Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Go down


Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Tyrell on 5/2/2018, 21:34

Drużyna: Jekyll
Cel: Wszczepienie na miejsce aktualne artefaktu nowego - urządzenia rentgenowskiego. (Pozbycie się starego niedługo odegram na fabule.)
Mistrz Gry: Tyrell.
Wymagania: brak.
Zgoda na połączenie misji: Nie.


Tu był post, ale jestem kretynem i przez przypadek go wyjebałem.  ಠ_ಠ


Ostatnio zmieniony przez Tyrell dnia 13/2/2018, 03:11, w całości zmieniany 2 razy
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Jekyll on 6/2/2018, 01:06
Ciężkie trapery zapadały się w skrzypiących pod ich ciężarem zaspach śnieżnych. Pod skarpetki wdarł się biały puch, ale ich właściciel nie zatrzymywał i nie otrzepał zawartość obuwia. Poruszył palcami, by przekonać się, czy nie zafundował sobie odmrożeń, wychylając swój nos z kryjówki na taką pogodę. Na szczęście nie. Nie sprzeciwiały się jeszcze jego rozkazom. Posiadał w nich czucie.
 Szedł trochę na pamięć, trochę na oślep, zmęczony i zmarznięty. Jego chude ciało drżało. Warstwa ubrań w postaci ciepłego swetra i kurtki, a także spodni z kompletem bielizny nie była w stanie uchronić Jekylla przed unoszącym się w atmosferze lodowatej temperatury. Przeniknęła do skóry, kości. Objął się ramieniem, ale ten zabieg nie pomógł w otrzymaniu namiastki ciepła. Zazgrzytał na zębach. Naprawdę żałował tego wypadu. Był zirytowany swoim skądinąd bezmyślnym wyborem.
 Zgarnął z czoła włosy, czując pod opuszkami palców jego chłodną strukturę i założył je za równie zimne ucho, po czym zasunął na głowę kaptur. Poczuł namiastkę ciepła, ale to nadal nie było wystarczające. Potarł jedną dłoń o drugą, w celu przywrócenia jej krążenia. Jego działania były bezskutecznie. Miał zdrętwiałe do zimna palce. Kostniały coraz bardziej. Włożył je do kieszeni, aby je ogrzać, a z ust uleciało powietrze, który w konfrontacji z zimnym powietrzu zamieniło się w parę.
 Torba ciążyła mu na ramieniu. Był w niej zestaw medyczny w postaci apteczki pierwszej pomocy, z którą nigdy się nie rozstawał. Jej zawartość została urozmaicona paroma dodatkami w postaci skalpela, noża chirurgicznego i ampułki z trucizną. Niemal opróżniony bukłak z lodową, ale przynajmniej pitną wodą, która podrażniła jego gardło i sprawiła, że piekły migdały, a także jabłko. Resztę pożywienia skonsumował. Zresztą był niedaleko kryjówki. Zostały dwie godziny marszu. W cholewce buta miał ukryty nóż, w jednej kieszeni kurtki jeden woreczek, w drugiej dwie igły owinięte folią (były przesiąknięte jadem Hyde'a), a w podszewce kolejny skalpel. Pozorny zawsze ubezpieczony. Z tymi przedmiotami czuł się bezpieczniej.
 Wszedł w zagajnik, prześlizgując bystrymi oczyma po najbliższej okolicy, w imię profilaktyki. Wolał zapobiegać niż leczyć, ale nie odszukał spojrzeniem potencjalnego zagrożenia. Trochę się rozluźnił, lecz to tylko kwestia czasu, kiedy na powrót napiął mięśnie. Słysząc niepokojący dźwięk, zacisnął palce na materiale kurtki, gdzie został zaszyte narzędzie chirurgiczne, ale nie rozerwał go. Znieruchomiał, wyczekując. Skrzek ucichł. Dr był pewny, że nie mógł należeć do ptaka, przynajmniej nie do gatunków, które znał. Zaobserwował upadające pióra, ale nie do razu po niego sięgnął, odczekał, śledząc niekształtny cień nad swoją głową. Wydusił z siebie bełkotliwy dźwięk. Jego ciało zareagował automatycznie. Zrobił parę kroków w tył, wdychając do płuc lodowate powietrze. Zachłysnął się nim, czując bolesne kołatnie serca w piersi.
 Stał tak, bezruchu, sparaliżowany przez parę chwili, nasłuchując, ale dźwięki ucichły. Znów zapanowała pogrzebowa cisza. Pochylił się i złapał w między zdrętwiałe palce pióra. Przyjrzał mu się uważnie. Było czarne, strukturą przypominało ptasie. Nic nadzwyczajnego. Wyciągnął z kieszeni woreczek i włożył do niego przedmiot. Włożył go z powrotem do kieszeni. Chciał go zbadać pod kątem medycznym.
 Złapał w zęby dolną wargę, wpatrując się wgłębienie w zaspie. Wahał się, bijając się z myślami. Powinien zobaczyć co to? Czy wracać? Nie umiał podjąć decyzji, więc ostatecznie wygrała ciekawość. Podszedł tam i odgarnął dłońmi śnieg. Jego zimno przeniknęło do rąk Bernardyna. Teraz nie było tylko zimne, ale również mokre. Zerknął na rzecz, która została zrzucona, ale nie zacisnął na niej dłoni. Wpatrywał się w nią podejrzliwie. Nie uważał tego za dzieło przypadku.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Tyrell on 13/2/2018, 03:11
Kiedy skostniałe dłonie Bernardyna odgarnęły śnieg, gdzieś głęboko w zaspie — okrytej delikatnie srebrnym pyłem, skrywał się jasny, enigmatyczny srebrny błysk; i złoty, kiedy ciało pochyliło się w przód i skupiło swój ciekawski wzrok pod innym kątem. Delikatny materiał dzianiny, którym był otoczony pakunek, rozwiązał się pod wpływem uderzenia. Tajemnicza przesyłka — pomimo iż w połowie zasypana, w połowie odkryta — wydawała się kamuflować w sobie coś cennego, możliwe, że części jakiegoś zaginionego reliktu, który zapewne był warty nie jedną krowę, kozę, owcę, a nawet całą stodołę; a za murami żelaznej cywilizacji — kto wie? Może nawet fortunę? Wystarczyło tylko odgarnąć materiał. Tak niewiele brakowało, aby palce wyciągnęły się na odległość tych paru centymetrów, muskając zamrożony materiał.
  — He-- — pierwsza sylaba wypłynęła zza konarów jak odlegle echo odbijającego się niegdyś słowa. — Hej! — głos szybko nabrał stanowczości i przerodził się niemalże w ostrzegawczy krzyk. Przez pierwsza chwile, nie było widać źródła dźwięku, tak samo jak w poprzednim przypadku — głos nosił się po prostu skądś — z niesprecyzowanego miejsca. Dopiero trzeszczący pod stopami śnieg obnażył skrywająca się  w tej śnieżnej połaci postać. Była to dziewczynka. Wyłoniła się zza drzewa ściskając w dłoni pistolet. Lufa była skierowana ku wielkim zaspom, prawie pod jej nogi; palec nerwowo drżał na spuście. Stres wydawał się oblewać jej młode ciało.
  Zrobiła wielki krok przez śnieg. Jej beżowe, cienkie spodnie zagłębiły się w puchu po kolana. Znajdowała się na prawo od Jekylla i może trzydzieści stóp od niego. Jej twarz napięła się, usta zacisnęły w cienka kreskę. Syknęła, nie spuszczając jednak lodowatego, oceniającego wzorku z nieznajomego.
  — Nie ruszaj się. Nawet nie drgnij.
  Głos jej był twardy, niemal chropowaty jak kamień. Nie pasował do młodzieńczej gładkiej buzi. Miała może z czternaście lat, czarne włosy związane w długi warkocz i nieco ciemniejsza karnację. Nie mogła mierzyć więcej niż sto sześćdziesiąt centymetrów. Spojrzała krótko na śnieg w którym się zatrzymała, jakby miał się zaraz pod nią rozpaść.
  — A teraz powoli mi to oddaj. — Uniosła twarz. — Bieda ci jeśli zaczniesz z tym spieprzać.
  Jej oczy zmrużyły się, a broń zadrżała w dłoni; nadal wisiała nad ziemia, nie odważyła wyciągnąć jej przed siebie. Czy była w ogóle naładowana? Mierzyła uważnie Jekylla, jakby jej wzrok miał zatrzymać go w miejscu. Gdzieś wysoko na niebie znów rozległ się ten znany ptasiopodobny krzyk.

► Temperatura wynosi około -5 °C.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 17 lutego.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Jekyll on 14/2/2018, 03:23
Wzrok Jekylla szybko oderwał się od tajemniczego pakunku. Syknął, chcąc poruszyć palcami, ale te odmówiły mu posłuszeństwa. Miał zdrętwiałe dłonie. Uniósł je na poziom podbródka i potraktował jej ciepłym oddechem w charakterze podmuchu. Jego ciepło objęło zmarzniętą, mokrą skórę, ale nie przywróciło czucia w zdrętwiałych opuszkach. Dr schował je do kieszeni, a jego wzrok spoczął na odsłoniętej dzianinie. Błyszczała w promieniach przebijającego się przez gąszcz chmur słońca. Przejrzał się jej z uwagę, ale nie sięgnął po nią. Wolał tego nie dotykać. Ręce głębiej zanurkowały w otchłani podszewki w poszukiwaniu namiastki ciepła. Przykucnął, czując jak materiał na kolanach, który przez ciekawość, docisnął do białego pucha, przemokło. Do pakietu z paskudnym nastrojem brakowało mu tylko przeziębienia lub śmierci z wyziębienia. Musiał jak najszybciej znaleźć się w najgłębszych odmętach swojej nory i zanurkować w starym kocu, by się ogrzać. Już chciał zmusić swoje nogi do działania, ale nie odniosło do porządnego skutku potknął się i przyklęknął na jedno kolano. Przeszywający ból zakuł go w ten fragment kończyny. Skonfrontował je z lodem.
 — Kurwa! — przekleństwo przecisnęło się przez jego gardło, a wzrok mimowolnie prześlizgnął się po niezidentyfikowanym obiekcie. Złapał między zęby dolną wargę. Włączył z ciekawością. Bił się z myślami. Znajdujący się w paczce przedmiot mógł być drogocenny, chociaż wątpił, że jego zawartość zwierała asortyment medyczny, a tylko takowy zasługiwał na taki epitet z ust Bernardyna.
 Wątpliwości zostały rozwijane, kiedy obcy krzyk przeszył powietrze i zabrzęczał w uszach doktora. Powiódł zmęczonymi ślepiami po okolicy, by zlokalizować jego źródło, a zęby mocniej zacisnęły się na wardze. Poczuł pod językiem metaliczny posmak krwi.
 Na widok broni, wymacał po omacku jedną z strzykawek, ale ona nie pomogłaby mu w starciu z pociskiem lecącym w jego stronę z prędkością światła. Był na straconej pozycji. Zamarł bez ruchu, choć jego chude ramiona drżały z zimna. Nie był wstanie tego powstrzymać. Chłód przeniknął przez skórę do kości.
Nie ruszaj się. Nawet nie drgnij.
 Parsknął bezdźwięcznie we własnym myślach. Dlaczego w taki sytuacjach zawsze wymagało się od ofiar rzeczy niemożliwych do zrealizowania? Głupia suka. Po chwili jednak, z obawy o swojej istnienie, dostosował się do polecenia nieznajomej. Ani drgnął, a przynajmniej przez chwilę, wartych przynajmniej tysiąc innych, dostosował się do niej rozkazu, a przynajmniej na czas analizowania jej postury. Była zwodnicza. Wiedział o tym. Sam nie raz nabierał ludzi na swój pozornie nieszkodliwy wygląd, aby finalnie siać spustoszenie w ich przegniłych przez kłamliwe komplety ciałach, którymi byli przez niego nasączeni. Nauczył się nie ufać dziecięcemu wyglądowi, który w tym wypadu kontrastował z dorosłym brzmieniem jej głosu.
 Wysunął ręce z kieszeni i uniósł skostniałe dłonie ku górze w poddańczym geście, aby przekonać smarkule, że nie ma złych intencji.
 — Oddam ci to, ale najpierw powiedz mi, co tam jest — podsunął. Zerknął kątem oka na broń trzymaną niepewnie w małych palcach. Kąciki ust lekarza zadrżał. Posiadanie pistoletu nie czyniło z jego właściciela strzelca, czy nawet zabójcy, ale Jekyll z autopsji wiedział, że smarkula mogła blefować i czekać tylko na odpowiedni moment, aby rozwalić mu łeb i mieć ku temu dobry powód. By przetestować jej predyspozycje, upuścił ramiona wzdłuż ciała. W tym momencie jej instynkt zabójcy powinien nakazać jej wcelować broń w chuja, który z premedytacją zbagatelizował jej determinacje zdobycia paczki.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Tyrell on 15/2/2018, 22:49
Wiatr zawiał miedzy konarami, niosąc ze sobą mrożące, przenikliwe zimno; przywarło do postaci Jekylla niczym przemoczona kurtka do wilgotnego ciała. Jasne włosy oprószył śnieg.
  Broń trzymana przez dziewczynkę zadrżała, ale nadal nie postanowiła unieść się w górę, jakby ciężar którym obarczała jej kończynę był ciężarem nie do udźwignięcia.
  Oczy ostrożnie się zmrużyły kiedy mężczyzna uniósł dłonie i pokazał tym samym swoja zagadkowa kapitulacje. Jej twarz zmiękła, choć gdzieś w okolicach ust czaiło się niedowierzanie — wciąż ściskała wargi, najpewniej przegrywając policzki.
  —  Szantażujesz mnie?
  Jej niski ton poniósł się echem, a w otaczającej przestrzeni nagle wydało się być przeraxliwie ponuro. Krzyk ptasiego posłańca, który wcześniej jeszcze był słyszany gdzieś ponad wychudzonymi gałęziami zniknął. Zostali sami.
  — Czyżby? Nie sądzę, aby ta wiedza była ci do czegokolwiek potrzebna — zaczęła ostrożnie, wzrok skupiła na twarzy Lisa. Zainteresowała ją prawa strona. Zrobiła krok naprzód, rzucając krótkie spojrzenie w kierunku paczki, jakby w obawie, że zaraz zniknie — szybko powróciła do jego postaci. — A wiesz czym jest Biała Ślepota? Nie jesteś ani medykiem, ani pieprzonym Herofilusem.
  Zironizowała. Tu zawahała się odrobinę, stopy znów ugrzęzły jej w śniegu. Kiedy dłonie Bernardyna opadły w dół wyciągnęła mechanicznie srebrną broń przed siebie. Muszka znalazła się na wysokości jego wątroby.
  — W tym świecie trudno o uczciwość, mogłam się tego spodziewać. Nie wiem coś ty za jeden, ale nie powinno cię tu być.
  Odbezpieczyła broń.
  Ton dziewczynki złagodniał; mówiła ciszej — i choć nadal wydawał się być hardy i stanowczy, zmiękł, jakby wcześniejsza determinacja była tylko pustą maską, którą zarzuciła na twarz. Dopiero kiedy odległość pomiędzy ich ciałami zmniejszyła się, Jekyll mógł dojrzeć na jej boku głęboką, szkarłatną ranę. Nie mógł jednak uważniej się jej przyjrzeć — materiał kurtki osłaniał ją w połowie (ubranie było tak krótkie, że uniesienie dłoni odkryło kawałek jej bladej skóry).
  Drobne dłonie objęły pistolet i pomimo iż postanowiła ostatecznie wymierzyć do nieznajomego, jej ciało wydało się lekko drżeć. Musiało być jej potwornie zimno, albo była tak przestraszona, że uciskając obawę w młodej skórze w końcu zaczęła wręcz nadmiernie się  z niej wylewać.
  Albo efekty były dwa.

► Temperatura wynosi około -5 °C.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 19 lutego.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Jekyll on 17/2/2018, 04:07
Wiatr przeniknął przez przemoczoną odzież. Zadrżał, zgrzytając z zimna na zębach. Kaptur pod wpływem silnego podmuchu spadł mu z głowy, a włosy zostały potraktowane przez płatki śniegu. Zmieniał się w bryłę lodu. Zamarzał.
  Zielone ślepia Jekylla nadal spoczywały na lufie. Czekał na moment aż zostanie uniesiona na poziom głowy i padnie pocisk, który rozbryzga na śnieżnobiałym puchu jej zawartość w postaci posoki i płynów mózgowo-rdzeniowych. W jednej chwili. Rozpadnie się jak produkt z porcelany.
 — Nie. Chcę dojść do porozumienia.
Uformował dłonie w pięść, by przetestować funkcjonalność palców. Nadal był skostniałe, ale mógł je kontrolować. Odzyskał w nich czucie.
 Śnieg skrzypiał pod ciężarem kroków dziewczynki. Była blisko, a on nie mógł zerknąć jej w oczy, dławiąc w sobie śmiech. Pochylił głowę do przodu. Był zadowolony z efektów swoich działań, bo poluzowane kosmyki opadły mu na twarz, częściowo ją zakrywając.
  Po usłyszeniu jej pytania, w pierwszym odruchu chciał jej powiedzieć to, czego nie było widać po nim na pierwszy rzut oka. Owszem, jestem lekarzem, ale nim zdradził jej tę tajemnicę ugryzł się w język. Potrzebowała medyka? Powinien wyciągnąć w jej kierunku pomocną dłoń?
 Oh, Jekyll, czy ty naprawdę próbujesz rozstrzygać moralne dylematy? Załamujesz mnie.
 Wyprostował się. Na fałszywe usta Bernardyna wślizgnął się specyficzny uśmiech. Przebiegły i niebezpieczny. Był jak skalpel w jego dłoni. Jednocześnie poczuł ból mięśni twarzy, który powstał na skutek mrozu. Za długo były w bezruchu.
 — Znam tę chorobę — wyznał po chwili, ale jednocześnie nie przyznał się, że w hierarchii społeczeństwa piastuje stanowiska doktora. Na tym etapie ich burzliwej znajomości nie chciał zdradzać zbyt wielu informacji na swój temat. Takowe mogłyby mu zaszkodzić, a marzył jedynie o powrocie do kryjówki i ciepłych ubraniach.
  Złapał w usta powietrze lodowate powietrze. Podrażniło gardło, jakby przełykał opakowanie szpilek. Test nie poszedł po jego myśli. Małe palce pewniej chwyciły broń. Lufa została wymierzona w jego ciało, jeden z organów. Jekyll nie miał zamiaru dłużej sprawdzać jej tożsamości. Nawet istniał cień szansy, że broń nie zawierała magazynku albo nie było w niej naboi, odrzucił ten pomysł i przegonił wątpliwości. Dziewczyna była poważna w swoim postanowieniu.
 — Zaraz sobie pójdę — obiecał. Zerknął kątem oka na paczkę. Nie była warta zmarnowania życia. Jego plany nie były w żaden sposób powiązane z jej istnieniem. — Podam ci ją, tylko nie strzelaj — rzucił. Spojrzenie znów wbił w sylwetkę dziewczynki. Dostrzegł zranienie na skórze, ale nie zaoferował pomocy medycznej. Nie prowadził fundacji charytatywnej.
 Jego ręce znów wznosiły się nad głową. Działał zapobiegawczo. Na razie. Wolał swoim niepokornym językiem nie ryzykować utratę wątroby. Miał przed sobą zdesperowaną smarkulę z pistoletem w ręku. To czy trzęsła się z zimna, czy ze strachu nie miało dla Jekylla znaczenia. Wolał nie wiedzieć.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Tyrell on 22/2/2018, 02:03
Dziewczynka spoglądała na nieznajomego niespokojnym wzrokiem. Dłoń znów zadrżała; na minimetr przesunęła się w bok — lufa wycelowała w okolice lewego żebra.
  Wydawać się mogło, że wpatrując się tak uparcie stara dostać się do jego umysłu i wyczytać ukrywane zamiary - kto wie jakimi mocami dysponowała?
  Gdzieś na lewo od Jekylla trzasnęła sucha gałąź — w tej martwocie była słyszalna jak odbijająca się od ścian tenisowa piłeczka.
 'Znam tę chorobę.'
  Na tak oszczędne słowa oczy złagodniały jej, a wcześniej napięta twarz wydawała się posiadać delikatne dziewczęce rysy. Szare oczy błysły zaintrygowane; usta pokazały swój brzoskwiniowy odcień.
  Kolejny podmuch wiatru owiał jej sylwetkę, oprószając włosy srebrnym pyłem. Kiedy stali tak bezruchu mróz wydawał się być jeszcze dotkliwszy. Blade policzki pokryły się odcieniem karmazynu. Pociągnęła nosem.
  — Nie jestem twoim wrogiem — powiedziała pół szeptem, rozwiane z uczesania włosy połaskotały ją po odsłoniętym czole.
  Te dźwięki wypłynęły z jej warg, ledwo nimi poruszając. Jekyll mógł mieć też wrażenie, że słowa te pojawiły się w jego umyśle, a nie dotarły bezpośrednio do uszu, które intensywnie pieścił chłód. Wydawała się komunikować z nim w jakiś dziwny sposób, tajemniczy, zarezerwowany tylko dla nich.
Kolejny trzask, jakby niewidzialny potwór lada chwila miał wyłonić się za chudych konarów — dziewczynka automatycznie się spięła, jakby ktoś trzymał ją na muszce.
  — Czyżby? — Zadarła podbródek.  Jej podniesiony i szorstki głos znów pochłonął śnieżnobiała krainę. Tym razem ton ten nie pasował do wcześniejszych łagodnych słów wypowiedzianych półszeptem. Doberman mógł wyczuć w tonacji teatralną nutę. — Podejdę, a ty się nie ruszysz. — mówiła głośno, jakby do otaczających ją drzew. Wykonała krok, a śnieg zaskrzypiał pod jej butami. Dłonie unosiły się wyżej— wcześniej wyciągnięte na poziom klatki piersiowej poszybowały się na wysokość głowy. Przymknęła jedno oko.
  — Złap za pakunek.
  Komenda pojawiła się kiedy zaczęło dzielić ich zaledwie parę kroków. Przytrzymała broń prawą ręką, a lewą wyciągnęła się w jego kierunku. Zachęcała do podania, ale tak naprawdę nie oczekiwała tego. Poczekała aż lis zrobi co każe. Pochyliła się i spojrzała mu głęboko w oczy. Jej skóra była przemarznięta. Dopiero z tej odległości medyk mógł zauważyć, że ma odmrożone palce — żadne rękawiczki się okrywały jej sinej skóry — aż dziwne, że potrafiła jeszcze cokolwiek w nich trzymać.
  — Wkopałeś się w kłopoty. Nie jesteśmy tu sami. Jeśli chcesz żyć, uciekaj. Z tym — znów zaszeptała.
  Gdzieś w oddali dał się słyszeć dźwięk skrzypiącego śniegu — niewidzialnej stopy stawianej w zaspie.
  — Teraz — syknęła z emfazą. Broń opadła, przestała mierzyć w jego ciało. Chwila. Sekunda na podjęcie decyzji.


► Temperatura wynosi około -5 °C.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 26 lutego.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Jekyll on 22/2/2018, 22:08
Trzask gałęzi sprawił, że oczy Bernardyna potoczyły się po przestrzeni, ale nie napotkał nimi inną sylwetkę, więc znów utkwił je w dziewczynce, mając trudność z oceną zagrożenia. Coś się zbliżało. Znajdowało się parę metrów od ich zamarzniętych ciał i przyśpieszonych oddechów. Nie byli sami, a Jekyll nie był w stanie określić liczebności czającego się w mroku zagrożenia. Nie był psem bojowym. Jego umiejętności w tym zakresie zamykały się do zręcznego posługiwania się nożem, skalpelami, nożyczkami i innymi przyrządami medycznymi. Jego szanse na ucieczkę powoli malały, a on jak na złość nie mógł podnieść się z klęczek i zmusić przemoczone stopy do desperackiego biegu. Nie miał pewności, czy nie dostanie za to kulki w plecy. Rozbryzgana krew na śnieżnobiałym krajobrazie to ostatnia rzecz, którą chciał zarejestrować w aktualnym stanie.
  „Nie jestem twoim wrogiem.”
Przyjacielem też nie, wydał krótki werdykt. Miał ograniczone zaufanie do własnych towarzyszy, z którymi sypiał pod jednym dachem, więc nie miał zamiaru inwestować go w obcą osobę, wzbudzającą w nim skrajane odczucia, na pograniczu lęku i drwiny. Miał też wrażenie, że głos, pobrzmiewający w uszach, nie ulatniał się z jej ust. Odbijał się boleśnie od jego czaszki, jakby w tym celu używała komunikacji telepatycznej. Znał te uczucie. Podobne towarzyszyło mu w burdelu po spotkaniu z dzieciakiem z genotypem pandy. Po połączeniu tych faktów na jego ustach wślizgnął się szkaradny uśmiech. Przebudziła się w nim zawodowa, paskudna ciekawość.
  Kolejny trzask, zdradzający czyjąś obecność nie rozproszyła uwagi Jekylla. Przypatrywał się jak z ust dziecka ulatywało ciepłe powietrze, które pod wpływem chodu od razu przekształcało się w parę. Nie zarejestrował na jej twarzy ciekawych defektów genetycznych. Jej zaróżowiona przez mróz skóra była pospolita, ludzka. Nudna.
  Jego ramiona znów zadrżały, ni to ze strachu, ni to przez mocniejszy powiew wiatru, przez który wyłapał dziwny zapach. Nie mógł go rozpoznać i nie próbował. Dziewczynka stanowiła zagrożenia. Zachowywała się jak niespełna rozumu. Raz mówiła do niego spokojnym, uduchowionym głosem dziecka, raz szkaradnym tonem starszej kobiety. Nie celowała do niego. Lufa została skierowana w punkt za plecami doktora, a on nawet nie zerknął przez ramię, by to sprawdzić. Zamarzał, ale wykonał jej polecenie. Złapał za pakunek, choć uchwycił go przez materiał przydługich reków kurki, by nie narażać skóry na bezpośredni kontakt z nim. Druga ręka zabłądziła pod poszewkę, uchwycił nią skalpel. Nie ufał jej i nie podał jej dłoni. Mógł co najwyżej pozbawić ją palców.
  Odsunął twarz, kiedy smarkula nagle zapragnęła bliskości i zakłóciła jego przestrzeń osobistą. Jej oddech otulił skórę doktora, a z jego gardła potoczył się nieartykułowany dźwięk. Kątem oka dostrzegł czarne plamy na jej placach. Efekt postępującego odmrożenia. Jeśli nie skonsultuje ich stanu z medykiem, ulegnę amputacji, ale Jekyll w dalszym ciągu nie wyrywał się, aby udzielić jej pomocy na tym tle. Nie widział w tym żadnych korzyści, natomiast wykrzywił usta w pięknym uśmiechu, którym mydlił innym oczy, aby się im upodobać, a potem zabić lub wykorzystać jako eksperyment. Włożył paczkę pod pachę i ujął drobną dłoń w swoją, zaczepiając paznokciami o opuszki, w których zostało utracone czucie. Jego skóra była o wiele cieplejsza. Dziewczyna mogła poczuć ulgę. Jednocześnie nie pozostał dłużny w strefie kontaktu wzrokowego - zerknął jej w oczy.
Uciekaj pobrzmiewało w jego ucho, ale nie dźwignął się, w celu dostosowania się do tego polecenia.
  — Jaką mam gwarancje, że nie strzelisz mi w plecy? — zapytał, zaplątując palce w jej dłoń. Rozluźnił uścisk, kiedy broń upadła, a dziewczynka znów zachęciła go do ucieczki. Zaczęła się chłodna kalkulacja. Chwila. Moment na podjęcie decyzji, która mogła wpędzić go do grobu, ale musiał spróbować. Złapał jej nadgarstek sztywno w palce sztywno, a drugą dłonią przyłożył ostrze skalpela do jej krtani. Obrócił chude, drobne ciało jak szmacianą lalkę. Jej głowa opierała się teraz o jego unoszącą się i upadającą w niekontrolowanych drżeniach klatkę piersiową w rymie bolesnych uderzeń serca.
  Zwariował. Powinien uciec, ale wiedział, że prędzej czy później wyrżnie na lodzie. W tych warunkach nie miał szans, by zniknąć. Pozostawi po sobie ślady w charakterze odcisków podeszw wbitych w śnieg.
  Przycisnął usta do zamarzniętej małżowiny usznej dziewczynki, mocniej dociskając ramię do jej klatki piersiowej, w celu uniemożliwienia jej krzyku. Ostrze przecięło płytko jej skórę. Z rany zaczęła skapywać krew.
  — Mów, co wiesz —  nakazał chrapliwie. Przeciągnął ją w gęstwie konaru i schował się za masywnym pniem, by nie stać w plenerze. Ucisk nie zależał, ale paczka znów zanurkowała w śniegu. — Jeśli zaczniesz współpracować, pomogę ci. Jestem lekarzem.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Tyrell on 24/2/2018, 01:06
Błękitne oczy wpatrywały się uparcie w twarz Jekylla. Była już niemal pewna, że mężczyzna łapiąc za pakunek posłucha się jej paskudnego szeptu i przyciskając znajdzke ramieniem rzuci się w wielkie białe zaspy. Niemal — los miał jednak co do jej pomysłu kompletnie inne plany.
  Zauważyła ten niebezpieczny ruch dokładnie kiedy opuściła wzrok. Pewnie gdyby nie pozwoliła sobie na tak głębokie wpatrywanie się w jego oczy zarejestrowałaby ten gest o wiele wcześniej — jego twarz nie zdradziła ukrywanych zamiarów.
  Ciepła dłoń Jekylla dotykająca jej przemarzniętych palców, dawała nikłe ciepło — bezpieczne i otulające zmysły (to tylko dodatkowo ogłupiło jej wrodzony zmysł przetrwania). Jeden błąd — tylko jeden. Ale czasem można popełnić tylko jedno faux pas przez cały okres tego kruchego nic niewartego życia, aby stracić je bez powtórnie, czyż nie?
  Kiedy jej ciało zostało brutalnie przyciśnięte do męskiej sylwetki, dziewczyna otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia, jednak nie zdążyła wydusić z siebie nawet najmniejszego dźwięku choć usta uchyliły się, a biała para znów poszybowała w niebo. Dodatkowy chłód ostrza zmusił jej wzrok do spoglądnięcia na bezlitosną stal. Spięła się; stała sztywno jak żołnierz na porannym audycie. Nie wyrywała się — tylko para co chwilę buchała z jej ust jak opary uwalniane z rozżarzonego pieca. W tym momencie wyglądała jak zwierzę, jak mała mysz przyciśnięta przez wielkiego kota.
  — Nie wiesz co robisz — syknęła drżącym głosem, wyraźnie przestraszona. Jej wzrok przeskakiwał miedzy konarami, wyraźnie czegoś szukał. — Okradam ich, muszę to mie—
  Szelesty i trzaski stawały się coraz głośniejsze. Gdzieś za jednym z drzew mignęło coś ciemnego, Jekyll mógł zauważyć ciemny ślad przemieszczający się z miejsca na miejsca, niknąc niczym cień.
  — No właśnie Ami, mów co wiesz. — Głos rozległ się echem, ale szybko znalazł swoje centrum. Tuż przed ich oczami ukazała się męska sylwetka w starej kurtce, spodniach upchniętych do butów i materiałowa, czarną maska osłaniająca usta. Wyszedł za wielkiego głazu, oprószonego śniegiem, musiał być tam przez cały czas.
  Zatrzymał się od nich dobre czterdzieści stop, jakby większy dystans nie był w ogóle potrzebny.
  — Ja — wyrwała się do niego z wyjaśnieniami, ale ostrze przecinające jej skórę spowodowało, że od razu zrezygnowała; szorstki głos utknął gdzieś w gardle. — Widziałam, go. Przechodził tedy. Chciałam uniemożliwić mu odebranie paczki.
  Mężczyzna skupił swoje ciemne spojrzenie na blondynie. Wyciągnął za pasa nóż i okręcił go sobie w palcach. Westchnął z emfazą, jakby był naprawdę tym zmęczony.
  — Ami — zaczął spokojnie, ale w głosie nie było nic spokojnego. — Jeśli dobrze pamiętam, miałaś być na zachód stąd. Obóz Yudokunda. Coś ci to mówi? Dobra, chyba się nie rozumiemy. Ujmę więc pytanie może trochę inaczej. — Ostrze wpadło gładko w jego dłoń; zacisnął na rękojeści palce. Ciało dziewczynki zadrżało. — Skąd wiedziałaś o tej przesyłce. Próbowałaś mnie oszukać?
  Gdzieś za plecami Jekylla rozległ się dźwięk naciąganej cięciwy, najwidoczniej nie był tu sam.
  Dziewczyna zamknęła oczy i syknęła.
  — Próbowałaś mnie okraść, razem z nim? — Roześmiał się, ale maska stłumiła jego śmiech. Oczy zmrużyły się. — Brać ich.
  Padło tylko jedno zdanie, a zaraz po nim ktoś złapał Jekylla za ramię.


► Temperatura wynosi około -5 °C.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 28 lutego.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Jekyll on 25/2/2018, 00:15
Bernardyn przejechał skalpelem po delikatnej skórze, pogłębiając nacięcie, które zostały przez niego stworzone kilka chwil wcześniej. Na jego zaostrzonym końcu pojawiły się krople krwi. Sączyły się z rany i skapywały na śnieg. Parę z nich znalazło się na ręce doktora, ale on ani drgnął, nie był też usatysfakcjonowany jej odpowiedzią.
  — Mów — wycharczał zniecierpliwiony. Nacisk na klatkę piersiową zwiększył się jeszcze bardziej. Był na tyle silny, że Jekyll wyczuł jej żebra, ale nie puścił, gdy wystąpiły u dziewczynki problemy z oddychaniem.
  Śnieg zaskrzypiał pod ciężarem ciężkich butów, a w niewielkiej od nich odległości znów rozległ się trzask. Potoczył spojrzenie po otoczeniu w celu zlokalizowania jego źródła, ale nim ujrzał właściciela tego hałasu, błędniki zarejestrowały obcy ton głosu, aż w końcu z mroku wyłoniła się obca, barczysta sylwetka, najprawdopodobniej mężczyzna.
  Doktor wypuścił ze świstem powietrze z ust, które ulotniło się z nich w postaci pary.  Zesztywniał, ale nie odsunął ostrza od dziewczęcej szyi. Zgodnie z jego przypuszczeniami, gówniara nie była sama. Świdrował uważnym spojrzeniem ówże osobnika, ale żaden charakterystyczny szczegół nie przykul jego uwagi. Nie przerwał też ich wymienny zdań, z którego narodził się jeden wniosek  - smarkula kłamała jak szewc i nie była w dobrej komunikatywnie z otaczającymi ich ludźmi. Miała lepkie ręce i usiłowała ich okraść, a teraz, w próbie wybielania swoich intencji, chciała wybronić się kłamstwem. Wątpił, że krótkie nie mam z tym nic wspólnego oczyści go ze wszystkich zarzutów. Utknął w bagnie po same uszy. Urok znalezienia się niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
  Z jego gardła wyrwało się ciche przekleństwo, ale zostało one zagłuszone przez chlupot. W chwili, kiedy palce wyrżnęły się w jego ramię, skalpel zacisnął się na drobnym gardle i trysnęła z niego krew jak z fontanny, gdyż Bernardyn ciął poprzek i na trafił na żyłę tętniczą. Rzucił umierającą w ramiona stojącego przed nimi mężczyzny, a sam w tej samej chwili sięgnął po nasączoną trucizną igłę. Złapał ją w palce, a gdy żylasta dłoń zakleszczyły się na jego ramieniu, wbił ją w skórę mężczyzny na oślep, celując w szyję. Spróbował się wyrwać z uścisku. Nie miał zamiaru przeistoczyć się w kozła ofiarnego, a, nie znając zawartości pakunku, nie mógł ocenić jego wartości. Gra nie była warta świeczki.
  Jeśli udało mu się wyswobodzić, pomknął w głąb lasu, aby ukryć się w cieniu drzew, ale poślizgnął się na tafli lodu i stracił równowagę. Syknął. Materiał spodni przetarł się w okolicy kolana, a na jego powierzchni pojawiło się stłuczenie w postaci czerwonej palmy, która wkrótce przerodzi się w siniec i głębokiego zadrapania. Nawet przy znajomości terenu, ucieczka w takich warunkach mogła być dla niego niemożliwa. Jego ciało drżało. Był rozstrzępiony. Myślał tylko o ucieczce, bo nie miał zamiaru mieszać się w porachunki, które go nie dotyczyły. Podźwignął się na łokciach i wznowił bieg, zataczając się przez śnieżne zaspy.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Lis w dźwiękoszczelnej kabinie [Jekyll]

Pisanie by Tyrell on 26/2/2018, 00:43
Dziewczynka wypuściła powietrze z ust — poniósł się z nich krzyk. Nie był to wrzask jednak tak głośny jak u przerażonej kobiety, gdy zauważa czającego się na nią mordercę. Był to krzyk pełen żalu i niezrozumienia, który jednak w połowie tonacji przerodził się w żałosne bulgotanie. Ciemnowłosa upadła na ziemię i zacisnęła ręce na swoim gardle próbując powstrzymać ogarniający ją ból — nieudolnie. Krew lała się jej spomiędzy palców i barwiła sztywne dłonie. Stojący przed nią zamaskowany mężczyzna nie poruszył się aby ją pochwycić; we znaczącej odległości przyglądał się odgrywanemu przedstawieniu jak widz zasiadający w teatrze w pierwszym rzędzie.
  Zaufanie to wielka stawka, tak samo jak pragnienia — bardzo szybko idzie się im poddać, a wtedy ryzyko staje się większe,  czasem — a raczej bardzo często — wręcz śmiertelne. Drobna sylwetka wpadła w śnieg. Szkarłat był widoczny na śniegu jak plamy farby na łysych ścianach. Nie poruszyła się, nie musiała - ktoś nadrabiał za nią.
  Kiedy szorstka dłoń zakleszczyła się na szczupłym ramieniu lisa i obróciła go zamaszyście, Bernardyn mógł dojrzeć przed swoją twarzą ciemne, równie zamaskowane oblicze. Gdzieś na odsłoniętej części skóry mieniły się zielone oczy. W dłoni trzymał ostrze, Jekyll mógł uświadomić sobie to w momencie kiedy dźgnął go zatrutą igłą w szyję. Oponent automatycznie go puścił i warknął, zbyt zajęty swoim ‘nowym problemem’. W uszach zadźwięczał mu tylko dźwięk przemieszczających się kroków. A potem cała zdrowa świadomość wyparowała z jego ciała jak dym ze spalonego ogniska. Odsunął się na głaz, a szczupłe ciało zrobiło swoje — opadło w głęboką zaspę.
  Jekyll nie oglądał się za siebie, a jeśli już zdecydował się na ten ryzykowny ruch, rezygnując z obserwacji otoczenia przed swoim nosem, mógł zauważyć, że w bieli nie migocze żadna zamaskowana postać. Śnieg utrudniał mu poruszanie się. W momentach kiedy sięgał mu do kolan, bieg stawał się mozolny. Spodnie zdążyły mu przemoknąć do suchej nitki.
  Kiedy minął ośnieżony głaz, siedzące na nim kruki zaskrzeczały upiornie i wzbiły się w powietrze. Chłód był tak silny, że mogło się mieć wrażenie, że powietrze niebawem zamieni się w wielką bryłę lodu. Potknął się. Wystarczył raz. Wtedy też zdołał zauważyć przed swoją twarzą ciemny unoszący się dym, który przemknął i wyprzedził go na kilka stóp. A kiedy skoncentrował się na białym puchu, tuż przed nim, szybko nabrał wyglądu znanej mu wcześniej postaci. Zagrodził mu drogę. Mężczyzna z maską na ustach, osłaniająca połowę twarzy. Tym razem nie stał nieuzbrojony jak wcześniej. W szybko materializującej się dłoni pojawił się długi miecz — wyciągnięty był przed siebie tak, aby ostry, błyszczący koniec wycelowany został prosto w czoło uciekiniera (brakował jednak kilkadziesiąt centymetrów, aby mógł go nim dotknąć).
  — Masz wiele krzepy. — Głos jaki rozległ się w okolicy był trudny do zidentyfikowania. Usta nieznajomego były nieruchome — ukryte pod materiałem. — Ale to nie wystarczy. Nie kwestionuje nieposłuszeństwa.
  Jekyll mógł rzucić się w ośnieżoną drogę na lewo i w zaspy na prawo, ale cokolwiek nie postanowił zrobić, czyiś solidny cios w tył głowy na krótko wprawił go w stan ogłuszenia. Ktoś wykręcił mu nadgarstki i pchnął twarz w zaspę. Naparł na niego ciałem. Było silne. Musiał być to jakiś młody mężczyzna. Cięciwa znów się napięła (tym razem gdzieś na lewo od jego ucha), a trzasków wokół jego postaci pojawiło się więcej. Był otoczony, ale przez ilu?
  Postać stojąca przed nim, z mieczem w dłoni, zrobiła kilka kroków i spojrzała na niego z góry. Jekyll mógł zauważyć, że wcześniej poznany pakunek upchnięty ma za paskiem spodni.
  — Weźcie mu torbę.
  Nikt nie zamierzał zwlekać z rozkazem. Czyjaś chciwa dłoń ściągnęła mu ją z ramienia, ale nie mógł być to ten sam mężczyzna, który go trzymał, wykręcając nadgarstki. Rozległ się dźwięk rozsuwającego zamka.
  — Zabiłeś swoją współpracownicę. Opłacało ci się to? — mówił do niego zamaskowany, wciąż obserwując z góry. Na krótką chwilę przejechał palcami po gładkim ostrzu jakby przyglądał się w broni swojemu odbiciu. — Kim jesteś. Godność. Organizacja. Nie ociągaj się.
  Uścisk na nadgarstkach powiększył się. Jeszcze trochę, a kości zostałyby przetrącone na drugą stronę.


► Temperatura wynosi około -5 °C.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 02.03.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Powrót do góry