Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down

Pisanie 28.06.18 0:49  •  Stary ogród na tyłach Empty Stary ogród na tyłach

Ziemie dawniej służące za ogród mający dostarczać potrzebnych roślin leczniczych. Aktualnie gleba marnieje i nie wypuszcza plonów wystarczająco obfitych, aby zrobić z nich pożytek. Personel uwija się jak może, aby ostatki pozostały zielone i choć próżno doszukiwać się wokół kwiatów to szczątkowa trawa, drzewa i krzewy pozwalają na wzięcie głębszego oddechu każdemu pacjentowi. Kamienne ścieżki przypominają, jak rozległe było to miejsce, lecz teraz im dalej, tym więcej desperackiej szarości pożera florę.








all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 01.07.18 13:02  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Meforael wręcz przepadał za przychodzeniem do szpitali. Nie po to, oczywiście, by pomagać ludziom, ale by napawać się ich cierpieniem, by utwierdzać się w przekonaniu, jak kruchy był to gatunek, jak podatny na choroby ciała czy umysłu. Zawsze po takiej wizycie upewniał się, iż dążył do właściwego celu. Celu, który był rozumiany tylko przez niego. Nawet inne anioły go potępiły za dążenie do swojego marzenia, przez co został wygnany z Edenu na zbity pysk. Dlaczego wygnany, a nie zamknięty w więzieniu, czy też nawet zabity? Ano z tego względu, że Rada Starszych chciała zmusić go do życia wśród ludzi, by dostrzegł ich dobre strony, by nawrócił się i został kiedyś, kiedy się zmieni, ponownie zaproszony w progi swojego domu. A czego on chciał? Przywrócić jedynie ziemię aniołom. Chciał zresetować ją i wyleczyć. Chciał...ratować ten świat.
Rada składała się z bandy idiotów, która nie dostrzegała prawdziwego problemu, który tkwił nie w tym, że Bóg odszedł. Problem tkwił w tym, dlaczego to zrobił. Czy naprawdę byli oni aż tak ślepi, że nie dostrzegali przyczyny takiego stanu rzeczy?
Meforael czasem przechadzał się korytarzami w lekarskim kitlu i mimo iż nie był lekarzem, to nikt nie zwracał na to uwagi. Ludzie nie widzieli tego, że on tam nie pracował, że nie był lekarzem. Widzieli tylko uniform i dla chorych stawał się niemalże Bogiem.
Dla niepoznaki wziął jakieś papiery pod pachę, założył kitel i zaczął się przechadzać po szpitalu zaglądając do chorych i rozmawiając z nimi. Wydawał się być ciepłym lekarzem, który przychodził, by pocieszyć, a tak naprawdę w głowie wyobrażał sobie świat bez tego ścierwa jakie leżało przed nim. Umierające, chore powłoki, które niedługo opuszczą ten świat i przestaną go kalać swoją obecnością. Na nieszczęście dla tej planety, ten zgniły gatunek pierdolił się i rozmnażał jak króliki, przez co nie mogli wymrzeć sami z siebie. A szkoda, bardzo by to ułatwiło planecie odzyskanie swojej dawnej formy.
Przechadzając się od sali do sali, rozmawiając z tymi gnijącymi jeszcze nie-trupami, dotarł wreszcie do swojego ulubionego w tym budynku miejsca.
Do starego ogrodu. Wygonił personel prosząc, by mu nie przeszkadzać argumentując to tym, że musiał się zastanowić nad wyjątkowo ciężkim przypadkiem pacjenta z sali 104. Oczywiście, była to bujda, ale chciał przez chwilę pobyć sam w tym umierającym jak cała planeta ogrodzie. Rozpiął kitel i odwiesił go gdzieś na wieszak odsłaniając w ten sposób swój miecz, który wcześniej był skrzętnie skrywany przed oczami pozostałych pracowników szpitala oraz chorych. Zaczął przechadzać się pomiędzy roślinami, sprawdzając czy one faktycznie były żywe. Prawda była taka, że chociaż żyły, to jednak były marną karykaturą tego, czym były kiedyś, czyli w czasach, gdy planety nie toczył ten rak ludzkości. I najgorsze były to, że nic się nie dało poradzić na ten stan rzeczy.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 22.07.18 21:51  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Los bywa ironiczny.
Gdy Meforael uśmiechał się do pacjentów ocieplając ich zmrożone ze strachu przed bólem serca, Growlithe w tym samym czasie posłał jedną z pielęgniarek prosto w rząd wózków. Upadła niefortunnie, na prawy nadgarstek, aż głośny trzask przeszył brudny, nieoświetlony hol.
Kiedy Meforael obiecywał rychły powrót do zdrowia dziecku z gnijącymi kończynami, Grow ciskał groźbami, że ich wszystkich ZAJEBIE. Pchnął rosłego, ciemnowłosego mężczyznę i kopnął go w podbrzusze, odrzucając na ścianę.
Meforael wkradł się tutaj pod postacią dobrotliwego lekarza — i tak też był postrzegany — ale chciał powybijać każdego, bez wyjątku. Grow tymczasem szarpał się z personelem, trwając w roli żądnej krwi bestii — a wszystko po to, aby uratować jednostkę.

Wilczur splunął w bok. Miał zmierzwione od biegu włosy i powyciągane ubranie. Po głowie krążyły mu różne myśli, ale głównie koncentrował się na tym, aby zdobyć środki uśmierzające ból dla Shiona — cały misterny plan szlag trafił, gdy ta mała laleczka się pojawiła. Nie sądził, aby coś poszło nie tak, więc gdy został przyłapany na gorącym uczynku (stał w otwartych drzwiach magazynu i zrzucał na podłogę wszystkie słoiczki, kartoniki i plastikowe opakowania, szukając wśród nich czegoś, co kojarzyłoby mu się z medykamentem) na krótką chwilę zamarł. Zastygł w bezruchu, jak zwierzę, na które padły światła reflektorów nadjeżdżającej ciężarówki. Później po prostu oparł potężne ręce na szczupłych barkach pielęgniarki i władował całą siłę w to, aby odepchnąć ją od siebie jak najdalej. Teraz na policzku, od ucha po nasadę nosa, czerwieniła się rana; kilka z kropel krwi prześlizgnęło się po skórze, zadrgało na brodzie lub kości żuchwy, i spadło na posadzkę. Gdy zaatakował pielęgniarkę, ta nie pozostała mu dłużna. Kto by pomyślał, że pod tą kusą kiecką trzyma nóż? Upadając na posadzkę, broń wypadła jej z dłoni.
Wynoś się stąd — rzekł jakiś głos w czaszce Growa. Zostaw to za sobą. Nic tu nie ma.
Ludzka natura była tak złożona, że świat nie byłby w stanie segregować i ocenić tylu idei, tylu motywów, które pchały do działania, ale Grow, stając naprzeciwko Meforaela, był pewien, że napotkał swoje przeciwieństwo — i nie potrzebował do tego żadnych dowodów. Uznał tak, gdy kwadrans później wyskoczył z pierwszego piętra, spadł między stare, suche zarośla i podnosząc się spojrzał prosto w pełne spokoju oczy, które koligowały z jego ognistym, temperamentnym wzrokiem. Gdzieś w tle słychać było odgłosy kroków. Pościg się jeszcze nie skończył. Pielęgniareczka zapewne odpuściła, ale mężczyzna, który był z nią, wyszedł z pierwszego szoku.
Musisz biec.
Źrenice Wilczura zwęziły się.
Zejdź mi z drogi — wycedził ochryple, nie panując nad gwałtownym, płytkim oddechem. Pod ubraniem napięły się mięśnie. Choć formalnie powinien skupić się na prawowitym zagrożeniu (ścigający miał jeszcze sporą drogę do przebycia, ale to kwestia czasu aż go dogoni; znał te zakamarki o wiele lepiej niż Grow) całe zainteresowanie herszta DOGS skupiło się na długowłosym mężczyźnie, który stał tutaj, taki wyrafinowany, bezwzględny w swojej postawie... dziwnie perfekcyjny na tle nieidealnego pleneru.
Nie pasował do tego obrazka.




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 03.08.18 19:40  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Meforael nie spodziewał się gościa, dlatego też, gdy oglądał rośliny i kontemplował stan planety, to pojawienie się nieznajomego  osobnika zaskoczyła go. Zerknął w stronę, mężczyzny i zdziwił się widokiem tego, kto przed nim stał. Arcanine, wódz tej marnej bandy szczeniaków we własnej osobie! A to ci dopiero. Nie dał po sobie jednak poznać zaskoczenia. Zamiast tego spojrzał jedynie wprost w te oczy, które znaczyły, iż osobnik przed nim był pełen emocji, pełen gniewu. Był żywy aż do  bólu. Anioł jedynie się uśmiechnął, gdy ten się odezwał do niego  głosem władczym, rozkazującym, nieznoszącym sprzeciwu. Takim, jakim obdarza się nic nie znaczące jednostki, pionki na planszy, które zamierzało  się przesunąć i oczekiwało się od nich, iż wykonają rozkaz. On jednak był inny. Mógł wykonywać rozkazy dane mu jedynie przez samego Boga, którego jednak nie było ani tutaj, ani nawet w pobliżu. Boga, który odszedł i zostawił nie tylko ludzi na pastwę losu, ale i anioły dając władzę niekompetentnym, aczkolwiek potężnym archaniołom, przeciwko którym nawet Meforael nie odważyłby się stanąć.  Mężczyzna "wywęszył", że coś jest nie tak. Że Grow uciekał. A zatem, ktoś go musiał gonić. Któż inny, jeśli nie personel szpitala? Anioł odwrócił się od mężczyzny, po czym podszedł do wieszaka, na którym wisiał  jego  kitel, by następnie założyć go na siebie. Musiał zgrywać lekarza i nawet już wiedział co miał powiedzieć ewentualnej osobie, która powinna tutaj niedługo wpaść. A może się mylił?
- Growlithe we własnej osobie i to stojący przede mną. Żywy. - rzekł kładąc szczególny, ironiczny nacisk na ostatnie słowo. Uważał, iż Wymordowani byli niczym więcej tylko czymś w rodzaju zombie, które pozbawione inteligencji szlajały się po świecie wiedzione instynktami. Grow był nieco  podobny, z tą różnicą, że inteligencji mu nie brakowało. Jedyne czego mu natura poskąpiła to umiejętności trzymania nerwów na wodzy. A przynajmniej takie wrażenie odnosił Meforael.
- Wciąż żywiołowy, wciąż nieznoszący sprzeciwu, wciąż...pyskaty. - powiedział patrząc się Wilczurowi prosto w oczy, a na jego ustach tkwił lekki, nieco kpiący uśmiech. Był to uśmiech osoby, która doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich umiejętności, ze swoich racji i przekonań, a nade wszystko ze swoich sposobów działania. Anioł był pewny siebie w ten niezachwiany, najbardziej irytujący sposób. Emanował spokojem, a jego oczy, w których odbijał się blask kilkudziesięciu milionów przeżytych lat, pozostawały spokojne, mimo iż inni srali w gacie na samo wspomnienie Wilczura. Ignorując rozkaz Alfy okazał wyjątkową zuchwałość, ale nie sądził, by miał cierpieć z powodu konsekwencji wynikających z tego faktu. W zasadzie to od dawna starał się jakoś przeniknąć do DOGS wplatając tam jakiegoś swojego szpiega, by dowiedzieć się co nieco o tej zgrai pożal się Boże kundli. Ale teraz...teraz wpadł mu do głowy o wiele ciekawszy pomysł.

Stary ogród na tyłach 20dtwvB
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 22.08.18 22:32  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
I tylko tego od niego oczekiwał — bycia pionkiem. Wykonywania prostych przecież poleceń, tak prostych, że przeliterowanie ich byłoby plamą na honorze. Najgłupszy kundel jest w stanie trafić zadem w ziemię, jeżeli powiesz „siad”. Czego ten pies nie rozumiał? Gdzie jego cholerny instynkt samozachowawczy?
Nie dosłyszałeś. — Wewnątrz głowy uformowało się pytanie, ale kiedy przecisnęło się przez krtań, stanowiło wyraz ironicznej oczywistości.
Dużo gadał. Za dużo. Zdecydowanie za dużo. Coś tu było nie tak. Dzwony biły, tylko kościoła nie mógł zlokalizować, ale...
Nagle drgnął.
Wstrząs był krótki i w zasadzie niemożliwy do ujrzenia gołym okiem, ale i tak miał wrażenie, jakby ktoś uderzył go ciężkim młotem w skroń. Impuls. Myśl.
Świat jest w gruncie rzeczy małym miejscem. Plotki rozprzestrzeniają się jak zaraza, jak wirus. Starczy, że ktoś coś powie, odkaszlnie, a choroba przechodzi, rozwija się, rozciąga, zmniejsza, zwiększa. Informacje przekazywane z ust do ust działały na podobnych zasadach i chociażby dlatego powoli narastało w nim przeświadczenie, że wie z kim ma do czynienia. Tak po prostu. Puzzel wskoczył na swoje miejsce i obrazek stał się bardziej logiczny.
Ale miało to w ogóle jakieś znaczenie?
Powinien przestać marnować oddech na bezcelowe stanie i w zamian pobiec dalej, zwiększać dystans, odnaleźć swoich towarzyszy i opuścić to miejsce — żeby zgniło w jego podświadomości, rozłożyło się jak trup i nie zostawiło po sobie niczego.
Jeżeli nie mógł go wyminąć przez wszechobecne, wysokie chaszcze, zawsze pozostawało użycie siły. Ten dzień i tak był za długi.
Zapytany o powód, nie znalazłby żadnego. Bo zamiast działać — przyglądał się nieruchomo komuś kto, jak mu się wydawało, owiany był sławą; kogoś, kto był drugim czerwonym wykrzyknikiem na tej czarnej kartce zapisanej samymi ciemnoszarymi znakami. Czas mijał. Prawie słyszał nieubłagane tykanie zegara. Nie mógł się jednak oderwać od źrenic stojącego naprzeciwko mężczyzny. Działały jak magnes na opiłki; mimowolnie nakierowywał ślepia na jego oczy próbując dostrzec w nich coś, co doprowadziłoby go do konkretnego wniosku. Ten nieznajomy kojarzył mu się z otwartą księgą zapisaną — co za ironia — lekarskimi bazgrołami.
Mógł niby zobaczyć dowolną kartkę, ale potrzebowałby wielu miesięcy, może nawet lat, aby zrozumieć charakter pisma, rozczytać słowa i wreszcie przestudiować rozdziały. Był pewien, że patrzy prosto w tysiącletnią historię, ale nie rozumiał jej treści, a to zaczynało go irytować.
Zmarszczył zraniony nos, aż górna warga nie obnażyła części zębów. Były białe i suche od szaleńczej ewakuacji. Przez chwilę rozważał zwilżenie ich językiem, ale powstrzymał się, gdy usłyszał głos mężczyzny.
Najchętniej oparłby rękę na barkach tego paniczyka i zrobił z nim dokładnie to samo co z laleczką w pielęgniarskiej kiecce — pchnął brutalnie na ziemię. Tam gdzie wasze, kurwa, miejsce, pomyślał, spluwając gwałtownie w bok.
— Growlithe we własnej osobie i to stojący przede mną. Żywy.
Wybitna dedukcja — skwitował kwaśno, stulając palce w pięści. Przy takim ścisku knykcie powinny pobieleć i na pewno tak by się stało, gdyby nie zdarł ich sobie do krwi przy szarpaninie. Wydawało mu się, że zaraz tej krwi będzie więcej.
O wiele za dużo.
Jesteś dziwką, że trzeba cię posuwać czy łaskawie posłuchasz rady kolegi i zrobisz sam, co do ciebie należy? Wyglądasz na dużego chłopca. Stawianie pierwszych kroków powinieneś mieć wyszlifowane do perfekcji. — Uśmiechnął się i byłby to wyraz dobrotliwego nauczyciela, który musiał powtórzyć prośbę o jeden raz za dużo, ale w tym uśmiechu było za dużo krzywych; grymas rozciągnął jego poharataną twarz, nadając jej jakiejś wrogiej ostrości. — Ja już mam parszywy dzień, ale ty jeszcze nie masz pięści w gębie. Nie lepiej, żeby tak zostało?
edit: Krzywa imitacja uśmiechu wpełzła na jego twarz; wyminął mężczyznę, racząc go pojedynczym zerknięciem, gdy ich ramiona się wyrównały; prawie tak, jakby rzucał mu wyzwanie. Zaraz potem czas znów śmignął, a Grow puścił się biegiem.

zt

| Trochę się naczekałem. Jak będziesz chciał kiedyś popisać, daj mi znać.




all my wolves, begin to howl
wake me up, the time is now
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie 30.01.21 21:32  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Stał przed ogrodzeniem zrujnowanego szpitala, z dłonią ułożoną na metalowej, zardzewiałej bramie. Nie zwracał nawet uwagi na to jak mocno zaciska palce na prętach, wbijając paznokcie w skórę aż do krwi.
To miejsce było przeklęte – nawiedzało go we wspomnieniach, których nie powinien pamiętać. Nigdy w życiu nie przekroczył progu budynku, którego tak bardzo się obawiał.
Sz… Szpi…
Słowo tkwiło mu w gardle niczym ość.
Dlaczego akurat teraz postanowił się zmierzyć z demonami przeszłości?
No właśnie… Wcale tego nie planował.

~*~

Wszystko zaczęło się od rozmowy przeprowadzonej może niecały tydzień wcześniej. Siedział na krześle w lecznicy, pozwalając sobie opatrzeć wyjątkowo paskudne sznyty na lewej dłoni i przedramieniu. Znachor nie pytał skąd się wzięły, nie wnikał też dlaczego włosy Egzorcysty były dużo krótsze, a z ranek trzeba było wypłukać sporą ilość szkła. Podejrzewał, że miało to coś wspólnego z roztrzaskanym lustrem w łaźni.
- Potrzebujemy większej ilości składników na leki.- Napomknął tylko kapłan.
- Więc wyślijcie po nie kogoś. Mało macie chłopców na posyłki?- Zapytał tylko niewzruszenie Ab, ani przez moment nie odwracając wzorku od igły i nici sprawnie zszywających mu skórę.
- Już nie wiemy gdzie szukać roślin… A te ćpuny przynoszą niewiele. Pewnie wszystko co zbiorą, zażywają po drodze.
Nie odpowiedział.

Temat powrócił praktycznie następnego dnia, gdy Abraham zszedł do lochów obejrzeć nową zabawkę inkwizytorów – drobnego aniołka.
- Ma coś interesującego do powiedzenia?- Zapytał kucając nad półprzytomną istotką.
- Na razie tylko płacze.- Pogardzie w głosie strażnika towarzyszyło charakterystyczne charknięcie i dźwięk splunięcia na posadzkę.
- Hm…- Mruknął pod nosem, wsuwając palce w delikatne pióra na skrzydłach więźnia. Anioł zadrżał delikatnie pod niemalże czułym dotykiem chłopaka.
Abraham uwielbiał pióra – ich zapach, kruchość, teksturę. Były tak cudownie unerwione, wystarczyło tylko drobne muśnięcie…
Przesunął dłoń wzdłuż skrzydła, aż po jego nasadę. Przebiegł opuszkami pomiędzy łopatkami anioła, tylko po to by ostatecznie wpleść palce w jego długie włosy.
- Spójrz na mnie.- Proste polecenie.
Skrzydlaty usilnie wpatrywał się w podłogę, raz po raz mamrocząc niemal bezgłośne błagania i prośby.
Zacmokał niezadowolony.
Dotychczas czuły dotyk zmienił się drastycznie, gdy kapłan zacisnął brutalnie palce na blond kosmykach i szarpnięciem zmusił więźnia do spojrzenia w górę. Jego spojrzenie skrzyżowało się z jasnozielonymi tęczówkami.
- Co cię ściągnęło na ziemię dziecino? Czemu nie siedziałeś grzecznie w Edenie?- Zapytał czule, kciukiem drugiej dłoni przesuwając delikatnie po policzku anioła. Odpowiedziała mu cisza. Nie lubił ciszy, dlatego szarpnął jeszcze mocniej.- Pytałem o coś.
- S-Szpital… Pomagałem przy szpitalu.
- Więc jesteś medykiem?
Anioł potrząsnął przecząco głową.
- O-Ogrodnikiem. W szpitalu jest mały ogród, zima była sroga i niewiele roślin przetrw… uh.- Upadł boleśnie na posadzkę, gdy Abraham w jednej chwili rozluźnił uścisk.
- Jest wasz.- Rzucił tylko do inkwizytora, podnosząc się z podłogi. Zatrzymał jeszcze wzrok na prześlicznych, szarawych piórach.- Wyrwijcie je i zanieście do mojej celi. Z resztą zróbcie co chcecie.

~*~

Abraham uniósł głowę wpatrując się w resztki zawalonego pierwszego piętra.
Wokół było pusto. Nic dziwnego, patrząc na stan całej Desperacji ostatnimi czasy.
Prawdopodobnie nawet anioły odpuściły sobie rozpaczliwe próby ratowania tego przybytku. Przełknął ślinę, biorąc głęboki wdech. Panowanie nad paniką nie należało do jego najmocniejszych stron.
- Nie wejdę do środka. Tylko na tyły.- Wymamrotał pod nosem słabo, pocierając twarz zabandażowaną dłonią. Ostrożnie puścił pręty bramy, wycofując się powoli. Wzrok cały czas miał jednak utkwiony w powybijanych oknach zrujnowanego przybytku. Zupełnie jakby spodziewał się zobaczyć ducha.

Odetchnął nieco spokojniej, przełażąc przez dziurę w ogrodzeniu już do samych ogrodów. A raczej tego co z nich pozostało. Gleba wydawała się nawet marniejsza niż w Górach Shi. Mimo to ruszył po kamiennej ścieżce, rozglądając się za czymkolwiek przydatnym.


_____________

Stary ogród na tyłach Ok8J3kW



                                         
Abraham
Egzorcysta     Opętany
Abraham
Egzorcysta     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Abraham Shimizu


Powrót do góry Go down

Pisanie 02.02.21 0:41  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Cieszył się szczątkami trawy na której siedział i ostrożnie gładził dłonią roślinkę. Przyglądał się uważnie, skupiając na niej całe swoje jestestwo i zainteresowanie. Bał się, że jeśli choć na moment rozproszy się, zaleje go brudny ściek myśli i całe wyparcie rzeczywistości nad którym tak pilnie pracował od rana zniknie w oka mgnieniu. Wtedy będzie kiepsko. Już było beznadziejnie, i wiedział o tym, ale nie chciał dać temu ani drugiej myśli. Najsmutniejsze w tym było to, że ten ściek, czarna polewka świadomej myśli, ciężar i uczucie wody w płucach już w nim były. Teraz tylko zawodowo je ignorował. Patrzył na roślinkę.

Rośliny, kochał rośliny. Przycupnął w głębi ogrodu uważnie je analizując, jednocześnie żałując, że nie zabrał nic do pisania i rysowania. Choć górowała nad nim zgroza budynku szpitala, przez który cierpły mu końcówki palców, nie mógł przecież zignorować tego zakątka szarości, który przy bliższych oględzinach okazał się mieć odcień zielony. Długo się wahał czy nie wejść do środka. Potrzebował leków. Wiedział o tym. Jego ciało i umysł wiedziały o tym. Ale przechodził już przez to tyle razy. Jedz leki, stabilizuj chemie w mózgu, to pomagało, a potem znów coś się działo, było gorzej, wyrzucał je, czuł się lepiej, ale czuł się gorzej, a potem znów mu zapisywali leki, które po kryjomu wyrzucał, a potem zmieniał zdanie zdroworozsądkowo wiedząc, że ich potrzebuje i pewnego dnia popatrzył na nie i wziął je wszystkie na raz, bo miał dość, bo ból zawsze i wszędzie był ten sam, po co miał tu być skoro nic nie miało smaku ani zapachu, a szarość była zbyt głęboka, grząska i przytłaczająca, a potem obudził się w szpitalu, a dalej były leki, i więcej leków potem wymiotował znów brał leki a wszechobecne ciemne chmury kłębiły się coraz mocniej i... ... ......

Popatrzył na roślinkę. Miał wrażenie, że to wszystko wydarzyło się gdzieś indziej, komuś innemu. Ta myśl, choć zwodząca go na manowce, była miła. Ale to wciąż nie rozwiązywało jego problemów.
- To dlatego - wymamrotał trochę do siebie, a trochę do zielonego badylka, a będąc samemu nie zmuszając się do japońskiego - to dlatego tak dobrze się czułem. P-pewnie, nie mogę mieć dobrego humoru bez konkretnej chemicznej złowrogiej zmiany w mózgu, bo po co, ha ha...
Ostrożnie dotknął łodyżki, upewniając się, że wytrzyma przeprowadzkę. Skoro wytrwała już tyle, na pewno da radę jeszcze trochę. Zadrżały mu ręce. Znowu. Kolejny znak tego, że skończyły mu się leki. Ostatnie trzy tygodnie minęły mu na próbie rozsądnego dawkowania, przedłużonego w czasie najbardziej jak to możliwe. Niech ciało ogarnie, że więcej już nie będzie. Wiedział, że może bez nich żyć. Musiał, nie miał innego wyboru. Dlatego nie wchodził do środka. Zamiast tego siedział nosem wśród rzędów ziół i roślin zapomnianych przez personel, zawładniętych przez chaos i chwasty, susze i chłodne noce. Chciał jej pomóc. I pomóc sobie, potrzebował roślin. Cichym łagodnym tonem mówił do niej w swoim rodzimym języku. Wykopywał ją ostrożnie z ziemi, pomagając przy tym sobie łomem kiedy ziemia była nazbyt zbita. Obok miał przygotowany kawałek materiału i sznurek na prowizoryczną doniczkę.

Bardziej poczuł w kręgosłupie niż usłyszał czy zobaczył zmianę w otoczeniu. Nie był sam, to uczucie kładło mu się na ramiona. Zirytowany zmarszczył nos i rozejrzał się dookoła, pozwalając dłoni zawisnąć w gotowości nad łomem. Nie dane mu było nawet piętnaście minut spokoju ogrodnictwa?
Rozdrażnienie przemieszało się z niezrozumieniem na widok znajomej sylwetki. A raczej znajomego zestawu ubrań. Ciężko było nie rozpoznać szarfy, tiary, buciorów i, o proszę, teraz jeszcze do tego wszystkiego okularów przeciwsłonecznych. Westchnął. Jaka ta Desperacja mała...



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie 02.02.21 13:31  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Strach przed samym szpitalem musiał bardzo mocno wpłynąć na jego ocenę sytuacji.
Abraham był tak bardzo zaaferowany demonami przeszłości, że nie zwracał szczególnej uwagi na jakiekolwiek zagrożenia. W pierwszej chwili nawet nie zauważył siedzącego całkiem nieopodal Ego. Zignorował jego istnienie, jak gdyby nigdy nic przechodząc obok. Jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do starych murów. Chciał wejść do środka… Tak bardzo, bardzo ch...
Chwila.
Powrót do rzeczywistości był bolesny, niczym wyważony cios w policzek.
Nie był sam.
Nie
Był
Sam.
Odwrócił się na pięcie (robiąc to zresztą dość panicznie), aż zaszumiało mu w uszach. Jedyne co czuł to przyspieszone bicie serca, zupełnie jak ofiara, która naraz zwęszyła łowcę.
Jak mógł zignorować zagrożenie? Jak mógł być tak głupi.
Jeszcze tylko brakowało, żeby tu zginął przez własną głupotę i nieuwagę. Tutaj. W tym przeklętym budynku.
Zacisnął mocno usta, przygryzając dolną wargę.
Chwila nieuwagi i mógł skończyć jak ona.

Abraham spojrzał na nieznajomego, który… Nie. Chwila. Przecież on znał skądś tą blond czuprynę. Mógłby nawet przysiąc, że widział dokładnie taką samą kraciastą koszulę i… och, no tak. Takiego łomu się nie zapomina.
Odetchnął głęboko, czując jak stres powoli odpuszcza. Nawet parsknął pod nosem z ulgą.
Och dobry Ao… Na policzkach Egzorcysty pojawił się lekki rumieniec zażenowania. Prawdopodobnie był pierwszą i jedyną osobą, która wystraszyła się Ego. Wspaniałe osiągnięcie, nie ma co.

Pochylił lekko głowę, aby spojrzeć na domorosłego ogrodnika. Okulary zsunęły mu się na czubek i tak dość spiczastego nosa.
- Za trzecim spotkaniem może pozwolę się zabrać na kolację.- Rzucił nonszalancko, przenosząc wzrok z Ego na chaos dokoła. Uniósł przy tym swoją obandażowaną rękę, w geście przyjaznego powitania.
Widać myszkowanie w szpitalnym ogrodzie było wyjątkowo popularnym zajęciem na Desperacji. Mógł to przewidzieć, każdy w pewnym momencie potrzebował ziół. Natomiast, musiał przyznać, że było coś uroczego w tym, że Ego nie planował najwyraźniej brutalnie powyrywać wszystkiego co wydawało się przydatne, tylko… Czy on przygotował prowizoryczne, materiałowe doniczki?
Zawiesił wzrok na roślince na wyraźną, przedłużającą się w nieskończoność chwilę.
- Nieposkromiony pogromca szyb samochodowych, filozof i na dodatek ogrodnik? Czym jeszcze mnie zaskoczysz Ego?- Zapytał, krzyżując ręce na wysokości piersi. Najwyraźniej tym razem nie zamierzał sięgać po pistolet. Zresztą był na tyle blisko, że łom tym razem wygrywał w kategorii jakiekolwiek przydatności.


_____________

Stary ogród na tyłach Ok8J3kW



                                         
Abraham
Egzorcysta     Opętany
Abraham
Egzorcysta     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Abraham Shimizu


Powrót do góry Go down

Pisanie 03.02.21 18:59  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Z ostrożnym zainteresowaniem obserwował cały proces uświadamiania sobie Abrahama, że nie jest sam. A był to istotnie spektakl.
- Jak to mówią? Raz to przypadek, dwa to zbieg okoliczności, trzeci raz... - nie dokończył, zostawiając w powietrzu różne możliwości, od "trzeci raz to romantyczna kolacja we dwoje", aż po "ktoś tu kogoś śledzi i następnym razem będziemy musieli uskutecznić  na sobie próbę mordu, żeby uniknąć potencjalnych wątpliwości".

Wrócił do swojej pracy, ostrożnie zaczynając proces przesadzania jakby się bał, że wzrok Abrahama na roślince był preludium do działania którego chciał się podjąć. Zanurzył dłonie w ziemi i wydobył roślinkę. Ha, wydobył. Zmarszczka zastanowienia przetoczyła się przez jego twarz. Czy była to już kradzież, czy jeszcze nie? W teorii nie dość, że nie było to jego, to było ogrodzone i rosło w chwalebnym leczniczym celu. Tyle, że teraz nikomu się do niczego nie przyda, szczególnie że przysychało i zarastało chwastami. Kolejna rzecz do zastanowienia się w warsztacie.
Podbródkiem  kiwnął na dłoń Abrahama. - Hmm? Gorszy dzień w domu? - spytała osoba której posiniaczone ręce drżały, osoby która miała rękę zabandażowaną.



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie 03.02.21 23:10  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
- Za trzecim to już przeznaczenie.- Dokończył za niego, nie doprecyzowując co ma na myśli. Dlatego przeróżne możliwości nadal wisiały w powietrzu.
Zerknął na swoją obandażowaną dłoń.
- Hmmm…- Zastanowił się przez moment. Podrapał się drugą po karku, siląc się przy tym na nerwowy uśmiech.- Przegrałem bardzo nieuczciwy pojedynek… z lustrem.- Końcówkę dopowiedział nieco ciszej. Tak na wypadek, gdyby Ego nie dosłyszał i uznał go za bad boy’a. Albo pieprzoną ofiarę losu. Tak naprawdę Abrahama średnio obchodziło co sobie o nim blondyn pomyśli.

Nie uraczył go dalszą historią swojego małego wypadku, zamiast tego obserwując zabieg przesadzania roślinki. Chirurgia to to nie była…
- Upuścisz ją.- Zauważył ostrożnie.
Już poprzednim razem zauważył, że Ego często drży. Zrzucił to wówczas na stres i lęk i pewne onieśmielenie (wciąż uważał się za samca alfa po ich ostatnim spotkaniu), ale teraz, kiedy chłopak siedział na wyciągnięcie ręki… Tu musiało chodzić o coś innego.
- Kto by pomyślał…- Zacmokał rozbawiony jak gdyby nigdy nic siadając na krawężniku oddzielającym kamienną ścieżkę od ogródkowej grządki porośniętej chwastami. Mimo że wydawał się już dużo spokojniejszy, jego wzrok raz po raz nadal uciekał w stronę szpitalnych okien.-… taki miły chłopiec, a szpital okrada. Co by na to Bozia powiedziała?
Po raz pierwszy od dawna Abraham postanowił zachować się całkowicie fair. Może i też potrzebował ziół, ale skoro Ego znalazł je jako pierwszy – to powinien je zatrzymać.


_____________

Stary ogród na tyłach Ok8J3kW



                                         
Abraham
Egzorcysta     Opętany
Abraham
Egzorcysta     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Abraham Shimizu


Powrót do góry Go down

Pisanie 04.02.21 21:21  •  Stary ogród na tyłach Empty Re: Stary ogród na tyłach
Miał wrażenie, że nie widział własnego odbicia od lat. Zerknął jeszcze raz przelotnie na bandaż.
- Dlatego nie patrzy się w lustra - odpowiedział z prostotą i bez osądu, wzruszając ramionami. - A może właśnie dlatego powinniśmy – dodał westchnięciem z nutą rozgoryczenia. Tyle, że nie-patrzenie było łatwiejsze. Kiedy zaczynało się patrzeć, to... no cóż, zaczynało się widzieć rzeczy. Nawet do głowy nie przyszło mu zinterpretowanie odpowiedzi Abrahama w kategorii zwykłego wypadku. Słowa wpadały w egzystencję Ego i od razu były mielone przez wir świadomej i nieświadomej maglownicy interpretacji. Zresztą, w tej sytuacji w jakiej był, a wciąż brakowało mu porządnej normalnej rozmowy (jakby co najmniej z Abrahamem miał doświadczyć czegoś takiego jak normalna rozmowa?), więc mimochodem czepiał się wszystkiego co zostało wypowiedziane. A jednocześnie... czuć było, że nie przykładał się do konwersacji jak to nadmiernie robił w czasie ich poprzedniego spotkania.

Na komentarz Abrahama, choć ostrożny, skrzywił się jakby zjadł cierpi owoc. Mruknął coś niewyraźnie po angielsku, po czym zacisnął i strzepnął dłonie. Nie było tak źle jak w tamtym tygodniu. Śmiał nawet stwierdzić, że jest coraz lepiej, ale obiektywność, tak samo jak uśmiechanie się, nie była jego mocną stroną.
Ziemię z korzeniem rośliny obwinął materiałem i obwiązał sznurkiem dookoła łodyżki. Zabrał się za jej sąsiada, cierpliwie rozluźniając grunt dookoła kolejnej zdobyczy.
- Myślę, że by mi podziękowała - burknął, chyba ciągle zirytowany komentarzem o upuszczaniu czegokolwiek. I to tyle, jeśli idzie o odkładanie tego tematu do rozmyślenia na później. Więc szybko się zdecydował. Nawet jeśli była to kradzież, to co z tego? Była to najmniej problematyczna rzecz jaka się działa na Desperacji. Po części czuł, że jest to zaczepka, ale nie powstrzymał się od ostentacyjnego rozejrzenia się na pusty, kiepsko zadbany ogród i rzucił szybkim retorycznym pytającym spojrzeniem na Abrahama "Serio? Nie kradnę narządów wewnętrznych, tylko parę badyli".
- Zaraz kończę - powiedział. - I możemy wejść do szpitala, co ty na to? - spytał nagle, nie odrywając się wzrokiem ani pracą od ziemi. - Po to tu przyszedłeś, prawda?



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next
- Similar topics

 
Nie możesz odpowiadać w tematach