Strona 2 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Gość on 4/5/2015, 00:03
Będzie musiał pamiętać, aby dopisać w notesiku imiona kolejnych zjebów, na jakich natrafił w Desperacji. Lista będzie długa.
Ziewnął przeciągle, pogmyrał palcem w nosie, podrapał za uchem. Chyba jego możliwości manualne zaczęły się normować.
Uśmiechnął się pod nosem.
Cała sytuacja zaczynała go powoli bawić. Wszystko było takie groteskowe.
A może umarł? Może w rzeczywistości leży sobie w tym zasranym zaułku, zasypany śniegiem i majaczy? Może to jego ostatnia, przedśmiertna wizja? A potem co, lu?
Skrzywił się, kiedy zaczęły dochodzić do niego dotychczas tłumione mocą mgły impulsy bólu.
Sranie w banie.
Bolało jak skurwysyn, a to oznaczało że był jak najbardziej żywy.
Poruszył dużym palcem u nogi. Potem kolanem i udem, aż w końcu dźwignął się do siadu. Spróbował wstać, ale zachłysnął się i opadł z powrotem na łóżko.
- Arghh... Chuje-muje dzikie węże.
Ponowił próbę i syknął.
- Taka wasza mać.
Po jeszcze kilku, równie elokwentnych wiązankach udało mu się w końcu dokuśtykać do kanapy i rozwalić obok Akane.
'Nogi całe?'
Zerknął na rudą z mieszaniną furii i niedowierzania. Westchnął ciężko, policzył do dziesięciu i postanowił jednak nie rzucać się na kobietę ani z pięściami, ani z ryjem.
- Oj tak. Jak bandzioch po cesarce.
Obejrzał uważnie bandaż owinięty wokół nogi, musnął palcami jego powierzchnię. Ból zdawał się pulsować, rozchodził się falami nie tylko po zharatanej kończynie, trawił całą prawą stronę jego ciała. Ogniskował się szczególnie w prawym boku blondyna, gdzie jak zauważył...
Brakowało kawałka ciała.
Noszkurwajapierdolę, flaki całe?
Pomacał brzuch i plecy, ale wyglądało na to, że ważniejsze narządy raczej ocalały. Może nie będzie siurać krwią.
Co do kobiety - wiedział, że chciała dobrze. A może to wcale nie chodziło o rany, a o molestującego go wymordowanego, który właśnie-
Wszystkie myśli zniknęły z jego głowy, ślinianki zaczęły pracować ze zdwojoną siłą.
Jedzenie.
Je-dze-nie.

Praktycznie doskoczył do oferowanej mu porcji żarcia, którą pochłonął w mniej niż trzy-cztery sekundy. Wypadało prosić o repetę?
- Uff... Człowieku! Taki pełny to ja nie byłem, od kiedy Kundel nie wpakował mi w bebech serii ołowiu! Special thanks for ya!
Ukontentowany, ułożył się wygodnie na oparciu kanapy i z ciekawością przypatrzył maltretowanemu przez swojego oprawcę/wybawcę gówniarzowi. Zdawał mu się dziwnie znajomy, w taki sposób, w jaki wydaje nam się znajomy listonosz, który codziennie przynosi sąsiadce katalogi z biedry, kiedy spotykasz go przypadkiem na ulicy. Kojarzył, ale nie wiedział skąd. W dodatku to dziwne uczucie, kiedy jego wypowiedzi po prostu p o j a w i a ł y się w jego głowie... no. W każdym razie gdzieś mu mignął.
Przysłuchiwał się paplaninie bruneta z rosnącym rozbawieniem, konsekwentnie oblizując trzymaną w obu rękach łyżkę.
- Może być i Zdzichu, chociaż na imię mi Steve.
Salutnął krótko w stronę zebranych, odkładając jednocześnie miskę na stół. Rozległo się ciche tompnięcie.
'Co robiliście w tak paskudnym miejscu, jak tamten zaułek?'
Uniósł pytająco brwi.
- A jest w Desperacji takie miejsce, którego nie nazwałbyś paskudnym? Spałem kiedyś w niezłym, wojskowym bunkrze, ale nawet tam jebało uryną.
Wzruszył ramionami i kontynuował.
- Co do mnie, to dzień jak co dzień. Żółtki się na mnie zasadziły i musiałem zastosować taktyczny odwrót. Gdybym wiedział, że natrafię na coś gorszego - znaczące spojrzenie w stronę Sheby -poleciałbym w zupełnie przeciwnym kierunku. Ale cóż, shit happens.


Ostatnio zmieniony przez Steve dnia 4/5/2015, 22:49, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Shirōyate on 4/5/2015, 22:33
„Shiro-chan!”
Drgnął nerwowo, patrząc na niego lekko nieprzytomnie. Pojawił się jednak w oczach błysk strachu, który zwykle upychany był gdzieś na dno jego samego. Wszystko, byle nie okazać słabości, która teraz aż z niego emanowała. Nie potrzebował żadnych odblaskowych cacek. Sam mógł robić za latarnię.
„Ujeżdżam go.”
… are?
Spojrzał na Steve'a. Potem na Jinxa. Steve. Jinx. Steve.
Uchylił usta...
„Też możesz spróbować.”
… i zamknął.
Odwrócił się, chwycił za klamkę, szarpnął... a potem poczuł tylko wielki łeb na swojej głowie, ręce, jak imadło zatrzaśnięte na jego ramionach i to głupie uczucie, które nakazało mu przekręcenie się wraz z krokami przodem do zebranych. Czuł się jak głupi maluch, z którym tatuś znów chce iść na spacer, szepcząc na ucho o kolejnych stawianych „tuptusiach”.
„Tęskniłeś za mną?”
Hiro próbował dźgnąć go łokciem w żebra, ale pulsowanie w skroni, przypominające bicie serca, w pewien sposób mu to uniemożliwiało. Nie umiał tego nawet dokładnie sprecyzować, ale każde następne „uderzenie” wprowadzało do umysłu kolejną drobną część zamglenia. Jak narkotyk, który prędko otumania, tak Hiroki poczuł się, jakby musiał walczyć o świadomość, której za wszelką cenę nie chciał stracić.
Nie zdążyłem ─ syknął pod nosem, raz jeszcze starając się (niezbyt mocno zresztą) wyrwać z jego objęć. To było ledwie drobne szarpnięcie, które równie dobrze można uznać za przypadek. Sam nie wierzył, kiedy jego zdrowa ręka nagle zacisnęła się na dłoni Sheby i uścisnęła ją mocno, wgryzając się paznokciami w skórę wymordowanego. Puść mnie... Puszczaj, cholera.
Ugryzł się w język.
Jesteś głupi, czy jak? To despota. Może cię udusić jednym ruchem ramienia, a ty śmiesz dyktować bogu co ma robić?
Jasnowłosy zamknął mocno powieki i zacisnął usta, w pierwszej chwili gotowy na ziszczenie się czarnego scenariusza. Znał Jinxa. Wiedział, do czego był zdolny i z jaką łatwością przychodziło mu dobijanie konających. Do teraz żołądek zaciskał się na samo wspomnienie tych pustych oczu. To nie tak się miało skończyć. Wcale go nie szukał. Nie chciał do niego przyjść. Przecież robił absolutnie wszystko, by uniknąć i jego, i Jaspera. Jakim więc cudem znalazł się w tym pokoju? W dodatku z dwójka jakichś dziwnych, poranionych ludzi, którzy wydawali się...
„Spotkałem tę dwójkę gdzieś w zaułku.”
Oho.
Czyli to nawet nie są znajomi Jinxa, tylko para kompletnie obcych. Kolekcjonował takich wyrzutków? Jego w końcu też zabrał z ulicy i choć okoliczności obudzenia były raczej lepsze, to obie sytuacje nadal sprowadzały się do przestępstwa. Chyba tylko cudem nie zaczął znów mielić jęzorem, by setny raz przypomnieć Shebie, że jest kryminalistą i jak tylko się uda, to sprowadzi się na niego policję. Hiroki uchylił w końcu powieki i zerknął nieśmiało na Akane. To na niej zawiesił dłużej wzrok, dokładnie przyglądając się kobiecie; twarzy, włosom, oczom.
„... i Tereska”.
Śliczna ─ skomentował niezbyt świadomie, zerkając zaraz po tym ponownie na Shebę. Nie odpowiedział na jego pytanie, bo w zasadzie nie miał na to czasu. Podchmielony umysł nie dawał dość do głosu zdrowemu rozsądkowi i tylko cudem wiślańskim nie wykrztusił jakichś głupot, które cisnęły mu się na usta. Zaraz padła zresztą druga wiązanka, na którą oczekiwano odpowiedzi, a potem i tak został posłany siłą na kanapę, jak zwykle próbując stawiać opór równie skuteczny, co rzucanie masłem w mur. Nim się obejrzał, siedział posłusznie na meblu, lekko skulony, z rękoma na złączonych kolanach. Ramiona drgnęły mu jeszcze wyżej, gdy Sheba usiadł obok.
Wdech, wydech, Hiro. Nie patrząc w ogóle na właściciela burdelu wyciągnął zdrową rękę i chwycił za podaną łyżkę. Przytłoczony nieco jego bliskością (bliżej mógłby już tylko siąść mu na kolanach) zawahał się, gdy miał odebrać miskę, ale ostatecznie też pochwycił ją jakoś niezręcznie. Nie chciał im przeszkadzać, bo już i tak wyjątkowo mocno czuł się jak intruz. Miał zamiar zjeść porcję, a potem wybiec stąd, że zostałby po nim jedynie obrys sylwetki, jak w zawodowym anime... Ale upuścił miskę. W połowie na siebie, w połowie na spodnie Jinxa i kanapę. Naczynie upadło z brzękiem na podłogę. Dosłownie brzmiało to jak wyrok. Palce mu drgnęły, gdy ze świstem nabrał powietrza do płuc, tak jakby faktycznie miał zaraz przemówić. O Boże. Zerknął szybko na Akane, ale zaraz wbił wzrok w kanapę. Nie chciałem. Naprawdę. Samo wypadło. Nie karz mnie. Mogę to nawet zlizać. Zamrugał zaskoczony. Znaa... czy, nie ze spodni, bo to dziwne... i w sumie chore. To może zrobić człowiek od tęczy... Pochylił w panice głowę, aż postrzępiona grzywka opadła mu na oczy. To był wypadek, przysięgam. Ostatnie słowa i tak dodał już ciszej, marszcząc materiał spodni pod drżącymi palcami.
Od kiedy jesteś taki nerwowy, szczeniaku?
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Jinx on 5/5/2015, 18:58
Nie kwapił się do zbytniej pomocy swoim gościom, chociaż chwilę wcześniej ofiarował swoją pomoc. Co za zmienność. Z malującym się na twarzy rozbawieniem obserwował ich zmagania, kiedy to walczyli ze swoimi ciałami, by się poruszyć i podnieść. Doskonale znał efekty uboczne swojej mocy i nie ma co ukrywać, że za każdym razem patrzenie na jego ofiary, które zmagały się z trudnościami całkiem go bawiły. Ot, taka miła rozrywka w tym nudnym świecie. Jednakże całą jego uwagę skupił białowłosy mężczyzna, który przedstawił się jako Steve. Był interesujący. Pod wieloma względami.
W milczeniu przyglądał się jak pałaszuje zupę, a sam nalał sobie do kubka nieco wina, w sumie jednego z pospolitych sikaczy, a którego było tutaj pod dostatkiem. Chociaż w Desperacji nawet taki sikacz był trudny w zdobyciu. Upił łyk cierpkiego napoju, uśmiechając się krzywo, i bogowie tylko wiedzieli co aktualnie chodziło mu po głowie.
- Jak już skończysz jeść.. – w końcu przerwał tę ciążącą ciszę - To lepiej zacznij pierdzieć tą tęczą. Nie lubię kłamców i osób, które mnie oszukują. – rzucił lekko, choć co bystrzejszy słuchacz mógł bez problemu odczytać, że za spokojnym, nawet rozbawionym tonem kryje się nuta ostrzeżenia. Niemalże każdego dnia spotykał się z osobami, które raczyły go jakże to wspaniałymi obietnicami. A koniec końców praktycznie nikt nie wywiązywał się z danego słowa. A Sheba wyciągał z tego odpowiednie konsekwencje. I tym razem miało tak być, jeżeli jasnowłosy nie uraczy Jinxa czymś nad wyraz ciekawym.
Przesunął koniuszkiem języka po dolnej wardze zgarniając pojedyncze krople wina, by wreszcie odstawić kubek na blat stołu, a samemu rozłożyć się na kanapie w wygodniejszej pozycji, nie przejmując się, że bezczelnie przesuwa siedzącego obok chłopaka.
- Jesteś całkiem pocieszny, Zdzi—Steve. – mruknął cicho Sheba, przechylając głowę nieznacznie na bok, a ciemne, dłuższe kosmyki włosów opadły nieco na jego twarz. - Nie zastanawiałeś się nigdy nad pracą w roli trefnisia? Przydałby mi się ktoś taki. – rzucił drapieżnie - Dla ciebie Tereska też mogę znaleźć jakąś robotę. Masz szerokie biodra, nadawałabyś się. – dodał cicho parskając pod nosem, już wcześniej zdążając przesunąć wzrokiem po ciele kobiety, by ocenić jej walory. Bo czemu nie. Bo przecież mógł.
- Żółtki? Kundel? – uniósł brwi nieco zaskoczony, prostując się i opierając łokciami o kolana. - Masz na myśli szczeniaki Wilczura? – no proszę, Growlithe nie próżnuje. Jego niesława zalewa powoli całe Apogeum, tocząc je od środka niczym cholerna trucizna wyżera krew w żyłach. - Uważaj na słowa. Te Żółtki mają wszędzie uszy i dobry węch, by wytropić swoich wrogów. Powiedz Steve… – wyciągnął powoli z buta jeden ze swoich noży i zaczął obracać go powoli w swych dłoniach, przesuwając nieco za długim pazurem palca wskazującego po jego ostrzu. - Jesteś ich wrogiem? Nie lubisz się z DOGS? – niemalże wymruczał rozkosznie, przenosząc spojrzenie na siedzącego nieopodal mężczyznę.
- Bo widzisz, ja dość lub—KURWA MAĆ. – głośne i raniące uszy warknięcie przecięło powietrze zwiastując niebezpieczeństwo. Złote spojrzenie mężczyzny zajarzyło nieprzyjemnie, kiedy wbił wściekłe oczy w kulącego i kajającego się chłopaka przed nim. Miał szczęście, że zupa nie była gorąca. Już raz się sparzył przez niego. Raz można, ale bez przeciągania struny oraz przekraczania i tak cienkiej granicy wytrzymałości i cierpliwości Sheby. Zwłaszcza w dniu, w którym Jinx miał swoje napady humoru.
Nim chłopak zdążyłby odskoczyć, wolna dłoń pochwyciła mniejszego chłopaka, zaciskając palce na materiale jego bluzy i szarpnęła na tyle mocno, by dzieciak niemalże wpadł na Shebę, gdy ten przyciągnął go do siebie. Przez krótką sekundę posłał ostrzegawcze spojrzenie w stronę swoich gości, by nawet nie ważyli się wtrącić w „metody wychowawcze” wymordowanego.
- Shiroyate. – warczenie wdarło się do ucha chłopaka, gdy Sheba przysunął swoje wargi tak blisko niego, że ten mógł poczuć jego ciepły oddech muskający jego skórę.
- Twój dług rośnie. – dodał, chcąc mu uświadomić, że nie jest na wakacjach. Czasami miał wrażenie, że te wszystkie potknięcia chłopaka są robione przez niego specjalnie. I niejednokrotnie miał ochotę najzwyczajniej w świecie przypierdolić mu, jednakże jakaś niewidzialna moc powstrzymywała go przed zrobieniem mu większej krzywdy. Tylko jak długo ta moc będzie go chroniła przed gniewem mężczyzny.
To naprawdę śmieszne ile pokładów cierpliwości potrafił w sobie odnaleźć, jeśli chodziło o tego małego kartofla. Kiedyś tego pożałuje, był tego pewien.
- Z tyłu z prawej strony, obok łóżka. Trzecia szuflada od góry. Przyniesiesz mi nowe spodnie. – powiedział odsuwając go nieco od siebie, by przesunąć po nim swoim spojrzeniem, krzywiąc się w zniesmaczeniu. - I weźmiesz dla siebie czystą bluzę i spodnie. Przebierz się, nie będziesz chodził usyfiony. Nie ty. – dodał już nieco spokojnie. Wypuścił go, jednakże dłoń wsunęła się w jego kosmyki. Nie patrząc na niego przesunął ręką po głowie małego, mierzwiąc jego jasne kosmyki, niemo komunikując, że już się nie gniewa.
- No leć się najpierw przebrać. Musisz jeszcze coś zjeść. Trzeba było powiedzieć, że dalej masz problemy z palcem. Nakarmimy cię. – zamilkł przypominając sobie swoje umiejętności w karmieniu i jak łyżka wylądowała na twarzy chłopaka a nie tam, gdzie powinna.
- Tereska pomoże ci zjeść, prawda? – zapytał rudowłosą kobietę, chociaż tak szczerze powiedziawszy nie miała wyboru. Musiała nakarmić chłopaka.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Gość on 5/5/2015, 23:31
Wzburzone spojrzenie blondyna odwzajemniła własnym, przepełnionym spokojnym zatroskaniem. No bo co w tym takiego strasznego, co powiedziała? To była o-czy-wis-ta oczywistość, że rany odniesione w walce raczej nie wyglądały różowo i o to raczej nie miała co pytać. Stąd też jej wypowiedź odnosiła się do raczej nieciekawego "molestowania", jakie zastosował na tymże biedaku ich obecny gospodarz. Widać było, że rządzi się bez żadnego skrępowania niczym król w swych komnatach, nawet jeżeli byli tylko w jakiejś dziurze pośrodku Apogeum. No, lepsze to niż nora głodnego stwora czy jakieś inne szambo, ale...
No, biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, pierwsze określenie mogło być zgrabną metaforą. To się jeszcze zobaczy. Oby nie.
Poklepała lekko rycerza po ramieniu, gdy ten z dzikim entuzjazmem zabrał się za pałaszowanie zupy. Widać, ze biedak był głodny, a więc posiłek mu dobrze zrobi. Co poradzić, nie mogła się nie przejmować losem człowieka, dzięki któremu prawdopodobnie jeszcze żyła... względnie - z którym dane jej było przeżyć tę jakże niezwykłą "przygodę". Jakakolwiek inna postawa byłaby z jej strony doprawdy okropną niewdzięcznością, a taka cecha jednak nie leżała w jej naturze.
Steve. Zanotowano. Mamy już dwójkę, kto następny? A, tak. Został tylko jeden. Im dłużej trwała cała ta dziwna sytuacja, tym bardziej malał stopień sympatii, jaką była w stanie z siebie wykrzesać dla bruneta. Dał jej jedzenie, to ma na plus. Nie zabił, a mógł zabić, wspaniały wujaszek Stalin. To też ma na plus. Wszystko pozostałe przemawiało raczej na jego niekorzyść, choć ani o tym nie wiedział, ani by się nie przejął.
Śliczna, nie wiedzieć czemu pojawiło się gdzieś w jej głowie, po czym w szybkim zerknięciu na chłopca, uznała go słusznie za autora tejże wypowiedzi. Zadawała sobie dwa zasadnicze pytania.
Że co, że ja, że dlaczego? (trzy w jednym, ćśśś)
Jak on to robi?
To musiał być jakiś rodzaj magii, skoro porozumiewał się w tak nietypowy sposób. Maskował to na tyle dobrze, że z początku nie zwróciła na to uwagi. Teraz jednak już zauważyła, że wypowiedzi chłopca same pojawiają się w umyśle, no zdecydowanie był to fakt ciekawy. Sama treść też chwilami zdawała się być interesująca. Uśmiechnęła się wdzięcznie do młodzieńca. Jaki on uroczy.
Konwersacji przysłuchiwała się raczej biernie, nie wtrącając się ani nie przerywając w żaden sposób. Jedynie osobliwą propozycję pracy skomentowała krótkim, wymownym parsknięciem z zestawu "No chyba sobie kpisz". Miała lepsze rzeczy do roboty niż używanie swoich szerokich bioder. Znaczy, robiła to kiedy chciała, a nie - bo musiała. Ha!
Dosłownie podskoczyła, momencie gdy miska z cichym brzdękiem uderzyła o podłogę, a wilczy kolo bardzo, BARDZO agresywnie warknął. Kto wie, czy nie przestraszyła się tej reakcji równie mocno co sprawca całego zajścia. Jakoś z wcześniejszych doświadczeń z brunetem nie mogła wynieść szczególnego poczucia bezpieczeństwa w jego towarzystwie. Wszystko jakoś się trzymało póki sytuacja była w miarę normalna, ale teraz... serce na chwilę jej stanęło, częściowo także z troski o kompletnie jej nieznajomego chłopaczka. Przez chwilę z nieco przestraszonym wyrazem twarzy wpatrywała się w scenę pomiędzy siedzącą obok dwójką, w duchu wysyłając Ao sygnały pomoc konieczna od zaraz. Boska interwencja w chwili grozy - zawsze w cenie.
Chwilę później agresja zaczęła powoli znikać z atmosfery, a Vivian usłyszała pytanie pod swoim adresem. Może i byłaby w stanie odmówić z czystej przekory, ale... młody zdążył zyskać jej sympatię, to po pierwsze. A po drugie, była tu gościem. Cudem zostało ocalone jej życie i mogła je w każdej chwili stracić. Nie ma wątpliwości, że taka możliwość mimo wszystko istniała, a więc lepiej nie ryzykować.
No, dziewczyno, zachowuj się. Bądź miła i ułożona, a nic ci się nie stanie.
- Jasne - odparła ze spokojem, obserwując dalszy rozwój spraw. Ha, nawet nowa ksywka zaczynała jej się podobać, aż nie miała ochoty czynić sprostowań. Bo... po co ktokolwiek ma wiedzieć, jak się nazywa? Jeszcze by nie daj Ao ktoś skojarzył, kim jest i jak wysokie stanowisko piastuje. A jakby ktoś zechciał to w niecny sposób wykorzystać, to już w ogóle by było kiepsko. Lepiej nie ryzykować w tak lekkomyślny sposób.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Gość on 11/5/2015, 15:47
Udał, że uważnie przygląda się przeciwległej ścianie, w głowie układając sobie plan działania. Został opatrzony i nakarmiony, więc pasowałoby kulturalnie spierdolić ze sceny, tak aby i inni aktorzy mieli możliwość wykazania się w następnym akcie. Problem polegał na tym, że nie bardzo wiedział, gdzie się właściwie znajduje.
Zerknął na bruneta i oparł policzek na otwartej dłoni. Naciągnięta fałda skóry przysłoniła mu do połowy prawe oko, upodobniając jego twarz do czegoś na kształt zdeformowanego ziemniaka.
Ten człowiek to był dramat. Jinx w sensie. Prawdziwy Cerber!
W jednej chwili krwiożercza bestia, usiłująca przemalować sobie ściany na kolor twojego płynu mózgowo-rdzeniowego, w następnej zaś molestująca cię parodia człowieka z rozchwianiem emocjonalnym. Niby błyska naokoło tymi swoimi ślepiami, niby krzywi się i szczerzy, przyprawiając niewiasty o napady histerii.
...
Ale czepia się pierdzenia tęczą. Nosz kurwa mać.
- Ja jedynie napomknąłem - zaświergotał, kładąc sobie rękę na piersi - że istnieje taka możliwość. Nie powiedziałem przecież, że to zrobię. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale, technicznie rzecz biorąc, wcale cię nie okłamałem.
Wzruszył ramionami, niemal jednocześnie krzywiąc się, kiedy wystająca sprężyna boleśnie podrażniła ledwo zasklepioną ranę. Nieznacznie zmienił pozycję, posyłając meblowi ładunek skoncentrowanej chęci mordu i delikatnie masując pulsujące bólem miejsce. A żebyś spleśniał, wredny tapczanie.
- Trefniś, powiadasz. W sumie robię za kogoś takiego. Chociaż jak przegnę, zdarza mi się robić pompki nad miną przeciwpiechotną. Albo żonglować odbezpieczonymi granatami. Ha ha, żartuję~
Uśmiechnął się pod nosem, strzepując z ramienia nieistniejący pyłek kurzu. Wcale nie żartował.
'Jesteś ich wrogiem? Nie lubisz się z DOGS?'
Udał przesadne zdziwienie, dyskretnie odsuwając się poza pole rażenia gorącej zupy. Biedny dzieciak, trochę sobie przesrał.
- Ja? Nie lubić się z Kundlami? A skąd! Ja bym im podał serduszko na dłoni, gdyby nie drobny szczególik.
Podrapał się po głowie, pokazując pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym bardzo małą przestrzeń i teatralnie zakasłał.
- Gdyby nie to, że... ekhem. Że przypadkowo, rykoszetem rzecz jasna, postrzeliłem jednego z pupilków Wilczura. Od tamtej pory Growlithe chce mnie oskurować, a moją głowę powiesić sobie nad kominkiem, jako trofeum. Rozumiesz, mi niespecjalnie widzi się taka opcja, dlatego staram się ich unikać jak tylko mogę.
...
Miał szczerą nadzieję, że Sheba nie wyciągnie teraz żółtej bandanki i nie zaproponuje stefkowi wpierdolenia na deser własnych klejnotów.
Byłoby kurwa kiepsko.
- Nawiasem mówiąc - rzucił mimochodem, zanim właściciel burdelu zdążyłby rzucić się na niego z zębami - już kiedyś uratowałeś mi dupę. Byłeś z żółtkami w M-3, a mnie Spece chcieli potraktować jako "wypadek przy pracy". Wylądowałem na zewnątrz, dałeś mi maskę i w ogóle.
Zatrzepotał rzęsami, jakby to miało być romantyczne.
- Oczywiście nie zakładam z góry, że zapamiętałbyś taki puch marny,  jak moja osoba. Po prostu naszym spotkaniom przypadają... całkiem intrygujące okoliczności.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Shirōyate on 13/5/2015, 21:28
Zacisnął mocniej powieki, zamykając usta i pochylając głowę nieco bardziej, w geście, którego o zdrowych zmysłach w ogóle by nie wykonał. Nawet jeśli nie miał żadnych szans w starciu z mężczyzną, nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby się przed nim kajać jak zbity pies, przepraszając dwadzieścia razy za jeden drobny błąd. Jasne kosmyki opadły na czoło, rzucając na twarz cień, który przysłonił oczy. Jasne, że nie chciał go oblać zupą, ale jednocześnie nie należał do pokolenia, które od razu padało na kolana i z drżącym podbródkiem błagało o przebaczenie jaśnie króla. Czemu więc teraz czuł się tak, jakby k o n i e c z n i e musiał zapewnić go o swojej niewinności?
Szarpnięcie.
Nagle odwrócił głowę na bok i zacisnął mocniej wargi w wąską linię. Nie spodziewał się klepania po główce, ale... żeby od razu dokopywać sumy do i tak paranoicznego długu? Jęknął niemo, uchylając jedną powiekę i zerkając niepewnie na Shebę. Nie odezwał się już, praktycznie nawet nie oddychał. Nie miał zamiaru go drażnić jeszcze bardziej, by wreszcie zerwać łańcuchy i dostać w pysk. Miał podobne rewelacje z innym mieszkańcem burdelu ─ w pełni mu wystarczały, jako atrakcje dnia. Nic dziwnego, że poczuł jak kamień spada mu z serca, gdy Jinx wypuścił go z uścisku. Od razu przebiegł palcami zdrowej ręki po materiale bluzy, jakiej nie zmienił, od kiedy została mu podarowana od czarnowłosego.
Zamarł jednak, gdy Sheba go pogłaskał.
Dech mu zaparło, w oczach pojawił się kurwik zaskoczenia.
Niepewnie podniósł dłoń i potarł nią kark, powoli prostując ramiona. Pokiwał potulnie głową na polecenie.
Widzisz? Wcale nie chce cię zeżreć żywcem.
Dziw, co?
Hiroki już miał schodzić z kanapy, ale zamarł, lekko pochylony do przodu. Ręka przemknęła na czoło, by opuszkami rozmasować pulsujące skronie. Cały czas nie mógł pozbyć się dziwnego zamroczenia. Do cholery. Niby z jakiej racji jakaś niewidzialna siła odrywała go od rzeczywistości? Był zmęczony, ale nie fizycznie. Usnąć chciała wyłącznie jego świadomość, pozwalając wyrwać się przed szereg dziwnym demonom, o których istnienie siebie nie podejrzewał.
Skrzywił się na ułamek sekundy, po czym podniósł się i podreptał w wyznaczone miejsce. Jak w amoku. Cały pokój mu podskakiwał i kołysał się na boki, choć on sam lazł całkiem prosto i płynnie. Wyszedł z pokoju, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

[...]

Przez korytarz szedł w zasadzie po omacku. Powarkiwał pod nosem, uparcie trąc twarz, jakby dzięki temu miał się ocucić. No dalej, Hiroki. Co ci znowu jest? Słaniasz się na nogach, jak ostatni schlaniec. Dosypali mu coś do przedwczorajszej porcji jedzenia? Jak na zawołanie żołądek się ścisnął, a z brzucha wydobyło się niedźwiedzie burczenie. W sumie czuł się tak okropnie... od wieczoru, w którym zniknął Sheba.
Uderzył lekko pięścią w ścianę, której cały czas się przytrzymywał, jakby zaraz miał się przewrócić. Żeby było zabawniej: naprawdę szedł ładnie i prosto. Tylko przed nosem wszystko mu tańcowało, dlatego nie patrzył przed siebie, tylko wzrok wbił w stopy i przesuwał je krok po kroku. Krok. Krok. Pauza. Nabrał powietrza do płuc. W porządku... Krok... krok...
W porządku?
Przystanął, przekręcając głowę na bok. Jego wzrok padł na twarz neutralnej kobiety.
Odpieprz się ─ warknął, przyglądając się, jak na jej ustach pojawia się lekkie skrzywienie. Zdusił chęć zaśmiania się. Dławiło go to, ale zacisnął zęby i wznowił podróż życia, ze wszystkich sił starając się nie wybuchnąć histerycznym chichotem. Może to i lepiej, że nie słyszał komentarza kobiety. Coś wewnętrznie zmusiłoby go do odpyskowania i uderzenia jej. A tego nie wybaczyłoby mu żadne Niebo.

[...]

Chwycił za uchwyt i mocno mrużąc ślepia wysunął szufladę, od razu sięgając po pierwsze lepsze ciuchy. Długo gramolił się, żeby zdjąć swoje ubrania, ale w końcu bluza i spodnie upadły twardo na podłogę. Nabrał wdechu, przyglądając się nagiemu ciału, wypuścił powietrze przez zęby i zabrał się za ubieranie. Bluza luźno opadła na cherlawą pierś, sięgając mu niemalże do połowy ud. Ze spodniami było gorzej. Musiał klapnąć na brzegu łóżka Jinxa i przez pół godziny podwijać sobie nogawki. Co jakiś czas mocno pocierał skronie i czoło albo klepał się w policzki, jakby chciał się ocucić. Świadomość prezentowała się teraz jak dogrywająca żarówka. Migała, co jakiś czas wyłączając się i znów włączając.
Najchętniej zostałby w pokoju, ale...
Ze zrezygnowaniem spojrzał na parę spodni, jaką miał przynieść Shebie.
Lepiej go nie denerwować. I tak dziś wszystko spieprzył.

[...]

Zgubił się po drodze. Kolejna prostytutka, ubrana w luźną sukienkę do połowy ud, przyklękła przy nim i głaszcząc po głowie zapytała czy wszystko w porządku. Odepchnął ją, wybuchając krótkim, markotnym śmiechem. Szybko zasłonił usta dłonią, zerkając na nią, jakby dopiero ją zauważył. Pokręcił przecząco głową i uciekł, ściskając mocno materiał, trzymany w dłoniach.
Do sali spotkań przyszedł „jakiś czas później”, choć on sam nie czuł upływu czasu. Przegryzał natarczywie dolną wargę, nie mogąc uwierzyć, że „coś takiego” w ogóle wyrwało mu się ze ściśniętego od wieków gardła. Uderzył piętą w drzwi, by się domknęły i podszedł do Sheby, żeby położyć mu spodnie tuż obok. Wyciągnął potem ręce w jego kierunku jak małe dziecko, wsunął jedno kolano na kanapę i objął go mocno, wtulając twarz w jego szyję. Wypuścił gorące powietrze w materiał jego koszuli i wtulił się cały, aż Sheba mógł wyczuć walące serce. Najwidoczniej zupełnie zapomniał o tym, że czarnowłosy był ranny. Przerywanym oddechem chuchał mu co rusz w bark albo pod linią żuchwy, aż wreszcie obrócił głowę i przyłożył usta do jego ucha, najwidoczniej święcie przekonany, że dzięki temu nikt go nie usłyszy. Wargi zadrżały, zacisnęły się, ale w końcu poruszył nimi, lekko muskając przy tym Jinxa.
Źle się czuję po ostatnim pobiciu, Jinx-sama ─ Słaby dźwięk głosu dzieciaka ledwie tknął umysł starszego wymordowanego. Chłopak zmrużył błyszczące ślepia, znów tamując śmiech. Tak jakby w ogóle było w tym coś zabawnego. Mogę... Pauza. Zmarszczył lekko nos, czując drapiące uczucie w gardle. Mogę pójść odpocząć? Parsknął cicho, luzując uścisk. Odsunął się odrobinę, żeby móc spojrzeć mu w oczy, a potem zachichotał, przykładając nadgarstek do ust.
Nie jestem taką ciapą! Żartowałem! Odskoczył, rozkładając ramiona na boki, jak prezenter teleturnieju. Chcę, żeby mnie nakarmiono! Nieznana dotąd nuta wesołości wkradła się do jego głosu, choć twarz na nowo przybrała obojętności. Dosłownie doskoczył do Akane, uwalił się na ziemi tuż obok jej nóg, by oprzeć skrzyżowane ramiona na jej udach. Położył policzek na jednym z przedramion i zerkając z dołu na czerwonowłosą lekko rozchylił usta.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Jinx on 19/5/2015, 21:39
Odprowadził wzrokiem wychodzącego chłopaka aż do ostatniej chwili, kiedy to drzwi zamknęły się za nim z cichym zgrzytem. Wpatrywał się jeszcze przez moment w tamto miejsce, w końcu zwracając swoją uwagę na gości znajdujących się w pomieszczeniu. Oparłszy wygodnie brodę o dłoń, zmrużył nieznacznie oczy, kiedy Steve przyznał się do jego relacji w stosunku do gangu DOGS. Interesujące, doprawdy.
- Oczywiście… przypadkowo. – mruknął przechylając głowę nieco na bok I uśmiechnął się krzywo oraz nieprzyjemnie. - Bo widzisz, przypadkowo to ja mogę wyrwać twoje flaki, podać Teresce w misce i zmusić, żeby zjadła, a na koniec wsadzić ci pieprzoną, drewnianą miskę do dupy, żebyś mi zaczął wesoło śpiewać z rozkoszy. – wyprostował się powoli, wciąż przyglądając się mężczyźnie. - Jakoś nie chce mi się wierzyć w to, co mówisz. Chociaż z drugiej strony, Wilczur  bywa dość porywczy, Steve. A co zrobisz, jeśli ci powiem, że jestem jednym z nich? – uśmiechnął się krzywo, a na tę krótką, króciutką chwilę w pomieszczeniu zapanowała naprawdę ciężka atmosfera. Wydawało się, że powróciły chwile z nieszczęsnego zaułku, i że Sheba lada moment ponowni rzuci się w stronę jasnowłosego, wgryzając w jego krtań z zamiarem zatopienia w niej swoich zębów.
Jednakże zamiast ataku nastąpiło ciche parsknięcie.
- Nie jestem. Ale zapamiętaj jedno. Jeżeli kiedykolwiek zostaniesz ich wrogiem, z automatu staniesz się i moim wrogiem. No! – klasnął otwartymi dłońmi o uda i skinął głową w stronę stołu.
- Częstujcie się. Bądźcie moimi gośćmi.
- zamarł na moment, kiedy jasnowłosy wspomniał o zamierzchłych czasach, gdzie niby został uratowany przez niego. Na samą myśl Jinx uśmiechnął się promiennie, choć w tym uśmiechu nie było krzty wesołości.
- Mówisz? Cóż, nie jestem już tak młody, na jakiego wyglądam, więc I pamięć może nie być najlepsza, ale… – nachylił się nieco w stronę Steve’a - Skoro jest tak, jak mówisz, I uratowałem Twój tyłek, w takim razie jesteś moim dłużnikiem. – uśmiech mimowolnie poszerzył się bardziej - Więc? Jak zamierzasz spłacić swój dług, hm? – świdrował mężczyznę swoim wzrokiem, dając jasno do zrozumienia, że mężczyzna już niewywianie się z tego, co powiedział. Gwałtownie zwrócił wzrok w stronę rudowłosej.
- A ty? Też zawdzięczasz mi życie? Chociaż… w sumie tak. W końcu przytargałem tuta twoje zwłoki, opatrzyłem, umyłem i dałem Ci jeść. Twoja zapłata za usługi? – wyprostował się, by opaść wygodniej na kanapie. - Chociaż chyba nawet wiem co możesz zrobić. – w złotym oku pojawił się niezidentyfikowany błysk.
Skrzyp
Drzwi uchyliły się wpuszczając jasnowłosego chłopaka do środka.
- Zgubiłeś się? – zapytał Sheba, wciąż nie odrywając wzroku o kobiety.
Nie zwracał uwagi na Shiro, który wchodził głębiej. Nie spojrzał na niego nawet w chwili, gdy położył obok niego spodnie, jednakże chwilę później zrozumiał, że powinien zwrócić na niego uwagę o wiele wcześniej. Kiedy chłopak przysunął się do niego, owijając się dłońmi dookoła jego szyi, mogł wyraźnie poczuć, jak mięśnie bruneta spinają się przypominając żywą skałę, której byle dzieciak nie jest w stanie poruszyć. I chociaż wciąż wpatrywał się w rudowłosą, to już było wiadomo, że nie widzi jej, a myślami jest daleko. Nie drgnął ani milimetr, nawet w chwili, kiedy poczuł ciepły oddech jasnowłosego okalającego jego skórę oraz łaskotanie jego włosami czy delikatne wargi tuż przy jego uchu. Jedyną rzeczą, która zdradzała jego emocje była szczęka, niebezpiecznie zaciśnięta, z każdą kolejną sekundą sprawiając wrażenie, że za moment kości pękną wywołując charakterystyczny i nieprzyjemny dźwięk.
W końcu dłoń ciężko opadła na delikatne ramię chłopaka, by chwilę później mocno odepchnąć go od siebie. Spojrzał na niego ostrym, wręcz chłodnym spojrzeniem, jakby chciał go zgnieść swoją siłą i pokazać, gdzie jest tak naprawdę jego miejsce.
- Shiroyate. – powiedział niskim I cichym głosem, jakby tylko jego imię wystarczyło do przywołania chłopaka do porządku. Dzieciak nigdy przedtem tak się nie zachowywał. Nienawidził jego dotyku. I raczej sam od siebie nie dotknąłby go ot tak. I do tego nie w taki sposób. Dlatego też w umyśle wymordowanego zapaliła się żółta, ostrzegawcza lampka.
Co jest z nim nie tak?
Z letargu wyrwało go poruszenie się chłopaka, który opadł na kolana rudowłosej, by ta go nakarmiła. To był impuls. Momentalnie podniósł się z ziemi i złapał chłopaka za fraki, siłą podnosząc go do pionu i odwracając do siebie przodem. Zaciskając w żelaznym uścisku jego ramię, by ten przypadkiem nie wyrwał się, drugą dłoń zacisnął na jego szczęce, zadzierając ją do góry tak, by ten spojrzał mu w oczy. Sam nachylił się nad nim tak blisko, że przydługawe kosmyki z jednej strony delikatnie dotykały jego skóry. Zmrużył niebezpiecznie oczy przyglądając się bezbarwnym źrenicom dzieciaka. Nie, nie były powiększone, więc już z miejsca mógł wykluczyć działanie pewnej części narkotyków.  
Puścił jego szczękę I odwrócił go tyłem do siebie, przyciskając do swojego ciała, żeby mu nie uciekł I podciągnął najpierw jeden rękaw powyżej łokcia, potem drugi, uważnie oglądając jego dłonie. Tutaj też nic. Czyli zero narkotyków. Chyba, że….?
Przysunął swoją twarz do karku chłopaka, a następnie powoli, wręcz leniwie przesunął swoim nosem po jego ciepłej skórze, wdychając jego woń. Też nic. Zero jakiegoś podejrzanego zapachu, który mógłby świadczyć o jego odurzeniu.  
- Co dzisiaj jadłeś? – zapytał cicho, ale na tyle głośno, by wszyscy zgromadzeni tutaj mogli go usłyszeć.
Prychnął cicho a następnie pchnął go na kanapę, tuż obok Akane.
- Usiądź normalnie. A ty go nakarm, bo chyba zaczyna mu odpierdalać z głodu. – powiedział ostro tonem, który nie znosił sprzeciwu. I kobieta mogła być pewna, że lepiej posłuchać Shebę w tym momencie. Sam mężczyzna zamierzał obserwować uważnie dzieciaka i jego ewentualne reakcje na otoczenie.



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Gość on 20/5/2015, 19:21
Przydałoby się stąd zwinąć. Jak najszybciej. Atmosfera gęstniała z chwili na chwilę, a rudej naprawdę nie uśmiechało się spędzać w tym miejscu więcej czasu, niż to konieczne.
Z właściwym sobie spokojem udawała, że nic a nic nie obchodzi jej rozmowa pomiędzy mężczyznami. Chłopiec zniknął za drzwiami, zaś pozostali nadal toczyli słowną potyczkę. Jak dla niej, mogliby się tak przegadywać przez najbliższy tydzień, dla Vivian to tym lepiej - nie zwracano na nią uwagi, co w obecnym towarzystwie oznaczało zbawienne mniej kłopotów. Nie chciała być wciągana w żadne rozmowy czy zobowiązania. Nadal trzymała w rękach miskę - teraz już pustą; nie potrzebowała wiele, by zaspokoić głód i nie zamierzała nadmiernie korzystać z gościnności ich gospodarza. Mniej od niego otrzyma, mniej będzie od niej chciał w zamian. Bez przekonania wpatrywała się w bliżej nieokreśloną przestrzeń, gdzieś w okolicach swojej dłoni. Trzymała w niej łyżkę, którą rytmicznie przybliżała do dna naczynia i odbijała ją od niego; na tyle jednak powoli, by nie wydobywać poniekąd irytującego stukotu - to z pewnością nie wpłynęłoby dobrze na już i tak ciężką atmosferę tego pomieszczenia. Niech sobie rozmawiają, na zdrowie.
Stuk, którego nie było.
Mogłoby się wydawać, że nie słucha - prawda jednak była zupełnym przeciwieństwem tegoż stwierdzenia. Chwytała uważnie każde słowo i rejestrowała w pamięci zmieniające się nastroje. Zdrowy rozsądek nieustannie powtarzał jej "Spierdalaj stąd!", jednak z żalem musiała odmówić spełnienia tego życzenia. Póki co - nie miała takiej możliwości.
Drgnęła nieznacznie, gdy brunet zmienił adresata swoich wypowiedzi. Prostym, logicznym wnioskiem, musiało chodzić o nią. Ręka zamarła jej w połowie mechanicznie wykonywanego ruchu. Przekręciła głowę w kierunku głosu i obrzuciła podmiot mówiący wzrokiem o maksymalnej beznamiętności. Pełen spokój, no, może nutka senności. Taka delikatna, właściwie ledwie wyczuwalna. Vivian była najwidoczniej oazą spokoju.
- Nigdy o to nie prosiłam, ale naprawdę miło z twojej strony - odpowiedziała, nie odrywając spojrzenia od twarzy swego obecnego rozmówcy. Lekko wzruszyła ramionami. - Mogę ci dać buzi w czółko - czy coś tam, ale taką końcówkę wolała przemilczeć. Jednoznaczna odpowiedź była bezpieczniejsza i nie zostawiała pola do nadinterpretacji. Fakt faktem, ani przez chwilę nie sugerowała wilkowatemu, by udzielał jej pomocy. Nie zaczepiała go ani nie prowokowała do ataku, właściwie była tylko niewinną pokrzywdzoną. Zepsuł - niech naprawia.
Nie patrzyła się na mężczyznę jakoś szczególnie długo. Już po chwili przeniosła zielone oczki na wchodzącego do pomieszczenia chłopca. Można by było nawet zauważyć, jak jej oblicze z lekka łagodnieje, a co bystrzejszy obserwator dostrzec mógł także cień ulgi, jaki przebiegł po twarzy czerwonowłosej. Po powrocie młodszego, uwaga do tej pory skupiona na osobie kobiety, przeniesie się zapewne właśnie na niego. Sama Akane też wpatrywała się w pandowatego osobnika, chwilami dając po sobie poznać także lekkie zdumienie. Ona chyba naprawdę nie zrozumie młodzieży... najpierw uciekał od bruneta, a teraz sam się do niego przykleił. I chyba to gościa wkurwiło, czego objawem było lekkie przechylenie się dziewczyny w przeciwnym kierunku. Tak, ten koleś zdecydowanie nie pozwalał jej na jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Cieszyła się tylko, że jej nie potraktował tymi osobliwymi testami na chuj-wie-co, które teraz przeprowadzał na Ao ducha winnym dziecku. Podejrzewał go o ćpanie? Rany, może ma po prostu taki charakter... podejrzliwość doprawdy godna nadopiekuńczego rodzica. Chociaż w sumie, kij jeden wie, co tych dwóch łączy, w Desperacji połowa ludzi (i nie-ludzi) się tak puszcza, że nie wiadomo kto, co, z kim i dlaczego.
Młody wylądował na kanapie obok Viv. Ta westchnęła cichutko i odstawiła swoją, pustą miskę na stół. Obdarzyła rządzącego się mężczyznę wzrokiem z rodzaju "ten ton był zbędny". Przecież się już zgodziła, do licha! Co on, miał ją za głupią? W sumie, to było całkiem możliwe. Nałożyła porządną porcję kolacji dla Shiro, po czym obróciła się bardziej w jego stronę, by ułatwić mu zjedzenie zupy bez kolejnych wypadków. Prosty schemat: łyżka na poziomie ust chłopca, ułożona tak, by spokojnie do niej sięgnął - bo na siłę nic mu wpychać nie będzie; miska pod spodem, aby nic się nie wychlapało; zachęcający, delikatny uśmiech i pełen spokój w oczach, plus delikatna ekspresja z gatunku "no dajesz, co ci szkodzi". Tylko teraz niczego głupiego nie zrób, chłopcze. Kolejne dziwne zachowanie mogłoby przynieść naprawdę nieciekawy skutek w postaci wkurwionego gospodarza. Tego chyba żadna z nich by nie chciało, czyż nie tak? Zostanie krwawą plamą na tapczanie stanowiłoby raczej przykry, mało porywający koniec dla każdego z nich.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Shirōyate on 28/5/2015, 17:38
// @Hiroki: Makczu Pikczu. Soreh, Steve, ale jestem niecierpliwym człowiekiem. :v

Jak to działało?
Gdy robił wszystko, aby zwrócić na siebie jego uwagę, Sheba nawet nie raczył na niego spojrzeć, a gdy tylko ewakuował się do kogoś innego, od razu skupił całe zainteresowanie wyłącznie na sobie. Hiroki poruszył jeszcze tylko ustami, chcąc zaprotestować, ale mimo zaparcia się, Jinx szybko postawił go na nogi. Spojrzał wtedy na niego zaskoczony, choć tępy uśmiech nadal błąkał mu się po twarzy. Aż dziwne, że szef nie postanowił go strącić pięścią.
Owwhaa! Wymamrotał niezrozumiale, choć wcale nie było to wymagane ze względu na artefakt. Wyciągnął zaraz łapki do Sheby, który akurat się do niego pochylił. Mężczyzna mógł poczuć zimne dłonie dzieciaka, które musnęły lekko jego szyję, chcąc ją mocno objąć, jednak w momencie, w którym ręce zaczęły się zakleszczać, ciało młodego Smoka znów zostało obrócone. Zachichotał od razu jak skomplementowana blondynka o IQ równie wysokim, co ego i przyłożył wierzch dłoni do ust. Wcale nie chciał się z tym kryć, ale jakaś wewnętrzna siła należąca do tej części Hirokiego, która chciała jeszcze zachować szczątki jego godności, próbowała jakoś przywołać się do porządku. Zamiast tego dzieciak ledwie na ułamek sekundy się uspokoił, ale czując bliskość czarnowłosego na powrót w oczach pojawił się zadziorny blask.
„Co dzisiaj jadłeś?”
Mmmmm – zamyślił się, chwytając za brodę. Nie zmienił tej pozycji nawet, gdy Jinx pchnął go na kanapę. Dosłownie opadł na mebel, lecąc i lądując w pozie myśliciela. Ciechocinek, oponę ciężarówki i twojego psa Chabra. Poza tym zrozum, że „nikt cię tutaj nie chce”. – burknął do Sheby, opierając się o Akane. Prędko zresztą ją objął, mocno wtulając się w jej klatkę piersiową. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby to niestosownie wyglądać. Jinx mówi, że „sorry, młody, ale nie tym razem”, bo podobno nie lubi chłopców. Policzki młodego nagle zrobiły się większe, a on sam przybrał naburmuszoną minę. Brakowało tylko tego, żeby prychnął jak rozpieszczona księżniczka. Wyglądał na oburzonego tym stwierdzeniem. Dokładnie tak, jakby dopiero co padło. Co ja mam zrobić, Tressy? Bo on, jak się budzi, to od razu się na mnie kładzie, wiesz? I potem pyta, czy już skończyliśmy, a to strasznie zawstydzające.
Poważnie pokiwał głową, ocierając się policzkiem o ramię kobiety. Nic sobie nie robił z tego, że mogło jej to nie odpowiadać, całkowicie skupiając się na tym, aby być jak najbliżej. Niektórzy mogliby mieć wrażenie, że jeszcze moment, a chamsko właduje się jej na kolana.
Miesza mi w głowie, no serio. Poza tym... – Otworzył buzię, żeby wziąć do niej pierwszą porcję zupy. Ledwo przełknął, a już drgnął, najwidoczniej zupełnie urywając poprzedni temat. Coś, o czym sobie przypomniał, całkowicie skupiło jego uwagę. Ej, ale zostajesz tutaj, co nie? Bo Jinx ma tutaj mnóstwo wolnych pokoi. To znaczy, czasami są zajęte, ale na trochę, bo potem dwójka ludzi się z nich wykula i znów jest okej. Kolejna podana porcja. Przełknął szybko, czując, jak wzburzony żołądek się zaciska. Nawet tutaj, mimo możliwości, nie jadł zbyt często, a już na pewno nie tknął niczego pod nieobecność Sheby. Choć faktycznie się go bał i to jego uważał za największe zagrożenie, gdy mężczyzny nie było w pobliżu, wydawało mu się, że niczego nie może. Podświadomie najwidoczniej potrzebował jego pozwolenia nawet na wzięcie dla siebie śniadania. No. Potrzebował do czasu. Teraz to prezentowało się zgoła inaczej. A może chcesz przespać się dziś ze mną, Terr? Bo ja bym bardzo ch...
Syknął nagle, puszczając kobietę i chwytając się za głowę. O ile dziwne mrowienie i dudnienie w skroni na moment przycichło (a przynajmniej tak mu się wydawało), tak teraz nagle wybuchło ze zdwojoną siłą zginając wychudzone ciało chłopca wpół. Wsunął palce we włosy i sapnął cicho, pokręcił łbem, nabrał powietrza do płuc, chyba chcąc się uspokoić, aż w końcu zerknął w bok, wbijając srebrne, zaskoczone spojrzenie w Akane. Nawet jeśli zdziwienie wykrzywiło jego twarz na ułamek sekundy to i tak się prezentował, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu. Odsunął się od razu, zaciskając mocniej usta, ale nim zdążył zadać pytanie, które widocznie malowało się na jego twarzy, znów wybuchł cichym, krótkim śmiechem, pełnym nieskrępowanej wesołości.
Poważniejąc skrzyżował nagle ręce na piersi, założył nogę na nogę i jak pan wszystkich panów oparł się o kanapę, wlepiając roziskrzone spojrzenie w Shebę. Dłuższą chwilę wpatrywał się w niego pochmurnie, dosłownie tak, jakby rzucał mu nieme wyzwanie. Zmarszczył nawet nos i wykrzywił usta w najwyższym stadium pogardy, aż...
Przydziel nam pokój, dzielny kmieciu.
avatar





Shirōyate
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Jinx on 28/5/2015, 21:04
Milczał. Jak nie on. Przez całe te żenujące przedstawienie, którego aktorem był chłopak, milczał przyglądając się jemu pajacowaniu. Skoro nie wyczuł alkoholu oraz wykreślił ewentualność zażycia jakiś środków odurzających, musiało paść na jego mózg. Innego wytłumaczenia nie było. Tylko co. Pasożyt? Bakteria? Jakieś robaki? Zmarszczył nieprzyjemnie brwi, a jego źrenice przybrały postać pionowych, zwierzęcych kresek. Nie wyglądał na kogoś zadowolonego z życia, kogoś, kto podzielał ten sam humor co chłopaczyna. Wyglądał raczej na osobę, której mało wystarczyło, żeby obnażyła swoje kły i zajebała kogoś talerzem.
Warknął coś niezrozumiałego pod nosem, słuchając bredni smarkacza. Jego cierpliwość była wyjątkowo cienka i właśnie pękła.
- Dość. – wysyczał cicho momentalnie podnosząc się i szarpnął mocno chłopakiem, zrzucając go na ziemię plecami do góry. Ciężki but przycisnął drobne ciało do ziemi na tyle mocno, żeby przypadkiem mu nie uciekł, ale też nie na tyle mocno, żeby się udusił.  
Dłonie Sheby sięgnęły do klamry paska i zaczął go odpinać, nie spuszczając wzroku z jasnej czupryny pod sobą. Prychnął cicho pod nosem, gdy w końcu wyciągnął skórzany pasek ze szlufek spodni i przykucnąwszy, chwycił najpierw jeden chłopięcy nadgarstek, a potem drugi i przytrzymawszy je jedną ręką, drugą zaczął związywać je paskiem. Mocno, tak, żeby poczuł mrowienie w palcach i nie wyswobodził się, ale na tyle lekko, żeby nie trzeba było amputować jego dłoni.
- Czym się zajmujesz, Tereska? – zapytał mężczyzna nad wyraz spokojnym tonem, chociaż po jego oczach wyraźnie można było wnioskować, że nie należy do najspokojniejszych istot.
- Potrzebuję lekarza. Pewnie nim nie jesteś, co? – dodał przelotnie spoglądając na nią, kiedy wyprostował się I wyciągnął z kiszeni spodni telefon. Nie zabierając buta spomiędzy łopatek Shiro, szybko wyszukał w telefonie pożądany numer i po wybraniu go przycisnął słuchawkę do ucha.
- Odbieraj, gnoju. – warnął cicho.
- Yo padalcu, mam ważną sprawę. Potrzebuję lekarza. – uśmiechnął się krzywo przekręcając głowę w bok.
- Wyssij bąka z pizdy mojej prostytutki. Mojej własności coś odjebało i zachowuje się jak niedorozwinięty down. A nic nie ćpał. Chyba. – warknął głośniej, a po chwili dodał. - Nie, zaraźliwa. Nabawiłem się od twojego towarzystwa. I nieważne. Znalazłem chłopaka, którym się zająłem a temu zaczęło odwalać. I nie wygląda dobrze. Będę wdzięczny. I Grow. To naprawdę ważne, zapłacę za leki i usługi. – ciche westchnięcie zasugerowało, że pomimo narastającej irytacji, naprawdę walczy sam ze sobą, by ugryźć się w język. - Ile to potrwa? Może szybciej będzie jak go zabiorę ze sobą do was? Zakryję mu oczy. – powiedział cicho, by wreszcie na dłuższą chwilę milknąc.
- Przemyślę. Wiesz, wciąż ją mam. Nie mogłem się jej pozbyć. - parsknął cicho. - Teraz jednak martwię się o smarkacza. Więc? – kolejna krótka pauza. - Jasne, rozumiem. Czerwona skała. Będziemy tam za jakąś godzinę, może dwie. I Grow, dzięki. – w końcu się rozłączył odrzucając telefon na stół.
W końcu łaskawie zszedł z chłopaka I odpiął spodnie. Bez jakichkolwiek oznak skrępowania, ściągnął dolną część ubrania odrzucając niedbale gdzieś na kanapę i sięgnął po nowe, czyste, te, które przyniósł mu parę chwil temu chłopak.
- Muszę młodego zabrać na spotkanie z lekarzem. Mój medyk to raczej pierdolony rzeźnik, który zna się jedynie na zszywaniu I wyciąganiu kul, niczym więcej. W każdym razie… – zapiął spodnie i przeciągnął się, pozwalając strzelić wszystkim kręgom.
- Możesz iść albo  z nami, albo udać się tam, gdzie chcesz. Decyzja należy do ciebie. – raptownie zatrzymał się i przyjrzał uważnie kobiecie. Nawet nie wiadomo kiedy znalazł się przed nią. Chłodna dłoń dotknęła jej podbródka i uniosła go nieznacznie, gdy nachylił się nad jej twarzą i przesunął lekko swymi ustami po jej, składając krótki pocałunek, wieńcząc go delikatnym przesunięciem językiem po jej dolnej wardze, którą zahaczył zębami i lekko przygryzł.
- Miło było poznać. – mruknął prostując się I odwracając, skupiając swoją uwagę na leżącym chłopaku.
Westchnął cicho zastanawiając sie co zrobić z dzieciakiem. W końcu dookoła ciała jasnowłosego pojawiła się ciemna mgła, która niczym pierzyna opadła na jego ciało. To powinno wystarczyć na dwie godziny. Pozbawiony zmysłów chłopak nie będzie się rzucał i utrudniał im jakże cudowną, romantyczną podróż. Sięgnął po nieruchome ciało chłopaka i przerzuciwszy je sobie przez ramię, skierował się do wyjścia.

zt + Hiroki (nie wiem co reszta zrobi) -> Czerwona skała~



"Go to Hell!"

Oh honey, where do you think I came from?



Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Gość on 31/5/2015, 00:34
Ja wiem, nie mam pretensji. Życie mnie zjadło, ale to dla was mało istotne, w każdym razie sry za zwłokę. Semestr mi się kończy, ogarnę się. Chyba. I sry, że zakłócam kolejkę, ale napradę nic nie wnoszę, jedynie usuwam się z tematu.

Już miał powiedzieć, co sądzi o tym całym 'długu', szczególnie po tym jak został rozbebeszony, ale w tym właśnie momencie szarowłosy dzieciak zaczął zachowywać się dziwnie. Napięcie rosło z minuty na minutę, jak w tych kultowych gangsterskich filmach, gdzie dwóch uliczników mierzyło się wzrokiem, czekając na nierozważny ruch z drugiej strony. Albo jak w naszej kochanej Desperacji, gdzie każdy dzień wyglądał tak samo, tak samo się zaczynał, tak samo kończył. Nigdy nie wiedziałeś, kiedy ostatecznie.
Przekrzywił głowę, jego brwi unosiły się w miarę, jak dzieciak wygadywał kolejne bzdury,a  szczęka Sheby zaciskała się coraz bardziej. Tik - tak, kto wybuchnie? I kiedy?
Wybuchnął Sheba. A przynajmniej wyglądał, jakby miał zamiar coś wysadzić. Na przykład chłopaka.
Nawiasem mówiąc, jego przypadek przedstawiał się dość intrygująco. Skoro wilczek badał go na obecność drugów, to raczej nie było jego normalne zachowanie. Choroba? Pasożyt?
Ciekawe. Wszystko tak cholernie ciekawe.
Ułożył się wygodniej na kanapie, noga na nogę, przypatrując się całemu zajściu z mieszaniną konsternacji i irracjonalnego rozbawienia. Z domieszką maniakalnej pasji. Sięgnął bezwiednie w kierunku nieistniejącej kieszeni w poszukiwaniu długopisu. Znowu. Będzie musiał w końcu uzupełnić zapasy, bo go szlag jasny trafi.
Nie odczuwał strachu. Czuł się jak na dobrym haju. Nie wiedział, czy działo się tak dlatego, że nareszcie gniew bruneta skierował się na kogoś innego, czy może pierdolenie chłopaka odrealniło w jego oczach całą sytuację, w każdym razie przestał się obawiać o własne życie. Zerknął na Tereskę szczerze rozbawiony, starając się jednak zanadto nie afiszować z uśmiechem, bo mógł zdrowo oberwać.
W końcu miał zamiar spierdolić stąd w jednym kawałku.
Szczególnie, że właśnie dostrzegł dwie rzeczy. Pierwszą były jego ciuchy, maska, pukawka i plecak, wszystko ułożone w kupie pod łóżkiem, na którym wcześniej leżał. Drugą była jego papuga, mozolnie doprowadzająca się do stanu używalności po dłuższej chwili wegetacji. Zagwizdał do niej cicho, a ona  niemal natychmiast poderwała się do spontanicznego lotu, walcząc z drętwiejącymi skrzydełkami i otumanionym łebkiem. W końcu jednak szczęśliwie udało jej się wylądować na ramieniu Steve'a, a wszystko po to, aby niemal natychmiast zacząć zapamiętale kąsać jego małżowinę uszną.
Ach, kochany, mały Alphonse. Musieli wypierdolić cię z piekła, co?
Uśmiechnął się krzywo i ucapiwszy ptaka za miałkie ciałko, przeniósł go na zdrowe kolano, co by zanadto nie nabroił.
'Potrzebuję lekarza. Pewnie nim nie jesteś, co?'
Zerknął na burdelmamę z nieokreślonym wyrazem twarzy, przeniósł wzrok na szkarłatnowłosą i znów, na Shebę.
Ja jestem! Ja! A właściwie byłem. A właściwie byłem pediatrą, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? I tak wszyscy umrzemy.
...
Miał ochotę pierdolnąć głową o mur, żeby tylko nie udzielała mu się głupawka dzieciaka. Nikt by tego nie przeżył. Włącznie z nim samym.
Westchnął ciężko i jeszcze raz, tym razem uważnie, rozglądnął się po pomieszczeniu. Uderzyło go to, że nikt dłużej nie zwracał na niego uwagi.
Bardzo dobrze. Świetnie.
Korzystając z wybryków obecnej gwiazdy estrady, jaką niewątpliwie jawił się teraz Hiroki, Albert powoli, kroczek po kroczku, zbliżał się w stronę swojego ekwipunku. Obserwując kątem oka rozmowę telefoniczną bruneta z nieznajomym, mężczyzna powoli sznurował swoje przetarte trapery, mocował pasek u spodni, majstrował przy zacinającym się zamku błyskawicznym swojej podziurawionej kurtki. Wzdrygnął się nieznacznie, kiedy padło imię Growa.
Czyli jednak.
Jak on to wszystko przeżył?
Gwałtownie odskoczył, kiedy Sheba ni stąd ni zowąd znalazł się przy szkarłatnowłosej. Przy okazji tegoż wspaniałego uniku założył drugą szelkę plecaka na ramię i schował skradzione ze stołu jabłko do kieszeni jeansów. Jakiś profit z tej przygody w końcu musiał być. A co.
'Możesz iść albo  z nami, albo udać się tam, gdzie chcesz. Decyzja należy do ciebie.'
Zmarszczył brwi, stając za plecami wilczura i starając się pokazać kobiecie na migi, jak bardzo odradza jej pomysł przyłączenia się do wesołej gromadki. Pewnie z resztą niepotrzebnie.
Bez obrazy, chłopaki, ale w takim składzie nigdzie bym z wami nie polazł. W każdym razie nie w pełnym zestawie kończyn.
Cofnął się jeszcze o pół kroku, na bezpieczną odległość.
' Miło było poznać.'
Och. To już?
Stalowoniebieskie oczy uważnie śledziły raźne kroki stawiane przez 'eskortującego' dzieciaka Shebę, mrugnęły raz i dwa, kiedy drzwi się za nim zamknęły.
Ale na pewno?
Parsknął głośno, nie mogąc dłużej utrzymać nagromadzonej wewnątrz wesołości. Alphonse zawtórował mu głośnym skrzekiem, sprzedając kolejne napastliwe skubnięcie jego uchu. Wszyscy szczęśliwi.
- Trzymaj się, Tereska! Daj znać, jakbyś potrzebowała czegoś od Smoków. Spiszemy umowę!
Salutnął jej krótko na pożegnanie i założywszy maskę na twarz, z rozbrajającym uśmiechem uchylił drzwi pokoju i wymknął się z niego cichaczem.
Znowu udało mu się przeżyć.

Stefek z/t





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sala spotkań

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Powrót do góry

- Similar topics