Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 8 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Arcanine on Nie Kwi 19, 2015 12:14 am
KUCHNIA I JADALNIA
To jedno z największych pomieszczeń w siedzibie DOGS. Ściany wieki temu zostały wyłożone betonową warstwą, którą prędko przykryto drewnianymi belkami. Choć nie jest to szczyt marzeń duszy architekta, większość i tak czuje się tutaj dobrze i bezpiecznie. Pojawił się tu nawet szyld, odprowadzający dym z pomieszczenia, aż na powierzchnię. Sklepienie dla pewności podtrzymane jest dodatkowymi belkami, przecinającymi środek pomieszczenia. To właśnie one są wyznacznikiem gdzie kończy się prowizoryczna kuchnia, a zaczyna jadalnia.
Kuchnia jest własnością Matyldy (Więcej o Matyldzie tutaj.). Choć nie posiada żadnych elektrycznych urządzeń, z tego, co przyniosą jej łowcy, potrafi wyczarować istne cuda. W zasadzie prócz sterty tego, co akurat ma przyrządzić, trzech blatów i stolika nic nie znajduje się na jej połowie. Ciężko zresztą, żeby się zmieściło. Sama zajmuje 3/4 dostępnego miejsca.
Jadalnia to wysypane na podłogę stoły, otoczone paroma krzesłami. Każda ława zwykle ma już wybranych przez siebie stałych bywalców, ale parę dodatkowych krzeseł złożonych w kącie pomieszczenia pozwala na dołączenie się. Każdy mebel z innej parafii. Czuć tutaj dość spory ścisk, ale na upartego da się przejść.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22191

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Arcanine on Nie Kwi 19, 2015 12:33 am
Tym razem nie wyciągnął do niego ręki, ani nie zaproponował mu żadnej innej formy pomocy, by nie trafić na ścianę, w dziurę albo nie potknąć się o wystający konar. Jego samego nogi niosły w odpowiednim kierunku, okute w ciężkie buty, które mocno ubijały ziemię, wydając przy tym tylko głuchy odgłos ─ o ile już. W końcu jest dużym chłopcem, co? Growlithe wykrzywił usta w niesmaku. Jasne, że jest. Rozkwasił sobie nos i zaliczył pięć gleb. Co najmniej. Tego był pewien, szczególnie po woni, jaka przyszła prędzej, niż sami Shion i Sana. Nawet jeśli dawniej zapach krwi wydawał mu się cuchnący i mdły, tak teraz traktował to jak wykwintne danie, na które nie zawsze mógł sobie pozwolić. Była jak kij, który dźgał go między żebra. Dosłownie tak, jakby próbował go gdzieś zagonić. A to zaczynało się robić wkurwiające. Martwy Shion do niczego mu się nie przyda i przy tym próbował zostać.
MÓGŁBYŚ GO ZJEŚĆ, odezwała się obojętnie Shiva, krocząc tuż obok niego miarowym, leniwym krokiem. Dostojnym wręcz. Jej szczupły pysk został nisko zwieszony, gdy Growlithe zerknął na nią kątem oka. Nie rozumiała jego poglądów, ale po tym, co zrobił Shatarai, najwidoczniej wolała się tak nie narażać. Stała teraz na kruchym lodzie, który mógł załamać się przy mocniejszym uderzeniu nogi Growlithe'a. Doskonale o tym wiedział i to właśnie wykorzystywał w obecności zmor.
NIE BĘDĘ SIĘ WTRĄCAĆ.
A to ci nowość.
ALE TEŻ GO NIE LUBIĘ. W DODATKU CUCHNIE KRWIĄ.
To jego krew.
SKĄD NIBY WIESZ? NIE PAMIĘTASZ TEGO ZAPACHU.

A jednak się wpieprzała...
Był głodny. Mógł trafić na jakieś podziemne...
I CO? WIERZYSZ W TĘ BAJKĘ?
─ Shiva warknęła cicho, oglądając się za siebie, by spojrzeć na Shiona. Lód, jaki wokół niej się wytwarzał był coraz ostrzejszy wraz z każdą kolejną kreską w termometrze zirytowania. NIE BYŁO GO CHYBA Z DWIE GODZINY. WIESZ ILE MÓGŁ NABROIĆ W TYM CZASIE?
Do wyjątkowo wysokiego i szerokiego tunelu wpadał ostry snop światła. Growlithe zmrużył oczy na kontakt z jasnością, ale prócz niej dało się wyczuć coś jeszcze. Ciepłą, intensywną woń jedzenia, która oplatała się wokół żołądka i szarpała za niego natrętnie, przypominając o wiecznym głodzie desperańskich mieszkańców.
Przeczesał włosy palcami, zatrzymując rękę na karku.
„─ Efekt uboczny biokinezy.
─ U nas w starej szopie było chyba gniazdo nietoperzy. Chyba tam były, kiedy umarłem. Tak myślę, bo moja biokineza to nietoperz.”
Zmrużył ślepia jeszcze bardziej, wkraczając do kuchni. Dopiero co narodzona myśl została brutalnie zamordowana przez niski, basowy głos osoby, która krzątała się przy garach.
Growlithe!
Matylda już szurała ku niemu, wyciągając krótkie, grube dłonie, by go objąć. Choć spotkała się ze zrezygnowanym spojrzeniem przywódcy, nawet ono nie sprawiło, że się zatrzymała. Zarzuciła łapy na jego szyję i przycisnęła do siebie, układając grube wargi na kształt rozmarzonego i wesołego uśmiechu.
Cześć, śliczna ─ wydukał w materiał jej fartucha, a potem machnął jedyną wolną ręką w stronę Shiona. ─ Poznaj kolejną gębę do wykarmienia.
Puściła go.
Nie.
Ona nim centralnie rzuciła, dopadając do Shiona, jak wściekły goryl do antylopy. Zgarnęła go z ziemi i przytuliła, przyduszając nieco ogromnymi łapskami. Nie dotykał stopami ziemi, przygniatany ciężarem egzystencji Matyldy. Kobieta kołysała się nieco na boki, tuląc go do wielkiego cyca i mrucząc pod nosem.
Ale chudy jakiś! ─ skomentowała bez krzty zawahania, nadal mocno go gniotąc.
Liczę na twoją pomoc w tej kwestii.
GHOOO! HOOO! HOOOOO! Jasne! ─ wymemlała, układając usta w trójeczkę. Zacmokała tuż nad uchem chłopca i Growlithe do ostatniej sekundy był pewien, że posunie się o krok dalej, ale ku chwale Niebiosom... na tym skończyła. ─ Można by go schrupać!
Na szczęście nikt tego jeszcze nie próbował.
Aż dziwne, jak łatwo przyszło mu powiedzieć coś takiego, skoro to on był tym, który w lesie, blisko koszar, był gotów rozerwać mu tchawicę i poprzerywać wszystkie żyły jak cienkie nitki. Gdyby nie tamta Kotka, która w porę zmieniła tor jego biegu, pewnie dorwałby Shiona na polu walki i nigdy nie doszłoby do tej sytuacji. Ciężko stwierdzić, co dla Opętanego  byłoby lepsze. Rozszarpanie przez wilka, czy uduszenie przez babę wielką jak dom.
Puść go już. ─ Growlithe rozmasował obolałe ramię, przyglądając się tej scenie z wyraźnym brakiem sił. ─ Przyszliśmy coś zjeść.
Zaraz coś wam upichcę! ─ dodała swoim charakterystycznym głosem, puszczając Shiona. Z naciskiem na puszczając, a nie odkładając na podłogę. Od razu odwróciła się, wprawiając w ruch swoją olbrzymią, fioletowo-różową sukienkę i trzęsąc całym pomieszczeniem podbiegła do ogromnego kotła, znad którego unosiła się para.
To ─ wskazał za gorylicą ─ jest właśnie Matylda.
W tle rozległo się skwarzenie, jakiś syk i parę uderzeń... coś jak wałkiem o blat. Growlithe oparł dłonie na szczupłych ramionach młodszego wymordowanego i zmusił go lekko, aby ruszył przed siebie. Zaprowadził go do części tuż obok, służącej im za jadalnię.
Rzadko tu jadam ─ wyjaśnił, kierując się do najdalszego stolika w kącie. ─ No, ale ty to co innego. Możesz tu przychodzić, kiedy będziesz głodny, ale nigdy nie siadaj przy tym stoliku ─ Ruchem ręki wskazał jeden ze środkowych mebli. Największy. ─ Bo tam trafiają łowcy po trudach polowania. Wtedy są szczególnie głodni... i mogliby przypadkiem pomylić takie chuchro z daniem. ─ Parsknął nagle. ─ Przesadziłem z tym daniem. ─ Chwila przerwy. ─ Byłbyś zagryzką.
Później nakreślił mniej więcej, gdzie kto siedzi. Tu strefa dla Bernardynów, koniecznie blisko wyjścia, aby w porę mogli się zebrać i pobiec korytarzem do rannego. Przy niewielkim stoliku blisko kotła Matyldy zawsze siedzi Victor, wiecznie oferujący jej swoją pomoc w kucharzeniu i wiecznie spotykający się z karygodną odmową.
Jeśli znajdziesz w kuchni Victora, a nie Matyldę ─ uciekaj. Gość nabawił się ostatnio poparzenia trzeciego stopnia ─ puścił go przy ławie ─ robiąc sernik na zimno.
Growlithe obszedł stół i usiadł po przeciwnej stronie. Od razu oparł łokieć o wystające, krzywe oparcie krzesła, na którym usadowił swoje dupsko i westchnął głęboko, przebiegając palcami drugiej ręki po blacie stołu. Właśnie w tym momencie złapał się na wgapianiu się w Shiona.
„Czemu się tak we mnie wpatrujesz?”
Odwrócił wzrok, wbijając go w przypadkowy obraz wiszący na ścianie. Scena jakiejś wielkiej, nikomu i tak nieznanej bitwy.
Co robi--
GROW! ─ ryknęła Matylda, kręcąc bioderkiem na linii kuchnia-jadalnia. ─ MAM PIERWSZĄ PORCJĘ!
Wypuścił powietrze. Całe pytanie przeleciało przez zęby.
Przynieś sobie. Jesteś głodny.
Gdy Shion przecisnął się między ławami (i o ile to zrobił) Matylda już czekała z parującą miską po brzegi wypełnioną czymś, co posiadało podejrzanie dobry zapach, ale wyglądało jak coś półpłynnego, gotowego nagle ożyć.
Moja specjalność ─ rzuciła z pełną dumą, wręczając naczynie z ciepłym daniem. ─ To jest ryż. To tutaj to sos, chociaż może wyglądać trochę jak
─ Cześć, Mati.
─ Hejka, Itarawa. A to tutaj to kawałki sarny, ale smakuje jak kurczak. A to pomarańczowe to posiekana marchew. Łohoho, jakaż ja nieśmiała. Oby ci smakowało! Tutaj masz...
─ Co dziś dobrego?
─ Już ci podaję, hahah! A to są pałeczki, tym zjesz. Już idę, Itarawa!
─ Cześć, młody.
─ Szczupły chłopak spojrzał prosto na Shiona i posłał mu lekki uśmiech. Szybko jednak stracił zainteresowanie, człapiąc za podskakującą jak ranna łania Matyldą i komentując zapachy. Przy okazji dogłębnie próbował dopytać się czy ma szansę na dokładkę, ale za każdym razem spotykał się z basowym śmiechem z głębin mórz.
W tym czasie Growlithe przyglądał się krytycznie swoim paznokciom, czekając już chyba tylko na zbawienie.
Co robiłeś przez tak długi czas? ─ Pytanie w końcu przecięło ciszę między nimi. ─ Jednak się zgubiłeś? Albo ─ podniósł na niego podejrzliwe spojrzenie ─ zrobiłeś sobie krzywdę? Kręcą się tu czasami szczury wielkości dachowca i robią sporo zamieszania wśród młodszych członków gangu. Czułem krew, Shion.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22191

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Shion on Pon Kwi 20, 2015 12:42 am
Tym razem droga okazała się o wiele trudniejsza niż przedtem. Ciężko mu było przyznać przed samym sobą, ale kiedy Growlithe prowadził go za rękę, to paradoksalnie, choć niczym dziecko, to Shion czuł się o wiele bezpieczniej i pewniej. Teraz jednak musiał nie tylko za nim nadążyć, ale również nie zgubić go w ciemnościach tuneli, uważać na wystające korzenie oraz kamienie, by się nie potknąć o nie, ani też żeby nie wpaść na ścianę, tak, jak to miało miejsce jakiś czas temu. Całe szczęście, że chód mężczyzny miał charakterystyczny dźwięki, dzięki czemu skupiając się na swoim atucie i najsilniejszym zmyśle koniec końców znalazł się u celu. Bez większych i znaczących zadrapań oraz w całym kawałku.
Już na wejściu w jego nos uderzył zapach jedzenia. Jak na zawołanie poczuł, jak żołądek jeszcze bardziej się skurcza i praktycznie przykleja się do kręgosłupa, by ostatecznie wydać z siebie głośne burczenie. Przełknął bezdźwięcznie ślinę i niepewnie powiódł po pomieszczeniu. Skromnie, ale ta dziwnie… przytulanie? Tak, przytulanie. To dobre określenie.
Jednakże jego uwagę przykuło coś innego. A raczej ktoś.
To była chyba największa baba, jaką w życiu Shion widział. Przerastała go kilka razy plus gdyby postanowiła usiąść na Shionie, to te pewne złożyłby się jak papierowy wachlarz, wypluwając wszystkie kości i wnętrzności. Skulił się nieco i szurając po ziemi, zrobił pospiesznie kilka kroków w tył, gdy kobieta rzuciła się w stronę Growa. Nawet on, facet, który – nie oszukujmy się – nie należał do karłów wyglądał przy niej jak niewyrośnięty chłystek, który sprawiał wrażenie, że za ruchem jednej ręki zostanie złamany w pół niczym suchy patyk. A w oczach Shiona to był naprawdę spory wyczyn.
Z przerażeniem przyglądał się, jak Matylda szasta Growem na bok, tak, jakby był jakąś szmacianą lalką. To było straszne. Shion sam w sobie nie przepadał za kobietami. Nie, żeby był do nich uprzedzony czy zaliczał się do grupy zatwardziałych, szowinistycznych świń. Po prostu bał się ich. Zawsze w ich towarzystwie czuł się niepewnie oraz nieswojo, dlatego też wolał trzymać się od nich z daleka, jeżeli sytuacja na to pozwalała.
Ale teraz nie pozwalała.
Ba. Ta kobieta szła w jego stronę.
A Shion miał wrażenie, że wszystko dookoła się trzęsie. Jakby jakaś Godzilla atakowała.
Opętany rozejrzał się rozpaczliwie dookoła szukając miejsca, gdzie mógłby uciec i się ukryć. Ale było za późno. Potężne łapska objęły go i podniosły do góry, a stopy zamachały bezradnie, szukając twardego podparcia.
To już koniec! Wyciśnie ze mnie wszystkie wnętrzności! Jak z krewetki…, przemknęło mu przez myśl.
Wydał z siebie ciche stęknięcie, kiedy kobieta zgniatała go swoim ciałem, przyduszając wielkim cycem, który prawie pochłaniał jego głowę. Jakby te chciały go pożreć.
Spoiler:
Zamachał rękoma na boki, próbując dać znaki dymne Growowi, by ten w jakiś… jakikolwiek sposób powstrzymał kobietę. Shion nie wiedział czy to coś dało czy nie, ale koniec końców zaznał słodkiej wolności w ostatniej chwili łapiąc równowagę, kiedy gorylicy wypuściła go ze swych ramion.
Zerknął na kobietę i skinął lekko głową na powitanie, kiedy Grow przedstawił mu sławną Matyldę.
- Shion. – przedstawił się grzecznie sięgając dłonią do karku, żeby go rozmasować. Jeszcze trochę a zostałby pozbawiony swojej głowy, gdyby kobieta go nie wypuściła. Drgnął nieznacznie czując ciepło na swoich ramionach, odwracając głowę w bok i spoglądając na mężczyznę pytająco.
- Zapamiętam. – powiedział po krótszej chwili wysłuchiwania opisów stołu, kto gdzie siedzi, co i jak. Niemalże jak na wycieczce krajoznawczej.
- Nie jestem taki smaczny. – odburknął cicho pod nosem, nie wiedząc czy mężczyzna dosłyszy go czy też nie, ale musiał odpowiedzieć na zgryźliwą zaczepkę mężczyzny. - Ty pewnie lepiej im smakujesz. – dodał po chwili ociągania przesuwając wzrokiem po ramionach Growa, by wreszcie wrócić do jego piegowatej twarzy. - Tylko wyglądam na takiego, ale nie jestem małym i uroczym zwierzątkiem o ślicznej twarzy. – rzucił pospiesznie odwracając głowę w bok, jakby powiedział coś złego. Może i poniekąd tak było. Biorąc pod uwagę osobę, której towarzyszył oraz okoliczności i jego marną sytuację, w jakiej się znajdował – może rzeczywiście powinien potulnie potakiwać i trzymać gębę na kłódkę. Generalnie potrafił się powstrzymywać. Przemilczeć wiele kwestii, zignorować czy udawać, że czegoś nie słyszał. Ale ten mężczyzna… ten mężczyzna działał na niego źle, burząc dotychczasowy charakter, który zaczął kreować  Shion. Oraz twardą skorupę, którą chciał otoczyć się i skryć za jej murami przed złymi i natrętnymi osobnikami. A Grow z pewnością do nich należał. Ba! On im przewodniczył.
Kolejne burczenie rozległo się w chwili ogłoszenia, że pierwsza porcja jest gotowa. Shion wyraźnie czuł, jak jego ślinianki zaczęły wydzielać zbyt dużo śliny, a w gardle zasycha.
” Przynieś sobie. Jesteś głodny.”
Słowa jak zbawienie.
- Nie aż taaak… – powiedział cicho w chwili szurania krzesłem, kiedy wstawał. Zaczynało skręcać go w brzuchu. Aż go bolało z głodu i robiło się niedobrze. Wyciągnął nieco niepewnie dłonie, kiedy kobieta podała mu miskę, jakby nie był do końca pewien, czy może. Gdy w końcu jego palce trzymały ciepłe naczynie, przycisnął je bardziej do siebie, nie chcąc, by ktokolwiek w ostatniej chwili rozmyślił się i zabrał mu jego posiłek.
Żył w końcu w Depseracji. Tutaj walka o jedzenie toczyła się praktycznie każdego dnia. A nie ma co oszukiwać – w wielu walkach Shion po prostu przegrywał. Dlatego też wyrobił w sobie nieświadomy instynkt, że kiedy wreszcie miał swoje jedzenie, chciał ukryć je przed otaczającym światem i zjeść w cichym, samotnym miejscu. Jednakże tutaj nie miał takiej możliwości.
- Dziękuję. – odpowiedział cicho, spoglądając na zawartość jedzenia, kiedy powoli odwracał się w bok, żeby wrócić do stolika, w ostatniej chwili skinąwszy jeszcze na powitanie jakiemuś nieznajomemu osobnikowi.
Co chwilę zerkając na Growa, czy siedzi i nie rusza się z miejsca, nabrał na łyżkę pierwszą część zupy, czy co to tam było. Ostrożnie wsunął ją do ust.
Pierwsza łyżka poszła, rozgrzewając jego ciało od środka.
Następna, tym razem wywołując dwa rumieńce na policzkach.
Trzecia była już błyskawiczna, a za nią kolejna i kolejna i kolejna…
Nie pamiętał kiedy ostatnio jadł coś ciepłego. Kilka miesięcy temu? Raczej nie miał dostępu do niczego ciepłego, ani pożywnego. Dlatego też na tę drobną chwilę zapomniał się, pochłaniając wręcz łapczywie to, co miał w misce, co rusz wycierając rękawem usta i podbródek, na których ostały się resztki jedzenia.
Było dobre. Nie, pyszne.
Zamarł z łyżką przy ustach, kiedy Grow przemówił, szarpiąc umysłem Shiona, by stanął do pionu. Powiódł spojrzeniem wyżej, przyglądając się mężczyźnie, wyjadając ostatki zupy z łyżki. Powoli przełknął to, co miał w ustach i niedbale wzruszył ramionami.
- Zgubiłem się. Po prostu. – odparł, jednocześnie zabierając jedną rękę ze stołu, by wsunąć ją bardziej pod niego. - Łatwo się tutaj zgubić. Ty też się gubiłeś kiedyś, prawda? Potknąłem się, upadłem i zraniłem. Dlatego pewnie wyczułeś moją krew. – dodał, odrywając spojrzenie od mężczyzny i spoglądając na swojej już pustej miski.
Przynajmniej dzisiaj nie będzie głodny, choć czuł, że żołądek, tak jak i organizm domagał się dokładki. Przesunął językiem po kiełkach, zgarniając resztki zupy zastanawiając się, kiedy znowu będzie mógł znowu zjeść coś takiego. Chyba nieprędko, zwłaszcza, że wybierał się do CATS.
- Swoją droga…. Dlaczego czujesz krew? Dlatego, że jesteś wilkiem? – zapytał nieco naiwnie, choć szczerze. - Czy to dlatego, że ją pijesz?

_________________


Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before



Shion
-----------
Kundel     Poziom E

avatar

Liczba postów : 1031
GODNOŚĆ : Shion.

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Arcanine on Wto Kwi 21, 2015 12:23 am
„Ty pewnie lepiej im smakujesz”.
Brzmi perwersyjnie.
„Tylko wyglądam na takiego, ale nie jestem małym i uroczym zwierzątkiem o ślicznej twarzy.”
Czyżby? ─ westchnął pod nosem, choć wcale nie brzmiało to tak, jakby był zmęczony. Prędzej skomentował tak niewielkie rozbawienie, jakie na chwilę go ogarnęło, ale równie prędko go opuściło. Tym uroczym akcentem poniekąd rzucił mu wyzwanie. Czyń honory, ratuj reputację. Kto jak kto, ale Shion nie wydawał mu się krwiożerczą bestią ukrytą za ładną buźką, więc raczej nie wierzył w to, że wygrałby zakład. Desperacja była cholernym pudłem na dziwolągi i zdarzały się ewenementy, które wpierw kusiły niewinnym wyglądem, a potem zarzynały w rogu jaskini, ale pewnie przez wgląd na intuicję, Wilczur nawet nie potrafił wyobrazić sobie Shiona w takiej brutalnej wersji. Dla niego pozostał dzieciakiem, który przed momentem skomlał i pociągał nosem, próbując się uspokoić za wszelką cenę, mimo wszystko dalej dygocząc. Nie było w tym nic dzikiego, ani tym bardziej niebezpiecznego. Chociaż?
Zerknął za chłopakiem, który podreptał do Matyldy po jedzenie.
W sumie błąd. Łzy to ciężka artyleria. Pewnie gdyby nie cała otoczka związana z CATS, Growlithe posunąłby się o krok dalej, mącąc bardziej dzieciakowi w głowie. Przesunął kciukiem po środkowym palcu, pozbawionym paznokcia, a potem podparł niedbale łeb na dłoni, wgapiając się w...
...
mlaskające...
niewyżyte...
Oh...
... cholera...
... jasna.
Warknął i kopnął go pod stołem.
Żresz jak świnia, hamuj instynkt.
A czego się niby spodziewał?
Niby sądził, że członkowie gangu dawali mu jeść albo chociaż przedstawili zasady. DOGS miało o tyle dobrze, że na głód nie narzekało. Nie teraz, gdy coraz więcej ludzi mianowanych zostawało na Dobermanów, którzy w czasie pokoju wykorzystywali każdą wolną chwilę na polowania. A potem wracali z całą stertą martwych trucheł, aż reszta nie wyrabiała ze spożywaniem tego. Nawet Matylda marudziła coraz bardziej na ilość zepsutego mięsa.
Ale nie.
Shion łaził głodny. Czyli albo się bał, albo serio nikt nie raczył mu przekazać, że ma takie pozwolenie. A teraz świnił mu na stół, jakby był u siebie.
JESZCZE JEST U SIEBIE, mruknęła Shiva.
Białowłosy się skrzywił.
Jeszcze.
„Zgubiłem się.”
Aha. Jasne.
„Ty też się gubiłeś kiedyś, prawda?”
Zbyt dawno temu, żeby do tego nawiązywać.
„Potknąłem się...”
Huh.
„...upadłem...”
Ofiara.
„... i zraniłem.”
Zmarszczył brwi, ale nie pytał. Odetchnął tylko głębiej, jakby próbował wyczuć coś więcej, a potem po prostu słuchał... Do czasu. Choć początkowe pytania wydawały mu się raczej niegroźne i niezbyt raniły uszy, tak po kolejnym...
„Czy to dlatego, że ją pijesz?”
HUK.
Stół stęknął doświadczając przemocy. Growlithe trzasnął ręką w blat, podniósł biodra i pochylił się do przodu, by złapać Shiona za szczękę i przyciągnąć do siebie. Jak najbliżej.
Do kurwy, nie szczuj mnie ─ syknął, zniżając ton wręcz do konspiracyjnego szeptu. Huśtawka nastrojów właśnie mocno przechyliła się na negatywną stronę, ale trudno, żeby było inaczej, skoro co rusz przypominano mu o nałogu, z którego nie mógł zrezygnować. ─ Tak bardzo chcesz wiedzieć? To może chcesz się przekonać na własnej skórze?
Głupi.
Paznokcie przestały wbijać się w policzki Opętanego, pozostawiając na nich czerwone ślady po mocnym uścisku. Growlithe opadł ciężko na zdezelowane krzesło, odwracając głowę na bok z prychnięciem.
Piję krew, bo muszę. Lepiej stul pysk i wyliż do czysta.
Wystarczyło mu już to, że czuł się cały odrętwiały, jakby pod skórę wsuwano mu metalowe pręty. Szczególnie ręce i nogi ─ jakby nie należały do niego. Nadal się słuchały, ale ruszanie nimi wymagało  większej siły, bo te zyskały znikąd parę niewidzialnych kilogramów. Nie potrzebował nikogo, kto będzie stale uświadamiać go o tym, jak bardzo jego ciało zależne jest od innych. Parę dni bez cudzego ciepła, a jego własny organizm dosłownie wydycha, powoli wyłączając pstryczki przy organach. Trudno się zdecydować na co lepiej zdechnąć. Na zawał czy przez uduszenie?
Wampiryzm to przekleństwo, Shion. Nikt nie chce o tym gadać.
Tyle, jeśli chodzi o ten temat, bo znając samozaparcie Wilczura, prędzej by uległ, niż się udusił. A tak się składało, że jedyną osobą, którą mógłby teraz wykorzystać, był właśnie Shion. Z nieokreślonego powodu wcale nie chciał tego robić. Mrowienie w końcówkach kłów narastało, przypominając o tym, że zęby są gotowe wyostrzyć się chwilę przed wtopieniem w miękką szyję, a to wprawiło jego nogę w nerwowe podrygiwanie. Growlithe'owi rozbłysły oczy, gdy rozwiewał nowe myśli. Nie ugryzie Shiona. Za słabe ciało, a nie miał zamiaru nieść go do lecznicy.
Szlag by cię do chu-
Stuk.
Przed Growem wylądowała miska z ryżem, mięsem i sosem. Itarawa ─ który przyniósł porcję dla Wilczura i postawił je tuż przed nim ─ wyszczerzył się do Shiona zaraz po tym, jak ukłonił się przywódcy. Traktowanie się jak rodzinę nie było w końcu wystarczającym argumentem, by nie okazywać szacunku wyżej postawionym i każdy w gangu był tego świadomym. Odszedł pospiesznie, znów marudząc Matyldzie o swoim żarciu, ale tego Growlithe już nie słuchał. Chwycił  za pałeczki, dłubiąc w białej górze ryżowych ziarenek.
Kusiło go, żeby zapytać Shatarai, co się stało, bo miał nieodparte wrażenie, że dzieciak łże, jak stary pies. Szedł i upadł, co? Każdemu się niby zdarza? Zmarszczył piegowaty nos. Miał podstawy by mu nie wierzyć (był pieprzonym oszustem), ale drążenie tak błahego tematu było idiotyzmem... Co za ostatni palant upierałby się przy czymś takim? Wydłubał kawałek sarny. Tej krwi było za dużo, żeby się na to nabrać. Gdyby się tylko przewrócił i zdarł kolano...
JEDNAK DRĄŻYSZ?
Przyjrzał mu się uważniej, wkładając kawał mięsa do ust i ignorując zmęczony ton Shivy. Właśnie... Zmrużył oczy, celując w niego drewnianymi pałeczkami, jednocześnie językiem ulokował mięcho w policzku.
Było jej całkiem dużo, więc pójdziemy do medyka, żeby cię obejrzał. ─ Już postanowione, co? Pałeczki wsunęły się znów w gęstą górę ryżu, gdy nabierał kolejną porcję. ─ Wda się zakażenie albo inne chujostwo. Przy okazji poznasz Ourella. No, a do tuneli będziesz musiał przywyknąć. O ile zdążysz.
Zabrał się za mielenie tego, co miał akurat w pysku, przy okazji nadal dłubiąc w misce z daniem. To nie tak, że mu nie smakowało, ale żołądek wcale nie domagał się teraz akurat takiej formy pożywienia, choć Growlithe znał każdy etap głodu i póki co nie miał powodów, by się martwić. Jeśli nie  dojdzie do żadnej solidniejszej walki, skończy się na uporczywym, ale niegroźnym mrowieniu w gardle, podniebieniu i zębach. Zawsze może też przejść się do...
Growlithe... ─ zamruczała kobieta, która dosłownie wyłoniła się zza pleców białowłosego. Automatycznie wręcz zadarł brodę do góry, natrafiając na to spojrzenie. Nawet jeśli z zewnątrz była dorosłą kobietą, jej wzrok nadał krył dziewczęcą naturę, pełną niedoświadczenia i zabawy. Pochyliła się nad nim prędko, muskając usta Wilczura i składając na nich krótki, naturalny pocałunek. Zaraz potem szczupłe dłonie wsunęły się na jego ramiona, gdy oplatała rękoma jego szyję, wtulając się w jego plecy. Podbródek oparła o swój bark, przyciskając policzek do znaczonego długą, zasklepioną raną policzka mężczyzny. ─ Właśnie wróciłam z misji... och, ktoś nowy?
Malinowe usta ułożyły się w drobny uśmiech, gdy kierowała iskrzące się, ciekawskie spojrzenie prosto na Shiona. Nie była nachalna w tym, jak na niego patrzyła, ale każdy głupi zorientowałby się, że właśnie go ocenia. Odgarnęła długie, czerwone włosy za ucho i wyciągnęła rękę ponad stołem, choć nie było mowy, by dosięgnęła Opętanego bez dodatkowego pochylania się. A na to Growlithe na pewno by już nie przystanął.
Jestem Utena. Jeśli chcesz, dziś wieczorem możesz przyjść do mnie do pokoaghghtgrowlitfffheee.
Kobieta wyburczała coś niezrozumiałego, siłując się z masą żarcia, jakie dosłownie zostało jej wepchnięte do ust. Growlithe opuścił rękę uzbrojoną w pałeczki i nie odrywając wzroku od papki nabrał kolejnej porcji i wsunął między usta ─ tym razem sobie. Utena przełknęła pospiesznie i odsunęła się od białowłosego, jakby zaraz miała zostać zaatakowana jeszcze raz i zerknęła na Shiona z wahaniem. Wzięła się potem pod boki i westchnęła ciężko.
No dobra. Jest za młody, załapałam. Chciałam tylko przekazać, że jak wracałam, widziałam Livai'a. Coś się stało?
Growlithe mimowolnie podniósł wzrok na Shiona, przegryzając kawałek mięsa.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22191

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Shion on Wto Kwi 21, 2015 7:56 pm
Nie przejmował się tym, jak wygląda podczas jedzenia. Zresztą, przecież tak naprawdę nikt nigdy nie nauczył go podstaw dobrego wychowania przy stole. A głód zrobił swoje. Dopiero kopnięcie w piszczel, które oberwał od Growa przywołało jego rozsądek. Shion uniósł brązowe spojrzenie na mężczyznę naprzeciwko, momentalnie truchlejąc i odwracając wzrok w bok, czując jak twarz pali go z zawstydzenia. Naciągnął rękaw bluzy na palce, po czym przetarł materiałem usta, ścierając resztki zupy.
- Nie żrę jak świnia. – burknął pod nosem ledwo słyszalnym głosem, udając, że jakaś mucha z boku jest w tym momencie o wiele bardziej interesującym zjawiskiem i że to właśnie na niej trzeba zawiesić na dłużej spojrzenie. Chłopak mruknął coś jeszcze pod nosem i poruszył się nieco na krześle, które wbijało się w jego kościsty tyłek.
HUK.
Stół podskoczył. Miska i łyżka podskoczyły. Kurz podskoczył.
I Shion podskoczył.
Zdążył jedynie ujrzeć błysk ostrych kłów, nim palce mężczyzny złapały go za szczękę, niemalże krusząc ją od razu. Serce chłopaka przyspieszyło, a dłoni zaparły się o kant stołu, próbując wyrwać z bolesnego i miażdżącego uścisku. Nie rozumiał. Naprawdę nie rozumiał co zrobił źle, co takiego powiedział, że wyprowadziło tak bardzo jasnowłosego z równowagi. Syknął cicho, odchylając bardziej głowę do tyłu, czując, jak ostre pazury wbijając się w jego miękką skórę. Słuchał co mówił, ale nic nie rozumiał i nie przyswajał tego, co mówiono. Przecież tylko zapytał. To było zwykłe, głupie pytanie, więc dlaczego?
- Powiedziałeś, że tego nie zrobisz! – powiedział głosem pełnym wyrzutu, jakby zarzucając Wilczurowi pewnego rodzaju kłamstwo. Niczym małe dziecku, któremu obiecano lizaka, by w efekcie końcowym dać gorzką lukrecję.
Gwałtownie odsunął się szurając krzesłem po ziemi, kiedy ciepłe i chropowate palce w końcu wypuściły jego twarz. Spoglądał jeszcze przez chwilę na Growlithe’a nieco wystraszonym wzrokiem, przesuwając drżącymi opuszkami palców po swojej twarzy sprawdzając czy nie ma na nich żadnych ran, jednocześnie delikatnie rozmasowując obolałe miejsce.
- Nie chciałem cię obrazić. Przepraszam. Już nie będę pytał. – powiedział cicho, uspokajając przyspieszony oddech oraz serce, jednakże nie przysunął się już z powrotem na swoje miejsce. Wolał zachować pewną odległość od mężczyzny. Co prawda karmił się złudną nadzieją, że tutaj jego ręce nie pochwycą go, bo przecież z łatwością mógłby do niego doskoczyć i rozerwać, ale mimo wszystko czuł się tak nieco… bezpieczniej.
Chociaż czy można tak naprawdę czuć się przy nim bezpiecznie?
Niespodzianka. Można.
To było cholernie paradoksalne uczucie.
Czuć się bezpiecznym w towarzystwie osoby, która mogła pozbawić cię życia za pomocą jednej ręki. Ale to właśnie widok Wilczura wypełnił Shiona poczuciem bezpieczeństwa, kiedy pojawił się, gdy Opętany walczył z cienistą zmorą. To właśnie bliskość ciepła jasnowłosego przynosiła na myśl przyjemne światło, które rozświetla ciemne korytarze kryjówki. To było chore, ale Shion naprawdę czuł się przy nim bezpiecznie.
Choć momentami, a było ich znacznie więcej, naprawdę bał się go.
Wbrew sobie przemknął wzrokiem na miskę z jedzeniem Growa. Poczuł, jak żołądek się ściska, dlatego też ponownie utkwił wzrok gdzieś z boku, próbując odszukać znajomą już muchę.  Nie miał zamiaru narzekać. Co jak co, ale nawet i on rozumiał pojęcie „hierarchia”. Wiedział, że to Grow tutaj rządzi i to jemu należy się szacunek i najlepsze dobra. Plus Shion dostał już swój posiłek, jednakże nie mógł nic poradzić na to, że wciąż czuł niedosyt.
” Żresz jak świnia, hamuj instynkt.”
Pff. Nieprawda.
Naburmuszył nieco policzki w duchu postanawiając sobie, że już nigdy więcej nie zje niczego w towarzystwie Wilczura. Nie będzie zarzucał mu takich rzeczy, ot co.
W sumie powinien poruszyć już kwestię swojej „misji’. Chyba powinien zacząć ją jak najszybciej. Bo im szybciej pójdzie, tym szybciej wróci. Taką miał przynajmniej nadzieję. Przełknął ślinę szukając odpowiednich słów, nie wiedząc od czego zacząć. Już otwierał usta, już prawie mówił…
… ale wtedy Wilczur odezwał się ponownie.
A Shion zdębiał.
Nie ma takiej opcji. Nie… po prostu nie.
Momentalnie bardzo szybko zabrał lewą rękę ze stołu i wsunął ją pod stół. Może trochę za szybko. Może w ruchach Shiona było coś podejrzliwego, ale nie zamierzał pozwolić, żeby zaciągnięto go do lekarza.
Zresztą, nigdy u żadnego nie był i w jego oczach były to przerażające istoty ze stosem igieł i innych mało przyjemnych narzędzi.
No i nie chciał dopuścić, by Growlithe dowiedział się o małej słabości Shiona.  
- Nie! – powiedział ostro. Za ostro. - Nie chcę do żadnego medyka. Nic mi nie jest, to zwykłe zadrapanie. Żadne zakażenie się nie wda. nigdy się nie wdało. - Więc… no. Nie idę nigdzie. – powiedział już mniej zły, acz wciąż stanowczym głosem.
- Zresztą, nie udawaj, że ci zależy. – dodał niemalże szeptem, jakby słowa bały się opuścić usta Opętanego. Szczerze powiedziawszy pomimo danej mu szansy na odkupienie swoich zdradzieckich grzechów i udowodnienia, że nie miał niczego złego na myśli, to wciąż doszukiwał się w słowach Growa pułapki, a nawet fałszywości.
Przecież nigdy nie traktował go jak jednego z Psów. Czemu miałby przejmować się kimś takim jak on? Rana? Za dużo krwi? Zakażenie? Też coś. Brednie. Kłamstwo. Cholerne kłamstwo.
- Zresztą, powi—
”Growlithe!”
Momentalnie zamilkł, kiedy do ich towarzystwa dołączyła jeszcze jedna osoba. Kobieta. Shion przemknął po jej twarzy, od razu zamykając się w sobie i uznając, że nie będzie im przeszkadzał w rozmowie. Posłuży za tło, albo cień. A nawet ścianę. Byleby tylko nie zwracać na siebie niepotrzebną uwagę.
Kiedy kobieta złożyła delikatny pocałunek na ustach mężczyzny, Opętany odwrócił wzrok. Nie dlatego, że poczuł się zażenowany, zawstydzony czy też zmieszany ty gestem, a dlatego, że przypomniało mu się, że tym samym jakiś czas temu obdarzył go jasnowłosy. To u nich jakaś forma przywitania, czy jak? przemknęło mu przez umysł, zaciskając mocniej swoje wargi.
Ściskało go w żołądku od słuchania ich rozmowy. Nawet nie spojrzał na kobietę, kiedy ta zaczęła do niego mówić. Nie lubił kobiet. Nie przepadał za ich towarzystwem, unikał ich. Czemu one nie mogły robić tego samego? Jakby jakaś niewidzialna siła przyciągała je do niego. Nie lubił tego.
Jedyny gest, na jakiś się pokwapił tuż po bezpośrednim zwróceniu się do niego, było lekkie pokręcenie głową w geście zaprzeczenia, chcąc tym samym niemo przekazać, że nie zamierza nigdzie do niej iść.
A potem padło to imię.
Słyszał je już dzisiejszego dnia. I wcale a wcale nie kojarzyło mu się z czymś przyjemnym. Rozchylił nieco usta, czując, jak powoli brakuje mu tlenu. Powinien iść.
- Powinienem iść. – odezwał się cicho, w końcu spoglądając na Growa i napotykając jego spojrzenie. TO spojrzenie.
- Mam codo zrobienia… – palce zacisnęły się na lewym przedramieniu. Jednakże zamiast się ruszył… wciąż siedział. Czekał. Czekał na przyzwolenie, że może iść. Jednocześnie czując, jak jego ciało odmawia posłuszeństwa przygniecione spojrzeniem dwukolorowych tęczówek.

_________________


Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before



Shion
-----------
Kundel     Poziom E

avatar

Liczba postów : 1031
GODNOŚĆ : Shion.

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Arcanine on Sro Kwi 22, 2015 10:30 pm
„Powiedziałeś, że tego nie zrobisz!”
Mógłby odbić piłeczkę i sam do końca nie był pewien, po co zadławił się słowami, zamiast go zaatakować. Jemu też obiecywano, a zamiast tego Shion próbował ucieczki i zranił jego marę. Może to sprawka tego, co stało się chwilę później, bo przeprosiny zawsze były pierwszorzędną rzeczą, która w pewien sposób kruszyła agresję Wilczura. Nie do tego stopnia, by odpuścił, ale jednak na tyle, by przestał rozszarpywać ranę akurat w tej chwili. Milknął, gdy go się ugłaskało. Dokładnie tak jak teraz, choć nieposłuszeństwo nadal malowało się w jego oczach. Szczególnie po tym, co usłyszał później.
Przypuszczał, że Shion się zdenerwuje, potknie, zacznie tłumaczyć. Na swoją niekorzyść, ale bez otrzymania konsekwencji. W gruncie rzeczy Growlithe nawet nie miałby za co go teraz zgnoić, o ile nie wymyśliłby sobie śpiewki na poczekaniu. Nie mógł uznać, że ogarnęła go panika, ale szybkie wsunięcie ręki pod stół nie uszło uwadze Wilczura, który bacznie mu się przyglądał. Bingo.
Teraz tylko musiał jakoś pozbyć się...
No? Co tak milczycie?
Nie powiedział na głos, by ten został z dupą na miejscu, ale w zasadzie wcale nie musiał. Rozkaz bił z jego oczu aż do momentu, gdy spuścił spojrzenie z powrotem na miskę. Czyli Shion stchórzył. Już nawet nie chodziło o to, że się bał. Mógł wymyślić mdłe kłamstwo, bo Ute nie miała żadnego powodu, żeby mu nie wierzyć. Z ognistymi włosami i błyszczącymi oczami wydawała się groźna, ale jej temperament nieco tępiał przy wesołym usposobieniu i leciutkim uśmiechu. Była władcza, ale nie groźna, dlatego większość schodziła jej z drogi nie ze strachu, a z czystego uwielbienia.
O co chodzi z Livaiem? ─ Zaczęła wiercić dziurę w całym, biorąc się pod boki i zerkając to na jednego, to na drugiego, jakby przyłapała ich na złym uczynku.
Szuka Gavrana. ─ Choć początkowo nie zakładał, że w ogóle zabierze głos w tej sprawie, nagła chęć ucieczki Shiona wymusiła na nim wyjaśnienia. Teraz patrz, jak to się robi, dzieciaku. Nie musisz kłamać, żeby się od ciebie odwalili, a żeby nikt nie miał ci czegokolwiek za złe. Później zawsze można się wzbronić przed wyrzutami, że „przecież nie pytałeś/łaś”.
Gavran zaginął? ─ Otworzyła szerzej oczy, na co Growlithe ─ paradoksalnie ─ przewrócił swoimi.
Skoro go szuka, to chyba jasne?
Długo już go nie ma?
„Siedem dni. Nie, w sumie to godzinę i dwadzieścia minut... a tak właściwie to cały kwadrans. Ha, żartowałem! Dopiero co wyszedł!”
Ciężko stwierdzić. Nie wrócił z misji.
Znów zleciłeś Kundlom coś niemożliwego do wykonania? Ostatnio posłałeś ich na dwie Mantykory.
To był przypadek ─ syknął przeciągle, puszczając pałeczki i zerkając na Utenę z niemym wyrzutem. Lekkie drewno cichutko stuknęło o brzeg naczynia, jakby ten dźwięk był właśnie kropką na końcu zdania.
Jak mogłeś pomylić Dobermana z Kundlem?
To bliźniacy! Są identyczni. Nawet gadają równocześnie.
No w sumie... ─ Zastanowiła się przez chwilę. ─ Dobra. Nie będę wam przeszkadzać. Wpadniesz dzisiaj do mnie?
Jestem zajęty.
Całą noc? ─ Wydęła wargi, ale nie wyglądała wcale na obrażoną, bo zaraz zaśmiała się pod nosem i machnęła ręką. ─ Muszę jeszcze złapać Garry'ego. Podpieprzył mi żarcie z pokoju.
A potem ─ nawet się nie żegnając ─ ruszyła między krzesłami i stołami, mamrocząc coś o zachowaniu czworonożnego członka gangu, jakby był najgorszym zwyrodnialcem, jaki stanął na jej drodze. Dopiero, gdy je głos ucichł na dobre, Growlithe podparł się łokciem o blat stołu i oparł policzek o dłoń.
To co takiego powiedziałem?
Czyli nie odpuści.
Zrobiło się teraz cicho i spokojnie. Przede wszystkim cicho. Matylda niby wciąż krzątała się gdzieś po kuchni, ale jej obecność była w zasadzie nieodczuwalna. Przemykała po podłodze jak cień, w porównaniu do tego, co robiła, gdy zobaczyła ich po raz pierwszy tego dnia. Itarawa musiał już wyżłopać wszystko, co mu wpakowano do miski i ulotnił się, żeby obmyślać kolejny „genialny” plan zdobycia Giggle, która ─ znając cudowny zbieg okoliczności ─ właśnie flirtowała z Ourellem. Growlithe postukał się palcem wskazującym w policzek, niemo odliczając ciągnące się sekundy.
„Zresztą, nie udawaj, że ci zależy.”
Jasne, że to usłyszał, choć przez Utenę nie był w stanie zareagować. Najwidoczniej teraz postanowił to nadrobić.
Jesteś jeszcze dzieckiem ─ warknął, tak jakby to wszystko w pełni wyjaśniało. Niby zdawał sobie sprawę, jak to musiało wyglądać. Dwie godziny temu rzucił nim o ścianę i był gotów ukręcić mu łeb bez zastanowienia, a teraz zachowywał się jak ktoś, komu niby zależało. Skrzywił się z niesmakiem, bo mimo wszystko własny argument wydawał mu się teraz wystarczający w tej patologicznej sytuacji. ─ Władowałeś się w niezłe gówno. Powinieneś je czuć nawet w ustach, jak mielisz tym jęzorem i przytakujesz na każde słowo, za które chcesz mnie zabić. Oducz się tego. To wkurzające. Na czym ci teraz w sumie zależy? ─ Przystopował na chwilę, choć wcale nie zamierzał dać mu dojść do słowa. Nie, dopóki sam nie skończy tego, co ciskało mu się na wargi od dłuższego czasu. Pochylił się za to nieco nad stołem, przyglądając się rudzielcowi z pełną uwagą. ─ Zamordowaliśmy twojego kochanka i zrobilibyśmy to jeszcze raz, gdyby nadarzyła się okazja, a ja byłem pierwszym w kolejce, który by cię rozszarpał. Uratował cię przypadek i naiwność Gavrana. I? Nagle uznałeś, że będziesz dla nas miły, bo nie dostałeś od razu po łbie? Nie mogłeś. Nie skrzywdzilibyśmy naszego, a Gav stał wtedy po twojej stronie. Może się nauczy, by nie przynosić każdej znajdy z ulicy, bo to nie chrzaniony przytułek dla ubogich. Nie każdy zresztą chce się oczyścić z tego świństwa. Ty chcesz? Nawet jeśli oznacza to pracowanie dla mnie? Albo dla Ryana?
Nie wiedział. Jasne, że nie wiedział, jak bardzo Ryan był nienawidzony, jako główny oprawca, ale zamiast tego zdawał sobie sprawę, że Grimshaw również był współwinny krzywdy, jaka spotkała Shiona. Nie wiedział więc, ale mógł się domyślać, że to na niego przelewała się cały czas masa goryczy, dotychczas tłamszona przez byłego kocura. Nie. Wróć. Kociaka co najwyżej, który teraz skulony czekał, aż pozwoli się mu odejść od stołu. Ale tego pozwolenia nie otrzymał. Za bardzo zżerała Growlithe'a chora ciekawość, czy ma rację w stosunku do niego, czy powinien żałować, że nie zakończył wszystkiego jeszcze w magazynie. Mógłby zwalić winę na obłęd, który zaczął wtedy w nim narastać. Jak piła wżerał się w umysł i zamiast poddać się chwili, stłamsił to uczucie na rzecz... czego? Głupiej przepowiednie Londona, która nawet nie była dostatecznie czytelna?
Co jeśli cię oszukiwałem? ─ Ton głosu wyczuwalnie zmarkotniał, jakby było mu już wszystko jedno. Albo jakby przestał grać. ─ Może serio udawałem, żeby coś z ciebie wycisnąć. Mydlę ci oczy, daję jedzenie, ciepło i litość, żeby zaraz cię uświadomić, że to wszystko było kłamstwem. Nie mam dobrych zamiarów. Przecież nie muszę ich mieć. Na początku wszystko szło tak, jak zostało to rozplanowane z góry. Nikt nie był niczym zaskoczony. Ty byłeś członkiem wrogiego gangu, ja byłem wobec ciebie nieprzychylny. Kazałem ci się rozebrać, nałożyłem ograniczenia, zdegradowałem do roli sługi. Nie byłeś nawet zwykłym Psem. Pokarało cię, gdy zostałeś mianowany jako podnóżek każdej osoby w siedzibie, z obowiązkiem słuchania ich i wykonywania rozkazów, nawet jeśli byłoby to coś błahego albo nieprzyzwoitego. Pomyślałeś o tym choć raz, między jednym, a drugim głaśnięciem? Jestem ciekaw, ile jesteś w stanie znieść, żeby zaskarbić sobie to całe zaufanie, o którym mówisz. Jasne, stałeś się potulny. To nawet urocze. Ciekawe. Ale nadal łżesz.Sądzisz, że nie wiem?Więc może to jednak druga próba wdrożenia planu w życie, tym razem biorąc sobie mnie na celownik? Nietrudno skruszyć serce łzami i opowieścią o ukochanym, hm? ─ Wypuścił powietrze przez zęby, wyraźnie zmęczony całą tą gadaniną. ─ Coś w tobie umarło, Shion. Nawet nie powiem, że się rozbiło, bo to dałoby się jeszcze posklejać. Posiadałoby parę ubytków, ale miałoby jakiś kształt, więc to nie to. Mam wrażenie, że to się skruszyło na popiół. Całkowicie. Co zrobisz, jeśli Gavran się znajdzie i uzna cię za winnego? Jeśli będzie chciał twojej śmierci? Nie szybkiej i bezkonfliktowej, tylko długiej i ciężkiej. Palącej od środka. Po prostu dasz się zarżnąć? ─ prychnął bez większego przekonania. ─ A gdybym miał skrępowane dłonie i związane nogi, a w rogu leżałby nóż? Skorzystałbyś z łatwej okazji do zemsty? Nawet bym się nie wyrywał. Równie dobrze mógłbym być nieprzytomny.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22191

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Shion on Pią Kwi 24, 2015 9:06 pm
Atmosfera stawała się dziwnie ciężka. Przynajmniej dla Shiona. Kobieta niby zachowywała lekkość i pogodę ducha, Growlithe spokój, ale chłopak nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że coś go zgniata i dusi od środka. W jednej chwili zapragnął znajdować się gdzieś daleko od tego miejsca, od tego osobnika, którego wzrok tak uporczywie wywiercał dziurę poczucia winy. Drżące palce mimowolnie zacisnęły się na kolanach, kiedy przysłuchiwał się prowadzącej rozmowie. Może gdyby sytuacja przedstawiała się inaczej, może gdyby nie zdradził kilka godzin wcześniej a Growlithe nie zamierzał rozerwać jego gardło – może wtedy Shion wyciągnąłby jakieś wnioski z przeprowadzonej rozmowy. Nie był głupi. Nie posiadał stosownej wiedzy o świecie, ale nie był głupi. Potrafił słuchać i zapamiętywać, potrafił też wykorzystywać przeróżne informacje na swoją korzyść. Ale dzisiaj poczucie winy i tego, że spieprzył sprawę zżerały go od środka. Toczyły niczym cholerna choroba, która wyżerała kawałek po kawałku.
Uniósł wzrok dopiero w chwili, kiedy kobieta postanowiła opuścić ich dwójkę i udać się gdzieś dalej.
- Dlaczego nie— – chwila zawahania, aż wreszcie zamilkł. Przecież to było oczywiste, kretynie. Jak myślisz, co by się stało, jakby Psy dowiedziały się o twojej zdradzie i zrozumiały, że po tym wszystkim zeżarłeś na spokojnie ich zupę w towarzystwie ich Przywódcy, któremu ufali i za którym podążali? No właśnie.
- Nieważne. – cichy pomruk wydobył się z jego gardła, kiedy rude kosmyki włosów o jaśniejszych końcówkach opadły na jego oczy. Westchnął cicho, powoli rozluźniając mięśnie, choć ten stan z pewnością nie pozostanie na długo.
To cholerne, złe przeczucie.
Naprawdę powinien iść…. Ulotnić się, tak, jak na prawdziwego tchórza przystało.
Ale nie mógł. Jakaś jego część chciała zostać.
Powoli wciągnął powietrze nosem, szukając jakiejś sensownej odpowiedzi na jego pytanie.
- No właśnie to. – ależ, kurwa, konkretna odpowiedź. - Co mam ci powiedzieć? I nie jestem dzieckiem! Mam 22 lata, cholera! – rzucił nieprzyjemnie oburzony, choć raczej swoim zachowaniem tylko i wyłącznie potwierdził słowa mężczyzny. Był dzieckiem. Cholernie niedoświadczonym i zagubionym w tym przeklętym świecie dzieckiem.
- Tylko wyglądam na takiego. Ty też nie wyglądasz na jakiegoś starego. – dodał bardziej zbuntowano, lecz momentalnie ugryzł się w język.
To przywódca Kundli, idioto.
Wiem…
Z pewnością jest kilkadziesiąt, albo nawet i kilkaset razy starszy od ciebie.
Ta….
- Jesteś stary, prawda? – "stary" to nie jest zbyt ładne określenie. - Wiekowy...? Podstarzały? W kwiecie wieku? - ciche pytanie przecięło coraz to bardziej narastającą ciszę, kiedy spojrzał bokiem na mężczyznę, a w brązowych oczach chyba po raz pierwszy zamigotało światełko ciekawości.
Które dość szybko zostało zgaszone. Przez tę samą osobę, która parę sekund wcześniej rozpaliła je.
I zaczęło się.
Nieprzyjemne mrowienie pod skórą zaczęło się wraz z pierwszym wypowiedzianym zdaniem przez mężczyznę. Zacisnął mocniej usta w wąską linię i wbił spojrzenie brązowym tęczówek w mężczyznę. Czuł się dziwnie… źle. Duszno i ciężko, a to cholerne „coś” ponownie usiadło na jego barkach. W końcu wydał z siebie ciche warknięcie, które wdarło się w słowa mężczyzny. Małe kiełki błysnęły za bladymi wargami chłopaka, obnażając jego zdenerwowanie, które choć ledwo namacalne, z pewnością było wyczuwalne. W końcu tak mało emocji mąciło tą piegowatą twarz.
- Mówiłem ci już. Mówiłem ci, że zostałem sam, nie mam nikogo, nie mam gdzie iść. Nie wiem co zrobić ze sobą. Oczywiście, że nie zmieniłem swojego zdania co do was tylko dlatego, że ktoś był miły. Sympatia, bezinteresowność.. – prychnął cicho. - Czegoś takiego nie ma w Desperacji. Każdy oczekuje czegoś w zamian. Zapłaty. Nikt nic nikomu nie da i nie pomoże bez jakiegoś swojego interesu w tym. Każdy tak postępuje. Nawet jak karmią cię głupimi historyjkami o wielkiej miłości, przyjaźni… rodzicielstwie – skrzywił się lekko, jakby coś go zabolało. - To i tak sprzedadzą cię jeżeli ktoś zaproponuje im worek kartofli. Nie wciskaj mi kitu o byciu miłym za darmo… Jednakże trzymacie się razem, jesteście dla siebie inni niż w CATS czy pojedyncze grupki w Desperacji i pomyślałem, że może uda mi się przeżyć będąc z wami. Może… – syknął coś cicho, wbijając paznokcie w swoje uda. - Nawet Ethan nie był dla mnie miły za darmo. Nikt nie jest miły. A ty… ty traktowałeś mnie jak intruza od samego początku. Może i mnie okłamujesz i zwodzisz, karmiąc miłymi gestami, tylko… po co? Po co to robisz jak już i tak wyciągnąłeś ze mnie zbyt wiele. Jaki masz w tym interes? Może bawi cię to? Może masz jakieś chore hobby? – odwrócił głowę w bok i przycisnął dłoń do ust, próbując opanować drżenie ciała.
- Nie mam nic, na czym mi zależy. Zabrałeś mi to. Dobrze o tym wiesz, więc czemu drążysz temat? Jesteś jakimś sadystą? – spojrzenie przesunęło się po piegowatej twarzy.
- Jeszcze jakiś czas temu było mi wszystko jedno. Czy zdechnę, czy zjedzą mnie robaki, co się ze mną stanie. Nie widziałem sensu w niczym, nie miałem celu. Będąc w Psach znalazłem go. Nie wiem co to, ale wiem, zrozumiałem, że chcę żyć. Nie chcę umierać i chcę odnaleźć swój cel i tyle. Może to chwilowe, może i nie. Ale dlatego chcę pomóc Psom. I udowodnić, że nie jestem kotem. Kotem, którym wciąż jestem w twoich oczach, prawda, Growlithe? – zapytał cicho, czując jak pojedyncze krople zaczynają spływać po bandażu i w niego wsiąkać. Kątem oka zerknął w tamtą stronę i zaklął pod nosem.
Niedobrze. Zdenerwował się. Krew zaczynał żyć własnym życiem.
Dwa głębsze wdechy dla uspokojenia.
- Umarło we mnie sześć lat temu. – spokojny, acz nieco drżący głos powoli uformował się w słowa. - Ale zaczęło odradzać się we mnie na nowo. To ponownie zostało zabite dokładnie trzy miesiące i dwanaście dni temu. Bezpowrotnie zniszczone. – cichy syk skutecznie przypomniał o wydarzeniu, którego uczestnikiem był Growlithe. Palce przysunęły się do ust i dotknęły opuszkami warg.
- Niby nie krzywdzicie swoich, ale każde twoje wspomnienie, że zabiłbyś jeszcze raz Ethana skutecznie wbija mi nóż w żołądek i przekręca go, by wyszarpnąć jak najwięcej ze mnie. Każde twoje słowo nawiązujące do niego i do tamtego wydarzenia jest niczym bolesne uderzenie biczem. To jak to było i jest? Czy kiedykolwiek chociaż na chwilę byłem w twoich oczach Psem czy jednak kotem w psiej skórze? Czyli te wszystkie miłe gesty były jedynie na pokaz? Dobrze. Dowiedziałeś się wszystkiego, co mogłem powiedzieć. Możesz zrzucić maskę. – dłoń opadła na stół ciężko, wraz z westchnięciem.
Spojrzenie wreszcie opadło, a maska obojętności i złości pękała, ustępując bezradności.
- Może bym zabił, a może i nie… Kot pozostanie kotem, prawda? – sarknął cicho.
- Prawda jest taka, że raczej nigdy mi nie zaufasz. A ja zaofiarowałem ci wszystko, co mam, by udowodnić swoje intencje. Dosłownie wszystko, choć wiele tego nie mam. Czy gdybym łgał ci, chciałbym pozwolić ci na obdarcie mnie ze wszystkiego? Po co miałbym? – wzrok niepewnie padł na twarz białowłosego, chociaż tak naprawdę nie oczekiwał od niego odpowiedzi.

_________________


Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before



Shion
-----------
Kundel     Poziom E

avatar

Liczba postów : 1031
GODNOŚĆ : Shion.

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Arcanine on Sob Kwi 25, 2015 4:49 pm
„Mam 22 lata cholera!”
Serio? ─ Brwi uniosły się, aż jedna z nich skryła się za poszarpaną, nieułożoną grzywką. ─ A zachowujesz się na maksymalnie pięć.
Nawet nie chodziło o to, żeby mu dokuczyć. Poważnie. Growlithe nie znał się na dzieciach, nawet gdyby chciał i każdy, kto nie potrafił trzymać emocji na wodzy, był dla niego gówniarzem. Widząc kogoś, kto zbyt łatwo pakował się w kłopoty (patrz: Shion), przez niewyparzony jęzor albo nieumiejętność fałszywego gestykulowania, automatycznie wpakowywał go do ustalonego wcześniej wora. Shion mógł mieć nawet i pół ery, ale nadal w oczach Wilczura kreślił się jak ktoś rozbity emocjonalnie i pod pewnym kątem słaby, bo mocno zraniony. Bez możliwości zachowania w sobie wszystkich sekretów, które chciało się wziąć ze sobą do grobu. Growlithe domyślał się przecież, że nie był odpowiednią osobą do tego, by przekazać mu cały swój ból, bynajmniej nie z powodu braku zrozumienia. Poniekąd nawet docierało o niego, że Shion mógł tego coraz bardziej żałować, a w późniejszym etapie nawet bać się o to, że zostanie to wykorzystane przeciwko niemu w jakiś wyjątkowo perfidny sposób. Skoro już teraz drążył temat i rozkopywał ledwo zabliźnione rany, strach ściska gardło, co zrobi za kwadrans.
Chwila.
„Ty też nie wyglądasz na jakiegoś starego.”
Opuścił brwi i automatycznie zmrużył też oczy. To było dość niekult...
„Jesteś stary, prawda?”
… uralne...
„Wiekowy..?”
Shion...
„Podstarzały?”
… grabisz sobie.
„W kwiecie wieku?”
Syknął pod nosem.
Umarłem w wieku 24 lat, a znałem czasy przed apokalipsą, Shion. To dość dużo, ale daruj sobie tego starocia. Swoje jeszcze umiem zrobić. Zresztą, chętnie ci to pokażę.
Ale nie teraz. Teraz rozpętało się piekło i głupio byłoby mu przerywać.
Jak to powiedział dawno, dawno temu w filmowym amoku, jeszcze żywy, Anthony Hapkins ─ „kiedyś traktowałem ludzi dobrze. Teraz ─  z wzajemnością”. Przyglądanie się Shionowi i jego rosnącej frustracji, w pewien nieokreślony sposób zadowalało nienażarte ego Wilczura. Dokładnie tak, jakby na siłę wywalił z jego ciała duszę, obnażył i bezczelnie zaczął przyglądać nagim fragmentom, dotychczas mocno schowanym przed innymi, równie wkurwiający spojrzeniami. I czemu? Tylko dlatego, że Shion traktował go jak idiotę?
Jasne, że traktuje jak idiotę. Nadal pewnie myśli, że wbije mi nóż w plecy, jak odwrócę się i zapatrzę na jakaś...
JACE, JESTEŚ DZIŚ JAKIŚ NIESTABILNY.

Growlithe zmrużył bardziej oczy. Nie niestabilny, tylko bardziej odkrywczy. Badał Shiona na nowo, dając mu zupełnie białą kartkę. Masz i wypisz życiorys jeszcze raz, od samego początku, żeby wykreślić błędne sytuacje, z których nie dało się już wyplątać. Tabula rasa, co? Wpatrywał się w to, jak młody zaciskał usta i uciekał spojrzeniem, naprawdę przypominając niepewnego i besztanego  dzieciaka, nie do końca wiedzącego, jak zareagować na uwagi od nauczyciela. Choć z Growlithe'a nauczyciel byłby raczej marny, to jednak obserwatorem był dzisiaj rewelacyjnym. Kodował sobie każdy, nawet najdrobniejszy ruch wymordowanego, próbując dokładniej zrozumieć jego intencje. Bo przecież
„Co z nim jest nie tak.”
coś z nim jest nie tak i nie jest to zło spowodowane jego własnymi myślami. Ktoś go nieźle trzyma za obrożę, podduszając za każdym razem, gdy chciał się z niej zwolnić. Teraz pytanie, jak długo metalowa obręcz będzie uciskać mu gardło.
Skrzywienie na jego ustach. W oczach białowłosego pojawił się mały błysk. Ujrzał kolejny gest, który zapewne nie był przeznaczony dla żadnej widowni. Shion musiał się nacierpieć i tego jednego był pewien w stu procentach, bez żadnego, charakterystycznego dla siebie podważania nawet najbardziej podstawowych wartości. Cierpiał w ciszy, dusząc się w kącie tym, co go spotkało wczoraj, dwa dni temu, miesiąc wstecz albo nawet parę lat. Codzienna walka ze świadomością, że nikt nie chce słuchać o jego problemach. Nikogo nie interesuje cudza przeszłość, ani tarapaty, w jakie się wplatało. Jeśli nie da się komuś odpowiedniej zapłaty, nie ma mowy o posiadaniu „przyjaciół”. Bezinteresowność, co? Jasne, że jej nie było. Teraz nawet anielska pomoc była tylko po to, by uspokoić ich narwane sumienie. Chrzanić bezinteresowność. Handel wymienny też jest w porządku.
„A ty… ty traktowałeś mnie jak intruza od samego początku.”
Oho... Czyżby nie krył się ze swoją wrogością co do niego?
JACE... RZUCIŁEŚ NIM O ŚCIANĘ, syknął Shikei, a Growlithe tylko zacisnął usta w wąską linię. No dobra. To może nie było wykrzyknikiem przed „Lubię cię!”, ale różne są sposoby na wyrażanie sympatii...
„Jesteś jakimś sadystą?”
Jasne, że nie.
JACE...

Z ust jasnowłosego wyrwało się ciche mruknięcie, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie się rozmyślił. Albo po prostu nie zdążył, bo kolejne tsunami słów chlusnęło mu prosto w twarz.
„Kotem, którym wciąż jestem w twoich oczach, prawda, Growlithe?”
Znów ten niebezpieczny błysk w jednej z tęczówek Wilczura. Nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył tej tezie. Wcale nie musiał. Odpowiedź i tak została już wywalona na stół, jak ostateczne asy z rękawa. Nie miał zamiaru już się z tym kryć, nawet jeśli zrobił wystarczająco... a nawet jeszcze więcej niż powinien, by przekonać Shiona, że jednak myśli inaczej. W gruncie rzeczy był przecież w stanie skrócić jego drogę do Sądu Ostatecznego tylko po tym, co usłyszał od Shatarai, a to mówiło samo za siebie. Miał go za pieprzonego kociaka, samemu chyba nawet nie chcąc wyzbyć się tego obrazu z głowy.
„Umarło we mnie sześć lat temu.”
Więc... ma dwadzieścia dwa lata, umarł sześć lat wstecz... jako szesnastolatek? Growlithe stuknął  bezdźwięcznie palcami o udo, dalej przysłuchując się zirytowaniu Shiona. W tym samym czasie, węch wychwycił kolejne drobne fragmenty charakterystycznego zapachu.
KREW, JACE. KREW.
Co ty powiesz, Holmesie.
NADAL CI SIĘ ŚNI, ŻE POŻERASZ PÓŁMARTWE DZIEWICE?
Nie, doktorze. Teraz śni mi się, że pożeram pana.

„To ponownie zostało zabite dokładnie trzy miesiące i dwanaście dni temu.”
SZCZĘŚLIWI CZASU NIE LICZĄ, CO?
Shiva, wyskakujesz przed szereg.
WIEM, WIEM. WYSTAJĄCE GWOŹDZIE SĄ DOBIJANE.

Zacisnął szczękę, przez co linia żuchwy nabrała ostrzejszych rysów. Nie przerywał mu, wręcz grzecznie siedząc, jak go usadzono i wchłaniając nowe informacje. Ale to faktycznie była krew, a tego powoli nie mógł już znieść. Wszystkie sygnały na Niebie i Ziemi zaczynały mu centralnie dokuczać. Z każdej strony, na każdym możliwym kroku przypominano mu o tym, że był uzależniony. Shion mu wcale niczego nie ułatwiał. Co z tego, że robił to nieświadomie? Głupie „kolano” ─ o ile niby to ono było winowajcą ─ mąciło w głowie Wilczurowi do tego stopnia, że zaczął się denerwować.
USPOKÓJ SIĘ.
Wszyscy dobrze wiedzieli, że im bardziej się kogoś uspokajało, tym bardziej się go szczuło. Mary były dzisiaj wyjątkowo złośliwe. Szczególnie przez to, że zachowywały się, jakby im zależało.
„Po co miałbym?”
Uśmiechnął się. Nie wesoło, ani widocznie. Kącik ust ledwo mu w zasadzie drgnął, ale było to na tyle niespotykane, że można nawet uznać za szczere.
Bo to mogłoby działać na twoją korzyć. Czasem nawet głupie, małe, niewinne, przypadkowe kłamstwo może okazać się drogą do zwycięstwa i wielu o tym wie. Znasz historię o Odyseuszu i cyklopie? ─ Miał wrażenie, że nie. Nawet nie potrafił się przekonać, że Shion potrafił czytać i pisać. Pewnie dlatego nawet nie zaczekał na odpowiedź. ─ Kiedy zakończyła się wojna trojańska, Odyseusz zabrał swoich ludzi i wyruszył z nimi w drogę powrotną do Itaki, gdzie sprawował władzę jako król. Gdy przepływał obok krainy cyklopów, Polifem, pasterz owiec, cyklop oczywiście, uwięził go wraz z całą jego załogą w ciemnej jaskini, z której nie mogli się wydostać. Zakrył wejście olbrzymim głazem. Cyklop codziennie, rano i wieczorem, zjadał jednego więźnia, skutecznie uszczuplając grupę Odyseusza. Każdy by się wściekł. ─ Growlithe przesunął wzrokiem po twarzy Shiona. ─ Polifem jakimś cudem zorientował się, że to Odyseusz jest przywódcą i zapytał go wtedy o imię. Wiesz co zrobiła ta cholerna gnida? ─ Wyprostował się, odchylając nieco na starym krześle, które niebezpiecznie wydało z siebie cichy trzask. ─ Oszukała cyklopa, odpowiadając mu, że nazywa się „Nikt”. Polifem oczywiście uwierzył. Nie miał przecież podstaw, by tego nie robić. ─ Stop. Krótka chwila, jakby chciał przypomnieć Shionowi, że to samo było z nimi. ─ Odyseusz pewnej nocy upił cyklopa, podając mu wino z ładowni swojego statku. Opowieści głoszą, że gdy tylko olbrzym usnął, rozgrzano metalowy pręt do czerwoności i wbito go w jedyne oko cyklopa. Potwór w przerażeniu zaczął wrzeszczeć, odsunął głaz i czekał na Greków. Oślepiony dotykał grzbietów swoich owiec, wierząc, że tym sposobem dotknie jedną ze swoich ofiar, ale Odyseusz był sprytniejszy. Wszyscy towarzysze króla Itaki schowali się pod brzuchami zwierząt i tym sposobem wydostali się z jaskini bezpiecznie. Inne cyklopy dobiegły do Polifema, pytając kto go oślepił. „Nikt”, wrzeszczał Polifem, więc uznano to za przypadek. Sam widzisz. Czasami poznanie jednego, na pozór niegroźnego kłamstwa, może być dla nas ciosem w szczękę. Jesteś w stanie zrobić ze mnie frajera tylko dlatego, że uwierzyłbym w któreś z twoich słów. Wiesz czemu nadal cię nie mam za prawdziwego Psa? Bo chcesz zemsty. Nie możemy się czuć przy tobie bezpiecznie. Może jesteś niepozorny, wygłodzony i rozbity... ale to kwestia czasu, aż nabierzesz siły. Wiem to. Wtedy naprzód wysuniesz nie własne dobro, tylko dobro Ethana. Będziesz chciał wbić nasze pyski w brudny piach i rozkażesz gryźć ziemię, byśmy przyzwyczajali się do miejsca, w którym zaraz wylądujemy. Tak nie może być. I co? Wiecznie mam cię trzymać na krótkiej smyczy? Cały czas mam słać za tobą Shatarai? To męczące dla niej, dla mnie i dla ciebie. Nie wiem, czy jest jeszcze droga powrotna, by twój cień przestał rysować się na wzór kota, a nie psa, ale... ─ Growlithe sięgnął dłońmi za siebie. Porozcinane palce dotknęły zapięcia, które puściło praktyczni natychmiast. Chwilę później nad stołem, zgrabnym łukiem przeleciał niewielki, srebrny przedmiot, który wyłapał w locie blask z dalekiej pochodni i trafił do Shiona. ─ Nie masz celu innego niż pomszczenie imienia Ethana ─ zaczął neutralną nutą, na moment zerkając na to, co sam mu przed momentem dał. Zniszczony, porysowany nieśmiertelnik z wybitymi, wielkimi znakami „HOPE / 13”. Na rogu był zgięty i chyba tylko cudem wyprostowany na powrót, ale linia zgięcia nadal była widoczna. Jakiś mięsień drgnął na jego twarzy. ─ Więc dam ci drugą drogę. To pamiątka po kimś, kto był mi bliski. Równie bliski, co tobie Ethan. Zwrócisz mi to, kiedy uznasz, że nie skrzywdzisz żadnego Psa, mimo demonów przeszłości ─ przeczesał palcami białe kosmyki. ─ Albo sam ci to odbiorę, gdy okaże się, że nie umiesz zrezygnować z bycia Kotem. Teraz już masz wybór. Albo będziesz żyć przeszłością, albo zostaniesz moim...
Trzepot skrzydeł.
Do pomieszczenia wleciał Livai. Jego czarne skrzydła otarły się o jedną z belek i lot nagle przestał wyglądać tak wdzięcznie. Zapikował krzywo w dół, upadając tuż obok ich stołu, nadal trzepocząc jednym ze skrzydeł. Otworzył haczykowaty dziób, by zaraz potem rozpaść się jak wyjątkowo bliski fajerwerk.
Jego słaby głos otarł się o umysł Wilczura bez większego echa.
GAVRAN...
Growlithe zmarszczył nos... a potem nagle spoważniał i poderwał się z miejsca. Jego ręce dosłownie trzasnęły o brzeg blatu, krzesło krzyknęło, szurając po podłodze. Miska wypełniona wciąż niedojedzonym ryżem i mięsem zadzwoniła, gdy jednym ruchem posłał ją po stole do Shiona. Bez pożegnania wybiegł z jadalni, pozostawiając po sobie tylko dźwięk cichnących kroków, prędko stłamszony przez odległość.

// @Grow: zt


_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22191

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Shion on Nie Kwi 26, 2015 7:56 pm
Tu powinien być piękny opis, jak Shion wychodzi, ale nie będzie. Może kiedyś mi się zachce. W każdym razie Shion nie zjadł, bo stracił apetyt, zgarnął nieśmiertelni i udał gdzieś tam sie udał.


zt

_________________


Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before



Shion
-----------
Kundel     Poziom E

avatar

Liczba postów : 1031
GODNOŚĆ : Shion.

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Gość on Nie Maj 03, 2015 2:00 am
Snuł się po wydrążonych w ziemi korytarzach siedziby gangu niczym zjawa, błądząc bez konkretnego celu i najwyraźniej szukając sobie miejsca oraz - prawdopodobnie - kogoś do pogadania. Od jakiegoś już czasu miał to nieszczęście nie spotkać nikogo, kto miałby na to ochotę; nikt nawet niczego od niego nie chciał, żadnego zadania do wykonania natychmiast. Mijani członkowie DOGS zwykle się gdzieś spieszyli lub byli zajęci ważnym czymś, toteż Hikari zdecydował się im nie przeszkadzać. Na wszelki wypadek.
Wędrował więc po budynku dalej spacerowym krokiem, od czasu do czasu podskakując sobie lekko, bo tak, aż zszedł prawie na sam dół i zatrzymał się przed drzwiami do kuchni.
Najpierw zaglądnął ostrożnie do jadalni, wychylając blond głowę zza framugi i rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia. Mimo rozczarowania, jakie odczuł odkrywszy, że i tutaj nie ma żywej duszy, chwilę później przekroczył próg pomieszczenia, klucząc, przeciskając się między ciasno upakowanymi stolikami i krzesłami. Dopadł miejsca pod ścianą, niedaleko wejścia, tego samego, które zajmował podczas swojej pierwszej wizyty w jadalni, niedługo po dołączeniu do organizacji. Kiedy to było? Miesiąc temu? Najwyżej.
Nie, żeby miał do niego jakiś sentyment. W końcu to tylko stolik i trzy krzesła.
Dobra, ale jego stolik i trzy krzesła.
Westchnął sam do siebie i skulił się na krześle w dość chyba niewygodnej i spiętej pozycji, odchylając się w tył na oparciu. Wciąż jeszcze nie czuł się tutaj w pełni swobodnie, w dodatku przyzwyczajony był do towarzystwa, teraz więc opanowało go dziwne uczucie niezręczności. Bo, właściwie, to było głupie - tak siedzieć samemu w jadalni przy pustym stoliku tylko po to, by sobie posiedzieć.
- Jakoś nie jestem nawet głodny - stwierdził pod nosem rzeczowym tonem, kiwając się wolno w przód i w tył razem z drewnianym krzesłem. Zerknął w stronę kuchni, ale kucharka - jeśli w ogóle tam była - prawdopodobnie go nie usłyszała. Zamrugał i przetarł oczy dłońmi, jednocześnie przestając się kołysać, chwilę wcześniej bowiem prawie wylądował na podłodze, tracąc równowagę.
Nie było chyba zbyt wcześnie, a choć Hikari od ponad czterdziestu godzin nawet na chwilę nie zmrużył oka, nie czuł się zmęczony; kwestia przyzwyczajenia. Na bezsenność cierpiał od dobrych palu lat, ale odkąd stał się wymordowanym, tylko się pogorszyła. Przez to, że nie spał, miał więc mnóstwo czasu i często mu się nudziło. Przeczesał palcami włosy, które już teraz były w opłakanym stanie i wyglądało na to, że nie da się już ich uratować żadnym grzebieniem, po czym wyjął z kieszeni wynaciąganej bluzy niewielkie, poobijane jabłko, które ostatnio skądś zwinął i trzymał na wszelki wypadek, oraz swój scyzoryk. Bez specjalnego entuzjazmu wbił nożyk w owoc i zaczął nim rysować w jego skórce bliżej nieokreślone szlaczki i zawijasy. Niee, to nie z nudów.
Wyłożył nogi na sąsiednie krzesło, krzyżując je w łydkach. Raz po raz zerkał w stronę wejścia do pomieszczenia, mając wciąż nadzieję, że zaraz zobaczy w nim kogoś, kto podobnie jak on szuka towarzystwa. Może wtedy dałby spokój temu biednemu jabłku, już nieźle zmasakrowanemu.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Ailen on Nie Maj 03, 2015 3:18 am
Plusk, plusk, plusk…
Ciężkie buty z zawziętością odrywały się od lepkiego, błotnistego podłoża, walcząc z coraz to agresywniejszymi kroplami deszczu, które spływały szybko na ziemię z pociemniałego nieba. Będąc w takiej sytuacji nawet nie chciało mu się podnosić łba i oceniać czy było krótko przed porankiem, późny wieczór czy środek nocy. Wiedział tylko, że bez względu na porę dnia, jego jedynym pragnieniem było nareszcie znaleźć się w siedzibie, by odpocząć po kilkudniowej przeprawie przez kawałek Miasta i pół Desperacji.
Wracał świeżo z wyprany zleconej mu przez Wilczura – dowiedzieć się jak najwięcej o władzy aktualnie panującej w zmodernizowanym świecie za murami. Ostatnimi czasy rzadko przychodziło mu wypełniać podobne misje, nie tylko ze względu na odmienną funkcję, którą pełnił w gangu, a przez dosyć przygnębiający fakt, że często kulał na zdrowiu. Bynajmniej nie przez przeziębienie. Wyszedł z formy, przez co podobna wędrówka zdarła z niego zdecydowanie więcej sił, niż sam mógłby się tego spodziewać.

{ ... }

Ciężki oddech odbił się po pustych korytarzach pierwszego minusowego poziomu, zdając się nie zainteresować absolutnie nikogo. I bardzo dobrze. Kurt niestety nie należał do osób, które w takich momentach wymagałyby od kogokolwiek komentarzy. Nasiąknięte wodą ubrania przybrały znacząco na wadze, przez co zmęczony wielodniową podróżą Chart, czuł się jeszcze bardziej zmarnowany, aniżeli kiedy przyszło mu skupiać się na lejącym go po łbie deszczu. Zabawne, że zmartwienia zmieniały się tak szybko…
Bez zbędnych ceregieli pomaszerował w dół, do swojego pokoju, by czym prędzej zrzucić z siebie każde z ciągnących go ku ziemi rzeczy. I tak na prowizoryczne łóżko poleciały kolejno; płaszcz, koszulka, spodnie, skarpety, bielizna… a później dobierał sobie nowy zestaw wedle uznania i asortymentu, który zdążył sobie nagromadzić przez wszystkie lata urzędowania w siedzibie. O ile przez całą nużącą i wyjątkowo mokrą drogę do domu jego myśli kumulowały się wyłącznie na niewygodzie i przemożnej ochocie snu, tak ni stąd ni zowąd zmienił swoje priorytety, chcąc na samym początku napełnić czymś zagłodzony żołądek. Nie było lekko przez te wszystkie dni… kanapek na drogę sobie nie wziął.
Wszedł do kuchni, bez żadnego skrępowania siłując się z paskiem od spodni, byleby zachować na biodrach za duże o jakieś dwa rozmiary bojówki. Zadarta do góry koszulka, przytrzymywana brodą ciemnowłosego odsłaniała część płaskiego brzucha. Mimo niecodziennych widoków, intencje chłopaka skupiały się na poprawieniu sobie widoczności przy majstrowaniu z przestarzałą klamrą, aniżeli odstawianie darmowego przedstawienia osobie, którą zauważył dopiero po jakimś czasie.
Obsuwając nareszcie szarą koszulkę w dół, obrzucił siedzącego na krześle blondyna wyjątkowo zmęczonym spojrzeniem. Ściągnął brwi w zastanowieniu, szybko przybierając nieco łagodniejszy wyraz.
- Cześć, um… Hibaki? – palnął, unosząc nieznacznie brew. Pies, nie-Pies.. przywitać się trzeba. Zobojętniały wyraz twarzy mógł jasno utwierdzić nowego sługę DOGSów, że ewentualnie popełniony przez Charta błąd, bynajmniej nie miał dla niego istotnie dużej wagi. Nie do końca orientował się w nowych nabytkach gangu, a jego wiedza na temat blondyna kończyła się na tym, że był on nowym mięsem Psiarzy z całkiem ładną buźką. Zanim jednak przysiadł się do niego czy choćby poszedł zwinąć coś z tutejszej spiżarki, spojrzał z dezaprobatą na maltretowane przez Terriera jabłko. – Zabawa jedzeniem? – fuknął, przeczesując wilgotne od deszczu włosy. – Marnotrawstwo. Pokazać ci, jak powinno obchodzić się z żywnością? – rzucił niby od niechcenia, wlepiając w niego nieco zuchwałe spojrzenie. Mimo wszystko efekt i tak był przytłumiony przez ogarniające go zmęczenie, które nie nadawało jego wypowiedziom szczególnego życia.

_________________
This is true Liberty when free born men,
Having to advice the public may speak free,


Which he who can, and will, deserv's high praise,
Who neither can nor will, may hold his peace;
Who can be juster in a State than this?



Ailen
-----------
Chart     Opętany

avatar

Liczba postów : 1808

Powrót do góry Go down

Re: Kuchnia i jadalnia    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 8 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry