Strona 6 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next

Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on Czw 9 Mar - 21:16
Nie wiedział, ile tam leżał. Poczucie czasu stracił już po kilku godzinach naprzemiennego zasypiania i budzenia się. Był wściekle głodny, spragniony i rozpalony tak, że z dużym prawdopodobieństwem stuprocentowej skuteczności można było przyrządzić jajka sadzone na jego brzuchu. Chwilami zapominał nawet kim jest i jak się nazywa. Pozostało otoczenie. Zimne, brudne mury o skruszonych tynkach i zerwanych okiennicach. Klepisko ziemi już dawno pozbawionej podłogi uwierało go w plecy jednak dawało chłodny odpoczynek. Bluza Jalli, czy tam bezrękawnik, zmięty w kulkę i podłożony pod kark pozwalał biedować bez obijania sobie głowy w chwilowym napadzie drgawek. Za każdym razem, gdy ocknięcie się budziło Juna do życia, rozglądał się w panice po schronieniu rejestrując każdy jego fragment – każdą dziurę w ścianie, każdą zmianę kolorów, każdą rysę w czymś, co kiedyś służyło za sufit. Zdarzało się że zapominał o swoim poprzednim życiu, o klatce, głodówce i spotkaniu z Wymordowanym, zaczynając żyć z na czystej karcie aż do zapadnięcia w kilkuminutowy, męczący sen. Zdarzało się także że podczas tych kilku chwil nietrzeźwości nawiedzały go koszmary potęgujące zdezorientowanie i chęć ucieczki, na którą coraz bardziej brakowało mu sił. Nie płakał i nie wymiotował tylko ze względu na to, że nie miał już czym.
Nie sposób stwierdzić ile czasu spędził w letargu, a ile na jawie. Mogło być to kilka godzin, kilka dni, czy nawet miesięcy. Czas był w tej chwili dla Sabbatha pojęciem mocno względnym. Trawiąca jego ciało gorączka zelżała do akceptowalnego stopnia. Ciągle był przegrzany. Ciągle czuł się jak zmięta, mokra szmata, którą zbyt wiele razy czyszczono podłogę. Zupełnie nie odpoczął. Leżał tak, wyciągnięty na ziemi, wlepiając przekrwione spojrzenie w kawałek ściany naprzeciwko. Powieki same mu opadały w takt oddechu, jednak nie był w stanie oddać się w objęcia Morfeusza. Bolało go wszystko – mięśnie, skóra, kości, gałki oczne i nawet chyba włosy. Chwilami czuł się tak, jakby jego ciało skurczyło się, zaś organy wewnętrzne rozrosły do niebotycznych rozmiarów potężnie naginając prawa dopasowania się do ram zewnętrznych. Było mu zbyt ciasno we własnej skórze. Czuł że jeden głębszy oddech doprowadzi go do pęknięcia wszystkiego, czego w chwili obecnej pragnął najbardziej, a na co nie potrafił się zdobyć. Przez jego umysł przelatywały wizje. Po ogonie deptał mu pościg złożony z pokracznych bestii i rudych jak płomień wilków. Wyschnięte, spękane usta poruszały się niemrawo, bezgłośnie wołając o pomoc. Nikt nie mógł go usłyszeć. Bestie krążyły. Czuł ich obrzydliwy zapach i słyszał zawodzenie poza murami. Czasami kątem oka dostrzegał ruch za oknem i wejściem do kryjówki i spinał się jeszcze bardziej gotowy na przykrą niespodziankę. Zbyt długo nie spał, jednak miażdżący ból głowy nie pozwalał mu odlecieć. Przerywał nawet te krótkie momenty omdlenia, które mogłyby przynieść otuchę i wybawienie. Był głodny jak niedźwiedź.
Gdy zobaczył Jallę, nie był w stanie nawet się ruszyć. Patrzył na niego z przerażeniem nie widząc w nim swojego wybawcy, a prześladowcę. Nie ucieszył się, a przeraził. Nękające go wizje zmieniły chwilowo wszystkie jego wspomnienia i tory myślowe. Nie pisnął, nawet nie wydał z siebie dźwięku. Wymordowany zastał go skulonego, wciśniętego w kąt budynku i tak miało pozostać już na zawsze, gdyż nie potrafił nawet utkać wyobrażenia wyjścia z tego stanu. Zdezorientowany i przeświadczony o jego zamiarach wyciągnięcia mu serca przez jelita zadrżał, targnięty pogorączkowym atakiem dreszczy i próbą reakcji na jego słowa. Chciał krzyczeć, by Jalla odszedł daleko i nigdy nie wracał. Bał się jak dziecko pozostawione samemu sobie przy wyłączonym świetle i otwierającej się szafie.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Jekyll on Wto 14 Mar - 1:58
Mimo iż Bernardyn nigdy by się do tego otwarcie nie przyznał, Jarle miał rację. Nie był stworzony do pokonywania kilometrowych dystansów z zawrotną szybkością olimpijczyka, będącego o krok od zdobycia kolejnego złotego medalu, pod których ciężarem uginała się półka; nie posiadał kondycji maratończyka, ani tym bardziej warunków fizycznych, by się w takową wyposażyć. Ryba w tej materii była wyrozumiała (albo po prostu umiała zrobić pożytek z szarych komórek, co na ternie rozległej Desperacji było stosunkowo rzadkim, ale jak najbardziej porządnym zjawiskiem) i nie narzuciła zabójczego tempa, dzięki czemu Dr był w stanie dotrzymać mu kroku, choć niewątpliwie przy wykonywaniu tej czynności nawet oddychanie suchym powietrzem sprawiało większą trudności niż zazwyczaj,  przez to też na półmetku wymusił na Jalli krótki postój w celu uzupełnienia płynów, które za sprawą gruczołów potowych szybko ulatniały się z organizmu psowatego. Nie wszedł jednak w tryb marudzenia i nie zadręczał go po każdym pokonanym metrze pytaniem pokroju „daleko jeszcze?”, jednie, by zachować trzeźwość umysłu i umilić sobie tę upływającą w ciszy wędrówkę, mamrotał pod nosem przekleństwa. Spocona dłoń kurczowo zaciskała się na apteczce, która przez swoją rozbudowaną zawartość  nie ważyła tyle, co standardowa. Zaczęła znacznie ciężyć nad zmęczonym organizmem doktora, choć ten nie miał zamiaru w żaden sposób demonstrować swoich słabości. Jego ciało było poniekąd zahartowane do podobnego wysiłku fizycznego, do czego przyczynił się zarówno Hyde, jak i pewna irlandzka szelma. Co nie zmieniało jednak faktu, że krótki komunikat posiadacza rybich genów przyjął z nietypowym jak dla siebie entuzjazmem w postaci kącikowego uśmiechu, który jednocześnie sprawił się, że nogi lekarza na parę chwili mimowolnie odmówiły posłuszeństwa. Odetchnął, przecierając wolną dłonią pot z czoła. Temperatura jego ciała znów podniosła się znaczenie, czego zasługą było górujące na firmamencie słońce i przede wszystkim szalejące w jego organizmie, podwyższone natężenie wirusa X. Przez to też było mu duszno i gorąco, zatem z ulgą potraktował cień, który padał na niego za sprawą pobliskich, zrujnowanych w mniejszym lub większym stopniu budynków. Po chwili, by nie stracić Jarle'a z oczu, poszedł w ślad za nim. Przekroczył próg w miarę stabilnej budowli, najwyraźniej mającej w poważaniu zaciskające się na niej zęby czasu. Zielona tęczówka natychmiast skupiła się na - jak podejrzewał - na nowym pacjencie, który, skulony pod ścianą, zbierał kurz z posadzki.
Zatem, nie czekając na przyzwolenie ani Jarle, ani tym bardziej jego znajomego, wyminął drugiego członka gangu DOGS, by zmniejszyć dystans dzielący go od zarażonego. Zarejestrował drżenie, które być może zostało wywołane przez słowa jego towarzysza, albo czymś zgoła innymi, co na dobre rozgościło się  w jego organizmie, siejąc w nim – jak to określiła Jalla – spustoszenie. Zatem pacjent był przytomny i kontaktował z najbliższym otoczeniem, odbierając z niego bodźce. W zasadzie marne pocieszenie, bo wszystkie najgorsze skutki tego skurwysyństwa jeszcze przed nim, ale przynajmniej, dzięki temu, Jekyll będzie w stanie ukrócić jego męki i przynajmniej w minimalnym stopniu zamortyzować wynikające z nich nieprzyjemności w postacie nieludzkiego wręcz bólu. Nachylił się nad nim, nie tracąc jednak przy tym czujności. Trzymał w pogotowiu jeden ze swoich ulubionych skalpeli, z którym w zasadzie nie chciał się rozstać, choć miał ich całą kolekcję, ale jego zmusi go do tego sytuacja... Zawsze może go wbić w oko delikwenta i, niczym panienka w opałach, uciec na drugi koniec pomieszczenia albo w ogóle ewakuować się z tego obskurnego miejsca zbrodni, ciągnąc oczywiście za sobą Rybkę, której wartość była zbyt ceną, by ryzykować jej śmierć z wynaturzeniem. Położył dłoń na czole nieznajomego, by po chwili z cichym sykiem ją wycofać. Nawet stan podgorączkowy Jekylla, przy tym, wydawał się być nieistotnym problem. Dzieciak był rozgrzany jak kaloryfer w środku mroźnej zimy.
Na tym etapie rozwoju wirusa, jedyne co mogę zrobić, to zminimalizować jego natężenie w twoich żyłach. Przy odrobinie szczęścia, przyśpieszy to proces przyswajania obcego DNA przez twój organizm i tym samym zaoszczędzi ci bólu —  powiedział, lecz wątpił, że sens tych albo jakikolwiek słów doleci do chłopaka, który w tym stadium zarażenia powinien stopniowo tracić zmysły i mieć trudności z rozpoznawaniem nie tylko kształtów, ale też dźwięków. Potem zazwyczaj był to atak paniki, a czasem dzika furia. Jekyll miał cień nadziei, że w tym przypadku pojawi się to pierwsze. Nie miał przy sobie żadnych środków uspakajających, zresztą w niektórych przypadkach były kompletnie bezużyteczne. A niedźwiedź z krwi i kości raczej nie był potulnym, pluszowym misiem, do którego można było przytulać się nocą. Skoro dzieciak faktycznie zjadał mięso należące do tegoż zwierzęcia, jego apetyt po przebudzeniu będzie najprawdopodobniej zabójczy, zatem, jeśli dojdzie tu do całkowitego zezwierzęcenia, i Jekyll, i Jarle bez wątpienia skończą w jego żołądku. Cudowna śmierć dla osoby z ambicjami pokroju doktora…
Położył apteczkę na ziemi i otworzył ją, by wyciągnąć potrzebne medykamenty. Skoro się tu zjawiał, nie mógł się wycofać. Za bardzo lubił patrzeć Śmierci prosto w oczy, by tym razem odmówić sobie tej wątpliwej przyjemności.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on Czw 16 Mar - 19:09
Przyjmując pozycję kucającą miał doskonały wgląd na leżącego pod ścianą Juna, który niestety z chwili na chwilę wyglądał coraz gorzej. W pierwszym momencie chciał do niego jeszcze bliżej podejść, rzucić jakąś kwestią, która miałaby go nieco uspokoić i wyciągnąć w jego kierunku pomocną dłoń. Ale nie zrobił tego, bo bał się, że stan chłopaka jest na tyle niestabilny, że nie powinien podejmować jakichkolwiek działań bez zgody Jekylla, który miał imponujący staż medyczny. Umiejętności Jarle'a ograniczały się jedynie do drobnej wiedzy lekarskiej, która miała o wiele uboższy zakres. Wiedział, że teraz to Halliwell miał przejąć ster, tylko on mógł chociaż w maleńkim stopniu wspomóc Sabbatha, choć na chwilę obecną wszystko wskazywało na to, że ciężko było zrobić cokolwiek.
Starał się zachować spokój. Jego rybie, niebieskie oczy wciąż wpatrywały się w sylwetkę zarażonego, zahaczając niemalże o każdą partię jego ciała. Każda nawet najmniejsza oznaka cierpienia na twarzy młodego powodowała u niebieskowłosego mimowolne skurcze żołądka. Jalla nigdy nie należał do osób zbyt ekspresyjnych, nie był kimś, kto tryskał wszystkimi emocjami, zwykle starał się utrzymywać ten sam wyraz twarzy, choć w jego wnętrzu kotłowały się emocje i odczucia, którym nie pozwalał oddziaływać na swoje zachowanie. Tym razem w zwierzęcych ślepiach topielca pojawił się jakiś dziwny wyraz smutku.
Jesteś zbyt słaby człowieczy, Jarle.
Spuścił wzrok, nie mogąc dłużej spoglądać na twarz Sabbatha. To było dla niego zbyt dużo. Czuł się okropnie z tym, że musiał go zostawić samego. Widział jego wzrok, chłopak nadal się jego bał, a on przecież dołożył niemałych starań, by tak nie było. Jak widać na próżno, bo nic nie szło po jego myśli. Ale znowuż nie mógł zbyt wiele wymagać od chorego smarkacza, który stawiał pierwsze kroki na desperackich ziemiach.
Przesunął się w bok, robiąc miejsce Jekyllowi, który zgrabnie go wyminął by zająć się swoim nowym pacjentem. Niebieskowłosy włosy oparł się o ścianę, zachowując nieco odstępu od Juna. Zdjął z siebie plecach, postawił go między nogami, a następnie otworzył szybkim ruchem. Pospiesznie wyjął z niego ciężki, z pewnością trochę pobrudzony i poniszczony koc, który rozłożył, pozostawiając go w dwuwarstwowej postaci. Wstał podpierając się ręką, a później po prostu narzucił na Sabbatha okrycie. Nawet na niego nie spojrzał, wolał oszczędzić nerwów zarówno jemu, jak i sobie. Poza tym chłopak i tak powoli przestawał kontaktować, marniał w oczach.
„(...) zminimalizować jego natężenie w twoich żyłach.”
Spojrzał na Jekylla, kładąc mu dłoń na ramieniu. Mrugnął kilkukrotnie ślepiami, a przetarł ręką twarz.
Rób co możesz. Powiedz jeśli będziesz potrzebował pomocy. — Stał chwilę w bezruchu, ale kilkanaście sekund później obrócił się na pięcie, zarzucając swoimi niebieskimi włosami. Powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia zniszczonego budynku. Stanąwszy w progi odwrócił się na chwilę. — Zawołaj mnie jeśli będę potrzebny, a ja zobaczę czy nikt nie czai się w pobliżu. — I poszedł, zwracając twarz z powrotem w kierunku drogi. Skręcił w bok, chwilę postał na czatach, możliwe, że nawet okrążył raz ruiny, po czym zasiadł na rozwalonych schodach, plecami do Doktorka i Juna. Czuł, że teraz jedynie mógł Jekowi zawadzać, więc odmeldował się na chwilę, ale był gotowy, by w razie potrzeby rzucić się do pomocy.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on Sro 22 Mar - 0:45
Ignorował go. Patrzył na niego i nie widział. Zwracał się do obcego Junowi człowieka zupełnie niepomny faktu, że to Juna miał uratować. Chociaż w chwili obecnej chłopak daleki był od nawet krzty zaufania, poczuł się zdradzony tak silnie, jak nigdy w życiu. Nie był w stanie powiedzieć czy ogarniające go zewsząd ciepło było wypadkową jego stanu zdrowia i gorączki, czy może też napływającą furią mieszającą się ze strachem i paniką. Sabbath przenosił spojrzenie z twarzy Jalli na twarz Jekylla i z powrotem. Widział ich zarysy, widział aury otaczających do istot, nie widział jednak szczegółów. Umykała mu brzydota twarzy byłego kompana, umykała też monogamia we wzroku doktora. Widział płomień jego włosów co wstrząsnęło nim najmocniej. Koszmary powróciły, nasilając paranoję chłopca. Uczuł niebezpieczeństwo kryjące się za nieznajomym, automatycznie i bez udziału woli przypisując go do watahy bestii węszących za nim poza murami. Wpuściłeś wilka do owczej zagrody, Jallo. Zdradziłeś i teraz umywasz ręce odchodząc. Zaufałem Ci” Sabbath wydał z siebie wysoki, nieartykułowany dźwięk. Ni to pisnął, ni to miauknął, ni to zaskowyczał, wciskając się w kąt pomieszczenia ze, zdawałoby się, niemożliwą wręcz siłą. Rękę na rozpalonym czole przyjął jako atak frontalny, jednak był zbyt zdezorientowany by w ogóle zareagować nim Jekyll cofnął ją z sykiem. Nie rozumiał tego gestu, zupełnie nie potrafiąc w tej chwili logicznie poukładać klocków składających się na jego stan. Ciąg przyczynowo skutkowy był dla niego zupełnie nieosiągalny, jak gdyby dać zbyt małemu dziecku książkę dla zbyt mądrych dorosłych. Szeroko rozwarte powieki nie zamykały się, powoli doprowadzając do przesuszenia oczu i ich większego zaczerwienienia. Szczypały go, jednak nie miał nad nimi kontroli. Rozglądał się po całym pomieszczeniu jak zaszczute zwierze gotowy do zerwania się i ucieczki. Czuł się otoczony zupełnie jakby stwierdzenie Jalli nosiło w sobie więcej niż ziarnko prawdy o rzeczywistości. Głowa pulsowała radosnym łoop-łoop-boom, powoli doprowadzając go do szału. W sumie to wszystko go bolało. Całe jego istnienie zaczynało być chronicznym, rozpalającym kości bólem, czego nie przyjmował z zadowoleniem i pocałowaniem ręki.
Wierzgnął głową powodowany nagłym skurczem. Jekyll zastawił mu drogę od strony głowy dlatego tułów zwarł jak mógł najbardziej i powoli, milimetr po milimetrze przesuwał się w drugim kierunku. Zmęczenie oczywiście go nie opuszczało, jednak adrenalina napędzana paranoją dawała jako-takie skutki. W każdym razie poruszał się, jakkolwiek nieporadnie by to nie wyglądało i to było najważniejsze. Nie artykułował słów wiedząc, że z jego spierzchniętych ust wydobyłby się jedynie narastający krzyk. Gdy bernardyn zajrzał do swoich rzeczy Jun podążył wzrokiem za jego dłońmi. Wtedy też z plątaniny kształtów i kolorów, mających na trzeźwo pewnie duży sens w istnieniu, wyłowił zarys igły… Nie, wróć – wielu igieł różnorakiej wielkości. Wzmogło to w nim strach przed nieznajomym. Nawet jako człowiek panicznie bał się kłucia co kładło się cieniem w obecnej sytuacji. Instynkt, jakkolwiek silny, poddał się na chwilę ludzkiej słabości, co miało mu zapewne zostać już do końca świata. Spomiędzy warg uciekło mu westchnienie urwane przez nagły haust łapanego powietrza. Zakrztusił się. Ból w okolicy płuc był jak skopanie leżącego.
Korzystając chwilowo z faktu, że (jak sądził) Jekyll stracił go z oczu, a ponadto nie zwracał na niego większej uwagi, Sabbath wraz z garścią piachu zgarnął bluzę Jarle’a i dzięki nagromadzonym w napiętym ramieniu siłom rzucił w kierunku psa by trafić go w głowę i zdekoncentrować. Nie patrzył na efekt, bo ten sam w sobie niewiele go interesował. W ogóle nie myślał, w jednej chwili rzucając sięw jedynym, zdawałoby się, bezpiecznym kierunku – ku wyjściu. Już zapomniał że Jalla obiecał tam siedzieć. Nie potrafił wstać na nogi, kumulując w sobie siły pozwalające jedynie na chaotyczne czołganie się po klepisku. Jakimś cudem udało mu się podnieść na kolana by zaraz paść jak długi z powrotem na ziemię w akompaniamencie bulgotania i bezradnego ryku. Był dzieckiem a nie krwiożerczą bestią. Nawet jeżeli zwierzę poczynało przejmować nad nim kontrolę wciąż był raczej bezbronny w stosunku do w pełni sprawnych mężczyzn.
Prawą ręką sięgnął w kierunku wyjścia.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Jekyll on Sob 25 Mar - 0:42
Zarażony był kolejnym z tysiąca ofiar pandemii, która wybuchła długo przed jego narodzeniem. Świadomość, ile upłynęło czasu od tego wydarzenia, nie dawała Anglikowi spokoju i dodatkowo towarzyszyło mu przy tym rozgoryczenie. Medycyna nie poczyniła żadnych znaczących postępów, by choć w minimalnym stopniu sprzeciwić się tej zarazie, która notabene na przestrzeni lat ewoluowała, w efekcie czego była dotkliwsza i drastyczniejsza w skutkach niż na samym początku swojego istnienia. Być może faktycznie był to kolejny, zamierzony etap ewolucji, którego zadaniem było stopniowe przygotowanie mieszkańców kuli ziemskiej do nowych warunków życia, a podtrzymywanie ludzkości przy pierwotnym stanie za sprawą miast jedynie spowolniało ten proces. W końcu długowieczność, a może nawet nieśmiertelność znalazła się w sferze ludzkiego pojmowania, w zasięgu ich próżnych umysłów, przestała być tylko mrzonką i tematem fabuł powieści fantastycznych.
Podczas wykonywania rekonesansu Dr stracił dwie, w tym wypadku bardzo cenne minuty. Przyjrzał się z uwagą szczeniakowi, wstępnie określając szkody, jakie powstały w jego ciele na skutek skonsumowanie zarażonego mięsa. Jego nie zbyt spontaniczne reakcje nie wyróżniała się na tle innych, sobie podobnych przypadków, które były obserwowane z uwagą przez zielone tęczówki Halliwella, a występujące u niego objawy były typowe, wręcz pospolite. Nudne, mało wyraziste. Gorączka. Napady duszności i paniki. W sumie to powinien się cieszyć, że nie agresji, choć znokautowanie kogoś, kto ledwo kontaktował z rzeczywistością nie było rzeczą trudną do realizacji.
Jekyll w trakcie wykonywanej przez siebie czynności, podczas której układał na kawałku szmaty narzędzia, w tym pary igieł i strzykawek, potrzebnych do złagodzenia działania tego skurwysyństwa, przyglądał się bladej, odsłoniętej skórze chłopaka. Oprócz kropel potu, wyraźnie odznaczały się na niej czerwone plamy nierównomiernie rozsypane po całej rozciągłości ramienia. W zasadzie już chciał po nie sięgnąć i zbadać opuszkami palców ich strukturę, by tym samym zaspokoić swoją ciekawość i postawić pierwszą diagnozę, która nie miał w zasadzie żadnego znaczenia aż do momentu, kiedy serce smarkacza przestanie bić i życiowe procesy się zatrzymają, jednakże pacjent wcale nie miał zamiaru współpracować i posłusznie wykonywać jego poleceń, które w tym wypadku nie były szczególnie skomplikowane, ograniczały się do bezruchu.
W akompaniamencie nieartykułowanego dźwięku, najprawdopodobniej ostatnim zasobami siły, podniósł się na drżących rękach, by w następnej kolejności w specyficzny sposób odwdzięczyć się lekarzowi za pofatygowanie się w to oddalone od kryjówki DOGS o kilkanaście kilometrów miejsce. Przez natężenia tego skurwysyństwa w żyłach gorączkę i ogólne wyczerpanie organizmu, reakcja ciała szczeniaka była opóźniona, przez to Jekyll zdążył się uchylić, to jednak nie wystarczyło, by całkowicie uniknąć pocisku składającego się z bluzy i piachu. Parę jego okruszków rozprysło się w powietrzu i zabłądziło pod powiekę Bernardyna, który, przeklinając pod nosem, przetarł oko w celu wypędzenia z niego obcych pyłków.
Uspokój się, zakichany bachorze — warknął, mrużąc gniewnie oko. Złapał go mocno za drżące ramię, by tym samym udaremnić mu ucieczkę. Dzieciak był przerażony, a perspektywa zostania z obcą osobą w jednym pomieszczeniu musiała go jeszcze dodatkowo zestresować i zdołować. Pech jednak chciał, że doktora ani trochę nie obchodził stan emocjonalny zarażonego. Nie był psychologiem, a empatia na przestrzeni wieków wyparowała bezpowrotnie. Chwyciły go zatem za drugie ramię i szarpnął nim porządnie, żeby tym samym zmusić go do złapania kontaktu z otaczającą go rzeczywistością.
Chcesz zdechnąć w prawdziwych męczarniach, tracąc przy tym świadomość i zmysły, a następnie obudzić się bez żadnych wspomnień i zwariować, nie dając sobie rady z mutacją? Czy jednak wolisz załagodzoną wersję swojej śmierci i pewność, że nie zeżre cię pustynne robactwo?
Zacisnął palce na karku szczeniaka, przyciskając jego twarz boleśnie do piaszczystego podłoża, by zagłuszyć jego ewentualnie, niepowołane w tych okolicznościach jęki. Mógł co prawda wykorzystać mięśnie Jarle’a, by go unieruchomić i wbić mu do żył te trzy pieprzone igły z substancją obniżającą natężenie poziomu wirusa X we krwi, jednakże zabawa w przedszkole się skończyła. To ten gówniarz powinien w końcu sam zdecydować o swoim marnym losie i wykazać jakąś inicjatywę, nawet jeśli w swoim aktualnym stanie mógł jedynie wić się z bólu.
Przestań wierzgać, szczeniaku, i w końcu się na coś zdecyduj. Jalla nie uratuje ci dupska. Nie tym razem. — Wysyczał mu do ucha. Nadal czuł szczypanie pod powieką. Zatem może w ramach zemsty powinien go ukatrupić tu i teraz, nie dając mu już na wstępie żadnych szans na przeżycie?
Prychnął, rozluźniając uścisk.
Będziesz grzeczny?
Mimo wszystko ten szczyl był za stary, by uciekać na widok igły, jak pięcioletni bachor. Przy aktualnym natężeniu bólu przecież nawet nie poczuje jak lekarz wbija ją pod jego skórę, by następnie wkuć się w jedną z żył, by dostarczyć do jego krwiobiegu opracowany przez siebie specyfik.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on Nie 26 Mar - 22:44
Upadł. Przytłoczony siłą Jekylla wbił się w klepisko ze skowytem, chwilowo niezdolny do samoobrony. Nacisk na karku nie ustępował, zaś wysyczane nieopodal głowy groźnie brzmiące słowa wtapiały się jak żrący kwas w skórę. Sabbath skoordynował ruchy kończyn górnych na tyle by być w stanie unieść lewą rękę i po omacku odnaleźć dłoń bernardyna, w którą wżął paznokcie. Dawno ich nie regulował. Były brzydkie, brudne i za długie, jednak ich ogólny stan prezentował się na tyle dobrze, że nie pękały i nie rozdwajały się by dodać kolejny problem do worka z nieszczęściami. Były wytrzymałe jak gdyby już ewoluowały w pazury, chociaż ich kształt, wygląd i funkcjonalność nadal temu przeczyły. Wżął je jednak jak zwierzę, nie będąc w stanie regulować siły nacisku palców. Nie był w stanie stwierdzić, czy chociaż naruszył skórę. Nie wiedział też czy trafił w żyły, czy może w któryś z nerwów… Nie znał się na anatomii i działał jedynie pod rozkazem podstawowego instynktu, który kazał mu chronić własną skórę. To nie tak że nie chciał współpracować. Gdyby nie gorączka i ogólne samopoczucie, pewnie nawet przystałby na jakieś dziwne, naprędce zaproponowane eksperymenty ot, z czystej ciekawości. W chwili obecnej kontaktował jednak na poziomie dwulatka i tyle rozumiał. Dla niego nie było już zdań złożonych.
Chciał wykrzyczeć mężczyźnie co o nim sądzi nie szczędząc brzydkich, nieuznawanych za przyzwoite słów. Chciał, jednak z przerażeniem odkrył, że nie jest w stanie. Najnormalniej w świecie zapomniał jak się składa i wypluwa zdania. Z jego ust uleciał jedynie nieartykułowany dźwięk przypominający pomruk zespolony ze zdławionym jękiem. Zupełnie jakby połknął wielki kamień, który naciskając na struny głosowe niwelował sposobność do swobodnego wyrażania myśli. To wstrząsnęło nim jeszcze bardziej, motywując do dalszego brnięcia w zaparte. Nawet jeżeli obrany przez niego kierunek prowadził tylko do cierpienia, Jekyll nie był jego matką by mu wmawiać że wszystko będzie dobrze. Jego zimne, długie palce dawały wrażenie sznura zaciskającego się z każdym chaotycznie łapanym oddechem. Sabbath wierzgał, nie potulniejąc wraz z jego słowami. Rozumiał ogólny zarys jednak nie docierało do niego jego psie położenie – coś w środku podpowiadało mu że się wyliże, a do tego potrzeba było jedynie spokoju i odosobnienia. Poukładania myśli.
Ogólnie miał relatywnie ładne, symetryczne rysy twarzy. Teraz jednak – brudny, pokaleczony, rozpalony i zły wyglądał jak echo nieprzyjemnej przeszłości. Jak ubogi krewniak ze wsi, który zagościł na chwilę na licu by zaraz podkulić ogon i pognać tam gdzie jego miejsce. Odnalazł w sobie skryte pokłady siły pozwalające mu szarpnąć własną ręką, by zmusić dłoń Jekylla do lekkiego zsunięcia się. Następnie przewalił się na plecy, by, tu mógłby podziękować łaskawemu losowi za długie nogi, sięgnąć stopą tułowia doktora, bynajmniej nie w celu pomiziania go stópką po brzuszku. Wraził pasiastą skarpetę gdzieś w istotę Jekylla, celując w twarz – jednak mijając się z celem. Nie był wystarczająco skupiony by osiągać to co zamierzał, jednak pewne sukcesy pozostawały. Trafił w ciało, tylko nie był w stanie powiedzieć gdzie. Był teraz zbyt zaaferowany ręką, która z karku przesunęła się na gardło. Wydał z siebie kolejne głuche warknięcie pomieszane z piskiem.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Jekyll on Sro 29 Mar - 2:29
Bernardyn czuł gorąco bijące od ciała Sabbatha, ale nie cofnął ręki od personifikacji grzejnika, nawet jeśli w późniejszym terminie, za sprawą upartego dążenia do celu, pojawi się na niej lady po oparzeniu w postaci licznych pęcherzy, które w efekcie końcowym pękną, dostarczając mu parę chwili intensywnego pieczenia. Ból nie był dla lekarza czymś złym - określał granice wytrzymałości stworzeń, którego do odczuwały, dodatkowo alarmował o złym stanie zdrowia i patologicznych zmianach w organizmie, czasem zachodzących zbyt szybko. Ten tutaj, wijący się pod nim niczym wąż przedstawiciel homo sapiens miał jeszcze chwilę na zreflektowanie się, a w tym stadium zarażenia powinien być już świadom, że się z tego nie wyliże, jednakże najwidoczniej nadal miał wystarczająco dużo siły, by sprzeciwiać się doktorowi. Chyba z samej przekory i paraliżującego go strachu. Chyba. Lekarz nie umiał się wczuć jego sytuacje, mimo iż sam kiedyś był w takowej.
Twarde płytki paznokcie przecięły w odwecie jego skórę. Reakcja była spontaniczna i pod wieloma względami niekontrolowana  - syknął, ciskając „kurwami” na lewo i prawo, lecz nie wycofał ręki. Nie teraz. Nie w tym momencie. Ten z szczyl za chwilę opadnie z sił i utraci wszelkie chęci do życia. Wywołało to efekt przeciwny od zamierzonego. Brytyjczyk mocniej zacisnął palce na drżącym karku, wbijając je do niego boleśnie, choć ta po chwili zsunęła się z niego na wystającą kość obojczyka.
Moja cierpliwość za chwilę się skończy, szczeniaku — wycharczał, mimo iż w tonie jego głosu nie pobrzmiewała typowa złość, a przynajmniej nie do końca. Została umiejętnie tłumiona przez kpinę, która została podkreślał sardonicznym uśmiech widniejącym na wąskich wargach Lisa.    
Och, najwyraźniej szczyl nie traktował jego gróźb jak biletu w jedną stronę i zmagazynował w sobie odpowiednio dużo energii, by się szarpać i tracić cenną siły do walki z wyniszczającym jego ciało wirusem. Wytrwały i uparty. Idealna ofiara upiornych w skutkach eksperymentów mężczyzny, który był wielokrotnie już utożsamiany z Kostuchą. Godne podziwu, ale za to adrenalina musiała pompować jego krew kilkokrotnie szybciej, co działo zdecydowanie na niekorzyść jej walecznego właściciela. Nieświadomie przyśpieszał proces przemiany. To skurwysyństwo nieustępliwie dokonywało kolejnych, trwałych szkód w jego organizmie.
Jekyll w ostatniej  chwili uchylił się przed zadanym mu ciosem, w efekcie czego dostał w bark. Czy miała to być subtelna, niewerbalna aluzja: "spierdalaj i daj mi umrzeć w spokoju"? Hah.
Kościste pośladki Jekylla usadowiły się na biodrach dzieciaka, tym samym tłumiąc jakiekolwiek akty sprzeciwu z jego strony. Co prawda masa ciała Brytyjczyka nie przekraczała w tym momencie nawet siedemdziesięciu kilogramów, ale był jednak pewny, że to skutecznie unieruchomi niepokornego pacjenta. Zacisnął dłoń na jego gardle i wykrzywił usta w okropnym uśmiechu. Jeśli smarkacz myślał, że Jekyll będzie go oszukiwał, zwodził i wmawiał, że będzie wszystko dobrze, to się grubo mylił. Nie był przykładnym lekarzem, zatem nigdy nie prognozował przyszłości, która w przypadku dzieciaka nie przedstawiała się kolorowo z jego uporem, nie pocieszał, nie składał niemożliwych do dotrzymania obietnic  - mówił jak jest.
Umierasz, gówniarzu, czy ci się to podoba, czy też nie. Ten proces jest nieodwracalny. Zdechniesz, trawiony przez kurewski ból, dławiąc się własnym rzygami i krzykiem, który ugrzęźnie ci w gardle. — Zacisnął jeden z placów na jego grdyce. —  Moja rola ogranicza się tylko do przyśpieszania tego procesu i skrócenia ci cierpienia. — Złapał w palce drugiej dłoni parę jasnych, brudnych i zakurzonych włosów, unosząc jego głowę na poziom swojego torsu. Pochylił się nad nim, łaskocząc linię żuchwy chłodniejszym od podwyższonej temperatury ciała dzieciaka oddechem. — Chcesz zobaczyć Jalla? Chcesz się z nim pożegnać, zanim umrzesz? Chcesz go ponownie zobaczyć, jak otworzysz oczy? Co, bachorze? — Wychrypiał wprost w jego ucho z wyraźnie słyszalnym angielskim akcentowaniem słów. O tak, nie mógł narażać Jarle’a na przebywanie w otoczeniu osobnika, który w każdej chwili może w akcie furii rzucić mu się do gardła. Ryby były w końcu w naturalnym środowisku konsumowane przez niedźwiedzie, a Jekylla obwiązywały zasady gangu, choć w tej materii ważniejszą rolę odgrywała jego słabość do tego rybiego osobnika. — Będzie to możliwe tylko po tym, jak wbiję ci do żyły wcześniej wspomniane przez mnie lekarstwo.
Głowa szczyla znów została przyciśnięta do piaszczystego podłoża, kiedy Jekyll wycofał rękę. Pasmo włosów pozostało na jego palcach. Zaczął się kolejny etap. Ostatni. Mniej niż dziesięć minut dzieliło szczeniaka od agonalnej śmierci. Za chwilę może być za późno na reakcje. Za chwilę jego serce się zatrzyma. Wszystko się zatrzyma. Życie. Czas. Zostanie tylko ból.
Męska decyzja, gówniarzu.
Jekyll nie potrzebował jego pozwolenia. Jeśli dzieciak nie da mu do zrozumienia, że przestał z nim walczyć, dostanie w ten swój atrakcyjny, teraz oblepiony potem i piaskiem, pysk. Ogłuszony przestanie się opierać i zacznie wreszcie współpracować. W końcu ładny z niego chłopaka. Szkoda, gdyby musiał się męczyć przez swój ośli upór…




Eh. Miało być tym razem krócej, ale wyszło jak zawsze, zatem nie sugeruj się długością.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on Sro 29 Mar - 20:10
Nie posiadał doświadczenia w umieraniu. Był to jego pierwszy raz, ale nie zamierzał zdawać niczego na piątkę z plusem. Nie było w tym czasu na refleksje, poprawki i doszkalanie się w jakimkolwiek zakresie. Było tu i teraz, a to nie odpowiadało mu z żadnej przyjętej perspektywy. Dlaczego? Być może właśnie dlatego, że to on umierał, widownia zaś nie była zachwycona tym spektaklem.
Wierzgnął i wycharczał coś niezrozumiałego. Uczuwszy kościsty zad Jekylla na sobie westchnął, pozbywając się wpompowanego do płuc powietrza. Nie krzyczał jedynie dlatego, że nie mógł sobie przypomnieć jak to się robi, zaś nie było czasu na zastanowienie się i powolną rozwagę. Ciężko było mu na powrót łapać oddech, nie będąc w stanie zdjąć z siebie ani ciężaru doktora, ani jego ręki. Ta przylegała go gardła Juna niczym druga skóra, wżynając się w brudną powierzchnię ciała z zaangażowaniem wartym specjalnego wyróżnienia. Gdyby Sabbath widział to z innej perspektywy zapewne byłby w szczerym szoku, że kość gnykowa jeszcze mu nie pękła – chociaż było blisko. Jeżeli pod przykrywką uczynności weterynarza Jekyll chciał posłać go na tamten świat był zdecydowanie na dobrej drodze.
Junowi ciężko było skoordynować ruchy. W większości wierzgał rękami i nogami na oślep. Chciał skopać plecy mężczyzny kolanami, ten jednak usiadł z wyczuciem, blokując mu w większości ruchy bioder poprzez obniżenie pozycji. Mógł jedynie szorować piętami po klepisku, dodatkowo raniąc sobie nogi o pomniejsze ruiny niegdysiejszego sklepienia. Dłońmi udało mu się sięgnąć przedramion lisa, wżynając mu brudne paznokcie w rozpaczliwym powtórzeniu poprzedniego ataku. Chciał zmusić go by zelżał nacisk na gardło i pozwolił mu złapać oddech. Nie był w stanie unieść rąk nad głowę i skapitulować. Pulsujący ból głowy doprowadzał go do białej gorączki, syczący i jawnie krzywdzący go doktor był najbardziej niemiłym dodatkiem jaki mógłby sobie wymyślić do swojej sytuacji. Nie lubił go. Nie cierpiał. Nie pojmował dlaczego ten tak uparcie ogranicza jego wolność. Cały Jekyll był dla niego czerwonym ogniem składającym się na nieprzyjemne kajdany. Bał się go niczym diabeł święconej wody już nie jedynie przez wzgląd na to, że każda żywa istota stanowiła dla niego w tej chwili zagrożenie. Asortyment bernardyna zrobił na nim potężne wrażenie a sama myśl, że któraś z igieł mogłaby zawędrować choćby w pobliże jego ciała sprawiała że drżał – bynajmniej nie z podniecenia. Nie rozumiał dlaczego obaj tak nalegali na ten zastrzyk. Od dobrych kilku godzin żadne logiczne argumenty nie przedarły się przez solidny mur utkany z paranoi i pogorączkowych przewidzeń. Nie da się skrzywdzić. Nie da sprawić sobie kolejnego bólu. Nie da się spacyfikować jak byle dziecko byle dorosłemu. Paliły go wszystkie kości, jedynie siłą woli wstrzymywał łzy i wymioty. Skręcało go w środku, a wszystkie przeguby swędziały tak, jakby stado pcheł wgryzało się kaskadowo głęboko w tkankę. Miał ochotę zdzierać ją z mięśni całymi płatami, byleby tylko przyniosło mu to wyczekaną ulgę. W środku krew gotowała się naprzemiennie z tężeniem. Połączenia nerwowe poddawały się dostarczając mu kolejnej porcji wrażeń. Cud że udawało mu się jakoś skupiać wzrok na Jekyllu zamiast wić i rzucać się po ziemi.
Jego przewagą okazał się być sam Jekyll. Jego niedbale związane włosy były celem tak idealnym, że szkoda było nie skorzystać. Miał kilka podejść, starając się pochwycić je lewą dłonią. Prawa ciągle starała się jak najmocniej podrapać napastnika w rękę, która zbyt bardzo polubiła się z fizjonomią Naokiego. Sięgał… Paraliżujący ból wyginał jego kręgosłup w chińskie zero i nakazywał mu ciasne przyleganie do chłodnej, ubitej ziemi. Sięgał ponownie, po czym poddawał się bolesnym skurczom zbyt napinanych ud i łydek. Burczał obelgi w tylko sobie znanym języku i sapał niczym husky w zaprzęgu. Sięgał… I udało mu się po czasie, zdawałoby się, dłuższym niż włosy doktora. Szarpnął, wplatając chaotycznie palce w kosmyki i zwierając całą dłoń w pięść. Jekyll był w tej chwili większy od niego, dlatego liczył że jakoś uda mu się zmusić go do zejścia mu z bioder, by ponownie mógł spróbować uciec w siną dal i tam wylizywać rany. W tej samej chwili szczerzył zęby gotowy do wgryzienia się w miękką, ciepłą skórę mężczyzny i oderwania sycącego kawałka jego policzka. Chciał mu zrobić krzywdę – to nie podlegało wątpliwościom.

Jak Kuba Bogu, doktorku.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Jekyll on Pią 31 Mar - 17:29
Dr był świadom, że ten dzieciak nie wykaże żadnej inicjatywy, czy też chęci współpracy Stąpał po kruchym lodzie. Jeden nieodpowiedni ruch, a jego życie zostanie ukrócone przez coraz większe zniecierpliwienie Bernardyna, która rosło wraz z przybierającymi na intensywność natarczywymi aktami sprzeciwu ze strony zarażonego.
Jekyll, zbyt skoncentrowany na tym, by samym spojrzeniem zmusić smarkacza do uległości, zapomniał, iż ten miał do dyspozycji jeszcze parę w pełni sprawny rąk.  Czując jak ten nadal się szamota i walczy z niewidzialnym wrogiem, wzmocnił uścisk na jego spoconej skórze, by tym samym ograniczyć mu jeszcze bardziej dostęp do tlenu. Jeśli na początku zdiagnozował go jako przypadek niewyróżniający się na tle innych, popełnił druzgocący błąd w ocenie sytuacji. Najwidoczniej Sabbath nadal walczył z bezlitośnie zaciskającymi się na jego ciele mackami śmierci, wykrzesując z siebie niesamowite jak na jego obecny stan zasoby energii.
Z ust lekarza wydobył się niemal zwierzęcy warkot, kiedy został pociągnięty za swoje łamliwe włosy, które powinny już dawno zostać ścięte, ale mężczyzna ubzdurał sobie, że skróci je drastycznie dopiero wtedy, kiedy finalnie odkryje lęk na wirusa X. W jego oczach zebrały się łzy, świadczące o tym, że jego receptory bólowe nie były tak otępiałe jak niemal nieistniejąca, rozwidlona na przestrzeni lat wrażliwość emocjonalna. Trudno było jednak jednoznacznie określić, czy były one związane z bólem właśnie, czy wściekłością, która mogła w każdej chwili odbierać doktorowi umiejętności logicznego myślenia.  Otóż poziom natężenie wirusa w jego krwi znów poszybowało w górę i gdyby nie drugi morderczy wirus w jego krwiobiegu, najprawdopodobniej awansowałby na poziom e i poddałby się całkowicie swoimi zwierzęcym instynktom, które pojawiły się na skutek dołączenia do jego ciała lisiego DNA. By zaakcentować niestabilność pod względem wytwarzanych przez jego organizm krwinek czerwonych, w jego włosach, poza jego jakąkolwiek kontrolą, pojawiła się para uszu ówże zwierzęcia, które kiedyś stadnie występowało na terenach dawnej Anglii.
—   O nie, tak się bawić nie będziemy, bachorze — wysyczał przez zaciśnięte zęby, wkładając w ton głosu tyle jadu, ile był w stanie z siebie wykrzesać w obecnej sytuacji. Twarz wyraźnie mu po czerwieniała, ni to ze złości, ni to przez nękającą jego ciało gorączkę i dodatek w postaci nienaturalnego ciepła bijającego od ciała dzieciaka. Właśnie drażliwość doktora sięgnęła swój limit, a w tej formie był bardziej destrukcyjnie, niż ktoś mógłby sobie wyobrazić. Zresztą samo doprowadzanie go do takiego stanu nie było rzeczą prostą do zrealizowania (przednim udało się to tylko Hyde’owi), zatem Sabbath po pewnym względem zasłużył sobie na tytuł wirtuoza w tej dziedzinie, mimo iż znali się góra trzydzieści minut.
Jedna z dłoni sięgnęła po skalpel, druga zacisnęła się boleśnie na ręce chłopca, jakby doktor chciał przekazać niewerbalnie "puszczaj, skurwielu", ale widocznie pacjent nie miał takowego zamiaru. Wobec tego, Dr, zamiast zjeść z jego bioder, zgiął nogę w kolanie i docisnął ją do krocza zarażonego.
Jeszcze raz coś odpierdolisz, to cię zajebię — zagroził, przyciskając skalpel do jego skóry w okolicy gardła. Póki co tępą stronę narzędzia chirurgicznego, ale to w każdej chwili mogło się zmienić. Żyłka na jego skroni pulsowała gwałtownie, a na czole pojawiła się sieć ujmujących mu urody zmarszczek. Brakowało tylko toczącej się z ust piany.  
Och, naprawdę mógł zrozumieć, że szczyl był rozdrażniony i cierpiał katuszę przez rozwijające się w nim skurwysyństwo, dodatkowo był zdezorientowany,  bo tracił nie tylko kontakt z rzeczywistością, ale również czucie w postrzegalnych partiach ciała, ale nie miał zamiaru biernie się przyglądać, jak jego uczynność zostaje poddawana niekorzystnej próbie. Oj, nie. Nie prowadził fundacji charytatywnej, a jednak przyszedł do tego śmierdzącego stęchlizną, brudnego miejsca, nie oczekując na nic, oprócz bezwzględnego posłuszeństwa ze strony pacjenta i jego minimalnego zaangażowania swój beznadziejny stan zdrowia. Czy naprawdę tak dużo wymagał?
Zaśmiał się ochryple, kiedy szczyl kłapnął zębami parę centymetrów przed policzkiem lekarza.
No, ugryź mnie, a to skurwysyństwo nie będzie jedynym twoim problem — warknął w ramach groźby, mimo iż w tym wypadku wścieklizna nie była realnym zagrożeniem dla Sabbatha. Do jej zarażenia dochodziło przy kontakcie krwi z krwią, zatem dzieciak mógł tylko nabawić się niestrawności, jeśli zjadliwość Jekylla przekładała się na jego wiek, datowany na tysiąc lat z kawałkiem. Nie miał zamiaru ograniczać się tylko do słownego podstępu. Zresztą bachor miał już problemy z koncentracją i kontaktowaniem z rzeczywistością, dlatego też Bernardyn wątpił, że jego słowa w jakikolwiek sposób nim wstrząsnął. Adrenalina w tej materii też robiła swoje. Przyśpieszony puls. Szybsza praca serca. Przyśpieszone pompowanie krwi przez żyły i tętnice. Poczucia zagrożenie. Te wszystkie czynniki wypływały na reakcje Jekylla, który nie miał zamiaru tracić kawałka policzka, rozszarpanego przez mocne zębiska tego niesubordynowanego szczyla, tylko dlatego, że wyciągnął do niego pomocną dłoń i chciał mu ulżyć w cierpieniu. Tak w tych czasach okazywało się komuś swoją wdzięczność?
Kiedy z jego ust znów uleciała wiązanka przekleństw, pochylił się nad nim z impetem, uderzając czołem o jego skroń. Jekyll nigdy nie był silny fizycznie, ale nadrabiał, dzięki swojej wiedzy o ludzkiej anatomii, która pomagała w lokalizowaniu punktów witalnych. Umiał zatem nawet ze swoją ograniczoną dyspozycyjnością siłową komuś zaszkodzić, a ledwo żywy królik doświadczalny w tej materii nie był żadnym wyjątkiem od reguły. Nie stanowił też żadnego realnego wyzwania dla lekarza. Dodatkowo cios wymierzony mu był przez doktora przemyślany i odpowiednio wyważony. Nieprzemyślane uderzenie w ten punkt na głowie mogło doprowadzić do wstrząsu nerwowego, zaburzania zdolności widzenia, utraty nieprzytomności oraz wielu innych drastycznych w skutkach konsekwencji, jak pęknięcie kości czaszki i nieodwracalne uszkodzenia leżących pod nim naczyń.
Głuchy jesteś, szczylu? Substancja, które chcę ci wstrzyknąć, choć na nią nie zasługujesz, na pewno ci nie zaszkodzi. — Tego doktor był akurat pewien. W końcu przez długi okres czasu testował ją na sobie i tylko dzięki niej utrzymał to skurwysyństwo na przysłowiowej smyczy w swoim organizmie. W innym wypadku już dawno przestałby wykonywać swój zawód, pożarty przez tkwiące w nim zwierzę. — Może albo pomóc, albo nie przynieść pożądanego rezultatu, w efekcie czego wirus będzie boleśnie rozwijać się w twoim ciele. Wóz, albo przewóz, gówniarzu.
Odsunął się do niego na bezpieczną odległość, miażdżąc go stalowym spojrzeniem zielonych, w tym oświetleniu, zielono-szarych tęczówek. Czasem nie dało się uratować tonącego, jeśli ten nie wykazywał takowych chęci. Co prawda mógł go pozbawić przytomności i zacząć działać, ale po co? Skoro gówniarzowi nie przeszkadzała zabójcza dawka bólu…


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on Nie 2 Kwi - 13:36
Początkowo z wnętrza budynku, w którym Jekyll toczył zawzięty bój z Sabbathem nie doszedł go żaden, nawet najmniejszy dźwięk, który mógłby go zaniepokoić. Halliwella od zawsze darzył szacunkiem i wiedział, że Brytyjczyk mimo braku jakiejkolwiek empatii był naprawdę świetnym doktorem, który potrafił pomóc niejednemu trudnemu przypadkowi, więc Jarle zakładał, że zarażony jest w dobrych rękach. Poza tym Jekyll był jedynym znajomym medykiem oswojonego, który bez problemu zaaprobował udzielenie swojej pomocy medycznej. Topielec mógł być z siebie dumny, że tak szybko udało mu się znaleźć specjalistę, który zgodził się podjąć ryzyko i zająć się niełatwym pacjentem. Pokładał w Doktorku wszelkie nadzieje — był jedyną, a zarazem ostatnią szansą dla Juna.
Czuł się trochę niepotrzebny — Jekyll nie potrzebował jego pomocy. Próbował znaleźć sobie jakiekolwiek pożyteczne zajęcie. Pogrążył się w myślach, próbując wymyślić coś, co mogłoby pomóc mu spożytkować czas. Powstał leniwie, a jego kości charakterystycznie strzeliły, jakby siedział nieopodal zrujnowanego budynku dobre kilkanaście minut, choć właściwie to nie wiedział ile minęło odkąd opuścił doktora i jego pacjenta. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć, bo gdyby okazało się, że cała „operacja” trwa zbyt długo to jego ciało przejąłby niezdrowy niepokój, o którym starał się nie myśleć.
Rozruszał ręce i nogi, a potem po prostu ruszył przed siebie, idąc wzdłuż pozostałych, rozwalonych budynków. Jego lewa ręka przesuwała się po kamiennym, zniszczonym murku, jakby badała jego strukturę. Nieraz zahaczał przydługim paznokciem o jakiś wystający kamień, co sprawiło, że przestał „badać” pozostałości po budynkach. Wciąż jednak szedł przed siebie, coraz to bardziej oddalając się od miejsca, w którym Jekyll siłował się z trudnym przypadkiem.
Zza pleców dobiegł do bliżej nieokreślony dźwięk. W pierwszej chwili zamarł, a w jego głowie układał się jeden z najgorszych scenariuszy. Odwrócił się w stronę jedynego, dość dobrze uchowanego budynku, w środku którego zostawił Halliwella i Juna. Wytężył wzrok, jakby to właśnie te poważnie zniszczone zabudowania miały mu powiedzieć co właściwie dzieje się w środku, jak radzi sobie doktor. Kilka głębszych wdechów i wydechów uspokoiło go, a dźwięk, który wcześniej usłyszał uznał za... odgłosy natury, a raczej jej pozostałości, bo w Desperacji trudno było cokolwiek nazwać naturą.
Wiatr rozwiał niebieskie włosy wymordowanego, a on stanął w miejscu, czekając aż wicher się uspokoi. Poprawił fryzurę ręką, odgarniając część niebieskich kosmyków na bok, a potem rozejrzał się jeszcze po pobliskich ruinach. Podszedł do murku, który rozpościerał się nieopodal, a potem zwyczajnie się o niego oparł, kątem oka zerkając w stronę budowli, która robiła za izbę lekarską.
Powinien już wracać? Sam nie wiedział, jakoś nie chciał przeszkadzać Jekyllowi w jego pracy. Trochę obawiał się, ze takie niespodziewane wtargnięcie mogłoby tylko zaszkodzić i zdekoncentrować Doktorka, a tego wolał uniknąć. W ogóle nie chciał się mu naprzykrzać, bo przecież w razie potrzeby miał wołać, prawda? A nie wołał, co było jasnym komunikatem, że daje sobie radę.
W kilka minut dotarł do budynku, w którym był Halliwell i Sabbath. Zatrzymał się przed nim, bo wciąż był rozdarty i nie wiedział jak powinien postąpić. Niby minęło już trochę czasu i Lis powinien się już należycie zająć swoim pacjentem, ale z drugiej strony ta straszliwa cisza była niepokojąca i z pewnością nie była zwiastunem samych dobrych wieści.
Kolejny wdech, kolejny wydech.
Postąpił kilka niezdecydowanych kroków w kierunku wejścia do budynku, przymykając przy tym oczy. Dopiero po przekroczeniu progu rozwarł powieki, pozwalając sobie omieść spojrzeniem pomieszczenie. Bez problemu namierzył tę dwójkę, której zaufał, a która wydawałoby się, że nie doszła do „porozumienia”. Sabbath leżał na podłodze i nie wyglądał jakby mu się nagle polepszyło, ba, nawet wyglądał dużo gorzej. W bezpiecznej odległości od zarażonego znajdował się Jekyll. Cała ta scena wyglądała jakby dopiero co zakończyli bój.
Co tu się... — Nie dokończył, bo przez zdenerwowanie jego wargi zaczęły niebezpiecznie drgać. W jego dotychczas spokojnym spojrzeniu pojawił się niezdrowy błysk, który w niebieskich oczach właściciela rybich genów nie pojawiał się zbyt często. Teraz łatwo zauważalna była złość, która powoli wypełniała każdą komórkę ciała Topielca. Mimowolnie zacisnął szczękę, a nieustające dranie ust jedynie odsłaniało rządek jego zębów.
Od razu ruszył w stronę tej dwójki, która wyraźnie mu podpadła. Najpierw zwrócił się w stronę Doktorka, obdarowując go jakby karcącym spojrzeniem. Pochylił się, łapiąc go za przedramię i nie zważając na to, że twarde, niebieskie pazury znacznie naruszyły strukturę skóry Halliwella. Przyciągnął go do siebie jednym, stanowczym szarpnięciem tak, że ich twarze dzieliła naprawdę mała odległość. — Miałeś się nim zająć, a nie go dusić. — Odwrócił się na moment w stronę zarażonego, by sprawdzić czy nie przyszło mu do głowy, by wziąć nogi za pas i uciec jak najdalej. Chociaż z drugiej strony jego aktualny stan nie pozwoliłby mu na długotrwały trucht, a co dopiero bieg. Upewnił się również, czy Sabbath ma na szyi ślady dłoni Doktorka, bo przecież nie chciał rzucać bezpodstawnych oskarżeń. Kilka sekund później znowu wbił spojrzenie w długowłosego, nadal kurczowo trzymając jego rękę.
Miałeś mnie wołać w razie kłopotów, a nie bawić się w Zosię Samosię. Myślałem, że wszystko gra... — Puścił jego rękę, by tym razem zwrócić do ich obu jednocześnie. — ...ale Wy musieliście się pogryźć. Jak dzieci. — Z ust wyrwało mu się westchnięcie pełne zrezygnowania.
Ruszył do Sabbatha (o ile Jekyll umożliwił mu odejście) i pomógł mu na nowo oprzeć się o pozostałości ściany, a w razie jakiegokolwiek ataku z jego strony był gotowy użyć nagromadzonych wcześniej pokładów siły. Bez problemu mógł zacisnąć na jego ciele swoje dość silne dłonie i przytrzymać go, by ten przestał się wierzgać.
Przytrzymam go, a Ty rób swoje. Pomogę, skoro sam nie potrafiłeś się nim zająć. Weź te swoje strzykawki i zaaplikuj serum. Bez jego zgody, tym razem ja zadecyduję, on jest w tak złym stanie, że nie potrafiłby dodać dwóch do dwóch. — Wbił spojrzenie w medyka, a w tym samym czasie miał zamiar mocniej złapać Sabbatha, chociaż po części uniemożliwiając mu kręcenie się. — Chcemy pomóc, głupku.


Ostatnio zmieniony przez Jarle dnia Czw 6 Kwi - 19:13, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on Nie 2 Kwi - 14:36
Wył. Wył z bólu jak ranne psisko, nie mogąc opanować głosu i przywrócić się do porządku. Całe jego wnętrze kurczyło się i rozszerzało tak drastycznie, że nie nadążał za zmianami i zmuszony był poddawać się kolejnym, nieprzyjemnym falom kaskadami zalewającym wszystkie organy. Żółć cofała mu się przez przełyk, a gruczoły potowe pracowały na najwyższych obrotach. Łupanie w głowie nie poprzestawało na delikatnym smyraniu knykciami czaszki od wewnątrz – rozgorzał płomień prażący zwoje mózgowe, przeciskający się najwęższymi kanalikami aż do rdzenia kręgowego i tam paraliżujący większość ruchów. Łzy samoistnie wylatywały spod powiek, rosząc brudną twarz Sabbatha nierównomiernymi ciapkami. Agresor, który załączył mu się w zwarciu z Jekyllem nie odpuszczał, podgrzewając atmosferę kolejnymi podszeptami o słuszności rozorania mu twarzy paznokciami. Czuł narastającą w sobie potrzebę zagłębienia zębów w jego ciele, w irracjonalny sposób wierząc, że to przyniesie mu ulgę. Nie wiedział co innego mógłby ze sobą zrobić. Nigdy nie był w takim stanie. W mieście dbano o to by nie zachorował zbyt mocno, zaś medykamenty, które regularnie wmuszała w niego matka hamowały wszelkie procesy wiążące dyskomfort z bólem, nudnościami czy ogólnym odchyleniem od normy. Chciała dla niego jak najlepiej i właśnie przez to dopiero teraz dochodziła do niego feeria wrażeń powiązanych z oderwaniem od matczynej spódnicy. Był zdany tylko na siebie i zdecydowanie nie radził sobie z ciężarem tej odpowiedzialności.
Wyszczerzył zęby rycząc i przymierzając się do kolejnego ataku na godność Jekylla. Jego spojrzenie pełne było nienawiści, agresji i zezwierzęcenia stosownego dla ludzi, którzy zdążyli zapomnieć że nimi są. W chwili obecnej cały składał się tylko z bólu, pulsowania i krwawienia. Zdążył napiąć mięśnie szyi by wystrzelić głową w kierunku krtani doktora, nim ten ubiegł go i przydzwonił mu czołem w skroń. Junichi zadławił się własnym językiem, rozwierając mocno powieki i jakby zupełnie tracąc zdolność powarkiwania. Zadzwoniło mu w uszach. Zobaczył chyba wszystkie gwiazdozbiory zebrane nad miastem nim zdążył złapać się za twarz i zajęczeć boleśnie. Lekarz wykonał swoją krytyczną setkę – udało mu się na chwilę ogłuszyć pacjenta, pozbawić go orientacji w terenie, czasie i przestrzeni. Gdy zwalił się z niego, Sabbath skulił się do pozycji embrionalnej, cały czas wciskając palce w obolałe czoło i wzdychając pod nosem. Guz z potężnym siniakiem, jakie walczyły o dominację na jego twarzy, powoli manifestowały swoje narodziny. Nie miał zbyt mocnych żył, dlatego wylewy podskórne nie były dla niego nowością. Za kilka minut, czy też godzin i tak będzie wyglądał jak Sabbath I Łaciaty – władca ciapek i nie było na to rady.
Wstrząsnęła nim fala kaszlu, co przez zaciśnięte, skwaszone wymiocinami gardło spowodowało kolejne zakrztuszenie. Wypluł na klepisko ślinę pomieszaną z piachem i krwią. Opuściła go większość sił przez co nie ponowił próby wydostania się, chociaż cały czas zerkał na wyjście jak głodny na pęto kiełbasy. Piszczał coś nieartykułowanego pod nosem niezdolny do skoncentrowania wzroku na Jalli, który wtargnął w ich małe przedstawienie. Ciągle nie wróciły mu zdrowe zmysły, dlatego też wymordowany wykazywał się żelaznymi jajami podchodząc do niego tak na luzaku. Ciśnienie krwi w żyłach miał tak wysokie, że gotów był w każdej chwili wybuchnąć, zaś frontalny atak zębami był tylko kwestią czasu. Warknął w kierunku niebieskowłosego, gdy ten podźwignął go do siadu i oparł o ścianę. Naparł na jego ręce własnym ciężarem, chociaż ten zdawał się nic nie znaczyć w chwili obecnej. Zupełnie jakby Jarle miał do czynienia ze szmacianą, bezwolną lalką, którą mógł przekładać z kąta w kąt i bawić się, kiedy tylko miał ochotę. Adrenalina napędzała emocje i odruchy Juna. Nie wiedzieć kiedy zaczął krwawić z ust i nosa, a i w lewym uchu zakotłowało się od czerwieni. Ciśnienie rozsadzało mu czaszkę, zaś temperatura tylko podsycała wrogość, teraz ogarniającą całe jego jestestwo. O ile wcześniej miał Jallę za zdrajcę, teraz w ogóle go nie rozpoznawał. Wystarczyła jedynie krótka chwila obecności Jekylla by wirus zrobił swoje – upojne przekomarzanie się pacjenta z lekarzem pozwoliło wirusowi siać dalsze spustoszenie, przez które Sabbath wyglądał jak po czułym spotkaniu z lokomotywą. Powoli na odsłoniętych fragmentach ciała (a było ich relatywnie sporo ze względu na potargane odzienie) wykwitały brzydkie kwiaty sińców. Jeżeli wcześniej myśl o śmierci była tylko spokojną alternatywą, teraz zdawał się pragnąć jej jak niczego na świecie. Skulił się pod ścianą, by odciąć im dostęp do siebie i nie dać się bardziej skrzywdzić. Chciał by wymordowany przestał go dotykać. By go puścił i odszedł, zostawiając w spokoju. Cały był bólem i nie myślał kategoriami przyszłości. Było tu, teraz, w tej chwili. Potrzeba zaaplikowania zębów w szyję wrogów rosła z każdą sekundą, w której kumulował w sobie z wolna nowe siły.
Piszczał przy tym jak ranione zwierzę.


info:

Przy ewentualnej iniekcji proszę wziąć pod uwagę pękające żyły Sabbatha i fakt, że te na obu przegubach dłoni i zgięciach łokci są mocno zabliźnione przez częste kłucie za dzieciaka. Jego fobia nie pozwoli się nikomu zbliżyć do niego z wyciągniętą strzykawką, więc trzeba go albo znokautować, albo mocno trzymać, albo brać z zaskoczenia i liczyć się z ewentualnymi konsekwencjami.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 6 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next

Powrót do góry

- Similar topics