Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum


Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Go down

„Najwyżej obezwładnię cię moim wrodzonym urokiem.”
  W to nie wątpił.
  Działała na niego jak komenda na psa. Bywał nieposłuszny, wściekał się i ignorował jej zachcianki... ale były to sytuacje do policzenia na palcach jednej ręki. I to tej kalekiej. Gdzieś podskórnie, choć nie przyznałby się do tego przed Lysane, zwyczajnie lubił sprawiać jej przyjemność. Przepadał za widokiem jej uśmiechu, gdy nadawała swoim słowom zaczepnego tonu. Nie przeszkadzało mu, gdy się na niego irytowała i szybko zapominał chwile, w których zaczynało dzielić ich więcej niż łączyć. Być może od samego początku czuł – jakoś podskórnie, podświadomie – że bez względu na okoliczności, ich ścieżki wreszcie na stałe się ze sobą złączą. Wcześniej przypominały dwie wybitnie pofalowane drogi, które przecinały się w kilku miejscach, a potem gwałtownie rozłączały. Teraz biegły wzdłuż siebie, równolegle.
  Miała stać się częścią grupy.
  Po tych wszystkich latach, w których traktowano... nie, w których BYŁA wrogiem, nareszcie znalazła się nowa perspektywa. Wygodniejsza.
  Choć nie tak wygodna, aby nie był w stanie jej zadrasnąć.
  Nie zamierzał robić jej krzywdy – jasne, że nie. Nie w sposób, który byłby karygodny, brutalny. To miała być część inauguracji, to miała być zabawa. Walka, w której poczują swoje oddechy na piekących ranach. Walka, która zmiesza ich krew. Spodziewał się po Lysane absolutnie wszystkiego, więc kiedy złapała go za nadgarstek, kącik ust Wilczura drgnął, hamując uśmiech.
  Starć miał coraz mniej w swoim życiu.
  Doszło do tego etapu, w którym więcej wydawał rozkazy niż działał. To go zawsze blokowało; trawiło od środka jak rak. Osłabiało, choć umysł był pewien, że przed nim jeszcze nieskończona ilość czasu; wszystkie cele do odhaczenia, wszystkie zakątki do odkrycia. Na swoim wygrzanym stołku przywódcy zwyczajnie się nudził.
  A teraz, niespodziewanie, jej chwyt – gwałtowny, mocny i pewny, obudził w nim uśpione instynkty. Nie przejął się nawet tym, że silnym szarpnięciem wytrąciła go z równowagi; posłała na glebę, z której płynnym ruchem przetoczył się na kucki. Piach nie zdążył dobrze opaść; Grow stał już na lekko ugiętych w kolanach nogach, ze wzrokiem wbitym w kobietę.
  Gwizdnięciem przywoływała feniksa.
  Ten cholerny ptak mógł być przeszkodą; mógł bezmyślnie stanąć w obronie Lysane i nie byłoby w tym nic dziwnego.
  Jego kroki cichły; szybkim biegiem skierował się do „CHOPPY'S MARKET”, by umknąć z zasięgu Valli.




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Kiedy nie miało się przewagi zaskoczenia lepiej było wzmocnić obronę. Zwykle to ona atakowała znienacka, wysyłając grad strzał, rozkazując zadanie dziesiątek ciosów, żeby wróg nie zorientował się nawet co go trafiło. Szybkie akcje wymagały dobrego rozplanowania, ale kończyły się zdecydowanie prędzej niż zakładały wszelkie plany. Komplikacje występowały rzadziej niż przy wolniejszych potyczkach, gdzie przewaga strony broniącej się to tylko kwestia paru chwil – przypadkowa informacja, wzięcie agresora na przetrzymanie, żeby posiłki zdążyły dotrzeć, nawet zmiana pogody. Swego czasu szukała wszelkich informacji o historycznych bitwach, analizowała to, do czego mogła się dostać, a jeśli akurat była w pobliżu miejsca, w którym coś się rozegrało, a teren nie zmienił się po kataklizmach, przyglądała się uważnie. Fascynowała się strategiami i czasem żałowała, że nie przyszła na świat w czasach, gdzie w szkołach nauczano wszelkich ważnych wydarzeń.
Obserwowała uważnie jak się oddala. Plecami do niej, w idealnej linii strzału. Valla jednak stwierdziła, że nie będzie się spieszyć, a mężczyzna w tym momencie znacznie zwiększył dystans pomiędzy nimi. Szybko sięgnęła do przywiązanej do grzbietu ogromnego ptaka torby, odczepiła łuk i wyciągnęła jedną ze strzał. Sprawnym ruchem naciągnęła cięciwę i skierowała grot w stronę zrujnowanego budynku. Kilka sekund wcześniej, a może jeszcze by go trafiła, teraz osłonięcie się pozbawiłoby jej jednego pocisku, a miała jedynie dziesięć. Zabrała kołczan oraz krótki nóż, ogarnęła włosy by przeszkadzały jak najmniej i klepnęła bestię po boku skrzydła z cichym "sio". To miał być stosunkowo uczciwy pojedynek. Jeden na jednego. Bez wspomagania, bez leczenia, po prostu to co potrafili sami.
Bez wspomagania.
Poprawiła sprzęt bojowy, nóż przyczepiła do kołczanu, z jedną strzałą opartą o cięciwę ruszyła do zrujnowanego budynku, ale tak, by znaleźć się w nim możliwie od innej strony. Zamknęła oczy, które zaczęły tracić barwę. Bez wspomagania oznaczało bez wspomagania. Nie miała wzroku, bo ukradły jej go anioły, ale wciąż pozostawał słuch wyczulony przez lata spędzone w ciemności oraz węch wyszukujący jego ubrań. Szósty zmysł pomagał w lawirowaniu pomiędzy przeszkodami, o niektóre ocierała dolną częścią łuku. Rozchyliła wargi, oddychała bardzo cicho i spokojnie. Nasłuchiwała bicia jego serca, któremu tyle razy miała okazję się przysłuchiwać wtulona nim rozstawali się i powracali do bycia wrogami. Próbowała odnaleźć jego wdechy i wydechy, nakierować się na niego. Jakie mogła mieć szanse z kimś, kto mógł ją zobaczyć? Przewidywała, że mógłby próbować odwrócić jej uwagę rzucając coś w przeciwnym kierunku niż się znajdował, zdezorientować i wyprowadzić atak. Nie mogła tym razem dać się zaskoczyć, musiała posłać strzałę, a zrobiłaby to bez wahania, gdyby tylko go wykryła. Byleby nie trafić w serce. Celować po nogach, gdzie jedynie trafienie w tętnicę sprawiało zagrożenie.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Wszystkie ruchy były dozwolone – zasadzki, podcięcia, uderzenia w splot słoneczny, sypanie piaskiem w oczy. Z ich dwójki posiadała gruntowną wadę; potrafiła z nią żyć i wątpliwe, żeby wraz z jej zdobyciem okazała się „słabsza” – miał jednak na uwadze, by nie wykorzystywać w perfidny sposób faktu, że w porównaniu do niej widział. I nie dlatego, że dawał fory. Po prostu sądził, że było to niepotrzebne.
  Dobrze mogli się bawić i bez tego, choć gdzieś podświadomie dochodziło do niego podszeptywanie instynktu. Tylko dlatego, gdy biegł do budynku, zerkał przez ramię. Usłyszałby świst nadlatującej strzały – to na pewno – zabezpieczał się jednak automatycznie.
  Wbiegając do opuszczonego budynku od razu dotarło do niego echo własnych kroków. Wbił się tu jak prymityw niepotrafiący otworzyć drzwi inaczej niż taranując je z bara.
  Uspokój się.
  Ona właśnie tego oczekuje.
  Zwolnił więc, zmieniając chód z głośnego tupania na wyważone kroki. Wpierw pięta, potem reszta stopy. Skradaj się.
  Na ziemi walało się mnóstwo zakrytych kurzem sprzętów; większość regałów była opróżniona do czysta, tylko na nielicznych gnieździły się stare, zapewne przedawnione od wieków produkty. Hala z niskim sufitem była olbrzymia, a meble – przynajmniej te, których nikt nie przewrócił – wydawały się ścianami labiryntu.
  Grow rzucił okiem na sufit. Był dziurawy; prezentował się jak zamarznięta tafla wody, w której eskimoscy rybacy wydrążyli otwory, aby móc wyłowić niezłą kolację.
  Nabrał wdechu, oczyszczając gardło, mając nadzieję, że chłodniejsze powietrze przeniknie przez mięśnie do wszystkich organów; też do serca, które, rażone zimnem, zwolni swój bieg. Gdzieś w krtani zalegało warczenie; typowy, niski charkot, który zawsze się w nim naradzał, gdy tylko zaczynał walkę. Lata temu uczył się polowania. Uczył się bezszelestnego chodzenia, przygarbionej sylwetki, czujnego wzroku sondującego teren. Uczył się wyłapywania każdego odgłosu, który nie pasował – trzasku gałązki, szumu ocierających się o ścianę ubrań. Ale równie dawno temu przestał zwracać uwagę na takie detale; preferował frontalny atak.
  Kiedy zaszła w nim tak drastyczna zmiana?
  Kiedy w ogóle założył, że lepiej atakować patrząc przeciwnikowi prosto w oczy, a nie po kryjomu, załatwiając sprawę szybciej i bez niepotrzebnego rozgłosu?
  Stał się nie tylko nieuważny. Gorzej. Ryzykowny.
  Poprawił chwyt na rękojeści noża, przenosząc się za jeden z dwumetrowych regałów. Na jego szczycie znajdowały się kartony napuchnięte od wilgoci, poszarpane i poobgryzane przez robactwo i niewielkie ssaki.
  Wtedy poczuł jej zapach.
  Zakładał, że i ona go wyczuła, ale to nie miało żadnego znaczenia. Zatrzymał się, z wolną dłonią opartą o tylną dyktę regału. Była po drugiej stronie? W każdym razie – niedaleko?
  Wsłuchał się w kroki. W rozciągły dźwięk napinanej cięciwy. Szła w jego kierunku, oczywiście. Zapewne zatrzyma się parę metrów przed, tak samo skupi na szurnięciach, uderzeniach, puknięciach – wszystkim, co zdradzi jego pozycję.
  Podniósł się nieco na palcach, aby z wyciągniętym ramieniem sięgnąć do pudła. Karton był rozmiękły w dotyku, ale to nieważne. Rozległo się gwałtowne, głośne szurnięcie, gdy z całej siły pchnął go do przodu – a potem karton spadł na ziemię po drugiej stronie mebla, rozsypując wokół puszki, które z metalicznym łoskotem rozproszyły się na boki.
  Korzystając z hałasu przedarł się do drugiego krańca regału, aby móc zza niego wyjrzeć i zorientować się, czy Lysane rzeczywiście tam była.
  Czy napięła strzałę i strzeliła.
  A jeśli tak – czy w porę uniknęła noża, który niespodziewanie świsnął przez powietrze prosto w jej kierunku, gdy tylko namierzył jej czujną sylwetkę.




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Bose stopy stąpały ostrożnie. Białowłosa stawiała je na palcach i śródstopiu, na kształt kury czającej się na ziarno. Mogła mieć tylko nadzieję, że na zapewne obrzydliwie brudnej podłodze nie znajdują się ostre odłamki szkła lub kawałki metalu. Aż tak drobnych przedmiotów nie mogła wyczuć przy poruszaniu się, co najwyżej przed przeniesieniem ciężaru ciała zbadać czy nic nie próbuje się wbić w skórę. Nie umiała się skradać, ale też nawet nie próbowała – tak po prostu wygodniej jej się chodziło po nieznanym terenie. Nawet widząc tak by się poruszała, bo oczy chwilę przyzwyczajałyby się do warunków. Tam, gdzie dach wpuszczał słońce na powrót źrenice reagowałyby na światło, a potem przy powrocie do ewentualnych mroków za regałami raz jeszcze płatałyby figle.
Zatrzymała się, powoli obróciła twarz w bok, przechyliła głowę jakby nastawiając jedno ucho. Czy to powiew wiatru, czy jego oddech? Tąpnięcie kogoś na zewnątrz, a może jego serce, spowalniane, by nie mogła w nie celować? Zamknięte powieki delikatnie się zacisnęły, ptasie rysy nieco wyostrzyły, gdy na ułamek sekundy zacisnęła mocniej szczęki. Z jednej strony była słabsza, ale z drugiej odporna na sypnięcie pyłem po oczach, nie mogła dokładnie określać pozycji przeciwnika, jeśli ten się jej spodziewał, ale wciąż mogła go dosłyszeć. Przez lata uszy stały się jeszcze bardziej czułe, wychwytywały dźwięki z okolicy i pomagały lokalizować cele oraz przeszkody. Miało to też minus, hałas przeszkadzał w stopniu identycznym co atakowanie oczu, może nawet bardziej, bo ograniczał jej zmysły jeszcze mocniej, do samego powonienia.
Słysząc szurnięcie, gwałtownie zwróciła głowę w jego stronę. Ręka trzymająca łuk wyprostowała się, cięciwa momentalnie napięła do maksimum. Lysane miękko odskoczyła w tył i jednocześnie wysłała strzałę w kierunku zapachu, celując niżej niż powinna znajdować się jego klatka piersiowa. Chciała trafić gdzieś w nogi, w biodra, w ostateczności w brzuch. O ile w ogóle by trafiła.
Brzęknięcie cięciwy tylko na chwilę zamaskowało nowy wizg. Prawa dłoń znalazła się na grzbiecie, lewa zsunęła z rękojeści na brzusiec broni. Wykonała zamach, pod kątem, zasłaniając głowę. Okucia górnego ramienia łuku brzęknęły w zderzeniu z rzuconym przedmiotem, nóż wylądował na ziemi. Ułamki sekundy dzieliły go od zderzenia z żywym ciałem. Wyciągnęła kolejną strzałę, kucnęła wystawiając jedną nogę odrobinę w bok, szybko napięła i posłała pocisk do Wilczura.

Spoiler:
Rzuciłam sobie kostką na odbicie noża - tutaj :3
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

| ja tutaj :3

   Wstrzymał dech.
   To głupie sądzić, że nawet szmer powietrza ulatującego z płuc może zaważyć o jego pozycji. Z drugiej jednak strony znał Lysane, znał jej możliwości. O wiele cichsze odgłosy stanowiły dla niej odpowiednio wyszczególniony dźwięk. Potem tylko napinała cięciwę – i było po wszystkim.
   Jego głównym atutem pozostał wzrok. I fakt, że – w porównaniu do wielu innych postaci o dość potężnej sylwetce – potrafił się skradać nawet w warunkach tak trudnych jak podłoga wyściełana puszkami, drobinkami szkła i gruzu.
   Tlen ugrzązł mu w gardle, gdy wyłapał promień odbijający się od krańca strzały. Grot wyłapał światło wpadające przez dziurawy dach i Grow na ułamek sekundy poczuł jak czas się rozwarstwia; spowalnia na tyle, aby przeszło mu przez myśl rozbawione: nie do wiary, dobra jest.
   Jednak w chwili, w której cięciwa puściła śmiercionośny pocisk, podeszwy butów oderwały się od ziemi, a Grow uskoczył w tył, jednym susem wpadając za regał.
   Teraz musiała go usłyszeć.
   Psia ją mać.
   Wycofując się, oparł palce o biodro, sprawdzając, ile zachował noży. Dwa. I jeden puszczony gdzieś w eter, odbity z nieprawdopodobną precyzją. Jak uniknęła jego ataku? Co jeszcze potrafiła?
   Odetchnął spokojniej, nagle napierając ramieniem na stary mebel. Wcześniej zrzucił z jego góry zapleśniały karton, ale to okazało się niewystarczające. Napuchnięte pudło przebite było długą strzałą i strach myśleć, jak wyglądałaby żywotność organizmu, gdyby grot trafił jednak jego udo. Początkowo zakładał, że najlepszą opcją będzie krycie się, ale teraz? Teraz musiał zrobić harmider i już słyszał, jak niektóre puszki przesuwają się po starych, zakurzonych półkach, uderzając o brzegi albo spadając na podłogę. Pchnął mocniej, wreszcie odrywając część regału od ziemi i kiedy poczuł, że cała konstrukcja przechyla się sama, odskoczył miękko w tył, zaraz puszczając się biegiem ku następnemu regałowi.
   Te dźwięki także odcedzi od siebie?
   Lekko zaciskając zęby podskoczył, by złapać się palcami szczytu mebla. Wysoki, drewniany sprzęt stęknął pod jego ciężarem, gdy Grow podciągał się na płaską, białą od syfu powierzchnię. Kątem oka wciąż szukał Lysane, jednak jego priorytetem pozostało dotarcie do jednej z luk w niskim suficie. Z tej wysokości powinien doskoczyć do jednego z odstających prętów, a potem wdrapać się na dach.




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

 
Nie możesz odpowiadać w tematach