Strona 1 z 17 1, 2, 3 ... 9 ... 17  Next

Go down


(S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Fucker on 8/10/2014, 16:08
(S) Ruiny laboratorium

UWAGA TEREN SKAŻONY WIRUSEM X!

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wielu z obecnie żyjących nie było na świecie, grupa naukowców rozpoczęła badania nad wirusem X. Projekt wypadł obiecująco, więc w niedługim czasie został sfinansowany przez M-3, w wyniku czego na terenie Czerwonej Pustyni powstało centrum badawcze. Było to o tyle dogodne miejsce, że niewiele istot przechadzało się po tym terenie. Jeżeli potrzebowano nowego obiektu eksperymentalnego, po prostu wybierano się na poszukiwania i wracano tutaj, gdzie – w mniemaniu pracowników – nikomu nie chciałoby się szukać towarzyszy. Eksperymenty trwały przez dobre dwa lata, a nie od dziś wiadomo, że wszystko, co dobre... w końcu kończy się źle.
Wystarczył jeden, mały błąd. Do dziś nie wiadomo, kto go popełnił i jak doszło do tego, że wirus ujrzał światło dzienne. Wiadomo tylko, że wszyscy, którzy przebywali w laboratorium, zaczęli cierpieć z powodu choroby. Przeliczyli się, sądząc, że znajdą pomoc u władz. W stosunkowo niedługim czasie siły specjalne S.SPEC zostały wysłane, by zrównać z ziemią powstały budynek, a przy okazji pozbyć się problemu w najbardziej radykalny sposób.
Obecnie po laboratorium zostało tylko kilka poważnie zniszczonych ścian, otaczających gruzy i szczątki zniszczonych sprzętów. Dookoła terenu rozstawiono tabliczki, informujące oddziały wojska, że przekroczenie wyznaczonej granicy grozi zarażeniem. Śmierć zadomowiła się tutaj na dobre.

-----------------------

Był środek nocy. A może ranek zbliżał się wielkimi krokami? W Desperacji szybko traciło się poczucie czasu. W każdym razie niebo nadal osnute było ciemną płachtą, na której odznaczała się srebrzysta tarcza księżyca, który pomimo towarzystwa chmur dookoła, świecił wyjątkowo mocno, oświetlając wielkie pustkowie. Już dawno zostawili za sobą olbrzymi mur miasta, a teraz, gdy wszystko dookoła wydawało się takie same, miało się wrażenie, że zmierza się donikąd albo poruszanie się jest tylko iluzją. Męczysz się, a i tak nie posuwasz się ani kroku dalej. W takich miejscach nawet pęknięcia na ziemi się liczą, a każdy kamień, krzak czy inna drobna pierdoła służą za wyznaczniki kierunku. W przeciwnym razie, jeżeli nie zna się Czerwonej Pustyni, można błąkać się tu bez końca, paradoksalnie idąc cały czas przed siebie.
Na szczęście Ryan nie miał z tym problemów.
Nie lubił tego miejsca, ale to nie wpłynęło na jego brak znajomości terenów. Przez blisko tysiąc lat ma się czas na przyswojenie wielu rzeczy. Zwykle z powodu wiejącej dookoła nudy. Poczucie izolacji w tych stronach, przekraczało granice jego pojęcia. Nietrudno byłoby tu o zgubienie swojej piątej klepki, ale poniekąd dlatego przywlókł żołnierza właśnie w te strony. Gdy będzie już po wszystkim, będzie musiał mieć kurewskie szczęście, żeby ktokolwiek go tu znalazł. Jeżeli będzie w stanie ruszyć samodzielnie, możliwe, że w połowie drogi padnie z wycieńczenia. Taka już kolej rzeczy ku zrozumieniu prawdziwego znaczenia słowa „przetrwanie”, które było przywilejem silniejszych.
TEREN SKAŻONY
WSTĘP WZBRONIONY
Przerośnięty kotowaty z rozmysłem zderzył się bokiem z ostrzegawczą tabliczką. Nie przewrócił jej, ale znak przekrzywił się lekko pod naporem sporego ciężaru. Potem, im dalej szli, tym teren stawał się coraz bardziej charakterystyczny. Porozrzucane dookoła szczątki budynku pchały się pod łapy. Musiał uważać na większe odłamki szkła w drodze do swojego celu. Niemal doszczętnie zrównany z ziemią budynek był dla niego obrazem prawdziwego marnotrawstwa. Ludzie już wiele lat przed wybudowaniem go powinni nauczyć się, żeby nie wpychać się tam, gdzie ich nie chcą. Z dwojga złego lepiej późno niż wcale.
Wystarczy.
Byli już wystarczająco blisko, by podświadomie wyczuć ciężką aurę, którą otoczone było to miejsce. Miał wrażenie, że nawet po tylu latach zniszczone mury przesiąkały zapachem spalenizny, ale i gdzieś tam nadal unosił się odór spalonych lub gnijących ciał. Malowniczo. Zatrzymał się, opuszczając łeb nisko nad ziemię, by wypuścić z pyska wojskowego. Nie było mowy o delikatnym traktowaniu, więc tak czy inaczej upuścił go z niewielkiej wysokości, by jego ciało łupnęło głucho o ziemię, wzniecając dookoła kurz, który osiadł na świeżo otwartych ranach. Ciało bestii zaczęło się zmieniać i kurczyć, jakby ludzka skorupa pochłaniała ją i zamykała w ciasnej klatce bez wyjścia. Nieprzyjemne doznanie. O tyle, że nawet w głowie usłyszał jej ryk, powodujący silne ukłucie w skroni. Przesunął palcami po obolałym miejscu i splunął w bok, chcąc pozbyć się smaku mężczyzny ze swoich ust, a potem otarł wargi wierzchem ręki w geście obrzydzenia. Jadał lepsze kąski.
Przykucnął obok swojej nowej zabawki i jeszcze raz przyjrzał mu się badawczo, zatrzymując wzrok na rękawicach. Wcześniej nie przywiązał do nich większej wagi, ale gdy teraz wracał pamięcią do gabinetu... Te ludzkie zabawki. W pierwszej kolejności złapał za prawą rękawicę, która bez większych oporów zsunęła się z dłoni albinosa. Odrzucił ją kawałek dalej, jakby była bezwartościowym śmieciem. Druga, tym razem lewa, sprawiała znacznie więcej oporów z uwagi na dziwaczne rurki, zbiorniki i wszystko to, co w jego mniemaniu przeszkadzałoby w normalnym funkcjonowaniu. Zanim znalazł odpowiedni sposób zdjęcia tego gówna z nieznajomego, przez chwilę szarpał się z pasami, jednak koniec końców ostatnia broń wylądowała z dala od swojego prawowitego właściciela i w niedługim czasie miała go zmienić.
Ciemnowłosy opadł ciężko na ziemię, siadając po turecku. Dopóki jego ofiara smacznie sobie spała – tak, „spała” – mógł chwilę odsapnąć. Ciężkie spojrzenie przez cały czas spoczywało na nieruchomej sylwetce, oczekując jakiegokolwiek znaku jego powrotu do rzeczywistości. Na jego szczęście, zanim jeszcze przyszedł na świat, ustawił się w kolejce po cierpliwość. Wysunął zapalniczkę z kieszeni i bez celu obracał ją w palcach.

Ogólnie pozostaję przy wersji, że Dedal nadal jest półnagi, bo w gabinecie zrzucił z siebie koszulę. Plus dopiero teraz pozbawię go rękawic, bo wcześniej odpisałem na posta szybciej niż dostałem informację o nich, więc wiadomo jak jest.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 9/10/2014, 22:44
Niestety, jego plan nie powiódł się zupełnie. Szarooki niewzruszony próbą wyswobodzenia się, kontynuował transformację twarzy Skrzydlatego w krwawą masę. Szło mu to całkiem sprawnie. Dedal stracił rachubę uderzeń i szczerze mówiąc, zaczęło go to nudzić. Bolało, owszem. Nie można nic nie czuć, kiedy ktoś brutalnie wpycha twój nos w głąb twarzy. Krew zalewała mu oczy, usta i krtań. Wymordowany musiał być bardzo zdeterminowany w dążeniu do ukarania Joachima, bowiem uderzenia przybierały na sile, w miarę jak rosła jego irytacja twardą czaszką wojskowego.
Łup. Łup. Łup.
Nagle dało się słyszeć chrupnięcie kości, kiedy pękło czoło Skrzydlatego. Światło zgasło, a gabinet został daleko w tyle, gdy stracił przytomność.


Ocknął się, czując pod policzkiem twardą ziemię pustyni. Powieki miał strasznie ciężkie, toteż póki co, nie otwierał ich. Czuł w ustach paskudny smak pyłu. Chciał się go pozbyć, ale nie miał ku temu sposobności. Ciało odmawiało posłuszeństwa, a rany na piersi utrudniały mu zabranie głębszego oddechu. Wtedy wrócił ból. Przyszedł nagle i ze strony, której zupełnie się nie spodziewał. Z rąk. Dedal nie był w stanie nimi poruszyć. Każda próba wywoływała kolejną falę cierpienia.
Spiął wszystkie mięśnie, które pozostały mu czynne i przetoczył się na bok, ustawiając się twarzą w kierunku swojego oprawcy. Z trudem uniósł powieki. Ledwie go widział przez skrzepłą krew na twarzy i światło księżyca, które, będąc wyjątkowo jasnym, raniło jego nadwrażliwe źrenice. Zmrużył oczy i wtedy mógł rozpoznać kontury szarookiego Psa. Skrzywił usta w gorzkim uśmiechu. A więc został uprowadzony w Desperację i nie mógł w żaden sposób zapobiec temu, co czaiło się w chorej psychice wymordowanego. To oznaczało również, że Władza słabła coraz bardziej, skoro grupa oberwańców mogła bez żadnych konsekwencji odbić jeńca, porywając przy okazji pułkownika wojska. Co za dno.
Zacisnął zęby. Co z tego, że towarzysze broni zostawili go na pewną śmierć? Nie pozwoli się złamać pierwszemu lepszemu mutantowi. Nawet jeśli jest bezbronny.
- I co teraz? Nie zabiłeś mnie jeszcze, a wątpię, by potrzebny ci był zakładnik. Wnioskuję, że jesteśmy w Desperacji. Chcesz mnie tu zostawić na śmierć? Muszę cię rozczarować. Potrafię przeżyć samotnie poza miastem.
Blefował i wiedział, że szarooki o tym wie. W tym stanie mogło go zabić przysłowiowe dziecko z grzechotką, gdyby się teraz jakieś napatoczyło w okolicy. A co dopiero zwyczajne, desperackie bestie, z którymi problemy ma większa część wojska. Był teraz właściwie tylko żywą karmą dla najszybszych drapieżników. Poszczęściłoby mu się, gdyby najpierw go zabił, a potem zjadł, lecz nie liczył na taki obrót spraw. Większość bestii nie zabija, jeśli posiłek leży nieruchomo.
Kaszlnął i od razu tego pożałował, gdy odezwały się przestrzelone płuca. Splunął krwią w bok i rozejrzał się. Znajdowali się w ruinach jakiegoś większego kompleksu, bowiem kikutów ścian było za dużo, jak na zwykły dom. Opuścił powieki, chroniąc swoje oczy przed raniącym światłem.
- Zamierzasz wyjawić mi swój plan, czy będziesz milczał, aż obaj zmienimy się wysuszone pustynne mumie?
Nie zamierzał kryć kpiny i pogardy w głosie. Nawet jeśli znajdował się na przegranej pozycji, nie zamierzał uznać nad sobą wyższości wymordowanego. Co z tego, że mógł go zabić jednym uderzeniem? To tylko odrobinę inteligentniejsze zwierzęta, więc nie mogą w pełni dominować nad ludźmi. Lew nie dominuje nad turystą, nawet jeśli go pożera. Bo turysta w większości wypadków wygrałby z lwem, uzbrojony we wszystkie dostępne zdobycze techniki.
Chociaż… Dotychczas nieugięty niczym żelbetonowy blok, światopogląd Dedal zaczął się zmieniać. Jeśli bowiem wymordowani wygrywają z ludźmi praktycznie w każdym przypadku, to jakim prawem ludzie wciąż uważają się za najbardziej rozwinięty gatunek na świecie? Było to zbyt obrazoburcze, by Joachim mógł to przyjąć do wiadomości. Ale ziarno wątpliwości zostało już zasiane i wędzie wzrastać powoli, o ile Skrzydlaty przeżyje.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Fucker on 10/10/2014, 10:27
Trzeci papieros.
Zanim nieznajomy się ocknął, wymordowany musiał zająć sobie czas. Lekko czekoladowa woń dymu nie pasowała do tego miejsca. Pomarańczowy punkcik stał się kolejnym punktem odniesienia dla wojskowego. Jay mimowolnie uniósł brew, obserwując swoją ofiarę, do której jeszcze nie dotarło, że już niedługo oprawca zmyje z niej resztki pewności siebie. To smutne, że tak wolno kojarzył fakty.
Zabiłem ― ochrypły głos poprawił go w błyskawicznym tempie. Brzmiał niedorzecznie. Wszystko wskazywało, że białowłosy oddychał, a na domiar złego spotykały go wszystkie nieprzyjemności, które wiązały się z życiem samym w sobie, gdy doświadczało się bólu fizycznego. ― Robienie z ciebie zakładnika minęłoby się z celem. Dobrze wiemy, że nikomu z nich nie chciałoby się fatygować po jednego żołnierza. Twoi bliscy usłyszą, że to był nieszczęśliwy wypadek, ale zawsze będą o tobie pamiętać. Tak to działa, hm? ― Nie oczekiwał odpowiedzi – dał mu to do zrozumienia wykonując lekceważący ruch ręką, w której trzymał dymiący papieros. ― To ja muszę cię rozczarować. Przegrałeś.
Zaciągnąwszy się dymem po raz ostatni i strzepnąwszy popiół na ziemię, raz jeszcze złapał mężczyznę za włosy, przysuwając żarzącego się papierosa do jego twarzy. Przez chwilę sunął po niej wzrokiem, jakby decydował się, w którym miejscu ugasić używkę. Nie mając informacji o tym, które oko bardziej lubił, bez skrupułów przytknął parzącą końcówkę do prawego, jakby co najmniej chciał wypalić w nim dziurę. Szkoda, że taka tortura nie mogła trwać zbyt długo, a kiep wylądował na ziemi, stając się towarzystwem dla swoich poprzedników.
Zawsze jesteś taki niecierpliwy? ― Zmarszczył brwi. Mógł urwać mu język, gdy jeszcze miał ku temu okazję. Nie, żeby teraz jej nie miał. ― „Wasza rasa jest niewarta splunięcia” ― zacytował, nawet nie siląc się na to, by zaintonować to zdanie w odpowiedni sposób. Miał nadzieję, że mimo wszystko odświeży mu pamięć. ― Nie lubię takich ograniczonych dupków. Przyniesienie cię tutaj było z mojej strony fatygą, bo oczywiście mogłem zabić cię na miejscu, ale uznałem, że ten plan będzie... zabawniejszy ― mruknął, nie wyglądając przy tym, jak ktoś, kto świetnie się bawił. Żaden przebłysk emocji na jego twarzy, zero rozbawionych iskier w oczach, tylko chłód przypominający o szarej rzeczywistości, w których roi się od skurwieli – większych i mniejszych. ― Dlatego pozwoliłem sobie poszerzyć twoje doświadczenia. I tym sposobem jesteśmy tu, w miejscu, które każdy rozsądny żołnierz omijałby szerokim łukiem bez specjalnego sprzętu. Reszty nie muszę wyjaśniać, ale gwarantuję ci, że następne dni, tygodnie, a może nawet miesiące – zależy, ile wytrzymasz – będą dla ciebie istną katorgą. Może przy odrobinie szczęścia nie wyrzygasz swoich wnętrzności. ― Zamilkł na moment i wstał z ziemi. Otrzepał niedbale spodnie i wydawało się, że to wszystko, co miał mu do powiedzenia. Szybko rozwiał to mylne wrażenie: ― Może będziesz chciał strzelić sobie w łeb, żeby wreszcie z tym skończyć, ale postarałem się, żebyś nawet o to musiał żebrać.
Ostentacyjnie trącił butem jego bezwiedną rękę.
Może ktoś się nad tobą zlituje, może wymyślisz inny sposób, a może wytrzymasz – to bez znaczenia. Gdy już się obudzisz, możliwe, że nie będziesz niczego pamiętał. Wirus pożre wszystko, a ty będziesz żarł padlinę i szczał w krzaki. Możesz też zachować wszystko, co miałeś, ale to nie zmienia faktu, że jeśli wrócisz do swoich kolegów, nie będziesz niczym więcej, jak tylko wytresowanym psem na posyłki, a przecież tylko przez przypadek nawdychałeś się nieświeżego powietrza.
Ciężka podeszwa odszukała jego rękę i nastąpiła na nią, przygniatając ją mocno do ziemi. Nie skończyło się tylko na nadepnięciu. Zaczął przekręcać nogę, jakby próbował ugasić niedopałek, chcąc jeszcze bardziej uprzykrzyć mu proces miażdżenia kości. Nie mógł zostawić go tutaj bez wcześniejszego zafundowania mu atrakcji, jakby samo to, że zafundował mu powolną śmierć już nie wystarczyło. Jeżeli uważał, że zwierzę nie dominowało nad człowiekiem, to jak podchodził do sprawy, gdy od tego momentu zaczęło obowiązywać go prawo dżungli? Nie wspominając już o tym, że na tę chwilę trafiła mu się niewdzięczna rola słabszego gatunku.
Teraz możesz pochwalić się tym, co jej zrobiłeś. Jesteś wśród swoich ― ostatnie stwierdzenie sprawiło, że przez srebrne tęczówki przebiegł nieodgadniony błysk. Oczywiście, że był wśród swoich, a ci „swoi” byli zdolni do podobnych czynów. Jeszcze tylko na chwilę uniósł palec w uciszającym geście, pchnął nogą biodro mężczyzny, obracając go na plecy, a gdy znów przykucnął nad nim, zapalniczka lśniła w jego ręce.
Pstryk.
Płomień rzucił blask na zmasakrowaną twarz. Zakołysał się lekko, zanim dosięgnął włosów albinosa. Grimshaw odruchowo przysłonił usta i nos wierzchem ręki, zdając sobie sprawę, że nieprzyjemny odór drażnił czuły węch.
Możesz zacząć.
Łaskawca.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 10/10/2014, 19:54
Szarooki wciąż nie okazywał emocji, przez co Dedal zaczął się zastanawiać, w czyje ręce wpadł. Otworzył ponownie oczy, chcąc dokładniej mu się przyjrzeć, korzystając z księżycowego światła. Wysoki. Twarz skryta w cieniu, otoczona brązowymi włosami. Nie. Poświata bijąca z nieba nie pozwalała mu na zobaczenie czegokolwiek poza tym, co zaobserwował wtedy, w gabinecie, kiedy kule przecinały powietrze i tkanki. Palił papierosa. Delikatnie żarząca się końcówka była jedynym kolorowym akcentem na tym wymarłym pustkowiu. Papieros i zbliżający się wymordowany. Dedal już wiedział, co go czeka. Kiedy tylko mutant złapał go za włosy, zamknął mocno powieki i zacisnął zęby. Przeżył to już kilkukrotnie. Za każdym razem bolało paskudnie. Może to dlatego tak lubił wykorzystywać ogień do przesłuchań? Bo wiedział jak skutecznie rozwiązuje język. Mimo tego, wspomnienia tylko potęgowały nieprzyjemne wrażenie, gdy żar dotykał jego skóry. Syknął, chociaż obiecał sobie, że nie zareaguje.
Otworzył oczy dopiero, kiedy przestał czuć ogień na powiece. Bolało. Jednak słuchał uważnie, próbując odgadnąć, co takiego planuje dla niego szarooki. Nie był idiotą, ale cykliczne fale cierpienia utrudniały mu skupienie się. Powoli, bo powoli, zaczął klarować mu się obraz sytuacji. Wymordowany chce go tutaj zostawić, żeby stał się jednym z nich. Z bestii, którymi zawsze gardził. Do których nienawiść została mu wpojona metodami nieznoszącymi sprzeciwu. Brutalnymi jak samo życie, hartującymi ciało w tym samym stopniu, co niszczące psychikę, dlatego teraz mógł słuchać uważnie tego Psa, choć połowa jego ziemskiej powłoki odmawiała posłuszeństwa.
Skrzywił się na wzmiankę o samobójstwie. Choć gardło miał suche i coraz trudniej było wydobyć zeń głos, spróbował:
- Strzał w głowę to wyjście tylko dla słabeuszy, którzy nie potrafią znieść otaczającego ich świata, nie wiedząc, że nie mają go „znosić”, tylko zdominować. – coś, co w zamierzeniu miało być twardym stwierdzeniem, pozbawionym lęku, wydobyło się spomiędzy jego popękanych, zakrwawionych ust w postaci cichego szeptu, który równie dobrze mógł nie dotrzeć do adresata.
Warknął, kiedy wymordowany stanął na jego ręce. Zacisnął zęby po raz kolejny, próbują nie okazać po sobie cierpienia. Nawet jeśli to bolało, to nie da mu satysfakcji. Nie będzie błagał o śmierć. Kolejne chrupnięcia i trzaski, kiedy Pies traktował jego kończyny jak niedopałki, które trzeba wetrzeć w glebę, bo inaczej mogą wzniecić pożar i zaszkodzić okolicy. Miażdżenie kości w tym wypadku nie mogło mu zaszkodzić bardziej. Nie będzie miał bardziej nieczynnej ręki, niż ma w tej chwili. Ale może wywoływać ból, o który teraz chodziło szarookiemu. Wszystko, co do tej pory mu zrobił, w połączeniu zaczynało powoli odcinać Joachima od świadomości. Człowiek ma przecież ograniczony próg bólu, po którym mdleje. Choć do tego stanu wciąż było daleko, to jednak pierwsze oznaki bardzo powoli przycupnęły na granicy jaźni i czekały na swoją kolej.
Jesteś wśród swoich.
Po raz kolejny poczuł niedelikatność wymordowanego, który przewrócił go na plecy. Tak, by bez problemu mógł zobaczyć zapalniczkę i płomień z niej wydobywający się. Kołysał się delikatnie, w porywach leciutkiego wietrzyku. Wyglądał tak niewinnie i słodko, ale niósł w sobie zapowiedź piekła, którą Dedal odczytał bez wysiłku. Oczy mimowolnie rozszerzyły się w panice, mięśnie spięły się, gotowe do ucieczki lub walki, chociaż nie było możliwe ani jedno, ani drugie. Skurcz targnął całym jego ciałem, powodując lekkie przesunięcie się do tyłu. Wszystko jednak na nic. Płomień, niczym wiecznie wygłodniała bestia trzymana na uwięzi, rzucił się na włosy albinosa, który w tym momencie poczuł gorzką ironię tej chwili. Lecz, kiedy pierwszy język dotknął jego skóry, nie liczyło się już nic. Nie ironia, nie kręte ścieżki losu, nie wspomnienia laboratoriów, w których hodowali go jak roślinę. Liczył się tylko ból. Potworny, rozdzierający ból, który przeszywał całe jego ciało aż do kości. Zawył, choć wyć nie mógł. Choć gardło było tak wysuszone, że zwykły szept sprawiał mu trudność. Nie czuł smrodu własnych włosów ani palonej skóry. Ciało, jakby w desperackiej próbie ucieczki przed ogniem, drgnęło jeszcze raz, usiłując zdusić płomienie w twardej, pustynnej glebie. Kiedy to nic nie dało, w akcie rozpaczy rozpostarł na pełną szerokość skrzydła, które, jako jedne z niewielu części jego ciała, pozostały w dużej mierze nietknięte i podjął kolejny, prawdopodobnie ostatni wysiłek zmierzający do uratowania się przed męczeńską śmiercią. Jednak wszystkie te działania były z góry skazane na porażkę. Nie mogąc znaleźć ulgi, gdy płomienie rozprzestrzeniały się na ramiona, pochłaniając coraz większe obszary ciała, wył, jakby tylko w dźwięku własnego cierpienia mógł znaleźć ukojenie.
Zabij mnie! Taka myśl pojawiła się na granicy jego świadomości. Był teraz gotowy na wiele, na odrzucenie precz własnej godności, byleby tylko odsunąć od siebie ognistą mękę. Jego usta już układały się do wykrzyczenia pierwszych głosek, kiedy obolałe gardło odmówiło współpracy i wycie przeszło w ledwie słyszalny szept. Który po chwili także okazał się zbyt wielki wysiłkiem i Joachim zamilkł, z oczami rozszerzonymi w niemej agonii, utkwionymi w swym oprawcy.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Fucker on 11/10/2014, 00:28
Jedna z zasad przewagi na przeciwnikiem: Nie daj się poznać. Pozostając niewzruszonym na czynniki docierające ze środowiska, stawiał przed sobą barierę nie do przebicia. Z cudzego punktu widzenia zadawał sobie wiele trudu, by osiągnąć perfekcję w tej dziedzinie. Potrafił zamknąć siebie w beznamiętnej skorupie i nawet oczy, te cholerne zwierciadła duszy, pokryła gruba warstwa lodu, przez którą nie dało się dojrzeć niczego. Dla wielu trudne do przyjęcia było to, że po prostu nic tam nie było. Nic, oprócz bagażu doświadczeń, który ukształtował chłodny realizm.
Dostrzegłszy ruch warg białowłosego, odruchowo nadstawił ucho, mimo że doskonale słyszał, co mężczyzna miał mu do przekazania. Pokiwał lekko przekrzywioną na bok głową ze sztucznym uznaniem. Mądre słowa, przyznał w myślach, aczkolwiek jego druga połowa – ta emanująca sceptycyzmem – z rozczarowaniem stwierdziła, że zaraz będzie śpiewał inaczej. Oni zawsze zmieniali zdanie. Żyli w przekonaniu, że są przygotowani na wszystko, mogą zrobić wszystko, aż do momentu, w którym to ich spotykało wielkie nieszczęście. Wtedy skomleli, jak bity przez właściciela kundel. Tak to już jest. Nie wątpił w to, że ten cwany żołnierzyk też wreszcie się złamie.
Nie pomylił się.
Jasny płomień padł na jego twarz, racząc ją swoim ciepłem. Wymordowany odsunął się, chcąc uniknąć poparzeń w razie ewentualnej szarpaniny. Wiedział, że nie pozostawił mężczyźnie dużego pole do popisu, ale nie należało w pełni nie doceniać przeciwników. Co prawda, żadna obawa nie zamajaczyła na jego twarzy. Wciąż nie wstając z kucek, oparł łokcie o uda i splótł ze sobą palce rąk, znad których spoglądał na płonącego wojskowo nieruchomym wzrokiem. Tak mógł wyglądać ktoś, kto siedzi w zaciszu swojego domu, w wygodnym fotelu, słuchając uspokajającej muzyki, a myślami będąc daleko od swojego pokoju. Jedyna różnica tkwiła w tym, że Grimshaw naprawdę poświęcał mu swoją uwagę. Nie taką, na jaką w tym momencie liczyłby albinos, ale zawsze jakąś. Wojskowy przeobraził się w aktora na nieme życzenie Opętanego, a teraz tańczył tak, jak ciemnowłosy mu zagrał. W rytm własnego wycia.
Musisz mówić wyraźniej. Nie rozumiem po psiemu ― odparł chłodno. Gdyby nie ten grobowy ton, oczami wyobraźni na pewno ujrzałoby się szyderczy uśmiech, wyginający paskudnie usta oprawcy. Ale srebrnooki się nie uśmiechał, jakby to, co robił nie sprawiało mu żadnej satysfakcji. Oczywiście. To tylko dla zasady.
Wtem uniósł brwi, odrywając wzrok od rozszalałych języków ognia, a skupiając go na marnej imitacji skrzydeł. Wcześniej nie przywiązał do nich większej wagi, ale teraz uderzyła go świadomość, że były one kolejną zabawką do zlikwidowania. Zbyt łatwo mógłby uciec, nawet jeśli teraz nie potrafił sobie z nimi poradzić. Podniósł się na równe nogi, końcówką języka oblizując dolną wargę. Starł z niej resztki słodkawego smaku, który pozostawiły po sobie wypalone papierosy. W cierpiętniczym geście przesunął ręką po twarzy. Z dezaprobatą przyjął na siebie kolejny problem, który sprawił mu jasnowłosy. Gdyby nie to, pozwoliłby płonąć mu jeszcze dłużej, choć nie mógł ryzykować sprawdzeniem granic jego wytrzymałości. Obiecał mu powolną śmierć i tę obietnicę zamierzał dotrzymać, nie będąc gołosłownym. Podobno to się ceniło.
Kłopotliwy z ciebie Burek ― skwitował wciąż bez wyrazu, podchodząc bliżej. Zdawało się, że od razu zakończy jego mękę, ale on, jakby wymierzając białowłosemu karę za złe zachowanie, wgryzł się podeszwą buta w jego krocze. Tortura niczym nie różniła się od tej, którą zademonstrował już na jego ręce. Zero delikatności, zero jakiejkolwiek empatii – na to właśnie zasłużył. Nim się spostrzegł, przed oczami wreszcie miał okazję ujrzeć bestię, która wcześniej dobijała się do drzwi gabinetu, ale te bezpiecznie oddzielały go od górującego nad nim kocura. Płomienie doskonale oświetliły długie kły, ale błękitnooki nie miał okazji długo ich podziwiać. Nie, gdy wielkie łapsko przeturlało go po piachu kilkakrotnie, gasząc płomienie. Później musiał pogodzić się z niewygodną pozycją, piachem wgryzającym się w poranioną twarz i tors, a także ciężką kończyną, która miażdżyła mu żebra po lewej stronie, przytrzymując go. Wymordowany zacisnął zęby na jednym ze skrzydeł i szarpnął łbem, wyrywając je, jakby było kawałkiem mięsa odrywanym od ciała upolowanego zwierzęcia. Gwałtowność działania sprawiła, że kropelki krwi osiadły na jego pysku. Odrzuciwszy oderwane skrzydło na bok, od razu zabrał się za drugie, którego z premedytacją pozbywał się dłużej. Nie był zadowolony z faktu, że wojskowy wykrwawi się szybciej, ale przynajmniej zrobi to w bólach.
Bach.
Kolejne skrzydło także wznieciło tuman kurzu, upadając na ziemię. Kawałek szkła trzasnął pod jego naporem i w akompaniamencie tych dźwięków, mężczyzna został obrócony na plecy. Pionowe źrenice zmierzyły go czujnym wzrokiem. Było to ostatnie spojrzenie, jakim uraczył go Rottweiler, pożegnalnie przesuwając pazurami na skos po jego torsie, na którym na pamiątkę wydrapał cztery krwawe pręgi. Rany nie były głębokie, ale na pewno miały pozostawić po sobie blizny. Z cichym pomrukiem odwrócił się od ofiary i zaczął oddalać się od niej. Przystanął na chwilę, jakby nagle przypomniał sobie, że powinien zrobić coś jeszcze. W każdej chwili mógł się odwrócić i połamać mu nogi w kilku miejscach, ale tymczasem pomylił nisko łeb, chwytając w zęby wcześniej wyrzucone rękawice i pozostawił mężczyznę w towarzystwie księżyca, ruin i absolutnej ciszy.
    z/t.
    Tak bardzo nie wiedziałem, co pisać. Ale dobra. Mam nadzieję, że to nie problem, że już w tym poście to załatwiłem.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 12/10/2014, 00:04
Spędziła już trzy godziny na bezowocnych poszukiwaniach. Telefon milczał jak zaklęty - czyli żaden inny najemnik nie wpadł na pechowego wojskowego. Luka stanęła niezdecydowana kilkadziesiąt metrów przed dawnym laboratorium. Wszystkie jej zmysły krzyczały, żeby ominęła to miejsce szerokim łukiem. Cała Desperacja wiedziała, że to miejsce było całkowicie skażone zarazą. Prawie nie było możliwości wyjścia z niego takim samym człowiekiem, jakim się weszło.

A teraz ona (ona!) próbuje przeszukać ruiny mając za ochronę tylko przytroczone na plecach butle z powietrzem. Zabawne.

Odkręciła zawór powietrza, przestawiając się na oddychanie przez usta, założyła gogle ochronne i modląc się w duchu powoli zapuściła się pomiędzy resztki muru. Strach niemal ją paraliżował, ale wiedziała, że nie może od tak sobie odejść. Życie innego Drug-ona mogło zależeć od powodzenia poszukiwań.

Już świeże plamy krwi podpowiedziały jej, że dobrze trafiła. Ostrożnie podążyła ich szlakiem, ściskając w obu rękach noże: zwykły w prawej, zaklęty w lewej. Czuła, jak w żyłach skacze jej adrenalina. Miała wielką nadzieję, że drań nie ma towarzystwa... Bo na to, że jest żywy już nawet nie liczyła. Jeśli jeszcze się nie wykrwawił, to i tak wkrótce zginie od zarazy.

Wreszcie spostrzegła leżącego wojskowego. Nie przedstawiał sobą najmilszego widoku; całkowicie zmasakrowany, przypominał raczej mięso w rzeźni niż człowieka. W okół leżały porozrzucane fragmenty metalu.

Luka przybliżyła się. Jeszcze oddychał, niesamowite. I wyglądało na to, że oprawca zdążył go już opuścić dłuższy czas temu. Leżąca na podłodze resztka papierosa już dawno zdążyła wystygnąć.
Przyjrzała się mężczyźnie. Przed masakrą musiał sprawiać imponujące wrażenie. Wyglądało na to, że nie miał na ciele ani grama tłuszczu, tylko całkowicie dopracowane mięśnie, teraz w większości przykryte krwią.

Najemniczka szybko wstrzyknęła wojskowemu środek przyśpieszający produkcję krwinek i zajęła się jako-takim zatamowaniem krwotoków. Nie była specjalistką, ale parę opasek uciskowych w życiu robiła, może więc udało jej się choć odrobinę pomóc. Szybko napisała wiadomość do Alona, informując o znalezisku, po czym stanęła przed trudnym zadaniem - jak wywlec mężczyznę z ruin. Nie miała najmniejszych szans na podniesienie go, a ciągnięcie po ziemi mogło mu jeszcze tylko bardziej zaszkodzić...
Pierdolę, wyciągam go - stwierdziła, czując, że nie wytrzyma ani chwili dłużej w tym upiornym miejscu. Rozłożyła na ziemi dużą, wełnianą chustę i jak mogła najdelikatniej przesunęła wojskowego na materiał, po czym zaczęła powoli przesuwać go w stronę wyjścia. Zdążyła już wysunąć się z ruin budynków do potencjalnie bezpiecznej strefy, gdy z szaloną prędkością tuż przed nią wylądował Alon.

- Żyje? - zapytał. Luka na migi pokazała, że chyba tak, po czym wskazała aniołowi najgorsze rany. Ten bez ociągania przykucnął przy mężczyźnie, wprawiając w ruch swoje umiejętności lecznicze.
- Wracaj do bazy - rzucił w stronę Luki. - Zaraz zjawi się tu Ji-o i Kari, oni go przetransportują. Ty i tak zrobiłaś dość jak na ten dzień.
Kobieta tylko pokręciła głową i szybko wymotała się ze swojego sprzętu ochronnego.
- Pomóc Ci jakoś? - zapytała nachylając się nad mężczyznami.


Ostatnio zmieniony przez Luka dnia 13/10/2014, 21:44, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 12/10/2014, 11:09
Ból. Wszechobecny ból, rozchodzący się po całym ciele, paraliżujący wszelki ruch i jakiekolwiek usiłowanie trzeźwego myślenia. Tylko na tym skupiał się umysł Dedala, który nie mógł uciec na skrzydłach, nawet gdyby chciał. Był na to zbyt wyczerpany. Wysiłek związany z próbami zagaszenia ognia odbierał mu tylko resztki jego sił, wyssanych wcześniej w gabinecie przez szarookiego oprawcę. Ten desperacki akt ratowania własnej skóry był tak nieudolny, że jedynie zwrócił na siebie uwagę wymordowanego, dotychczas spokojnie przyglądającego się umęczonemu wojskowemu. A dokładniej – na skrzydła, którymi wcześniej się nie przejął.
Kłopotliwy z ciebie Burek
Poczuł jego but w swoim kroczu i falę cierpienia, która przyszła wraz z tym uderzeniem. Pies z premedytacją kaleczył wszystkie części jego ciała, które pozostały dotychczas nienaruszone. Joachim wyprężył się i zacisnął zęby. Miażdżenie wrażliwych części ciała przez wojskowy bucior chyba stało się ulubioną torturą szarookiego. Warknąłby, gdyby miał siłę. Zabiłby go, gdyby miał taką możliwość. Płonący od góry i łamany od dołu, Dedal powoli tracił przytomność, choć ból trzymał go dzielnie na powierzchni świadomości, nie pozwalając mu odpłynąć. Jego własne ciało sprzymierzyło się przeciw niemu, jakby chcąc ukarać go za tortury na bezbronnej anielicy, zabraniając mu ucieczki w przyjazny mrok, w którym nie istniał ból.
Zacisnął powieki, a kiedy brutalne pieszczoty jego krocza dobiegły końca, otworzył oczy. Nad nim stał potwór. Ogromna pantera, z kłami niczym miecze, z łapami zdolnymi wyrwać serce z piersi. Dedal nie był już w stanie oponować, gdy bestia przetoczyła go po ziemi, gasząc ogień, ale jednocześnie zanieczyszczając rany pyłem. Pod okaleczoną skórą czuł wszystkie kamienie i nierówności, które dodatkowo raniły jego zmaltretowane ciało. Ostatecznie wylądował na brzuchu i poczuł się jak uke z poparzoną twarzą wciśniętą w twardą glebę pustyni. Ale to jeszcze nie był koniec. Mimo wysuszonego i obolałego gardła krzyknął, kiedy szarooka bestia wgryzła się mocno i boleśnie w jego skrzydło, a następnie wyrwała je wraz z kawałkami żywego jeszcze mięsa. Krew ściekała już po całym jego torsie, kiedy Pies bawił się drugim implantem i odrywał go powoli, do wtóru krzyków ofiary. Bezskrzydły nie mógł nabrać głębszego oddechu. Tortury wymordowanego doprowadziły jego słabe, ludzkie ciało na skraj wytrzymałości. Kolejny przewrót. Bezwładny i bezwolny niczym szmaciana lalka Joachim poddał się woli oprawcy. Kolejna fala bólu, gdy szarooki rozdzierał jego klatkę piersiową pazurami, sprawiła, że przekroczył tę granicę i odpłynął w mrok, który przyjął go z otwartymi ramionami.

Wraz ze światem powrócił ból. Joachim ocknął się, gdy poczuł, że się porusza. A dokładniej, że jest poruszany. Na tyle niedelikatnie – pomimo odczuwalnych prób – że wszystkie zabrudzone i zakrzepłe rany obudziły się na nowo i zaczęły krwawić. Nie mógł się poruszyć. Był jak sparaliżowany, lecz to tylko ułuda. Ból trzymał go nieprzerwanie w swoich szponach uniemożliwiając mu cokolwiek.
Usłyszał nad sobą głosy. Jeden kobiecy i jeden męski. Rozmawiali o nim. Potem poczuł dotyk. Wzdrygnął się mimowolnie i syknął, gdy anielska dłoń rozpoczęła proces leczenia. Ulga. Błogosławiona ulga, gdy rany na jego ciele zaczęły się zasklepiać, a objęcia bólu słabły.
- Kim jesteście? – wszystkie pytania uwięzły w jego wysuszonym gardle i na świat wydostało się tylko to jedno, które opuściło jego usta w postaci nikłego szeptu.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 13/10/2014, 22:00
- Możesz spróbować oczyścić rany. Trochę go zakurzyłaś przy tym przesuwaniu - anioł stwierdził bez najmniejszych emocji. - Jeśli on się po tym wszystkim obudzi, to będzie oznaczało, że Pan powrócił.
- I tak już jest trupem - mruknęła Luka, wyjmując z torby anioła wodę i miękki, czysty materiał. - Ile on tu leżał, kilka godzin? Nikt po takiej dawce zarazy się nie podniesie.

Zajęci przywracaniem wojskowego do stanu użytku Drug-oni drgnęli z zaskoczenia, gdy usłyszeli jego głos. Alon z wysoko podniesionymi brwiami spojrzał na twarz mężczyzny.
- Niemożliwe. Aż skoczę jutro do Edenu - zażartował ponuro.
- Jesteśmy... Cóż, chciałem powiedzieć, że przyjaciółmi, ale to przecież nie prawda. Chwilowo i tak możesz się nie martwić, na razie zależy nam na tym, żebyś przeżył.
- O ile jeszcze żyjesz - Luka była zdecydowanie mniej entuzjastycznie nastawiona. Przerwała pracę i na wszelki wypadek wyciągnęła jeden ze swoich noży, chcąc ochraniać anioła w razie, gdyby wojskowemu nagle wyrosły czułki.

Z tyłu za nimi zabrzmiał odgłos pospiesznych kroków. Szybko w polu widzenia grupki pojawiła się dwójka mężczyzn. Na pierwszy rzut oka obaj wyglądali na ludzi, trudno było jednak przeoczyć ślady Czerwinki na twarzy niższego z nich.
- To nasz delikwent? - zapytał wesołym tonem były rebeliant. Nachylił się nad Dedalem.
- Jeszcze żyje czy już żyje? Dokąd go przenosimy? - ostatnie pytanie było skierowane do Alona.
- Do wieży. Chcę mieć go blisko - odpowiedział zdecydowanie anioł, nie zważając na okrzyk protestu ze strony Luki. - Dajcie mi tylko zasklepić najgorsze rany.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 14/10/2014, 20:05
Unoszący się na skraju własnej świadomości kaleka z trudem wykrzywił swoje usta w gorzkim pół-uśmiechu, lekko odsłaniając białe, obecnie pokryte krwią zęby. Nie powinien się odzywać, zważywszy na jego aktualny stan, jednak nigdy nie mógł odmówić sobie pokusy odcięcia się komuś. A teraz było mu wszystko jedno, w końcu balansował na krawędzi życia i śmierci. Taki stan potrafi uderzyć ludziom do głowy i wmówić im, że są niezniszczalni.
- Przyjaciele… - wychrypiał z trudem - … świetny żart, aniele. Ja nie mam przyjaciół.
Zamilkł, dając sobie czas na nabranie oddechu, co nie było łatwym zadaniem, mając przedziurawione płuca pełne krwi. Rany wciąż odzywały się płonącym bólem, ale teraz ich liczba stopniowo zanikała, w miarę postępu anielskiego leczenia. Znużony przymknął powieki, ale wcześniej poświęcił odrobinę siły na pogardliwe prychnięcie skierowane w stronę kobiety z maską nurka, która wyjęła broń, jakby obawiając się ataku z jego strony. Tak jakby mógł w jakikolwiek sposób jej zagrozić w tym momencie. Nawet otwarcie ust było dla niego problemem, nie wspominając o zabiciu dwójki zdrowych humanoidów. Jednak z drugiej strony… to mógł być podstęp, opracowany dla zdobycia ich zaufania. Jednak tak okaleczone ciało nie mogło być tylko realistyczną charakteryzacją. Nie w bliskim kontakcie.
Kroki. Tupot butów o ziemię wyrwał Joachima ze stanu pół-przytomności, stawiając jego zmęczone zmysły w stan gotowości. Z trudem otworzył oczy, pomimo jaskrawości słońca wyłaniającego się właśnie znad widnokręgu. Różowo-czerwone zabarwienie chmur przypomniało mu nagle o ludzkim mięsie, jakim się stał przez szarookiego Psa. Prychnął. Jest teraz zupełnie bezbronny, zdany na łaskę obcych istot, które z niewiadomego jeszcze powodu, postanowiły mu ją okazać. Jak długo to potrwa, nie wiedział. Musiał więc dojść do wystarczającej sprawności, by wymknąć się spod nagłej a niekoniecznie chcianej pomocy. Bo czymże się tu płaci, jeśli nie przysługą? Jakiej przysługi mogliby za to zażądać? Nie wiedział. Ale może dzięki anielskiej pomocy szybciej stanie o własnych siłach, a wtedy biada każdemu, kto spróbuje go zatrzymać.
Jeszcze żyje, czy już żyje?
Jeszcze, ale jak długo? Czym objawia się obecność wirusa w ciele? Dedal poczuł delikatne kłucie we wszystkich częściach swego ciała. Doznanie było całkowicie inne od wszechobecnego bólu, który jeszcze trzymał go w swoich szponach. Mimowolnie drgnął, jakby przeczuwając, co się święci. Na jego skroń wstąpił zimny pot, kiedy Joachim odczytywał zapowiedź kolejnej męki, po stokroć gorszej od tego, co już przeżył do tej pory. Zaczął oddychać nieco szybciej, co tylko wzmogło cierpienie. Jeśli mutacja zacznie się teraz, to niechybnie porzucą go tu na pewną śmierć. Nie miał jednak na to wpływu. Mógł tylko próbować ukrywać jej przebieg, ale jak długo będzie odnosił sukces, ciężko było stwierdzić.
Do wieży.
To koniec. Właśnie usłyszał wyrok. Chcą zaprowadzić go do swojej głównej siedziby, skąd ponoć żaden wróg nie wyszedł żywy. Gniew zapłonął w nim, niczym stos pogrzebowy. To samo mówiono przecież o S.SPEC, które zostało pobite na własnym terenie i teraz zapomniało o swoich najwierniejszych sługach. Zacisnął szczęki aż do bólu. Nie zostanie potulnym jeńcem sprzedajnych drani. Ucieknie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Teraz jednak takiej okazji nie było, zamknął przymknął więc powieki, z całych sił próbując powstrzymać pierwsze spazmy nadchodzących zmian genetycznych.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Gość on 14/10/2014, 23:45
Anioł szybko uleczył rany pozostałe po wyrwanych skrzydłach. Wstał, po czym zachwiał się niemal upadając - użycie mocy zmęczyło go bardziej, niż się spodziewał.
- Dziękuję - powiedział do Luki, która podtrzymała go w pionie. - Możecie go zabierać.
Mężczyźni bez większego trudu podnieśli nieszczęsnego wojskowego i ruszyli w stronę bazy. Parę kroków za nimi szedł Alon wraz z Luką, pilnującą, by przypadkiem nie zemdlał w podróży, oraz utrzymującą zdrowy dystans od Dedala. Widmo choroby skutecznie odstraszyło ją od zbyt bliskiego kontaktu.

zt





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Lentaros on 22/11/2014, 22:31
- Nie żebyś mi przeszkadzał, ale... Kiedy w końcu zejdziesz ze mnie? - Przewrócił oczyma, stąpając przed siebie. Mashiro był już zregenerowany, bez problemu czuł (jak i widział) że jego druga, nie dawno urwana jeszcze noga wróciła do normy, czuł zresztą że nie niesie zezłomowanego wraka... Ale menda wciąż się go trzymała. To irytujące. Co on, wół przewozowy?
Od momentu walki z Mantykorą minęło już trochę czasu, ale nie było to aż tak wiele... Za to coś go nosiło. Program doskonale potrafił przeanalizować fakt, że coś w nim siedzi. Jakaś podświadoma, nielogiczna chęć, którą chciał zaspokoić. Nie był pewien jednak dokładnie czym ta chęć była... Więc póki co jedyne co mógł zrobić, to przeć do przodu, z tym irytującym, białowłosym typem na jego plecach, do jakiegoś w miarę "bezpiecznego" miejsca, w którym w końcu będzie mógł go od siebie odkleić. Jak nie po dobroci, to jakimś solidnym łomem.
Kroczenie w przód doprowadziło go do czegoś, co przypominało... Ruiny. Tak zjawiskowego odkrycia nie dokonał jeszcze żaden archeolog na świecie... A poważniej - w jego bazie danych było to miejsce. To tutaj naukowcy chcieli się zabawić w Bogów i nauczyć się przywracać życie, tworząc wirus X, jaki doprowadził do powstania wymordowanych i różnych, innych mutacji, w tym wynaturzeńca sprzed kilkudziesięciu chwil który teraz był gnijącym, niedopalonym mięsem rozwleczonym po połowie pustyni. No nic... Począł kroczyć przez ruiny, ignorując znak o zagrożeniu zarażeniem.
- Rozejrzyj się. To dzięki temu miejscu powstała tamta wynaturzona Mantykora, oraz wszyscy Wymordowani świata. To laboratorium w którym wytworzono wirus X...
A teraz zejdziesz w końcu ze mnie?
- Spytał z westchnięciem, zatrzymując się. Nie ma, nawet jak będzie wierzgał i go obijał, to już nie robi dalej za powóz. Niech ruszy swój blaszany tyłek sam.




Can you understand?
What makes a man, hate another man?
Help me understand.
avatar





Lentaros
Kat   Zbuntowany android
GODNOŚĆ :
Masaki. O to i jego nowe imię, lecz Lentaros wciąż obowiązuje.


Powrót do góry Go down


Re: (S) Ruiny laboratorium.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 17 1, 2, 3 ... 9 ... 17  Next

Powrót do góry

- Similar topics