Strona 17 z 17 Previous  1 ... 10 ... 15, 16, 17

Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 3/5/2017, 11:39
Wiedziała przynajmniej że obie dały się "ponieść" sytuacji. Widziała to po twarzy Marceliny, blada karnacja zdecydowanie zdradza emocje. Tak samo jednak były one widoczne u Erin, gdzie jej rozgrzane poliki kontrastowały się z bielą włosów. Zmrużyła lekko oczy wciąż z tym niepewnym uśmiechem, słysząc jej słowa. Nie mogła zaprzeczyć - Marcelina to jedna z najspecyficznej wyglądających osób jakich Erin dane było poznać. Gdzieś na krańcu jej jaźni która była teraz zepchnięta na boczny tor gryzł ją fakt że zapewne jedyne co teraz zrobi, to zaspokoi Marcelinę, że i tak nic z tego nie będzie.
Ale nie myślała o tym teraz. Nie teraz, nie będąc w tym ogniu w jakim się znajduje.
- Jesteś... Piękna, Marcelino... - Odpowiedziała ciszej, chciała by tylko kobieta przed nią to usłyszała. Nikt inny, te słowa tyczą się tylko i wyłącznie jej. Te chwile są tylko dla niej, i dla nikogo innego.
Czemu nie uciekła? Czemu się poddała? Prawdopodobnie gdyby łowczyni nie była teraz ogarnięta narastającym podnieceniem sama by spytała, ale w tym stanie mogła tylko dziękować że nie została odepchnięta. Że pozwoli jej to zrobić. Że... Chce jej.
Siadając na kolanach było teraz nieco wygodniej niż jak dotąd stały, ale nie chciała robić tego zbyt szybko. Powoli, chciała nacieszyć się tą chwilą, tymi momentami. Kto wie czy jutro nie umrze? Jej prawa dłoń wplotła się między miękkie włosy jej, można już w tej chwili ująć "partnerki", lekko poruszając palcami i głaszcząc jej tył głowy do rytmu pocałunków, jakie robiły się powoli odważniejsze. Jej ciepłe wargi i rozgrzany od oddechu język łapały, cmokały, lizały i smakowały jej piękne, słodkie usta. Nie mogła powstrzymać się od cichych, zdławionych pomruków zadowolenia z tej sytuacji. Jej lewa dłoń zaczynała powolutku błądzić, gładząc jej szyję, jej odsłonięte obojczyki, chwytając jej polik i gładząc go kciukiem podczas pocałunku. W końcu jednak zerwała ich usta, i z wyraźniejszym do usłyszenia, gorącym oddechem skierowała swoje usta ku jej szyi, pieszcząc ją czułymi, delikatnymi całusami. Prawa dłoń ciągle podtrzymywała tył jej głowy, acz lewa zsunęła się w dół, wsuwając pod jej koszulkę i pozwalając sobie na badanie jej nagiego ciała poprzez dotyk.
Mmm...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 3/5/2017, 14:34
Jej ciało zaczęło się delikatnie trząść. Barwny wachlarz emocji, królujących w tamtej chwili przypominał strukturę skóry kameleona jemeńskiego. Ten stan zdradziły nie tylko rumieńce, przyspieszone tętno i brak pewności w ruchach, ale przede wszystkim lewa tęczówka Marceliny, która w tamtym momencie mieniła się sytymi odcieniami granatu, fioletu, zieleni i złotych akcentów. Zlewały się ze sobą, mieszały bądź pojawiały na przemian, błyszcząc pod wpływem tańczących iskierek płonącego ogniska, którego ciepło otulało Marcelinę i Erin.
Z jej gardła miast jęku, wydobyło się ciche mruczenie, które zlewało się z ludzkimi strunami głosowymi, dając namiastkę odgłosów sprawianej jej w tamtym momencie, delikatnej przyjemności. Przyjęła komplement, nie odpowiadając. Coś w niej, w środku jej grubego pancerza obudziło się, drapiąc coraz mocniej od wewnątrz i próbując krzyczeć. Skutecznie blokowało to Marcelinę przed chęcią szerszego otwarcia się. Tym czymś była jej przeszłość. Gdy dłonie białowłosej zaczęły błądzić po jej nagim ciele, na skórze pojawiła się gęsia skórka, a ciało zdawało się wpadać w niekontrolowany taniec. Ogon, dotąd spoczywający nieruchomo, teraz wywijał się na końcu, tworząc ślimaczą spiralę i ponownie prostujący się, unoszący, trzęsący się niczym u grzechotnika i ponownie opadający lekko na podłożę. Drobinki kurzu unosiły się na skutek tych subtelnych ruchów. Hiena poczuła pulsujący ucisk w okolicach miejsc intymnych, które już chwilę później stały się wilgotne. Odchyliła szyję jeszcze bardziej, chcąc delektować się tą niesamowitą chwilą. Czuła też, jak jej sutki twardnieją, a małe piersi stają się wrażliwsze na dotyk, co było zaproszeniem przez jej ciało do dalszych pieszczot i kolejnych kroków... W jej głowie jednak zaczęła błądzić inna myśl; wyrzut sumienia, który nie pozwalał jej odprężyć się. Marcelina nie czuła nic do Erin. Jedynie sympatię i sentyment do ich wspólnej przeszłości. Wyczuwała doskonale, że niestety uczucia białowłosej do wymordowanej były zdecydowanie bardziej skomplikowane, silniejsze i dość jednoznaczne...
Gryfica poruszyła się delikatnie, co dało Marcelinie powód do przerwania pieszczot i odsunięcia się. Opuściła wzrok i podrapała się w brodę, czując rosnące zażenowanie. Co się z tobą, dziewczyno, dzieje? Poczuła, jak zimny pot spływa po jej plecach, chłodząc nadal rozgrzane ciało. Ogarnęła niesforne, krótkie kosmyki opadające na jej twarz i zacisnęła usta. Na jej ustach malował się grymas, chcący przeistoczyć się w uspokajający, szczery uśmiech. Niestety, w tamtym momencie nie stać jej było na taki gest. Czuła się cholernie zagubiona, choć pewności dodawał jej fakt, iż właśnie zaczęła panować nad sytuacją. I nad sobą. - Nie chcę... nie mogę... - zaczęła, w końcu odważając się na zerknięcie w twarz Erin. Wyraz twarzy Marceliny był... obojętny. Lekko zagubiony. Czuła się teraz jak bohater tragiczny - i wiedziała, że każdy z jej ruchów skrzywdzi Erin. Z jednej strony da jej przyjemność, pozwalając na pieszczotę swojego ciała, w ten sposób jednak wykorzysta jej uczucie. Hiena czułaby się z tym cholernie źle. Dlatego wolała wybrać mniejsze zło i nie dawać jej złudnej nadziei. Ten ból być może będzie łagodniejszy, bo białowłosa nie poczuje się tak skrzywdzona, jak w przypadku pierwszej opcji. Była też inna przyczyna tej nagłej obrony przed bliskością. Marcelina bała się jej, w głębi niej nadal mieszkał strach przed fizycznością, który zrodził się za czasów przebywania w placówce s.spec. Tam nigdy nie szanowali intymności pacjentów, a raczej... więźniów. Kazali poruszać się w samej dolnej bieliźnie, szarpali, badania fizyczne przeprowadzali bez znieczulenia i bez delikatności. Od tamtej pory Hiena była zamknięta i do tej pory tylko jednej osobie udało się częściowo to pokonać...



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 3/5/2017, 15:27
Wszystko szło tak dobrze. Wszystko sprzyjało momentowi. Były same, gryfica spała raczej twardo, mieli przyjemny, ciepły płomień jaki ogrzewałby ich nagie ciała. Mieli schronienie przed wiatrem i deszczem, nawet jakąś formę posłania by nie były na twardym, brudnym podłożu. Obie imało ku sobie, choć z różnych powodów, które jednak nie w pełni były odwzajemniane. Te myśli gryzące ją na granicy świadomości jednak miały racje. Nie było warto próbować. Nie było warto ryzykować.
Jedyne co w zamian otrzyma wszak, to bolesne przekonanie że nawet gdy już jest silna, gdy może się obronić sama, gdy może być w końcu przydatna...
Nie będzie w stanie znaleźć drogi do jej serca. Te myśli przewinęły się przez jej głowę, gdy poczuła jak Hiena ucieka z jej uścisku, osuwa się spomiędzy jej palców. Jej serce na moment zamarło, gardło związało się bolesnym sznurem, ledwie pozwalając jej oddychać. Powoli cofnęła tors w tył i opuściła ciało, siadając na piętach ze spuszczoną głową i dłońmi opartymi o własne nogi. Przez jej ciało przeszedł bolesny, zimny dreszcz, na jakiego reakcje jednak stłamsiła, zaciskając dłonie na kolanach. Nie był to dreszcz z powodu wiatru czy zimna.
To było jej ciało powracające do bolesnej rzeczywistości. Jej włosy przysłaniały teraz spuszczoną głowę i zamknięte oczy. Starała się tłamsić szloch, ale nie mogła wstrzymać faktu że jej oczy same się szkliły, a spod zamkniętych powiek jej kąciki oczu zaczynały wilgotnieć.
"Byłam zbyt gwałtowna? Nie powinnam była tak naciskać? Nie powinnam była próbować? ..."
Nie była w stanie sobie odpowiedzieć na te pytania. Nie była w stanie odpowiedzieć sobie na to, jaka głupota ją ogarnęła by uwierzyć że się uda. Nie wiedziała co zrobić. Co powiedzieć. Jak zareagować. Znów to znienawidzone odczucie ją nawiedziło. Ta jedna rzecz, jaka doprowadzała ją do szału. Do płaczu. Do nienawiści wobec samej siebie.
Bezsilność. Fakt że nie może nic zrobić, by to zmienić. Nie może rozkochać jej w sobie, wiedziała o tym już wcześniej, ale jednak łudziła się.
Pokręciła nieznacznie głową na boki, słysząc jak Marcelina się odezwała. To nie jej wina. Nie powinna się tłumaczyć. Pociągnęła nosem, próbując złapać większy oddech niż te dotąd i by zebrać się w sobie i coś powiedzieć. Cokolwiek.
- Ja... Wiedziałam że z tego nic nie będzie... Łudziłam się... Ale znam Cię, Marcelino. To nie jest... Twoja wina. Teraz... Teraz przynajmniej wiem... Że znasz moje uczucia. - Przetarła oczy dłońmi i szarpnęła głową w tył, próbując ściągnąć włosy do normy za siebie. Oczywiście, pomogła sobie nieco dłońmi, bo nie byłoby z nimi tak łatwo bez nich. Jej twarz powoli traciła rumiane barwy, ale oczy bez problemu można było dojrzeć. Fakt że wciąż były wilgotne i zaczerwienione od płaczu.
Wiedziała jednak że to się tak skończy.
- W-wiesz... Że nie umiem czytać... Ani pisać? N-nigdy nikt mi... Tego nie pokazał... Nie nauczył... - Próbowała zmienić temat, by jakoś odciągnąć ich oboje od tej myśli. Siliła się na formę uśmiechu, ale nie mogła z siebie niczego wydostać. Wszak obie doskonale wiedziały że to był błąd, prawda?
Więc czemu nie zmienić tematu. Pośmiać się z głupiej i niezdolnej do nawet tak durnych rzeczy jak czytanie i pisanie Erin...
Wszak jest głupia, prawda?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 4/5/2017, 22:36
Położyła uszy ku sobie, opuszczając gładkie czoło wolno, spokojnie, jakby melancholijnie. W powietrzu unosił się zapach słodkiej, ale nie mdlącej woni owoców leśnych, w których dominował zapach dzikiej jagody. Tak pachniała Marcelina, najintensywniej w okolicach szyi. Jej wzrok wydawał się zamyślony i trochę zmieszany, oczy błąkały się po ciele łowczyni, w końcu uciekły w bok, spłoszone szlochem. W tamtym momencie nie wiedziała, czy i jak poruszyć się, co i czy w ogóle odezwać się, szepnąć, spojrzeć. - To nie ma nic wspólnego z Tobą. - powiedziała w końcu, unosząc wysoko głowę i spoglądając na nią kątem oka. Nie chciała, by cała ta sytuacja odcisnęła piętno na samoocenie Erin. Niestety, natury Marcelina nie potrafiła oszukać, pewnych kwestii nie była w stanie przeskoczyć. - To... po prostu... uhm, po prostu nie interesują mnie kobiety. Nie ciągnie mnie do mojej płci. - wyrzuciła, opierając czoło o zgięty nadgarstek. Palce złożyła delikatnie, podpierając rękę o zgięte kolano. Nie mówiła nic przez dłuższy czas, nie spuszczając z łkającej Erin skupionego wzroku. Czasami była emocjonalną amebą. Ostatnia rzecz, którą w tamtym momencie była w stanie zrobić, było objęcie dziewczyny.
Uniosła brew, słysząc zaskakującą informację. Jakim cudem do tej pory tego nie zauważyła? - Ja mam koślawe pismo - wzruszyła w końcu ramionami, zastanawiając się, czy taka odpowiedź pasowała do kontekstu całej sytuacji. Ale nie kłamała - pisała jak kura pazurem! Jej charakter pisma był niewątpliwie ciekawy i nietypowy, odznaczał się drobnym, krzywym pismem i ogromnymi zaokrągleniami w literkach z "ogonkami" jak y czy j. Kropki, miast zwykłych, czarnych plam, były małymi okręgami, zaś wszelkie daszki nad literami ciągnęły się jeszcze kilka wyrazów naprzód. Niestety, przy okazji jest to pismo często nieczytelne. - Wiem, że jesteś z desperacji. Odsetek analfabetyzmu tam jest ogromny. - zrehabilitowała się szybko, odgarniając niesforny włos z czoła - Powiedzmy więc, że nie zdziwiłaś mnie tą wiadomością. Ani nie zgorszyłaś.
Odpędziła szybko zatłoczone wokół niej cząsteczki energi, które rodziły się z emocji. W tym pomieszczeniu znajdowała się niesamowita ich różnorodność, natężenie i gęstość, co niemal doprowadziło Marcelinę do szału. Szybko zamknęła się na odczuwanie i zablokowała własny umysł, przy okazji jednak zagłuszając własne myśli. Poczuła się dziwnie i niemrawo; wiedziała, że długo nie wytrzyma w takim stanie, jednak na ten moment było to po prostu konieczne. Sięgnęła do plecaka, wyciągając ulubione, smakowe fajki i odpaliła go niezgrabnie, próbując utrzymać zapalniczkę. Trzęsły jej się dłonie, uniemożliwiając szybkie odpalenie papierosa, co zaskoczyło nawet samą Marcelinę. Zawsze starała się trzymać gardę i chociaż sprawiać wrażenie opanowanej. Za taką też uchodziła.
Nie mogła tu dłużej zostać.
Atrita poderwała się ospale, prostując kości. Nie miała pojęcia, co tu się wydarzyło, choć wietrzyła napiętą atmosferę. Marcelina spojrzała na wyjście do groty, które wydawało się być coraz jaśniejsze. - To już ranek. - powiedziała Hiena, a w jej głosie nie słychać było emocji. Chwilę stała, bokiem do Erin, wpatrując się w Atritę. Nadal zadawała sobie pytanie, co tu się właściwie stało? - Dług spłacony - rzuciła, poklepując Atritę i chwytając swój czarny, zabrudzony lekko plecak - Wpadaj do kasyna, kiedy tylko masz ochotę, stara - puściła oczko, uśmiechając się... szczerze. W jednej chwili postanowiła zapomnieć o tym, co tu się wydarzyło. Miała nadzieję, że z łowczynią nadal będą się... chociaż kumplować. Bo Erin była dla Marc... ważną personą. Uniosła dwa złączone palce i przyłożyła je sobie do czoła, po chwili wysyłając dłoń gdzieś w górę. - Czołem, morda! - dodała, poklepując Atritę za zad. - I nie zapomnij o karteczce. To cholernie ważna sprawa.
Jeszcze krótką chwilę stała tak, głupia, by w końcu popchnąć gryficę do przodu. Wyszła z groty i wskoczyła na Atritę, czekając, aż ta rozłoży skrzydła. Marcelina musiała stamtąd uciec.

z/t



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 6/5/2017, 12:58
- Nie tłumacz się... Wiedziałam że nic z tego nie będzie. Ja... Zwyczajnie jestem głupia, myśląc że coś z tego... Mogło być... Wiesz, poczuję sie lepiej, jak już... Przestanę płakać. - Próbowała znów wysilić uśmiech spod zaczerwienionych oczu, zbierając się do pionu z płaszcza, ale nic z tego. Nie dawała rady. Nie teraz. Znała siebie na tyle jednak by wiedzieć że nawet jeśli nic z tego nie wyszło - to tylko pomoże później. Nie będzie miała tego ciężaru w sercu że nie próbowała. Nie będzie dusić tych emocji w pobliżu niej, wciąż łudząc się że może jednak coś z tego będzie.
Bo teraz już wie że nie będzie. Jak jej serce sie uspokoi i przestanie się z jej oczu lać solanka, poczuje się znacznie lepiej. Lżej. Nawet jeśli nic z tego nie wyszło, to wie że Marcelina żyje. Wie gdzie. I będzie mogła wciąż być przyjaciółką.
Tak...
Tylko nią.
Lekko ściągnęła prawą brew w dół, próbując jakoś przestać myśleć o tym co było przed chwilą, a reagować do tego co jest teraz. A konkretnie - do komentarza że ona ma koślawe pismo. - Też pomogłaś. - Lekko uniosła kącik drżących ust, naprawdę starając się z całej siły NIE płakać. Nie pokazywać tego jak bardzo ją w tej chwili to boli. To minie. Ból zawsze mija. ZAWSZE MIJA. Każdy. Czy to ciała, czy serca. Zawsze... Zawsze...
Wydała z siebie ciche "uhum" w odpowiedzi że to nie było gorszące, podnosząc z ziemi płaszcz (gdy już żadne z nich na nim nie spało), starając się go jakoś otrząść z piachu i znów włożyć. Był brudny, ale chociaż się nie podarł. To zawsze coś. Trochę... Straciła zapał. Troszkę.
Nawet nie zauważyła że praktycznie cała noc minęła tu, z nią, na rozmowie. Też się wyspała, ech. Może pójdzie spać u łowców? Skoro i tak ma tam iść, to przynajmniej skorzysta i prześpi się na czymś wygodniejszym niż kupa kamieni, ne?
Znowu niezbyt wyraźne "uhum" w odpowiedzi od Erin, która stała z dłońmi wbitymi w kieszenie płaszcza, wpatrując się w podłoże. Uniosła jednak spojrzenie, gdy Hiena proponowała by wpadła do kasyna kiedy potrzebuje.
- Mamy przecież akcję do zrobienia. A ja nie zamierzam zostawić wam całej zabawy. - Pomimo iż treść była raczej wesoła, jej monotonny głos raczej nie oświadczał tego tak dobrze jak faktycznie czuła w głębi. Wciąż nie czuła się najlepiej po tej nocy. Odzywał się fakt że w ogóle nie spały przez całą takową. Odzywało się powoli to, że jej ciało pomimo wejścia w stan "do zabawy" nie zostało "zabawione", co powodowało u niej raczej odczuwalny zawód. Gdyby nie to że nie jest w nastroju...
Neh, nieważne.
- Nie zapomnę. Uważaj na siebie, Marcelino. - Chociaż pomachała jej gdy odlatywała. Chociaż tyle... Gdy zniknęła za jednym z ledwie stojących filarów laboratorium, skierowała swoje kroki do jednej ze ścian ich nocnego schronienia, by następnie oprzeć się o nie, zsunąć plecami w dół, podciągnąć nogi, obejmując je ramionami i oprzeć czoło o kolana. Zamknęła oczy. Nie da rady zasnąć.
Ale da radę się uspokoić i może jeszcze wypłakać trochę...
...
Po jakichś 15-20 minutach w końcu jednak zebrała swoje graty i z nerwami nieco bardziej ukojonymi, faktycznie czuła się, hm, lepiej. Trochę lepiej. Niewiele, ale to zawsze coś.
Do łowców, tak, tak.

[z/t]





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Chester on 3/7/2018, 00:16
Wstęp wzbroniony. Budynek grozi zawaleniem. Teren skażony. Grozi śmiercią.
Rządek jaskrawych tabliczek rozstawiony wokół zrujnowanego laboratorium nie był dla Chestera bardzo zniechęcający, wręcz przeciwnie. Laboratorium było na tyle martwe, na ile martwa może być nieruchomość - resztki ceglanych murków, wystające spod podłoża metalowe pręty, porośnięta cienką warstwą mchu podłoga upstrzona rozbitym szkłem, zaschnięte płaty farby odstające od zdezelowanych ścian, połamany, zardzewiały stelaż struktury sterczący z betonowych słupów. Cały kompleks badawczy był dość rozległy, więc nawet w tym co z niego zostało nie było trudno się zgubić: usypiska gruzu i skruszonego cementu zablokowały wiele przejść, ale dziury w ścianach, podłogach i sufitach otworzyły sporo możliwości przemieszczania się po placówce, czyniąc z niej wielki, skażony, toksyczny labirynt. Siatka odgradzająca zgliszcza od reszty świata i przytwierdzony do niej drut kolczasty w połączeniu z wcześniej wspomnianymi tablicami ostrzegawczymi czyniły z gruzowiska mało atrakcyjny cel dla niedoświadczonych i rozsądnych podróżników. Ktokolwiek udawał się na wyprawę w głąb wysoce skażonego gąszczu żelbetonu i cegieł miał zapewne ku temu dobry powód - od zleceń, przez chęć ukrycia się, aż po poszukiwania medykamentów. W przypadku Chestera, sytuacja miała się trochę inaczej. Innowacja i potrzeba adaptacji do wymagań klientów była główną motywacją do rozwoju przedsiębiorstwa, więc kiedy stali nabywcy zaczęli szukać bardziej egzotycznych używek, Ches wraz z kompanią nie mógł pozwolić sobie na zostanie w tyle. Zaspokojenie potrzeb konsumentów nie było wcale takie łatwe - synteza substancji psychoaktywnych w improwizowanych warunkach laboratoryjnych była na Desperacji wyjątkowo trudna, a większość roślin wywołujących pożądane efekty miernie radziła sobie z gorącym, suchym, nieprzyjaznym klimatem pustyni. Zdarzały się jednak wyjątki. Jednym takim wyjątkiem była Stephandra saccharinum, znana ze swojego delikatnie zabarwionego na niebiesko kwiatostanu, słodkiego smaku i halucynogennych oraz trujących cech. Po spożyciu odpowiedniej ilości lub umiejętnym spreparowaniu kwiatu, można było zapomnieć o jego zabójczych właściwościach i cieszyć się kilkugodzinnym stanem odurzenia i licznymi halucynacjami słuchowo-wzrokowymi. Chester krążył po pozostałościach budynku już od dobrych kilku godzin, niestrudzony chrzęstem pokruszonych kafelków pod podeszwami butów, nie przyjmował do siebie możliwości tego, że się zgubił. Grunt, w który poszukiwana roślinka lubiła zapuszczać korzenie miał zazwyczaj odczyn silnie kwasowy, więc stara, zdezelowana pracownia chemiczna była dla niej idealnym środowiskiem do rozwoju - odnalezienie takiego pomieszczenia nie było jednak łatwym zadaniem. Niegdyś uporządkowane, sterylne i proste koryatrzeze, które prowadziły do wyraźnie oznaczonych sal teraz były w dużej mierze zablokowane, a wszelkie oznaczenia już dawno przestały być czytelne. Pomimo zmęczenia i nieprzychylnych warunków, Chessie brnął dalej, żałując coraz bardziej, że udał się na taką wyprawę bez towarzysza.
Stanął przed grubymi, metalowymi drzwiami, pokrytymi rdzą i kurzem. Plakietka na drzwiach była już tak wyblakła, że po dokładnej inspekcji można z niej było odczytać tylko symbol ostrzegawczy skażenia biologicznego i skrót “prof.”, zapewne poprzedzający nazwisko uczonego, który wiele lat temu tam stacjonował. Harvey otworzył drzwi i powoli wszedł do pokoju. Pomieszczenie było całkiem szczelne, zwłaszcza jak na zburzony budynek, - odpadający ze ścian tynk obnażał czerwoną cegłę, sufit pokrywała pleśń, okna nie miały szyb, a z podłogi jeżyły się ostre druty podporowe. Liczne fiolki i przyrządy rozrzucone na biurku naprzeciwko drzwi były w zaskakująco dobrym stanie, a pokryty pajęczynami autoklaw zdawał się być funkcjonalny. Uwagę wyczerpanego gangstera przykuło jednak co innego - spod listwy po lewej stronie pomieszczenia ku górze pięły się wąskie łodyżki delikatnej roślinki. Schylił się i ostrożnie zerwał jeden kwiat. Powąchał go, przyjrzał mu się z bliska, obejrzał pod innym kątem, dotknął jego płatków. Wszystko się zgadza. Bez zwłoki wsadził do kieszeni pozostałe chwasty i zaczął rozglądać po okolicy w poszukiwaniu flory. Chessie był zadowolony z rezultatów swojej eskapady - udało mu się znaleźć to, czego szukał. Był tylko jeden problem, jedna myśl, która nie dawała mu spokoju i przez całą drogę była zagnieżdżona w tyle głowy, dając o sobie nieprzerwanie znać: chciał przetestować jakość produktu. Nie żeby chodziło o jego uzależnienie i miłość do substancji psychoaktywnych, zupełnie. To była tylko i wyłącznie kwestia sprawdzenia poziomu świadczonych przez swoją firmę usług. Nie wypadało przecież sprzedać komuś produktu, który nie spełnia oczekiwań, prawda? Racjonalne uzasadnianie spontanicznych, niebezpiecznych decyzji nie było mocną stroną Chestera, który wpatrywał się w bezruchu w niebieski, niepozorny kwiatek. Odmierzyć ilość, odmierzyć ilość… Znał siebie, wiedział przecież, co mu zaszkodzi a co nie. Czy efekty będą takie same, jeśli osoba spożywająca jest zarażona wirusem X? Czy nabyta latami nadużywania narkotyków odporność może coś zmienić? Ciężko byłoby to stwierdzić w sposób inny niż drogą eksperymentu. Skoro jest na terenie placówki badawczej, to wypadałoby posłużyć się metodą naukową. Chester zerwał dwa płatki z roślinki, powąchał jeszcze raz, polizał i w końcu wsadził do ust. Z początku smakowało jak cukier, po chwili przeżuwania było już znacznie kwaśniejsze. Powstrzymał instynktowną chęć wyplucia substancji, która parzyła mu język i przełknął ją wraz ze śliną. Jak na razie nic ciekawego się nie wydarzyło. Pozostało mu odnaleźć się w zagmatwanych przejściach ruin budynku i ruszyć do domu, ewentualnie przystanąć na chwilę, gdy chemikalia zaczną działać. W końcu co takiego złego może się wydarzyć?


---

Chester oparł się plecami o brudną, dziurawą ścianę i osunął w dół. Powiedzieć, że nie czuł się najlepiej, to jak powiedzieć, że bycie potrąconym przez samochód może spowodować ból głowy. Nie miał siły oderwać stóp od podłogi, jego powieki były ciężkie, wzrok rozmazany, oddech płytki a oczy coraz bardziej przekrwione. Był blady a z jego nozdrza sączyła się strużka gęstej, ciemnoczerwonej krwi. Czuł w rękach nieprzyjemne mrowienie, było mu zarówno duszno jak i zimno a z rozgrzanego gorączką czoła spływał pot.
Nie minęło więcej niż pół godziny odkąd Chester postanowił spożyć płatki rośliny, a już czuł, że zbliżające się minuty mogą być jego ostatnimi. Otworzył usta żeby móc złapać więcej powietrza, dysząc przy tym nieregularnie. Czyżby tak miało przyjść mu umrzeć? Na korytarzu jakiejś starej auli? Może wszystkie przestrogi o narkotykach miały wreszcie się sprawdzić? Nie był jeszcze gotów pogodzić się ze swoim losem; pomimo wszystkich nieprzyjemnych objawów, czuł, że z czyjąś pomocą byłby w stanie doczołgać się z powrotem do domu. Gdyby tylko zaczął umierać w jakimś bardziej przystępnym miejscu…
Zastanawiał się, czy takie zwieńczenie żywota mu odpowiadało. Już wiele lat temu uznał, że skona zapewne na skutek nadużycia jakiejś substancji, obstawiał kokainę albo jakiś inny stymulant, na pewno nie niewinnie wyglądający chwast. Nie bał się śmierci, bo ze względu na ścieżkę kariery i miejsce zamieszkania musiał się z nią mierzyć dzień w dzień, takie były niezmienne, smutne, brutalne i bezlitosne realia Desperacji. Nawet pomimo tego, w głębi duszy Chestera było coś co uniemożliwiało mu wyciągnięcie nóg i przyjęcie śmierci z otwartymi ramionami, coś znacznie potężniejszego od byle paprotki - jego ego i chęć bycia zapamiętanym. W końcu przecież ile osób zginęło przez zatrucie i zapisało się na kartach historii Desperacji? Miał kilku pracowników, którzy przedawkowali, właściciel ulubionego lokalu Chestera w Apogeum umarł po tym jak ukąsił go wąż, miał swoje podejrzenia co do jednej współpracownicy z Drug-On, znał kilka osób, które zmarło po spożyciu wody ze skażonego źródła na pustyni. Żadna z tych osób nie zeszła z tego świata w wyjątkowo heroiczny sposób. Nie, nie chciał tak umierać. Bardziej widział się z toną ołowiu w klatce piersiowej, nożem między żebrami, maczetą utkwioną w potylicy, ewentualnie jako zwęglone szczątki po czymś bardziej wybuchowym. Jego zgon miał zamknąć ważny rozdział w historii Czerwonej Pustyni, a nie być miłą niespodzianką dla jakiegoś padlinożercy, który zabłądził pośród krętych korytarzy zrujnowanego laboratorium. Wziął głęboki wdech i spróbował wstać. Opierając się prawym ramieniem o ścianę powoli i niezdarnie kroczył w kierunku wyjścia, czując, że niebawem zwymiotuje albo straci przytomność. Może konanie na zewnątrz przyciągnie uwagę stworzeń innych niż sępy czy hieny.


point is, ladies and gentelmen,
that  g r e e d  [for lack of a better word]
is good
#d7b25b - mówi. Myśli kursywą.
avatar





Chester
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Chester Devin Harvey


Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Faust on 4/7/2018, 12:41
O ruinach laboratorium dało się usłyszeć wiele rzeczy: nic tam nie ma, to już tylko zgliszcza, teren jest skażony i cholera jedna wie, co się tam zalęgło przez lata. Ogólnie niezbyt przyjemne miejsce, na pewno nie zagrzałoby miejsca w katalogu żadnego szanującego się biura podróży. Cały szkopuł tkwił jednak w tym, że Akira nigdy jeszcze tam nie był; no, przynajmniej nie za tych czasów, które pamiętał. Zawsze tliła się w nim jakaś iskierka nadziei i nie byłby sobą, gdyby nie postanowił w końcu na własne oczy przekonać się, czy w tym opuszczonym przez Boga i ludzi miejscu nie znajdzie czegoś przydatnego. Ostatecznie mieściło się tam laboratorium - kto wie, co przetrwało w ruinach? Nie liczył zbytnio na znalezienie żadnych medykamentów, wolał nie obracać specyfikami skażonymi wirusem niezależnie od faktu, czy ten mógł mu jeszcze w jakimś stopniu zagrozić czy nie. Zastanawiał się jednak nad tym, czy to możliwe, aby jakieś szkło laboratoryjne przetrwało próbę czasu. Tego najbardziej ostatnimi czasy brakowało mu przy pracy. Odkąd coraz częściej dopadały go te niepokojące ataki utraty świadomości, zdarzyło mu się stłuc kilka kolb i fiolek. Przed pobratymcami wolał nie przyznawać się, jak do tego doszło, dlatego wziął sprawy w swoje ręce. Szukanie ekwipunku pośród pozostałości gruzowiska było bardzo naiwnym ruchem, ale Faust nie byłby spokojny, gdyby nie wypróbował wszystkich możliwości. Przez swoje obawy i czystą niechęć do opuszczania domu już i tak dłuższy czas odkładał tę wyprawę na później, ale przecież kiedyś trzeba wziąć się w garść. Nie mógł stale pokładać swojego losu i nadziei w rękach/szponach/mackach (niepotrzebne skreślić) innych istot, których motywów wcale nie mógł być pewny.
Im bliżej był celu, tym większą miał ochotę na to, aby zawrócić i udawać, że wcale nie miał zamiaru tam iść. Odczuwał silny niepokój, którego wcale nie załagodził widok tabliczek ostrzegawczych. Pobieżnie rzucił okiem na kilka z nich tylko z czystej ciekawości, bo przecież nie zamierzał stosować się do zawartych w nich zakazów. Czy Wymordowanych obejmowały jeszcze jakiekolwiek prawa? Nie pamiętał, aby przez te ostatnie dziesięć lat choć przez chwilę przejmował się czymś takim jak prawo, nie licząc może kilku prostych zasad panujących wśród Psów, ale i te głównie sprowadzały się do prostego przekazu, aby nie zarzynać siebie nawzajem. Całkiem to nawet rozsądne.
Nierówne podłoże zachrzęściło złowrogo pod butami Fausta, zupełnie jakby każdy odłamek starych murów sugerował mu, że w każdej sekundzie może osunąć się pod jego stopami. Postanowił wziąć sobie to ostrzeżenie do serca i każdy krok stawiał dość ostrożnie. Nie spieszyło mu się przecież, chciał się dokładnie rozejrzeć. Nie mógł wrócić do domu z poczuciem, że nie zbadał okolicy dość dokładnie, że coś jeszcze mogło umknąć jego wzrokowi. Coś albo ktoś...
Nie zdążył się jeszcze porządnie rozejrzeć, kiedy jego słuch podpowiedział mu, że nie jest tu sam z własnymi myślami. Ktoś lub coś jeszcze stawiało ciężkie kroki na zniszczonym podłożu, chyba nawet nie bardzo próbując się ukryć. Zupełnie jakby istota, która wydawała ten odgłos, sama prosiła się o znalezienie, albo chciała zwabić kogoś w pułapkę. Akira instynktownie schował się za pierwszą w miarę całą ścianą ledwie sekundy przed tym, jak zobaczył jedną z najbardziej paskudnych istot, z jakimi przyszło mu się mierzyć. Dobrze, może trochę wyolbrzymiał. Nawet bardzo. Jednak nie zmieniało to faktu, że Chester nie wyglądał ani trochę zachęcająco i Faust nie miał motylków w brzuchu na myśl o tym nieplanowanym spotkaniu. Niemal wstrzymał oddech, wychylając się zza muru trzymającego się już chyba tylko na słowo honoru, aby trochę lepiej przyjrzeć się napotkanej istocie i zaraz stwierdzić, że... coś jest mocno nie tak.
- Ja pierdolę... - z jego ust wydobył się cichy, niekontrolowany pomruk, kiedy to zorientował się, że ten, którego wziął za potencjalnego napastnika, chyba właśnie walczy o życie. I to dość rozpaczliwie, biorąc pod uwagę mowę jego ciała. Nie sprawiało to jednak, że Akira miał ochotę podejść do niego bliżej; wręcz przeciwnie, instynkt podpowiadał mu, że należałoby spierdalać w tempie natychmiastowym, póki jeszcze on sam był cały i zdrowy. Całe to myślenie o ratowaniu własnej skóry nie zgadzało się jednak z wyznawaną przez niego etyką. Powinien głównie pomagać, nie ranić czy zostawiać konających na pastwę losu. A jeśli Chester tylko udaje? Swoim wyglądem nie wzbudzał ani grama zaufania. Natłok myśli chwilowo sparaliżował Akirę, który absolutnie nie miał pojęcia, co zrobić. Poczeka jeszcze chwilę, a może bestia sama wyzionie ducha? Nie wyglądało to najlepiej, więc może jest nadzieja, że nie będzie czego zbierać...
avatar





Faust
Bernardyn     Poziom E
GODNOŚĆ :
Akira Yamazaki


Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Chester on 6/7/2018, 00:06
Chessie niestrudzenie brnął do przodu na ugiętych nogach. Przemieszczanie się nie przychodziło mu łatwo, a ocieranie się o pozbawioną tynku ścianę nie było wydajnym planem na dłuższą metę, bo niecałe kilka metrów do przodu ściany już brakowało. Dysząc ciężko i stękając, Ches zdecydował się usadowić na pobliskim stosie gruzu i pokruszonej dachówki, wycierając płynącą z nosa krew w brudny rękaw płaszcza. Usytuowanie się na względnie wygodnym łożu z resztek murów laboratorium było trochę sprzeczne z jego planami by nie umierać, ale ilość energii jaką spożytkował na dotarcie do miejsca, w którym był nie pozwalała na podjęcie się dalszej wędrówki bez chwili odpoczynku. Trzeba było tylko zadbać o to, by ta chwila nie zamieniła się w wieczność. Harvey zastanawiał się, kiedy będzie w stanie stwierdzić czy już na pewno umiera, w końcu miał już w tym doświadczenie, to jest, umieraniu, ale nigdy ze względu na poważniejsze zatrucie. Z przyjemnością zamieniłby toksyny rwące bezlitośnie jego komórki i narządy na kilka ran postrzałowych - wydłubywanie pocisków spomiędzy miękkiej tkanki nie było najmilszym zabiegiem, który można było na sobie przeprowadzić, ale przynajmniej Ches wiedziałby, co może zrobić by poprawić swój stan. Cholera, kiedy preferowaną alternatywą jest bycie postrzelonym, to znaczy, że jest naprawdę źle. Pomijając tępy, pulsujący ból rozchodzący się po wnętrznościach, było z nim odrobinę lepiej: uczucie drętwoty w języku minęło, słyszał nieco lepiej i mógł myśleć na tyle przejrzyście, by zdać sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji, którą z całych sił starał się ignorować. Bywało gorzej. Na pewno. Prawda?
Nie był potrafił sobie przypomnieć kiedy ostatnio przytrafiła mu się okazja do odpoczynku, jeśli stan agonalny można w ogóle nazwać odpoczynkiem. Odkąd pamiętał, zawsze przyświecał mu jakiś cel, zazwyczaj bardziej ambitny niż przeżycie; zawsze miał coś do załatwienia, do ustalenia, zastrzelenia, kogoś z kim musiał porozmawiać, sprawę, którą musiał się zająć, plan, który musiał zrealizować. Nie teraz. Oby poczucie błogiego spokoju i wyciszenia było rezultatem tego, że zewnętrzny czynnik zmusił go do zamknięcia się na kilka minut, a nie konającego powoli mózgu.
Wcale nie był gotów się poddać. Chciał tylko odpocząć. Tylko zamknąć powieki, ułożyć się wygodniej pośród drobinek cegieł i kafelków, nie ruszać się i odpocząć.
Chwila.
W pobliżu znajdowało się jakieś stworzenie. Stworzenie na tyle duże by zakłócić panujący bezgłos swoimi krokami i na tyle sprytne, by nie poruszać się dalej, gdy napotkało na swojej drodze rozstającego się powoli z życiem opętanego. Jedyny wniosek, jaki na podstawie tego wyciągnął Ches, był taki, że nieopodal ukrywał się przed nim ktoś rozumny. Android, człowiek, wymordowany, nie żeby miało to większe znaczenie. Nagle perspektywa odpoczynku stała się znacznie mniej atrakcyjna. Wtłoczył ze świstem do płuc jak najwięcej powietrza mógł i z niemałym trudem spróbował nakłonić przybysza do podejścia bliżej
- Wynagrodzę cię… - wykrztusił z siebie chrapliwym, żwirowatym i cichym jak na siebie głosem. Spełzł na ziemię i po nieudanej próbie wstania na nogi zaczął czołgać się w stronę zasłyszanego odgłosu. - Nie mam broni. - wystękał z nadzieją, że oswoi to nieznajomego z sytuacją. Liczył na to, że potencjalny ratownik nie będzie czuł się zniechęcony do wymordowanego, który z wyglądu ma więcej wspólnego z bezpańskim psem niż szanującym się przedsiębiorcą.


point is, ladies and gentelmen,
that  g r e e d  [for lack of a better word]
is good
#d7b25b - mówi. Myśli kursywą.
avatar





Chester
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Chester Devin Harvey


Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Faust on 14/7/2018, 09:14
Gdyby każda komórka w ciele Fausta posiadała własną świadomość, wszystkie razem domagałyby się teraz podjęcia próby natychmiastowej ucieczki. Podstawowy instynkt przetrwania podpowiedziałby każdemu stworzeniu znajdującemu się w tej sytuacji, że nie ma tu niczego ciekawego i lepiej brać nogi za pas. Istniała jednak jeszcze ciekawska natura, która popychała wszelki rodzaj życia do przodu. Ta ciekawość świata stała za wszystkimi wielkimi odkryciami dokonanymi przez ludzkość, ale także poniekąd za jej zagładą, jak i za Faustem ukrywającym się w ruinach przed nieznanym. A może by tak zostać? Może pomóc? Uspokoisz sumienie i przy odrobinie szczęścia zyskasz dłużnika na długie lata - cichy głos z tyłu głowy kusił go do podjęcia działania, coraz mocniej przechylając szalę na korzyść konającego Chestera. Ten subtelny szept podświadomości zmieszał się zaraz z innym głosem: wyraźniejszym, ochrypłym, nieprzyjemnym dla wrażliwego ucha; z głosem dławiącego się resztkami własnego życia mężczyzny, rozpaczliwie próbującego zwabić ku sobie potencjalną pomoc. Jeśli Harvey był na tyle zdesperowany, aby prosić o pomoc kogoś przypadkowego, o kim nie miał jeszcze bladego pojęcia, sytuacja musiała być naprawdę poważna. Albo to pułapka.
Akira mocniej wychylił łeb zza pozostałości muru, które jako jedyne chroniły go jeszcze przed bezpośrednim starciem z nieznajomym kłębkiem nieszczęść. Pozwolił się dostrzec, choć nie wiedział jeszcze, czy przyniesie mu to więcej pożytku niż problemów. Miał nadzieję na to pierwsze, ale Desperacja nikogo nie rozpieszczała i spotkanie jednego z wymordowanych na pustkowiu zdecydowanie nie było tym samym, co wpadnięcie na starego znajomego na mieście. Szczęście w nieszczęściu, że ten konkretny wyrzutek potrafił mówić, a więc może i myśleć. Nie wszystko stracone.
- Co się stało? Krótko i na temat - odezwał się w końcu bezpośrednio do Chestera, głośno i wyraźnie. Chociaż ten wyglądał na ofiarę zatrucia, możliwości było niemal nieskończenie wiele. Okolica dostarczała wielu okazji do nawet przypadkowego sięgnięcia po mniej lub bardziej szkodliwe substancje. Nawet wiele potencjalnych lekarstw mogło zaszkodzić skrajnie niedoświadczonemu użytkownikowi. A może za jego opłakanym stanem stało nie coś, ale ktoś? Jadowitych bestii tu pod dostatkiem i nawet nie trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać, aby natknąć się na jakieś paskudztwo. Sąsiedztwo zdecydowanie nie należało do tych, w których młode, bezdzietne jeszcze pary zabijają się o możliwość kupna idealnej działki pod dom mający dać poczucie bezpieczeństwa wielu przyszłym pokoleniom. Szczerze mówiąc, nawet najgorsze slumsy wydawały się być milusią alternatywą dla tej pustyni.
avatar





Faust
Bernardyn     Poziom E
GODNOŚĆ :
Akira Yamazaki


Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Chester on 5/8/2018, 01:52
Chester zacisnął zęby i z niemałym wysiłkiem podniósł głowę do góry. Nie udało mu się przyjrzeć Faustowi dokładniej, rozmazany wzrok, niewielka ilość światła i obezwładniający ból z pewnością nie pomagały. Jedyne co udało mu się wychwycić, to jasne włosy i smukła budowa ciała. Kontrast pomiędzy wijącym się na ziemi Chesterem a zadbanym Akirą był spory, co był w stanie dostrzec nawet zatruty, powoli umierający przedsiębiorca.
Zastanawiał się, czy przybysz w ogóle poradzi sobie z przywróceniem go do stanu, w którym miałby rzeczywiste szanse na przeżycie - jeśli natrafił na wyjątkowo dobrodusznego zbieracza złomu, nie miał co liczyć na nic więcej niż to, że ten zaciągnie go do jego auta. Jak wrócić do domu w takim stanie? Przenieść ciężar ciała na pedał, oprzeć się na kierownicy i jechać przed siebie, licząc na brak skał, budynków, zwierząt i osób stojących na drodze? Paranoiczne myśli i wątpliwości co do ratunku Ches musiał odłożyć chwilowo na bok.
“Co się stało? Krótko i na temat.”
Krótko i na temat. Gdyby sytuacja była inna, to te dwa warunki tuż obok “bez podnoszenia głosu” byłyby ciężkie do spełnienia. Tym razem ze względu na piekący, spuchnięty język i gardło opisanie tego co miało miejsca w mniej niż dziesięciu zdaniach nie było trudne, tylko konieczne. Harvey wyjął z kieszeni po wewnętrznej stronie płaszcza pomięte resztki płatków rośliny i rzucił je na ziemię pod nogami potencjalnego ratownika.
- To jest chyba trujące. - wyjaśnił, zupełnie jakby ta informacja była potrzebna. Wciąż nie był pewien jak rzeczywiste są jego szanse na przetrwanie - ktokolwiek właśnie stał nad jego półprzytomnym cielskiem najwyraźniej nie znał Chestera, bo ani nie podjął próby wykończenia go kiedy tylko było to możliwe, ani też nie rzucił się mu na pomoc jakby miał za to zostać wynagrodzony. A właśnie. Nagroda. Nie przemyślał do końca tego jak odwdzięczy się swojemu wybawcy, bardziej zainteresowany był teraz sobą. Trzeba tylko trzymać kciuki, by zadowoliła go normalna kwota pieniędzy. Albo przynajmniej żeby nie był nikim ważnym. martwy dłużnik nie spłaca długu, a martwy wierzyciel go nie pobiera; w tej chwili znacznie większym problemem było jednak to pierwsze. Jak bardzo szkodliwe byłoby zostanie czyimś dożywotnim dłużnikiem, to nie byłoby na pewno równie szkodliwe jak śmierć na korytarzu starego laboratorium.
- Mam pieniądze. Nie tu. - dorzucił, cichym, słabym głosem. Brzmiało to niezbyt przekonująco, ale zwiększało szansę na to, że wróci do domu.


point is, ladies and gentelmen,
that  g r e e d  [for lack of a better word]
is good
#d7b25b - mówi. Myśli kursywą.
avatar





Chester
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Chester Devin Harvey


Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 17 z 17 Previous  1 ... 10 ... 15, 16, 17

Powrót do góry

- Similar topics