Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

 :: M3 :: Centrum


Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down

Pisanie on 19.06.20 16:34  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Szpital im. Yamakawy Izanami
SZPITAL IM. YAMAKAWY IZANAMI


Para dwupiętrowych, nowoczesnych budynków niedawno została otoczona białym murkiem przewyższającym dorosłego człowieka. Olbrzymia, wschodnia brama jest jednak zawsze otwarta – brukowana droga prowadzi wprost do zadaszonego wejścia szpitala, nad którym widnieje świecący w nocy napis „SZPITAL IM. YAMAKAWY IZANAMI”. Przekroczenie automatycznie otwieranych drzwi oznacza znalezienie się w przestronnym pomieszczeniu – rejestracji, z którego odchodzą trzy następne korytarze.

Meandry szpitalnych holi niejednego doprowadziły do (słusznych zresztą) obaw o zabłądzenie. Zdaje się zresztą, że tylko ubrane w białe fartuchy pielęgniarki potrafią z werwą i pewnością przemykać po kompleksie, ale drogę do odpowiedniego oddziału można zweryfikować na notorycznie zawieszonych na ścianach dotykowych tablicach. Wokół roznosi się charakterystyczny zapach przywodzący na myśl sterylność, skutecznie maskujący przykrą woń chorób, ropy i ran.

Główny budynek mieści się blisko wschodniej bramy. Drugi natomiast obejmuje sale przeznaczone na osoby dotknięte chorobami zakaźnymi. W obu znajdują się także pomieszczenia do rehabilitacji, stołówka, apteka oraz sklepik z przekąskami i codzienną prasą. Na każdym z pięter prężą się zupełnie niepasujące do olśniewająco białych ścian automaty z kawą, czekoladą lub batonami.

Choć niewielu pcha się w objęcia lekarzy, pacjenci nie mogą narzekać na warunki. Ci, którym zdrowie dostatecznie dopisało, przechadzają się wśród drzew, krzewów i kwiatów ogrodu, o jaki postarała się w 2896 roku ówczesna dyrektor szpitala, doktor Yamakawa Izanami.


                                         
VIRUS
VIRUS
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.06.20 18:15  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Nie pierwszy raz złodziejski kłąb futra próbował wkraść się do szpitala, którego jednak instynkt radził unikać. Może nie było tu specjalistów od zwierząt, którzy od razu rzuciliby się badać czworonożnego odwiedzającego pod kątem wszelakich dolegliwości i - co dla jej kariery wędrownego poszukiwacza okazji byłoby zgubne - pewnego wczepionego w DNA jegomościa. Za każdym razem modliła się w duchu do przodków i wszelakich innych istot wyższych (w tym Wielkiego Karmiciela, ten to na pewno istniał, skoro miseczka sama się napełniała), żeby jej wyprawa nie okazała się tą ostatnią. Kiedy miała ochotę na coś smakowitego, najłatwiej było wtargnąć między chorych i podkradać im pożywienie przyniesione przez rodzinę. Czasem nie gardziła nawet normalnym szpitalnym jedzeniem, bo kiedy nie ma się nic do wrzucenia na ząb, to i zupa z błota dobra. Zwłaszcza jak są w niej dżdżownice. Spora porcja białka i nie chrupią tak jak ziarenka piasku.
Idąc leniwym, kocim krokiem przez ogród raczej nie zwracała na siebie uwagi. Ot, zwierzak skracał sobie drogę wracając pewnie do domu albo właśnie został wypuszczony na wolność z uścisków chorej córki swojego właściciela. Nikt nie podejrzewał, że ta urocza mordka przyszła rabować. Kto by podejrzewał o to kota, czyż nie?
Dochodząc do drzwi zastosowała starą sztuczkę. Była za mała, żeby czujnik ją wykrył i wpuścił do środka, więc poczekała aż jakiś duży człowiek postanowi przez nie przejść. Smyrnęła zaraz przy jego nogach, w końcu chodzący samopas futrzak raczej nie zostałby ciepło przyjęty w tym przybytku o gryzącym zapachu środków czyszczących. Całe szczęście jakiś czas temu przestała się podszywać pod kota, którego pani miała fioła na punkcie dzwoneczków i mogła w ciszy przemknąć przez recepcję. Dobrze, że ktoś akurat tam stał i zagadywał pracownicę, bo jej wzrok mógłby wyłapać kulkę futra skradającą się truchtem do jednego z korytarzy. Przybranie formy ludzkiej choćby na tę chwilę szabru musiało odbywać się w miejscu ustronnym. No i wymagało pożyczenia sobie jakichś ubrań, także jej kroki skierowały się do oddziału dziecięcego. Zręcznie unikała personelu, niczym Neo unikała wzroku rodziców, aż wreszcie znalazła salę okupowaną przez jakąś dziewczynkę. Upewniła się, że śpi i nikt przez dłuższy czas się tam nie pojawi, wbiła się w kąt jak najbardziej niewidoczny ze strony wejścia i mozolnie zaczęła wymuszać inną formę. Zaciskała zęby znosząc ból w ciszy. Wpierw zanikający ogon, później wydłużające się łapy i skracająca sierść, uszy przemieszczające się bardziej w bok i przybierające mniej trójkątnego kształtu. Cały proces trwał nieznośnie długo, ale nie chciała tego zepsuć. Żeby nie rzucać się w oczy trzeba wyglądać jak człowiek, a nie jak człowiek z kocim ryjem. Zaraz by zaczęli krzyczeć, bić, wzywać specjalistów albo coś. Brr, fe. Zmacała drobnymi palcami twarz, a wyczuwając opuszkami nos odetchnęła bezgłośnie z ulgi. Podejrzliwie zlustrowała salę czy aby chory człowiekowaty nie zaczął się na nią gapić. Można by to było zdzielić wazonem i wmówić, że śni, ale nie trzeba się było od razu uciekać do przemocy. Wykorzystując jeszcze te chwile względnej samotności, przetrzepała szafki i torbę ukrytą pod łóżkiem, żeby ostatecznie wygrzebać jakąś sukienkę. Wbiła się w nią, poprawiła czerwoną wstążeczkę na szyi, którą podczas przemiany musiała mocno poluzować. Ziewnęła pokazując pokojowi swoje zęby, w tym tego krzywego, a następnie zwinęła z pudełka spore ciacho kusząco pachnące orzechami. Nadgryzając je jak gdyby nigdy nic wyszła na korytarz i lekko podskakując zaczęła wędrować po całym budynku. Tu i tam podkradała przysmaki, gdzieniegdzie dostała je na słodkie oczy i podpatrzoną u dzieciaków gadką, aż w końcu trzymając paczkę ciasteczek wylądowała na progu sali, z której wydobywał się znajomy zapach człowieka. Podgryzając okrągłą tarczę smakołyku, gapiła się niebieskimi ślepiami w łóżko. Poruszyła nosem zaciekawiona. To na pewno nie był żaden z jej byłych właścicieli, ale wciąż jakoś tak woniło to znajomo. Ciekawe.
                                         
Keiko
Oswojony
Keiko
Oswojony
 
 
 

GODNOŚĆ :
Keiko


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.06.20 19:22  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Miarowe pikanie aparatury co jakiś czas przebijało się przez półsen w jaki zapadał. Na przemian trzeźwiał, mrużył oczy, koncentrował całą swoją silną wolę na wyostrzeniu wzroku – i znów zapadał w coś, co można nazwać lekką drzemką. Ile czasu to trwało... tego nie wiedział. Ledwo, gdy wreszcie na moment się budził, udawało mu się wyłapać strzępki informacji. Wiedział już, że jest w szpitalu. Tego sterylnego miejsca, przesiąkniętego szmerami, postękiwaniami i neutralnym, niemal znudzonym mamrotem lekarzy, nie pomyliłby z niczym innym. Po kilku następnych godzinach (a może całych dniach?) zorientował się, że pod wieczór przychodzi do niego zgrabna pielęgniarka w okularach z grubą obwódką i wstrzykuje coś do spasłej torby z przeźroczystym płynem. Rurka ciągnęła się wzdłuż wysokiego, metalowego stojaka, półkolem wisiała nad przepaścią, a stamtąd łączyła się z wenflonem wbitym w nieruchomą dłoń ciasno owiniętą białym bandażem.
Brak władzy nad świadomością – i nad ciałem – irytował go. Oczywiście tylko wtedy, gdy wreszcie odtykały się uszy, do nosa docierał zapach chemicznych środków czystości, a oczy rejestrowały biały stolik, na którym ułożono mały, czarny przedmiot – prawdopodobnie pilot do zawieszonego na wprost telewizora.
Za każdym razem, gdy Junowi udało się utrzymać przytomność, starał się to przedłużyć jak najbardziej. Raz był już pewien, że docierają do niego wszystkie możliwe bodźce. Rozkleił też usta, choć mięśnie szczęk miał dziwnie zardzewiałe, jakby nie używał ich od wieków. Spomiędzy rozchylonych warg wyrwało się tylko ciche syknięcie, bo w tym samym momencie rozsunęły się drzwi, weszła pielęgniarka, a potem – widząc, że jest obecny – zapytała jak się spało. Nie odpowiedział; wkrótce zasnął znowu.
Dziś będzie inaczej, przeszło mu hardo przez myśl, gdy przekręcał się na bok. Miał wrażenie, że potrzebuje do tego sił, których nie zgromadziłby przez całe dotychczasowe życie. Czuł się niemal tak, jakby jakaś nienaturalna, niewidzialna istota przyciskała jego ramiona do materaca; miała zresztą wiele rąk i to samo robiła z jego głową (ciężką jak lekarska piłka), z jego nogami i stopami. Był z siebie nieziemsko dumny, gdy wreszcie przerzucił się na prawo i wsparł na łokciu.
Nieziemsko chciało mu się pić.
Pięknie – szepnął do siebie, tłumiąc drapiący w gardło bluzg. Z natury mało klął, ale teraz, gdy rozkołysane spojrzenie wreszcie padło na stuloną w pięść dłoń, miał na to ochotę; dostrzegał, ominięty przez opatrunek, wenflon. Stamtąd już niedaleko do niemal całkowicie pustej torby z, jak zakładał, środkami przeciwbólowymi. Tak czy inaczej nie powinien w to ingerować.
Z tą myślą paznokieć prawej ręki wcisnął się pod ten nieszczęsny kawałek materiału, tak mocno sklejony z jego skórą. Powolnymi ruchami próbował zdrapać plaster, ale w głowie tak mu pulsowało, że cały czas bił się z opcją ponownego opadnięcia na poduszki. Bądź co bądź...
O cholera – wymsknęło mu się, kiedy – po dobrych kilku minutach odrywania milimetr-po-milimetrze opatrunku – podniósł wzrok. Chciał się po prostu rozejrzeć – głównie za przyciskiem, którym mógłby wezwać pielęgniarkę, ale dokładnie w połowie swojego zadania dostrzegł coś bardziej interesującego; i wtedy nie powstrzymał cholery. – Przestraszyłaś mnie!
Niebieskie oczy, tak kompletnie niepodobne do standardowego wyglądu Japończyków, rdzennych mieszkańców M3, zatrzymały się na chudej twarzyczce. Jun miał nieodparte wrażenie, że gdzieś w tle tykał zegar, ale teraz przestał. Zniknęły właściwie wszystkie możliwe dźwięki. Stukot obcasów po płytkach, którymi wyłożono hol. Pszczele rozmowy zestresowanych członków rodziny i lekarzy ucichły. Nie było też natrętnego pikania aparatury, choć serce Juna wystukiwało teraz szybszy rytm; tak szybki, że dźwięk ten nabrał tempa, a spokojna sinusoida zafalowała ostrzej na monitorze urządzenia.
Cześć. Co taka mała ślicznotka jak ty robi w takim nieślicznym pokoju jak ten? – zapytał zanim zdążył się ugryźć w język. Widocznie nie było z nim tak źle, skoro żałosne teksty wciąż padały.

Wygląd: biała, szpitalna koszula. Boso. Przetłuszczone blond włosy. Praktycznie cały w bandażach.
                                         
Jun
Jun
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.06.20 20:16  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Gdyby się jej przyjrzeć, dostrzegłoby się, że wygląda jak Japonka dotknięta albinizmem. Musiała wyglądać naprawdę osobliwie jak na okoliczne standardy, ale nikt jak dotąd nie robił jej z tego tytułu problemów. Nowoczesny świat pełen był dziwaków, którzy farbują głowy niczym tęczę, dekorują się całą masą ozdób w najróżniejszych miejscach ciała, zmieniają swój wygląd za pomocą operacji czy zwyczajnych rzeczy dostępnych w pierwszym lepszym sklepie za rogiem. Widziała parę razy dziewczyny z kocimi uszkami na opaskach, choć akurat ta forma nie przypadła jej do gustu. Głupie człowieki próbowały udawać kocią rasę panów. A przecież nikt nigdy nie będzie tak wspaniały jak prawdziwy, stuprocentowy Mruczek o jedwabistej sierści i wielkich ślepiach.
Zastygła z połową ciastka wsuniętą między zęby, kiedy pacjent zaczął się ruszać. Jak to uczyli rodzice - ofiara cię nie zauważy jeśli się nie ruszasz. Niezbyt się to sprawdzało w praktyce, jeśli w grę wchodziło czajenie się przy ludziach. Oni zawsze zauważali, albo udawali, że nie widzą, żeby się kotu nie zrobiło przykro. Myszy w zaroślach to co innego, ale tu stała jak strach na wróble pośrodku pola kapusty, całkowicie odsłonięta. Może nawet zdążyłaby niepostrzeżenie uciec, ale zastygła rozpoznając nieco bardziej kogoś znajomego w tym zawiniętym bandażami ludziku. Był dobry, bo dawał jedzonko. I zawsze w pobliżu było mnóstwo innych kotów, z którymi można było pogadać i się pobawić. Dała mu kiedyś w prezencie upolowanego liścia.
- Jem sziasztka - odpowiedziała wsuwając cały łakoć do paszczy. Przez chwilę przeżuwała rozważając coś. - Chszesz? - dodała, kiedy argumenty "dawał jedzonko" oraz "i tak już było dużo ciastek" wygrały z tym, że przecież to były jej własnoręcznie wyżebrane ciasteczka. Podeszła bliżej, stąpając bardziej na środek stopy i palce niż na pięty. Ciche, mlaskopodobne odgłosy bosych stóp przesuwających się po płytkach towarzyszyły jej w wędrówce do łóżka. Wysunęła rękę dzierżącą opakowanie w kierunku kociego bohatera. Przełknęła, bo tyle razy się nasłuchała, żeby nie rozmawiać z pełnymi ustami.
- Jak się pan czuje? - spytała uśmiechając się uroczo i wolną rękę chowając za plecami. Miała ochotę go dokładnie obwąchać, ale nie mogła być dziwna. Za dużo człowieków. Nie chciała wyjść na zbiega z psychiatryka. Zamiast tego musiała wyglądać jak całkowicie standardowe dziecko, takie chętne do pomocy i w ogóle. Może zarobi więcej ciastek, albo nie będzie musiał leżeć taki zabandażowany i wróci do pomagania darmozja... potrzebującym zwierzakom. Bo teraz z bliska była pewna, że już się przy nim zakręciła niejednokrotnie. Ostatnie wspomnienie do najmilszych nie należało, a potem go już nigdy nie widziała i martwiła się, że łatwa jadłodajnia przepadła na zawsze.
                                         
Keiko
Oswojony
Keiko
Oswojony
 
 
 

GODNOŚĆ :
Keiko


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.06.20 21:20  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Powieki miał tak ciężkie, że musiał wyglądać trochę przygłupawo. W pierwszej sekundzie niby oczy mu się powiększyły – był zaskoczony, że przez cały czas (a przynajmniej od jakiegoś czasu) w pomieszczeniu był ktoś jeszcze; ktoś, kogo wpierw nie zarejestrował. Zaraz potem serce powoli zaczęło wracać do poprzedniego rytmu i ten nagły zryw, który wytężył zmysły i napiął mięśnie, ustąpił miejsca wcześniejszemu rozleniwieniu. Teraz walczył z sennością i otępieniem nie tylko dlatego, że po prostu chciał już wstać z łóżka, ale też przez zaciekawienie.
Sam wyróżniał się na tle typowego mieszkańca M3 przez przydługie blond włosy, opadające mu na kark falami przypominającymi sinusoidę bicia serca na aparaturze i oczy, których kolor w ogóle nie przypominał ciemnych tęczówek Japończyków. Ale ona? Ta mała dziewczynka wyglądała jak laleczka – wprawdzie trochę zaniedbana, ale ubranie miała ładne, więc może była jedynie niejadkiem? Albo trafiła do szpitala właśnie przez problemy z żołądkiem? Tysiąc nagłych myśli zaczęło dobijać się do obwiązanego przez sznury zamroczenia umysłu.
Jun zmusił się do zmiany pozycji, ale wpierw odłożył na stolik zerwany wcześniej plaster i ostrożnie wyjął igłę. Mała kropelka krwi zaokrągliła się w miejscu, w którym przekuto skórę, ale chłopak odstawił wenflon i nie zwrócił uwagi na to śmiechu warte obrażenie.
Był za bardzo zafascynowany istotką, która krok za krokiem zmniejszała między nimi dystans. Zignorował nawet to ciche mlaskanie bosych stóp (a może w ogóle tego nie słyszał, bo w głowie mu łupało jakby od środka jakiś wnerwiony robotnik szalał z młotem pneumatycznym). Usiadł przygarbiony, jak raz cierpliwie czekając na to, co się wydarzy.
A wydarzyło się ciastko, więc wszystko szło ku lepszemu. Mimo suchoty jaką odczuwał przyjął je z twarzą przepełnioną wdzięcznością. Ujął słodycz w obie ręce i podstawił pod usta. Nie przejmował się jeszcze kilkoma kabelkami, które ktoś z personelu przyssał do jego klatki piersiowej, aby nadzorować rytm serca; zwisały luźno znad wcięcia w szpitalnej koszuli, gdy gryz za gryzem pochłaniał łakoć.
Nie był aż tak głodny – nie tak, jak mogłoby się wydawać – ale smak wydawał się pięć razy intensywniejszy niż na co dzień, więc każdy kęs wprowadzał go w coraz lepszy stan.
Przeżuwając i krusząc na śnieżną, bijącą w oczy swoim kolorem kołdrę, przytaknął lekko głową.
Po sjedeniu sziastka lepej – przyznał, przełykając ostatnią porcję. Sprawiał wrażenie o wiele żywszego niż jeszcze kilka chwil temu – był nawet w stanie przybrać mniej udręczony wyraz twarzy.
Uratowałaś mi życie – odetchnął dramatycznie, czując przy okazji, jak mimo lekko rozchwianego obrazu, usta rozciągają się w rozbawionym uśmiechu. Ta mała kogoś mu przypominała; ale było to na tyle lotne wrażenie, że szybko umknęło poza obręb świadomości. Jun przypatrywał się jej od góry po dół – i z powrotem. Prawie nie mógł uwierzyć, że istnieje... i właśnie to przypomniało mu, że rzeczywiście nie powinno jej tu być.
To była niewielka sala z jednym łóżkiem, jednym oknem i jedną, wciąż pikającą aparaturą. Mała się zgubiła? Weszła tu z zaciekawienia, wracając ze szpitalnego sklepiku?
Ręka Juna strzepnęła na podłogę walające się po kołdrze okruszki.
Chyba jesteś pielęgniarką, co? – podjął zaczepnie, spodziewając się nagłego obruszenia i – na do liczył – rozgadania z jej strony. – Jakąś nową pielęgniarką, która powie mi co tutaj robi?
                                         
Jun
Jun
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 20.06.20 22:34  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Kotka próbowała wsłuchiwać się w odgłosy aparatury, nasłuchiwać kroków z korytarza, skupiać się zarówno na zabandażowanym mężczyźnie jak i na utrzymaniu formy. Wystarczyła zbyt gwałtowna reakcja, a cała przykrywka poszłaby na nic i przez kolejne kilkanaście lat pewnie nie mogłaby się pokazywać na oczy co najmniej w tej okolicy, jeśli nie w całym Mieście-3. Ani jej się widziało wracać na Desperację. Tu, wśród ludzi, uciekać musiała jedynie przed hyclami i naukowcami, z kolei tam na zewnątrz każda godzina wiązałaby się z walką o przetrwanie. Nie była aż tak groźna żeby dać sobie radę w "dziczy", całą swoją taktykę musiałaby opierać na uciekaniu. Przyzwyczaiła się do podstawiania jedzenia pod nos, spania na wygodnych poduszkach, a tylko od czasu do czasu zmieniać musiała lokum, żeby nie wpaść w kłopoty. Stawała się istotą dwunożną tylko na wyjątkowe sytuacje, bardzo rzadko i na krótko. Z wielkim trudem przychodziło jej powstrzymywanie kocich odruchów - wyginania się we wszystkie strony gdy ktoś zbliży rękę, syczenia przy choćby najmniejszym zdenerwowaniu, podskakiwania przy nagłych odgłosach. Na widok ogórka położonego tuż za jej plecami zapewne wciąż zareagowałaby zbyt gwałtownie jak na normalną dziewczynkę, a do tego wszystkiego dochodziło walczenie z chęcią wędrowania na wszystkich czterech kończynach. Tylko dlatego, że ciężko trzymało się w takiej pozycji głowę, starała się w miarę prostować, chociaż plecy przygarbiała w dalszym ciągu. Na szczęście dzieciaki miały to do siebie, że drwiły z wad postawy i prostowania się trzeba je było uczyć.
Zaśmiała się cicho. To musiały być jakieś magiczne ciastka, skoro już jedno zmieniło jego sytuację życiową ze skrajnie złej w dobrą. Tak naprawdę to wcale nie uratowała mu życia, choć miała okazję. Okazję, którą zaprzepaściła przez własne obawy przed byciem schwytaną czy pożartą przez płomienie. Gdyby nie jakiś przypadkowy obywatel, który wezwał tę ekipę od walki z ogniem, to pewnie szanowny pan kociokarmiciel by nie przeżył. Niewiele mogłaby wtedy zrobić bez narażania się na wykrycie. Przecież kilkuletnia dziewczynka nie powinna mieć wystarczająco siły do wyniesienia dorosłego faceta. Mogła spokojnie podnieść jego i pewnie większość trzymanych w budynku zwierzaków, mogła chociaż rozgiąć kraty klatek, dać jakąkolwiek szansę tym wszystkim rezydentom schroniska. Tak bardzo się mylił co do ratowania życia... Od dawna dbała tylko o własną skórę.
Opadła zadkiem na kołdrę obok niego. Wymagało to małego podskoku, ale zaraz po tym zamajtała bosymi stopami w powietrzu. Pokręciła głową, z uśmiechem wgryzając się w następne ciastko. Pudełko trzymała tak, żeby swobodnie mógł wziąć kolejne. Nie była przecież aż tak samolubna, a poza tym, ktoś musi jej pomóc z łupami. Od nadmiaru słodyczy bolał brzuszek, a żeby wydostać się ze szpitala zapewne znów będzie musiała stać się kotem. Wynoszenie paczki w pyszczku było zdecydowanie niepotrzebnym utrudnieniem przy ewakuacji. Pokręciła głową, trochę nadymając policzki. Ostatnie czego chciała w życiu to zostanie pielęgniarką. Nie mogły sobie w spokoju leżeć na poduszeczce podziwiane przez pół świata, cały czas biegały od jednego chorego do drugiego i nikt nie okazywał im wdzięczności.
- Ja tu tylko tak przechodem - stwierdziła trochę przekręcając ludzkie powiedzenie. No bo przecież nie przelatywała, to nie mogła powiedzieć, że jest przelotem. Koty nie latały. Znaczy te normalne, abominacje w stylu świńksów czy jakichś gryfo-lwo-skorpionów się nie liczyły. - A jakowoś tak mi się pan kojarzy i nie byłam pewna czy się dobrze kojarzy, czy może pomyliłam z kimś, ale w sumie pan po jakimś wypadku czy czymś, a ja widziałam takie buuuum i w sumie z wtedy mi się pan kojarzy. - Zalała go potokiem słów niemalże na jednym wydechu. Czuła wtedy jego zapach przy budynku, mignęła jego czupryna. Co tam, że i tutaj rozpoznała go po zapachu, bo przypominał obecnie bardziej mumię niż opiekuna czworonogów. Mogła zrzucać na jakieś tam skojarzenia, bo gdyby się okazało, że jest tylko kimś innym po wypadku to poszłaby po prostu dalej.
                                         
Keiko
Oswojony
Keiko
Oswojony
 
 
 

GODNOŚĆ :
Keiko


Powrót do góry Go down

Pisanie on 21.06.20 0:12  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Przesunąłby się, aby dać jej więcej miejsca, ale nogi miał jak z cementu. Ledwo zresztą trzymał się w pionie, co było irracjonalne, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że jak na tak ciężkie ciało, umysł miał aż zbyt lekki. Wszystkie myśli, które próbował złapać, przeciekały mu jak przez palce – ulatywały i rozpływały się, przez co miał wrażenie, że lada moment ponownie straci nad sobą panowanie. Ale wtedy, gdyby wreszcie się obudził, na pewno nie byłoby tutaj jej. A dziewczynka wydawała się rzeczywista, była zatem czymś, czego desperacko potrzebował. Miał dość zapadania w sen bez snów; dość leżenia płasko na materacu, dość rozglądania się po rozchwianym pokoju, który szybko uciekał w niepamięć.
Wsparty po boku ręką wpatrywał się więc w to chude, przygarbione stworzonko, które do niego przyszło. Przypominało zwierzątko, które przydreptało, aby w milczeniu pocieszyć właściciela. Przycupnięte na samym brzegu łóżka, obecne fizycznie i psychicznie, absolutnie skoncentrowane na człowieku.
To było pierwsze ukłucie bólu, jakie odczuł. Lekki impuls, który lekko wykrzywił jego twarz. Zwierzęta. Brakowało mu ich; tych ciepłych oddechów głaszczących skórę, tych rozmerdanych psich ogonów i postawionych na sztorc, trójkątnych kocich uszu. Brakowało mu monotonnego głosu Hirakamiego, który dyktował kolejne numery zwierząt, które niedługo trafią do nowych domów, nowych rodzin.
Do Juna – choć bardzo opornie – docierała wiadomość, że leży w szpitalu. Być może od wczoraj, być może od kilku godzin... a być może od tygodnia. Kto przez ten czas opiekował się Betonem?
Spojrzał w bok, na szafkę.
Prócz pilota nie było na niej niczego.
Zatem nikt go nie odwiedził, w przeciwnym wypadku zostawiliby jakiś mały podarunek – owoce, kwiaty czy cokolwiek, co przynosi się chorym towarzyszom przypiętym do łóżka. Jun mógł odetchnąć z ulgą, ale zamiast tego coś dziwnego i natrętnego kręciło mu się po głowie. Nie potrafił zorientować się co dokładnie – skąd ta głupia obawa? Skąd w ogóle myśl, że coś jest nie tak?
Bo całe ciało miał w bandażach?
Uśmiechnął się lekko, wolną dłoń unosząc do twarzy. Palce – także pokryte białym, szorstkim materiałem – wsunęły się w przetłuszczone, jasne kosmyki, które odgarnął z czoła.
– Ja tu tylko przechodem.
Sprowadziła go na Ziemię. Przeniósł spojrzenie na dziewczynkę i twarz mu się nieco rozjaśniła. No tak. Już nie pielęgniarka. Szybko się zresztą okazało, że ta mało wyszukana podpucha zadziałała. Przechylił nieco głowę, niemal dotykając nią ramienia – i był to wyraz i zdumienia, i czegoś jeszcze. Jakby zakiełkowało w nim przerażenie, ale z nieznanych powodów.
Mała mówiła i mówiła; nieskładnie, na jednym wydechu. Ledwo nadążał, a gdy próbował – ból głowy tylko się nasilił. Mimo tego nie przerwał jej, a gdy sama skończyła, między nimi zapanowała nienaturalna cisza.
Jun nabrał gwałtownie powietrza do płuc; po uśmiechu nie było śladu.
C-co widziałaś? – Głos odmówił mu posłuszeństwa i naraz zabrzmiał jak panikarz, który próbuje zachować powagę i zimną krew – ale bez dobrego wyniku. Jasne oczy chłopaka lekko się rozszerzyły. – Mnie i wybuch? To chyba niemożliwe. – Zaśmiał się; ale krótko, wymuszenie, jak ktoś, kto wie, że próbuje chwycić się argumentu, który nie utrzyma całej tezy, choć właśnie ten argument był jedynym akceptowanym przez umysł.
W duchu wiedział jednak, że nie znalazłby się w szpitalu, gdyby wszystko z nim było w porządku. Nie znalazłby się tutaj i nie owinięto by go metrami bandaża, nie faszerowano lekarstwami...
… a pamiętał pielęgniarkę, prawda? Pamiętał tych parę krótkich kadrów, w których wstrzykiwała mu jakieś środki – może nasenne? Może przeciwbólowe? Co z nim więc było nie tak?
Kątem oka omiótł pomieszczenie. Nie było luster. Żołądek ścisnął mu się w przestrachu, gdy wrócił wzrokiem do dziewczynki.
Nigdy się przecież nie spotkaliśmy... – wymamrotał zbity z tropu. Więc tak – żaden wybuch nie mógł być z nim związany, był w końcu pewien, że widzi to maleństwo pierwszy raz.
Zresztą. Może ktoś go napadł niedaleko schroniska, gdy tamtego wieczora wracał się po notatki?
Albo zwyczajnie zasłabł?
Albo...
Zacisnął usta, samemu niezbyt wierząc w coraz to nowsze teorie.
                                         
Jun
Jun
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 21.06.20 18:57  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Czyżby powiedziała coś nie tak? Odsunęła głowę i wygięła się lekko, patrząc na mężczyznę z lekko otwartymi wargami. Ręką powędrowała do czubka swojej głowy. Może zaczęła nagle powracać do tej małej, zwierzęcej powłoki, w którą wcisnęło ją życie i nawet nie wiedziała, że wygląda teraz jak dziwoląg? Jakoś tak dziwnie zareagował... Przesunęła parę razy palcami, udając, że się drapie. Żadnych uszu, żadnych wibrysów pojawiających się nagle na policzkach obok nosa. Nie pokryła się też nagle sierścią, co stwierdziła po utkwieniu wzroku w dłoni z ciastkami. Zamrugała parę razy. Z nią wszystko było jak najbardziej w porządku, więc skąd ta jego reakcja?
Och... Nikt mu nie powiedział...
- No ale pan pomaga zwierzakom, nie? W takim miejscu gdzie jest dużo zwierzaków bez domów. Uhh, nazwa mi wypadła z głowy... - położyła obie ręce na udach i przez chwilę próbowała sobie przypomnieć ludzką nazwę na ten budynek. Na pewno jednak się domyślił o co jej chodzi, czasem dało się przecież przekazać swoje myśli na podstawie zwykłego skojarzenia i opisu danego słowa. - No i ja tamtędy czasem przechodzę i akurat wtedy też przechodziłam. I czasem widywałam takiego fajnego blondyna - wyszczerzyła się znowu. Ani jej się śniło zarywać, nawet nie był w jej typie. Był za mało kudłaty, a poza tym to miał zbyt wyprostowaną sylwetkę i ją brano za dziecko. To by nie wyszło, chyba, że byłby z tych typów co wabią dzieci do piwnicy na małe kotki w niecnych celach. Ale to by było dziwne.
- To było trochę czasu temu, ale akurat szłam i było takie głośne buuuum - tak machnęła rękami, że prawie wysypała wszystkie przysmaki z opakowania - i potem był dym i ludzie krzyczeli i koty krzyczały. I i i jeszcze przyjechali takim duuuużym czerwonym pojazdem. I normalnie to było takie straszne, że szok - opowiedziała ze sporą dozą podniecenia w głosie. Ale słychać też było malutką nutkę strachu, jakby naprawdę była tego świadkiem i rzeczywiście się przestraszyła. Oczywiście pełnej prawdy powiedzieć mu nie mogła, bo musiałaby się przyznać, że się tak naprawdę znają i przychodziła do niego żebrać o żarcie. A potem jak bohatersko uciekała, bo nie chciała zostać złapana jako bezpański uciekinier ze schroniska. Mimo to nie kłamała, bo i nie miała po co tego wszystkiego zmyślać.
- Chyba, że to nie pan. To pewnie by wtedy oznaczało, że tamtego miłego blondyna nie uratowali, tak jak pewnie tych zwierzaczków - posmutniała nieco, ale zaraz rozweseliła się wsadzeniem kolejnej połowy ciastka między zęby. Zaczęła przeżuwać w ciszy i zamyśleniu. Może rozmawia teraz z jakimś innym człowiekiem, którego zapach jest podobny i te oczy i ta czupryna są podobne. Z bratem może, o? Nie chciała napędzać strachu jakiejś przypadkowej osobie, ale pewnie i tak już by się więcej w taki sposób nie spotkali. Na ogół jeśli ją ktoś zobaczył jako człowieka to tylko raz w życiu. Tak było się łatwiej ukrywać.
                                         
Keiko
Oswojony
Keiko
Oswojony
 
 
 

GODNOŚĆ :
Keiko


Powrót do góry Go down

Pisanie on 24.06.20 20:33  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
Pewnie zamknąłby usta, gdyby zdawał sobie sprawę jak durnie wygląda, ale z drugiej strony jakie to miało teraz znaczenie? To, co mówiła nieznajoma, zadziałało jak wrzucona w wannę suszarka. Wstrząs był ogromny, bolesny, a przede wszystkim – pozostawił dziwne otępienie, jakby ktoś wcisnął się pazurami pod jego skórę i kilkoma ostrymi ruchami wyszarpał duszę. Ta dusza łaziła po pokoju, dodawała dwa do dwóch, posykiwała, lamentowała, obrzucała się pytaniami, podczas gdy ciało siedziało nieruchomo, bezmyślnie wgapione w śliczną dziewczynkę siedzącą na brzegu szpitalnego łóżka.
Próbował to wszystko poskładać w całość, ale tępy ból głowy nie zelżał ani na moment. Pulsowało mu w skroniach, a im dalej w tłumaczenia docierała jego mała towarzyszka, tym mocniej go ćmiło.
Tak, pomagam... jako wolontariusz... i przyszły weterynarz, kończę studia. Chodzi o schronisko..? – podsunął cicho, już nieswoim głosem; tonem raczej kogoś odległego, słabego i schorowanego. Kogoś, kto ledwo może używać gardła, bo to zacisnęło się jak zdeptane opakowanie po papierosach.
Nie, nie. O co jej chodziło? O czym ona mówiła? Nic takiego nie miało miejsce. Po prostu się... przewrócił. Albo może... tak, jednak wizja zasłabnięcia wydaje się realna, nie?
Potarł nerwowo policzek, wyczuwając kilkudniowy zarost. Zwykle prezentował się nienagannie. Trochę roztrzepanie, ale w granicach normy. Zwichrzone włosy wyglądały jakby starczyło je przeczesać palcami, oczy świeciły jak po wyśmienitym odpoczynku, skóra była promienna. Tymczasem był nieogolony i chyba zestarzał się o dziesięć lat w zaledwie ile..?
Kilka godzin?
A może tylko przez tę rozmowę.
Wypuścił powietrze z płuc i zrobił to tak powolnie, jakby bał się, że zbyt głośny oddech wystraszy dziewczynkę. Jego jedyne źródło informacji na ten moment.
Chyba, że to rzeczywiście nie on?
Podajesz dużo... dużo wiadomości i...i chyba na żadną z nich nie byłem gotowy. – Trochę mi słabo w tym pokoju. Może się przejdziemy? Tak po holu? Tak, wiesz, w kierunku pielęgniarek?
Bez namysłu odrzucił kołdrę odsłaniając jasne, szpitalne spodnie – zdecydowanie nie jego – a potem bose stopy. Kiedy jednak zsunął nogi z materaca, wyczuł pod lewą sztywny kant buta, a pod prawą coś miękkiego i gumowego. Kiedy tam zerknął, dostrzegł swoje ulubione, choć wyraźnie znoszone trampki do kostek, a tuż obok – zapewne też szpitalne – klapki.
Jego dusza wciąż łaziła po pomieszczeniu i czas zdawał się tam dwa razy szybszy niż w rzeczywistości; wykrzykiwała coś o płomieniach, coś o okropnym, brutalnym wydarzeniu... ale Jun wkładał buty dosłownie całą wieczność i wcale by się nie zdziwił, gdyby miał to robić do końca życia. Był jak najwolniejsza, najmniej mobilna jednostka. Jak otumaniony narkotykiem małolat.
Rany boskie, tyle kabelków – syknął pod nosem, gdy zrywał przyssawki z piersi. Aparatura, która dotychczas pikała w rytm jego serca, szybko ucichła. Szum w umyśle Juna za to tylko się nasilił, w dodatku gdy chłopak wreszcie stanął w pionie, żołądek przewrócił się na lewą stronę i ścisnął jak punkt zawiązania kokardy. Blondyn lekko się skrzywił, podpierając o blat nocnego stolika. – Chodźmy.
To był zły pomysł. Okropny. Idiotyczny. Na pewno wyrżnie się na samym środku holu, wybije sobie zęby albo nie daj Boże – sobie i osobie na którą wpadnie. Gdzieś podświadomie docierały do niego nawoływania, że ma siedzieć z tyłkiem, czekać na rozwój wydarzeń. Na litość, przecież pielęgniarka prędzej czy później sama do niego zajrzy!
Ale musiał wiedzieć TERAZ.
Gdzie są automaty... takie z napojami? – wymamrotał do dziewczynki, opierając się wpierw o ramę łóżka, potem zrobił kilka chwiejnych kroków i od razu dotarł do ściany. Gdy trzymał się czegokolwiek, świat wokół mniej wirował. – Mogłabyś mi pokazać? I opowiedzieć jeszcze raz co widziałaś? Ze szczegółami, wszystko po kolei..? Słabo przyswajam informacje, rozumiesz.
                                         
Jun
Jun
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 29.06.20 22:23  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
  Nie wiedział,a ile minęło od pojawienia się nowych objawów, ale zapytana przyznałaby całkiem szczerze, że zaczynała być coraz bardziej zaniepokojona. Zaczęło się tak niewinnie i z początku myślała, że całą tę sytuację wystarczy ograniczyć jedynie do jednej wizyty lekarskiej.
  Nie wystarczyło.
  Szła naprzód z uniesioną głową, lecz w jej podstawie brakowało typowej dla Kevorkian pewności siebie. Ramiona miała raczej opuszczone, wzrok nieobecny a kroki stawiała dość powolnie i cicho.
  Zimny pot zalał jej ciało, gdy zobaczyła na ciele (a może w ciele?) nowe zmiany. Tym razem były tak surrealistyczne, że zwyczajnie nie mogła ich zignorować, toteż decyzja o zawitaniu w progach szpitala, w którym tak często stała w roli pomocy, zapadła dość szybko.
  Z nieopisanym ciężarem uginającym sylwetkę przeszła przez próg. Na początku stanęła nieruchomo, jakby odwiedzała to miejsce po raz pierwszy, a wszyscy dookoła mówili w innym języku, wykonywali niezrozumiałe gesty. A przecież dobrze ich znała, o czym świadczył szeroki uśmiech i uniesiona w powitaniu dłoń przechodzącej korytarzem pielęgniarki. Mayhem patrzyła wprost na nią, ale wzrok miała tak nieobecny, że z początku rozpromienioną twarz kobiety naznaczyła niepewność.
  W końcu potrząsnęła głową i podeszła do recepcji, zamierzając wyjaśnić powód swojej wizyty.
                                         
Mayhem
Naukowiec
Mayhem
Naukowiec
 
 
 

GODNOŚĆ :
Mayhem Kevorkian


Powrót do góry Go down

Pisanie on 29.06.20 23:16  •  Szpital im. Yamakawy Izanami Empty Re: Szpital im. Yamakawy Izanami
INTERWENCJA MG
dotyczy tylko Mayhem


  Spokój i cisza.
  Właśnie to odnotowała Mayhem, gdy przekroczyła próg miejsca, do którego zwykle zaglądała jako pracownik.
  Personel szpitala im. Ymakawy Izanami zwykle nie cierpiał na nudę, ale dzisiejszy dzień nie obfitował w żadne nadzwyczajne wydarzenia, które mogłyby zrujnować spokój panujący w zewnątrz placówki. Korytarze były niemalże wyludnione, pomijając nieliczne, pojedyncze jednostki.
  Usłyszawszy zbliżające się do jej stanowiska pracy kroki, młoda pielęgniarka, siedząca przy biurku w recepcji, podniosła wzrok znad monitora komputera. Plakieta na uniformie kobiety, zdradzała jej imię i nazwisko – „Watanabe Yumiko”.
  — Doktor Kevorkian? — Wykrzywiła usta w sympatycznym uśmiechu w momencie, w którym jej wzrok zetknął się z twarzą dobrze jej znanej kobiety, aczkolwiek w tonie jej głosu można było usłyszeć coś na wzór zaskoczenia. Nie miała wątpliwości, że Mayhem tym razem odwiedzała szpital w charakterze pacjentki, ale nigdy, odkąd została zatrudniona w tej palcówki, nie wiedział jej w takim złym stanie. Jak najlepiej potrafiła zatuszowała zdziwienia, aby żadna jego oznaka w formie emocji nie pojawiła się na jej obliczu. — W czym mogę pomóc?
                                         
Yury
Windykator     Opętany
Yury
Windykator     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

 :: M3 :: Centrum

Strona 1 z 2 1, 2  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach