Strona 1 z 23 1, 2, 3 ... 12 ... 23  Next

Go down





Wielka czerwona skała Pisanie by Arcanine on 2/1/2014, 19:42
    
WIELKA CZERWONA SKAŁA
Na tle pustyni wznosi się potężna skała o brunatnej barwie, mierząca prawie 20 metrów wysokości i 50 metrów długości. Dostanie się na sam szczyt jest niezwykle utrudnione z powodu chropowatej i ostrej nawierzchni. Podczas gorących dni zbłąkani podróżni mogą skryć się w cieniu skały, uciekając przed palącymi ciało promieniami słońca. Jeżeli komuś uda się w jakiś sposób dostać na szczyt skały, będzie mógł ujrzeć przepiękną panoramę pustyni i dostrzec najbliższe punkty zaczepne, takie jak małe obozowiska czy też porzucone pojazdy. Ponoć niektórzy przy dobrej pogodzie potrafili dostrzec w oddali samo Apogeum.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
26377


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Arcanine on 2/1/2014, 23:27
    
„Jazda” trwała ponad dwie godziny, co w połączeniu z aktualnymi kaprysami pogody stanowiło nie lada wyzwanie nie tylko dla wierzchowców, ale i samego Growlithe'a.  Spowalniał drastycznie, gdy śnieg sypnął mu w oczy, warknął niejednokrotnie w chwili zapadnięcia się łapy w niewdzięcznym puchu. Mimo to nie przystanął ani razu, wiedząc, że każda minuta jest na wagę złota. Dyktatorzy, zniesmaczeni niemiłą wędrówką w zaspach, mogli w każdej chwili zrezygnować z wyprawy i zawrócić, w porę ratując Shirai'a i jeszcze — choć oby nie — zatrzymując niektóre Psy.
„Wiesz przecież, jakie to nieprzyjemne!”
Faktycznie wiedział. I ta myśl poruszała jego łapami, gdy przemierzał kolejne metry, aż w końcu na horyzoncie całkowitego pustkowia zamajaczyła wielka skała, wyłaniając się nagle spomiędzy białej zamieci. Dotarcie do niej wymagało kolejnych dłużących się chwil przedzierania przez wrogie opady. Kto by pomyślał, że nawet pogoda może okazać się wrogiem, podkładającym belki pod nogi, tuż przed metą?
Poślizg, schylenie pyska, ugięcie łap, obrócenie się dokładnie o 180º, natychmiastowe zadarcie głowy ku górze... Białe kosmyki, przyprószone jeszcze czernią sierści, powoli powracające do danego stanu, zostały przeczesane przez palce chłopaka, w momencie, gdy podnosił się z kucek. Odczekał ledwie moment, by wszyscy mieli możliwość przybliżenia się do niego.
„To tylko chwila” — podpowiadał umysł, próbujący rozluźnić napięte ze zdenerwowania mięśnie. W teorii Growlithe uzna ten wypad za świetną zabawę, nieważne w jakich skutkach zaowocuje. W praktyce natomiast niebo ściemniało do barwy węgla, kontrastując niebywale z wirującymi płatkami śniegu i przypominało o nadchodzącej rzezi. Wszyscy tu zebrani wiedzieli, że nie obędzie się bez ofiar.
Rozdzielimy się na dwie grupy — rzucił głośno, przekrzykując wicher. Tu i tak nikt nie był w stanie ich znaleźć. — Pierwsza grupa składać się będzie z Ryana, Nathaniela i Sakida. Ze mną pójdą psy i Arthur.
W tym momencie jego wzrok padł na skupione sylwetki jego podopiecznych. Cała dziewiątka wiernych psisk o tak różnej aparycji. Chudy, podpalany doberman, rosła klatka piersiowa owczarka niemieckiego, czarne ślepia kundla, wesoło merdający ogon bordera. Oderwał od nich spojrzenie na rzecz przyjrzenia się pozostałym, bardziej ludzkim członkom organizacji.
Grupa pierwsza spotka się z Bobem, który przygotował dla was ekwipunek. Słuchać uważnie, bo później nie będzie odwrotu — warknął. — Przemieścicie się wzdłuż tego muru około 200 metrów na północ. Znajdziecie niewielką dziurę w murze, której — mam nadzieję — jeszcze nie załatali. Wyjdziecie na tereny zielone Zachodniej Części M-3. Te miejsca są zwykle mniej monitorowane przez wojsko, ze względu na mniejszą ilość mieszkańców. Przeważają tam głównie paprotki i takie tam. — Jego usta mimowolnie wykrzywiły się w ironicznym grymasie. — Pamiętajcie: to nie znaczy, że nikt tego nie pilnuje. Macie być cicho i nie rzucać się w oczy, a z pewnością was nie znajdą. Skierujecie się do Doliny Pięciu Jezior, od razu zauważycie duży budynek. To będzie hotel, tam znajdziecie Boba. Będzie mieć dla was głównie broń. Chyba nie muszę mówić, że miło byłoby, gdyby nikt z obsługi nie zaczął was podejrzewać? Stamtąd udacie się do Północnej Części. Tam będziemy już czekać z Arthurem. W chwili, gdy wy będziecie załatwiać sobie sprzęt, my zajmiemy się oczyszczeniem okolicy. Piekło zacznie się dopiero w chwili przekroczenia linii bramy. Do tego czasu wszystko powinno iść jak z płatka. Pytania?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
26377


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Fucker on 3/1/2014, 03:37
    
Świetnie. Sama Matka Natura okazała się sceptycznie podchodzić do zamiarów Wilczura. Ryan z całą pewnością mógłby podać sobie z nią rękę, gdyby nie to, że także był uczestnikiem tej spontanicznej wyprawy. Może gromadzący się w zastraszającym tempie śnieg nie utrudniał mu poruszania się, biorąc pod uwagę jego pokaźną sylwetkę zwierzęcia, którego nie powinno się trzymać w domu (głównie ze względu na to, że zwyczajnie by się tam nie zmieściło). Łapy – choć adekwatniejszym określeniem były tu „łapska” – nie grzęzły w białym puchu na tyle, by spowolnić jego ruchy, jednak mroźny wiatr niosący śnieżne opady, które dokuczliwie drażniły jego pysk, zmuszały do powstrzymania się od pośpiechu. Przycisnął uszy do czaszki, zniżając łeb i oblizał pysk, chcąc pozbyć się uczucia niewidzialnych igiełek, które wbijały się w jego smolisty nos. Poza tym chyba nie miał zbyt wiele powodów do narzekania – puszysta sierść skutecznie izolowała go od drastycznie zaniżonej temperatury, kiedy inni nie mieli aż tyle szczęścia. Ale to też wyłącznie ich problem.
Na krótki moment zerknął z ukosa na Jonathana, który z niezadowoleniem zmagał się z nagłym kaprysem losu. Nie łudził się, że ten odpowie spojrzeniem. W końcu trudno było zwracać uwagę na takie drobnostki, gdy wkoło szalała zamieć. Niemniej jednak w srebrzystych ślepiach bestii, które nawet teraz kryły w sobie trzeźwość i bystrość istoty, która nie kierowała się jedynie instynktami drapieżnika, pojawiło się nieme pytanie. Mogło ono zostać zinterpretowane na wiele sposobów, a pewnie żaden z nich nie spodobałby się Wilkowi. Cokolwiek miał na myśli nie było istotne, bo niczego by nie zmieniło. Odpowiedzią na wszelkie pytania było brnięcie w bagno, pomimo kiepskich warunków.
Po długiej trasie dobrze było zatrzymać się chociaż na chwilę. Gdy już dotarli do muru, wielkie bydle, stopniowo zaczęło kurczyć się do pierwotnych rozmiarów Jay'a. Wszelkie nienaturalne dodatki zniknęły, choć pionowe źrenice wciąż ujmowały mu zwyczajności, jakiej oczekiwało się za murami i która niejednemu mogła uratować tyłek. Znajdował się teraz nieopodal Growlithe'a i zmierzwił ciemne kosmyki włosów, pozbywając się z nich śniegu. Naciągnął kaptur na głowę, przez co cień przysłonił częściowo jego twarz i wsunął ręce do kieszeni, chcąc ochronić je przed wszechobecną pizgawicą. Najgorsze i tak było dopiero przed nimi, co?
„Pierwsza grupa składać się będzie z Ryana, Nathaniela i Sakida.”
No właśnie.
To ogromny wyczyn, że nie zdradził tego, że bynajmniej nie uśmiechało mu się towarzyszenie dwójce kompletnie obcych osób, a chłodne opanowanie ani na chwilę nie zniknęło z jego twarzy. Zdaje się, że im wszystkim zależało na czasie, choć powoli zaczynał wątpić w to, że w rzeczy samej tak było. Nie przypuszczał, że czeka ich jeszcze wyprawa po broń, która w takich okolicznościach powinna zostać przygotowana już wcześniej i już znajdować się w ich rękach. W każdym razie przesunął spojrzeniem po swoich przyszłych towarzyszach niedoli, nie licząc na szczególnie owocną współpracę. Z drugiej strony dużym ułatwieniem było to, że nie udzielono im żadnego pouczenia na temat wzajemnego traktowania. Co prawda nie należało liczyć na to, że podporządkowałby się jakimkolwiek zasadom z dziedziny savoir vivre. Zarówno jak starego psa nie da nauczyć się nowych sztuczek, tak i z wiekowego skurwiela nie da się wykorzenić złych nawyków, nieprzychylnego spojrzenia i całej reszty skurwysyństwa. Z tego względu lepiej, żeby nikt nie stracił dziś nogi.
„Pytania?”
Jeżeli was tam nie zastaniemy, mamy szukać waszych szczątków?
Nie uraczył go żadnym pytaniem. Zmarszczył delikatnie nos nieco rozczarowany tym planem wydarzeń, aczkolwiek już wtedy zdążył zwrócić twarz w wytyczonym kierunku. Wystarczyło potraktować to jak część pracy – zabijanie to wciąż zabijanie.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar
Fucker

Rottweiler     Opętany






Liczba postów :
5760


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Arcanine on 4/1/2014, 01:03
    
Uwaga!
Aby nie przedłużać, każdy ma na odpis 24 godziny i nie ma kolejki. Toteż, jeżeli do jutra nie będzie odpisów, to wyruszamy bez was. So sad. o: Najwyżej dołączycie później.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
26377


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Gość on 4/1/2014, 01:46
    
Padający śnieg zdecydowanie nie miał zamiaru pójść sobie w cholerę, więc Nathaniel mógł tylko cieszyć się z tego, że w ostatniej chwili porwał z jakiegoś krzesła w salonie czarny, połatany płaszcz. Niby nie był spełnieniem marzeń, jeżeli chodzi o nieprzemakalność, lecz jego postawiony kołnierz w pewnym stopniu chronił anioła przed podmuchami wiatru. Tak, wzięcie go zdecydowanie było jedną z niewielu decyzji, których Levittoux nie będzie żałował po zakończeniu tego dnia.
Skulony na końskim grzbiecie, najskuteczniej jak potrafił, starał chronić się przed zimnem. Jego wierzchowiec zdawał się radzić sobie z warunkami pogodowymi lepiej, co mogło być nieco frustrujące. Kopyta zwierzęcia zapadały się w śniegu, ale nie było to dla niego zbyt wielkim problemem – warstwa białego puchu nie zdążyła jeszcze urosnąć do rozmiarów, które uniemożliwiałyby mu galop. Oczywiście parę razy ogier stracił równowagę, natrafiając na niepewny grunt. Oznajmiał wtedy swe niezadowolenie głośnym parsknięciem, nie przestając jednak brnąć przed siebie. Okazał się opanowanym i dobrze wyszkolonym wierzchowcem, za co Nath w głębi duszy dziękował Bogu, nie będąc do końca przekonanym czy po tak długiej przerwie jego umiejętności jeździeckie pozwoliłyby mu na ogarnięcie jakiegoś narwańca. Już jakiś czas temu przestał oglądać się za siebie, żeby sprawdzić, jak radzi sobie osobnik, który powinien być przez niego, z założenia, strzeżony. Od kiedy anioł postanowił przyspieszyć z kłusa do galopu, Sakid był zdany na siebie, jeżeli chodziło o przetrwanie w otaczającej ich śnieżycy. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że nowy nie spadnie z końskiego grzbietu i nie utknie w jakiejś zaspie. Cóż…
W końcu, po dwóch godzinach jazdy, Levittoux wyprostował się i ściągnął wodze, jego transport powoli zatrzymał się nieopodal wielkiej skały. Anioł zeskoczył z gracją pieprzonej baletnicy na ziemię i podszedł do dwóch zmiennokształtnych, prowadząc za sobą, bo jakże by inaczej, swojego nowego, parskającego z dezaprobatą na śnieg, czworonożnego towarzysza. Oparł się poufale o zwierzaka, na co ten zareagował, spoglądając z zaciekawieniem na mężczyznę. Nathaniel wsłuchał się w instrukcje udzielane im przez organizatora wycieczki. Będzie musiał współpracować z dopiero co poznanymi – a właściwie to nawet nie – typami… trudno. Ale po cholerę mu jeszcze jakaś broń? Ach tak, w końcu otaczali go tylko ludzie. Żywi-martwi ludzie z paroma mutacjami, ale zawsze tylko ludzie. W każdym razie w milczeniu wysłuchał do końca poleceń Jonathana. Tyle do zrobienia, a tak mało motywacji…
Pytania?
Tak, miał. Co z tego, że najprawdopodobniej wszystkich właśnie to najmniej teraz obchodziło?
- Mam go gdzieś uwiązać, czy po prostu puścić?
Tak właśnie, mieli iść ryzykować życie, a Nathaniela zastanawiało, co ma zrobić z durnym koniem. Ale cóż poradzić, skoro najwyraźniej ktoś tu go polubił? Dwie godziny razem w końcu robią swoje.
No dobra, żeby nie było, postanowił zapytać o coś jeszcze. Tak dla przyzwoitości.
- Ten cały… Bob? wie, że go odwiedzimy i będzie już na nas czekał, czy będziemy zmuszeni go gdzieś jeszcze szukać? – w jego głosie dało się wyczuć… nie, jak zwykle brak większych emocji. Niespodzianka!
Jednakże czekał na odpowiedź z pewną dozą zniecierpliwienia. W końcu jeszcze nie było za późno na rezygnację z tej durnej zabawy, czemu zapewne towarzyszyło by kilka przekleństw na doskonałą organizację pracy. Nie tak powinien zachowywać się prawdziwy anioł stróż? Walić to. Powiedz to samo, stojąc na mrozie w towarzystwie paru zgredów {i jednego, przychylnego ci konia}, kiedy dookoła postanowiła poszaleć sobie niewielka zamieć śnieżna.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Gość on 4/1/2014, 13:05
    
Pomimo opuszczenia psiej siedziby w pośpiechu, na celowniku połowy ekipy z którą będzie podróżować i pod obserwacją oraz "strażą" Nathaniela, Ez nie odczuwał, jakby faktycznie się przejęli w jakikolwiek sposób nim. W sumie, czemu by mieli? Właśnie. Ale że on sam się przejmuje swoim stanem i już od dawna przeszkadzał mu teraźniejszy strój, a że wyróżniać też się nie miał, postanowił przeprowadzić "redystrudubcję dóbr" i, wzorem swojego ochroniarza, gwizdnąć jakiś ciemny, w miarę przyjemny płaszcz. Niemal natychmiast zapiął się w nim dokładnie, odczuwając nader przyjemny komfort termiczny jeszcze w tych tunelach.
... Po wyjściu już tak fajnie nie było. Czyżby moskiewska zima do nich zawitała czy co? A, fakt, w sumie nawet tego nie widzi. Biały śnieg zakrywał swoimi opadami wzrok po parę metrów w przód, co jednak dla Sakida było bardzo miłe. Nie musiał znów się "oślepiać", by jego oczy go nie dobiły bólem. Yey, naturo, chociaż tyle na plus.
Co prawda mógłby marudzić na to, że jasność płatków śniegu też po gałach biła, ale nie ma już się co czepiać. Przymróżmy trochę patrzałki i będzie znośnie, nie?
Z tą myślą, gdy pierwszy podmuch wiatru dmuchnął mu w twarz i zasypał śniegiem w oczy, dziękował (nie)szczęśliwemu posiadaczowi płaszcza, który zgodził się na "pożyczenie" go na czas zadania.
Wciąż będąc pilnowanym przez Nate'a, nawet nie miał w sumie chęci w jakikolwiek sposób myszkować po okolicy (pomijając fakt że poprostu łaził w tą i w drugą jak najdłużej jak mógł, byleby nie zamarznąć). Koniec końców skończył na tym koniu, wpakowanie się na niego nie było tak trudne. Hm, przypomnij sobie zajęcia wojskowe, użyj trochę tych zwoji mózgowych i się pobudź, bo zamarzniesz, albo zginiesz po drodze.
Co zresztą i tak go czeka, ale o tym nie wspominajmy o tym, bo co raz mocniej zaczyna chcieć przeżyć, yey.
Nadgonienie za resztą ekipy było wyzwaniem, szczególnie że sypiący śnieg nie pomagał ani jeźdźcu, ani jego "środkowi transportu". Przylgnął swoim ciałem jak tylko mógł do konia, spod wpół-zmrużonych oczu obserwując, czy nie traci innych z zasięgu wzroku. Targało nim zimno, a jego postura, skryta w płaszczu wcale na zimno odporna nie była. Mógł poprzysiąc że czuje, jak pochwa ostrza przewieszonego przez plecy mu przymarza do nich... Wróć, on już i tak nie czuje tych pleców. Nie raz było blisko lądowania na glebie, ale niska waga i dosyć duża siła w tej niskiej wadze okazały się jednak pomocne by nie zostać zrzuconym z konia, a i ogier potrafił sobie poradzić z poślizgiem.
... Dwie godziny mordęgi, ale w końcu dojechali. Widząc jak reszta się zatrzymuje, sam wyprostował swoje ciało (co było błędem, bo prawie zleciał przez podmuch wiatru), ściągając wodze. Udało mu się w miarę możliwości "wyhamować" w miarę blisko tej skały, która była najwidoczniej punktem zbornym. Udało mu się (yey!) zeskoczyć z konia i nie rąbnąć o glebę niczym innym, oprócz podeszw butów. Hallelujah i do przodu. Zbliżył się do "wesołej gromadki", skupiając swoje spojrzenie w miarę możliwości jak najbardziej w dół, tudzież pod takim kątem by śnieg nie sypał mu w oczy, po czym skupił się na usłuchiwaniu planu.
"To będzie długa noc..." - Przeszło mu przez myśl, gdy usłyszał, w czyjej "paczce" będzie. Zdecydowanie to będzie dłuuuuga noc, i niekoniecznie sam by chciał, by tak długa była. No cóż, nic to, trzeba będzie działać, by nie zamarznąć.
Gdy posłyszał napomknięcie o nierzucaniu się w oczy, ściągnął bandaże z czoła i wpakował do kieszeni "pożyczonego" płaszczu, po czym ściągnął rękawy, chowając w nich swoje dłonie. Nie miał jeszcze tak dobrej kontroli nad szponami by przypadkiem nie wyszły mu "same", choć chwilowo je ukrył. Jedynie jego oczka były problemem, ale to jakoś da się załatwić, zresztą... W tym wypadku, chyba oczy u każdego z nich są tym elementem, który może ich zdradzić.
Tak, nie patrzeć w oczy rozmówcy. Zdecydowanie nie będą podejrzani.
Skierował swój wzrok, w miarę możliwości ze względu na pogodę, na aniołka, którego pytania były dosyć celne, ale Sakid miał jeszcze jedno, własne.
- W razie gdybyśmy, a mam nadzieje że tego nie zrobimy, zwrócili uwagę wojskowych, co zrobić? Gubić ogon, zabić, czy może zdać się na mój urok osobisty i znajomości z poprzedniego życia? - Parsknął śmiechem, naznaczając wyraźnie ironią ostatnią część zdania. Nie miał dokładnej pewności czy wszyscy jego "znajomi" wiedzą o jego "śmierci".
On wie jednak że dla nich już umarł, tak samo jak oni dla niego, i jeśli dowiedzą się o nim, bez wahania go zabiją.
Więc musi albo się nie zdradzić...
...Albo być pierwszym.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Gość on 4/1/2014, 19:00
    
Kurdupel skulił się dość mocno na grzbiecie zdecydowanie za dużego dla niego konia. Trzymał się mocno, żeby nie spaść, a powiewy wiatru wcale niczego nie ułatwiały. Narzucił kaptur na głowę, przytrzymując materiał pod szyją z całej siły, drugą ręką uważał na wierzchowca. Okulary zostały częściowo zalepione śniegiem, a ocalałe części zaparowały przez przecieranie ich co chwila palcami. W efekcie końcowym jechał prawie że na wyczucie, ślepo ufając rumakowi, iż nie zawlecze go gdzieś nie wiadomo gdzie, a będzie jechał grzecznie za całą wyprawą. Nawet gdyby zdjął szkła, nie byłoby lepiej. Widziałby jedynie niewyraźne plamy, które absolutnie by mu nie pomogły. Może tylko znałby mniej więcej położenie całej reszty zwierząt i nieludzi.
Wzrok był raczej marną ceną za tak mocne wyostrzenie zmysłu węchu.
Nie to, żeby kiedyś widział idealnie. Od dziecka musiał nosić okulary, jednak wtedy nie był na nie kompletnie skazany. Po prostu nie mógł czytać i widzieć dalekich przedmiotów tak wyraźnie, jak normalne osoby. Wirus, a potem eksperymenty naukowców doprowadziły do silnego pogorszenia jego stanu. Początkowo nie mógł się do tego przyzwyczaić, a przez niewytrenowanie węchu – był uzależniony od drugiej osoby do czasu otrzymania odpowiednio wykonanych szkieł. Jeden z najgorszych okresów jego życia. Bezsilność i beznadzieja. Ale wiedział, że całkowicie ślepi mają jeszcze gorzej.
Arthur po raz kolejny „odśnieżył” okulary. Idealnie, żeby zauważyć zatrzymywanie się. Podjechał bliżej i wstrzymał konia, patrząc w stronę kuzyna. Poprawił się na grzbiecie parzystokopytnego stwora pod sobą, naciągnął kaptur głębiej, ukrywając twarz w jego mrocznym wnętrzu. Słuchał uważnie słów Jonathana, ciesząc się z tego, że będzie z nim. Nie okazał tego, co prawda, ale Wilczur powinien sam się tego domyślić. Zielonooki po prostu uwielbiał spędzać z nim czas.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Gość on 4/1/2014, 22:09
    
Wymordowany po spotkaniu kilka osób postanowił odwiedzić siedzibę DOGS'ów. Zastał w nim jednak pusty, nie był tym faktem zaskoczony, kiedy odnalazł kartkę. Coś się kroiło...a go jak zwykle nie było. Zarzucił na siebie czarny płaszcz bo ''na dworze strasznie piździ'' i wyszedł. Wiedział już gdzie ma przyjść, to mu wystarczyło. A się przyjdę, a co! Na twarzy Wymordowanego tkwił bezczelny uśmiech, świadczący o tym, że coś wyjątkowego musiało mu wpaść do głowy. Widać było, że nieźle się speszył... Sam wzruszył lekko barkami, patrząc na swój nóż, który trzymał w ręce z rozbawieniem. On już taki był, miał praktycznie wszystkich gdzieś...jednak potrafił nieco skumulować swoje prawdziwe ''ja''. Mężczyzna nie był jakoś specjalnie zainteresowany, jego wzrok często spoglądał na szare drzewa, które niosły echem cichy szum wiatru. Coś pięknego, jednak nie na to czekał. Westchnął po raz kolejny, zerkając katem oka na zegarek, trochę się spóźnił, trochę go ominęło...i wtem BUM. Wyrżnął się jak długi o jakiś kijek. Udało mu się jednak szybko podeprzeć rękoma. Odbił się więc i z powrotem był już na dwóch nogach. Zaśmiał się cicho pod nosem, strzepując z siebie pyłku kurzu, które nazbierały się na nim podczas upadku. Był aż takim ciamajdom? Może mu czegoś brakowało...? Tylko czego.
Chyba jednak przejście się było złym pomysłem, te warunki...wszędzie grube fałdy śniegu a on wyglądał jak jakiś włóczęga bez grosza przy duszy. Warknął coś do siebie, obniżając lekko swoje kły by po chwili zmrużyć wściekle oczy. Im zeszły dwie godziny, jemu - pół dnia. Wymordowany westchnął po raz setny, chowając twarz w kołnierzu, tuż przy jego brodzie. Ręce miał schowane w kieszenie, twarz wyrażała znudzenie jak i lekkie podenerwowanie. To było dla niego po prostu męczące. Wszystko go męczyło...ile można iść, iść i jeszcze raz iść? Zmęczony już tym był. Doberman zerknął po raz drugi na zegarek, upewniając się co do godziny. Najwyżej wbije w samym środku zebrania.
- Gorszego zadupia normalnie nie było... - Powiedział, nawet się nie odwracając, po czym spojrzał w stronę grupki ludzi, których dostrzegł z daleka. By dopiero w pewnej chwili stwierdzić, że zrobiło mu się nieprzyjemnie zimno, znacznie zimniej niż wcześniej... Chłopak wzdrygnął się lekko, by dopiero po chwili szanownie powrócić oczami w stronę ziemi, która była zasypana białym szitem. Nie ważne, że prawie nikogo tam nie znał, nawet łatwiej. Sam ziewnął przeciągle, coraz bardziej znudzony swoim ''spacerem''. O ile tak ogóle można było to nazwać...
Podszedł do nich, uprzednio skłaniając lekko głową, a jego wzrok stał się chłodny... zwłaszcza w dzisiejszy dzień, który zapowiadał się jakoś szczególnie interesująco. Wymordowany już był na szczycie wyczerpania, spowodowane ciągłym łażeniem, by dojść w końcu na umówione miejsce. Zmrużył lekko oczy, przykryte ciemnymi okularami. Tylko dzięki nim, udało mu się cokolwiek widzieć.
- Wybaczcie za spóźnienie. Całkiem nie dawno przeczytałem wiadomość. Rzucił, patrząc na wszystkich badawczo. Biało włosy chłopak z czarnym pasemkiem był Wilczurem, Grow. Drugi blondyn nie był mu już znany...ale raczej nie pochodził z ich grupy. Krótko ścięty czarnowłosy chłopak był chyba nowy, a może obcy...a może...dobra, skończmy, ciemno brązowy facet o kocich oczach i wydłużonych zębach - także nie znał. Blondyna z długimi włosami może kiedyś widział, raz czy dwa, ale to nie było nic szczególnego. Reszta...no cóż, za pewne jeszcze nie doszli, albo stali gdzieś z boku... Po prostu ich nie widział.
Sam wziął głęboki wdech, czując się dość dziwnie w grupie sobie podobnych.
Nie patrzył na nikogo dłużej niż 4 sekundy, stał sobie z rękoma w kieszeniach, które i tak już zamarzły, czarne włosy był całe potargane, pomimo narzuconego na siebie kaptura. Grzywkę odrzucił lekko na bok, aby mógł sprawniej widzieć całą grupę psiaków czy kogo tam jeszcze było...
Doberman zawsze lubił pracować samotnie, a teraz musi to robić w grupie...no cóż, może nie było to, to czego szczególnie pragnął, ale jakoś wytrzyma. W końcu należał do DOGS'ów i nie zamierzał ich opuścić w ważnej misji, pomimo tego, że zbytnio się nie udzielał. Taki już był, wolał jednak nikomu obecnie nie zachodzić za skórę. Wszelkie negatywne myśli musiał zachować tylko i wyłącznie dla siebie. Może podczas rzezi trochę się rozluźni, ale...to jeszcze nie teraz. Nawet nie wiadomo, czy w ogóle cała ta misja wyjdzie. Wiele jednak wskazywało, że wszystko przejdzie po pozytywnej myśli. SPEC.C miało co prawda wojsko, ale...nie równało się ono z Wymordowanymi. Samiirii przechylił lekko głowę, jakby sam podmuch wiatru mógł to zrobić.
No, no...być może zaraz impreza się rozkręci, choć wszystko zależy od grupy w jakiej wyląduje. Może przecież tkwić u wrednych, egoistycznych dupków lub u srających tęczą kociaków...w sumie sam był jednym wielkim sukinsynem, więc mu nic nie przeszkadzało. Rozumiał.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Arcanine on 6/1/2014, 01:50
    
„Mam go gdzieś uwiązać, czy po prostu puścić?”
Spojrzał na Nathaniela dosłownie jakby zaraz miał wyrzygać głośne: „nie no, stary, ty tak serio?” Konie Psów nie były tresowane jak niedźwiadki w cyrku; jak nie potrafiły jeździć na jednokołowym rowerze, tak samo nie umiały samoistnie wracać do domu, odnajdując drogę dzięki symulacjom w sferze niebieskiej. Nie zmieniało to jednak faktu, że...
Jeśli je puścimy, mają większe szanse na przetrwanie, a my wyższy procent pewności, że kolejne stworzenia nie zostaną, by smęcić nasze sumienie. Przy odrobinie szczęścia dadzą sobie radę i dotrą do jakiegoś schronu.
Kto wie? Może nawet z powrotem do siedziby? Tym jednak Growlithe nie miał zamiaru się przejmować. Prawdę mówiąc wszystko mu jedno czy będą mieli wierzchowce, czy — wprost przeciwnie — stracą je śmiercią tragiczną. Sam poruszał się na łapach i choć było to o wiele bardziej męczące, finalnie nie musiał się martwić o wyżywienie parzystokopytnych oraz ich samopoczucie.
„Ten cały… Bob? wie, że go odwiedzimy i będzie już na nas czekał, czy będziemy zmuszeni go gdzieś jeszcze szukać?”
Wie, wie — burknął, machając ręką, jakby chciał odgonić natrętnego owada. W istocie ton jego głosu wcale nie potwierdzał słów. Zdawało się nawet, że mówi tak tylko po to, aby pozbyć się kolejnych pytań z tego zakresu, bo mogły przysporzyć mu więcej problemów, niż początkowo zamierzał. Generalnie... niby wysłał lichą wiadomość do Boba. Gorzej, że pies pocztowy jeszcze do niego nie wrócił.
Ocknął się natychmiast, przestając rozmyślać nad ewentualnym kłamstwem jakie im sprzedał, dokładnie w momencie, gdy rozbrzmiał głos Sakida. Growlithe obrzucił go niemalże wściekłym spojrzeniem, które prędko zgasło, pod chłodną – udaną, na szczęście – próbą zawojowania nad negatywnymi emocjami.
„W razie gdybyśmy, a mam nadzieje że tego nie zrobimy, zwrócili uwagę wojskowych, co zrobić? Gubić ogon, zabić, czy może zdać się na mój urok osobisty i znajomości z poprzedniego życia?”
Dobre pytanie, hm?
Macie jedną szansę, do diabła. Wojsko łapie uciekinierów, więc ucieczka odpada. Jeśli was dorwą, zażądają legitymacji, których oczywiście nie macie. Nawet jeśli Sakid wciąż posiada identyfikator, reszta jest nadal poza prawem. Odwrót oznacza poinformowanie żołnierzy w pozostałych sektorach M-3, zaostrzenie rygoru i utrudnienie pracy mojej grupie. W chwili, gdy rzeczywiście nie będzie wyboru i ściągniecie na siebie uwagę, robicie dosłownie wszystko, aby ich snobistyczne dupka nie wydostały się poza wasze kły i pazury — w przeciwnym wypadku zawiadomią kolegów i misja może zostać odwołana. Pamiętajcie jednak, by nie dać się otoczyć. Jeśli będzie ich zbyt wielu, uciekacie poza tereny Miasta. Poza, jasne?
Jeśli tak się stanie, Growlithe z Arthurem prawdopodobnie wpadną. Element zaskoczenia to — nie oszukując się — ich jedyna możliwość. Jeśli ją zaprzepaszczą i informacja o intruzach obiegnie całe Miasto-3, wycofanie się będzie ostatnią możliwą formą przetrwania. Nawet jeśli Jonathan swego czasu wyrwał się z więzienia władzy, nie był przekonany, czy i tym razem udałoby mu się wydostać poza celę — z pewnością wyostrzyli środki ostrożności. Jednocześnie nie chciałby, by komukolwiek z jego „podopiecznych” przyszło do głowy, aby przeprowadzić akcję ratowniczą. Wpadliby wszyscy.
„I kto uratowałby Desperację, Jonathanie? Gdzie wolność, której łapczywie poszukujesz dla rodziny? A dobrobyt? Przyszłość? Szczęście? Wygoda?”
Zmarszczył brwi, gdy śnieg zatrzeszczał pod butami... Growlithe zwrócił twarz ku przybyłemu.
„Wybaczcie za spóźnienie. Całkiem nie dawno przeczytałem wiadomość”.
Ta ich beznadziejna organizacja...
Spojrzenie Growlithe'a świadczyło tylko o tym, że nie był przekonany czy zna ciemnowłosego. Prędko jednak odzyskał rezon, omiatając spojrzeniem zebranych. Żałował, że akurat teraz Lucky postanowiła wywinąć mu taki kawał.
Dobra! — rzucił w eter, aby przekrzyczeć świst wiatru. — Ruszamy. Przywództwo w waszej grupie przejmuje Ryan. Spotykamy się pod bramą do Północnej Części. Nie wchodzicie bez nas. Jeśli nie pojawimy się do północy, znaczy, że coś nas ewidentnie zatrzymało. Dokańczacie misję tylko, jeżeli warunki będą wam sprzyjać. Nie macie wlecieć wprost w rozwartą paszczę Śmierci. Arthur i ty... — W tym momencie spojrzał na przybyłego, którego imienia naprawdę nie potrafił sobie przypomnieć. — ... Ty idziesz z nami. Przyda się kolejna para rąk. Arthur, zsiadaj z konia i puść go wolno — powiedział jeszcze, ruszając przed siebie.

| zt
Ryan, Nath, Sakid → waszym MG będzie Shirai.
Arthur i Samiirii → ja będę MG.
Wyszło dość idiotycznie, ale inaczej nie dało się tego rozdzielić. Długo dyskutowaliśmy o tym z Shiraiem i... cóż. Hulaj dusza, Boga nie ma. ~ Miłej zabawy. c:
Przypominam, że każdy ma 24 godziny na odpis. Bez kolejki. Przynajmniej w mojej grupie, nie wiem jak zażyczy sobie Shirai. Niemniej, chodzi o to, by event nie wlekł się miesiącami. Ma pójść sprawnie i już. To hop. |


Ostatnio zmieniony przez Growlithe dnia 6/1/2014, 22:18, w całości zmieniany 1 raz


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
26377


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Gość on 6/1/2014, 17:51
    
Przestępując z nogi na nogę by nie zamarznąć i ogółem w jakikolwiek sposób poruszając się, starał się wyłapywać dźwięki z pośród wycia wiatru. Ogółem, spoglądając na niego można było mieć wrażenie, że jest dziwnie zniecierpliwiony faktem czekania na to, by wejść do środka, co w jego wypadku można zrozumieć dwojako:
A. Jest zniecierpliwiony by zanurzyć szpony, kły i broń w ciałach swoich byłych towarzyszy.
B. Jest zniecierpliwiony by wprowadzić w zasadzkę.
Lub najprostsze - zamarza i żeby nie zesztywnieć, rusza się chociaż jak może. Nigdy nie był przystosowany do ostrego klimatu desperacji, jak większość wojskowych rzadko zapuszczając się poza Świat-3.
A więc koniki zostają same... Smutne, ale cóż poradzić? Zerknął tylko w stronę swojego byłego wierzchowca, wzruszając barkami, po czym jego spojrzenie znów skierowało się do wnętrza ich "okręgu przyjaźni", or whatever.
Aż dramatycznie cofnął głowę, gdy zobaczył wściekłe spojrzenie białowłosego na sobie. Uniósł na moment ręce na wysokość barków w geście "dobrze, poddaje się!", po czym opuścił je, przysłuchując się zatem "recepcie" na wojskowych. A więc prosto... Zabić.
Jeśli przy okazji napotka paru gryzipiórków i parę innych... Osób, które nienajlepiej wspomina z czasu bycia wojskowymi, z ogromną przyjemnością skorzysta z okazji by przytrafił im się "nieszczęśliwy wypadek"... Plus minus zakończony ostrą dekapitacją.
"Pamiętaj że jeśli nie będzie ku temu potrzeby, nie możesz się kierować własną vendettą. Ez, nie karm tej bestii wewnątrz ciebie, bo wszystko zostanie ostro zjebane."
Tak, próba rozmowy ze sobą to zawsze coś, chociaż i tak ma przeczucia że będzie to dosyć... Trudna i długa noc. Zdecydowanie będzie. Hm, wychodzi na to że facetowi naprawdę zależy na jego podwładnych - nie pozwoli nikomu wrócić po siebie. "Uparty, ale dobry dowódca", przemknęło przez myśl byłego wojskowego.
- Jasne.
Odpowiedział natychmiastowo, co nie zmieni faktu że jeśli będzie trzeba, wróci po tego typa. Ktoś mu obiecał śmierć, nie?
A on nie zamierza zatem umrzeć z ręki nikogo innego, poza psowatym kundlem, który stoi przed nim i dyryguje całym tym tłumem zwierząt, jak prawdziwy pies alfa. Tłumem zwierząt i... Tego dziwnego czegoś, co jest jego "ochroniarzem". Yep.
Drgnął, słysząc chrzęst śniegu w pobliżu. Zwrócił natychmiastowo spojrzenie w tamtą stronę, wyuczonym gestem sięgając ku broni. Powstrzymał jednak ten gest w połowie, po tym jak i przybyły przeprosił za spóźnienie. Ach, kolejny. Cóż... Zawsze o jeden procent większe szanse na powodzenie, nie? Wrócił do swojej poprzedniej postawy, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, przemarzając już do kości. Niech się ruszą chociaż...
Zdusił westchnięcie, dowiadując się, kto będzie ich "szefem" na ten moment. Świetnie... Z pewnością nie będzie mu zależało na przeżyciu jego podwładnych. To może już lepiej zaszarżuje prosto na bramę z bojowym okrzykiem na ustach? Śmierć chociaż będzie przyjemniejsza i szybsza.
Gdy tylko Grow i jego ekipa zaczęli ruszać, Sakid nie miał w planie czekać, aż zacnej personie Ray'a zechce się ruszyć jego owłosiony zad. Wcisnął dłonie w kieszenie i ruszył ku murowi, starając się przebić swój wzrok i słuch przez zawieje śnieżną.
- Ruszycie się?
Rzucił jeszcze na odchodne za siebie, wiedząc jednak że i tamci z pewnością też już ruszyli.
Heh, kto by pomyślał że będzie się "włamywał" do miasta, którego jeszcze niedawno przed takowymi włamaniami bronił. Yep, karma to suka.

[z/t]

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Fucker on 6/1/2014, 21:15
    
Jakby nie mieli lepszych powodów do zmartwień.
Szarooki pokręcił głową ze zrezygnowaniem, jednak jego ogromną zaletą była cierpliwość. Pomimo tego, że większość ludzi w jego oczach traciła już przy samym poznaniu, na ogół nie unosił się na tyle, by traktować prychnięciem każdą wypowiedź albo od razu wykrzyczeć komuś prosto z mostu w twarz, żeby stulił swoją pierdoloną gębę, choć czasem taka opcja była bardzo kusząca. Aktualnie nie spieszyło mu się do świata za murami, więc był w stanie przeczekać falę pytań, którymi Jace został obsypany. Trzeba przyznać, że z takich względów jego praca wcale nie była łatwa – komu chciałoby się tłumaczyć wszystko, jak bandzie przedszkolaków nie znających jeszcze życia? Nie dało się jednak ukryć, że w początkowym przedstawieniu sprawy istniało wiele luk, także ostatecznie wina tego, że tracili czas na dyskusje, gdy wokół hulała zamieć leżała po obu stronach. Gdyby jednak dłużej się zastanowić, kiepska pogoda poniekąd sprzyjała ich akcji. Było ciemno, zimno i mało komu chciałoby się paradować po mieście, a nielicznych indywiduów łatwiej było się pozbyć. W dodatku wytyczono im proste zasady, które niczym nie różniły się od tego, co robił dotychczas – nie rzucać się w oczy, a w razie sytuacji podbramkowej pozbyć się swojego problemu. Ludzie to tylko ludzie – mieli przewagę jedynie w większej grupie lub w przypadku natrafienia na osobnika o zerowym doświadczeniu, kompletnie bezmyślnym, bo z takimi było najprościej.
„Przywództwo w waszej grupie przejmuje Ryan.”
Nie powstrzymał się od zerknięcia z ukosa na białowłosego. Widok częściowo przysłonił mu brzeg kaptura, jednak w jego cieniu lśniły drapieżne ślepia zionące sceptycyzmem. Gdyby jego grupa składała się na członków DOGS zapewne poszłoby prościej, ale tymczasem miał przed sobą dwójkę wyłączonych z grupy mężczyzn o wątpliwym ułożeniu (zresztą sam doskonale wiedział, że nie wszyscy przepadają za rozkazami – z własnego przykładu oczywiście). Ale lepsze to niż bycie usytuowanym niżej nawet w tak nielicznej grupie. Wypuścił powietrze ustami z cichym świstem, który został zagłuszony przez niesprzyjający im mroźny wiatr. Trzeba przyznać, że twierdzenie, iż nie zależało mu na życiu tej dwójki nie mijało się z prawdą. To, że wolał górować nad innymi nie czyniło z niego litościwego przywódcy, który oddałby życie za swoją grupę. Był despotą. Poza tym – hej! – nie znali się na tyle długo, by mieć względem siebie jakiekolwiek zobowiązania. Ponadto nie ufał nowemu nabytkowi na tyle, by w razie wywęszenia podstępu nie wpakować mu kulki między oczy lub zrobić z niego puzzli, których – być może – chciałoby się komuś szukać po całej Desperacji. Tak dla zabawy.
Gdy przyszedł czas, sam także nie zamierzał długo czekać, by wreszcie ruszyć się z miejsca, dlatego bez problemu przyszło mu puścić mimo uszu pytanie Wymordowanego. Jednak dopiero teraz wyraźniej dało odczuć się niewygodę poruszania się. Buty grzęzły już w sporej warstwie śnieżnego puchu, a wiatr w pewnym momencie zdążył uderzyć z taką siłą, że kaptur zsunął się z głowy ciemnowłosego, roztrzepując kosmyki we wszystkie możliwe strony. Ale nie to było jego zmartwieniem, prawda?
    z/t.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar
Fucker

Rottweiler     Opętany






Liczba postów :
5760


Powrót do góry Go down





Re: Wielka czerwona skała Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 1 z 23 1, 2, 3 ... 12 ... 23  Next

Powrót do góry

- Similar topics

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach