Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

 :: Misje :: Retrospekcje


Go down

Łup. Łup. Łup-łup! Łup-łup-łup!
Ramiona poruszają się rytmicznie, huśtając się w powietrzu jakby na naoliwionym zawiasie. Stopa. Kolano. Biodra. Ramię. Łokieć. Pięść. Mózg już nie wykrzykuje tych poleceń, ciało samo pamięta. Choreografia ćwiczona miliony razy, okupowana potem, bólem i krwią. Knykcie nie napotykają jednak żywej tkanki, nie słychać ani łamania kości, ani mokrego plaśnięcia obijanych mięśni. Obwinięte bandażem, raz po raz uciskają skórzany materiał worka, który jeszcze tylko cudem utrzymuje swoje trzewia w ryzach spracowanymi szwami. Najgorsze psie nemezis. Nikt i nic nie dostało tyle razy po bebechach, co te zwisłe sakwy szmat. I nic dziwnego. Nikt się nie rodzi wojownikiem. A dla każdego przychodzi taki moment, kiedy przestaje wystarczać gryzienie, szarpanie i rzucanie się z kończynami na oślep. Zaczyna się napotykać spluwy, noże, miecze, kije albo zwyczajnie pięści, które odrobinę lepiej wiedzą co robią. Najmocniejsze, nawet najbardziej dzikie i zacietrzewione stworzenie nie wygra z tym wytrenowanym.
Łapa dowiedział się tego ciężką drogą. Łuki się łamały. Strzały kończyły. Pustkowia nie zawsze bogate były w drewno, a cmentarzyska niegdysiejszych lasów wypełnione były uschłymi na wiór badylami, niezdatnymi do jakiegokolwiek użytku oprócz opału. Pierwsze lata były trudne. Bestia pojawiała się i znikała, zupełnie bez ostrzeżenia. Pazury zamieniały się w popękane paznokcie, kły w pożółkłe ludzkie zęby, które nie sposób było uchronić przed próchnicą. Ciało kurczyło się, obolałe i napięte, krzycząc za każdym pociągnięciem ścięgna. Kiedy było naprawdę źle, nawet dzikie psy przestawały się go bać. A on był zbyt słaby, więc uciekał. Uciekał. I uciekał.
Łup! Łup-łup! Łup!
Teraz żaden zawszony kundel nie ośmiela się podejść na odległość mniejszą, niż zasięg jego ramion. Ale to nie tylko ciało. Zmieniły mu się też oczy. Kiedyś płochliwe. Wystraszone. Wiecznie rozbiegane. Kiedyś, kiedy miał jeszcze coś do stracenia.
Łup! Łup-łup-łup!
Nieruchoma ciemność spojrzenia wpatruje się w tą samą wytartą rysę na worku. Felerne jarzeniówki nieustannie pulsują nad głowami ćwiczących, nadając pozoru jakiejś podskórnej presji, wpasowując się w rytm rozbieganych serc.
Jego własne pompuje miarowo, jak jakaś hydrauliczna maszyna, prawie nie nadążając za szybkimi seriami ramion. Jeszcze wcześnie. Może za dziesięć, dwadzieścia serii poczuje upragniony skok adrenaliny. Paliwo, a może narkotyk, pobudzający ciało, za to umysł wprowadzając w upragnioną fazę stagnacji. Najpierw natłok myśli, które z czasem zaczynają uciekać jedna po drugiej, jakby każdy cios siłą wybijał je z czaszki. Wytęskniony pustostan.
Łup. Łup. Łup!


Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] WFM0tU5
WHERE WILL YOU TAKE ME?

Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] 20A5OLO
#414e48

                                         
Shinji
Pitbull     Poziom E
Shinji
Pitbull     Poziom E
 
 
 

GODNOŚĆ :
Hirayama Shinji, Łapa


Powrót do góry Go down

I'm not what I want to see
Juggling insecurities
Locked inside my cage of shit
No, I don't want to be clean, I don't want to be seen
I'm just waiting for someone to put me to sleep
Like I'm—


Męka z jaką przyszło mu żyć nieraz wykańczała niespokojny umysł wymordowanego. Ale to było w porządku. W końcu czym miał żyć jak nie cierpieniem, które życie mu ofiarowało? Potwór — to właśnie tym stał się przez te wszystkie lata. Droga z Chin aż po samo Apogeum na terenach Japonii nie była łatwa. W zasadzie podążał za jednym — za śmiercią, która na złość robiła z niego nieśmieszny dowcip. Dlaczego tak ciężko było mu zginąć? Niczego innego nie pragnął od życia jak soczystej, godnej śmierci.
Czasami jednak bywały chwile radości. Nieznacznie różniące się od tych, gdzie po przez adrenalinę rozwalał wszystko, co spotkał na swej drodze. Wprawdzie to były takie, przez które na jego ustach pojawiał się mniej szaleńczy uśmiech. Nie wiedział nawet jak to się stało, że dołączył do DOGS'ów. Kwestia nudy, chęci podbijania czegokolwiek tylko się dało czy może sprawdzenia własnych możliwości? Test wiary i to, czy nadaje się do większego spoufalania się. Ostatecznie stał się Kundlem. Niesamowite jak bardzo pasował mu ten przydomek — kundel, który rozniesie wszystko i wszystkich za małym, drobnym rozkazem. Oczywiście z ust właściwej osoby.  
Zapach potu i odgłosy uderzeń roznosiły się przez cały korytarz. Sansar akurat był w trybie "zwiedzania" przez jakiegoś Russel Terrier'a. Zbyt głośny, zbyt natarczywy i absolutnie nie obchodziło go, co właściwie zrobił, że zasłużył na taki status w grupie. Warczał pod nosem na zbyt rozbudowane zdania, wywracał oczami historiami i opowieściami (w końcu halo, chciał tylko wiedzieć, gdzie mógł ewentualnie się wysrać i zjeść gdy przyjdzie co do czego), do momentu aż jego wrażliwy nos powiódł za czymś, co zdecydowanie bardziej przykuło jego uwagę. W tym samym o połowę niższy wymordowany stracił na i tak wadliwym zainteresowaniu, a kroki Sansara intuicyjnie skierowały się w stronę sali treningowej.
Ej, czekaj! Gdzie idziesz? Nie skończyliśmy rundki po poziomie- — jej wywód został nagle przerwany przez ostre spojrzenie wymordowanego, który z góry na dół przeskalował jej drobną sylwetkę.
Taa, mam to gdzieś. Co tutaj jest? — spytał, wskazując palcem na pomieszczenie, które było jakieś 200 - 300 metrów od niego.
To? Sala treningowa. Chciałam zabrać Cię tam na sam koniec... Bo wiesz, teraz trenuje tam kilkoro Psów i nie chciałam im przeszkadzać. Potrafią być... cholernie rozdrażnieni, gdy wejdzie im się w trakcie. Ci z wysokim poziomem wirusa są szczególnie powaleni, że...
Słowa kobiety jeszcze bardziej podjudziły ciekawski umysł Kundla, co kobieta zauważyła po krótkim, szerokim uśmiechu, którego wcześniej nie miała okazji jeszcze dojrzeć. Ani na przywitanie, ani przez cały ten czas, który mu poświęciła.
Fantastycznie — rzucił w jawnym zadowoleniu, jednocześnie zwiększając nieznacznie swoje tempo, aby jeszcze szybciej pokonać dzielącą go odległość. Kto wie? Może ktoś będzie chętny spuścić łomot nowicjuszowi.
Nie, czekaj! Nie oto mi chodziło, kurde...
Ale Sansar nie słuchał. Kobieta podążyła za nim, ale zatrzymała się w progu, podczas gdy on wszedł do pomieszczenia jakby nigdy nic. Rozejrzał się po otoczeniu, dostrzegając kilka ciekawych zabawek w postaci trenujących DOGS'ów. Dopiero później zwrócił uwagę na worki treningowe, jakieś mocno wytarte sztangi, no i ring. Na którym mógł zmierzyć się z kimkolwiek, kto był choć odrobinę chętny do tego, aby powalczyć.
Sansar! Tak nie można! — mówiła kobieta, ale on nie słuchał. Szybko domyśliła się, że pokornym stworzeniem to na pewno nie będzie. Westchnęła tylko, na moment zatrzymując spojrzenie na Shinji'm, który coraz mocniej i mocniej męczył worek, a on jak na złość nie chciał mu dać tego, czego z całego serca oczekiwał.
Błagam, nie idź do niego. Do każdego tylko nie do niego...
Może już wystarczy z tym workiem, co? — rzucił w formie zwrócenia na siebie uwagi, gdy kolejne uderzenie wylądowało na twardym sprzęcie. Spojrzenie wylądowało na 35 letnim wymordowanym i Sansar jako jeden z niewielu miał odwagę podejść na długość jego ramion. Bo widząc jego determinację nie mógł tak po prostu zostawić go w spokoju.
Bo chyba nie wkładasz w niego zbyt dużo serca — dodał, stając naprzeciwko niego. A konkretniej to za workiem, tak, aby mimo wszystko nie krępować mu ruchów, co najwyżej zostać uderzonym przez sam sprzęt. Spojrzał się na niego, dostrzegając w jego oczach coś, na co sam miał ochotę — adrenalina.  
Widzę czego pragniesz. Mogę Ci do dać. Chcesz? Gwarantuję, że nie pożałujesz — przyznał, a szeroki uśmiech wkradł się w jego łaski, gdy milczenie Shinji'ego przedłużało się bardziej niż chciałby tego nowicjusz tej grupy.


Dude.
Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] MwYxaR4
I don't really care.
                                         
Sansar
Doberman     Poziom E
Sansar
Doberman     Poziom E
 
 
 

GODNOŚĆ :
Sansar, najbrzydsza morda ever.


Powrót do góry Go down

Cios za ciosem, jego ciało wpada w znajomy aktywny letarg, jakby w transie. Krew pulsuje mu w uszach jak bitewny bęben, rozchodząc się po kończynach jednostajnym echem. Nawet nie czuje ciężaru długich ramion, tną powietrze jak nóż dzielący masło. Cały jego mózg wydaje się mrowić i drętwieć, nie wyświetlając nic ponad śnieżenie obrazu jak w zepsutym telewizorze. Świst oddechu zlewa się z mlaskaniem worka, stare podeszwy piszczą nieznacznie w proteście przy zbyt gwałtownych ruchach nieustannie pracujących nóg. Nie lubił, kiedy jego stawy zaczynały skrzypieć, bo oznaczało to więcej bólu podczas przemian. Dobrze naoliwione, elastyczne, lepiej dostrajają się do okrutnego gwałtu ich anatomii. Musi być wiecznie w ruchu, jak rekin. Podobno. Nigdy żadnego nie widział. Inaczej czuje, jakby każdy atom jego jestestwa rozpadał się tylko po to, aby zaraz skleić się na powrót, tyle że zupełnie nie w swoim miejscu. Jak jakaś... karykatura życia. Jakby czuł, że wszystko w jego ciele jest... nieprawidłowe. Wynaturzone. A kiedy przychodzi moment, kiedy niemal przyzwyczaja się do bólu, przemiana cofa się, a wraz z nią następuje kolejna eksplozja bólu. I wszystko jest znowu na swoim miejscu. A może nie jest? Tyle że on już nie czuje niczego. Tylko tą nieważkość, na granicy zatracenia. W szaleństwie, bądź apatii. Czasem nie wie, które jest bardziej ludzkie.
Głosy. Nieznane. Jeden znany. Drugi nowy, żywy, niecierpliwy. Uszy niby łowią, ale ignorują, bo on ponad wszelką wątpliwość zostanie zignorowany. Tak się po prostu działo. To dobrze. Lubi być niezauważany. Nikt nie wchodzi mu w drogę, a on nie musi wychodzić ze swojej głowy.
Cień kładzie się obok worka, gdzieś na peryferiach spojrzenia. Dostrzega go, ale zaraz potem cała postać wyrasta przed nim, najwyraźniej domagając się jego uwagi. Dziwaczna. Skrzywdzona? Może tylko skrzywiona. Albo oba, jak zwykle. Uderzenia na moment ustają, a Shinji prostuje się nieznacznie, taksując twarz nowo przybyłego niemalże stoickim spojrzeniem. Łapa na jego policzku rozciąga się nieznacznie, kiedy grzebie językiem w zębie. Część obiadowych resztek w dalszym ciągu tkwiła poukrywana w stomatologicznych ubytkach.
— Widzę czego pragniesz. Mogę Ci to dać. Chcesz? Gwarantuję, że nie pożałujesz.
Brew drga mu w mikro-wyrazie pobłażania. Czy to jakiś podrzędny handlarz narkotykami? Dziwne, jeśli szef wpuścił takiego w szeregi. Pomyślałby, że jeśli zrekrutowałby kogoś tego pokroju, ten miałby przynajmniej klasę. Ale cóż... Niektórym zapałka pali się zbyt krótko, aby się sparzyć. A w desperackich warunkach trzeba wiedzieć, kiedy ruszyć palce.
Obdarza mężczyznę ostatnim sceptycznym spojrzeniem, po czym wraca do swojej przerwanej serii, mając nadzieję, że obecność wymordowanego nie zaburzy jego rytmu.


Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] WFM0tU5
WHERE WILL YOU TAKE ME?

Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] 20A5OLO
#414e48

                                         
Shinji
Pitbull     Poziom E
Shinji
Pitbull     Poziom E
 
 
 

GODNOŚĆ :
Hirayama Shinji, Łapa


Powrót do góry Go down

Kobieta westchnęła przy progu, najwyraźniej nie chcąc brać czynnego udziału w tej mało skromnej ingerencji. Jasne, miała oprowadzić nowego po kryjówce, ale nikt jej nie powiedział, że musi trzymać go niczym kundla na smyczy. A skoro rwał się tak chętnie do wpierdolu, z chęcią zobaczy jak naiwniaczek dostaje po pysku.
Szkoda tylko, że ten naiwniak miał więcej lat niż powstała organizacja. Istoty z tegoż miejsca mają prawo go nie kojarzyć — w końcu nie urodził się na Japońskiej ziemi, a na Chińskiej. Ten, który przeżył wędrówkę stamtąd aż dotąd. I swego imienia od dawna nie pamiętał. Przestał także liczyć lata, które mijały — tysiąclecie trwało tak długo, że nikomu nie życzył zobaczenia dosłownie dziesięciu zmieniających się wieków, upadku cywilizacji, a także przeżycia tyle eksperymentów, że na ciele pozostawało już tylko samo zszyte mięso.
I wiele był wstanie przeżyć, znieść lub zignorować. Uwielbiał zapach potu, mieszającej się z krwią, która już niektórym skapywała z kostek, kiedy kolejne, czyste ciosy zostawały oddawane na trzech workach na krzyż. Inni używali ściany, stwierdzając, że w sumie nie tak bardzo różniło się to od worka, a ich próg bólu był tak niski, że nie czuli aż tak sporego bólu. Również był wstanie znieść spokój, który był od DOGS'a, jak i ciszę (nie)wydobywającą się z niego ust. Ale moment, w którym ktoś lekceważył jego wyzwanie, nie był nigdy nazbyt przyjemny. Może to chodziło o coś więcej niż tylko honor? Dla niego moment, gdzie mógł rozprostować trochę kości zawsze był wspaniałą okazją do spoufalania się. Nieznajomy bynajmniej był zupełnie innego zdania.
No wiesz? Chyba to nie jest ten moment, w którym musiałbym Ci przywalić, abyś zwrócił na mnie uwagę — zauważył, na razie BARDZO powstrzymując się od tego, aby wymordowany na dzień dobry nie przywalił komuś z drużyny w pysk.
Chociaż nie mógł skłamać, że cudownie patrzyło się na serię ciosów, którą mierzył w stronę worka treningowego. Oczami wyobraźni markował z tego jakieś kilka ruchów, z czego dwa unikną, a jednym dostał. I to nie niskim kopniakiem, który został wyprowadzony z ukosa, a pięścią, przed którą nie zdążył uciec, tylko i wyłącznie przez własne lenistwo. Koniec końców nie był na polu wali, dlatego nie musiał się nazbyt starać, prawda?
Spojrzał się na niego wciąż żywy nowych doznań, a mimo to z jego paszczy uciekło lekkie ziewnięcie, które nawet nie śmiał przysłonił dłonią. W ładnej okazałości pokazał, w jaki sposób działają mięśnie ludzkie. Coś, co dla innych było dziwne lub fascynujące, dla niego było upierdliwą normą.


Dude.
Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] MwYxaR4
I don't really care.
                                         
Sansar
Doberman     Poziom E
Sansar
Doberman     Poziom E
 
 
 

GODNOŚĆ :
Sansar, najbrzydsza morda ever.


Powrót do góry Go down

Ani jednostajny rytm uderzeń, ani wyraziste rysy twarzy, wydające się niemal wyrżnięte z opornego kamienia, nie wykazują cienia zainteresowania ze strony Shinjiego, który wydaje się zupełnie niewzruszony sentymentami nieznajomego. Jedynie szybki skok w bok apatycznych źrenic zdradza minimalny stopień skupienia i fakt, że Łapa słucha. Jeśli nowy narybek szuka prowokacji, trafił pod zły adres. Ba, najgorszy. Jedynie Shinji mógłby tutaj z powodzeniem uchodzić za wsporny filar, gdyby się trochę wyprostował. I to niewiele. Reszta członków gangu, jeżeli nie kipiała przepełniona energią, wypełniała przestrzeń tak niebezpieczną aurą, jakby choćby skinienie głowy w ich stronę miało się skończyć niekonwencjonalną ingerencją  stomatologiczną. Jeśli to było w istocie nadzieją obcego, Shinji nie pomoże spełnić jego marzeń. Okoliczności, w których mogłoby się to zdarzyć,  nie należały do bliskiej przyszłości,  bowiem podskórne swędzenie nie mroczy jego zmysłów ani trochę bardzej niż statyczny szum milczącego radia, a płomień w środku bardziej przypomina ogar świecy niżeli hazard pożaru. Bestia śpi rozlazła na dnie świadomości, obżarta niedawnym atakiem, który spędził na przewalaniu wszystkich znajdujących się w okolicy kryjówki drzew. Zaspokojona na moment, który może być kilkoma miesiącami albo zaledwie tygodniem. Zawsze alarmował go jęk protestującego szkieletu, który wyczuwał przemiany tak jak rdzewiejący rower wyczuwa zbliżający się deszcz. Wszystkie stawy jakby skrecające się o kilka stopni, każdy z osobna, wyczekując drastycznej siły, która wydrze je wszystkie na lewą stronę. Czasem zastanawia się czy jego ciało kiedyś ustąpi. Ot, nie wytrzyma, tak jak pchnięta pod skraj rozpaczy głowa, i zapadnie się w siebie, niezdolne dłużej utrzymać ducha w spękanej klatce żeber. Albo zwyczajnie odmawiając posłuszeństwa, zrzucając z siebie okowy przesiąkniętej bólem niewoli. Mówią, że ostatni oddech konającego jest odgłosem uciekającej duszy, ale może to tylko ciało wzdycha z ulgą, powracając do ziemi? Może dużo szczęśliwszą egzystencję wiedzie jako pył, wędrując przez świat wraz z tchnieniem wiatru, nieważki i wolny?  Ciężko powiedzieć, że miałby celowość mniejszą niż właściwa mu żywa tkanka, bogatsza o wolną wolę. Ta również tuła się w tę i we w tę, gdzie ją tylko poniesie. Bogatsza w umysł, napotyka nawet więcej rozdroży.
Tak jak teraz, umysł Shinjiego niepewny, co zrobić. Koniec końców jego ruchy stopniowo spowalniają się, aż nie ustają całkiem, a ramiona układają się potulnie wzdłuż ciała, odnajdując kieszenie. Mężczyzna nie odwraca się, jedynie zbacza nieznacznie głową w kierunku nieznajomego.
- Więc? - jego głos ochrypły, nieprzywykły do pracy, jak rozstrojony instrument. Rozstrojony kontrabas, gwoli ścisłości, biorąc pod uwagę jak niski i mrukliwy był z natury.


Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] WFM0tU5
WHERE WILL YOU TAKE ME?

Show your teeth honey, let's see how hard you can bite [Shinji x Sansar] 20A5OLO
#414e48

                                         
Shinji
Pitbull     Poziom E
Shinji
Pitbull     Poziom E
 
 
 

GODNOŚĆ :
Hirayama Shinji, Łapa


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down


 
Nie możesz odpowiadać w tematach