Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 52 z 52 Previous  1 ... 27 ... 50, 51, 52

Go down

Pisanie on 03.06.20 1:45  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
  Jej dłoń zsunęła się z miękkich włosów, przemknęła po nodze i opadła na drewniany, ostry kant skrzyni. Oczy, na żywo kolorowe jak tęcza na rozbryzgu benzyny, były wyblakłe i zszarzałe. Spojrzały na twarz leżącego na jej kolanach mężczyzny, a potem powieki skryły je do połowy, gdy kobieta przymrużyła ślepia.
  – Jesteś pewien, że chcesz iść? – spokojny głos miał w sobie coś pretensjonalnego. Hamowała się ze względu na stanowisko jakie pełnił, ale mimo szacunku nie potrafiła zrezygnować z własnego charakteru; a ten nakazywał się wtrącić. Złapać go ręką, tą samą, którą przed momentem gładziła rozwichrzone pasma białych kosmyków – i potrząsnąć nim gwałtownie. Chciała go wybudzić.
  – Znasz plotki jakie krążą po Apogeum. Przecież to jasne, że dotarły do Kościoła. A stamtąd to już tylko kilka kroków do proroka. Będzie próbował sztuczek.
  Mężczyzna oparty skronią o jej kolana skrzywił się lekko, ale nic nie powiedział. Gdyby nie nagły ruch warg, wydawałoby się, że usnął.
  Za ciężkimi drzwiami ktoś przeszedł. Słychać było narastający dźwięk kroków, a potem – płynnie – zaczęły zanikać, gdy postać przeszła obok pokoju Growlithe'a, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Sam powinien być już w drodze.
  – Nie odwiodę cię od tego głupiego pomysłu, racja? – żachnęła się, zaraz potem ciężko wzdychając. – To będzie samobójstwo.

  Nie szedł sam. Nie szedł w nieznane tereny, nie szedł tym bardziej do siedziby tej sekty. Nie zamierzał spotkać się na warunkach samozwańczego mesjasza – bo znał ten typ. Manipulatorskie ścierwa gotowe chwycić po każdy, najbardziej plugawy chwyt, byle wygrać. Nic nowego. Bez siły fizycznej trzeba kantować. Jak dobrym był więc kłamcą, że postawił Kościół na nogi? Ile nowych bajek wysnuł, aby zebrać utraconych wiernych, zapełnić ołtarze, na nowo rozgrzać uwielbienie do Ao w ich zniechęconych umysłach?
  Dlaczego nikt nic wcześniej o nim nie słyszał?
  – Wpadnę za jakiś czas. – Rainbow sprowadziła idącego w milczeniu Wilczura z letargu. Uniosła lekko brew, jakby tylko tym mogła go zapytać, gdzie odleciał tym razem. – Potem usiądę przy jakimś stolę. Będę po prostu pod ręką, okay?
  Czy czuła, choćby podskórnie, jak smolisty pysk dotyka jej zwisającej wzdłuż boku ręki? Jak lepki jęzor niczym papka błota cudem trzymająca się stałej formy przejeżdża wzdłuż nadgarstka aż do łokcia? Kiedy poruszyła ramieniem, podniósł wzrok. Musiał się skupić, na litość boską.
  – Nie sądzę, żeby nasz nowy wybraniec odważył się na zrobienie show w samym środku Przyszłości. To nasz rewir. Wie o tym.
  Barki Dobermanki uniosły się i opadły; podobnie pewnie jak jej entuzjazm.
  – A ile my o nim wiemy?

  Drzwi Przyszłości otworzyły się prawie bezgłośnie; skrzypnięcie utonęło w gwarze, rozmowach, śmiechach, licytacjach, w składanych do barmana zamówieniach. Noc bywała najbardziej gromką porą doby – wtedy schodziły się tu drapieżniki. Zmęczone po całym dniu uciekania, walczenia i po licznych przekrętach, zasiadały przy stołach, wlewały w siebie dziesiątki litrów, operowały kijem przy wybrakowanych bilach w grze, której zasady zostały już zapomniane i zastąpione zupełnie nowymi. Łatwo było odpocząć nawet pomimo całego szumu i anonimowości.
  Ciężkim krokom Growlithe'a towarzyszyło postukiwanie psich pazurów. Idący tuż obok niego pies sięgał mu do biodra; jego zmierzwiona, czarna sierść przypominała najciemniejsze zakamarki baru. Płasko położone po sobie uszy świadczyły o niepewności zwierzęcia – i być może dlatego ręka wymordowanego przytrzymała drzwi, nim te z powrotem się zamknęły.
  Usta wypowiedziały komendę; najtęższe zmysły nie dałyby rady wychwycić słowa, które cofnęło olbrzymiego wilczura. Pies zniknął, pozostając jednak na zewnątrz.
  Podkrążone oczy barmana skierowały się ku nadciągającemu od wejścia Wilczurowi. Długie nogi wymordowanego poruszały się pewnie, jednak stabilizator na prawym kolanie od razu zwracał uwagę. Nie wydawało się, aby mężczyzna szczególnie utykał, ale sam widok czegoś, co wspierało jego zwykle niemożliwe zdrowie, zakrawało o cud. Na twarzy błąkał się uśmiech; zmęczony grymas kogoś, kto wie, że powinno się mu zafundować dobrą zabawę, a mimo tego...
  – Do pełna, Bobby – rzucił, kładąc łokcie na zadrapanej jak kora drzewa powierzchni baru. – To co zawsze.
  Wsunął się na wysokie miejsce. Rozchwierutany hoker przyjął jego ciężar tylko na słowo honoru; wydawało się, ze jeden nieostrożny ruch, a mebel pęknie w cienkich nogach.
  Wilczur nie przypominał kogoś, kto by się tym przejął. Z rękoma skrzyżowanymi na blacie obrócił głowę. Usiadł tuż obok białowłosego mężczyzny, a gdy na niego spojrzał, od razu unosząc wyżej kącik ust. Szerszy uśmiech stracił na jakiejkolwiek przyjazności.
  – Wstrząsnąłeś całą Desperacją, żeby doszło do tego spotkania. Mógłbyś przynajmniej zmienić minę. – Stuknął gruby spód szklanki postawionej tuż przed Growlithem. Na jej ściankach perlił się topniejący szron. Lód równie zimny jak aura proroka. – Taki ładny chłopiec, a takie nieładne niezadowolenie. Mama nie wspomniała o tym jak ważne jest pierwsze wrażenie przy interesach?




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 03.06.20 3:04  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
Przez te wszystkie lata wielokrotnie wspominał brata. Zastanawiał się jakby wyglądał, gdyby żył. Jak wyglądałoby ich wspólne życie. Być może gdyby ich życie potoczyło się inaczej, to Akela nigdy nie dołączyłby do kościoła, a w efekcie czego - ostatecznie nie objąłby najważniejsze funkcji wśród wyznawców Ao.
Później, kiedy zupełnie przypadkowo go zobaczył i zrozumiał, że Jonathan przez cały ten czas żył i go porzucił, czyli po prostu zdradził, w swojej głowie wielokrotnie rozgrywał wiele scenariuszy ich pierwszego spotkania, rozmowy, spojrzeń w oczy. A scenariusze były wszelakiej maści, różnorodne i każdy kolejny coraz bardziej dziwny i absurdalny. Tak więc Wilczur wielokrotnie był zabijany i torturowany; tak samo jego Psy cierpiały i zdychały na oczach ich kochanego przywódcy; były też momentu, w których Akela nie wytrzymywał i wygarniał wszystko Jace'owi by ostatecznie skończyło się między nimi na długiej rozmowie, podczas której opowiadaliby sobie o tym, co przeżyli przez te wszystkie lata.
Ostatecznie Akela musiał odłożyć na bok swoją prywatną zemstę na zdradzieckim bracie. Na pierwsze miejsce wysuwało się dobro całego kościoła i na tę chwilę prorok nie mógł sobie pozwolić, aby ich narazić. Jeszcze nie teraz. Najpierw muszą nabrać sił, a dopiero potem....
Nie musiał odwracać się, by zorientować się o jego obecności. Wyczuł go. Wyczuł go całym sobą jak się zbliża. Każda komórka w ciele krzyczała, że tu jest, że siada obok, zamawia alkohol. Jego ostry zapach wymieszany z krwią i ziemią uderzył w jego nozdrza. Zapach tak bardzo obcy od tego, co zdołał zapamiętać, a jednocześnie niosący ze sobą zakazaną nutę sentymentu.
Dopiero po chwili, wręcz leniwie odstawił trzymaną do tej pory szklankę i odwrócił głowę, podpierając ją na swojej dłoni, wpatrując się w mężczyznę.
- Co ci się stało w oko? - zapytał nagle unosząc jasne brwi ku górze w geście szczerego zaskoczenia, wpatrując się w złotą tęczówkę mężczyzny. Nim jednak ten zdołał odpowiedzieć, Akela uśmiechnął się wesoło, niemalże radośnie i promiennie.
- Dziękuję za tak miły komplement! Niestety, ale nie nauczyła mnie tego jak i wielu innych. Ale kto wie, może gdyby miała szansę to mogłaby nauczyć mnie wielu przydatnych rzeczy! Wtedy mógłbym być nie tylko ładnym chłopcem z głową do interesów robiącym dobre pierwsze wrażenie, ale do tego byłbym silnym i niezwyciężonym! - klasnął w dłonie, ożywiając się nagle i odpowiedział mu a dookoła Akeli pojawiły się sparkle na wspomnienie jakże niedoścignionego marzenia.
- Szczerze zazdroszczę, że twoja mama nauczyła cię tego wszystkiego. - dodał po chwili, uśmiechając się jeszcze szerzej, emanując uprzejmością. Ujął szklankę, upijając z niej nieco paskudnych szczyn, a gdy odstawił ją na powrót na blat, przechylił się nieznacznie w stronę Wilczura na tyle, że następne słowa mógł jedynie on dosłyszeć.
- Czy to wy zaatakowaliście Góry Shi? - uśmiech nie uciekał z jego ust, nadal był uprzejmy, wręcz podręcznikowo grzeczny, lecz emanował dziwnym chłodem, a powieki nieco opadły do połowy na blado niebieskie spojrzenie tęczówek, które były skierowane w profil drugiego wymordowanego.


Uwaga! Przy Akeli zawsze towarzyszy 4 NPC skrytych w cieniu
Bar - Page 52 4B0E601ECF0522F0F770E605B48EB71D396F6D38

Bar - Page 52 AkelaBejbe


Spoiler:
Bar - Page 52 C1d040ed6bde4ab72fda804e22cc5ce9
                                         
Akela
Prorok     Opętany
Akela
Prorok     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Noah Caleb O'Harleyh


Powrót do góry Go down

Pisanie on 06.06.20 16:37  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
   – Co ci się stało w oko? – padło pytanie, które z twarzy Wilczura zmyło ten wyniosły, prowokacyjny uśmieszek. Cała twarz przypominała papier, u którego krańca zamajaczył płomień – i tak jak ogień pochłania brzegi, trawiąc je jak kwas aż nie pozostanie nic prócz ostatniej iskry, tak morda przeobrażała się z chłopięcego wyrazu na coś paskudnego. Coś, co – gdyby to stworzyć w rzeczywistości – przypominałoby pełgającą, mokrą larwę, gotową pożywić się każdym rodzajem mięsa, wpełzającą do oczodołów, wyżerającą mózg, a wraz z nim wszystkie nawyki, wspomnienia i ambicje.
   Popękane wargi wymordowanego drgnęły; zdążyły się uchylić, ale dokładnie wtedy powietrze wokół nich stężało od zupełnie uroczego tonu. Grow w tym czasie milczał, na powrót zaciskając usta. Spodziewał się wszystkiego – od wyzwisk, po przejście do interesów bez niepotrzebnych wstępów. Byłby mniej zdziwiony widokiem ręki odgarniającej szklanki na bok i kładącej na blat papierzyska, mapy i fotografie obdarte jak granica dywanu niż tego co właśnie miało miejsce.
   Nie przerwał mu ani razu – nie z szacunku czy strategii, ale dlatego, że został zbity z pantałyku. Nienawidził ludzi tak wesołych, szczebioczących, zachowujących się, jakby za drzwiami tego baru rozlegały się połacie nieziemsko zielonych pól otoczonych promieniami złotego słońca, przesiąkniętymi zapachem świeżych kwiatów, ze świergotem drozdów i skowronków.
   Tym razem to jego brew uniosła się, marszcząc czoło i ciągnąc do góry kącik ust. Nie miał żadnego zamiaru wspominać o własnej matce. Ani o swoim wychowaniu. Ani w ogóle o czymkolwiek, co nie dotyczyło interesów.
   Nie po to przebył tak długą drogę, by ucinać sobie wesołą pogawędkę z szaleńcem.
   Wpatrzył się w jego oczy – dwa błękitne okręgi przypominające kolorem wyblakłą, niebieską porcelanę. To spojrzenie nic mu nie mówiło; było chłodne. Zupełnie inne niż jego własne – wiecznie rozognione, rozświetlone blikami, jakby wewnątrz źrenic miał tysiące mikroskopijnych cekinów. Niejeden zakładał, że Wilczura trawi wieczna gorączka. Byli od siebie zupełnie różni, więc kiedy z gardła proroka wreszcie wypłynęło pytanie otoczone tym samym przyjaznym, lisim uśmiechem, wyraz twarzy Growlithe'a w encyklopedii znalazłby się gdzieś między betonem a głazem.
   – A jeśli tak, to co? – W porównaniu do Akeli, mówił głośno, mocno. Cień na jego obliczu pogłębił się, gdy przechylił głowę i zbliżył się do aoisty, choć miejsca między nimi było coraz mniej. Napięcie między nimi było niemal namacalne, drżało jak naprężona struna, która lada chwila pęknie, psując wygrywaną, słodką melodię. Mógłbyś przestać, szeptało coś, czego nie dane było zobaczyć. Mógłbyś jak raz nie psuć Bobowi jedynego miejsca, w którym ktoś nie szcza ci do kubka. Nie sądzisz, że to dobra wymiana? Najlepsza na jaką nas stać?
   Odchylił się, wreszcie pozwalając na zaczerpnięcie tchu. Choć to irracjonalne, wydawało się, że część Przyszłości spowija duszne gorąco, druga zaś połowa sprawiała wrażenie chłodnej i wietrznej. Stary barman nie spuszczał czujnego wzroku z dwójki przybyłych klientów, jakby spodziewał się, że lada moment lód zetknie się z płomieniem i wtedy wszyscy nawdychają się toksycznego dymu. Jakby na samą myśl o tym odchrząknął pod nosem.
   – Sądziłem, że mieliśmy rozmawiać o czymś ważnym? – podjął, ujmując w długie palce ciężką od trunku szklankę. Uniósł ją na wysokość swojego ramienia; w środku szczęknęły przeźroczyste kostki, obijające się o szkło.




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 14.06.20 22:09  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
Wpatrywał się w niego długo, bez cienia jakiejkolwiek krępacji, jakby chciał wedrzeć się do środka jego ciała, rozerwać go i wyszarpać zgniłe serce, które jeszcze biło w jego piersi. Temperatura pomiędzy nimi zdawała się spaść o dobrych kilka stopni, a świat zamarł wstrzymując oddech, by w milczeniu przyjrzeć się temu, co lada moment miało się wydarzyć.
Twarz Akeli raptownie rozpromieniła się a na jego usta wpełzł obślizgły, szeroki uśmiech, gdy odsunął się, na powrót prostując swą sylwetkę.
- Właściwie to nic! - odpowiedział spokojnie, przechylając głowę delikatnie w bok.
- A przynajmniej na ten moment. Nie jestem na tyle głupi, żeby cię atakować, zwłaszcza w barze, który jak mniemam jest wypełniony psami. Przecież nie przyszedłbyś tu sam, prawda? Ilu? 3? 4? - uśmiechnął się jeszcze szerzej odwracając głowę, by spojrzeć przez ramię na wnętrze baru, leniwie przesuwając spojrzeniem po zgromadzonych. Trwało to jednak na tyle krótko, bo już po chwili ponownie siedział wyprostowany konfrontując się ze swoim rozmówcą.
Uniósł szklankę, z której upił nieco cierpkiego alkoholu.
Jak ja nienawidzę tego smaku.
- Jestem również w stanie puścić w niepamięć to, co zrobiliście. Oczywiście o ile naprawdę to bylibyście wy. Nie chcę za bardzo mieszać się w przeszłość i dawną politykę Kościoła. - odstawił szklankę i wsunął chłodne palce w jasne kosmyki, które odgarnął z czoła.
- Jeżeli jednak kiedykolwiek znów wejdziecie nam w drogę... w podobny albo inny sposób, no cóż, wtedy będę zmuszony zareagować. Bo widzisz.... w przeciwieństwie do niektórych zamierzam chronić moją rodzinę wszystkimi możliwymi sposobami. - zmrużył delikatnie powieki, z dokładnością przyglądając się jego twarzy, która pomimo wielu setek lat wyglądała tak samo jak w dniu, w którym po raz pierwszy go ujrzał. Owszem, upływ czasu, doświadczenia i zapewne zmęczenia odcisnęło swoje piętno, ale twarz ta nadal należała do jedynej osoby, którą Akela w całym swoim życiu kiedykolwiek kochał. Osoby, którą teraz tak bardzo gardził i której tak nienawidził.
- Psy mają ostre kły i pazury. Zdecydowanie są silne ale... nawet i one nie są odporne na trujący jad węża. A wierz mi, sprowokowane węże bardzo chętnie kąsają. - zaśmiał się cicho lecz w jego tonie na próżno było doszukiwać się rozbawienia czy też wesołości.
- Potraktuj to jak chcesz. Groźba, ostrzeżenie, dobra rada czy przyjacielskie słowo. To tyle z mojej strony. Miło było cię poznać Wilczurze! - jak za pstryknięciem palców na jego twarzy na powrót pojawił się promienny uśmiech przebiegłego lisa.
- A, zapomniałbym o najważniejszym! - klasnął w dłonie kiedy nagle coś sobie przypomniał. Wsunął dłoń w kieszeń spodni skąd coś wyciągnął, i gdy kładł to na blat przed Wilczurem, nadal przykrywając swoim ciałem, pochylił się w stronę jasnowłosego na tyle blisko, że tylko ten mógł dosłyszeć jego ciepły szept, niemalże łaskocząc kosmykami włosów jego piegowaty policzek.
- Noah O'Harleyh żyje. Przesyła ci pozdrowienia i pragnął ci to oddać. - mruknął zabierając dłoń, pod którą znajdowała się stara, wytarta przez czas bransoletka zrobiona z muliny. Akela odsunął się, przyglądając się z lekkim uśmiechem twarzy drugiego mężczyzny, powoli podnosząc się z krzesła.


Uwaga! Przy Akeli zawsze towarzyszy 4 NPC skrytych w cieniu
Bar - Page 52 4B0E601ECF0522F0F770E605B48EB71D396F6D38

Bar - Page 52 AkelaBejbe


Spoiler:
Bar - Page 52 C1d040ed6bde4ab72fda804e22cc5ce9
                                         
Akela
Prorok     Opętany
Akela
Prorok     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Noah Caleb O'Harleyh


Powrót do góry Go down

Pisanie on 20.06.20 21:29  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
– Ilu? Trzech? Czterech?
Z gardła Growlithe'a wyrwał się gorzki, krótki śmiech.
Może wszyscy, dzieciaku.
I kto mu udowodni fałsz? Bar tętnił życiem, choć było już późno (a może właśnie dlatego). Ludzie rozmawiali, grali w wyszczerbione karty, okupowali stół bilardowy ulokowany w drugiej części budynku. Pod sufitem kłębiła się zawiesina dymu nikotynowego, bo w Przyszłości rezydowali najlepsi – najbogatsi, najsprytniejsi, najchciwsi. Wszyscy ci, których było na to stać. A Psy? Psy były wszędzie, zawsze. Kręciły się wśród ruin opuszczonego oddziału w szpitalu Ostatniej Nadziei. Wygrzewały łóżka Czarnej Melancholii, obstawiały zakłady w kasynie Marceliny, rozmawiały z dziwkami Jinxa i – rzecz jasna – wlewały w siebie kolejne litry alkoholu sprzedawanego przez Boba. Część z jego ekipy mogłaby tu być i nie miało to żadnego związku z rozkazem.
Nie sądzisz chyba, że będę się z tobą przepychał? – Uniósł brwi, a wraz z tym jego twarz przybrała niemal rozbawiony wyraz. W rzeczywistości skóra cierpła od tonu, którym się posługiwał – warkliwego, niskiego, przypominającego ostrzegawcze charczenie wilka. Bo owszem. Jad węża potrafi zabić – ale psy nie potrzebują zębów, aby pokonać oślizgłego gada. Starczy masa ciała, siła. Starczy uderzenie łapą – butem – w czaszkę, aby ta chrupnęła jak kość marnego ptaka.
Wyglądało więc na to, że groźby – bo bez wątpienia tym były przesycone słodyczą wypowiedzi proroka – nie robią na Wilczurze wrażenia. Popijał swój trunek, przypatrywał się rozmówcy, czasami uśmiechał się szerzej albo pozwalał sobie na mniej pobłażliwą minę. Koniec końców nie wydawał się częścią poważnych dyskusji; prezentował się raczej jak ktoś, kto wysłuchuje roztrajkotanej koleżanki, która nawet nie dostrzega, że jej problemy są trywialne.
Pozwolił mu się jednak wygadać
(MOŻE TEGO POTRZEBOWAŁ)
i dopiero kiedy między nimi zaległa cisza, wzrok Growlithe'a się wyostrzył. Prawą rękę trzymał na szklance, niemal całkowicie opróżnionej ze złocistego płynu, który tak uwielbiał. Obracał naczynie powoli, prawie bezgłośnie, bo tylko małe kostki lodu, które się jeszcze nie roztopiły, obijały się o ścianki szkła.
Czuję, że masz do mnie personalny problem – powiedział wreszcie, pozwalając słowom przybrać neutralny, choć nieco znudzony ton. – Ale pojmij, że nic mnie nie obchodzi ani twój ból istnienia, ani twoi ludzie. Nie obchodzi mnie czy macie jad w kłach, w żyłach, we flakonach, kubłach na śmieci albo fontannach, i czy jesteś mi w stanie cokolwiek puścić w niepamięć, bo – uwierz – będę spał tak samo spokojnie i z tym, i bez tego. Jak na moje możesz teraz wyjść i wykrzyczeć całemu światu, że po nocach kopiesz w ściany, bo – kto wie? – może jakieś psy pogryzły twoich kolegów. A może zrobił to ktokolwiek inny, bo przecież nie macie żadnych dowodów. Przez to twoje groźby brzmią jak zaczepka dziecka. Rzucasz mi zresztą te groźby jawnie, ciskasz rękawicę pod nogi i sądzisz, że nie podejmę wyzwania? Podejmę. Jeżeli tak ci się spieszy do grobu – po prostu wyjdźmy przed Przyszłość, by dziewczynki Boba nie miały za dużo do sprzątania. – Objął palcami szklankę i uniósł ją na wysokość swojego ramiona, jakby wznosił toast. Opróżnił naczynie jednym łykiem; a potem odstawił je i otarł kciukiem dolną wargę. – Nawet takie chuchro jak ty zakrwawi podłogę, a krew jest zawsze problemem. – Kryło się za tym coś więcej, ale Grow nie pociągnął tematu. Z ręką opuszczoną na blat pokręcił tylko głową, jakby miał zamiar powiedzieć, że zasiedział się i powinien już wracać, kiedy Akela znalazł się znów tak blisko, że oboje mogli poczuć wzajemne, cierpkie od alkoholu oddechy. Nieruchomy wzrok Wilczura wydawał się całkowicie trzeźwy, ale w rzeczywistości w głowie nieco mu szumiało. Słyszał zresztą jak Bob zabiera szklankę i robi dwa kroki – tylko tyle, aby dotrzeć do whisky. I w trakcie chwili, w której rozległ się mokry dźwięk nalewanej do szkła cieczy, padły słowa, po których brwi wymordowanego ściągnęły się ku sobie, a usta, na przemian rozbawione i znudzone, skrzywiły się w rozdrażnieniu.
Noah O'Harleyh żyje.
Noah żyje.
Czy szarpnęło to jakąś struną lub otwarło jedne z zakurzonych drzwi? Wilczur obrócił twarz, aby spojrzeć na mulinową bransoletkę. Powieki przymrużyły się, dodając ślepiom drapieżnego wyrazu; wszystko w chwili, w której dotknął widocznie zniszczonej przez czas pamiątki. Palce z białymi bliznami przesunęły się wzdłuż szorstkiej tkaniny.
Coś pracowało w umyśle Wilczura; zębatki nabierały tempa obrotu, wskakiwały na swoje miejsca. Miał nieodparte wrażenie, że jest tuż obok rozwiązania, ale gdy prawie je dostrzegał, umykało jeszcze dalej.
Noah O'Harleyh żyje, przesyła pozdrowienia. Kazał ci to oddać. PRZEZE MNIE – PROROKA. PANA. PRZEZ BOGA.
Wilczur podniósł bransoletkę i z łokciem opartym o blat przyjrzał się jej dokładniej. Czy mogła być tym samym prezentem, który dano mu tysiąc lat temu? Mogła przetrwać huragany, powodzie, a przede wszystkim pożar w Londynie? Mogła przeprawić się przez morze, a następnie nie zetrzeć się, nie zerwać, nie zniszczyć przez wieki przepełnione walkami, suchością i robactwem? Szczerze wątpił.
Przede wszystkim jednak szczerze wątpił w to, że Noah – gdyby żył – posłużyłby się kimkolwiek innym, aby przekazać mu ten mały, łatwy do zepsucia przedmiot. Bo Noah, którego znał, brał sprawy w swoje ręce już jako sześcioletni łobuz. Więc jak to wszystko wyjaśnić? Czy ktokolwiek grzebał mu w pamięci, a teraz czekali na satysfakcjonujący finał, w którym rozbity przywódca DOGS, bandy, która puściła z dymem cały ich dobytek, rozkleja się w samym środku Przyszłości?
Grow zamknął bransoletkę w pięści i uniósł wzrok na proroka.
Zatem powiedz temu tchórzliwemu Noahowi, że mój brat nie żyje od roku dwa tysiące dwunastego. Nie musisz go pozdrawiać. – I tym razem sam się uśmiechnął. – Trupom nie robi to różnicy, gwarantuję.

zt (+ Akela)  




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 06.07.20 1:28  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
Błysk ostrego światła, przysłaniający źrenicę rozległą plamą sinego powidoku. Instynktownie łapie się najbliższej kupy cegieł, zataczając się i wymiotując. Ból pełznie mu po ramionach, pulsując w rytmie galopującego serca, pożerając go żywcem kawałek po kawałku. Z trudem podnosi się z kolan, walcząc o każdy milimetr. Bez entuzjazmu spuszcza wzrok na drżące dłonie, czerwone, pokryte bolesnymi pęcherzami, z których kilka popękało przy upadku. Bierze głęboki wdech, przełykając kwaśny posmak żółci. Rozgląda się dookoła, na poobdzierane mury zaułku, pokryte wulgarnymi rysunkami i dziurami po pociskach. Za rogiem ulicę rozświetla czerwonawa łuna barowych okien, nawet stąd słychać szelest rozmów, a nawet sporadyczny klekot kul bilardowy. Cóż... przynajmniej trafił bez pudła.
Pierwsza myśl - Bar Przyszłość. Nie Eden. Ale to chyba lepiej. Czuje, że tutaj ma większe szanse. Paradoksalnie.
Nawet myślenie kosztuje go po stokroć więcej wysiłku, nie mówiąc już o utrzymywaniu pionu. Na szczęście ból wciąż pompuje mu w żyły adrenalinę, która pozwala mu na stawianie kolejnych chwiejnych kroków, jeden po drugim. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa. Musi powtarzać w myślach wciąż i wciąż, jak mantrę, aby mięśnie robiły to, czego od nich wymaga. Ręce trzyma przed sobą, starając się nie ocierać nimi o tułów. Wdech i wydech. Nawet nie zauważa jak bardzo go boli szczęka od zaciskania zębów. Jak bardzo napięte ma mięśnie. Obraz odrobinę mu się rozmazuje, ale przemocą trzyma umysł w ryzach, skupiając się na jednej myśli na raz. Lewa. I prawa.
Pierwszą przeszkodą okazują się być drzwi. Pamięta jednak, jak bardzo rozklekotany jest zamek, więc tylko niemrawo kopie skrzydło, a rygiel sam puszcza, odsłaniając przed nim skąpane w półmroku wnętrze pubu. Oczy klientów wszystkie kierują się w jego stronę z różnym stopniem zainteresowania. Niektórzy zaraz odwracają wzrok z powrotem na swoje stoliki bez większego przejęcia, inni wpatrują się w niego jak na żywą sensację. Bądź co bądź oparzenia drugiego stopnia były rzadsze niż rany postrzałowe albo szramy po pazurach. Nikt jednak nie rwie się do pomocy, nie jest to bynajmniej wypracowany nawyk przeciętnego Desperata. Jedynie barman obdarza go uważniejszym spojrzeniem, rozpoznając w Adrielu stałego klienta i dostawcę. Już otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale anioł tylko podnosi rękę, opierając się bokiem o blat.
- Odkręć mi kran. Odwdzięczę się potem - chrypi, pochylając głowę w grymasie bólu. Barman obdarza go ostatnim, odrobinę niepewnym spojrzeniem, ale przyzwyczajony, że mężczyzna zawsze dotrzymuje obietnic, bez słowa idzie wykonać prośbę. Adriel wchodzi za bar, wkładając ręce pod strumień chłodnej wody, zagryzając wargi, aby nie zawyć z bólu. Chwila mu schodzi na tym żmudnym rytuale, podczas którego próbuje choć trochę oczyścić umysł i się zastanowić. Nogi jednak odmawiają mu posłuszeństwa, więc bez słowa człapie do najbliższego wolnego stolika i opada ciężko na krzesło, próbując wyrównać oddech.
Myśl, Adriel. Myśl. Nie będziesz mieć tu pewnie szczęścia. Gdzie dalej? Jeśli jest w kryjówce gangu, nie znajdzie jej. Nie ma pojęcia, gdzie to jest. Może być w lazarecie. W hotelu? Ostatecznie zostaje pielęgniarka w burdelu, najbliżej. Ale potrzebuje magii. Ostatecznie zostaje Laviah. Musiałby się zdobyć na kolejną teleportację... dużo czasu. Wielkie ryzyko. No i wolałby nie angażować wyższego szczebla w osobiste sprawy.
Klnie na siebie pod nosem, zaciskając powieki. Taki głupi... Nieostrożny. Dał się rozproszyć. Zabrakło precyzji. Skupienia. Żeby aż tak wyprowadził się z równowagi? Myślał o reszcie, owszem. Niemniej. A właściwie tym bardziej. Zaniedbał się. Spowolnił.
...Nie.
Niemrawo kręci głową. Wnioski. Nie wylew żali. I to potem. Nie stać go teraz na dywagacje. Musi znaleźć Eve.


Bar - Page 52 T6ZS4ct
MY EMPIRE OF DIRT
#56507c
                                         
Adriel
Anioł Stróż
Adriel
Anioł Stróż
 
 
 

GODNOŚĆ :
Adriel Banita


Powrót do góry Go down

Pisanie on 13.07.20 22:24  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
Wesołe nucenie można było dosłyszeć już z odległości kilkunastu metrów. Eve podskakując kierowała swe kroki w stronę baru, a uśmiech, który towarzyszył jej od samego rana nawet na moment nie odważył się opuścić jej drobnej twarzyczki. W lewej dłoni ściskała koszyk wypełniony smakołykami przyrządzonymi przez Matyldę, a czerwona peleryna uszyta przez Nove delikatnie powiewała na wietrze, który tego dnia postanowił dotknąć mieszkańców Apogeum.
Nero, jak zawsze, dzielnie i lokalnie kroczył u boku dziewczynki, z wielkim powodzeniem odstraszając ewentualnych napastników. Z drugiej zaś strony wszyscy tutaj wiedzieli, że Eve była maskotką Wilczura. Jego przyszywaną córką i wystarczyło, aby włos spadł z jej głowy, a mężczyzna był gotowy rozpętać istne piekło. Co prawda dziewczynka sama do końca nie zdawała sobie z tego sprawy i do dnia dzisiejszego wierzyła, że wszyscy są dla niej mili tylko dlatego, że mają w sobie cząstkę dobra, a nie dlatego, że się boją Wilczura.
Pchnęła mocniej drzwi do baru i weszła do środka, machając do tych, którzy odwrócili swój wzrok w jej stronę. Nie zatrzymywała się jednak na dłużej, by z nimi pogawędzi, a od razu skierowała się w stronę Boba.
- Bob! - krzyknęła wesoło i podniosła koszyk, stawiając go na ladzie.
- Mam dla ciebie parę rzeczy od Matyldy. - powiedziała powoli wypakowując przyniesione smakołyki. Dopiero po chwili dostrzegła obok znajomego anioła. Przypatrywała mu się przez dłuższą chwilę, a jej niebieskie spojrzenie z każdą kolejną sekundą rozszerzało się w zaskoczeniu i strachu.
- A... Adriel? - zapytała cicho, podchodząc do niego, aby móc lepiej mu się przyjrzeć. - Co się stało?



Bar - Page 52 34f8f3372b21c396cc2a3efd9627924c
                                         
Eve
Kotek     Anioł
Eve
Kotek     Anioł
 
 
 

GODNOŚĆ :
Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości, Pierwsza Kobieta na Świecie.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 20.07.20 23:27  •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
Dyszy ciężko, unosząc na malutką postać rozkojarzone spojrzenie. Z trudem rozkleja spierzchnięte wargi, próbując przełknąć nadmiar glutowatej śliny. ...Bez jaj. Próbuje skupić się na jej twarzy, zaciskając coraz mocniej zęby, które chyba cudem jeszcze nie popękały. Rany w dalszym ciągu pulsują nawet silniej niż bicie serca, z każdą falą bólu wymiatając Adrielowi z głowy strzępki na wpół uformowanych myśli. Przyswaja słowa anielicy po kolei, jedno po drugim, usiłując skleić je w jakąś logiczną całość. Jednocześnie upewnia się, że jeszcze nie majaczy, a Eve nie jest jedynie wytworem zdesperowanego umysłu. Wodzi rozbieganymi oczami po jej porysowanych policzkach, krzywiąc się odrobinę.
Staruszku... Bardzo śmieszne.
Bierze głęboki wdech, próbując się odrobinę wyprostować. Mięśnie ramion drżą z wysiłku, czerwone i owrzodzone. Wydech. I wdech. Jeszcze jeden. Gardło kurczy się, obawiając się wycisnąć z siebie słowa, tak jakby porastały je fizyczna ostrza, zdolne pociąć je na kawałki. W końcu jednak wydusza z siebie składne dźwięki.
- Potrzebuję pomocy, Eve... - chrypi, przymykając na moment oczy. Marszczy brwi, próbując utrzymać skupienie.
- Byłem nieostrożny... Dałem się ponieść, wiesz? Obawom. Chciałem chronić, ale...
Wzdycha, rozdrażniony, nie mogąc się wysłowić. Gniew buzuje mu w żyłach niemal równie intensywnie co ogień, gniew na samego siebie, jak bardzo nieudolny jest w swoich działaniach, jaki niezgrabny, porywczy. Tyle rzeczy sprzysięgło się przeciwko niemu, jakby chcąc zadrwić z niego, udowodnić jego miałkość. Nie powinien był dać się rozproszyć niebezpieczeństwu. Nawet grożącemu innym istotom. Powinien jasno komunikować swoje zamiary, dać innym szansę do współpracy, zamiast... potknąć się o barierę pierdolonego artefaktu ochronnego. To nie była jej wina. To on powinien się upewnić. Jego ogień powinien chronić. Nie ranić. A już szczególnie swego własnego tkacza. Na co mu ów żywioł, jeśli nawet nie potrafi zrobić z niego użytku?
Warczy pod nosem, pogrążony we frustracji. I co z tego ma? Nic. Nawet głupich lekarstw dla szpitala. To była tylko wycieczka po kilka roślin. Na terenach, które przebył tysiące razy, znając ich najgłębsze zakamarki. Pokonało go stado jaszczurek, sypki piach i jego własna moc. Żałosne.
Uśmiecha się delikatnie, choć jego stężona bólem twarz produkuje coś w stylu ironicznego grymasu. Unosi na dziewczynkę pełne politowania spojrzenie. Skierowane bynajmniej nie do niej.
- Jestem starym, skretyniałym durniem, wiesz, Eve? Największym idiotą.
Wypowiedzenie tych dziecięcych zażaleń przynosi mu odrobinę ulgi. Powoli odchyla głowę na oparcie krzesła, przymykając powieki. Następnym razem będzie lepiej. Uczy się. Wciąż się uczy. Poczucie porażki jest mu znane, jest jak stary wełniany koc, który kuje, ale jest znajomy, na swój przewrotny sposób komfortowy. Dzień, w którym poczuje się, jakby osiągnął wszystko, co sobie zamierzył, będzie dniem jego największej porażki.


Bar - Page 52 T6ZS4ct
MY EMPIRE OF DIRT
#56507c
                                         
Adriel
Anioł Stróż
Adriel
Anioł Stróż
 
 
 

GODNOŚĆ :
Adriel Banita


Powrót do góry Go down

Pisanie   •  Bar - Page 52 Empty Re: Bar
                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 52 z 52 Previous  1 ... 27 ... 50, 51, 52

 
Nie możesz odpowiadać w tematach