Strona 22 z 23 Previous  1 ... 12 ... 21, 22, 23  Next

Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Liselotte on 6/8/2017, 11:39
Wywróciła tylko oczami, nadal rozbawiona. Nie dało się zaprzeczyć, że w rozumowaniu dżina było nieco racji. Z charakteru zmieniła się bardzo mocno, przede wszystkim dojrzała, co na pewno miało swoje odbicie w wyglądzie. Może nie odbiło się bezpośrednio na budowie fizycznej, ale na pewno miało wpływ na sposób mówienia, ubierania, poruszania się, mimikę twarzy. To też są dość istotne elementy czyjegoś wyglądu, więc wraz z ich zmianą trzeba było uznać różnice w całości. Poza tym, Jenevier miał święte prawo nie pamiętać, jak w ogóle wygląda jego przysposobiona siostrzyczka. Był o całe wieki starszy, widział w życiu niezliczone ilości osób, a więc jedna, przeciętna przecież twarzyczka mogła gdzieś zaginąć w odmętach pamięci. Tym bardziej, że nie widzieli się przez kosmicznie długi czas. Nawet Lise, choć nie mogła pozbyć się obrazu zielonowłosego sprzed oczu musiała przyznać, że wraz z upływającymi latami szczegóły zaczynały się zacierać. Wielokrotnie pojawiała się w jej głowie myśl, że powinna była zatroszczyć się o jakąś fotografię, póki w ogóle miała okazję. Nie wpadła na to, póki całe dnie spędzali razem, a po zniknięciu dżina było już na to za późno.
- Dam sobie radę. W końcu to nie pierwszy, nawet nie drugi raz. - W końcu wędrowała po Desperacji od stuleci! Rzeczywiście, czasem podróżowanie drogą powietrzną było wygodniejsze niż dreptanie przez Czerwoną Pustynię, jednak na wysokościach też czaiło się sporo niebezpieczeństw. No i machanie skrzydłami było w podobnym stopniu męczące co przebieranie nogami, toteż ostatecznie najbardziej opłacało się połączyć oba sposoby podróżowania.
- Uważaj na siebie - odpowiedziała przyciszonym głosem, obejmując brata ramionami. Nie chciała tak szybko się z nim rozstawać, ale według wcześniejszych ustaleń sprawa została postawiona jasno: muszą ruszać każde w swoją stronę. Przez lata ich losy rozdzieliły się na tyle, że nie byli już w stanie tak jak kiedyś trzymać się kurczowo siebie nawzajem. Wierzyła jednak, że znów się zobaczą; teraz, kiedy już przekonali się, że w ogóle oboje są jeszcze wśród żywych.
- W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać. Na pewno spotkamy się niedługo - zapewniła jeszcze, nim ostatecznie nadszedł czas rozstania. Przesadnie jego przeciąganie nie było rozsądne, noc zbliżała się z każdą chwilą. Samotna dziewczyna idąca po ciemku przez Desperację... to nie był dobry pomysł.

[zt oboje, tak zakładam]
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Leith on 18/9/2017, 00:22
Widział ją z daleka — monumentalna, stroma, czerwona skała robiła na nim wrażenie. Wyglądała trochę jak samotny statek dryfujący po rozległym, spokojnym oceanie. Kolosalność i nieregularna struktura bryły pewnością potrafiła zaprzeć dech w piersiach osobie, która była zdolna do dostrzegania piękna w drobnych detalach. Czasami wystarczyło jedynie spokojnie i dokładnie przyjrzeć się czemuś, by ujrzeć coś, czego wielu nie potrafiło dostrzec — głęboko ukryte piękno.
Zatrzymał się, zadarłszy głowę do góry. Odruchowo uniósł dłoń, by w razie konieczności móc chociaż częściowo osłonić twarz przed promieniami słonecznymi. Głównie chciał chronić zdrowe oko, by słońce go niepotrzebnie nie podrażniło. Błękitna tęczówka zabłyszczała w momencie, gdy dostrzegł to czego szukał — ciemny kształt przypominający nieco samolot unosił się kilka metrów nad nim. Jastrząb krążył nad swoim właścicielem, a jego czujny wzrok badał okolicę. Ptaszysko było już wyćwiczone na tyle, że doskonale wiedziało, w którym momencie zlecieć do blondyna i poinformować go o ewentualnym, zbliżającym się zagrożeniu. Był dla najemnika jak dodatkowa para oczu, jak anioł stróż, który potrafił pomóc w każdej chwili. Był również wspaniałym kompanem w podróży — posłusznym, milczącym i znakomicie wykonującym swoje zadania.
Spuścił nieco łeb, wsadzając do ust dwa palce — kciuk i środkowy. Przymknął oczy, zdobywszy się jednocześnie na przeciągłe, długi gwizdnięcie — bo to właśnie gwizdnięciami porozumiewał się z asem przestworzy, który w wolnych chwilach przeczesywał okolicę. Sygnał, który z siebie wydusił oznaczał jedynie tyle, że czas wracać. Nayden zrobił ostatnie okrążenie w powietrzu, a następnie zbliżył się do ziemi, by ostatecznie osiąść na skórzanej, nieco zabrudzonej w piachu rękawicy, zdobiącej prawą dłoń niedoszłego weterynarza. Nieczule wbił w nią swoje ptasie pazury, a dziobem trącał skrzydło.
Leith ruszył dalej, ze wzrokiem wciąż wbitym w ogromną skałę, którą z chwili na chwilę widział coraz wyraźniej. Prócz podziwiania piękna pustynnego krajobrazu wypatrywał ruchomych kształtów — takich, które mogłyby go w jakimś stopniu zaniepokoić. Raz nawet wydawało mu się, ze faktycznie zobaczył coś, co w oddali się poruszyło. Aż zatrzymał się, by w spokoju przekonać się czy rzeczywiście coś mu mignęło, czy to tylko oko spłatało mu figla.
Lewą dłonią klepną swoje ramię, dając Naydenowi znak, by się na nie przeniósł. Jastrząb posłusznie przeskoczył na wskazane przez blondyna miejsce. Tym razem udało mu się osiąść nieco delikatniej, aby na twarzy blondyna nie pojawił się nawet cień zniesmaczenia lub bólu.
Wymordowany opadł, klęcząc na jednym kolanie. Delikatnie poruszał barkiem, na którym posłusznie stał jego kompan, a następnie zakrył dłonią zdrowe oko. Pospiesznie włączył swój mechaniczny okular i już po chwili miał idealny wgląd na całą skałę. Czterokrotne powiększenie obrazu pozwoliło mu ustalić czy wokół kolosalnego kształtu nikt się nie kręci. Przyjrzał się wszystkiemu dokładnie, a później drugi raz kliknął przycisk swojego mechanicznego cacka — chore oko straciło zdolność widzenia. Ospale zabrał dłoń sprzed prawego (zdrowego) oka, a potem mrugnął nim kilkukrotnie.
Teraz był przynajmniej pewny — w pobliżu nie było nawet śladu po żywej duszy.
Od razu powstał, pozwalając swojemu kompanowi z powrotem zająć miejsce na dłoni. Ptak przeszedł po ręce i zajął swoje miejsce. Przechylił łeb w bok, spoglądając na swojego właściciela. Wydał z siebie cichy skrzek, powracając do bacznego obserwowania drogi.
Smok ruszył z miejsca. Stawiał dość szybkie kroki, nie tracił niepotrzebnie czasu, chciał jak najszybciej dostać się do skały. Nic dziwnego, że nawet nie spostrzegł kiedy minęło te kilkanaście minut, w ciągu których dotarł do celu.
Przy tej przeogromnej skale czuł się taki mały — zupełnie jak drobna mrówka przy człowieku. Szybko skierował spojrzenie w górę, jednocześnie poprawiając torbę, którą niósł na ramieniu. Nie miał w niej nic drogocennego — kilka szmat, pół butelki wody i jakieś śmieci.
Dobre kilka minut wpatrywał się w jeden punkt, a Naydenowi polecił by ten wzleciał w powietrze, osiadł na jakimś kamieniu nieco wyżej i rozglądał się za nieproszonymi gośćmi — w końcu Ci zawsze mogli się pojawić, lubili wybierać te najmniej odpowiednie momenty.
Blondyn oparł się plecami o skalną ściankę i zsunął się, lądując na piachu. Rozprostował nogi i zdjął torbę, stawiając ją obok swojego uda. Szczupłe palce z trudem rozpięły zacinający się zamek i odszukały plastikową butelkę z bezbarwną cieczą. Chwycił za nakrętkę, pozbył się jej prędko i przycisnął naczynie do ust, upijając kilka oszczędnych łyków napoju, by pozbyć się choć na chwilę nieprzyjemnie drażniącego uczucia suchości w gardle, które towarzyszyło mu zdecydowanie zbyt często.


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar





Leith
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Chyży on 28/9/2017, 01:14
........Chyży otarł dłonią wargi, pozbywając się śladów krwi i rzucił surowy kawałek mięsa w stronę Pożogara. Trzeba było przyznać - było to mało eleganckie, ale w aktualnym skwarze nie miał ochoty na tego typu finezje jak rozpalanie ogniska, by upiec sobie kawałek mięsa. Tym bardziej, że z aktualnej ofiary wcale go tak dużo nie było, a jego podopieczny nie należał do wybrednych kundli. Z kolei on sam był przyzwyczajony do jedzenia mięsa pod praktycznie każdą postacią, żołądek miał nadzwyczaj mocny. Co prawda nie akceptował bardzo starej padliny, ale generalnie odrzucał niewielką ilość pokarmów. Choć na pustyni ciężko było znaleźć przyzwoitą zdobycz, to upolowane stworzenie wystarczyło, by zaspokoił głód na najbliższe parę godzin. Przy odrobinie szczęścia może będzie mógł przez resztę dnia zachowywać się w miarę cywilizowanie. Cóż za radość.
Gdy z nieszczęsnej ofiary zostały tylko resztki poklepał Pożogara po łbie i poprzez długi gwizd wysłał go do przodu. W zależności od sytuacji i polecenia jego kundel reagował na komendę wydaną w języku irlandzkim, bądź też na rozbudowany system gwizdnięć. Co prawda czasem jeszcze mieli pewne starcia w wyniku błędnej komunikacji, ale jak na stosunkowo krótki okres tresury szło im nadzwyczaj dobrze. Decyzja o uratowaniu kundla była jedną z jego najlepszych decyzji - pomimo ślepoty bestia stanowiła naprawdę paskudne zagrożenie dla wrogów. A przy okazji miał się do kogo odezwać. Chyży ogółem był całkiem towarzyski, tyle że odczuwany głód dość często zabierał mu urok osobisty. Taka sytuacja.
Rozgrzany piasek parzył, w wyniku długiej wędrówki podeszwy butów starły się nieco i nie chroniły już aż tak dobrze przed gorącem. Nicca niespecjalnie się tym przejmował, ale prędzej czy później pewnie zrobi się to uciążliwe. Na parę najbliższych tygodni pewnie przeniesie się do Apogeum. Łatwiej znosiło się tam ostatnie upały. Polowanie też częściej było w pewien sposób prostsze. Za to na pustyni czasem można było trafić na przeciwników naprawdę godnych uwagi... z naprawdę ciekawym asortymentem. Coś za coś. Desperacja tak czy owak była parszywym miejscem, ale w innych częściach globu nie było wcale dużo lepiej.
Na horyzoncie zamajaczył kształt wysokiej skały. Bardzo charakterystyczny. Jeden z ulubionych punktów obserwacyjnych Chyżego. Poza tym przy aktualnym położeniu słońca powinna dawać sporo cienia, co z kolei stanowiło idealną okazję do odpoczynku. Tropiciel przyspieszył kroku, chociaż wpierw przywołał do siebie Pożogara. Od czasu do czasu starał się go utrzymać przy nodze, chociaż była to rzecz, która niespecjalnie przypadła popielatemu kundlowi do gustu. Cóż, nie zawsze mogło być idealnie.
Pomimo pozornie swobodnego kroku zmysły wymordowanego pracowały na pełnych obrotach. Co jakiś czas zerkał również w niebo, nie chcąc przegapić przypadkiem jakiegoś zagrożenia z góry. Widział już naprawdę różne stworzenia na Desperacji i nie miał zamiaru stać się kolacją jakiegoś przerośniętego ptaszyska. Czy też późnym obiadem. Może nie zawsze doceniał życie w należyty sposób, ale nie zamierzał się z nim w jakiś głupi sposób rozstawać.
W odległości kilku metrów od skały Pożogar warknął cicho, ponownie dając mężczyźnie sygnał, że wyczuwa kogoś obcego. Nicca zignorował jednak ostrzeżenie kundla, a wręcz machnął uciszająco dłonią. Wcześniej był przygotowany do walki, a nawet zastanawiał się, czy nie wysłać bestii przodem, ale gdy sam zbliżył się w stronę skały wszystko nabrało sensu. Znał rytm tego serca. Wrażliwy, wręcz nadwrażliwy słuch był nieco upierdliwy, ale podobnie jak koń Chyży potrafił po dłuższym czasie znieczulić się na bodziec, bądź też przyzwyczaić do niego. Zresztą każdy człowiek potrafił ignorować odgłosy wydawane przed otoczenie. W momencie ciszy absolutnej nawet przeciętna osoba będzie słyszeć szum własnej krwi, czy dźwięk pracujących płuc, co potrafiło doprowadzić do szału. Chyży po prostu odczuwał to na większą skalę. W wypadku drobnych niedogodności jego zmysły przyzwyczajały się szybko. Gorzej, gdyby mówić o wystrzałach z broni palnej, ale to akurat w tym momencie było nieważne.
-  Leith - miękki głos Chyżego starannie przeciągnął samogłoski, wydłużając tym samym imię Smoka. -  Nie przywitasz się?
Tropiciel przesunął się wzdłuż skały, podążając za zmysłem słuchu. Cóż, wyczuwanie tętna, rozpoznawanie bicia serca w zależności od osoby wychodziły tylko na przestrzeni kilku metrów, ale w tym wypadku to wystarczyło. Z reguły zresztą akurat ten aspekt był stępiony - olbrzymia liczba bodźców szybko znieczulała, jednak przez ostatnie kilka dni mężczyzna podróżował tylko z Pożogarem po naprawdę mało zamieszkałych terenach. Samotność wyostrzała zmysły, ale życie i tak potrafiło je stępić. Zresztą, pewnie to i lepiej. Inaczej Nicca już dawno zwariowałby.
-  A kuku? - rzucił, gdy w końcu dostrzegł znajomą czuprynę, a na jego twarzy zagościł krótki uśmiech.
Niepoważny jak zawsze.


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Leith on 11/10/2017, 14:55
Obracał plastikową butelkę w dłoni, obserwując przelewającą się w niej wodę — czasami nie doceniał tego jak duże ma szczęście, bo o wodę na Desperacji zawsze było trudno. Zresztą, pokłady jakichkolwiek dóbr były mocno ograniczone — coraz więcej wysiłku trzeba było włożyć w poszukiwania, by znaleźć chociażby część rzeczy, która ułatwiłyby funkcjonowanie w tych parszywych czasach. Czasami trzeba było dobrze kombinować, żeby ostatecznie nie pozostać bez niczego — bo to chyba najgorszy scenariusz.
Dźwięk przelewającej się w butli wody uspokajał go — mógł na chwilę zamknąć oko (bo przecież widział tylko na jedno, na drugim miał mechaniczny okular) i wyobrazić sobie, że jest w zupełnie innym miejscu. Mógł zapomnieć, że siedzi oparty o skałę po środku pustyni, mógł zapomnieć o upale. Myślami przeniósł się nad wodę, gdzie chłodny wiatr smagał go po twarzy i rozwiewał włosy — ciecz rozlewająca się w plastikowym naczyniu, które trzymał w dłoni tylko wzbogacała to wyobrażenie, nadawała mu mocy i sprawiała, że wydawało się ono jeszcze bardziej realne, zupełnie jakby Leith był w stanie momentami czuć te orzeźwiające podmuchy powietrza. Oddychał wolno i spokojnie — jego rozwinięta wyobraźnia była jednym z większych skarbów jakie posiadał. Przyjemnie było przenieść się w inne miejsce choć na chwilę, nawet jeśli to była tylko (albo aż) podróż w myślach.
Zgiął nogę, po czym przyciągnął ją do klatki piersiowej, opatulając rękoma. Oparł się wygodniej o skałę, choć jej nieregularna budowa sprawiała, że i tak nieprzyjemnie wżynała mu się w plecy. Trochę mu zajęło zanim usadowił się na tyle dobrze, by móc czerpać z odpoczynku jak najwięcej. Jego umysł oderwany od rzeczywistości również odpoczywał. Na chwilę zapomniał o tym parszywym, otaczającym go świecie. Zapomniał również o Naydenie, który kilka metrów nad jego głową osiadł na jednej z wystających skał i uważnie obserwował okolicę, w tamtej chwili wzrok jastrzębia zastępował zmęczony wzrok niedoszłego weterynarza, który starał się odpocząć u stóp ogromnej, czerwonej skały. Co prawda miejsce na postój wybrał sobie słabe, ale zmęczony organizm odmawiał mu posłuszeństwa.
Ptak wyglądał jak posąg — wydawałoby się, że zastygł w bezruchu, ale jego zwierzęce oczy były niesamowicie żywe, z nieludzkim zainteresowaniem poruszały się, rozglądając się na boki. Co jakiś czas zerkał w stronę swojego właściciela, upewniając się czy aby na pewno wszystko z nim w porządku. Dopiero po kilku, może kilkunastu minutach coś posłyszał. Bez chwili namysłu postanowił zlecieć do blondyna, nawet nie potrzebował jego sygnału by wiedzieć, że powinien zrobić to, co jest słuszne. Rozpostarł skrzydła i pospiesznie zleciał na dół, lądując tuż obok Lockleara, który nadal był pogrążony w myślach, sprawiał wrażenie nieobecnego. Twarz miał spokojną, ale widać było na niej jakąś dziwną radość, której zwykle nie dało się dostrzec w jego obliczu.
Za późno się ogarnął, podświadomie ignorował ptasi skrzek swojego kompana i jego usilne próby zwrócenia na siebie uwagi. Ocknął się dopiero, gdy poczuł jak twardy dziób dźga go przez rękawiczkę w dłoń. Wtedy zerwał się, otwierając szeroko oko i mimowolnie zaciskając w dłoni plastikową butelkę, aż ta narobiła przy tym nieprzyjemnego hałasu. Natychmiast rozejrzał się na boki, a Nayden odskoczył w bok.
Usłyszał swoje imię.
Obawa napłynęła znikąd, w pierwszej chwili nawet nie rozpoznał głosu Chyżego, po prostu wsparł się na dłoniach i jak najszybciej uniósł swoje ciało, by być gotowym na konfrontację z nieznanym. Jastrząb automatycznie wzleciał nieco nad głowę blondyna, by być gotowym na ewentualny sygnał i atak.
Negatywne emocje go opuściły, gdy zza skał wyszedł dobry znajomy. Nayden zleciał, osiadłszy na ramieniu weterynarza, skrzecząc radośnie. Widocznie nie miał problemu z rozpoznaniem tropiciela, wydawało się, że cieszy się na jego widok. I na widok psa Chyżego. Był jakiś niespokojny, w przeciwieństwie do swojego właściciela, który zachował powagę i spokój, kryjąc to, że widok mężczyzny również i jego jakoś poruszył.
Złapał się za szyję, osadziwszy kciuka na grdyce — prawdopodobnie chciał tym drobnym gestem przypomnieć tropicielowi, że wciąż ma problemy z głosem. Od razu po tym pozbył się nakrętki i przycisnął butelkę do ust, robiąc spory łyk czystej wody. Następnie zakręcił butlę z powrotem i odchrząknął donośnie.
Co za... spot-tkanie — powiedział, krzywiąc się nieznacznie, a jego głos zadrżał, jakby w te słowa wkradła się jakaś niepewność. W rzeczywistości jednak blondasa zabolało gardło, zupełnie jakby wraz ze swoją kwestią nałykał się piasku, który teraz nieprzyjemnie drażnił jego przełyk. — Cc-o u Was? — zapytał cicho, przełykając ślinę. Spojrzał na Pożogara, zasłaniając jasną grzywą mechaniczne oko, które gdzieś w międzyczasie się odsłoniło.


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar





Leith
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Chyży on 15/10/2017, 19:13
......Chyży stuknął upominająco swoją bestię w kanciasty łeb. Pożogar miewał tendencję do warczenia na wszystko i wszystkich - niezależnie od tego, jaką sympatią czy też antypatią pałał jego właściciel do danej osoby (czy też rzeczy). Było to trochę irytujące przyzwyczajenie, ale cóż, wszystko w swoim czasie. Jak na razie i tak największym postępem był fakt, że w końcu przestał gryźć go przy każdej możliwej okazji, włącznie z momentem, gdy zmieniał się w centaura. Wcześniej bestia miała paskudny nawyk niedelikatnego łapania kłami ścięgien, ale po drugim celnym kopniaku stracił zapał do tej zabawy. Na własne i Chyżego szczęście.
-  Niespodziewane, nie zaprzeczę- poprawił związane w warkocz włosy, a następnie wyciągnął prawą dłoń do przodu, by poczochrać Smoka po głowie. -  Po staremu, chociaż ostatnio zrobiło się zdecydowanie ciekawiej. Prawda, Pożogar?
Bestia zwyczajowo parsknęła cicho i odwróciła się zadem w stronę tropiciela, jakby obrażał ją sam fakt, że wspominał o ostatnich wydarzeniach. Kundel położył się na piachu, mając najwyraźniej gdzieś nadchodzącą pogawędkę.
-  Hmh. Chyba się obraził. Ciężko stwierdzić, ostatnio ma swoje nastroje. A ja, cóż, powiedzmy, że spotkałem... kogoś, kogo długo szukałem - wzruszył ramionami, po czym zaśmiał się niewesoło. -  Długa historia, kiedy indziej opowiem ze szczegółami. Jak spisuje się Nayden?
Tropiciel musnął palcami szpony ptaka, ale nie planował bardziej się spoufalać. Jastrząb nie był jego własnością i powinien sam zainicjować ewentualny kontakt, niezależnie od ilości wcześniejszych spotkań, czy też ich rodzaju. Pożogar przykładowo nie akceptował nikogo, oprócz niego (a i to z pewną łaską w zachowaniu) i chociaż nie rzucał się już każdemu do gardła, to na ewentualne głaskanie reagował bardzo nerwowo. Chociaż pewnie stała za tym jego wrodzona tendencja to bycia wrednym, no ale...
-  No, ale nie będziemy stać jak dwaj durnie. Równie dobrze można usiąść, skoro piasek w cieniu nie parzy takim gorącem - ponownie skierował niebieskie oczy na twarz towarzysza. -  Chyba że masz w planach jakąś dłuższą wycieczkę, hmh?
Jemu się nie spieszyło. Nic wielkiego nie miał w planach, chociaż teoretycznie powinien zacząć zastanawiać się nad tym: "co dalej?". Szczerze rzecz ujmując, na razie po prostu nie miał na to ochoty. Chociaż powoli rozgryzał organizacja pałętające się po Desperacji, to i tak jego wcześniejsza decyzja o możliwym dołączeniu do jednej z nich zawisła w pustce. Po prostu zmieniły się trochę okoliczności, a on musiał przetrawić pewne sprawy. Mentalnie.
- Chociaż ten klimat chyba nie jest dobry dla gardła. Z drugiej strony, marny ze mnie lekarz. Równie dobrze ja mogę mówić, a ty potakiwać albo zaprzeczać. Chyba że chwila pogawędki nie zaszkodzi ci bardziej - najwyraźniej dopiero teraz przypomniał sobie, że z głosem Leith'a nie zawsze wszystko było w porządku.
No cóż, bywał niedomyślny. Czy też raczej, czasami jego myśli nie skupiały się na tym, na czym powinny w danym momencie.


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Leith on 21/10/2017, 23:37
W niebieskim oku blondyna pojawił się błysk, jakby zagubiła się w nim jakaś samotna iskierka, która zdradziła lekkie zainteresowanie, nieumiejętnie kryjące się w jego spojrzeniu. Zazwyczaj tłamsił w sobie wszelkie emocje, które chciały wyjść na wierzch. Nie pokazywał ich, jakby były jakąś cholerną słabością, ale w obecności niektórych osób po prostu nie potrafił się dłużej się powstrzymywać, a Chyży z pewnością zaliczał się do tego wąskiego grona. Nie znał go zbyt długo, nie byli najlepszymi kuplami, ale dla Leitha to wystarczyło, by darzyć go jakimś unikatowym, dziwnym rodzajem sympatii. Niewątpliwie tropiciel bardzo u niego zapunktował podczas akcji ze schwytaniem Naydena, ale prócz tego w ich relacji musiało się kryć coś więcej, coś co weterynarz szybko dostrzegł, coś co sprawiało, że dobrze czuł się w obecności tego wymordowanego i jego psa.
„Niespodziewane, nie zaprzeczę.”
Usta niebieskookiego delikatnie drgnęły, przeistaczając się w bardzo delikatny, ledwo zauważalny uśmiech. Uciekł na chwilę wzrokiem gdzieś w bok, ale dość szybko wrócił do wpatrywania się w znajomego, bo ten wyciągnął przed siebie dłoń, wplątując szczupłe palce w jasne włosy doktora. Locklear zdecydowanie nie był przyzwyczajony do tego typu gestów, więc nic dziwnego, że przez dosłownie kilka sekund wyglądał na nieco zakłopotanego. Na szczęście dość szybko poradził sobie z wypędzeniem z siebie tego całego zmieszania. Dla niepoznaki starał się jak najszybciej wykrzesać z siebie jakieś inne emocje, byleby opętany nie dostrzegł tej chwili słabości.
„(...) ostatnio zrobiło się zdecydowanie ciekawiej. Prawda, Pożogar?”
Ciekawiej?
Od razu się zainteresował. Spojrzał najpierw na Pożogara, a później na jego właściciela, posyłając tej dwójce pytające spojrzenie. Widocznie chciał się dowiedzieć więcej, chciał wiedzieć co takiego zadziało się w życiu Chyżego, prawdopodobnie i tak mieli spędzić ze sobą trochę czasu razem skoro już się spotkali, a słuchanie o przygodach ciemnowłosego przerwałoby nieprzyjemną ciszę, która mogłaby zapaść ze strony Leitha. Szczęście, że tropiciel należał do bardziej wygadanych osób i potrafił prowadzić rozmowę, nawet jeśli druga strona głównie milczała (choć z pewnością chciała rozmawiać).
„Jak spisuje się Nayden?”
Ptak zaskrzeczał wesoło słysząc swoje imię. Dziobem delikatnie stuknął dłoń Kobayashiego, ruszając przy tym skrzydłem. Później spojrzał na swojego właściciela, by ponownie powrócić do obserwacji tropiciela i jego psa. W tym samym czacie Locklear poszerzył uśmiech, unosząc wolną dłoń do góry. Pomachał znajomemu kciukiem przed twarzą, tym samym sugerując, że jastrząb sprawuje się wyśmienicie.
Nay-den, jak si-ię sprawuje-sz? — zwrócił się do swojego skrzydlatego przyjaciela, zaczepiając palcem o jego pióra. Ptaszysko oczywiście dumnie wypięło się i wydało z siebie donośny okrzyk, jakby chciało potwierdzić, że jest idealnym pupilem i spisuje się idealnie. Ale taka też była prawda — po kilku, może kilkunastu dniach tresury i treningów Leithowi udało się jakoś poskromić tego cholernego, pierzastego samca na tyle, by był posłuszny i przydatny. Szybko też nauczył się reagować na te przeróżne gwizdnięcia.
Nie, usiądź-my — od razu przystał na propozycję Chyżego, nawet nie trzeba go było specjalnie namawiać. Nadal był zmęczony, więc z przyjemnością usiadłby w cieniu i w miarę możliwości pogadał (albo chociaż posłuchał) mężczyzny. Skoro mógł przyjemniej spędzić ten czas, to nie miał zamiaru rezygnować z takiej okazji. Poza tym... nie spotykali się wcale tak często, więc tym bardziej musiał wykorzystać ten czas. A raczej chciał.
Machnął ręką pokazując, że nieco dalej są dwa, w miarę duże głazy, na których mogliby usiąść. I nawet były w cieniu, wystarczyło tylko do nich podejść, a w międzyczasie mogli zacząć konwersację.
Oo-powiadaj — powiedział cicho, zmierzając w stronę, którą wcześniej wskazał.


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar





Leith
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Chyży on 22/10/2017, 14:04
....... Na twarz Chyżego ponownie wstąpił delikatny uśmiech, który znacznie ocieplił pozornie chłodne szaroniebieskie oczy. Cieszył się, że więzi pomiędzy Naydenem, a Leith'em stają się coraz mocniejsze, dzięki czemu ich współpraca pewnie również wyglądała coraz lepiej. Musiał przyznać, że Smok miał wyraźny talent, jeśli chodziło o dogadywanie się z pierzastymi stworzeniami. Zresztą kto wie, może obejmowało to też inne zwierzęta, ale po prostu jasnowłosy nie miał jeszcze okazji, by się co do tego przekonać. A bystrze złośliwy Pożogar był raczej złym obiektem badawczym, przeważnie lubił robić wszystko na przekór, podobnie zresztą jak jego właściciel. Nie ma co, dobrali się perfekcyjnie.
-  Cóż, wygląda na to, że faktycznie wspaniale się układa - mruknął z widocznym zadowoleniem malującym się na twarzy. - To dobrze. Ptaki są świetnymi towarzyszami, gdy już się je oswoi.
Popielaty kundel warknął cicho, z niemą pretensją odmalowaną na pysku. Hayate mimowolnie uniósł jedną brew w górę, zaskoczony nieco zachowaniem podopiecznego, który sprawiał wrażenie, jakby nie dość, że rozumiał cały przebieg rozmowy, to jeszcze w dodatku był tym faktem zniesmaczony. Proszę, proszę, chyba faktycznie zaczęła przemawiać przez niego zazdrość, bo z wyraźną złością wstał i zaczął krążyć między nogami tropiciela, łapiąc go zębami za nogawki spodni.
-  Jest zazdrosny - stwierdził ze zdumieniem i rozbawieniem jednocześnie. -  No proszę. Daj spokój, Pożogar. Nie mów, że uważasz pierzastego za konkurencję. To dwie różne kwestie.
Pochylił się i podrapał za uszami uparte stworzenie, które od razu kłapnęło ostrzegawczo zębami na taki przejaw zainteresowania. Tropiciel nie bardzo się tym przejął, gdyby kundel rzeczywiście chciał go ugryźć, już dawno zrobiłby to. Znał już na wylot jego zwyczaje, poza tym przy jego stopniu regeneracji nie bardzo musiał się przejmować ewentualnymi ranami odniesionymi podczas kontaktów z psem. Co prawda ugryzienia Pożogara były cholernie bolesne, ponieważ jednocześnie robiło się z tego oparzenie, ale cóż. Był w stanie to znieść.
- To świetnie - rzucił, gdy ten przystał na jego propozycje, niemalże od razu ruszając we wskazanym kierunku.
Spojrzeniem ponownie odnalazł twarz Smoka i słysząc jego kolejne słowo zaśmiał się cicho. Poufale objął go za szyję jednym ramieniem i z rozbawieniem drugą dłonią ponownie potargał jego włosy.
- Coś taki ciekawski, Leith? - rzucił, odsuwając się już po chwili od chłopaka. - To w gruncie rzeczy niezbyt interesująca historia.
Wsunął dłonie do kieszeni spodni, nie przejmując się w ogóle tym, że najprawdopodobniej mocno naruszył przestrzeń osobistą towarzysza. Nicca nie zauważał takich granic, a nawet jeśli, to najczęściej je ignorował. Kiedyś był trochę bardziej subtelny pod tym względem, teoretycznie był nieco poważniejszy, ale po śmierci nieco zmieniły mu się priorytety. Nigdy nie zgorzkniał, chociaż czasem jego bycie lekkomyślność była nieco wymuszona. Niemniej wszyscy mieli swoje własne demony, czy jakkolwiek inaczej to nazwać.
- Wspominałem ci, że kogoś szukam, prawda? - mruknął, przymykając ślepia. - Dlatego tak uważnie przyglądałem się Drug-on'om. Miałem wrażenie, że byłby to dobry trop i odpowiedni punkt zahaczenia. Cóż, nie zdążyłem z tym nic więcej zrobić, ponieważ całkowitym przypadkiem wpadłem na swoją zgubę.
Parsknął nieco gorzkim śmiechem i odchylił głowę do tyłu.
- To było, no cóż. Interesujące. Niemniej to naprawdę nie jest rozmowa na dzisiejszy dzień. Sam jeszcze do końca tego wszystkiego nie przetrawiłem - urwał na chwilę. - Muszę teraz przemyśleć parę kwestii, Leith. Dokonać pewnej korekty swojego aktualnego kursu.
Przeciągnął się i gdy ponownie otworzył oczy, widać było w nich jedynie rozbawienie.
- Ale daj spokój, to mało istotne - okręcił sobie długi kosmyk włosów wokół palca. - Bardziej interesują mnie twoje przygody. Coś ciekawego się ostatnio działo? Znalazła się jakaś interesująca panna? Pan? Parka? A może po prostu coś niezwykłego się działo? Hmh, chociaż w tym świecie raczej mało co jest zwykłe.
Wyszczerzył zęby w bezczelnym uśmiechu i opadł na piach, od razu opierając się plecami o skałę.
- Bo ja miałem jeszcze jedną przygodę - mruknął z pewną zadumą.
Hmh. Biła dotychczasowo wszelkie rekordy absurdów, aczkolwiek nie wiedział, czy powinien dzielić się tym z Leith'em. Co prawda Smok był świadomy, że z powodu głodu potrafiło mu czasem odbić, ale cóż...

|| Tak, tak. Trzeba jakoś poruszyć kwestię, że się zaraził *kaszl*


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Leith on 30/10/2017, 19:32
Leith nigdy nie potrafił dogadywać się z ludźmi — od najmłodszych lat pomagał ojcu w rezerwacie, w którym to właśnie spędzał większość swego czasu, przez co jego relacje z innymi stawały się coraz słabsze, a on niemalże całą swoją uwagę skupiał na nowych, ptasich przyjaciołach. Dość szybko udało mu się znaleźć wspólny język ze zwierzętami — rozumiał je, a one rozumiały jego. Właśnie wtedy zrozumiał, że w towarzystwie skrzydlatych czuje się znacznie lepiej niż wśród ludzi. Jego wizyty w rezerwacie były coraz dłuższe, aż w końcu uznał, że potrafi funkcjonować bez rodziny i przyjaciół. Utrata komfortu podczas mówienia dodatkowo utrudniła mu nawiązywanie nowych znajomości i utrzymywanie kontaktów, dlatego w efekcie końcowym został praktycznie sam, a jego jedynym towarzyszem był właśnie Nayden. Zatem nic dziwnego, że Chyży znajdował się bardzo wysoko w hierarchii blondyna, w końcu to tylko i wyłącznie dzięki jego pomocy udało się dorwać tego jastrzębia, a później przemianować go na kompana podróży. Nadal był tropicielowi cholernie wdzięczny za pomoc — bez niego by się nie udało. Wdzięczności jednak nie potrafił okazywać, choć sam fakt, że wysilał się, by jakoś odpowiadać mężczyźnie wskazywał raczej na to, że musi go traktować inaczej niż innych. Lepiej.
„Ptaki są świetnymi towarzyszami, gdy już się je oswoi.”
Poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć. Nieme wiem wydobyło się z jego ust, zupełnie jakby nie potrafił z siebie wydusić nawet najcichszego szeptu, jakby jego gardło zmieniło się w kamień i nie chciało nawet drgnąć. Wypuścił jedyni powietrze z pomiędzy warg, co brzmiało nieco jak pełne zrezygnowania westchnięcie. Zdecydowanie zbyt często był niedyspozycyjny jeśli chodziło o rozmowy, czasami czuł się jakby naprawdę tracił głos, ale zwykle wystarczyła krótka przerwa od wysiłku (którym było dla niego mówienie), a wszystko powracało do normy. Jednego mógł być pewny — żadne lekarstwa czy też kuracja nie były w stanie oddać mu głosu i naprawić zdewastowanego gardła. Próbował naprawdę wielu medykamentów i wielu różnych sposobów — wszystkie jedynie odrobinę łagodziły ból, którego doświadczał podczas skrupulatnego wyduszania z siebie słów.
Czasami zdarzało mu się śmiać w myślach ze swojej własnej, tragicznej sytuacji — doskonale wiedział, że samotne wędrówki nie są dla niego wskazane, bo był raczej łatwym celem. Walczyć nie potrafił, żadnych ofensywnych mutacji nie posiadał, a w razie potrzeby nawet nie mógłby wołać o pomoc. Wołanie o pomoc zawsze przypominało mu o tym, jak to został złapany przez jakichś rabusiów, którzy przez kilkanaście lat go torturowali i więzili — to właśnie wtedy darł się dniami i nocami, do momentu aż jego głos zaniemógł. Jego gardło było jak rozwalone narzędzie, którego nie dało się naprawić, ale wciąż można było je w jakiś sposób wykorzystać.
Przyglądał się kundlowi znajomego z nieudawanym zaciekawieniem. Faktycznie, można było odnieść wrażenie, jakby psisko rozumiało każde słowo, jakby ludzki bełkot był dla niego zrozumiały. Właściciel mechanicznego oka uśmiechnął się nawet delikatnie, podczas gdy Pożogar dawał upust swojej zazdrości, maltretując biedne nogawki swojego pana.
Widzę... ale to mą-dry ppies — odparł po krótkim milczeniu ze swojej strony. Od razu przeniósł wzrok na zwierzę, poprawiając palcami grzywkę, zza której zaczął wystawać kawałek żelastwa. Doskonale pamiętał jak Nayden na początku miewał swoje humorki — potrafił wzlatywać na ogromne wysokości i znikać gdzieś, aż lekarz musiał przyjmować swoją biokinetyczną formę i latać za nim, próbując go jakoś namówić do powrotu. Ale każdy pupil miał swoje dziwne zachowania, które nadawały mu wyjątkowości.
Odwrócił łeb i ruszył przed siebie, w stronę wcześniej zauważonych kamieni, na których to razem z Chyżym miał sobie spokojnie przysiąść i odpocząć. Nie spodziewał się, że w czasie tej krótkiej podróży zostanie przez niego zaatakowany. Może i nie znał tropiciela zbyt perfekcyjnie, ale zdążył już zauważyć, że ten bez problemu przekraczał granice, które niektórzy mogliby uznać za naruszanie przestrzeni osobistej. Ale Leith nie miał z tym zbyt wielkiego problemu, o ile ktoś nie sadził swoich łapsk do jego blizn i tatuaży, bo miejsca na jego ciele ozdobione ranami lub tuszem były niezwykle delikatne.
Zaśmiał się cicho, wspaniale kamuflując swoje zaskoczenie. Od razu też poprawił swoje włosy, bo po tym jak znajomy je potargał, kilka kosmyków odstawało na boki, zakrywając twarz.
„Coś taki ciekawski, Leith?”
Jak nnie chce-sz, to nie móww — odparł z trudem, ale też jakby od niechcenia. Najpierw Chyży proponował, że to on będzie opowiadał, a w momencie, gdy weterynarz zainteresował się, to zadawał takie głupie pytania. Szokiem i tak mogło być to, że Locklear faktycznie chciał wiedzieć, w końcu odzywał się tylko wtedy gdy czuł taka potrzebę albo kiedy faktycznie był w stanie wytrzymać nieco bólu, by przeprowadzić w miarę normalną pogawędkę.
„Wspominałem ci, że kogoś szukam, prawda?”
Kiwnął głową.
„(...) przyglądałem się Drug-on'om.”
Zaciekawił się bardziej, mrużąc oko. Słuchał go w skupieniu, jakby faktycznie opowiadał jakąś świetną opowieść pełną wyścigów, wybuchów i dziwnych stworzeń. Wciąż tylko machał łbem, przyglądając się Chyżemu i dając mu znaki, że cały czas go słucha. W międzyczasie usiadł na kamieniu, a Nayden wesoło zaskrzeczał. Doktor upił łyk wody, ale nadal słuchał swojego rozmówcy.
„Bardziej interesują mnie twoje przygody.”
Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Dłonią wskazał na swoje gardło. Już miał mu przerwać jakimś cholernie przeraźliwym chrząknięciem, ale tylko przełknął głośno ślinę.
„Znalazła się jakaś interesująca panna? Pan? Parka?”
Zakrył twarz dłonią, jednak wciąż było widać jego usta. Uśmiechnął się, odsłaniając swoje nieco poniszczone zęby.
Wystarczy mi, że ter-az mam Ciebie — powiedział jakby bez jakiegokolwiek problemu, ale chwilę po tym roześmiał się, wyduszając z siebie kilka charczących odgłosów. — Poza tym wwiesz, że du-żo Ci nnie opowiem. — Rozmasował palcami grdykę, a potem wbił w tropiciela pytające spojrzenie.
Kogo sz-szukałeś? I jjaką przy-godę?


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar





Leith
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Chyży on 11/11/2017, 23:04
........Chyży prychnął cicho, słysząc słowa Smoka i przeniósł spojrzenie na swojego kundla.
- Mądry, mądry. Szkoda, że w parze z tym idzie też złośliwość - mruknął, a następnie westchnął. - Cóż, przynajmniej nigdy się z nim nie nudzę. Zawsze czymś mnie zaskoczy.
Niezaprzeczalna prawda. Zresztą, tropicielowi pasowało, że jego psi towarzysz nie jest miękką kluchą. Wolał zwierzę, które trzeba było nauczyć kontrolować agresję, niż takie, z którego takową agresją trzeba wydobyć. W aktualnym świecie było to dla niego po prostu bardziej opłacalne, a i sam trening choć nie był prostszy, to skupiał się na łatwiejszych do zorganizowania punktach.
Jak nnie chce-sz, to nie móww.
Czas wrócić myślami z powrotem na ziemię.
- Och, daj spokój, Leith, tylko się z tobą droczę - rzucił, owijając sobie jakiś pojedynczy kosmyk włosów Smoka wokół palca. - Wiesz, charakter mam podobny do  swojego kundla. Tyle że on chyba jest bystrzejszy.
Wzruszył ramionami, pozwalając sobie trochę na złośliwości wobec siebie samego. Nie uznawał żadnych granic, również tych własnych. Nie zawsze było to dobre, ale taki już wykształcił się u niego charakter na przestrzeni ostatniego tysiąclecia. Łamał wewnętrzne bariery, ilekroć zaczynały go nadmiernie ograniczać, a potem podnosił je z gruzów, gdy zaczynał gubić samego siebie we wszystkich powstałych odłamkach. W tej perspektywie drobne przytyki nie były czymś, co mogło zagrażać jego osobowości. Zakładając, że w ogóle jeszcze posiadał coś takiego jak wewnętrzne "ja".
Przeniósł spojrzenie na jastrzębia i pozwolił sobie teraz na znacznie subtelniejszy uśmiech. W gruncie rzeczy Chyży rzadko kiedy ukrywał swoje emocje, nie bał się ich specjalnie, aczkolwiek miewał nawyk do krycia pewnych bardziej... osobistych odczuć. Szaroniebieskie spojrzenie zawsze było pełne rozbawienia/kpiny, ilekroć ktoś schodził na tematy, które wymagały od niego wyszarpnięcia z siebie części głęboko skrywanych uczuć. Zresztą, rzadko kiedy lico tropiciela odbijało poważny wyraz. Zdawał się być lekkoduchem, który nieszczególnie przejmuje się nawet tymi skrajnie nieprzyjemnymi sytuacjami. Czasem wymuszonym, no ale...
Wystarczy mi, że ter-az mam Ciebie.
Łobuzerskie iskierki ponownie rozbłysły w jego oczach.
- Huh? - mruknął, kładąc podbródek na barku mężczyzny. - Jaka szkoda, że miewasz problemy z mówieniem, chętnie posłuchałbym coś więcej w tym temacie.
Zaśmiał się miękko na równi ze Smokiem, jednak tym razem się nie wycofał, zostawiając swoją głowę w tym samym miejscu. Oparł się większą częścią tułowia o towarzysza, przy okazji wsłuchując się w rytm jego serca, by później móc go szybciej rozpoznawać. Gdzieś głęboko w sobie słyszał Głód - stałego partnera podróży, jednak póki co wcześniejszy posiłek zdawał się mu wystarczyć. W końcu było to niedawno, dlatego ten drobny dyskomfort był praktycznie niezauważalny dla tropiciela, niemniej zdawał sobie sprawy, że tym razem nie może przesadzić z przekraczaniem granicy. Powinien mieć parę godzin spokoju, ale później będzie musiał się bardziej kontrolować. Nie miał ochoty, by zaczęło mu odbijać przy kimś, kogo mógł nazwać dobrym znajomym. Leith miał w sobie coś, co potrafiło go rozczulić, jakkolwiek idiotycznie to brzmiało.
- Szkoda, jestem pewny, że w gruncie rzeczy twoje życie jest niezwykłe barwne - mruknął, dmuchając mu ciepłym powietrzem w szyję. - No, ale żal twojego gardła.
Zdrętwiała mu nieco szyja, dlatego niechętnie wyprostował się, by opuściło go uczucie zesztywnienia.
- Kościsty jesteś - prychnął cicho, chociaż sam nie należał do osób, które mogłyby z powodzeniem robić za poduszkę. - Możliwe, że znasz ową osobę.
Nagle przeszedł do kolejnego tematu, jednak nic nie wskazywało na to, że zamierzał go jeszcze bardziej rozwijać. Najwyraźniej w tej kwestii powiedział już wszystko, co planował.
- Hmh, ostatnio załapałem się na drobne zlecenie. Miałem znaleźć i pozbyć się pewnej wymordowanej, która ostatnio dała się ze swoją drobną, nawet bardzo, bo wraz z nią czteroosobową grupką we znaki pewnej wiosce. Niewielkiej, ale w sumie całkiem dobrze zorganizowanej z tego, co widziałem. Czy długo przetrwają to inna sprawa, zupełnie niebojowi, ale skoro mieli jak zapłacić, to nie zamierzałem wybrzydzać. Sama kwestia znalezienia niesfornej panny, zresztą chyba nazywano ją Szpilką, nie była zbyt trudna. Ona i jej ludzie byli dość pewnie siebie - nabrał w dłoń trochę piasku i bez większego celu zaczął go przepuszczać przez palce. -  Szpilka to tak w sumie całkiem ładna była. Nudziło mi się, więc niespecjalnie się kryłem, tylko bezpośrednio wpadłem do ich obozu, a Pożogara zostawiłem z rozkazem krążenia wokół terenu. Myślałem, że od razu się na mnie rzucą, ale zachowywali się zaskakująco przyzwoicie. Zaoferowali strawę, wyrazili zainteresowanie bronią, zaproponowali dołączenie... prawie śmiać mi się zachciało. Wyraźnie rządziła kobieta, miała nawet swój własny namiot. Luksusy. Zaprosiła mnie na rozmowę. 
Tutaj przerwał i  faktycznie zaśmiał się cicho. W gruncie rzeczy naiwność wymordowanej nieźle go bawiła. Zupełnie jakby zakładała, że będzie tańczył w rytm jej piosenki. Sam też postąpił lekkomyślnie, ale pewność siebie i nuda niestety były złym połączeniem. Tym bardziej, że wiedział, iż nie posiadają żadnej broni, a korzystają podczas walki tylko z biokinetycznej formy.
- Stwierdziła, że dowiedziała się, po co zostałem wynajęty od swojego kreta. W sumie dzięki niej coraz lepiej bawiłem się w całej tej zagmatwanej sytuacji. Dawno mnie coś takiego nie spotkało, tym bardziej, że dostałem propozycję - urwał i zerknął na Leitha, pozwalając sobie na nieco złośliwy uśmiech, a następnie zbliżył wargi do jego ucha... zrobił to tylko po to, by go perfidnie dziabnąć. - Stosunku płciowego, seksu, czy jakkolwiek inaczej to nazwiesz. Zerowy romantyzm, dość bezpośrednia była, aczkolwiek znała pojęcie higieny, więc szkoda było nie skorzystać. Poza tym moje przypuszczenia okazały się słusznie i w trakcie, chociaż chętnie opowiedziałbym ci, co było wcześniej, ale jeszcze przegrzejesz się z powodu rumieńców, zrobiło się ciekawiej. Jednak przeliczyła się nieco, jej ludzie zresztą też. Najwyraźniej nie dokopała się do faktu, że kanibalizm nie był mi obcy i krzyk mający zwołać bandę wyszedł wcześniej, niż planowała. Dodatkowo w znacznie mniejszym zakresie, ponieważ raczej próbowała coś bulgotać.
Szaroniebieskie oczy ochłodziły się nieco, gdy ponownie spojrzał na Smoka, zupełnie jakby sprawdzał jego możliwą reakcję. Nachylił się nieco i wyszczerzył zadziwiająco zadbane zęby w bezczelnym uśmiechu, po czym kłapnął szczęką przed nosem towarzysza.
- Żartuję - mruknął zaraz po tym, przekręcając cały tułów tak, by móc głową położyć się na kolanach Leitha. - Ciebie nie planuję zjadać, kościsty jesteś. Zresztą, w ostateczności jedynie rozdarłem jej gardło, choć nie powiem, ciężko było. Nie mam wilczych genów w pakiecie. Ostatecznie specjalnie zadowolony nie byłem. Ani zaspokojenia, ani specjalnej zabawy, ich jedynym atutem była biokineza, a zmienić się nawet nie zdążyli, bo Pożogar też wpadł na imprezę. Nudy. Jednego ledwo mi się udało podpytać o pozorowany plan i padł. Dziwne, że aż tyle przeżyli, ale kto wie, może po prostu nie uznali mnie za zagrożenie. Specjalnego wrażenia nie robię.
Wzruszył ramionami, po czym westchnął cicho.
- I na tym w sumie przygoda się kończy. Zabrałem jedzenie, trupy zostawiłem na wierzchu, zdałem relację ze sprawy i znowu wyruszyłam. W sumie było to niedawno, chociaż fakt faktem od tamtego czasu nieco mi podskoczyła temperatura. Jeszcze wyląduje z przeziębieniem - ziewnął cicho.
Raczej z czymś gorszym. I wcale nie od krwi.

|| Ja wiem... ale choroba jakoś musiała mu się trafić *parsk*


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Leith on 19/11/2017, 14:55
„Mądry, mądry. Szkoda, że w parze z tym idzie też złośliwość.”
Leith doskonale wiedział, że u mądrych zwierząt często pojawiała się też złośliwość. Czasami przypominał sobie czasy, kiedy to jeszcze zajmował się ptakami w rezerwacie, w którym pracował jego ojciec. Doskonale pamiętał, że niektórzy pierzaści odstawali od swoich kuzynów — wykazywali się większą inteligencją, ale byli też bardziej kapryśni i często, gdy coś im nie pasowało to potrafili w najbardziej zgryźliwy sposób to pokazać. Ile to razy blondyn był raniony przez pazury ptaszysk, którym to coś się nie spodobało. Nadal pamiętał ich imiona, a przecież minęło już ponad tysiąc lat. Utwierdziło go to tylko w przekonaniu, że już wtedy miał swego rodzaju obsesję na punkcie skrzydlatych stworzeń, która wciąż się utrzymywała, mimo tego, że minął już ogrom czasu. Niesamowite, że zainteresowanie niektórych ludzi nigdy się nie zmieniają.
Złośliwie działał również Nayden, który mimo wysokiego poziomu zażyłości z weterynarzem potrafił pokazać pazur, a nawet wbić go w ciało swojego właściciela, byleby mu o sobie przypomnieć. Jastrząb bywał zazdrosny, jednak zwykle starał się tego po sobie nie pozywać — zachowywał się prawie tak samo jak Leith, który też nie przepadał za wylewnym okazywaniem jakichkolwiek uczuć. Owszem, czasami pozwalał sobie na obdarowanie kogoś uśmiechem lub jakimś głębszym odczuciem, ale w większości przypadków zachowywał swoje spokojne oblicze, które nie ujawniało skrywanych we wnętrzu emocji. I tak mu było dobrze, a Nayden pewnie podpatrzył u swojego właściciela takie zachowania i sam zaczął je stosować u siebie, bo w towarzystwie Pożogara musiał czuć się nieco zazdrosny, ale nie dawał tego po sobie poznać. Dumnie stał, uczepiony ręki najemnika, z uniesionym łbem, jakby wypatrywał czegoś na niebie.
Dro-czysz się w ggłupi sposób. Bboli mnie gar-dło. Chęttnie bym z Tobą roz-ma-wiał, ale sam wwiesz jak jest. I tak się sta-rram jak mogę — wysilił się podarowawszy mu te kilka, pospiesznie skonstruowanych w głowie zdań. Gdyby tylko był w stanie, to z pewnością sam ciągnąłby rozmowę dalej i opowiadał o swoich przeżyciach, ale niemalże każde słowo sprawiało, że coś go swędziało lub piekło w gardle. Gdyby Chyży był dla blondyna obojętny, to ten nawet specjalnie by się nie wysilał nad tym, by mu odpowiadać. Wydawałby tylko z siebie mniej lub bardziej zrozumiałe dźwięki, kiwał tylko głową lub pokazywał coś rękoma. Ale wciąż się starał utrzymywać pogawędkę na jakimś przystępnym poziomie, mimo tego cholernego bólu, który co jakiś czas atakował mocniej. — Jakiś Tyy kryt-yczny wobec ssamego sie-bie. Jes-teś bystry, wiem tto — podczas wypowiadania tych słów drżały mu usta, ale zachowywał powagę, jakby mówił o życiu i śmierci. Dopiero po chwili usta wykrzywił mu grymas bólu, jakby ktoś owinął wokół jego szyi łodygę dzikiej róży, z kilkunastoma mocno wystającymi kolcami. Głośne przełknięcie śliny i łyk zimnej wody natychmiastowo polepszyły stan Blaine'a, choć ten wydawało by się miał zamiar na chwilę zamilknąć, by dać sobie chwilę na regenerację.
„Jaka szkoda, że miewasz problemy z mówieniem, chętnie posłuchałbym (...)”
Kiwnął jedynie głową, by potwierdzić, że on też chętnie by coś opowiedział, gdyby nie problemy z którymi się borykał. Czasami wyobrażał sobie, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby wciąż mógł swobodnie mówić. Był niemalże pewny, że byłby zupełnie inną osobą, bo to właśnie cisza, którą zwykle się otaczał nieco ukształtowała jego charakter. Zrobiła z niego kogoś, kim wcale mógł nie być i zmusiła go, by w niektórych sytuacjach zachowywał się tak, jak wcale zachowywać się nie chciał. Ale wkrótce się do tego przyzwyczaił — zaakceptował nową, nieco inną wersję siebie i pogodził się z tym, że już nigdy nie będzie taki jak kiedyś. Raz nad tym ubolewał, a innym razem się z tego cieszył. Wszystko zależało od sytuacji, w której się znajdował.
Jego ciało automatycznie napięło się, jakby w geście obronnym, gdy Chyży postanowił nieco nachalniej na niego naprzeć. Leith był niesamowicie wyczulony na obcy dotyk — ramiona, pierś i plecy miał bardziej wyczulone na bodźce z zewnątrz. Dotyk w tamtych okolicach nieco go drażnił, dlatego tak defensywnie zareagował na działanie ciemnowłosego. Mruknął też coś niewyraźnie pod nosem, jakby od niechcenia, jakby to było coś mało ważnego i nieistotnego — bo pewnie było.
„Kościsty jesteś.”
Przechylił łeb w bok, gdy tylko poczuł ciepły oddech tropiciela na swojej skórze. Mrugnął niebieskim okiem kilkukrotnie, oblizując językiem suche wargi.
Mi tto nie prze-szkadza. Ale Ty nnie jest-eś lepszy, na oko wa-żysz tyle co jja — skomentował, tradycyjnie plącząc się nieco podczas swojej wypowiedzi. Drżenie głosu i drobne zająknięcia stały się integralną częścią jego rozmów. Nie był w stanie zapanować nad tymi odruchami nawet jeśli bardzo się starał. Ale jakoś tam rozmawiał, więc jeszcze nie było tak źle. Zawsze mógł nastać dzień, którego by to zamilkł na wieki.
„Możliwe, że znasz ową osobę.”
Znam?
Przez chwilę zastanawiał się o kogo właściwie mogło chodzić, bo co jak co, ale Leith raczej nie należał do tych iście towarzyskich osób, więc jego kontakty z ludźmi były mocno ograniczone i tylko o kilkunastu osobach mógł powiedzieć, że je zna. W myślach przegrzebał wszystkich znajomych i przyjaciół, jakby próbował namierzyć jegomościa, o którym wspomniał Chyży. Ale dość szybko odpuścił, bo znajomy zaczął mówić dalej, a raczej zmienił temat, rozpoczynając swoją opowieść.
Lockear oczywiście poprawił się, usadawiając się wygodniej, by z należytą uwagą wsłuchać się w słowa ciemnowłosego.
Cały czas kiwał głową, jednocześnie wpatrując się w twarz tropiciela. Nie odrywał od niego wzroku — przyglądał mu się dokładnie, wyobrażając sobie wszystko to, o czym wspominał w swojej opowieści mężczyzna. Delikatny uśmiech wstąpił na jego twarz dopiero, gdy Chyży zaśmiał się. Zlecenie było ciekawe, więc nic dziwnego, że blondyn przysłuchiwał się swojemu rozmówcy tak uważnie.
I nagle został gryziony w ucho. Zacisnął zęby, ale nic nie powiedział, bo doskonale wiedział, że podczas tego spotkania na pewno jeszcze uda mu się na tropicielu odegrać, już nawet miał pomysł jak.
„(...) kanibalizm nie był mi obcy i krzyk mający zwołać bandę wyszedł wcześniej, niż planowała. (...) raczej próbowała coś bulgotać.”
Posłał mu pytające spojrzenie.
„Żartuję.”
To nie-zły ża-- — uciął nagle, bo Chyży postanowił położyć łeb na jego kolanach. Spojrzał na jego twarz, bo tego akurat w ogóle się nie spodziewał. — Nnie za wy-godnie? — pytanie samo wymknęło się z jego ust, choć wcale nie chciał go zadawać i nie oczekiwał odpowiedzi. Wysłuchał go do końca, a potem westchnął.
Nniezbyt in-teresują-ca historia? Pff. Dobrze, że nnic Ci nie je-st — wydukał, a na słowa o gorączce jego dłoń automatycznie przesunęła się na czoło tropiciela, jakby chciał sprawdzić jego faktyczny stan. — Fak-tycznie, jjesteś ciepły — celowo nie użył słowa „gorący”, bo doskonale wiedział, że mogło zabrzmieć bardzo dwuznacznie, a domyślał się jak mógłby je odebrać ciemnowłosy.
Milczał dosłownie kilka sekund, jakby zbierał w tym czasie myśli, a potem wbił spojrzenie w mężczyznę.
Wciąż mmnie doty-kasz... wiesz, że gdy-by łączyła nnas inna re-lacja, to już dawno ddostałbyś w pysk z ło-kcia, prawda? Pozwalam Ci się ddotykać, bo wiem jaki je-steś i ddarzę Cię jakimś sza-cunkiem — wypalił tak nagle, a jego dłoń powolnie przesunęła się z czoła na klatkę piersiową Chyżego, muskając ją palcami przez materiał ubrań.
Nieumyślna prowokacja? Bardzo możliwe.


Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta,
która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu.
avatar





Leith
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Leith Blaine Locklear


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Chyży on 9/1/2018, 16:59
...... Trzeba przyznać, że Chyży czuł się dość swobodnie w towarzystwie najemnika; dobra, fakt faktem on zawsze zachowywał się jak lekkoduch, jednak Leith zdawał się nieco go wyciszać, jakkolwiek specyficznie to brzmi. Może to przez to, iż by usłyszeć i zrozumieć słowa towarzysza Nicca musiał zamilknąć na dłuższą chwilę i wsłuchać się w jego głos. Spowalniało to nieco jego myśli i temperowało charakter. Rzecz jasna nie na długo, pod pewnymi względami tropiciel naprawdę zachowywał się jak koń - najmniejszy bodziec wywoływał reakcję.
- Dobrze, dobrze, przecież wiesz, że mi nie musisz się tłumaczyć - mruknął spolegliwie, łypiąc na niego niebieskimi ślepiami, w których niemal zawsze podczas rozmowy ze Smokiem skrzyły się łobuzerskie ogniki. - No, no, ktoś tutaj rzuca mi komplementy. Nie dość, że mam ładną buźkę, to jeszcze słyszę, że jestem bystry. A potem ludzie się dziwią, że zachowuję się arogancko.
Parsknął cicho i zaraz potem na jego twarz wstąpił krzywy uśmiech, który zmył się wraz z pojawieniem się grymasu na twarzy towarzysza. Może faktycznie był nieźle rąbnięty, ale nie oznaczało to, że nie potrafił dostrzec pewnych oznak dyskomfortu u Leitha. A nie był typem człowieka, któremu cierpienie innych sprawiało radość... powiedzmy, że nie był, przynajmniej jeśli chodziło o własnych znajomych. Z całą resztą bywało różnie, w końcu Chyży z całą pewnością nie należał do grona świętych. Posiadanie jako takiego kodeksu moralnego nic nie znaczyło, szczególnie z jego skłonnością do przekraczania nie tylko czyiś, ale i własnych granic.
"Mi tto nie prze-szkadza. Ale Ty nnie jest-eś lepszy, na oko wa-żysz tyle co jja"
W gruncie rzeczy był kilka centymetrów wyższy, a w dodatku wagowo bardzo zbliżony do towarzysza. Wiedział o tym. Niestety "spalał się" bardzo szybko, zarówno przez tryb życia, jak i podwyższoną zdolność regeneracji. Było to o tyle niebezpieczne, że chudł zatrważająco łatwo, a tycie w jego wypadku było bardzo mozolną pracą. Był na granicy, gdy wstąpił do poprzedniego gangu, gdzie odkuwanie zajęło mu cholernie dużo czasu. Po stracie całej tej rodziny bardzo szybko spadł z formy, samotna wyprawa do Japonii również mu nie pomogła. Ostatnie kilkanaście miesięcy starał się pilnować, niemniej w dalszym ciągu aktualna waga wciąż nie była taką, jaką powinien mieć. Teoretycznie była prawidłowa, ale w praktyce gówno to znaczyło z jego tendencją do "spalania się".
- Mi to pasuje. Szczupły, zwinny, chyży jak łania - rzucił, ponownie szczerząc zęby. - Ciebie pseudonim nie zobowiązuje, złotko.
Cóż, historia jak historia, ale fakt faktem Nicca nie zdawał sobie sprawy, że ta "zabawa" będzie go kosztować go pogorszenie stanu do zdrowia. Niby był nieco puszczalski, nie zamierzał temu zaprzeczać, jednakże przez te całe tysiąclecie ani razu nie złapał weneryka. A tu proszę, kilka miesięcy na Desperacji i niespodzianka! Trzeba było jednak zostać u siebie, a nie wędrować na cholerny kraniec świata. Zapyziałej Japonii mu się za chciało w poszukiwaniu jednego dupka. No cóż, co się stało to się stało, ale z pewnością, gdy usłyszy diagnozę, to zacznie złorzeczyć za wszystkie czasy.
"Nniezbyt in-teresują-ca historia? Pff. Dobrze, że nnic Ci nie je-st"
- A co, martwiłeś się o mnie przez ten czas, gdy się nie widzieliśmy? - uniósł jedną brew w górę, najwyraźniej prowokując go do reakcji. - Daj spokój. Nie tak łatwo pozbyć się mnie z tego padołu łez. Poza tym nie zagnębiłem ciebie jeszcze moją osobą wystarczająco mocno, by być usatysfakcjonowanym. A grunt to mieć w życiu cel.
Chyży drgnął, słysząc nagły wybuch znajomego i ponownie zwrócił niebieskie ślepia ku jego twarzy. Zmrużył oczy, gdy to Leith zdecydował się na drobny krok poza dotychczasową linię będącą granicą ich relacji, jednak już po chwili prawy kącik jego ust zadrgał. Wiedział, jaki jest? On? Hah. Był chodzącą sprzecznością.
- Wiesz, jaki jestem? A to ciekawe - mruknął, chwytając go lekko za nadgarstek i przytrzymując go w niedbałym uścisku. - Lubię cię, Leith. I to nawet bardzo. Gdybym dorwał kiedyś osoby, przez które masz problemy z gardłem, pewnie przyniósłbym ci ich flaki w ramach prezentu urodzinowego, może nawet dorwałbym jakąś ładną wstążeczkę do tego. Ha!
Przesunął swoją dłoń wyżej, z nadgarstków przenosząc się na jego palce. Nieoczekiwanie ścisnął ze sobą mocno dwa z nich - trwało to dosłownie ułamek sekundy, ale niewątpliwie wystarczyło, by mógł odczuć dyskomfort. W ramach rekompensaty przeniósł dłoń Leitha aż pod swój podbródek (o ile ten mu na to pozwolił) i krótko musnął jeden z palców wargami.
- Chirurg, czy weterynarz, nieistotne, ponieważ i jeden i drugi musi dbać o swoje ręce - mruknął, podnosząc się do siadu i posyłając mężczyźnie spokojne spojrzenie. - Uważaj, złotko. Twoja wypowiedź zabrzmiała tak, jakbyś mówił, że mnie znasz. A do tego jeszcze daleka droga.
Odchylił głowę do tyłu, zamyślając się na chwilę. Może zareagował zbyt impulsywnie? Nie na dotyk, bo to akurat w najmniejszym stopniu mu nie przeszkadzało, a na słowa. Nie planował tego. Westchnął cicho i ogarnął sobie z czoła kosmyk włosów.
- Dołączę do Smoków, jeśli przejdę testy - rzucił, przerzucając wzrok na Pożogara.


W tych ponurych alejach, idealnie w tło się wklejam
Mam w sobie tyle sumienia co życiowej pasji denat



GŁÓD
"Każdego dnia sączę swój jad i zatruwam twoją myśl
WYRYWAM serce by nie biło kiedy znów będziesz bić
Każdego dnia sączę swój jad i nienawiść zmagam twą
Wyrywam serce by nie biło kiedy ZIEJESZ nią."
avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Wielka czerwona skała

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 22 z 23 Previous  1 ... 12 ... 21, 22, 23  Next

Powrót do góry

- Similar topics