Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Liselotte on Wto Lip 18, 2017 1:02 am
- Wcale
- Skoro tak mówisz... - szepnęła, ledwie dosłyszalnie nawet z tak niewielkiej odległości, jak ta między anielicą a jej obecnym pacjentem. Większość jej uwagi skupiała się własnie na chorym; z każdej możliwej strony usiłowała znaleźć jakąś pomoc dla niego, cokolwiek, co byłoby w stanie poprawić jego stan. Przez głowę przemykały jej dziesiątki, setki nawet metod zwiększania odporności, tłumienia bólu i łagodzenia objawów towarzyszących zapaleniu płuc. Nie mogła zrobić zbyt wiele, jej własne zapasy leków były już bardzo mizerne. Pozostawało jej tylko to, co dawała w pewnych odstępach czasu magiczna apteczka, ale ona niestety nie oferowała zbyt szerokiej gamy medykamentów.
A już tyle czasu temu miała się zająć jej uzupełnieniem!
Choć myślami była w zupełnie innym miejscu, połowicznie chłonęła dialog toczący się tuż obok. Wymiana zdań pomiędzy Jinxem a Stevem była z jednej strony przerażająca, a z drugiej budziła niepohamowaną fascynację. Zupełnie jak widok krwawej jatki, który jednocześnie obrzydza i nie pozwala odwrócić wzroku, tak i ta rozmowa domagała się ciągłego wchłaniania przez uszy obecnych. Liselotte zresztą nie zamierzała ignorować dysputy, w której i o jej sprawę się rozchodziło. Właściciel burdelu wcześniej sprawiał wrażenie, jakby nie był zbytnio zachwycony nieoczekiwaną wizytą anielicy w swoim przybytku. Trudno się było temu dziwić, w końcu nie była tutejszym pracownikiem i została przyprowadzona w zasadzie bardzo spontanicznie. Tak naprawdę nikt nie miał do końca gwarancji na to, że ta przeurocza blondyneczka nie jest szpiegiem, złodziejem czy tez mordercą. Na Desperacji można się było spodziewać wszystkiego.
Z jednej strony zrozumiałaby wszelki sceptycyzm wobec jej obecności w owym budynku, a z drugiej - nie chciała zostać potraktowana w sposób podobny do Steve'a. To, że sama przyłożyła mu kaktusem, wywoływało u niej już wystarczająco wielką falę współczucia. Nawet jeśli ten facet był niewychowanym gnojkiem, nie życzyła mu źle. A właśnie w tej chwili, kilka metrów od skulonej przy kanapie Łowczyni, jej niedoszłego oprawcę powalił na ziemię olbrzymi wilk. Dla Lotte takie sytuacje nie były już dziwne ani szokujące, a jednak serce drgnęło wyraźnie, w obawie o los obu mężczyzn. Gdyby tylko mogli powstrzymać się od przemocy!
Tymczasem na innej płaszczyźnie wciąż toczyły się medyczne przemyślenia. Wciąż pamiętała to, co jeszcze chwilę temu przekazał jej chłopiec: na antybiotyki nie ma co liczyć. Musiała jednak wymyślić jakiś sposób, żeby raz a porządnie wygnać chorobę z organizmu wymordowanego. Przekalkulowała wszystkie opcje, jakie tylko przyszły jej do głowy. Rozważała porozmawianie na ten temat z Jinxem, jeżeli wykaże chęć współpracy. Gdyby zależało mu na życiu młodzieńca, pewnie byłby w stanie zdobyć dla niego odpowiednie medykamenty. Jeśli nie, Lise będzie zmuszona sama się tym zająć. Jej własne zapasy zdążyły się już wykończyć, ale zawsze istniały w odwodzie apteki w M-3. Co prawda wyprawa do nich i zorganizowanie przejęcia towaru z którejś z miejskich aptek wymagała bardzo dużo czasu, to jednak gdyby była jedynym wyjściem, anielica nie zawahałaby się ani chwili. Problem był jednak taki, że im więcej czasu Hiroki pozostawał bez odpowiedniego leczenia, tym bardziej rosło ryzyko powikłań. Każda chwila zwłoki mogła spowodować, że malec wyda ostatnie tchnienie i już nikt nie będzie w stanie temu zapobiec.
- Nie martw się, coś wymyślimy. I wyzdrowiejesz - zapewniła, wypowiadając słowa na wpół szeptem. Na jasnej twarzyczce widniał delikatny uśmiech, a także wzrok pełen troski. Gdyby tylko była w stanie, zabrałaby tego uroczego młodzieniaszka ze sobą i dopilnowała co do minuty, by stanął na nogi. Gdyby tylko mogła ratować wszystkich...
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Shirōyate on Nie Lip 23, 2017 11:47 pm
Wiedział, że tuż obok toczy się wojna – zajadła walka, która miała oznaczać początek lub koniec czegoś ważnego – jednak nawet mimo tej świadomości (podświadomości?) jego myśli nie były w stanie zebrać się w całość. Szalały i rozpraszały się, gdy tylko próbował chwycić jedną z nich. Działał jak antymagnes. Im bardziej starał się skupić na konkretnej wizji, tym bardziej mu umykała. W końcu bezgłośnie jęknął, zaciskając powieki i wtulając rozgrzany do białości policzek w kanapę. Zapaść się pod ziemię i zniknąć – tego chciał. Nie wyzdrowieć. Nie tego, by coś wymyśliła. Chciał mieć święty spokój. To trwało zbyt długo.
Usta chłopca nagle się rozchyliły. Zwilżył suche na wiór wargi językiem, choć niewielki efekt to dało.
Wynośmy się stąd, pomyślał, jednocześnie poruszając szczęką. Nawet w chorobie nie zapominał o podstawach: jakkolwiek źle  tutaj nie było, zwrócono mu mowę. Dzięki temu, i tylko dzięki temu, był w stanie wydusić z siebie te słabo przekonujące słowa.

Steve patrzył na niego spod ściągniętych brwi, coraz gniewniej marszcząc czoło. Choć od lat korzystał z usług Jinxa i jemu nie szczędząc tego, co sam miał do zaoferowania, w tym momencie między mężczyznami wytworzyła się ciężka atmosfera, którą przerwać można by było już chyba tylko młotem pneumatycznym.
Wymordowany nie liczył na żadne litości; nie spodziewał się natomiast takiego traktowania i przebłysk wściekłej wyższości pojawił się w jego nonszalancko przymrużonych ślepiach. Wyglądał fatalnie z zadrapaniami na twarzy. Nie odstawał jednak. Gdy Jinx chwycił za pasek od spodni, Steve wsunął palce na spoczywającą mu na piersi koszulę.

Hiroki wciągnął gwałtownie powietrze, znów uchylając powieki. Srebrne oczy były zmatowiałe i zamglone, ale nakierowane na obu wymordowanych. Naprawdę spóźnił się o kilka sekund? Co za fatalna ironia losu. Shirouyate z niemałym wysiłkiem uniósł się na łokciu. Pamiętał prośbę Lilo – miał leżeć, odpoczywać. Ale naprawdę sądziła, że byłby w stanie to zrobić, gdy wokół roiło się od warczeń? Wrzasków? Od powietrza zatęchłego od potu, krwi, agresji? Nie spojrzał na nią, ale jak nigdy był pewien, że była tuż obok. Jeżeli ona nie miała zamiaru zrobić żadnego kroku naprzód, zrobi to za nią.
Ściągnął nogi z kanapy.
Bose stopy dotknęły podłogi. Kiedy Sheba opadł na łapy, Hiroki podniósł się z mebla.

Steve nie zostawał w tyle. Gdy – nie tak dawny – towarzysz postanowił się zmienić i jego przeszyły pierwsze dreszcze. Całe ciało zatrzęsło się jak porażone prądem, pierś nagle kopnęła do przodu. Nie zdążył ściągnąć spodni; słychać było darty materiał. Naga pierś Steve'a rosła, pęczniała wręcz, ramiona zgrubiały, dłonie zaczęły się powiększać. Przemieniał się jeszcze, gdy Jinx zaatakował, ale nawet w tym momencie nie przypominał już dawnego siebie.
Jak na wymordowanego nosił się przyzwoicie. Nie dobrze i nie elegancko, ale na tyle poprawnie, aby nie pomylić go z byle zwierzęciem. Byle szmaciarzem.
Jako bestia nie przypominał człowieka w ogóle.

Hiroki ruszył przed siebie. Chwiał się na patykowatych nogach, ale co do jednego był pewien – umierał. I to na kaszel. Jeżeli w życiu miała być scena, w której wybucha śmiechem, to obecna wydawała się do tego najodpowiedniejsza.

Strach? W ślepiach Steve'a nie było po nim nawet śladu. Pojawiła się czysta furia; furia kogoś, komu naciśnięto na ogon z premedytacją. Sylwetka zmieniła swoje gabaryty. Urósł i przypominał stojącego na dwóch nogach tura. Skóra poczerwieniała i zarosła się krótką szczeciną – aż po gardło i kark (gdzie włosy były dłuższe). Szczęki wysunęły się, niemal przybrały formę pyska. Nos spłaszczył. Ze skroni wyrastały już kościste rogi, zakrzywiające się spiralnie. Łapami Steve – albo to, co ze Steve'a zostało – złapał Jinxa za pysk. Ryknął wściekle, wytrzymując napór wilka, choć bez wątpienia równowagę utrzymał tylko cudem. Ślepia zapłonęły mu czystą nienawiścią. Tak czystą, że nie dostrzegł, jak jasnowłosy chłopiec przemyka obok nich.

Choć „przemyka” to za dużo powiedziane – szedł albo raczej starał się iść naprzód, w kierunku prawie domkniętych drzwi. Skupił się tylko na nich i nie zwracał uwagi na nic, co działo się wokół. Nawet na szarpaninę między Jinxem a... a tym kimś... Kimkolwiek był... Nie. Czymkolwiek był.

Czymkolwiek był Steve – reagował teraz instynktownie. Gdy jedną ręką starał się przytrzymać Jinxa, drugą zadarł i huknął nią głucho – uderzył o blat postawionej pod ścianą szafki, na której leżał zostawiony przez kogoś gar z wodą. Wielkie łapsko zgarnęło naczynie i cisnęło na oślep.

Ile zrobił kroków? Pięć?
Co za żałosny wynik.
Może siedem. A jednak kolana tak mu drżały, że omal się nie zarwał. Z wysiłkiem wciągnął powietrze i uniósł wzrok. Powieki mimowolnie drgnęły, gdy dostrzegł, jak ponad dwumetrowa bestia ciska w niego czymś owalnym.
Uniknij tego! – wołał instynkt samozachowawczy.
Ale ciało gwizdało na dobre rady. Skamieniało na amen, pozostając w tym samym miejscu, w tak samo nieruchomej pozycji.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Jinx on Pon Lip 24, 2017 12:31 am
Właściwie chyba nigdy wcześniej nie widział biokinezy Steve’a. A może i widział? Nie, nie pamiętał. Zresztą, nieważne. Może i robiła wrażenie. Może i była w pewnym stopniu unikatowa. Ale Sheba był aroganckim kutasem i nie widział w przeciwniku zagrożenia. Był pewien swojego, wygranej, mimo, że początkowo nie zamierzał go zabić, a jedynie dać nauczkę. W końcu był wspaniałomyślny, czyż nie?
Naparł jeszcze mocniej na niego, zamierzając wygrać tę walkę siłową, zapierając się wszystkimi czterema łapami tak mocno, że pazury powoli zaczęły wgryzać się w drewnianą posadzkę, zapewne już na zawsze pozostawiając po sobie ślady. Szarpnął się mocniej i kłapnął pyskiem, z którego nadal kapała gęsta ślina, domagająca się ciepłej krwi przeciwnika.
Był pewien, że lada moment przełamie to. Wygra to.
Czuł to.
Złote ślepia dostrzegły gwałtowniejszy ruch drugą ręką. To był jego błąd.
Szarpnął gwałtowniej pyskiem, wyszarpując się z uścisku i odbił się od posadzki w tył, doskakując do smarkacza, którego złapał zębami za bluzkę, ramię, czy rękę. Nie wiedział, nie kontrolował tego. Nie miało to znaczenia. Szarpnął ciałem Hirokiego i rzucił nim w róg pokoju. Taki słaby. Jak szmaciana lalka. Coś ważył?
Nie interesowało go, czy anielica oberwie garnkiem. Czy przeżyje, czy skupi na sobie uwagę rozszalałego wymordowanego. Ona nie była ważna. Nie liczyła się.
Co się więc liczyło?
Ogon drgnął niespokojnie, kiedy Jinx stanął pomiędzy Hirokim a Steve’m, zasłaniając swojego podopiecznego mglistym cielskiem. Był głupi. Jednym ruchem, skokiem, obnażył swoją s ł a b o ś ć. Pokazał przeciwnikowi, że jest gotowy bronić kruchego smarkacza, bez względu na wszystko. Może jednak w słowach Steve’a była prawda? Może rzeczywiście stał się żałosny z przytępionymi pazurami od momentu, kiedy postanowił zaopiekować się bezbarwnym dzieckiem. Przybłędą. Przecież się nie liczył. Nie był w stanie nic zaoferować Shebie. Co on mu dawał?
Musiał to szybko załatwić, nim ta bezmyślna kupa mięsa połączy fakty. I wykorzysta, przechylając wygraną na swoją stronę. To byłe nie do zaakceptowania. Nie dla Jinxa.
Spomiędzy łap wystrzeliła gęsta, wręcz ciężka mgła, która zaczęła wypełniać cały pokój, każdy jego zakamarek z wyjątkiem nieszczęsnego rogu, w którym znajdował się kukiełkowy dzieciak. Niczym smoła oblepiała wszystko, skupiając się na ciele przeciwnika. Wystarczyło niewiele. Wystarczyło, że dosięgnie zaledwie część jego ciała. A wtedy… a wtedy, gdy tylko ciało Steve’a pozostanie nieruchome, a tym samym nie będzie zagrażało młodemu, doskoczy do jego gardła i je rozszarpie, smakując się w świeżym mięsie. Złote oczyska rozbłysnęły w narastającym podnieceniu i ekscytacji. Pysk rozszerzył się i wygiął w nienaturalnym uśmiechu szaleńca. Tak. Złamie mu kości. Wyrwie serce. Zanurzy się w jego posoce.
A nie chciał go zabijać.
Nie.
Nie?



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Liselotte on Pon Lip 24, 2017 12:04 pm
Sama najchętniej zmyłaby się z tego pomieszczenia jak najszybciej, ale w tym planie był wciąż pewien szkopuł. Nie mogła zostawić młodego samemu sobie, a nie było mowy, by samodzielnie doszedł choćby do drzwi. Gdyby tocząca się obok kłótnia nie przerodziła się w regularne naparzanie po mordach, można by było liczyć na szybkie rozprawienie z sytuacją i każdy by poszedł w swoją stronę.
Ale nie, trzeba zedrzeć ubranie, przyoblec się w futro i obnażać kły, kiedy obok z dziecka ucieka życie.
- Powinniśmy wyjść - przyznała po cichu, nie spuszczając wzroku z obu znajdujących się tuż obok mężczyzn. Niebezpieczeństwo znajdowało się bardzo blisko, wywołując hipnotyzujący efekt na obserwatorach. Odwrócenie się choćby na sekundę mogło mieć tragiczne skutki, można było oberwać jakimś przedmiotem albo zabłąkaną kończyną. Tego przecież żadne z nich by nie chciało.
Zauważyła jednak ruch chłopca, który skutecznie ściągnął jej uwagę. Nie było sensu go powstrzymywać - w zasadzie robił w tej chwili bardzo rozsądną rzecz. Problem był jednak w tym, że najprawdopodobniej przewróci się przed zrobieniem pięciu kroków, to nie ulegało wątpliwości. Nie mogła tego tak po prostu zostawić.
- Czekaj, pomogę ci - powiedziała możliwie najspokojniejszym tonem, na jaki było ją stać w chwili, gdy zaraz za ich plecami odbywała się potyczka wilka z dwunogim turem, obu w rozmiarze XXXL. Oparłszy dłonie o kanapę podniosła się na nogi - na których stała znacznie pewniej niż Hiroki na swoich - i ostrożnie otoczyła chłopca ręką w pasie, chcąc dać mu jakieś podparcie. Sama była niewielka i lekka, ale na chwilę obecną o wiele bardziej stabilna niż jej nieszczęsny pacjent. Przynajmniej tyle mogła zrobić.
Szło im całkiem dobrze, dopóki ktoś nie postanowił skorzystać w wiedzy nabytej w szkole Losowego Rzucania Przedmiotami i cisnąć garnkiem w Bogu ducha winnego dzieciaka. Kilka rzeczy stało się na raz, w tempie tak ekspresowym, że anielica nie do końca nadążała z percepcją. Raz, w ich stronę nadlatywało spore naczynie niewiadomego przeznaczenia. Dwa, chłopcem coś gwałtownie szarpnęło, posyłając go na podłogę w kącie pokoju. Trzy, owo szarpnięcie skutecznie wyrwało wymordowanego spomiędzy rąk dziewczyny, która choć zachwiała się, pozostała na swoim miejscu. Garnek strzelił ją prosto w ramię, od którego odbił się i z dźwięcznym brzękiem odtoczył po podłodze w bliżej nieokreślonym kierunku. Odruchowo objęła dłonią miejsce uderzenia, które już zaczęło pulsować bólem. Zacisnęła zęby, wzrokiem szukając odebranego jej niespodziewanie chorego. Wylądował w rogu pokoju, dość daleko. W myślach od razu skarciła Jinxa za takie zachowanie. Chłopak był ledwo żywy, a złamania i siniaki na pewno nie pomogą mu wrócić do zdrowia. Ruszyła w tamtym kierunku, chcąc się przekonać, czy właściciel burdelu przypadkiem nie przetrącił swojemu pupilkowi karku. Uwadze blondynki nie umknęła rzecz jasna gęsta mgła, która z każdą sekundą zajmowała coraz większą powierzchnię podłogi. Cokolwiek to było, nie chciała testować jego właściwości na sobie. Miała nadzieję przemknąć bokiem pokoju wzdłuż ściany, nim rozszerzający się kształt ciemnej chmury odetnie ją całkowicie od przymulonego chłopca. Było nawet blisko, by jej się to udało - niestety, nie zdążyła. W ostatnie dwa kroki nogi anielicy aż po kolana zostały przykryte mgłą, odbierając jej czucie w nogach. Runęła do przodu, tylko odruchowym wyciągnięciem rąk do przodu ratując się przed wylądowaniem wprost na twarzy.
Nie ma to jak majestatyczne bohaterstwo.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Shirōyate on Sro Lip 26, 2017 1:40 am
Rzecz jasna, nie był na tyle głupi, by świadomie pakować się w najgorsze łajno. Wiedział, że coś może pójść nie tak, wiedział też, że najdrobniejsze potknięcie może oznaczać jego koniec. Nie był na to przygotowany — bo kto byłby przygotowany na własną śmierć? Jednak nawet mimo tego miał zamiar zaryzykować, ponieważ przeleżenie na kanapie równało się takiemu samemu niebezpieczeństwu jak próba wyjścia z pokoju. Mając do wyboru tak liche karty, postanowił „po prostu” zagrać jakkolwiek — przy odrobinie szczęścia mogąc coś na tym zyskać. Jeżeli nie — przynajmniej nie zginie na sofie przesiąkniętej zapachem mdlącej wilgoci.
Hiroki w jednej chwili brnął jeszcze do drzwi; bez namysłu skorzystał z pomocy anielicy, zrobił to machinalnie i bez zakodowania tego w mózgu. Nie zwrócił uwagi na to, jak bardzo słaby i żałosny był. Nie pamiętał nawet o tym, że od kiedy się tu znalazł, stale był pod opieką osób trzecich, które w ostatnich momentach nagle go ratowały. Po prostu oparł na niej ciężar swojego ciała, ciągnąc stopę za stopą, mozolnie przemierzając kolejne centymetry, które dzieliły ich od wyjścia. Całą swoją uwagę skupiał na drzwiach, które wydawały mu się być coraz bliżej...
A potem wszystko zdarzyło się bardzo szybko.
Nie zdążył zareagować; stał w miejscu, ze wzrokiem niechętnie wbitym w nadlatujący gar. Oberwałby w nim. To oczywiste. Nie był na tyle prędki, aby tego teraz uniknąć, ale przede wszystkim jego stan na to nie pozwalał — choroba sprawiła, że wszystkie trybiki działały w tempie spowolnionym. Nim do Hirokiego dobiegła informacja o zagrożeniu, ciałem szarpnęło gwałtownie do tyłu.
Przeleciał kawałek, bezwładnie uderzając w podłogę. Przy kontakcie pleców z podłogą całe powietrze uszło z jego płuc i na moment stracił dech. Szeroko rozwarte usta zaczerpnęły tlenu, a potem w oczach mu poczerniało na dobre. Huknięcie o glebę wywołało promienisty ból, który rozprzestrzenił się korzeniami do wszystkich zakamarków, swoje centrum mając w kości ogonowej i łopatkach.
Zdołał jedynie przewrócić się na bok i zacisnąć czarne palce w pięść, nim mięśnie się nie rozluźniły, a powieki nie opadły do końca.
Wygasły wszystkie hałasy, wszystkie zmysły.

|| Jako że Hiro jest w ciężkim stanie uznałem, że zemdlał – przynajmniej na chwilę.
Ev, śmiało pokieruj Stevem. W obecnej sytuacji i tak nie ma zbyt wiele do roboty i jest zdany na łaskę Jinxa.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Jinx on Pon Lip 31, 2017 12:02 am
Nie odczuwał satysfakcji.
Bo cóż to za satysfakcja ze zwycięstwa, które z góry było mu przypisane?
Czasami jego własna arogancja zaślepiała go. Oczywiście, zdarzały się momenty, kiedy nie był pewien wyniku starcia, były to jednak zaledwie nic nie znaczące epizody. Przy większości „spotkań” wiedział, że wygra. Tak, jak teraz. A pokonanie Steve’a jedynie utwierdziło go w przekonaniu o swojej sile. I nakarmiło jego arogancję.
Wilczy pysk wykrzywił się w cieniu tryumfu, uważnie obserwując jak bezwładne ciało jego dawnego znajomego osuwa się na ziemię, od razu połykane przez lepką mgłę. Nim jednak ruszył w jego stronę, obejrzał się na leżącego za nim nieprzytomnego chłopca. Pochylił pysk i otworzyło lekko, wysuwają długi i lepki język, którym przesunął po bladej twarzy, na końcu szturchając nosem miękki, acz bezwładny policzek.
Ogon drgnął niespokojnie, kiedy całe jego cielsko obróciło się i ruszyło w stronę drugiego wymordowanego. Wszedł na niego, opierając się łapami o coś, co powinno być torsem i obnażył kły. Wystarczyło je rozedrzeć i się wgryźć, wypełnić usta przyjemnym posmakiem krwi, wyszarpać kolejne płaty mięsa, zapełnić żołądek. Był tak blisko, na wyciągnięcie. Czuł wyraźnie jego odór, ciepło. Dźwięk pękających i łamanych kości wypełnił pomieszczenie. Aczkolwiek bynajmniej nie należały do Steve’a. Trwało to chwilę, choć dla kogoś postronnego mogło zając zaledwie parę mrugnięć, kiedy w miejscu mglistej bestii kucał roznegliżowany Sheba. Jego jasna skóra, poprzecinana w wielu miejscach większymi oraz mniejszymi bliznami, odznaczała się teraz ciemnymi plamami, które ulatniały się wraz z mgłą.
Wyciągnął rękę i zacisnął nią na gardle mężczyzny, przysuwając swoją wykrzywioną gębę w uśmiechu jeszcze bliżej. Steve nie mógł się ruszyć, ale mógł doskonale go słyszeć. Cóż za chora przyjemność. Tyle możliwości.
- To było od początku przesądzone. – syknął mocno zachrypniętym i zdrapanym głosem. - Nie zabiję cię tylko ze względu na to, że jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś. Za moment odzyskasz czucie. I masz trzy opcje. Wyjdziesz i wrócisz t za tydzień, dalej pracować dla mnie a my zapominamy o całej sprawie. Druga opcja, to wracasz za tydzień i kończymy to, chociaż doskonale wiemy, jak to się skończy. Trzecia opcja to wychodzisz i nigdy tu nie wracasz. Ale nie gwarantuję ci bezpieczeństwa, kiedy spotkamy się na terenach Desperacji. Wybór należy do ciebie. Steve, czyż nie jestem łaskawy? – w złotym spojrzeniu pojawił się błysk szaleńca. Szybko jednak zniknął, a Sheba powoli, wręcz leniwie podniósł się, prostując, czując jak tym jednym ruchem pobudził wszystkie kości do życia.
Nim podszedł do dzieciaków, spokojnie, niespiesznie, wciągnął na powrót spodnie na swoje biodra oraz zarzucił koszulkę, na końcu rozmasowując sobie kark.
Chłopaka przerzucił sobie przez ramię, jakby nic nie ważył, a co do dziewczyny… cóż. Złapał ją za kark, jakby była niesfornym szczeniakiem i ruszył ku wyjściu, ciągnąc jej bezwładne nogi po ziemi.
- A my sobie porozmawiamy.

| zt x 3 | -> Tutaj



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Powrót do góry

- Similar topics