Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Go down


 — Dla ciebie naleśniki ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i fetą.
 Od razu cały oklapł. Nie znosił szpinaku najbardziej na świecie i o ile pomidory był w stanie jeszcze przełknąć, tak to zielone obrzydlistwo stawało w gardle niczym worek kamieni. Fety nawet nie komentował.
 — Napchaj się tym swoim szpinakiem, Kyle — odszczeknął zdruzgotany. Gdyby wcześniej otworzył okno na oścież, teraz niechybnie skorzystałby z okazji. Wizja rozpłaszczenia na wybrukowanym chodniku była znacznie lepsza od jedzenia okropnej zieleniny. Każdy z otoczenia Everetta wiedział, że wszelkie witaminy przyswajał głównie z różnej maści owoców, mogą się nimi zapychać dzień i noc, nie mając ani przez chwilę dosyć. Warzywa tolerował tylko niektóre, właściwie ciężko powiedzieć, czy mógł któremukolwiek przypiąć łatkę lubianego. Musiałby się długo zastanawiać.
 — Masz.
 Spojrzał w kierunku Jekylla, gotowy wyśmiać jego naleśniki ze szpinakiem z góry na dół, ale oto przed nosem zawirował zapach kurczaka z ziołami. Zachęcająca woń od razu skręciła pusty żołądek na solidny supeł.
 Talerz wylądował na kolanach młodzieńca, widelec zaś w prawej dłoni. Nie mając zamiaru zmieniać lokacji (wszak zakazane spożywanie posiłku w łóżku było najlepsze), zabrał się za jedzenie. Przy okazji licząc, że znajomy lekarz nie przyuważy bądź przymknie oko na skrzętne omijanie kawałków brokuła. Marchewkę mógł zjeść, ale tego czegoś... na pewno nie.
 — Następnym razem ja zamawiam — oznajmił w końcu, uprzednio przełykając zaległą w ustach porcję. Będąc już w 1/3 posiłku, odłożył talerz na szafkę przy łóżku i zgarnął sok, od razu opróżniając szklankę do połowy. Na dobrą sprawę w tym momencie mógł już zakończyć proces wypełniania żołądka. Przeczuwał jedynie, że medyk niekoniecznie podzieli jego zdanie. Głównie dlatego milczał.
 Nagle spojrzał ku wielkiej plazmie wiszącej na ścianie naprzeciw łóżek.
 — Hej, może coś obejrzymy? — kontrolny wzrok padł na szafki, orientacyjnie szukając pilota. Zaraz drgnął. — Obiecuje, że nie będę cię zmuszał do oglądania dinozaurów, skoro już jesteśmy w takim miejscu — złożone w proszący gest dłonie i szeroki uśmiech wpadły w pole widzenia Kyle'a. No jak mógł odmówić?




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Taki mam zamiar. — Uśmiech na wargach Jekylla przybrał wymiar złośliwości, gdy nabrał kawałek nadziewanego szpinakiem naleśnika na widelec i włożył go sobie do ust. Przeżuł go, nadal patrząc Renardowi prosto w oczy, lecz wiedział, że takim zagraniem nie naprawi jego antypatii do tej rośliny, a jedynie bardziej ją wzmocni i wywoła na jego twarzy grymas obrzydzenia. Nie zarzygaj mi pościeli, pomyślał, a jednoczenie powiedział: — Pycha. Nie wiesz co dobre.
  A potem zaczął pałaszować talerz. Kolejna porcja wylądowała w jego żołądku. W zasadzie wiedział, że przynajmniej osiemdziesiąt procent ludzkiej populacji nie przepadała za szpinakiem. Widział to w oczach pacjentów, którym zalecał jego spożywanie. Wówczas obrzydzenie mieszało się z przerażeniem, a nawet rozpaczą. Pamiętał, jak jedna kobieta pytała go czy to konieczne, gdyż jej syn nienawidził szpinaku i na pewno go nie zje, chociażby miałby umrzeć. Wtedy miał ochotę powiedzieć proszę bardzo, jednego idioty mniej na świecie, tym lepiej, ale wolał nie narażać się pacjentom; jego relacje z przełożonym były zbyt napięte i na pewno wyleciałby na zbity psyk z praktyk, a potrzebował ich najbardziej na świecie, by pomóc wreszcie rozwinąć skrzydła i leczyć na własnych warunkach. Wymyślił – specjalnie dla tego babsztyla – inne rozwiązanie, chociaż, zerkając na jej gabaryty, jej też dieta by nie zaszkodziła. I znów ugryzł się w język. Poniekąd był w stanie zrozumieć niechęć do szpinaku. Mniej więcej do czternastego roku życia znajdował się wśród jego zagorzałych krytyków. Jednak nie żałował, że jego kubki smakowe uległy przekształceniu, bo dzięki temu zaczął spożywać warzywa w większej ilości i wyrzekł się witamin w formie tabletek.
  — Smacznego — rzekł, uważanie przyglądając się, jak Renard spożywa swoją kolacje i jego uwadze nie umknął fakt, że brokuł została zdegradowano do roli ozdoby, a nie czegoś, co nadawało się do konsumpcji. Z gardło mimowolnie uleciało ciche westchnienie wyrażające dezaprobatę jego niechęci do osobliwej odmiany kapusty. — To drugie warzywo nie gryzie — mruknął pod nosem, odkładając talerz na drewnianą tacę, a ją z kolej na szafkę. Na tym skończyła się jego ingerencja i…
  Nie spełnił swojej groźby. Nie czekał aż z naczynia Renarda zniknie cała kolacja. Ot, zabrał podręczną kosmetyczkę i udał się do łazienki. Znów przyjrzał się swojemu policzkowi. Skóra powoli zaczęła siniec. Rozległo się charakterystyczny dźwięk rozsuwania zamka błyskawicznego, gdy palce Jekylla natrafiły nań po omacku. Wyjął z materiałowego pojemnika pastę do zębów i szczoteczkę, a następnie wyszczotkował zęby, by zmyć z nich pozostałości po posiłku i wyplenić posmak nieprzyjemnej w smaku kawy. Gdy skończył, opukał dobrze usta, po czym rozsmarował krem w twarz, uszkodzonej skórze poświęcając więcej uwagi niż reszcie jej powierzchni.
  — Hej, może coś obejrzymy? — Doleciało do niego po wyjściu z łazienki. Zielone oczy spoczęły najpierw na Renardzie, by następnie przemieścić się na mebel, gdzie została odłożone resztki z kolacji.
  — Nie zjadłeś brokuły — zauważył, jakby to była odpowiedź na zadane przez Everetta pytanie. (Obejrzymy, kiedy ją zjesz!). Po chwili znów otworzył usta w celu powiadomienia go, jakimi witaminami pogardził, ale zrezygnował z tej wyliczanki. Zamiast tego wzruszył obojętnie ramionami i wydusił z siebie: — Jasne, ale nie zdziwi się, jeśli zasnę w połowie. Padam na twarz — orzekł spokojnie, tonem, którym zwykle informował pacjenta o komplikacjach, jakie mogą wystąpić w jego organizmie, gdy ten odważy się zignorować jego zalecenia.
  Prawdę powiedziawszy, gdyby nawet Marshall włączył film o dinozaurach, z ust lekarza nie padłby żaden akt protestu. Towarzyszące mu od kilka godzin zmęczenie skumulowało się podczas zapełnienia żołądka i zaatakowało z dwojoną siłą, sprawiwszy, że po prostu chciał się położyć i wyłączyć myślenie, a to, czy coś będzie leciało w tle, nie miała dla niego właściwego żadnego znaczenia. Nawyk do spania w hałasie. Praktykował to podczas kilku dyżurów pod rząd, gdy po prostu nie wyrabiał.
  Odłożył swoje rzeczy osobiste do jednej z szuflad w szafie i ułożył się wygodnie na łóżku, dłonią sięgając po telefon, by nastawić budzik.
  — Właściwie to o której jutro wstajemy? — zapytał, wpatrując się w ekran smartfona, acz kątem oka zlokalizował przyjaciela obok telewizora. Właśnie podnosił pilota. W każdym innym wypadku nastawiłby go na siódmą trzydzieści, ale to Rhett - jako fanatyk prehistorycznych gadów - miał na zadanie zorganizować im czas na wyspie, więc odpowiedzialność spoczywała jedynie na jego barkach. Halliwell liczył po prostu na to, że lista atrakcji sprawi, że wreszcie zmieni nastawienie do tego miejsca.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


 Nie komentował tego więcej. Już po samym zacięciu błyszczącym w kolorowych tęczówkach, Halliwell mógł być stuprocentowo pewien, że chłopak nie tknie brokułów nawet widelcem. Jakby co najmniej jakaś wielce zaraźliwa choroba miała przenieść się z warzywa na końcówkę sztućca i tak aż do ręki Everetta. No przecież by tego nie wyleczył nawet z kumplem lekarzem, bez szans.
 Ruszył do szafki tuż pod pokaźnym telewizorem, chwytając w rękę pilot. Przed zrobieniem czegokolwiek obejrzał urządzenie z góry na dół, nie chcąc od razu nacisnąć guzika samodestrukcji, co w jego przypadku miałoby spory procent prawdopodobieństwa. Na szczęście po obraniu czerwonego przycisku za cel, nic nie padło ofiarą płomieni ani czystej formy destrukcji.
 Wrócił na miejsce akurat w momencie, w którym Kyle zadał jedno z zakazanych pytań. Dłoń Marshalla jakby automatycznie dopadła do ust, zakrywając ułożone w zszokowanym wyrazie wargi. Chwilę później ręce mu opadły, gdy posyłał mężczyźnie spojrzenie w stylu: "serio?"
 Sprawnym ruchem zawodowego złodziejaszka wysunął telefon z ręki właściciela i odłożył go poza zasięg.
 — Daj spokój, to wakacje. Nie ma budzików — pogroził nawet palcem na wypadek, gdyby lekarzowi zamarzyła się walka o swoje. Rzucił mu pilota i władował się zaraz obok razem z pluszakiem, przy okazji całkowicie rujnując pojęcie przestrzeni osobistej. Wiedział, do jakich miejsc uderzyć następnego dnia i zgodnie z wieloma obliczeniami doszedł do wniosku, że cale nie potrzebowali całego dnia. Co za tym szło — kilka dodatkowych godzin snu było jak najbardziej wskazanych.
 Problem polegał na tym, że zamiast oglądać wybrany przez medyka program, sam w pewnym momencie przysnął z policzkiem opartym na ramieniu mężczyzny i pluszowym raptorem przyciśniętym do piersi.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Nie zarejestrował momentu, kiedy odebrano mu telefon. Stłumione przez ziewnięcie ej wydobyło się spomiędzy jego warg w ramach protestu, ale Rhett, całkowicie zobojętniały na takowy, nie zwrócił mu przedmiotu. Odłożył go poza zasięg wzroku i dotyku Jekylla, a potem rzucił w niego pilotem. Lekarz złapał go zręcznie w palce. Cóż za marna nagroda pocieszania.
  — Lepiej, żebyś ty coś wybrał — stwierdził, ale najwidoczniej Renard nie miał takiego zamiaru, bo nie dość, że nie odezwał się chociażby pojedynczym słowem, to jeszcze bez pytania wpakował się Jekyllowi do łóżka razem ze swoim pluszowym raptorem, który zajmował więcej miejsca, niżeli jego skromnej budowy właściciel.
  Na czole mężczyzny pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Nie lubił dzielić się z nikim swoją przestrzenią osobistą podczas snu. Zazwyczaj miał łóżko tylko do swojej dyspozycji. I dbał o to, by nikt nie zakłócił jego spokoju. Po tym, jak Evertta wtuli policzek w jego ramię, w końcu nie wstrzymał i zareagował:
  — Z twojego łóżka też będzie mieć niezły widok na ekran.
  Zmieniał kanał za kanałem, ale żaden program telewizyjny, ani nawet film nie sprawił, że lekarz zapragnął zapoznać się z nań treścią. Rzadko korzystał z tej formy rozrywki, a w jego mieszkaniu nawet nie było TV. Nie miał na to czasu. I już dawno przestał śledzić odcinki swoich ulubionych seriali, a gdy już to robił - do tego celu używał wyłączenie laptopa. Problem tkwił w tym, że ich tytuły już dawno wyleciały mu z głowy, chociaż takowe wielokrotnie przewijały się przez rozmowy podczas spotkań towarzyskich, ale Jekyll, oprócz obecnością cielesną, rzadko w nich uczestniczył. Jego zainteresowanie krążyło wtedy głównie wokół alkoholu. Nie miał ochoty pogłębiać relacji między ludzkich. W zasadzie jego życie prywatne niemalże nie istniało. Nawet jeśli wielokrotnie słyszał weź kilka dni wolnego, rozerwij się, do życia potrzebna była mu tylko medycyna, a przynajmniej doszedł do takich wniosków po kolejnym nieudanym związku, który rozsypał się w rekordowym czasie – po trzech miesiącach trwania. Nawet nie było mu przykro, że się rozleciał. Toć podejrzewał, że to tylko kwestia czasu, a dzięki swojemu słabnącemu z dnia na dzień zainteresowaniu przyśpieszył ten proces. I odczuł ulgę, kiedy ta parodia związku dobiegła końca. W zasadzie, gdyby nie ośli upiór Rhetta i złożona mu kiedyś dla świętego spokoju obietnica, że wybierze się z nim do dino-świata, nawet nie pomyślałby o wakacjach, zbyt pochłonięty i skupiony na pracy, i swojej specjalizacji. Aż do teraz nie był sympatykiem tego pomysłu, a piekący, zaczerwieniony ślad na policzku jedynie utwierdzał go w tym przekonaniu.
  Z ust uleciało powietrze. Po dwudziestu minutach wyłączył telewizor i odłożył pilota. Czując lekki ciężar głowy sympatyka prehistorycznych form życia, przypomniał sobie o jego obecności i uświadomił sobie, że jego milczenie jest poniekąd niepokojące, bo kto by pomyślał, że osoba, której zazwyczaj buzia się nie zamykała, w jednej chwili pogrąży się w całkowitym milczeniu? Nikt, dlatego Jekyll podejrzewał, co było tego przyczyną. Szturchnął go delikatnie w żebro.
  — Psst— mruknął mu w ucho, ale w tonie głosu nie pobrzmiewał chociażby nuta przekonania; Rhett przeniósł się do innego świata i najprawdopodobniej nie dochodziły do niego żadne dźwięki z tego rzeczywistego.
  Zerknąwszy kątem oka na jego pogrążoną we śnie twarz, wygiął wargi delikatnie ku górze. Uodpornił się na urok osobisty, którym ten chłopak emanował, ale w tej chwili takowa nieco osłabła i odczuł go na własnej skórze.
  — Do rana zdrętwieje mi ramię — wyszeptał ni to do samego siebie, ni to do Renarda, ale, skoro poszturchiwanie nie przyniosło pożądanego efektu, to słowa tym bardziej nie były w stanie tego dokonać. Odwrócił głowę w drugą stronę i zamknął oczy. Pozazdrościł Rhettowi, że umiał zasypiać ot tak, jakby na zawołanie. Sam miewał z tym problem i zanim faktycznie zmorzył go sen, upłynęło kolejne dwadzieścia minut.

  Obudził się zaledwie kilka minut po siódmej, a raczej zerwał się na nogi, gdy po pomieszczeniu rozlazł się znajomy dźwięk. Z pracy. Dzwonili z pracy. Na pewno. Sięgnął dłonią po omacku, by odnaleźć telefon, ale nie dość, że uderzył łokciem o obiekt, którego się nie podziewał, to jeszcze palce zacisnęły się na pustce. I uświadomili sobie, że nie jest u siebie. Rozmieszczenie umeblowanie było całkiem inne.
  Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Najpierw uchwycił nim wtulonego w pluszaka Rhetta, a potem wpadający przez odsłonięte okna blask dnia. I uświadomił sobie, gdzie się znajduje.
  Czując suchość w gardle, przełknął ślinę, żałując, że nie zaopatrzył się przed snem w butelkę wody. Wstał z łóżka i syknął, gdy naga stopa - najpierw jedna (miał nadzieję, że nie lewa), potem druga - skonfrontowały się z podłożem. Odszukał odstawiony na mebel telefon i zerknął na wyświetlacz. Trzy nieodebrane połączenia. Ujął go w dłoń, ale po tym, jak uświadomił sobie, kto wydzwaniał do niego o takiej barbarzyńskiej porze, nie oddzwonił. Odłożył przedmiot z powrotem na półkę i przetarł oczy. Wiedział, że już nie zaśnie. Zabrał ubrania, kosmetyczkę i udał się do łazienki.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


 Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak dobrze spał. Łóżko kilkugwiazdkowego hotelu musiało odegrać swoją rolę, bo obudził się wypoczęty jak nigdy. Bez absolutnie żadnego impulsu bólu przebiegającego przez zaspane ciało. W pewnym momencie był nawet przekonany, że rzeczywistość nie ma prawa być aż tak przyjemną, więc umysł z pewnością ogarnia jeszcze sen. Lecz gdy poranne słońce zaatakowało ledwie rozwarte ślepia, wiedział, że to nie marzenia.
 — Kyle? — mruknął nieco niewyraźnie, sunąc dłonią po wymiętej pościeli. Wspomnianego mężczyzny nie znalazł ani w poszewce, ani pod poduszką. Fuknął zaraz w roli szczeniackiego buntu. — Jeśli znowu prowokujesz jakąś zadufaną matkę, to nie mam zamiaru w to ingerować — ostrzegł całkiem lojalnie, kryjąc ziewnięcie w miękkim brzuchu pluszaka. Jeszcze dobre kilka minut spędził na rozciąganiu mięśni, nim rozsądek nie nakazał wstać.
 Od razu rozejrzał się po pokoju, szukając wzrokiem długich, jasnych włosów. Przyuważył jedynie hotelowy telefon, gdy do uszu dotarł szum wody. Właśnie ten dźwięk rozciągnął wargi młodzieńca w chytrym uśmiechu. Złapał za słuchawkę.
 Kilkanaście minut później siedział w najlepsze na łóżku. Wciąż nie swoim i wciąż w piżamie. Na kolanach miał talerz, a w dłoniach naleśnika wypełnionego wszelkiej maści kawałkami owoców. Między nimi błyszczała czekoladowa polewa. Identyczny zestaw czekał na Jekylla, zajmując miejsce na małej szafeczce tuż obok.
 — Jak się nie pospieszysz, to ci wystygnie — oznajmił na chwilę przed ugryzieniem własnej porcji. Połączenie świeżych owoców i rozpływającej się czekolady sprawiło, że Everett całkowicie zapomniał o bólu wczorajszego szpinaku (mimo iż nawet go nie dotknął). Jakby nigdy nie istniał.
 Po wsunięcie w siebie połowy porcji talerzyk z resztą odłożył poza granice łóżka. Następnie opadł na miękki materac i to z nie byle jakim postanowieniem. Z drugiej strony, już po analizie pomysłu ponownego odejścia w krainę snów, uświadomił sobie, że ten plan miał również złe strony. W końcu wtrącony w objęcia Morfeusza potrafił przespać kilka godzin. Bez względu na porę dnia, warunki i poziom naładowania wewnętrznej baterii. Mruknął zamyślony, bawiąc się przytwierdzonym do piżamy ogonem.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Zafundował sobie długą kąpiel wannie, mimo iż z reguły rezygnował z tej wygody na rzecz prysznica - otóż miał tendencje robić wszystko w pośpiechu, a teraz takowy nie był wskazany. Rozciągnął się wygodnie w wannie, trzymając w powietrzu - nad taflą wody - książkę o treści medycznej i pogrążył się w lekturze, tracąc rachubę czasu. Oprzytomniał gdzie między przedostatnim a ostatnim rozdziałem i zdał sobie sprawę, że wcześniej przyjemnie ciepła woda, teraz była po prostu lodowata. Drżąc z zimna, odłożył książkę na kafelki i sięgnął po ręcznik, jednocześnie opuszczając swoje tymczasowe schronie. Okrył się szczelnie ręcznikiem, w drodze do umywalki pozostawiając na płytkach mokre ślady swoich nagich stóp. Zerknął w lustro i syknął pod nosem na widok sińca, którym była udekorowana skóra. Przejechał palcem po jego powierzchni, czując jak pod naporem nań opuszka wytwarza się nieprzyjemny ból. Osuszył się i ubrał w komplet nowych ubrań, zanim do jego uszu doleciał krzyk Marshella: Jak się nie pospieszysz, to ci wystygnie.
  — Oho, czyżby zemsta? — mruknął pod nosem, zatem błędniki jego towarzysza nie były w stanie zarejestrować ówże dźwięku. Szarpnął za klamkę, ale nie otworzył drzwi na oścież. Zaledwie je uchylił i wyjrzał zza framugi. Zielone oczy spoczęły na ciemnej czuprynie. — Zanim przekroczę próg tego pokoju, pozamykaj okna — rzekł protekcjonalnym tonem, ale nie czekał aż Everett zorientuje się, że jego misja po kryptonimem „zamknij okna” miała teraz największy z możliwych priorytetów. Przeziębienie na skutek ochłodzenia ciała i przewiania go nie chodziła w parze z jego ambicjami, ale ostatecznie (jakby zdrowie było mu niemiłe!) sam się tym zajął, ignorując pchający się do nosa przyjemny zapach śniadania. Przemierzył szykiem krokiem pomieszczenia i zamknął niedomknięte okno, czując jak po skórze prześlizguje się chłód poranka. Słońce nadal nie ogrzało zimnego po nocy powietrza, a to oznaczało, że jego kąpiel trwała maksymalnie godzinę. Wraz z pojawieniem się tego wniosku na twarzy Halliwella ukształtowało się nieme zdziwienie, gdyż nie spodziewał się, że Marshall obudzi się o tak wczesnej porze i pod jego nieobecność zamówi śniadanie...
  Właśnie, śniadanie!
  Naleśnik na talerzu bynajmniej nie poprawił doktorowi humoru. Obejrzał sceptycznie czekoladową polewę i odsunął się od szafki na bezpieczną odległość, jakby w obawie, że to, co miało pełnić rolę jego pierwszego posiłku tego dnia rzuci się na niego z pakietem ostrych zębów i rozszarpie jego ciało na kawałki.
  — Na śniadanie preferuje kawę. Nie jadam bogatych w cukrzyce posiłków.
  Zawsze mógł wyjeść owoce, a resztę zostawić, ale nie chciał czynić Rhettowi tej przyjemności. Wiedział, że to zemsta, okrutna zemsta za szpinak i brokuły, i ten mały, podły człek tylko czeka, aż Jekyll zanurzy nóż w naleśniku i zacznie wygrzebywać z niego witaminy. Nie miał zamiaru dać mu tej satysfakcji.
  — Jak długo będziesz wegetować w łóżku? — zapytał w ramach próby zmiany tematu. Na jego ustach ukazał się uśmiech. — Mam poszukać na twoim ciele wszystkich wrażliwych, mocno unerwionych miejsc? — Podszedł do łóżka, na którym w dalszym ciągu wylegiwał się Renard.
Czas na łaskotki - oto co mówił pokryte niebezpiecznymi iskierkami ślepia doktora. I był gotowy spełnić swoją groźbę w każdej chwili. By to zademonstrować, wystawił w kierunku drobnej sylwetki dłonie. Przed nimi nic się nie ukryje.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


 — Nie jadam bogatych w cukrzyce posiłków.
 Wywrócił oczami, wsuwając do ust kawałek truskawki.
 — Przesadzasz. Jak zwykle — mruknął. Przez towarzystwo Jekylla zaczynał się coraz częściej zastanawiać, czy każdy lekarz aż tak poważnie fiksował na punkcie substancji odżywczych. A może to tylko unikatowe dziwactwo, którym długowłosy się nie dzielił.
 Widelcem odkroił jeszcze kawałek naleśnika. Ciasto było subtelne i delikatne. Pasowało idealnie do lekko kwaśnych owoców i słodkiego posmaku czekolady. Nigdy w życiu nie nazwałby tego dania cukrzycą. Zresztą podejrzewał, że w takich hotelach dbano o jakość posiłków.
 Pytanie medyka sprawiło, że sztuciec brzdęknął, odkładany na talerz, natomiast plecy młodszego chłopaka opadły z powrotem na materac. Odpowiedź sama się nasuwała. A już zwłaszcza po naciągnięciu na ciało koca.
 Uniesione w groźbie ręce rozciągnęły usta w pewnym uśmiechu. Everett oparł policzek na dłoni i posłał mężczyźnie wyzywające spojrzenie.
 — Chcesz szukać wrażliwych miejsc? — parsknął. — No, no. Nie sądziłem, że gustujesz w młodszych, Kyle.
 Zaraz odrzucił miękki materiał i zeskoczył z łóżka, stając naprzeciw medyka. Na kilka krótkich sekund zarzucił przedramiona na jego braki i wyszczerzył białe zęby w szerokim, chytrym uśmiechu.
 — Nic nie mów, nie chcemy bardziej podkopać twojej dumy, no nie? Nie po tym mało imponującym incydencie z wczoraj — cofnął ręce, zwracając Halliwell'owi przestrzeń osobistą. Od razu wsunął palce w ciemne kosmyki, mierzwiąc już i tak chaotyczną po nocy fryzurę. — Rany, nie dość, że katujesz mnie szpinakiem, to jeszcze nie pozwalasz się lenić. Ktoś powinien cię przeszkolić, żebyś wiedział, jak spędzać wolne...
 Wyminął towarzysza z marudnym pomrukiem drażniącym przełyk. Byłby w stanie bez najmniejszego problemu zasnąć, gdyby znów potraktować organizm tak wielkim stopniem wygody. Z drugiej strony już słyszał te wielogodzinne narzekania i z dwojga złego wolał się zwlec.
 Tym razem zniknął za drzwiami łazienki ledwie na 15 minut. Po wyjściu zaprezentował się Jekyllowi w już nieco mniej uroczym wydaniu, bo wilczą piżamę zastąpiły czarne, porozdzierane na udach spodnie i równie ciemna koszulka. Na swoim łóżku miał już przygotowaną czerwoną koszulę w kratę do kompletu.
 — Jest jakieś miejsce, które chciałbyś odwiedzić? — uniósł dwubarwne tęczówki na towarzysza, spoglądając ciekawsko na jego twarz. — Żeby nie było, że tylko ja się bawię.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Everett otworzył usta i czar prysł. Jak unosząc się pod wpływem podmuchów powietrza bańka mydlana. Z lekarza uleciały wszelkie symptomy dobrego nastroju, którymi przed momentem emanował. Zrehabilitował się i schował dłonie głęboko w kieszenie, a  tym samym w jego zielonych ślepiach ukazały się iskry złości, mający jasne przekaz: Zejdź mi z oczu.
  Rhett znów nadepnął mu na docisk, przypominając o zdarzeniu, które miało miejsce ledwie wczoraj. Niby gdzieś w swojej podświadomości snuł przepuszczenie, że to tylko żarty, słowne przepychanki, ale nawet takowe powinny gdzieś się kończyć, a chłopak właśnie przekroczył jakiekolwiek granice dobrego smaku, czyniąc doktorowi aluzje poniżej godności.
  W pierwszej chwili miał ochotę ulotnić się z tego pomieszczenia. Ot, w ramach zademonstrowania swojej złości, zatrzasnąć za sobą drzwi i zaszyć się gdzieś na cały dzień. Albo spakować swoje rzeczy i wrócić, skąd przyjechał, w ten oto sposób kończąc ich znajomość.
  Odchylił głowę do tyłu, gdy jego przestrzeń osobista po raz kolejny została zbezczeszczona. Na jego czole ukazała się głęboka zmarszczka. I zapobiegawczo zrobił kilka kroków w tył. Nawet szeroki uśmiech nie ostudził tego, co zostało pobudzone do życia przez zły dobór słów. A on musiał demonstrować swoją urażoną dumę, bo inaczej nie byłby sobą, wszak składał się z teatralnych gestów i z nabrzmiałego ego; takowe wypełniało niemal całą powierzchnie jego ciała, zatem nie było tam miejsca na nic innego.
  — Nie sądziłem, że kiedykolwiek odbędę z tobą rozmowę  poniżej prezentowanego przez nas obu poziomu intelektualnego, ale skoro podjąłeś ten temat, to porozmawiamy, a raczej ustalmy pewne zasady  — wyrzęził przez zęby, z pod których sączył się jad. Odepchnął go od siebie, dając mu tym gestem  do zrozumienia, że nie ma zamiaru znosić obelg pod swoim adresem i biernie się temu przyglądać. Usiadł na łóżku i ujął w dłoń pluszowego raptora. — Na okres naszego pobytu tutaj, to moje łóżka. M o j e, a to oznacza, że śpię w nim tylko ja — odrzekł, zaciskając mocniej palce na zabawce. — Skoro gustuję w młodszych od siebie, to powinieneś zachować rozsądny dystans. Na około czternastocentymetrowy, bo przecież nie chciałbyś paść ofiarą złego dotyku, nieprawdaż? — Chociaż ton głosu Halliwella był podszyty ironią, na twarzy nie pojawiły się żadne oznaki rozluźnienia. Złość zależała. Zastąpił ją chłodny dystans.
  Wstał i odłożył pluszaka na łóżko jego właściciela, po czym obszedł czarnowłosego szerokim łukiem, jakby w obawie, że złapie od niego zakaźne choróbsko i sięgnął po telefon komórkowy. Odblokował go sekwencją liczb i przeczytał zawartość dwóch smsów, ale nie miał zamiaru na nie odpisywać. Czekał, aż Rhett wyjdzie z łazienki. W tym celu sięgnął do torby. Wyjął z nań portfel i wsadził go do kieszeni spodni. Wystarczył mu telefon i portfel. Nie miał zamiaru taszczyć za sobą większego bagażu.
Jest jakieś miejsce, które chciałbyś odwiedzić?, usłyszał, czując na sobie spojrzenie Renarda, ale nie odwdzięczył mu się tym samym. Z ręką na klamce powiedział:
  — Kawiarnię. Chcę odwiedzić kawiarnię. Potrzebuję kawy, by nie snuć się za tobą jak duch z powieści Dickensa, a potem udowodnij mi, że warto się z tobą przyjaźnić, Marshallu, bo póki co odnoszę odmienne wrażenie i bardzo żałuję, że dałem się namówić na ten wyjazd — przyznał urzędniczym tonem; takim zwykł informować pacjentów o skutkach ubocznych lęków. O ile mógł jeszcze zrozumieć, że niemądra forma życia pod postacią nieodpowiedzialnej matki nie miała w sobie za grosz taktu, o tyle nie potrafił odpowiedzieć samemu sobie na pytanie, dlaczego Everett czynił mu dziwne, niczym nieuzasadnione aluzje.
  (Wyjmij kij z tyłka, Hallie. To był tylko żart. Tylko żart.)
  Nie dostosował się do pomysłu dyktowanego przez zdrowy rozsądek. Jako pierwszy wyszedł z pokoju, a podchodzą do windy, nawet nie obejrzał się przez ramię, by upewnić się, że przyczyna, dla której tu się znalazł, wyszła na korytarz tuż za nim. Nacisnął przycisk w celu przywołania ją na najwyższe piętro. Niecierpliwymi palcami wbijał znany rytm o ścianę.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


 Nie do końca wiedział, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. W zasadzie, gdyby nie zamarłe, jakby wykute z kamienia, mięśnie, szczęka już chwilę temu opadłaby w dół, z hukiem uderzając o podłogę. Słowny atak ze strony towarzysza zaskoczył go do tego stopnia, by wszelkie gotowe odpowiedzi wypadły z głowy. Everett stał kompletnie zamurowany, wpatrując się jedynie ze zdziwieniem w zielone, teraz tak nieprzychylne tęczówki. Gdyby wiedział, że szczeniacka zaczepka zaowocuje w takie konsekwencje, trzymałby pysk zamknięty na kłódkę.
 Ominięty niczym człowiek tknięty trądem zacisnął dłonie w pięści. Cień rzucany przez zmierzwioną grzywkę padł na oczy, gdy znikał za drzwiami łazienki.
 — Kawiarnię.
 Spojrzał w jego kierunku, konfrontując wzrok z okrytymi koszulką plecami. Wysłuchał całej wypowiedzi mężczyzny bez mrugnięcia, w zasadzie nawet nie oddychał. Czekał aż medyk naciśnie klamkę i przemknie na korytarz.
 Cichy trzask drzwi stał się akompaniamentem dla głuchego dźwięku ciała uderzającego o materac. Nocturne z ciężkim westchnieniem padł twarzą w pościel własnego łóżka, gdzieś po drodze zgarniając pluszaka ramieniem. Nagle przestało mu się spieszyć gdziekolwiek, natomiast wszelkie chęci na zwiedzanie odpłynęły minutę temu wraz z wodą ulatującą do otworu umywalki.
 Nie był pewien ile czasu spędził w jednej pozycji. Mógł tak leżeć pół minuty. To równie dobrze mogło być pół dnia. Szybko potwierdził pierwszą opcję, bo wychodząc z pokoju zauważył zamykające się za Kylem drzwi winy. Nie biegł, nie krzyczał. W zasadzie czym prędzej odwrócił wzrok, chowając ręce w kieszenie koszuli. Użycie schodów i tak było mu na rękę w takiej sytuacji.
 W drodze do kawiarni nie odezwał się ani słowem. Zwykle byłby krok przed blondynem, trajkocząc bez przerwy o wszystkich wspaniałościach parku. Teraz snuł się dobre kilka metrów z tyłu, wbijając spojrzenie w wybrukowane podłoże.
 W końcu westchnął bezgłośnie i zajął miejsce na skrytej w cieniu ławeczce. Czekając aż Halliwell zamówi i dostanie kawę, opadł piersią na blat, chowając twarz w skrzyżowanych ramionach.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Samotna podróż windą nie należała do najprzyjemniejszych doznań, jakie doświadczył w życiu, a jak na złość mijała piętro za piętrem, nie zatrzymując się nawet na ułamek chwili. Podejrzewał, że większość wczasowiczów była nadal pogrążona we śnie, gdyż najwięcej zapierających w dech piersiach atrakcji można było ujrzeć po piętnastej. Wtedy też zaczynał się największy ruch. Przycisnął plecy do zimnej powierzchni ściany i zerknął w swoje blade odbicie w wielkim lustrze, po czym przymknął powieki, by nie patrzeć na swój opuchnięty policzek. Nie lubił korzystać z usług elewatorów. Będąc sam w małym, ciasnym wnętrzu poruszającego w dół i górę pojemnika, czuł nieprzyjemny uścisk w żołądku. Miał wrażenie, że w każdej chwili może nastąpić awaria i utknie w niej na okres paru godzin - bez światła, dostępu do wody i z coraz mniejszym zasobem tlenu. Wychodząc z niej, zalała go fala ulgi, chociaż w pierwszej chwili miał ochotę się napić, albo zapalić, jednak nie miał pod ręką ani papierosów, ani piersiówki. Na całe szczęście.
  Dostrzegając kątem oka bruneta, skierował swój krok w kierunku hotelowej kawiarni, gdzie bezkolejkowo złożył i od razu opłacił zamówienie. Czekając, aż zostanie mu wydane, omiótł spojrzenie lokum, by zlokalizować znajoma sylwetkę. W końcu jego wzrok zatrzymał się na kraciastej, czerwonej koszuli i zdziwił się, że jej właściciel wybrał jedno z najbardziej odosobnionych miejsce na sali. Spróbował przyjrzeć się jego rysom twarzy, ale schował ją w dłoniach, poza tym zostały zniekształcone przez padające na niego cienie, zatem skapitulował, a właściwie to został zmuszony, by ustąpić. Otóż wywołano numerek tkwiący na jego paragonie i poszedł odebrać swoją umiłowaną dawkę kofeiny.
  Gdy podniósł drewnianą tackę, odkrył, że drżały mu lekko palce. Zacisnął je mocniej na jej krawędziach, niosąc ją do wybranego przez chłopaka stolika. Oprócz kubka z mocną, parującą kawą bez dodatku w postaci cukru czy też mleka, figurował na niej także napój wyciskany na jego oczach z świeżych owoców (ponoć) pochodzących z tejże wyspy, chociaż nie traktował obsługującej go kobiety za wiarygodne źródło informacji, ale w tej materii postanowił jej zaufać. Chociażby dla świętego spokoju. Miał dość kłótni jak na jeden dzień. Jego współlokator miał racje – nie umiał się zrelaksować. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio to robił.
  Odłożył przedmiot na blat stolika z cichym, zagłuszonym przez rozmowy zgrzytem. Nie miał zamiaru prowadzić z Everettem zimnej wojny; takowa doprowadziłaby jedynie do odwzajemnionej niechęci, dlatego też postanowił wysoką szklankę obok jego dłoni. W ramach niemego pojednania.
  — Kolor nie zachęca, ale zapewniali, że w smaku jest dobry.
  Usiadł na przeciwko Renarda i ujął w palce ciepły kubek. Zaciągnął się zapachem czarnej substancji, a na jego ustach ukazał się subtelny, ledwo dostrzegalnym uśmiech.
  —  Po obiedzie chciałbym wybrać się do rezerwatu i na własne oczy zobaczyć nowe formy życia — rzekł, ale w tonie dało się wyłapać nutę ekscytacji, gdyż był zaoferowany ujrzeniem tych (dinozaurów) obiektów skonstruowanych przez najbardziej zasłużonych specjalistów z zakresu inżynierii genetycznej. Przeciwieństwie do Rhetta nie rozpatrywał istnienia prehistorycznych stworzeń w kategorii istot żywych. Sprowadził ich egzystencje do rangi eksperymentów, a zdjęcia i filmiki w Internecie nie zaspokoiły jego ciekawości. Wydały mu się niezbyt autentyczne.
  Pochylił się nad kawą i podmuchał w czarną taflę kilka razy, by  ją ostudzić. Unosząca się w kubku para ogrzała jego skórę, sprawiając, że zrobiło mu się ciepło. Uniósł go na wysokości swojej twarzy i przycisnął usta do jednej z parcelowanych ścianek. Miała o wiele głębszy smak niżeli jej wczorajsza poprzedniczka z automatu. I posmakowała lekarzowi bardziej. W obliczu tego małego sukcesu poczuł jak stopniowo wracają do niego chęci do życia. Odłożył kubek na blat i zerknął w kierunku nadal pogrążonego we własnych rozważań Rhetta, ale nie miał zamiaru go przepraszać. Był skłonny jedynie przymknąć oko na jego zaczepkę i o niej zapomnieć. Jego urażona duma przestała zwijać się z bólu, być może dlatego, że niespodziewane milczenie ze strony czarnowłosego przytłaczała go. Jego osobowość nie była synonimem milczka.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


 Mimo początkowego przebudzenia w pełni sił zaczynał znów robić się senny. Poranna cisza panująca dookoła i ciepłe promienie wschodzącego słońca, które powoli wkradały się wzwyż okrytego koszulą kręgosłupa... wszystko usilnie przeciskało ziewnięcie przez gardło. Gdzieś w głębi Marshall przeczuwał, że gdyby tylko pozwolił powiekom opaść choć na kilka sekund, ponowne ich rozwarcie byłoby walką przeciw wiatrakom.
 Częścią świadomości był już w zasadzie poza światem rzeczywistym, gdy coś nagle uderzyło w blat tuż obok, ściągając go twardo na ziemię. Drgnął, wyraźnie nieprzygotowany na ten subtelny atak.
 — Kolor nie zachęca, ale zapewniali, że w smaku jest dobry.
 Z ociąganie uniósł twarz, ale i to nie trwało zbyt długo, bo policzek młodzieńca zaraz na powrót opadł na wyciągnięte ramię. Cała różnica polegała na tym, że tym razem pole widzenia poszerzyło się o wysoką szklankę z sokiem. Dłuższą chwilę przyglądał się czerwonej, nieco gęstej substancji, oraz pojedynczej kropli wody spływającej po brzegu naczynia. Wewnątrz tłukły się kostki lodu. Everett zmarszczył nieco brwi, odrobinę zmieszany brakiem możliwości rozpoznania któregokolwiek z pływających wewnątrz kawałeczków owoców. Tknął szkło palcem, rozmazując samotną kroplę.
 — Nie jest zły. Smakuje trochę truskawkami i bananami — mruknął po spróbowaniu napoju. Po kilkunastu sekundach aktywności wrócił do poprzedniej pozycji, jakby uniesienie szklanki kosztowało go całą zgromadzoną dotychczas energię. Wciąż milczał, tocząc ciężką batalię z sennością.
 — Dobrze — odparł nieco niemrawym tonem. Na ten moment plan dnia był mu naprawdę obojętny. Równie dobrze mógł wrócić do hotelowego pokoju i najlepszą cześć wycieczki zostawić na ostatni dzień. — Co chcesz robić do czasu obiadu? — spytał, dopijając ostatnią porcję przyniesionego przez Kyle'a soku. Bawił się chwilę naczyniem, wpatrując w pozostałości po kostkach lodu, gdy nagle poczuł dotyk na ramieniu.
 Bardzo niechętnie, ale wyprostował plecy do siadu, konfrontując nieco zamglone spojrzenie z kelnerką. Tuż obok pustego naczynia po soku postawiła styropianowy kubeczek z lśniącym dumnie logiem głównej firmy, zaopatrującej cały park w żywność dla zwiedzających.
 — Od tamtego mężczyzny — poinformowała rzeczowym tonem, wskazując subtelnie w kierunku siedzącego samotnie faceta. Szyty na miarę garnitur, dopasowany krawat, błyszczący zegarek na nadgarstku i najnowszy model telefonu w dłoni. Wyglądał na zadbanego biznesmena, w świecie kobiet musiał uchodzić za bóstwo. Marshall spojrzał w jego kierunku nieco skonsternowany, zaraz przenosząc barwny wzrok na kubek o zapraszającym wyglądzie. Nie dotknął go nawet palcem.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Powrót do góry

- Similar topics