Strona 23 z 23 Previous  1 ... 13 ... 21, 22, 23

Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Leith on 9/2/2018, 18:07
    
Bardzo możliwe, że ta spokojna aura, którą roztaczał wokół siebie niedoszły weterynarz jakoś specyficznie oddziaływała na Chyżego i wyciszała go, ale nie ma co się dziwić, że przebywanie w towarzystwie Leitha, który na co dzień nie mówił zbyt wiele (z wyboru i przez zdewastowane gardło) miało na tropiciela taki wpływ — podobno kto z kim przystaje, takim się staje. Poza tym blondyn raczej nie należał do osób porywczych i impulsywnych — był bardzo statystyczny i flegmatyczny, a nerwy trzymał na wodzy, więc nie można było od niego wymagać podejmowania jakichś ekscytujących dyskusji i poruszania zaskakujących tematów. Nigdy nie był rozrywkowy, aczkolwiek nie można go było też nazwać nudnym, bo jeśli mu się chciało to faktycznie potrafił poprowadzić konwersację tak, by ta przebiegała całkiem sprawnie i ciekawie. Zwykle wolał jednak być tylko milczącym obserwatorem otaczającego go świata.
„Dobrze, dobrze, przecież wiesz, że mi nie musisz się tłumaczyć.”
Nawet bez jego zapewnienia wiedział, że nie musiał się przed nim usprawiedliwiać, ale w jakimś stopniu go szanował, więc uznał, że należy mu się krótkie wyjaśnienie — nie miał zamiaru opowiadać mu ze szczegółami o tym co przeżył, jak prawie stracił głos. Tę smutną historię znało kilka osób na świecie.
To mo-je ostt-atnie tłu-mmaczenia — odparł beznamiętnie. Nie chciał być złośliwy, choć wiedział, że jego słowa mogą zostać tak odebrane. Chodziło mu raczej o to, że miał zamiar dostosować się do słów tropiciela — skoro nie chciał wysłuchiwać tych wyjaśnień, to nie będzie. Blondynowi było to nawet na rękę — mógł mniej mówić, więc nie musiał też dodatkowo i niepotrzebnie nadwyrężać strun głosowych, które już dawno były w opłakanym stanie. Leith domyślał się, że Chyży również nie chce za bardzo zagłębiać się w jego bolesną przeszłość — rozumiał trudną sytuację lekarza i to mu wystarczało.
„No, no, ktoś tutaj rzuca mi komplementy.”
Wywrócił oczami, szybko jednak powracając wzrokiem do tropiciela.
Nie-liczni ssły-szą ode mmnie miłe sło-wa — skomentował krótko, celowo nie odnosząc się do rzekomego aroganckiego zachowania znajomego, którego sam chyba nigdy nie doświadczył. Weterynarz nigdy nie miał problemu z komplementowaniem innych — o ile Ci faktycznie zasłużyli na jakąkolwiek pochwałę. Prawdą było, że Leith zawsze był oszczędny w słowa i jego komplementy zwykle nie były za bardzo wyszukane, ale jeśli już decydował się na powiedzenie czegoś, to zwykle było to stuprocentowo szczere. Nigdy nie czuł potrzeby by kłamać w żywe oczy znajomym lub przyjaciołom — w życiu na pewno był w sytuacjach, w których jedynym słusznym wyjściem było perfidne kłamstwo, ale nawet wtedy musiał okropnie bić się z myślami. Nie chciał być uważany za fałszywego, dlatego starał się być jak najbardziej autentyczny w swoich zachowaniach i czynach.
W kwestii wagi nie mógł powiedzieć zbyt wiele — zawsze był szczupłym mężczyzną i nigdy nie potrafił przytyć. Teraz trudne warunki życia na Desperacji wcale tego nie ułatwiały. Cielesna powłoka blondyna powoli rozpadała się na przestrzeni lat — był wiekowym Wymordowanym, który borykał się z masą problemów, które po prostu go wyniszczały. Był kruchy, słaby fizycznie, a nierzadko traktowano go jak zagubionego chłopca, którym był tylko z wyglądu. Często mówił o sobie jak o wraku, porzuconym i zepsutym statku — szereg schorzeń i obrażeń doprowadziły go prawie do ruiny. Nie widział na jedno oko, ciało miał pokryte okropnymi bliznami (przez co nabawił się nadwrażliwości), niedobór witaminy C powodowały u niego senność, bóle mięśni i krwawienie dziąseł, a przez słabe szkliwo odczuwał ogromny dyskomfort podczas spożywania zimnych lub gorących posiłków. Prócz tego wszystkiego miał jeszcze te swoje problemy z gardłem, przez co nieznośnie się jąkał i wydawał z siebie różne, charczące dźwięki. Czasami zastanawiał się jakim cudem jeszcze stąpa po tym świecie.
Łanie bar-dzo częssto lądu-ją w pasz-czach drapie-żnikków — wycharczał, bo zadrapało go w gardle, przez co musiał sięgnąć dłonią po butelkę wody, a potem wziąć spory łyk płynu, by jakoś doprowadzić się do porządku. Leith spojrzał kątem oka na Naydena, który odszedł nieco na bok, znajdując sobie iście zajmujące zajęcie — zaczął bawić się jakimiś kilkoma, dość kształtnymi kamieniami. Przewalał je pazurami, szurając od podłoże. Czasami zerkał w stronę swojego właściciela, czasami patrzył na Pożogara, a czasami wpatrywał się gdzieś w dal.
„A co, martwiłeś się o mnie przez ten czas, gdy się nie widzieliśmy?”
Chcia-łbyś — powiedział niewyraźnie, skupiając swój wzrok na ciemnowłosym. Prawda była taka, że w życiu blondasa nie było osoby, o której myślałby całe dnie. Młody weterynarz ograniczał swoje kontakty z innymi do minimum — nie chciał mieć wobec nikogo żadnych zobowiązań i nie chciał by inni mieli zobowiązania wobec niego. Niektórych faktycznie lubił, ale z nikim nie chciał się poważnie wiązać, bo jego zdaniem nie warto było przywiązywać się do ludzi w świecie, w którym wszyscy wokół padają jak muchy. Wraz ze śmiercią wszystkie ważne powiązania zostają przerwane, a wtedy pojawia się ból i cierpienie. Nieco egoistyczne, ale jakże bezpieczne. — Niggdy mnie nnie gnę-biłeś — odparł szczerze, posyłając znajomemu wymuszony uśmiech. Dla Leitha tropiciel był po prostu ciekawą osobą, z którą warto było być w dobrych relacjach. Lubił go i wiedział, że w razie potrzeby mógł na niego liczyć. Zresztą, sam również nie pozostałby dłużny i gdyby ktoś lub coś zagrażało Chyżemu, to od razu rzuciłby się do pomocy. Momentami starał sobie wyobrazić tę relację jako pełnoprawną przyjaźń, ale bardzo szybko porzucał te wyobrażenia — wciąż nie był pewny czy kiedykolwiek uda mu się z kimś uściślić więzi. Bał się straty, nie chciał tracić tych, na którym mu zależało, dlatego zawsze sobie wmawiał, że na nikim mu nie zależy i że samemu jest mu bardzo dobrze. Wyjątkiem były zwierzęta — z ich towarzystwa zrezygnować nie potrafił i ich stratę przeżywał najbardziej.
Poczuł jak Chyży chwyta go za nadgarstek. Uznał, że będzie cicho i wysłucha jego słów.
Flakki z koka-rdą brzmmią pra-wie roman-tycznnie — skomentował, przeglądając się swojej dłoni. Ciepłe palce tropiciela okalały jego nadgarstek, a on nawet nie reagował — zachowywał się jakby dopiero co uczył się odróżniać uczucia i emocje. Nie mógł zdobyć się na odpowiednią reakcję, więc tylko czekał. Uniósł wzrok i spojrzał na twarz ciemnowłosego. Coś go zakuło w palcach, które chwilę później skonfrontowały się z suchymi wargami Opętanego.
Nikkt nie jestt w sta-nie poznnać dru-giej oso-by całkk-owicie. Ttacy są ludzie. Za-wsze coś ukrywają... — chrząkną przeraźliwie, przyszykowując gardło do dłuższej pracy. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu. — Zaw-sze zaskk-akują nowymi zacho-waniammi i wyzn-aniami. Nikogo nnie da się pozz-nać stuprocen-towo. Znam Ccię na tyle, by wie-dzieć, że mnnie celowo nnie zra-nisz, a to już ccoś — powiedział, łapiąc się dłonią za grdykę, która wyjątkowo ostro zapiekła. Zbyt dużo słów w krótkim czasie — to zawsze kończyło się tragicznie, ale tym razem było warto, by gdyby nie było, to Leith po prostu by zamilkł. Znowu sięgnął po butlę, z której tym razem wziął kilka ostatnich, łapczywych łyków wody. Potem znowu palcami masował szyję, niejednokrotnie zaczepiając o wyniosłość krtaniową.
„Dołączę do Smoków, jeśli przejdę testy.”
Zaśmiał się bezdźwięcznie, a potem pokazał palcem na swoje gardło — musiała minąć chwila, by mógł znowu wydusić z siebie jakiś dźwięk. Zamiast tego próbował się z nim porozumieć na migi — wskazał najpierw na siebie, a później na niego. Odczepił od paska smoczy kieł, by następnie pokazać rękoma jakiś bliżej nieokreślony gest.
Jeśli ja dałem radę, to Ty też nie będziesz miał z tym problemu.
Przełknął głośno ślinę, a potem wsparł się dłonią i przysunął bliżej niego. Poklepał go po ramieniu — jak przyjaciel, chcący dodać otuchy swojemu rówieśnikowi.


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar
Leith

Smok     Opętany






GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear

Liczba postów :
467


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Chyży on 28/2/2018, 23:28
    
......... Poniekąd Leith był dla niego zagadką. Ich znajomość była raczej stosunkowo krótka (tym bardziej patrząc na ilość przeżytych przez nich lat), a jednak blondyn zdawał się zachowywać przy nim dość swobodnie, jak na osobę, która bardziej sprawiała wrażenie uważnego obserwatora, niż szturmowca. A może to po prostu Chyży odbierał takie mniej lub bardziej mylne wrażenie, ponieważ sam nie był osobnikiem, który ma w nawyku dystansowanie się od innych. Był otwarty, zupełnie jakby nie przejmował się możliwością czyjejś zdrady, doświadczenia uczucia przysłowiowego noża w plecach. Można by uznać, że po prostu ludzka natura przestała być dla niego zaskakująca jeszcze kilka miesięcy przed śmiercią - odkąd poznał, że nawet najbardziej moralne osoby są zdolne do posiadania sadystycznej, wręcz makabrycznej "drugiej strony", jednocześnie przestał się przejmować potencjalnymi kłopotami. Nie miał zamiaru wpędzać się w paranoję, dlatego nie przejmował się faktem, że każda osoba, którą dopuścił bliżej, może nagle spróbować go zabić. W gruncie rzeczy Chyży przyjmował, że wszyscy, z którymi się przyjaźni, mogą go zdradzić i nie przejmował się tym aż tak, jak powinien. Zostałoby pewnie po tym trochę żalu, ale pod tym względem wydawał się być wręcz zobojętniały. W pewnym sensie wydawało się to dość smutne, jakby spojrzeć na to z boku. Być może tak lekkie podejście do kwestii zaufania wywodziło się z tego, że wiedział, iż po przegłodzeniu się nie rozpoznałby nawet i rodzonego brata (nie, żeby takiego miał) i najprawdopodobniej go zjadł. Nie, żeby czuł się z tym dobrze. Jednak z tej racji brał pod uwagę wszelkie czynniki sytuacyjne, a więc dochodził do wniosku, że każdy może dopuścić się zdrady w odpowiednich okolicznościach. Takie życie.
"Łanie bar-dzo częssto lądu-ją w pasz-czach drapie-żnikków".
- Chyba że zmutowały i całe pokryte są kolcami - westchnął cicho. - Łańcuch pokarmowy jest brutalny, co poradzić. Przynajmniej umierają z wdziękiem. No, dopóki im jelita nie wypływają na wierzch.
Przymknął oczy, jednak nie zamierzał sobie tego wizualizować. Jeszcze znowu głód zacząłby szarpać jego żołądek, a na to zdecydowanie nie miał ochoty. Nie dogadywał się zbytnio z własnym organizmem, ale po prawie całym tysiącleciu zdążył się przyzwyczaić do tej niedogodności, podobnie jak do drobnej wady serca.
"Chcia-łbyś".
- A kto by nie chciał, żeby taka piękność się o niego martwiła - skwitował pozwalając, by cierpki uśmiech wygiął jego wargi, ponownie nadając mu wygląd niegrzecznego chłopca - taki skutek śmierci w wieku dziewiętnastu/dwudziestu lat.
Droczył się. W sumie robił to wręcz mimowolnie, język wprawiał w ruch jeszcze zanim jego mózg miał szansę przetworzyć sytuację. Podczas neutralnej rozmowy nie było to aż tak widoczne, ale w momencie kłótni jego impulsywność wzrastała o jakieś dziewięćdziesiąt procent. Jak na posiadającego 1021 lat wymordowanego przejawiał zadziwiająco mało cierpliwości w kontaktach z innymi. Tylko podczas polowania było inaczej, tam musiał się uspokoić i z tego powodu rzadko brał sobie kompana - towarzystwo innej osoby zawsze podwyższa stopień adrenaliny, no, nie licząc Leitha, którego problemy z mówieniem sprawiały, że Chyży starał się nieco hamować. Głupio jest się kłócić z samym sobą, a pewnie do tego doszłoby w pewnym momencie.
"Niggdy mnie nnie gnę-biłeś".
- Uważaj, bo jeszcze zechcę to nadrobić - wymamrotał cicho.
Niemniej Leith nie był kwalifikował się specjalnie pod próbę mocnego gnębienia go. Nicca lubił, gdy ktoś werbalnie wyrażał swój gniew (a później przechodzi się do rękoczynów, ale najpierw trzeba rozgrzać umysł, potem mięśnie), a w tym wypadku... no cóż, póki weterynarz naprawdę w jakiś sposób mu nie podpadnie, raczej nie pozna tej mocno złośliwej strony Chyżego. Zresztą największe asy odwiecznie były przeznaczone na Shane'a, taka już między nimi panowała relacja.
"Znam Ccię na tyle, by wie-dzieć, że mnnie celowo nnie zra-nisz, a to już ccoś".
- Teraz to zabrzmiało romantycznie - skrzywił się delikatnie. - Celowo... hah. O kwestię niecelowego w takim razie martwiłbym się na twoim miejscu bardziej. No, ale nieważne.
Potrząsnął głową, wybijając sobie część myśli z głowy. Niebieskie ślepia obiegły twarz mężczyzny, zupełnie jakby się zastanawiał się nad czymś. Cokolwiek jednak przeszło mu przez myśl, szybko zostało zapomniane. Bardziej skupił się na następnej reakcji mężczyzny. Sam był raczej pewny zdania, ale zostawiał sobie to słowo "jeśli" tak na zapas, żeby przypadkiem nie zapeszyć. Wsparł swoje czoło o czoło Leitha, nieświadomy tego, że skradające się promienie słońca w nieprzyjemny sposób zaczynają działać na jego skórę. Dwa jeszcze nie do końca zarejestrowane problemy - ten to miał szczęście.
- Leith - rzucił po chwili namysłu. - Powiedz mi, huh, zamigaj, znasz może w Drug-onach osobę, na którą wołają Shane?
W sumie nie zaszkodzi zapytać, jak charakterystyczną jednostką w tej bandzie jest osoba, z którą ponownie wiąże go cholerna obietnica. Durna impulsywność. Wkopał się teraz konkretnie i nie, żeby tego specjalnie żałował, ale cóż... furtki nie zostawił sobie żadnej. Z cichym westchnieniem ponownie oparł łeb o ramię weterynarza. Życie jest ciężkie.


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar
Chyży

Opętany






GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly

Liczba postów :
137


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Leith on 16/3/2018, 11:59
    
Nietrudno było zauważyć, że młodemu Locklearowi pasowało towarzystwo tropiciela — faktycznie w jego obecności czuł się dość swobodnie, jakby znali się już od zamierzchłych czasów, jakby już od dawna byli bardzo dobrymi znajomymi. Na Desperacji z reguły ciężko było znaleźć kogoś, z kim można by było szybko znaleźć wspólny język — większość mieszkańców pustyni powariowała, a tylko nieliczni zostali przy zdrowych zmysłach, które i tak nierzadko walczyły o miejsce z obcą, zwierzęcą naturą, którą miał w sobie każdy wymordowany. Niektórzy dość szybko ją akceptowali, lecz inni prowadzili wieczną walkę, z której czasami nie wychodzili w jednym kawałku. Na szczęście Chyży był na tyle normalny, że nie rzucał się nikomu na starcie do gardła (chyba), a i dało się z nim normalnie porozmawiać. Poza tym tropiciel był wyjątkowo cierpliwy w stosunku do weterynarza — nie każdy byłby w stanie prowadzić rozmowę z kimś, kto na pierwszy rzut oka nie wykazuje żadnego zainteresowania, a dodatkowo ma niezwykle irytujący głos i kaleczy się niemalże o każde słowa. Słowom blondyna bardzo często towarzyszyły nieznośne chrząknięcia, prychnięcia i inne nieludzkie odgłosy. Prócz tego cholernie się jąkał, a usta wykrzywione przez grymas bólu niejednokrotnie utrudniały rozpoznanie prawdziwych emocji błądzących (nierzadko skrzętnie skrywanych) po młodzieńczej twarzy lekarza. Na szczęście Chyży to jakoś znosił, nie rzucał nieprzychylnymi uwagami i po prostu był. Leith nigdy się do tego otwarcie nie przyznawał, ale zdarzały się chwile, w którym miał dość ciągłej samotności, dlatego dobrze czasami było mieć do kogo się odezwać. Aczkolwiek nie zmieniało to faktu, że w słowach nadal był chorobliwie oszczędny i na jakiś dłuższy dialog z jego ust trzeba było zaczekać. Nawiązywanie jakiegokolwiek kontaktu z entuzjastą ptakopodobnych wymagało niemałych pokładów cierpliwości i wyrozumiałości, którą tropiciel musiał w sobie mieć — w przeciwnym razie drogi tej dwójki już dawno by się rozeszły.
„Chyba że zmutowały i całe pokryte są kolcami.”
Blondyn podrapał się po brodzie, jakby na chwilę pogrążył się w myślach. Zaraz po tym spojrzał w stronę znajomego, by posłać mu delikatny uśmiech. Następnie rozwarł usta — niemo wypowiedział początek swojej kwestii, od razu orientując się, że jego głos nie jest słyszalny. Zakaszlał, odwracając łeb w bok, a gdy doprowadził się do względnego porządku, to wypowiedział cicho, jakby testowo kilka niezrozumiałych słów.
W takkim wypa-dku nal-leży się zastanno-wić, czy tej ła-ni nie jesst bliż-ej do jeża — odparł, jakby był jakimś specem od mutacji, który z wielką przyjemnością skrupulatniej przyjrzał się takiemu interesującemu przypadkowi jak ten, o którym wspomniał Chyży. Bo co jak co, ale gdyby przed Leithem naprawdę pojawiłaby się taka zmutowana łania, to ten bez wątpienia zacząłby ją obserwować — według niego wirus czasami potrafił być piękny. Czasami, bo w większości przypadków był jedynie przekleństwem lub niepotrzebnym przedłużeniem żywota tych, którzy już dawno powinni rozkładać się w ziemi.
Weterynarz był na tyle zajęty rozmową, że momentami zupełnie zapominał o obecności Pożogara i Naydena. Możliwe, że zwierzęta siedziały gdzieś razem. Jastrząb za pewne skubał coś w ziemi dziobem, co jakiś zaczepiając pazurami o podłoże, zapewne z nudów. Ale przynajmniej mógł sobie wszystko spokojnie obserwować. Jego uważny wzrok raz po raz skakał po wszystkich zgromadzonych — po blondynie, czarnowłosym i jego pupilu. Pod tym względem Nayden niewiele różnił się od swojego właściciela — podobnie jak on wolał być obserwatorem, niż tym, który w pierwszej chwili wystąpiłby przed szereg. Może właśnie dlatego byli taką zgraną ekipą.
„A kto by nie chciał, żeby taka piękność się o niego martwiła.”
Spojrzał na tropiciela, mrużąc błękitne ślepię, które zabłyszczało agresywnie, jakby zaraz miało się stać coś zupełnie nieoczekiwanego.
Naśmie-waj się zze mnnie dalej, a mój łok-kieć wylądu-je w Twoim brzuuchu szyb-ciej niż byś się teggo spodzie-wał — powiedział bardzo spokojnie, delikatnie poruszając ręką, dając rozmówcy znak, że wcale nie żartował i naprawdę byłby do tego zdolny. Ba, zrobiłby to z wielką chęcią, byleby pokazać, że nie jest takim niewiniątkiem, za które wszyscy go mają. Choć z drugiej strony cieszył go fakt, że większość uznawała go za nieszkodliwego i damskiego — to był jego główny atut dzięki któremu mógł działać z zaskoczenia. Niespodziewany atak często mógł być tym ostatecznym. W każdym razie... jedno było pewne — Leith potrafił o siebie zadbać, a Ci którzy w to nie wierzyli dowiadywali się o tym niespodziewanie.
Blondyn musiał roztaczać wokół siebie jakąś swoistą aurę, która oddziaływała na osoby będące w jego otoczeniu. Już niejednokrotnie okazywało się, że najwięksi narwańcy w towarzystwie weterynarza stawali się bardziej pobłażliwi i spokojniejsi, jakby Locklear łapał ich jakąś niewidzialną liną i częściowo powstrzymywał od robienia głupstw. Z Chyżym mogło być podobnie, ale Leith lubił go takiego, jaki był w jego obecności.
„Uważaj, bo jeszcze zechcę to nadrobić.”
W odpowiedzi jedynie parsknął — nie potrzebował słów by to skomentować. Nie był nawet do końca pewny, czy tropiciel potrafiłby zniszczyć tę rozwijającą się relacją na rzecz znęcania się. Miał nadzieję, że nie, bo był jedną z osób, które lekarz wyjątkowo szybko obdarował sympatią, a czegoś takiego nie powinno się ukracać.
„Teraz to zabrzmiało romantycznie.”
Och, pottrafię być jeszcze rommanty-czny — powiedział ze słyszalnym zadowoleniem w głosie, jakby zupełnie go nie obchodziło to, że faktycznie palnął głupotę i Chyży może ją źle odebrać. Ale przynajmniej ucieszył się, że ktoś zauważył, że nie jest pozbawionym jakichkolwiek emocji głazem, bo takie oskarżenia niejednokrotnie słyszał w swoim życiu. Prawda była jednak taka, że Leith wolał być bezpiecznie ostrożny w okazywaniu komukolwiek jakichkolwiek uczuć. Nie lubił też przesadnie wylewny w okazywaniu emocji. To całkowicie gryzło się z jego charakterem.
Normalnie, to pewnie przeszkadzałoby mu to, że ktoś jest tak blisko niego — teraz tak bardzo się tym nie przejmował, jakby uległ jakiemuś urokowi, który posiadał w sobie Chyży. Co prawda nie przyznawał się do tego i tylko grzecznie prowadził dalej rozmowę. Nawet w momencie, gdy ich twarze były niebezpiecznie blisko siebie i ich czoła się zetknęły to nie zareagował jakoś przesadnie. Po prostu blado się uśmiechał.
„(...) znasz może w Drug-onach osobę, na którą wołają Shane?”
W pierwszej chwili wyczuł podstęp — jakby ktoś próbował pozyskać informacje o Pradawnym. Aż nieprzyjemny dreszcz przeszedł po ciele blondyna. Wpadł w pułapkę? Tak właśnie się poczuł.
Skkąd mam wie-dzieć, czy nie wykkorzystasz tej infor-macji przeciwko Smokom? Mo-żesz być każdym. Udo-wodnij mi, że moggę Ci zaufać, ina-czej nie pissnę nawet słowa — Odruchowo wplątał dłoń w jego włosy, przeczesując je palcami, a potem ciągnąc za nie mocniej w tył, tym samym odchylając łeb tropiciela w tył. — Moggę Ci powie=rzyć te infor-macje czy nie?


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar
Leith

Smok     Opętany






GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear

Liczba postów :
467


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Chyży on 16/7/2018, 01:10
    
............W gruncie rzeczy gdyby ktoś spytał Chyżego, dlaczego pomógł Leithowi z Naydenem, chociaż wtedy postać Smoka była mu prawie całkowicie obca, to najpewniej odpowiedź brzmiałaby „bo tak”. Na to miał ochotę, tak postanowił i koniec tematu. Nigdy nie widział sensu w tłumaczeniu się ze swoich decyzji, nawet jeśli według kogoś mogły zostać uznane za absurdalne. Wtedy jego postanowienia nie zmienił nawet fakt, że początkowo głos Locklear’a nieco go drażnił (z racji lekkiej nadwrażliwości zmysłu słuchu potrafił naprawdę źle reagować na pewne dźwięki), chociaż wtedy nie dał tego po sobie odczuć, a później przyzwyczaił się. Ogólnie lubił towarzystwo innych osób, nawet jeśli czasami nierozważnie zamiast na pogawędkę decydował się na przypadkowe podłożenie komuś nogi (a więc zdobycia pretekstu do bójki). Jednak ten Smok był jego kompletnym przeciwieństwem, nie bił po oczach pewnością siebie, nie drażnił go w ten specyficzny sposób jak niektórzy. Chociaż przy weterynarzu Hayate faktycznie zachowywał się w miarę cywilizowanie i spokojnie, to jednak nic nie zmieniało faktu, że stanowił osobę raczej impulsywną, tym bardziej jeśli chodziło o spełnianie własnych pragnień. Jeśli był w dostatecznie złym humorze (lub odwrotnie, przesadnie euforycznym) to faktycznie potrafił rzucić się do gardła nieznajomym, aczkolwiek to częściej zdarzało się, gdy do działań pchał go głód. Wbrew pozorom starał się trzymać jakiegoś kodeksu moralnego. Raczej. Chyba.
„W takkim wypa-dku nal-leży się zastanno-wić, czy tej ła-ni nie jesst bliż-ej do jeża”.
Odruchowo Nicca parsknął cicho, ewidentnie rozbawiony tą myślą, oczy rozbłysły delikatnymi iskierkami rozbawienia. Teoretycznie nie było w tym nic zabawnego, ale kto zabroni mieć Desperatom specyficzne poczucie humoru. Poza tym spróbujcie wyobrazić sobie łanię pokrytą kolcami… i ciągnącą za sobą jelita… no dobra, może faktycznie obrazek bardziej pasował do horroru, niż komedii, ale czasem trzeba być wyrozumiałym.
- W tym wypadku przede wszystkim nie zazdroszczę ewentualnemu partnerowi takiej łani, chyba że ma wzmocniony brzuch i podbrzusze – zdecydowanie trochę zbyt daleko wychodził z tym wywodem, ale cóż, teoretycznie można by zasugerować, że jeleniowate to jego krewne; poniekąd.
„Naśmie-waj się zze mnnie dalej, a mój łok-kieć wylądu-je w Twoim brzuuchu szyb-ciej niż byś się teggo spodzie-wał”
Kąśliwy uśmieszek wykrzywił twarz tropiciela, jednak szybko zreflektował się i przybrał twarz niewiniątka, by następnie przyłożyć prawą dłoń do swojej klatki piersiowej. Przeciągając w irytujący sposób samogłoski odpowiedział:
- Ja? Naśmiewać się z ciebie? W życiu, gołąbku ty mój.
Należy jednak przyznać, że od razu zapobiegawczo napiął mięśnie brzucha, by załagodzić ewentualne uderzenie, które mogło nadejść od strony weterynarza. Strzeżonego Pan Bóg strzeże i choć widok poirytowanego Leitha pewnie w jego nieco zachachmęconym umyśle mógłby wydawać się uroczy, to jednak nie chciał w związku z tym dorobić się jakiegoś uszczerbku. Gdyby przypadkiem jednak trochę za bardzo naciągnął granicę ich znajomości.
„Och, pottrafię być jeszcze rommanty-czny”.
- Hoooo? – wydał z siebie dziwny pomruk zabarwiony jednocześnie zainteresowaniem i rozbawieniem. – Zazdroszczę. Teraz to rzadkość. Masz gwarantowane powodzenie u pań.
Kolejne otarcie się policzkiem o ramię Smoka. W gruncie rzeczy Chyży nieustannie naruszał czyjąś przestrzeń osobistą. Generalnie był bardzo dotykalski, tak się jakoś złożyło. Biorąc pod uwagę okoliczności jego śmierci powinno być odwrotnie.
Jednak może właśnie przez to, jak blisko siebie się znajdowali, od razu wyczuł zmianę nastroju u weterynarza. Odruchowo usztywnił ramiona, jednakże o jego dobrych relacjach z jasnowłosym świadczył chociażby fakt, że bez oporu odchylił łeb do tyłu, odsłaniając wąską szyję. Westchnął przy tym ciężko, aż zafalowała mu lekko klatka piersiowa.
- Nie ma potrzeby być aż tak nerwowym, Leith. Reagujesz agresywnie na samo wspomnienie o tej rudej szui, czy każde pytanie o Smoki tak się ma kończyć? – mogło się wydawać, że w jego głos wkradło się poirytowanie, ale raczej było to zmęczenie. – Czy może perspektywa pociągnięcia mnie za włosy od dawna cię kusiła? Zapowiada się perwersyjnie.
Oj. No i masz. Teraz w jego głosie pojawiła się zgryźliwość. Szarpnął głową do przodu, niebieskie ślepia ochłodziły nieco swój wyraz, ale oprócz tego nie wyglądał, jakby miał zamiar ciągnąć ten szereg zbędnych uwag… albo zachowań. Niestety, dalej zbyt często funkcjonował w przedziale bodziec --> reakcja, zamiast bodziec --> myślenie --> reakcja.
- Nie bardzo wiem, jak masz zamiar zweryfikować moje bycie „godnym zaufania”, ale w porządku, niech ci będzie. W gruncie rzeczy w pełni cię rozumiem, chociaż mam nawyk mówienia co ślina na język przyniesie – poruszył głową raz w lewo, raz w prawo, jakby próbował się pozbyć sztywności w karku. – Pamiętasz, jak kiedyś przelotem wspominałem, że kogoś szukam? Akurat tobie nie podawałem szczegółów, ale krótko rzecz podsumowując, próbowałem odnaleźć właśnie Shane’a, tą rudą wywłokę, która teraz jest w Smokach. Mniejsza o powód. Ująłbym to w ten sposób, że jesteśmy… starymi znajomymi. Dużo się pozmieniało w naszej relacji, ale pomimo faktu, że ten osobnik niezmiernie mnie drażni, to jestem ostatnią osobą, która stanęłaby przeciwko niemu. Nazwijmy do sentymentem.
Aha. To się dopiero nazywa niedopowiedzenie. Cholernie dużo niedopowiedzenie, ale ich relacja była na razie zbyt specyficzna, by wdawać się w szczegóły.
- W gruncie rzeczy to właśnie przez niego zamierzam dołączyć do Smoków – zabrzmiało to prawie jak oskarżenie, bądź skarga. – Ech, właściwie to przez pewne dodatkowe okoliczności z nim związane nawet nie mam większego wyboru. Tak więc, Leith, chcę po prostu wiedzieć, kim jest ta kanalia w Smokach i jak bardzo muszę się martwić o jego zdrowie fizyczne. Bo na martwienie się o psychikę tej mendy jest o wiele za późno.
To brzmiało źle. Bardzo źle. W gruncie rzeczy ta ruda szuja pewnie tylko uniosłaby brwi w tym swoim kpiącym wyrazie, ale to nieważne. Przynajmniej na razie.


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar
Chyży

Opętany






GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly

Liczba postów :
137


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 23 z 23 Previous  1 ... 13 ... 21, 22, 23

Powrót do góry

- Similar topics

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach