Strona 15 z 17 Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16, 17  Next

Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 13/4/2017, 21:20
Widziała jak wspomnienia wracają do Marceliny. Nie były to najlepsze z nich i z pewnością w jej umyśle mogłyby się znaleźć rzeczy przyjemniejsze. Lepsze. Milsze. Nie wspomnienie umierającego przyjaciela, jaki poświęcił się za nie oboje, by mogły dalej żyć.
Te dwa rewolwery to była jedna z dwóch pamiątek po nim. Erin pamiętała że było coś jeszcze. Nie pamiętała jednak co. Jakiś mały przedmiot. Bardzo mały. Nie przywiązywała jednak wtedy do tego uwagi, a teraz, po tych latach już nie mogła sobie przypomnieć czym był ten obiekt, który może widziała w jej dłoniach raz. Może dwa.
Na jej oczy wybił się ciepły wyraz, gdy usłyszała własne imię. Kiwnęła głową, potwierdzając że to jej imię. Nie do końca w sumie, ale niech to będzie to imię. Nie mogła odebrać Hienie bólu jaki nadszedł od wspomnienia tamtych chwil, ale mogła jej dać ten uśmiech.
I tą broń. Ona ją tylko przechowywała. Jej prawowity właściciel jest gdzie indziej. Nie jest to broń dla dłoni białowłosej łowczyni. To broń dla kogoś innego.
Puściła jej włosy, nie chcąc jej dalej trzymać w tej nieprzyjemnej pozie. I tak już musiała zadzierać głowę by spojrzeć na twarz Erin więc nie było potrzeby dodatkowo zmuszać wymordowanej do tego.
No co.
Nie jej wina że jej ojciec był jakimś mutantem który dał wzrost większy od połowy tutejszych kobiet.
- Rozumiem. Nie są to wspomnienia które chce się pamiętać. - Stwierdziła, ponownie kiwając głową. Chciała zachować powagę, być dorosłą osobą w tej kwestii. Uśmiechać się. Nie reagować gwałtownie.
Tak. Erin i brak gwałtownych reakcji.
Gdy tylko nastał ten moment ciszy, jej ramiona niemal wystrzeliły ku wymordowanej i objęły ją, a kobieta przytuliła się do niej. Mocno. Zacisnęła powieki, opierając czoło o jej głowę.
- Tęskniłam... - Szepnęła cicho, zaciskając na niej swoje ramiona, choćby wymordowana chciała tego, czy nie. Jest emocjonalną osobą i zwyczajnie czuła potrzebę wyrażenia swoich uczuć w ten sposób, bo nie znała lepszego. Nie chciała być subtelna. Nie chciała być delikatna.
Brakowało jej Marceliny. Brakowało jej Szakali. Brakowało jej tego wszystkiego. Łowcy... Łowcy to nie to samo.
Po dłuższej chwili Erin w końcu (niechętnie) odkleiła się od wymordowanej, do której zaczęła się powoli lepić przez moknące ciuchy i moknące futro Hieny. Kiwnęła głową.
- Przechowywałam tą broń. Nigdy nie była moja. - Dodała tylko. To nigdy nie była jej broń. To była tylko broń której nie pozwalała nikomu innemu wziąć. Broń, która należała do kogoś innego. Broń, którą przechowywała dla innej osoby.
Przesyłka dostarczona.
- Twój gryf mnie nie zje? - Zerknęła z podejrzeniem na bestię, zgarniając plecak jaki w tym chaosie gdzieś jej upadł i leżał teraz na jednym z gruzowisk, po czym wróciła do wymordowanej, kierując się do miejsca, jakie jeszcze chwilę temu obserwowała z daleka.
- Czułam się zobowiązana. To dzięki nim przeżyłam. Chciałam stać się silniejsza, być kimś, kto może coś zmienić, a przy okazji zaleźć za skórę jeszcze kilku osobom z S.Spec w życiu. Bo czemu nie? - Rozłożyła bezradnie ręce na boki, wzruszając nieznacznie barkami. S.Spec, prędzej czy później zwróci swój wzrok ku Desperacji.
Nie chciała czekać na nich z kwiatkami w rękach i wymachując rękoma jak kibic ulubionego klubu piłkarskiego.
To miasto było sztuczną idyllą zbyt długo. Trzeba dać im posmakować tego, jak jest na zewnątrz.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 14/4/2017, 15:23
Przedmiot. Ta rzecz właśnie, pamiątka w tamtym momencie nagle zapłonęła na szyi Marceliny, która z sykiem wyrwała ją, zrywając łańcuszek. Cisnęła kompasikiem o ziemię. Dotknęła poparzonych okolic obojczyka... ani śladu rany, Marcelina nie czuła też swądu przypalanej skóry. Zdziwiona podniosła wisiorek, przyglądając się mu ze wszystkich stron. Hadrian był upadłym, który - podobnie jak Loki - władał żywiołem ognia. Jego ciało spłonęło gdy ten zrobił ostatni oddech, a jego skóra zrobiła się zimna, wręcz lodowata, sztywna i szorstka. Schowała łańcuszek do kieszeni spodni, sprawdzając, czy w materiale nie zrobiła się dziura, przez który ten wartościowy przedmiot mógł wypaść. To była pamiątka po bardzo ważnej dla Hieny osoby. Teraz w jej posiadanie trafił także Harley, broń, która niegdys należała do Hadriana. Marcelina czuła sie teraz... inaczej. Lepiej. Jakby coś, co straciła, właśnie z powrotem znalazło się w jej życiu.  
Zaskoczył ją nagły atak ze strony Erin. Nie próbowała się jednak bronić, choć w pierwszej chwili chciała się odsunać. Należała do osób zamkniętych. Zarumieniła się lekko, również próbując objąć dziewczynę, której wychodziło to znacznie łatwiej, lepiej, naturalniej. Ale starania Hieny z pewnością nie umknęły uwadze łowczyni. - Ja... Ja też. - wydukała, po kilku sekundach odczuwając już czystą przyjemność z tej formy powitania. Nadal było jej trochę niezręcznie, ale szybko stwierdziła, że idzie się przyzwyczaić. Brakowało jej tego. Już dawno zamknęła się na innych. - Nie. Atrita to dobry gryf. - Marcelina podrapała piękne stworzenie za uchem. - Po prostu słucha się tylko mnie. I tylko mi ufa.
Wymordowana chwyciła sztywnego już zająca i ruszyła w stronę kryjówki. Słuchała z uwagą Erin, analizując każde jej słowo. - Jak to "dzięki nim"? Uratowali Cię wtedy, kiedy ja musiałam skakać? Ten gaz... zazwyczaj tracisz przytomność po dziesięciu sekundach. Nie wiem, jak jest z ludźmi. - zastanowiła się dłużej. Dwójka dotarła już do noclegowni, w której ogień lekko przygasł. Marcelina szybko rozpaliła go na nowo, dodając zebrane, jeszcze suche gałęzie, pomogły też wielkie skrzydła Atrity, która delikatnie machała w kierunku ogniska. Żywioł rósł w sile. - Brakuje tu Hadriana... z jego potencjałem rozpaliłby ognisko na całej powierzchni tych ruin - uśmiechnęła się Marcelina, ciągle patrząc na liżące przestrzeń jęzory powiększających się płomieni. - Albo jego brata. Loki radzi sobie z tym chyba jeszcze lepiej. Nabiła na patyka zająca i spojrzała na niego, drapiąc się po głowie. Zając był spory, ale ta trójka nie naje się tej nocy. - Uważałaś się za słabego człowieka - Hiena co rusz sprawdzała, czy zając nadaje się już do spożycia, obserwując kolor jego skóry i sprawdzajac jej twardosć - ...jeśli dobrze kojarzę, próbę przeżyć mogą tylko silne osoby.
Kulała z wiedzą o łowcach. Nie utrzymywała z nimi bliższych kontaktów.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 14/4/2017, 17:51
Obserwowała w spokoju, jak Marcelina walczy ze wspomnieniami. Tak, to chyba było właśnie to. Naszyjnik. Nie reagowała, jak wymordowana z nim walczy, zrywa go i rzuca o ziemię, a potem wpatruje się weń jakby nie wiedziała, co się stało.
Przez te kilka lat miała kontakt z wieloma, dziwnymi przedmiotami i mocami. Wciąż ma, nawet w tej chwili, bo dwa z nich ma na sobie. Rozważała czy pochwalić się nimi przed Marceliną, czy zachować to na okazje gdy faktycznie będą potrzebne. Zobaczymy.
Nie mówiła nic o tym. Miast tego, zajęła się oddaniem swoich emocji, swojej tęsknoty za wymordowaną. Sama czerpała z tego nieskromną przyjemność, ale czuła że Hiena nie jest nawykła do takiej wylewności. Czuła nawet małą próbę odepchnięcia, która jednak szybko odpadła gdy kobieta w jej ramionach zaakceptowała ten gest.
- Wiesz, nigdy nie sądziłam że masz aż tak miłą w dotyku sierść. Nawet mokrą. - Stwierdziła, gdy w końcu odpuściła jej tej "tortury", obdarowywując ją ponownie pogodnym, ciepłym uśmiechem. Widziała te małe lekkie rumieńce, ma teraz lepszy wzrok, czerwień policzków nie ukryje się pod futerkiem na twarzy. Nie komentowała tego jednak, Marc pewnie poczułaby się tylko bardziej niezręcznie wiedząc o reakcji swojego ciała.
Jej dłonie oparły się o biodra gdy wymordowana tłuamczyła, a także częściowo przedstawiła jej Atritę. A więc to gryfica? Objęła ją spojrzeniem na ile mogła, przechylając lekko głowę na bok.
- Mam nadzieję że nie będzie na mnie zła za ten komentarz o zjedzeniu. Pewnie nawet bym jej nie smakowała. - Wzruszyła bezwiednie barkami, spoglądajac z powrotem ku jej rozmówczyni z ciekawością. - Powiedz, jak ci się udało ją oswoić? Z tego co mi wiadomo, dorosłe nie poddadzą się, a z jajka... Hm? - Nie chciała niczego sugerować, ale w tej chwili jedyna myśl jaka jej przychodziła do głowy to właśnie fakt że zdobyła jajo. Nie miała innego pomysłu. Może wymordowana to rozwieje więc?
Przystawiła lewą dłoń do podbródka, próbując sobie przypomnieć to, co się tam działo. To wszystko wydarzyło się tak prędko...
- Nie jestem pewna. Wstrzymałam oddech i biegłam. Chyba skakałam po czymś by wyskoczyć na zewnątrz. - Podrapała się po głowie, próbując kojarzyć fakty. Jak przez mgłę. - Pamiętam że wylądowałam w kontynerze na śmieci. Potem... Wytoczyłam się z niego, dobiłam do włazu do ścieków... I tu się urwało. Z tego co mi mówiono, spadłam nieprzytomna do środka i tylko fakt że spadłam na jednego z łowców sprawił że przeżyłam, a nie skręciłam karku. Zdarzenia w rezydencji zwróciły ich uwagę. Chyba miałam szczęście. - Jakkolwiek głupio to nie brzmi, szczęście to jedyna rzecz jaka tłumaczy fakt, że farciarsko spadła na kogoś, kto zamortyzował jej upadek, a nie zanurkowała głową w beton.
Całkiem przytulnie. Atrita była dość sporym stworzeniem i biło od niej ciepło, podobnie jak od ogniska które na nowo rozpalono, mocniej i lepiej. Przykucnęła, wyciągając dłonie ku ognisku by ogrzać je odrobinę. Jak miło. Jak bardzo miło.
- Po fasolce miał jeszcze większy "potencjał". - Zażartowała, wykonując dłonią gest "cudzysłowia" z uśmiechem. Nie chciała by pamięć o Hadrianie teraz wyglądała tak, że wspomną go i będą przez kolejną godzinę zasmucać się tym.
Facet nie chciałby tego. A jego brat...
- A Loki? Jak on to przyjął? - Spytała, stawiając plecak pomiędzy nogami i zagrzebując w nim. Aromat ryby zapewne szybko dotarł do ich nozdrzy, ale nie była zepsuta. Wyraźnie pachniała, fakt, ale nie była zepsuta. Szybko wydobyła ją i odwinęła z gazety. Zerknęła ku gryficy, a potem na Marcelinę. Rybka nie była taka mała, a ptaki chyba lubią ryby? W sumie nie wiedziała za bardzo o nawykach żywieniowych gryfów, może przy okazji czegoś się dowie.
- Możemy też ją podsmażyć. Może Atrita by ją chciała? Chyba że woli zająca. - Wzruszyła nieznacznie barkami, znów zerkając ku gryficy, ot, z ciekawości jak zareaguje na propozycje. To byłby całkiem sprawiedliwy podział. Rybka dla gryficy, a one dwie na pół zająca. Odłożyła rybę obok ogniska, zostawiając decyzję na ten temat im.
I teraz przyszedł cięższy temat. Temat jej niepewności, jaką jeszcze miała wtedy. - Bo byłam słabym człowiekiem. - Stwierdziła bez namysłu, przesuwając wzrok na chwilę ku ognisku. Była słabym człowiekiem. Nie mogła nic zmienić. Nigdy. - Ale miałam... I wciąż mam wolę przetrwania. Chcę żyć. Chcę przetrwać. I chcę być na tyle silna, by móc to zrobić. - Odetchnęła głębiej, wracając wzrokiem do jej rozmówczyni, znów obdarzając ją uśmiechem. Nie mogła tego nie zrobić. Nie teraz, gdy w końcu ją odnalazła. - Przeżyłam próbę, acz nie polecam. Miałam wrażenie że to coś wypruwa mi wszystkie żyły i flaki i obdziera mnie ze skóry na raz, wyrywając moje wnętrzności i robiąc z nich łańcuszki - a nawet ten opis nie oddaje w połowie tego uczucia. Nie polecam. - Postanowiła wstać na chwilę i solidnie się przeciągnąć, co też zrobiła. Odgięła się w tył, stając niemalże na palcach swoich stóp, wyciągając ramiona wysoko ku górze. Gdy dotarła do momentu pełnego rozciągnięcia się, aż jęknęła cicho z zadowolenia. Ach, świetne uczucie.
- A właśnie - nie odpowiedziałaś. Jesteś szefem windykacji w kasynie? - Spytała, powoli wracając "na ziemię". Jej dłonie znowu oparły się o biodra, a jej czerwone oczy wpatrywały się w Hienę. Radosne oczy.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 14/4/2017, 19:45
Znów się zarumieniła, tym razem mocniej. Nie sądziła, że ktokolwiek skomplementuje miękkość jej sierści. Tym bardziej, gdy cała byla mokra z wiosennego, brudnego i skażonego deszczu. - Byłam pierwszą osobą, którą zobaczyła po wykluciu - odpowiedziała Marcelina, prężąc się przez chwilę dumnie. Teraz dopiero zorientowała się, że nie spotkała jeszcze nikogo, posiadającego oswojonego gryfa! - Jakiś gość przyniósł kiedyś do kasyna jajo. Wcisnął nam go twierdząc, że jest niesamowicie cenne. Potem Dżerard, wykidajło, chciał zrobić z Atrity jajecznicę. - gryfica naburmuszyła się, strosząc futro. - Do dzisiaj wydaje mi się, ze Atrita ma o to żal do niego. - zaśmiała się Hiena, drapiąc się za uchem. - Wzięłąm jajo do siebie. Było ogromne, o, gdzieś takie... - dziewczyna uniosła ręce i pokazała dość sporą, szacowaną wielkość jaja - ...po kilku tygodniach trzymania w ciepłym miejscu wykluło się małe, różowe, brzydkie... coś, co nie miało nawet pazurów, a dziób był miękki jak mięso wyciągnięte z gotującej się wody! - Atrita fuknęła, unosząc dumnie dziób. Bestia, która siedziała obok dwójki była imponujących rozmiarów, a jej pióra lśniły pod wpływem dzikich, nieokrzesanych płomyków. Jej sylwetka tworzyła ogromny cień na ścianie murów. - Zobaczyła mnie, podpełzła do mnie. Od tamtej chwili nie mogłam nawet pomarzyć o prywatności... gdy szłam do WC, ona darła japę pod drzwiami i skrobała po nich!
Coś zakłuło Marcelinę. Opowieść ta przypominała relację matki opowiadającej o swoim macierzynstwie. Teraz Atrita była dorosłym gryfem o grafitowo-szarych piórach i niemal czarnej grzywce i w niczym nie przypominała tamtego maleństwa z białym opierzeniem. - Czuję się jak spełnioną matka - zachichotała Hiena, klepiąc wielki łeb Atrity.
Kiwnęła jedynie głową na wspomnienie o upadku na łowcę. Parsknęła śmiechem. To musiała być dość zabawna sytuacja. - No cóż... widziałam, że delikatnie się wzdrygnął, jego kąciki warg i brwi poruszyły się. Nie odpowiadał długo. Potem stwierdził, że to dla niego dość trudna sprawa... - westchnęła. - Tak bardzo przypomina mi Hadriana. - dodała, przyjmując posępną minę. - Jest niemal taki sam! Mimo totalnie innego koloru i długości włosów, braku brody... te oczy... jego spojrzenie... - wydukała, zaciskając usta i szybko dodając: - po prostu są podobni. Ale z charakteru... inni. - Nie było to do końca prawdą. Loki posiadał gesty, tiki i przyzwyczajenia niemal takie same, jak jego nieżyjący brat. Marcelina przemilczała jednak to, zmieniając szybko temat. - Jasne. - gryfica uniosła uszy, patrząc na rybę. - To jej przysmak.
Kiwnęła głową, słuchając opowieści o przemianie. Skrzywiła się lekko, przez jej skórę przebiegł zimny dreszcz. - Nie chciałabym tego przeżyć... - przyznała, rzucając w stronę ogniska kolejny patyk. - Ja po prostu obudziłam się pewnego razu w laboratoriach s.spec. Przemiana przypominała sen. Najpierw umarłam, potem nagle... ożyłam. Nie potrafię tego wyjaśnić. Zawiesiłam się między światami... tak myślę. - Ponownie przypomniała sobie atak jednostki s.spec na jej wioskę. Spłonęli prawie wszyscy. Tylko kilka nosicieli wirusa, przemienieni w wymordowanych oraz Ci, którym udało się wcześniej zbiec, jak chociażby Dżerard czy wujek Marceliny, zostali wyłowieni z morza ciał i zamknięci w jednostce badawczej. Marcelina bardzo nie chciała sobie tego przypominać...
Pytanie o szefostwo wytrąciło Marcelinę z rozmyślań. Spojrzała okrągłymi oczami na towarzyszkę, drapiąc się po brodzie. - Jestem właścicielem tego miejsca. Swoją część forsy z działalności Szajki w całości zainwestowałam w ten lokal.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 14/4/2017, 22:14
Nawet pomimo tego że była mokra, to jednak wciąż bardzo miła w dotyku. Nie chciała się narzucać, ale chętnie by ją jeszcze pogłaskała. Skorzystała z okazji jak jeszcze ją tuliła, ale no. Bez zachłanności.
- To wszystko tłumaczy. - Stwierdziła od razu po pierwszej informacji, przysłuchując się historijki o tym, jak z jaja przeznaczonego na jajecznicę wykluł się gryf który teraz siedział obok nich, będąc dużo większy od ich obojga razem wziętych. Zauważała też reakcje Atrity, która najwidoczniej nie miała problemów z rozumieniem słów, jakie mówi Marcelina. Gryfy były inteligentne, to wiedziała, ale aż tak by rozumieć mowę?
Ciekawe. Kiwała głową na informacje jakie były jej opowiadane, uśmiechając się lekko z brodą podpartą dłonią.
- Spora jajecznica by była. - Stwierdziła żartobliwie, mając jednak nadzieje że za to gryfica nie "zażartuje" sobie z niej w jakiś inny, bardziej "jej" sposób. Oby nie. Oby to nie był mściwy gatunek.
- Brzmi prawie jak ludzki poród. Nie wiem czy ktoś ci gratulował, ale hej! Gratulacje! Zostałaś mamą! - W dość rozrywkowym tonie, z szerokim uśmiechem złapała za jej prawą dłoń swoimi obiema i potrząsnęła nimi w geście gratulacji. - Tak, wiem że spóźnione, sh. Mów dalej. - Puściła jej dłoń, wracając na swoje miejsce i słuchając kontynuacji opowieści. Kiwnęła głową na jej "poczucie" bycia matką. - Prawidłowo, Marcuś, prawidłowo. Jest z czego być dumną. - Powiodła wzrokiem jeszcze raz po gryficy. Ech, przydałby się jej taki wierny kompan jak oni mają siebie nawzajem. Nie jest wybredna! Ktoś chętny?
Tak myślałam.
Miała napomknąć o tym że łowca potem marudził na nią że bolą ją plecy przez to, ale Hiena przeszła na temat Loki'ego i najwidoczniej szybko odpływała porównując go do zmarłego. Zamachała dłonią w jej stronę, chcąc skupić na sobie uwagę.
- Ej, ej, ej! Marcelino, nie zasmucaj się tym. Nie zmienisz przeszłości. Ciesz się z tego co masz, a masz bardzo wiele. - Chciała chociaż w jakimś stopniu odciągnąć ją od czarnych myśli, nie było celu by zasmucać się przeszłością tu i teraz. Już jej nie zmienią. Teraz mogą jedynie kontynuować dalej. Żyć. I korzystać z tego życia ile się da. Tego by Hadrian z pewnością chciał, a nie by trzymać świeczkę woskową i odprawiać mantrę przez kilka godzin w jego imieniu.
Choć mogłaby wyobrazić sobie że anioł byłby chętny na takie "wyznawanie" go. Ech ech.
Spojrzała na rybę, a potem na gryfa. Hmmmm. Zdjęła rybę z gazety i ułożyła na swoich dłoniach, podchodząc bliżej Atrity i wysuwając ku niej takową rybkę.
- Bierz, na pewno też jesteś głodna. Dasz się pogłaskać za to? - Spytała, a radosne iskierki tańczyły w jej oczach. Czuła się trochę jak dziecko, gdy pierwszy raz może podejść do pieska i go pogłaskać. Albo kotka.
Ale w tym wypadku była to prawie dwu-metrowa bestia będąca mieszanką lwa i orła, uskrzydlona. Nikt nie mówił że Erin była normalnym dzieckiem, prawda?
Po tak czy tak udanym karmieniu zajęła się opowiadaniem historyjki o przemianie. Uśmiechnęła się szerzej widząc, jak próba wyobrażenia sobie tego nie szła za dobrze Marcelinie. Wysłuchała jej historii, i znów widząc jak odpływa tym razem zaczęła pstrykać palcami, ot, by znowu wyciągnąć ją z oceanu pochmurnego nastroju. Nie smuta!
- Różnica jest taka że czerwinka nie zabija, ona zmienia "na żywo". Wirus X cię zabił, i w trakcie gdy byłaś "martwa" zmienił twoje ciało, więc powracając do życia nie czułaś powikłań. Farciara. - Dobrze że akurat był spokojniejszy czas, łowcy byli w stanie dać jej moment na odpoczynek po tej dawce bólu. O dziwo szybko przeminął.
Teraz to Erin wybabauszyła oczy, słysząc jak to Marcelina jest właścicielką tego miejsca. Serio?
- I ja o tym nie wiedziałam? Przegrywałam u ciebie swoje fanty i nawet nie wiedziałam o tym, ech! Pocieszające jest to że nie naślesz na mnie więcej windykatorów... Prawda? - Spytała z pewną dozą niepewności, choć prawdopodobnie niczym nie podpartej.
- Marc... Mam takie pytanie. Wtedy, gdy uciekałyśmy razem z rezydencji, ty... Zniknęłaś. Rozpłynęłaś się w powietrzu. Może mam krótką pamięć, ale nie pamiętam byś kiedykolwiek mi o tym mówiła. To... Co to jest? - Nie wiedziała w sumie jak spytać o to, czym jest ta "moc" i skąd ją ma, acz zarazem była jej bardzo ciekawa. Może i faktycznie coś źle pamiętała, ale jedyne co jej przychodziło do głowy to fakt że Hiena rozpłynęła się w powietrzu...
Chcąc nie chcąc zostawiając Erin na śmierć.
Nie, nie miała o to żalu. Lepiej było by chociaż jedna z nich przeżyła, ale jej! Żyją obie!





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 16/4/2017, 14:44
Śmieszków i chichotów nie było końca. Marcelinie doskonale gadało się z Erin. Zupełnie jak z dobrych, dawnych lat...
- Wiem. - wtrąciła się w zdanie łowczyni, obserwując, jak Atrita - najpierw nieufnie - podchodzi do Erin i trąca ją łbem. Była jej wdzięczna za pieczoną rybę - to w końcu przysmak każdego gryfa! - ...S.spec postarali się jednak wynagrodzić mi tę łatwą przemianę.
Znowu wspomnienia, znowu ból. Odgoniła szybko myśli, przykładając dłonie do ogniska. Czuła przyjemne ciepło ogarniające powoli jej ciało. Robiło się coraz zimniej. - Atrita jest moim asem w rękawie. Serio. - Wieczór przeistaczał się powoli w gęstą, groźną noc. - Potrafi panować nad żywiołem wiatru. To jest niesamowite! Raz, jak się wkurzyła, wywołała tornado, blisko kasyna. Myślałam, że nas zmiotnie z powierzchni ziemi! - zaśmiała się, przypominając sobie dokładnie ten dzień - te stworzenia potrafią też ładnie drzeć japę. Ich krzyk wywołuje chwilowy... hm... jakby to idealnie ubrać w słowa... o, mam! Paraliż, u osób, które znajdują się... nieopodal. W dodatku porozumiewa się ze mną telepatyczie. - Marcelina już nie czuła takiego zmęczenia - była cholernie podekscytowana tym niespodziewanym spotkaniem. Wyciągnęła raz jeszcze Harleya, gładząc go po matowej powierzchni, podziwiając napis i budowę pistoletu. Delikatnie różnił się od Billie Jean - pasował idealnie na potężną dłoń Hadriana. Marcelina nie miała jednak większego problemu z utrzymaniem jej w swojej, znacznie mniejszej, nie odczuwała też wielkich niedogodności związanych z naciśnięciem spustu, który u Billie Jean mieścił się bliżej nadgarstka. Trochę treningu i Hiena będzie posługiwać się nim tak dobrze, jak nieżyjący już upadły. - Spokojnie. Loki to nasz jedyny windykator. - zaśmiała się, zamykając oko i celując Harleyem w Atritę. Ta napuszyła się i przechyliła łeb. - Wiem, o czym mówisz. Gdy skupię się bądź odczuję ogromny przypływ emocji, mogę się zdematerializować i zmienić się w czarny dym. Po kilku sekundach pojawiam się w innym miejscu. Świetna moc, bardzo się przydaje, niestety, nie mogę z niej korzystać zbyt często. Szybko się męczę.
Położyła Harleya na kolanach. - Mam jeszcze kilka podobnych asów. Często w kasynie pojawiają się nieciekawe persony. Ostatnio... - zdjęła zająca i sztyletem przecięła mięso na pół. Podała Erin jej część. - ...wbiły się dwa kundle z DOGS. To była masakra. Pozabijali połowę gości, porwali mi wokalistkę, jeden pożarł kilkoro dzieci, zabrali nam sporo wartościowych rzeczy. Wysłałam już po nich najemników, ale wiem, że gdy przyprowadzą chociaż jednego, do kasyna przyjdzie cała ich horda. A wtedy... no cóż, będzie gorąco.
Westchnęła. Czuła od jakiegoś czasu, że problemy zaczynają ją przerastać. Dlatego własnie ruszyła, by szukać dłużników sama, pretekstem do opuszczenia tamtego miejsca była też potrzeba uregulowania spraw ze szpitalem. Westchnęła głęboko. - Zasrane kundle. Uważają się za panów desperacji. - jej oko błysnęło tajemniczo. - Ktoś musi im pokazać, że nie wszyscy srają w gacie na samo brzmienie imienia ich przywódcy.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 16/4/2017, 18:24
Grunt że gazeta nie złapała ognia gdy ułożyła ją obok ogniska - niby nic złego by się nie stało, ale papier mógłby się wtopić w rybę i byłaby mniej smaczna niż do tej pory. Na szczęście nie było problemu, i skorzystała z okazji gdy gryfica przysunęła się po jadło. Dając jej takowe prawą dłonią, lewa przesunęła się z czułością po odpowiedniku jej policzka. - Nie tak przyjemne w dotyku jak twoja sierść Marc, ale też bardzo przyjemne. - Posłała oczko Hienie, uśmiechając się szeroko i odsuwając się odrobinę gdy już gryfica skończyła posiłek. Przemilczała temat wspomnień a pro po S.Spec, nie ma co o tym myśleć w tej chwili. Lepiej zająć się czymś innym a konkretnie - sobą nawzajem! Dokładnie!
Nie przeszkadzało jej to że nadchodziła noc. Nie, gdy miała dobre towarzystwo by ją spędzić, dlatego też skupiła się na niej i na tym, co mówiła. Zagwizdała z podziwem, słysząc o możliwościach Atrity.
- No no no, widzę że masz dobrego ochroniarza. Ja... Cóż. Mam tylko dwie, małe sztuczki na podorędziu. - Nie kontynuowała tematu, czekała raczej na to, by konkretnie Marcelina chciała spytać o takowe. Jeśli faktycznie zapyta - pokaże jej. Ufa jej. Wierzy że może jej pokazać swój sekret, swoje możliwości, bez zawahania. Wierzy w to że może jej ufać tak, jak i wcześniej. Że może być jej rodziną...
Acz łowcy to jednak problem w tej chwili stojący w praktyce na drodze do ponownego zjednania się z rodziną. Uch. Problemy! Problemy!
- Umiesz z nich celnie strzelać? Meeeeh! Też bym chciała. - Zrobiła smutną minkę, splatając ramiona pod klatką piersiową, gdy widziała jak ta dokładnie się zajmuje tą bronią. Nigdy nie miała od kogo się tego nauczyć, a tym bardziej nie miała zapasu naboi by go zużyć na to. Te zawsze były tutaj raczej "cenne", jeśli można to tak ująć.
Zbliżyła dłoń do piersi, oddychając z ulgą na wiadomość że tylko Loki jest windykatorem. - A już myślałam że to ktoś groźny. - Uniosła kąciki warg w nieco kpiącym uśmiechu. Wiedziała że Loki to zdolny i niebezpieczny człowiek, aaaale nie ma go tu, więc można go trochę poszkalować, prawda? Prawda?
Ech.
Pokiwała głową, rozumiejąc tłumaczenie jej mocy. A zatem mają bardzo podobną zdolność, tylko najwidoczniej Marcelina musi się przemieścić jako dym, a Erin zwyczajnie "wymazuje się" z miejsca gdzie istnieje i pojawia w innym. Zapewne na mniejszym zasięgu niż wymordowana, ale skuteczniej.
Przyjęła część mięsa, ale zamiast wgryzać się w nią skupiła się teraz na słowach Marceliny.
Dogs. Czemu ją to nie dziwi? Zawsze uważają się za panów Desperacji. Technicznie mają ku temu powody - członkowie ich gangu są praktycznie w każdej dziurze i pod każdym, możliwym kamieniem, puszący się tym że mają kawałek żółtej szmaty. Połowa z nich by nawet nie mogła sobie poradzić sama, gdyby nie to że mają tłum za sobą.
Heh. Nigdy ich nie lubiła. Ani jako człowiek, ani teraz.
- Wygląda jak jeden z kolejnych dni w desperacji. Nigdy ich nie lubiłam, pod każdym kamieniem i za każdym zakrętem ktoś machał tą żółtą chustą jakby miała mu dać moc panowania nad światem. - Wzruszyła bezwiednie ramionami, wzdychając cicho. Nie była pewna czy informacja o tym że łowcy i dogs są w sojuszu jest ogólnie znana, więc póki co wolała to zachować w tajemnicy.
"A gdyby tak ich zostawić... Wrócić do mojej rodziny..."
Ciche podszepty jej podświadomości, jaka tęskniła za dawnymi czasami sugerowały. Szeptały.
Gdyby to było takie proste...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 18/4/2017, 12:05
Jej ślepia błysnęły, policzki ponownie się zarumieniły. Nawet nie sądziła że komplementy jej sierści będą tak przyjemne dla jej uszu. - Jakie sztuczki? - zapytała bez zawahania, wlepiając w nią ciekawskie spojrzenie. Hiena należała do osób cholernie ciekawskich, czego nie omieszkała się nie ujawnić w tym momencie. - Umiem. - odpowiedziała dumnie - Ale mam z nimi styczność od bardzo dawno. Mam też sztylety, lubię je, ale nie czuję się z nimi tak bezpiecznie.
Kiwnęła głową, uśmiechając się szeroko. Loki nie był niebezpieczny, był nawet miły, ale wystarczy jedno słowo wymordowanej, pokazanie palcem tego, kto przetrzepał jej futro i... i ten ktoś mógł pożegnać się z życiem, okiem, palcem lub innymi częściami ciała, w zależności od humoru upadłego anioła. - Ta - zasępiła się wymordowana, gryząc łapczywie swój kawałek kolacji - Miałam z nimi parę bliższych spotkań, niekoniecznie w charakterze przyjaznym. Teraz jednak czuję, że między Nami rozegra się prawdziwa wojna. Ale chcę tego. Nie mam zamiaru chylić przed nimi karku.
Ognisko znowu zaczęło gasnąć. Marcelina chwyciła kilka suchych gałązek, ostatnich już. Atrita pomachała kilka razy skrzydłem, płomienie ponownie nabrały wielkości i urosły w siłę. Wymordowana ponownie poczuła przyjemne ciepło. - To zabawne, jak niektore powiedzenia się mylą - odezwała się nagle, drapiąc się po nadgarstku - "Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem". Bzdury. Zarówno ja, jak i DOGS nienawidzimy s.spec. I ani ja, ani ten zasrany gang zapchlonych kundli nie pałamy do siebie większą miłością. W jej głowie zaczęły krążyć różne mysli, pomysły i scenerie przyszłości. Skoro gang nie sympatyzuje ze s.spec, a wręcz są to najwięksi wrogowie w okolicy, może kiedyś wybiją się nawzajem? Wymordowana aż uśmiechnęła się pod nosem na samą myśl. Teraz, gdyby miala szczerze odpowiedzieć, czyjej śmierci pragnie bardziej - wskaże zdecydowanie desperacki gang DOGS. To oni bardziej uprzykrzają jej życie. Ze s.spec rozprawi się sama. Najpierw spalili jej wioskę, potem męczyli ją i jej przyjaciela w laboratoriach. Następnie jeden z nich prawie ją zgwałcił. Mengele. Jej oko przybrało bordowy kolor, następnie - fioletowy i granatowy. Przez chwilę myślała, przypominając sobie jego twarz. Wiedziała, że zemsta na nim nadal widnieje w jej kalendarzyku zadań i miała zamiaru to zadanie wykonać. Już niedługo.  
Otuliła swoje ciało ramionami. Nagle w jej głowie przemknęła myśl, przez którą adrenalina wzrosła. - Hej! - zawołała, pstrykając palcami z szerokim uśmiechem zdradzającym jej zadowolenie - Przez to wszystko zupełnie zapomniałam. Szajka Szakali nadal istnieje! - spojrzała na ognisko i westchnęła po chwili, wstając i prostując kręgosłup. Uśmiech jednak nie schodził z jej twarzy. -Pójdę po kilka gałęzi. Przestało padać, a w okolicy drewna jest mnóstwo. Wracając do tematu: jest nas zaledwie kilku, ale nadal od czasu do czasu spotykamy się i trochę łupów zbieramy.
Do czego dążyła? Patrzyła na łowczynię z oczekiwaniem. Najprawdopodobniej miała cichą nadzieję, że będzie tak, jak za dawnych lat. - Teraz działamy z mniejszym rozmachem, nie jest już o nas głośno. Nasze akcje są ciche. Ale to nadal szajka szakali.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 18/4/2017, 17:35
Co za dużo to nie zdrowo - jeszcze rozpuści Hienę w komplementach i co wtedy?! Dziewczyna nie będzie mogła żyć bez bycia komplementowaną! Lepiej może więc się wstrzyma. No i gdyby się tak często rumieniła, ten widok straciłby swoją magię.
- Wymienimy się. Jako że wyjaśniłaś mi tamtą moc, ja mogę ci pokazać jedną ze swoich. W wypadku drugiej jednak musisz pokazać co jeszcze umiesz. Jestem niemal pewna, że ten dym to nie wszystko. No ale... - Miała pokazać, więc pokazała.
A raczej pokazała to że jej nie ma. Przynajmniej dla wzroku, bo sama podeszła trochę bliżej i pstryknęła Marcelinę w nos, będąc zakryta przez moc swojego pierścienia, jaka kompletnie maskowała jej obecność dla wzroku.
- Powiedzmy że posiadam sztuczki jakie wcześniej mogłyby się przydać. - Stwierdziła, zdejmując swój iluzoryczny kamuflaż i objawiając swoją obecność tuż przed nią.
A raczej nachylona nad nią, chcąc nie chcąc prezentując jej swój biust, skryty pod ciuchami. I tak raczej nie będzie nim zainteresowana, więc to jej nie będzie przeszkadzać, prawda? Po tym krótkim pokazie wycofała się z powrotem na swoje miejsce, siadając wygodnie i przysłuchując się Marcelinie. A więc umiała? Ech!
- Nigdy nie miałam dość amunicji, możliwości, a tym bardziej kogoś kto by mi pomógł celniej strzelać, więc moje umiejętności polegają na wbiciu komuś lufy w bebechy i dopiero wtedy pociągnięcia za spust. 100% pewności trafienia. - Parsknęła śmiechem, jakkolwiek by to czarny humor nie był, to jednak taka była prawda. Mogłaby nie trafić w stodołę pięć metrów przed nią, więc lepiej mieć pewność że trafi. A jak jej nie mieć lepiej, niż wżynając komuś broń w bok i dopiero wtedy z niej strzelając?
- Ja czuję się pewnie z tym kawałkiem żelastwa. - Poklepała rękojeść swojego miecza. - Nie zawiodę się, jeśli kula kogoś nie zabije. Będę sama czuła że już mi nic nie grozi. - Tu już nie posłała kolejnego śmiechu. To była prawda. Za dużo razy pudłowała z Harleya, by ufać broni palnej tak samo dobrze jak solidnemu ostrzu, którym można rozszarpać kogoś na kawałki. A takim był ten miecz. Oczywiście, istnieją problemy jak istoty z pancerzem, czy nawet maszyny - ale kule na nie również nie będą skuteczne. No i najważniejsze - kule się wyczerpią. Miecz odpadnie dopiero jeśli stępieje lub pęknie, a nawet pęknięty wciąż jest groźny. A gnat bez naboi? Heh. Nic.
- Jesteś tego pewna? Jest was mniej niż cały ten gang. - Nie wspominając o fakcie że łowcy są ich sojusznikami i mogą ich zaprzęc do pomocy z "narastającym problemem" w Desperacji.
Oby nie miała okazji zostać do czegoś takiego wezwana.
- Nie wiem czy wolałabyś mieć pielgrzymki inkwizycji Kościoła Nowej Wiary. - Splotła ramiona pod klatką piersiową. Niby dogs to nie jest nic pięknego ani wspaniałego, ale czy to nie lepsze niż banda fanatyków, którzy mogliby spalić kasyno bo jest "nieczyste" i "bo Ao go nie chce"? Psy chociaż jeśli chcą rozróby, to chcą ją dla jakiegoś celu, nie dla jakichś czystek etnicznych. Niby to nie jest pocieszający argument, ale...
Ciężko było nie zauważyć faktu że Marceliną targają wspomnienia. Ściągnęła usta w wąską kreskę na boku, myśląc jak jej poprawić nastrój i nie pozwolić na to, by dała się wciągnąć we wspomnienia i smutki. Niestety, nie jest pomysłowa, a chciała do niej dobić możliwie jak najsolidniej, stąd skorzystała ze sprawdzonej metody. Sprawdzonej dziś, ale sprawdzonej.
Przysunęła się do niej, siadając tuż obok. Otuliła ją swoim ramieniem i nieco przytuliła do siebie. Odrobinę. Nie chciała naciskać. Chciała tylko jej poprawić humor, odciągnąć ją od złych myśli. Nie ma co nad nimi rozważać.
Jej nagły wyskok jednak ją zaskoczył. Nie odpuściła gestu, o ile Marc sama się nie wyrwała.
No, i póki sama nie wstała, oczywiście.
- Serio? Czy został ktoś z osób jakie znam, nie licząc Ciebie i Lokiego? - Spytała z nadzieją że może ktoś jeszcze jej znajomy ocalał te kilka lat. Jak miło byłoby spotkać te stare, znajome twarze, z którymi dzieliło się strachy, bóle, obawy i szczęśliwe chwile.
Przysłuchała się dokładniej temu, co mówiła. Hmmmm. Odchyliła się nieco w tył, z uśmiechem przymrużając lekko oczy. Pociągnęła nosem raz czy dwa, imitując wąchanie.
- Hm hm, węszę że chcesz mi coś zaproponować. Macie już jakiś konkretny plan, czy to na razie tylko zaproszenie?

Użycie i dezaktywacja mocy pierścienia niewidzialności.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Marcelina on 18/4/2017, 23:54
Kiwnęła głową z nieukrywanym uznaniem. - Przydatna rzecz. - powiedziała, odchylając lekko głowę, gdy ta nagle pojawiła się przed nią, chcąc nie chcąc pokazując swoje wdzięki. Marcelina uciekła szybko wzrokiem, kierując spojrzenie na jej oczy. - Owszem, masz rację. Ja zmieniam się w dym, czyli... dematerializuje się. Nie staje się niewidzialna, tak jak jest w Twoim przypadku - ja po prostu znikam, rozpływam się, zmieniam stan skupienia ze stałego w... no właśnie. Chyba gazowy, o ile można to tak nazwać. - powiedziała, dotykając pazurem swojej wargi i zamyślając się chwilę - To moc magiczna. A magia rządzi się własnymi prawami.
- Tego chyba nie da się nauczyć - wyszczerzyła się, unosząc ręce i krzyżując je za głową, obejmując dłońmi kark. - Z tym się trzeba urodzić. Podobnie jak z władaniem bronią białą... Loki również jest ciotą, jeśli chodzi o strzelanie. - uniosła brwi, uśmiechając się tylko prawym kącikiem warg - Ale gość urodził się chyba z mieczem w ręku. Poważnie. - i właśnie to różniło Lokiego od jego brata. Hadrian nie potrafił z kolei utrzymać miecza, za to Harleyem władał lepiej, niż ktokolwiek inny.
Zastrzygła uszami, zastanawiając się chwilę, nadal patrząc na twarz Erin. - Tak, jest ich więcej - wzruszyła w końcu ramionami, przenosząc wzrok na ogień - ale... nie o to w tym wszystkim chodzi. Tu nawet nie chodzi o wygraną. I tak kiedyś umrzemy, albo w końcu ktoś nas zastrzeli, albo dorwie jakaś totalnie nieznana, zmutowana choroba, może zeżre nas bestia, ktora nagle wyłoni się z jałowej gleby. W końcu ONA, desperacja, śmierć, dorwie nas i bez oporów rozszarpie nas na strzępy, a z naszych ciał nie pozostanie nic prócz kupki popiołu. - ugryzła trzy porządne, ostatnie kęsy soczystego mięsa i szybko przeżuła je, chcąc kontynuować - Tu chodzi o strach. O godność, dumę. O to, że nie boimy się warkotu tych skundlonych, trzymanych w kagańcu piesków. - prychnęła, próbując pazurem wydłubać resztki jedzenia z pomiędzy kłów - Zbyt dużo osób się ich boi. A oni wykazują zbyt dużą pewność siebie.
Nie wyrwała się. Chyba polubiła tę formę czułości, jednak nadal czuła dziwne odrętwienie. Chyba po prostu nie potrafiła tego odwzajemnić. Bała się dotyku. Mimo wszystko... uwielbiała go. - Niestety, tylko ja, Loki i czterech totalnie nieznajomych mi gości. Nawet z nimi nie gadam. Wysyłam sms, spotykamy się, ustalam plan ataku, akcja, ucieczka, dzielenie się łupami. To nie to samo, ale... - wciągnęła powietrze, rozpływając się na krótką chwilkę - ...wspomnienia. One są we mnie. Z każdą naszą akcją czuję się tak, jak wtedy. Dlatego to ciągnę. Nie tylko dla zysków, ale i dla tych wspomnień.
Spojrzała łobuzersko na łowczynię, wkładając ręce do kieszeni. - Tym razem przewiduję TOTALNĄ masakrę. - szepnęła, rozciągając się, z ulgą odczuwając, jak jej zmęczone plecy zaczynają strzelać w niektórych miejscach. Czekała na reakcję łowczyni. W tamtym momencie bardzo chciała ja wciągnąć w ten plan.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 19/4/2017, 17:00
Uśmiechnęła się z lekka rozbawiona, widząc jak Hiena ucieka wzrokiem z powrotem do jej twarzy. Rozumiała że robi to z uprzejmości, lecz było w tym coś zabawnego, a sama Erin dawno już zgubiła swoją wstydliwość. Tak gdzieś po miesiącu czy dwóch pracy w burdelu. - Dzięki niej zauważyłam, jak głośna potrafię być przez zwyczajne chodzenie. Wzięłam się trochę za siebie pod tym względem i teraz gdy naprawdę chcę być cicho, to potrafię. Tak dla odmiany od tego jak kiedyś byłam. - Tia. Kiedyś jedyne co miała do dyspozycji, to gębę, jaka dużo mówiła. Teraz przynajmniej ma inne argumenty jakie za nią przemawiają. Wysłuchała jej opisu, mniejwięcej pojmując w jaki sposób to działa. Hmmmm. - A jak użyjesz tej mocy przy klimatyzatorze, to cię wessie? Albo możesz przeniknąć przez ściany? - Spytała, szczerze zainteresowana czy kiedyś Marc wpadła w taką sytuacje. I, cóż...
Mimo iż miała tego nie pokazywać, to chciała się móc popisać w spokoju chociaż przed kimś, kto był dla niej jak starsza siostra przez dłuższy kawał życia. Dlatego też odłożyła na moment królika na bok i zerknęła w bok.
- Pokażę ci i drugą. Obserwuj, możesz przegapić moment. - Stwierdziła, przeciągając się z lekka. Gdzieś tak w połowie unoszenia się ramion zupełnie zniknęła. Nie było zmiany w dym. Nie było niewidzialności. Nie było jej tam.
Zamiast tego, była około ośmiu-dziewięciu metrów dalej, kończąc przeciągnięcie się. - Halu! - Zawołała, chcąc zwrócić na siebie uwagę, siedząc gdzieś tam na kamieniach kawałeczek dalej.
A potem pojawiając się znów tuż obok Marc, siedząc sobie wygodnie z nogami "po turecku", a dłońmi opartymi o ziemię pomiędzy nimi. - Wiesz, przyznam że z początku gdy używałam tej zdolności, rzygałam dalej niż widziałam. Nie wiem jak może się czuć ktoś wrzucony do pralki czy spadający z Gór Shi, ale pewnie nie czułby się w połowie tak skołowany, jak ja na początku. - Stwierdziła, i przy kolejnym mrugnięciu oka znalazła się z powrotem na miejscu jakim była, podnosząc swoją połowę królika z ziemi i nieco otrzepując z piachu. - To teleportacja. Nie mogę jej wykonywać daleko, chyba 10 metrów będzie. Tylko trzy skoki, ale mogę teleportować też kogoś ze sobą. Każda osoba zabiera mi jeden skok, więc maksymalnie mogę teleportować ze sobą dwie osoby, raz. Zazwyczaj opróżniają swój żołądek, a dopiero jadłaś, więc nie chciałam ci dać tego odczuć. - Stwierdziła, bezproblemowo wracając do swojego posiłku, jaki w końcu rozpoczęła.
Może nie był specjalnie powalający, ale zdecydowanie sycący. I lepszy od ryby! Przynajmniej sama tak twierdzi.
- Pierdolisz, wszystkiego da się nauczyć! - Zamarudziła, naburmuszając się lekko. Też chciała móc tak celnie robić "pif-paf" i trafiać kogoś w czubek ucha z odległości kilkudziesięciu metrów, neh.
- Cóż, przynajmniej on wie, co dobre. Też zawsze miałam smykałkę do tych ostrzy, ale to nie zmienia faktu że chciałabym móc się pobawić kiedyś bronią. Hmmm. - Spojrzała ku rękojeści swojego miecza, potem na Marcelinę, a potem z powrotem na nią. Odłożyła nadgryzionego królika na kolano, a dłońmi powoli wydobyła ostrze z pochwy. Było długie, ponad pół metra, i wyglądało na solidne. Nie miało inskrypcji (choćby dlatego że nie umiała czytać, hello!), ale i tak wyglądało solidnie. Położyła ostrze płazem na dłoniach i wyciągnęła ku Marcelinie, przechylając lekko głowę na bok z uśmiechem.
- Chcesz spróbować? Nawet zwyczajnie złap w dłoń i zobacz, jakie to uczucie. - Zaproponowała, ciekawa czy wymordowana się skusi. Jeśli nie, schowa go z powrotem do pochwy i wróci do królika. Jeśli tak, pozwoli jej go wziąć i wtedy znów zajmie się królikiem. Nie jadła go kilka chwil (może dla pewności że sama się nie porzyga od teleportacji), ale teraz już mogła się nim w spokoju zająć.
Słuchała, podziabując swoje mięso, ale gdy Marcelina powoli odlatywała w nieprzyjemne sfery, zostawiła go i przeszła do tej skromnej formy polepszenia jej nastroju. Nie mogła jej wiele więcej zaoferować, poza tym gestem.
- Słyszałaś o karmie? To suka. I w końcu zerżnie ich ostro w tyłek. - Stwierdziła z wzruszeniem barków. Chciała móc pomóc jakoś bardziej, lecz miała związane ręce. Gdyby zaatakowała ich, łowcy nie daliby jej żyć.
A jeśli nawet dali, to już raczej w stanie wegetatywnym.
Marc mogła tego nie zauważyć, ale Erin chętnie korzystała z możliwości bycia jej. Zwyczajnie... Coś głęboko w jej sercu tliło się do niej. Fakt że to właśnie ona wyciągnęła ją z dołka jakim było sprzedawanie się by przeżyć. Te lata, jakie przeżyły razem, jako Szakale. Jej charakter, osobowość która nie biła po oczach słodyczą, tylko pokazywała silną, zdecydowaną kobietę.
Tak...
Acz wiedziała że nic z tego nie będzie, więc korzystała z platonicznych gestów na ile się dało. Może z lekkim zawodem, ale nie ukazywała tego. Nie może mieć wszystkiego od życia. Niestety.
- 6 osób to nie to samo co kiedyś... Jesteś w stanie zaufać tamtym gościom? - O ile Marc i Loki byli pewniakami bez większych komplikacji, tak ta czwórka "randomów" mogła nie być zbyt przydatna, zwłaszcza, jak postanowią zrobić to samo co Ćma i ratować własną skórę jak zrobi się gorąco.
Ych.
- Totalną masakrę, mówisz? - Spytała, podnosząc się i wracając do resztek swojego królika, jakie w kilku kęsach skończyła. Hmmmmm.
- No nieeee wiem, wiesz? To może być niebezpieczne, nie chcę się zranić~ - Biorąc pod uwagę że użyła piskliwego tonu ponad swoim normalnym i mówiła będąc do niej plecami raczej mógł pomóc odgadnąć Hienie, co zaraz zrobi Erin.
Czyli obróci się na pięcie z szerokim uśmiechem. - Nah, coś ty. Nie jestem nieśmiertelna, i wolę pożyć rok jako lew, niż setki lat jako potulna owca. Masz coś? - Spytała, podchodząc ponownie bliżej. Oby tylko nie chciała kontaktu telefonicznego.
Proszę nie.

Teleportacja - trzy skoki - donzo.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 15 z 17 Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16, 17  Next

Powrót do góry

- Similar topics