życia w takim stopniu, w jakim powinien. Był rozgoryczony i pełen żalu. Odchodził jak zwierzę, kuląc się ze strachu w jakiejś ruderze otoczony przez obce mu kreatury. Nie myślał już przyszłościowo, bowiem niczym obuchem w głowę uderzyła go z impetem szarżującego konia świadomość, że nie ma dla niego przyszłości. Nie wspominał słów Jalli i zapewnień Jekylla. Nie pamiętał że mówili o przebudzeniu się i dalszym zezwierzęceniu. O brzydocie i niemożności wrócenia za bezpieczne mury. Załkał płacząc sobie cichutko, bo przecież nawet nie pożegnał się z rodziną. Śmierć jego ojca była równie cicha i równie brzydka. Wystrzegał się porównań jak ognia, nie mógł jednak zaprzeczyć że zdycha w podobnym stylu. Zachowanie Jekylla także przwodziło na myśl weterynarza, który właśnie skutecznie usypiał swojego pacjenta. Jun zwarł mocno powieki nie chcąc widzieć przed sobą brudnej, zaplamionej jego własną krwią ziemi. Jego żołądek pomimo wcześniejszego głodu i zaciśnięcia domagał się posiłku w sposób niepozwalający chłopakowi zebrać własnych myśli. Skóra w której przyszło mu żyć zdawała się być coraz bardziej ciasna. Prawie słyszał jak pęka, a wszystko co skrywała wylewa się na zewnątrz. Naparł palcami na miejsce, w które wkuł się doktor. Świdrujący ból przeszył podstawę jego czaszki i rozlał się falą przez kręgosłup aż po pięty. Sabbath zacisnął zęby tak mocno, że aż dziw iż nie pękły.
Nie była to śmierć szybka i bezbolesna. Nie była humanitarna, choć wyczekiwana. Do samego końca ból rozpalał każdą jego komórkę, chociaż serum dobroczynnie sprawiło iż nie wił się w agonii i nie krzyczał potępieńczo. Odszedł zupełnie w takim samym stylu jak jego ojciec. Skurczony, brudny, zakrwawiony i zapłakany leżał na ziemi drżąc coraz lżej i rzadziej. Z każdą chwilą gasł i na końcu w jego spojrzeniu nie było już blasku życia. Na chwilę przed tym rozwarł powieki gdy wstrząsnęła nim jedna z większych fal bólu, po czym najzwyczajniej w świecie przestał oddychać.
Żaden lekarz nie ogłosił godziny jego zgonu.


info:

Daję sobie kilka godzin do dwóch dni (fabularnych) na ocknięcie się. Będę wtedy jeszcze bardziej niepoczytalny. Nie będę pamiętał tego co działo się w całej tej fabule, dlatego nie rozpoznam waszych twarzy. Może to i lepiej, bo nie ogarnie mnie chęć niesienia zemsty? Będę głodny, spragniony, jeszcze nie wiem co ze wścieklizną. Pomimo wszystko Jekyll chyba mnie nie polizał, albo mi to umknęło.
avatar
Sabbath

Zarażony






GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki

Liczba postów :
52


Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Gość on Wto Kwi 18, 2017 1:08 pm
    
Obolałe ciało nawet na chwilę nie pozwalało zapomnieć mu o tym co właśnie się stało, choć bardzo chciał zapomnieć. Miał ochotę wyrzucić z siebie ten niewielki fragment swojego życia. Wyrzucić lub usunąć, aby już nigdy więcej o nim nie myśleć. Ale nie udawało mu się, bo ilekroć próbował oddalić się myślami od całego tego zajścia, w którym musiał się zmagać z rozhisteryzowanym dzieciakiem to jego rozległe obrażenia tylko mu o tym przypominały. Tego nie potrafił wyrzucić z pamięci, nie mógł po prostu wymazać Sabbatha ze swojej głowy. Nie po tym co się stało.
Starał się nie patrzeć w stronę dzieciaka, który z chwili na chwilę coraz bardziej słabł, by finalnie zakończyć swój żywot, a później odrodzić się na nowo. Wzrokiem uciekał gdzieś w bok, byleby przypadkiem nie zahaczyć spojrzeniem o konającego chłopaka, wijącego się po drugiej stronie zrujnowanej izby.
Udało mu się zapanować nad oddechem, który był już dużo spokojniejszy i miarowy, ustało również to irytujące rzępolenie, które chwilę wcześniej towarzyszyło niemalże jego każdemu wdechowi i wydechowi. Spojrzenie przeniósł na swoją klatkę piersiową, obserwując przez chwilę, jak ta się unosi, a później opada. Delikatnie uniósł lewą rękę, kładąc ją na swoim mostku. Nieudolnie spróbował chwycić cienki materiał bluzki, jednakże nadwyrężony nadgarstek uniemożliwił mu zrobienie tego, wywołując jedynie falę silnego bólu, która bez problemu rozeszła się po jego przedramieniu i palcach. Oczywiście nie obyło się bez przeciągłego syknięcia i grymasu cierpienia na zmęczonej twarzy wymordowanego. Prawa dłoń z wyczuciem objęła uszkodzony nadgarstek, jakby ten drobny gest miał cokolwiek pomóc. Chwilę trzymał własną kończynę, choć szybko zrezygnował, pozwalając lewej ręce spokojnie opaść.
Ta mniej pokiereszowana łapa pomknęła w stronę podbrzusza, celowo zahaczając wystającymi paznokciami o bluzkę tak, aby odsłonić nieco ciało i móc wstępnie ocenić obrażenia. Masa purpurowych sińców rozlana była od jego pasa aż po żebra. Wyglądał jak taki poobijany z każdej strony burak.
„Myślisz, że się mną nażre?”
Wywrócił rybimi ślepiami, by chwilę później skoncentrować się na Jekyllu.
Przynajmniej miałbym więcej czasu na ucieczkę. — Bez problemu zauważył jak dłonie Doktora porastają rudą sierścią, choć z początku myślał, że to jedynie jakieś omamy wzrokowe, dlatego też wytężył zmysł widzenia jeszcze bardziej. To nie były urojenia.
Niespokojnie próbował powstać. Wsparł się na prawej dłoni, używając niemalże całej siły jaką w danej chwili w sobie miał. Z trudem udało mu się stanąć na nogi, a bokiem wciąż opierał się o ścianę, z której odczepiło się kawałek tynku, gdy całym ciężarem ciała na nią naparł.
Dosłyszał, że Halliwell ma problemy z oddychaniem. Dostrzegł również, że mężczyzna zaczął spluwać krwią. Powoli do niego podszedł, uprzednio zgarniając również jego apteczkę, którą przełożył przez ramię, wydając przy tym z siebie krótkie sykniecie.
Musimy iść, zanim się obudzi. Wrócę po niego później, da sobie radę. — Pochwycił medyka z boku, służąc mu za podporę. Może i się na niego gniewał, ale nie miał zamiaru zostawiać go samego.
I ruszyli do kryjówki bardzo powolnym krokiem.

✘ _ z/t + Jekyll.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Gość on Nie Sty 28, 2018 2:07 pm
    
Jakie tajemnice jeszcze skrywa ten świat. Kiedyś nie miał on żadnych tajemnic przed ludźmi, a dziś na nowo muszą go odkrywać. Blady świt padł na pustkowia Desperacji. Było chłodno jak to bywa o poranku. Po okolicy świszczał wiatr, obijając się o samotne mury. Po okolicy w końcu rozległ się jednak inny, nietypowy dźwięk. Stukot, niezbyt rytmiczny, ale roznoszący się echem po okolicy. Czy jednak ktoś tu był? Jeśli tak to czego szukał? I dlaczego robił taki hałas?
Jak się za chwile okazało, autorem tego hałasu była wymordowana. Raczej nikogo nie powinno zdziwić co tutaj robiła - w końcu desperacja była opanowana przez tych niby martwych, a jednak żywych. Ona przemierzała ulice w swojej końskiej formie, to jej kopyta wyrządzały tyle hałasu. Łeb trzymała nisko, nie dumnie jak to robiły niegdyś prawdziwe, czystokrwiste konie. Ona się za takiego się nie uważała... Uważała się za coś lepszego. Była w końcu majestatycznym, magicznym koniem! No dobra, może daleko jej było do tej majestatyczności, bo trochę się nadgniła, ale nikt chyba od Wymordowanej nie oczekuje poczytalności?
Wróćmy jednak do tu i teraz. Przybyła do tego miasta najprawdopodobniej szukając czegoś do jedzenia. Była roślinożercą, tak, jednakże w tym zepsutym świecie nawet roślin już za wiele nie było - a jak były, to nie raz mięsożerne. Ten świat stanął na głowie. Czy tutaj, w opuszczonej wiosce, znajdzie coś ciekawego? W sumie powątpiewała w to, ale skoro już tutaj przybyła to uznała, że się rozejrzy. Właściwie miejscówka ta była całkiem dobrym miejscem do odpoczynku, raczej dzikie drapieżniki nie szlajały się po tych okolicach. Mogła tu jednak spotkać coś równie groźnego - ludzi. Jej ostatnie spotkanie z człowiekiem było ostatnio niezbyt udane... Chciała się z nim zaprzyjaźnić, ale ten nie wykazał chęci. Jeśli wszyscy ludzie tacy są to chyba trafią na czarną listę Alabaster. Chociaż taka lista tak naprawdę nie istniała.
Spacerowała więc sobie po wiosce, zaglądając do niektórych budynków z nadzieją, że znajdzie tam coś ciekawego. niestety nadzieja ta była złudna bo miejsce to w przeszłości było zapewne przeczesane milion razy przez innych Wymordowanych. Nasłuchiwała bacznie okolice by mieć pewność, że jest tutaj sama. Póki co tylko świszczący wiatr jej towarzyszył.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Zrujnowana wioska. Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 7 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Powrót do góry

- Similar topics

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach