Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Go down


Hunter już nic więcej nie powiedział, zapewne uznając, że dobiliście targu, a reszta pozostawała w waszych rękach. Jedynie jego usta uformowały się w nieme „powodzenia”, kiedy Hachiro próbując wyprowadzić przyjaciela z baru odwrócił na moment głowę, by po raz ostatni, przynajmniej na tę chwilę, spojrzeć na mężczyznę.
Chłód nocy był przyjemny. Delikatny, jesienny wiaterek otulił waszą rozgrzaną skórę, nie tylko od alkoholu, ale również emocji, które wreszcie stopniowo zaczęły opadać. Ciężko było powiedzieć ile godzin minęło od momentu waszego pierwszego kroku w lokalu, jednakże po pustawej ulicy i gwieździstej nocy, mogliście domyślać się, że było już naprawdę późno. Możliwe, że godzina oscylowała w okolicach północy.
Z tego też powodu złapanie taksówki, chociaż początkowo wydawało się to błahą czynnością, było na tyle ciężkie, że musieliście pokonać prawie kilometr drogi, by dostać się do wyznaczonego miejsca na postój taksówek. Co też nie było takie proste, biorąc po uwagę aktualny stan ciemnowłosego. Nie tylko płakał i śmiał się naprzemiennie, ale też z wielką lubością opierał się na rudowłosym, odnajdując w nim  idealny materiał na poduszkę bądź też inny materac.
Hachiro mógł poczuć, jak pokonanie tego krótkiego odcinka z baru do postoju, a potem jazda w taksówce było o wiele bardziej wyczerpujące i męczące, niż cały dzień w barze, z unoszącym się z każdej strony dymem nikotynowym oraz głośną muzyką. Dopiero teraz, siedząc na zimnych deskach ławki, zaczynał odczuwać tępe pulsowanie w skroniach. Jeszcze niegroźne, delikatne, niczym odbijające się cicho w jego czaszce echo, ale z pewnością wraz z upływem kolejnych etapów czasu będzie narastał.


Termin: 6.01

Daję wam wolną rękę. Możecie prowadzić konwersację między swoimi postaciami, ustalić co i jak, oraz plan działania. Jeżeli nie chcecie, albo skończycie przed terminem, dajcie znać na pw




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Oczywiście, nic nie może być takie proste. Po cóż w ogóle by mieli dostać wszystko takie, jak sobie Hachi wymyślił? Nawet złapanie taksówki było kłopotliwe, ale w końcu też wyszło, choć z tym paskudnym rozdziewiczonym ćpunem było to niesamowicie ciężkie. Moroi starał się w miarę możliwości ignorować jego pierdolenie o Szopenie, co nie zmieniało faktu, że irytacja niezmiennie w nim narastała.
Zielony bo jesteś zjebany – Odwarknął z poirytowaniem i odtrącił jego dłoń. Shinya jako przylepa był zdecydowanie za bardzo denerwujący, co było głównie wywołane tym, że nie był przyzwyczajony do takich rzeczy. – Masz trzydzieści lat czy trzy, cholero? – Dorzucił jeszcze dodatkowo, starając się zupełnie zignorować jego łzy. Nienawidził, kiedy ludzie się mazali, choć wiedział, że i jemu samemu się zdarza. Z taką tylko różnicą, że wył jedynie po alkoholu, bardzo długo i intensywnie.
Ja pierdolę, nic mnie nie boli już! Daj spokój, Okiayu! – Oho, podniósł głos i jeszcze powiedział mu po nazwisku. To znaczyło, że faktycznie zaczyna się wściekać. Z drugiej strony treść jego słów, przynajmniej pierwszych, tak czy inaczej sugerowała, że Hachi jednak się o niego martwi. Nie potrafił sobie radzić ze stresem normalnie, więc reagował złością i agresją, które, nie zapominajmy, stanowiły pewną część jego osobowości. Był niczym więcej niż wściekłym kundlem.
Żadnych hakerów. – Uciął natychmiast. Miał serdecznie dość tej sytuacji, co, swoją drogą, było wręcz komiczne. Zwykł bez zmrużenia oka brać udział w eliminowaniu wymordowanych, a przerastało go takie byle co. Beznadzieja.
Nie chcesz iść do więzienia ani zostać zawieszonym czy zdegradowanym… Durniu – Spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem, kiedy ciągnął go na ławkę. Pozwalał mu się o siebie opierać, choć biorąc pod uwagę to, w jakim obaj byli stanie, dotarli na nią cokolwiek chwiejnie.
Nie zwrócił na to większej uwagi, ale czuł orzeźwiające powietrze nocy, które ich otaczało. Miał nadzieję, że z jego pomocą zdoła przynajmniej wytrzeźwieć do zadowalającego stopnia albo chociaż pozwoli mu pójść spać. Czy spanie na ławkach nocą było w ogóle legalne…? Brzmiało cokolwiek nieprzyzwoicie, kiedy Moroi międlił to w myślach. Zerknął na przepustkę, która wskazywała okolice północy jako godzinę.
Zdechnę niedługo jak nic, staruszku – Jęknął jak cierpiąca katusze dusza i przetarł dłonią całą twarz, jakby miał nadzieję, że w ten sposób zdejmie jakąś niewidzialną maskę, która pozbawia go sił. W końcu zerknął na Shinyę, powoli pojmując, jak beznadziejnie go potraktował. Nie dość, że był chory na coś, co może go zabić, to jeszcze po raz pierwszy i to przez przymus wziął jakiś narkotyk. Sekundy ciągnęły się zbyt długo, kiedy mniejsza dłoń rudzielca przesunęła się w kierunku tej należącej do Shinyi i chwyciła ją. Potrafił gadać, potrafił czynić, jednak nie potrafił być wsparciem. Był samotny i to na własne życzenie.
I miał coś głupiego w głowie, ale to chyba żadna nowość. Uniósł złączone dłonie tak, by ta należąca do bruneta była na górze (niech się cieszy i docenia, w końcu to Hachi jest seme), po czym kilkukrotnie ją pocałował. Przybrał łagodny, ale zmęczony uśmiech i na moment spojrzał w jego oczy, po czym wbił spojrzenie w chodnik.
Wyzdrowiej – Nakazał krótko. – Wyzdrowiej, a powiem ci to, co w tym barze, a to, co zrobiłem przed chwilą twojej dłoni, zrobię ustom – I gdzieś w środku poczuł, jak narasta w nim strach, powodowany paroma faktami. Po pierwsze, był prawie pewien, że nie potrafił kochać w szczery i romantyczny  sposób. Po drugie, obawiał się, że skrzywdzi Shinyę i zniszczy ich przyjaźń. Po trzecie, nieustannie bał się  o jego zdrowie. Po czwarte, o bezpieczeństwo i stołek w wojsku. Choć zmartwienia ogarniały go od paru godzin zaledwie, Hachirō naprawdę ogarniała tęsknota za czasem, kiedy był jedynie błaznem bez żadnych problemów.
Dobra, a teraz na poważnie… Myślę, że powinienem odstawić cię do domu. Na serio. Już i tak biednie z tobą. Sobie mogę pomóc wytrzeźwieć, a ty jesteś durniem, bo bierzesz jakieś nołnejmowe paskudztwa i nie pytasz o konsekwencje. Ty wiesz, że można od takich rzeczy umrzeć? Głupi jesteś. Jednak głupszy ode mnie. Czemu za dzieciaka nie mogłeś się wyszaleć? Wiedziałbyś co i jak. Durniu. Ale, wracając… – Sięgnął do plecaka, który póki co leżał przy ławce. – Jak już tu jesteś, to weź się wody napij, pewnie jeszcze ci trochę zostało. Musimy jakoś wytrzeźwieć, przynajmniej minimalnie. Woda czyści organizm – Bycie małym pijaczyną jednak skutkowało czymś pozytywnym. – Jak tam ilość wody? – Zapytał, wyciągając własną butelkę. Praktycznie nieruszoną, może łyka czy dwa po drodze pociągnął. – Jak tego to ci dam pół mojej butelki, tylko ja muszę się napić pierwszy. Bo inaczej się zarażę~ Ale spójrz na to z takiej strony, że to prawie jak pośredni pocałunek.
A ktoś myśli prawie jak smarkula z gimnazjum.
Tak czy siak, jeżeli obaj będą zdolni do ruszenia się, to Hachi zawlecze Shinyę na te nieszczęsne krańce wschodniej części miasta w poszukiwaniu chatki lub kogoś, kto mógłby im ją wskazać. Jeśli natknie się na kogokolwiek, to pewnie zagada z pytaniem, czy kojarzy tego człowieka i czy umie wskazać im drogę.

|| Wcale nie zapomniałem na milion postów o tym plecaku… I w sumie z mojej strony to chyba tyle na chwilę obecną. Bo nie wiem co dodać. Jeśli Shinyi coś wpadnie po tym poście albo mi po jej, to damy znać. @@





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Shinya dawno nie był tak skonfundowany jak tego wieczoru. Hachi był bardzo porywczą osobą, ale żeby się tak złościł, to brunet rzadko miał okazję widzieć! Był przy tym zbyt otumaniony, by do końca pojąć powód zdenerwowania. Zrobił coś złego, może go przypadkiem obraził? Skulił się, nie rozumiejąc. Miał wrażenie, że jak jeszcze coś powie, to jeszcze bardziej rozgniewa Hachiego. A tego na pewno nie chciał! Nie żeby się bał mężczyzny, wiedział, że przyjaciel nic by mu nie zrobił, przynajmniej w to wierzył. Ale na pewno nie chciał przyczyniać się do takiego humoru! Dlatego trzymał się wyraźnie pół kroku za Hachim, ze spuszczoną głową wgapiając się w zielony chodnik, walcząc z mokrymi oczami. Gdzieś w podświadomości czuł, że zachowuje się absurdalnie, niczym dziecko, ale nie umiał nad sobą zapanować. To właśnie to powodowało, że jego żołądek sprawiał wrażenie zwiniętego w supeł ze strachu.
A jednak widział, że Moroi się o niego martwił. Martwił się nawet takimi głupotami jak praca. No, normalnie o pracy nie myślałby w kategorii głupot, ale w obecnym stanie naprawdę była to ostatnia rzecz, o którą się martwił.
- J-jak umrzesz, to ja też! - krzyknął nieco rozpaczliwie. - I jak nie haker, to można spytać ludzi... - urwał, kiedy ten chwycił jego dłoń. Jakby proponował mu taniec. Nawet ucałował jej wierzch! To zdecydowanie wyglądało bardzo jednoznacznie. W brzuchu Shinya poczuł ogień... ogień niczym ogniste tango. Zamachał jego splecionymi dłońmi i spróbował wstać tanecznym krokiem z ławki, ale poskutkowało to zatoczeniem się na nią z powrotem. Tak, tańcowanie zdecydowanie nie było dla niego. Nie dość, że był zmęczony, nie panował nad sobą, a Hachi pewnie by go znów skrzyczał, to na dodatek nigdy nie brał lekcji.
I te głupie myśli po chwili rozpierzchły się po słowach rudzielca. Okiayu wgapiał się w niego z rozwartymi ustami niczym w obrazek. Jego policzki pokrył rumieniec, który byłby wyraźny w świetle dziennym, teraz jednak jedynie rozgrzewał jego skórę. Ścisnął mocniej jego dłoń, obejmując ją obiema swoimi.
- Hachi... j-jesteś... - Nie wiedział, jakiego określenia użyć, język mu się zaplątał, ale posłał mężczyźnie lekki uśmiech. Już nie tak szaleńczy, jakimi świecił wcześniej, bardziej łagodny, zbliżony do jego normalnego grymasu. - Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - To już wypowiedział nieco łamiącym się głosem, kiwając głową na jego słowa i plany. Gdy ten podał mu butelkę z wodą, łapczywie ją opróżnił, jakby sobie przypomniał, że od kilku godzin nie miał w utach żadnego płynu, a stres i mówienie jednak wysuszały usta.
- J-ja wziąłem, bo... bo nie mogę cię tak narażać! - Nawet próbował się bronić, choć mowę miał nieco bełkotliwą, a wzrok mętny. Czuł coraz bardziej ogarniające go zmęczenie, które jeszcze bardziej przytłumiało zmysły i zdolność logicznego rozumowania. - G-głupi jesteś! Nie wybaczyłbym sobie, jakbyś to ty... - urwał, nie umiejąc sformułować końcówki myśli. Ale za to nadrobił uniesieniem głowy i faktycznym spojrzeniem w oczy Hachiego. Chociaż na tyle mógł się zdobyć.
Jako że nadal nie był w stanie podejmować racjonalnych decyzji, zupełnie zdał się na rudzielca i dał się zaprowadzić do domu. Tam momentalnie po padnięciu na łóżko zasnął kamiennym snem, w którym widać organizm regenerował siły dość porządnie, bo ocknął się dopiero koło południa.
Kiedy już udało mu się rozchylić powieki, podniósł się ostrożnie w pościeli i aż jęknął. Głowa mu pulsowała paskudnie, na języku czuł dziwny posmak i ciało ciążyło mu nieco bardziej niż zwykle, choć to akurat mogło być spowodowane jeszcze niecałkowitym wybudzeniem się ze snu. Obudził śpiącego na kanapie Hachiego, który był chyba w nieco lepszym stanie niż on, po czym szybko uciekł do łazienki wziąć szybki prysznic i załatwić inne higieniczne sprawy. Zdecydowanie potrzebował tego po spaniu w ubraniu i wczorajszych przygodach.
Nie ociągali się jednak i szybko wyruszyli w kierunku wskazanym im przez Huntera. Shinya w tej kwestii zaufał wskazówkom towarzysza, bo sam mało co kojarzył ze słów mężczyzny. Swoją drogą nieco dziwnie czuł się, idąc znów w dziwne miejsca wraz z przyjacielem. Wczoraj... cóż, dowiedział się ciekawych rzeczy. Wstydził się o to zagadywał, czuł się zażenowany tym, jak się zachowywał. Po prostu... póki co wolał zachować ciszę.
Gdy dotarli na miejsce, Okiayu rozejrzał się, rozmyślając, czy znów mają wypytywać ludzi o poszukiwanego. Cóż, póki co nie widział innej alternatywy. Podszedł do jakiegoś nastolatka. Nieraz miał okazję się przekonać, że nieletni nieraz bardzo dobrze orientowali się w różnych rzeczach, które działy się w okolicy, nawet jeśli nie brali w nich udziału, a poza tym może uda mu się przekonać go do mówienia, powołując się na swój autorytet członka wojska. Powitał go krótkim pozdrowieniem i skinieniem głowy, po czym od razu przeszedł do rzeczy.
- Wiesz może, gdzie znajdziemy Dusikorę? - miał ochotę dodać tu jakiś wymyślony powód poszukiwań, ale szybko się opamiętał. Jak miał robić wrażenie poważnego wojskowego, nie mógł się tłumaczyć ze wszystkiego, co robił.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Poranek dla ciemnowłosego był naprawdę ciężki. Czuł się, jakby dopiero co zakończył tygodniowy ciąg alkoholowy. W głowie mu huczał, miał dreszcze i ciągle było mu zimno. Nie wspominając o pragnieniu, przez co od momentu, kiedy tylko uchylił powieki, ciągle potrzebował nawadniać organizm. A to ciągnęło ze sobą dalsze konsekwencje w postaci ciągłych przystanków w poszukiwaniu toalety. Na całe szczęśnie dla niego, jego stan nieznacznie się poprawił, gdy dotarli na miejsce. No, można powiedzieć, że dotarliście, gdyż jak nie wiedzieliście gdzie znaleźć Dusikorę, tak nie wiedzieliście.
Miejscowi niekoniecznie byli skorzy do rozmowy. Większość z nich unikała waszych spojrzeń, bądź nagle okazało się, że spieszą do domu. Nawet nastolatki posyłali wam niecierpliwie spojrzenia, jakby niemo chcieli wam przekazać, że nawet swoją obecnością kradniecie ich cenny czas.
Dopiero kiedy nadzieja powoli umierała, podeszła do was kobieta. Była niziutka i przygarbiona, na oko w wieku pięćdziesięciu lat, chociaż głębokie zmarszczki przecinające jej twarz postarzały ją o dobre dziesięć lat. Uśmiechnęła się do was ciepło, poprawiając trzymany kosz z wikliny.
- Słyszałam, że szukacie Dusikorę. – zagaiła wyjątkowo młodym głosem.
- Wystarczy, że będziecie kierować się tą ścieżką. Cały czas prosto. Dotrzecie na skraj lasu, gdzie go znajdziecie. Wybaczcie ludziom, ale po prostu nie lubią o nim zbytnio mówić. Wiecie, krąży tutaj legenda, że ten, kto podpadnie Dusikorze, to zostanie obłożony klątwą. Głupota, prawda? – zaśmiała się cicho, przystawiając pięść do ust, by ukryć uśmiech.
- W każdym razie tędy traficie. Powodzenia. – pożegnała się z wami, unosząc dłoń i pomachała wam, oddalając się, aż wreszcie zniknęła zza zakrętem.
Ścieżka, jak się okazało, była dość prosta i łatwa, a sama droga na skraj lasu zajęła wam niecałe trzydzieści minut. Kobieta nie okłamała was. Znajdował się tam bowiem drewniany domek, jakby zatrzymał się w czasie. Dookoła niego znajdował się ogródek, na swój wyjątkowy sposób dość uroczy. A wśród krzaków truskawek, o tej porze roku golutkich, siedział mężczyzna ubrany w dziwne szmaty. Był szczupły, chociaż niewychudzony, o siwej, poplątanej brodzie. Zajęty struganiem czegoś z kawałka drewna nawet nie zauważył was aż do momentu, kiedy znaleźliście się przy drewnianym, wybrakowanym płocie. Wtedy też uniósł spojrzenie brązowych oczu, w których zawitał błysk zaskoczenia.
- A cóż to? Czyżby goście?


Termin: 15.01




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Następnego dnia, gdy wrócili na miejsce, Moroi starał się zagadywać do ludzi, jednak nie wychodziło to najlepiej. Fakt faktem, mniej więcej tego się spodziewał, choć z drugiej strony było to nieco zaskakujące. W końcu był taki uroczy i kochany, któż nie chciałby z nim przynajmniej trochę porozmawiać?
A! Dzień dobry! – Odezwał się do kobiety, kiedy w końcu do nich zagadała. Uśmiechnął się pięknie do staruszki, a gdy nawet sama poruszyła temat ich poszukiwań, wyglądał jakby doznał olśnienia. – Dziękujemy za informacje! Pewno, że głupota. Kto to by w klątwy wierzył! – Na pewno nie ktoś, kto regularnie jest wysyłany za mury, żeby walczyć z wymordowanymi. Droga do domku była dość prosta, a samo miejsce okazało się wyjątkowo urocze; tak samo staruszek, który znajdował się za ogrodzeniem. Uniósł rękę w geście powitania, po czym ukłonił się, gdy mężczyzna ich zauważył.
Dzień dobry! – Odezwał się serdecznie, starając się dojrzeć czy jegomość ma na którejś ręce bransoletę.
A goście, goście! – Dodał, kiwając głową, po czym zwrócił się do Shinyi, wyciągając z kieszeni telefon. – Patrz, zaraz ci pokażę, mówiłem… – Wystukał na ekranie „spróbuj odwrócić jego uwagę ٩(๑> ₃ <)۶ ja wejdę do środka! °˖✧◝(⁰▿⁰)◜✧˖° i tam poszukam tego czegoś, a i no ten, weź wymyśl jakiś powód… ヽ(。>ω<)ノ”, bo po cóż ułatwiać biednemu Shinyi cokolwiek.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Shinya czuł się, jakby świat go oszukał. Nie dość, że czuł się okropnie - cóż, tego się spodziewał akurat, spożywanie najpaskudniejszych substancji jakie istnieją nie może się kończyć dobrze - to jeszcze wszyscy unikali ich jak ognia. Był przekonany, że któryś z trzech sposobów rozpoczęcia rozmowy zadziała - albo autorytet władzy, albo pokręcony urok Hachiego, który czasem potrafił wziąć ludzi za serce, ewentualnie jego własny spokój i uprzejmość. A tu nie. Jedyne, z czym się spotykali, to nieufność i ucieczka ludzi, gdy tylko chcieli ich zagadać.
Shinya miał wrażenie, że jego normalnie niewyczerpana cierpliwość do ludzi została mocno nadwyrężona przez jego obecny stan. Nie znosił użalania się nad sobą, ale nie mógł udawać, że czuł się dobrze. Dlatego stał się jeszcze bardziej niż zwykle milczący, choć szczerze mówiąc jeśli ktoś by go dobrze nie znał, ciężko byłoby mu zauważyć różnicę. Ostatecznie Okiayu do gadatliwych nigdy nie należał.
Jedynie owa kobieta, która ich zagadała, przywróciła mu wiarę w ludzkość. Zdobył się nawet na uśmiech i krótkie "dziękuję", szczyt uprzejmości. Doprawdy, w tej chwili patrzył na Hachiego z podziwem, jak ten jest zdolny zachowywać taki nastrój. Jak raz powinien brać z niego przykład. Dlatego próbował na najróżniejsze sposoby odsunąć ponure myśli, zamknąć złe emocje w jakimś dobrym sejfie na dnie serca, skąd by się nie wydostały. Wcale mu się teraz nie przydadzą.
- Dzień dobry! - przywitał się. - My tu... - urwał, zerkając na telefon Hachiego. Na jego ustach wykwitł szeroki uśmiech i pokiwał głową, choć w duchu klął na tego rudzielca, który nawet w takiej sytuacji musiał nawpieprzać w wiadomość kaomoji. Czemu się tego nie spodziewał. A poza tym zostawianie mrukliwego człowieka nieumiejącego kłamać jako odwracacza uwagi z pewnością nie było najbłyskotliwszym planem Moroia.
Nie było jednak wyjścia, więc Shinya podszedł raźno z pogodną miną, ignorując ciągłe łupanie w czaszce. Przezedł przez furtkę, machając na powitanie i zbliżył się do mężczyzny, pochylając się nad nim, stojąc dokładnie pomiędzy nim a drzwiami, swoją sylwetką blokując mu bezpośredni widok na wejście do domku i skupiając na sobie jego uwagę. Miał nadzieję, że Hachi ruszy od razu za nim, tak by jego zniknięcie za brunetem nie wywołało podejrzeń.
- My przechodziliśmy i zobaczyliśmy pana, więc wpadliśmy zamienić słowo czy dwa, w taki ładny dzień aż szkoda siedzieć samemu! Oho, widzę zna się pan na tej robocie! - wskazał na kawałek drewna, który ten strugał. - Mój dziadek też tym się zajmował, po nim mój ojciec... ten próbował mnie czegoś nauczyć, ale byłem mało pojętnym uczniem - zaśmiał się, klepiąc Dusikorę po ramieniu. - Kiedyś prawie zdekapitowałem jedną figurkę, od tamtej pory tworzyłem raczej mniej delikatne rzeczy. A teraz to czasu brakuje. Całe życie w pośpiechu! - Pokiwał głową z poważną miną, zastanawiając się, jakim cudem był w stanie wyrzucić z siebie taki potok słów.
- Pan jak widzę ma czas i na grządki, aż zazdroszczę... to truskawki? Uprawia pan coś jeszcze, może warzywa? Nie ma to jak jedzenie z własnego ogródka! Może pan sprzedaje, jak jest sezon? - zagadywał go, nawet nie obracając się na Hachiego, jakby o nim zapomniał.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Mężczyzna uśmiechnął się promiennie, kiedy jeden z gości wykazał się zainteresowaniem względem jego roślinek. Wyprostował się dumnie, niemalże chełpiąc się w swoich osiągnięciach, chociaż daleko mu było do arogancji. Wydawał się niegroźny, ot, starszy człowiek, który odnalazł spokój z dala od zgiełku miasta.
- Tak, tak. Ale to, co tutaj widzisz, to jeszcze nic, mój chłopcze – pokiwał głową, łapiąc się za długą brodę, którą z kolei zaczął głaskać z czułością.
- Za domem mam tego więcej. Hoduję głównie dla miasta, więc  wybranych sklepach możecie kupić moje owoce i warzywa. – zaśmiał się pod nosem, ale chwilę później zaniósł się uporczywym kaszlem.
- Przepraszam, to ten wiek. Jeżeli chcesz, mogę wam pokazać. – raptownie zamilkł, prostując się i rzucił w bok nożem, którym jeszcze parę chwil wcześniej strugał w drewnie. Ostrze idealnie przeleciało tuż przy nosie rudowłosego, który próbował przemknąć do chatki, i zatopił się w drewnianej framudze wydając przy tym charakterystyczny świst.
- Ojej, przepraszam. Dłoń mi się omsknęła. Zresztą, prawie zdeptał pan moje stokrotki. – powiedział pokazując szczupłym palcem tuż pod nogi mężczyzny, gdzie rzeczywiście rosła mała kępka kwiatów. W spojrzeniu Dusikory pojawiło się nieme ostrzeżenie, ale bardzo szybko złagodniało.
- Gdzie moje maniery. Napijecie się herbaty? Mam najlepsze zioła! – dodał rozweselony ponosząc się na proste nogi, momentalnie garbiąc się i łapiąc za swoje plecy.
- Cóż za ból… pomóż chłopcze starszemu mężczyźnie. – powiedział mężczyzna łapiąc Shinyę pod ramie i powoli kierując się w stronę swojego domku.
- Gdybym miał tylko swoje nacierki…. Byłoby o wiele lepiej. Mówię wam! Większość składników mam, brakuje mi jedynie pewnej maści – westchnął ciężko wchodząc na ganek, gdzie przytrzymał się framugi, by odetchnąć.
- Cieszcie się swoją młodością, póki nic was nie boli. – pokiwał głową wchodząc w głąb pomieszczenia. Już po przekroczeniu progu poczuliście zapach mieszanki przeróżnych ziół i przypraw, które drażniły wasz zmysł węchu. Pomieszczenie wyglądało jakby zatrzymało się w czasie. Zero nowoczesnej technologii, wszystko utrzymane w drewnie, pod sufitem porozwieszane różne gałązki czy wysuszone kwiaty. Na środku stał stary fotel, obok mały stolik, para krzeseł. Pod ścianą szafka z mnóstwem książek, stare dywany, zdjęcia, obrazy. I to wszystko. Wszystkiego było wiele, ale jednocześnie zdawało się, że niczego tu nie ma.
- To co, herbatki?

Termin: 26.01




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


To było… Dziwne. Mieli okradać staruszka? Nie, żeby miał jakieś opory przeciwko temu, wręcz przeciwnie. Moralności to Hachi nie miał za grosz, więc starcie z dziaduniem uznał za coś pokroju zabrania dziecku cukierka. W duchu uśmiechnął się — zdecydowanie powinno pójść łatwo. Sam Moroi kiwał jedynie swoim niemądrym łebkiem na słowa obu i uśmiechał się ładnie; w stanie lekkiego, ale irytującego kaca, Hachi nie nadawał się do współistnienia z innymi. Niemniej jednak, rudzielec dobrze spełniał swoją rolę; wyglądał uroczo, wydawało się, że jest żywo zafascynowany tym, co mówi staruszek, a tak naprawdę tylko czekał na okazję, żeby się wkraść do środka.
Nie dostał jej.
Dostał lepszą. Można powiedzieć, że w tej chwili czuł się nieco jak wampir, który rozbestwia się, kiedy pozwoli się mu wejść do środka. Tylko nie miał zamiaru pić niczyjej krwi, a najwyżej jej komuś napsuć. Oczywiście całość tylko podkreślił fakt, że nóż dziadunia śmignął tuż obok jego twarzy, przez co Hachi na dodatek chciał się zemścić na gospodarzu. Przybrał minę niemądrą, przestraszoną, przez którą przypominał nieco kota, któremu pod puszystą pupkę podstawiono ogórka. Świr i w dodatku agresywny. Mógłby w tej chwili obezwładnić go i oskarżyć o stwarzanie zagrożenia dla siebie, otoczenia, a — co najważniejsze dla Hachiego — dla funkcjonariusza.
Ano taka młodość to całkiem fajna, o ile już za młodu nic człeka nie boli – Pośrednio się zgodził, wspominając własne problemy z kostką czy bóle reumatyczne.
O, a jakiego składnika brakuje? Jak się tak niegrzecznie pakujemy z buciorami do pana domu, to możemy tego gdzieś poszukać – Zaproponował. W sumie to wydawało się dość dobrym sposobem na zdobycie jego zaufania. Wnętrze domu wydawało się nieco zagracone, jednak w pewien sposób typowe jak na starszego, samotnego człowieka.
Ładnie pan tu ma! Jakieś ciekawe książki? O, te gałązki to ładnie pachną… Kiedyś, jak byłem mały, chciałem sobie zebrać zielnik z suszonych roślinek! – I w sumie to było prawdą. Tak jak fakt, że Hachi trząsł portkami na myśl o zbieraniu żuków, co robiła większość dzieciaków. Jeżeli nie wzbudzi to żadnych podejrzeń dziadka, to Moroi spróbuje rozejrzeć się po książkach. A nuż ten artefakt jest w jednej z nich?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Jak widać nie mieli do czynienia ze zwykłym staruszkiem. Jeśli Shinya miał jeszcze jakieś wątpliwości, to pozbył się ich, gdy ten rzucił nożem prosto pod buty Hachiego. Nie chodziło nawet o celność - tę mógł sobie wyćwiczyć każdy, kto wystarczająco dużo ćwiczył, a mężczyzna nie miał problemów z wyobrażeniem sobie Dusikory zabijającego nudę rzucaniem do jakiegoś pniaka. Nie, to błysk w oku i sam fakt, że nie dał się rozproszyć i bez trudu dostrzegł czyny rudzielca sprawiały, że Okiayu miał się na baczności. Poza tym nawet nie mrugnął okiem, nie stracił zimnej krwi, nie nakrzyczał na intruza. A takich zachowań spodziewałby się po przeciętnym mieszkańcu zapyziałej chatki.
- Więcej? Może mógłbym później zobaczyć? - Cóż, wątpił, by ten zostawił Hachiego w środku, ale cóż mu szkodziło spróbować.
Pomógł starcowi iść, wzięty pod ramię, choć prawdę mówiąc podejrzewał, że ten wcale tego nie potrzebował. Gdyby to było takie proste, mogliby go szybko pozbawić przytomności i przeszukać mieszkanie. Jednak gdy tylko ta myśl zaświtała w jego głowie, niemal od razu zrobiło mu się niedobrze. Od kiedy to niby zmienił się ze stróża prawa w zwykłego włamywacza i rozbójnika?
Zapach we wnętrzu chatki od razu nasunął Shinyi wspomnienia różnych zielarskich sklepów, po których ciągano go za młodu i gdzie zaczął interesować się roślinami. Niestety mocny aromat, normalnie przyjemny, podrażnił jego gardło, które zaczynało go boleć już nieprzerwanie. Nie chorował długo, ale mimo to zaczynał czuć skutki zarażenia. Zaczął kasłać, zasłaniając usta dłonią. Dopiero po przedłużającej się chwili zdołał zapanować nad odruchem i siadł na krześle, oddychając powoli, wręcz ostrożnie, jakby każdy głebszy wdech mógł wywołać kolejną salwę kaszlu.
- Przepraszam - mruknął. - Herbaty bardzo chętnie, może pomóc z nią? - Wkupowanie się w łaski zawsze w cenie, ale wiedział, że niektórzy przywiązywali dużą wagę do parzenia herbaty i woleli zająć się tym sami.
- Jak kolega mówił, możemy coś załatwić, jeśli czegoś panu trzeba. - A później zażądać ceny. Albo samemu zabrać nagrodę, przysługą kojąc dokuczające sumienie.
Nagle przez myśl mu przeszło, że Dusikora może podać im coś szkodliwego w naparze. Usypiającego uwagę, cokolwiek. A Shinya miał dość brania podejrzanych substancji od obcych. Patrzył uważnie, chcąc rozpoznać zioła brane przez staruszka, ewentualnie po dostaniu naparu spróbuje poznać zapach, a jeśli nadal nie będzie wiedział, co ma w dłoniach, to zostanie mu udawanie picia.
- Musi tu być nudno, na takim odludziu. Czym się pan zajmuje poza ogródkiem?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Ciężko było dostrzec jakie zioła I przyprawy mężczyzna dodaje do wywaru. Zwłaszcza, że większości po prostu nie znaliście i pierwszy raz w swoim życiu mieliście z nimi styczność. Już po krótkiej chwili parzenia w pomieszczeniu rozlał się przyjemny, słodkawy zapach. Starszy mężczyzna przelał tajemniczą herbatę do drewnianego dzbana i podszedł do starego stołu, przy którym poprosił was wcześniej, byście usiedli.
- Wybaczcie, ale nie mam czym was poczęstować.. Niestety, ale straszny ze mnie łakomczuszek – zaśmiał się sam do siebie, jakby powiedział naprawdę wybitny żart pierwszej klasy.
Podniósł dzbanek i rozlał napar do trzech kubków, które przysunął bliżej swoich gości, samemu łapiąc za trzeci i upijając z niego łyk.
- Ach, uwielbiam ją. No dalej, nie krępujcie się. Pijcie. – zachęcił was, po czym ponownie upił nieco naparu robiąc przy tym rozanieloną minę. Siedział tak przez moment w milczeniu, pełen zadowolenia, jakby zapomniał na chwilę, że nie jest sam. Raptownie ocknął się, zamrugał parokrotnie, przesuwając nieco nieprzytomnym spojrzeniem po waszych twarzach, po czym uśmiechnął się promiennie.
- Oczywiście, że chętnie wam pokażę! O ile moje biedne plecy mi na to pozwolą. – westchnął cierpiętniczo i sięgnął dłonią do swoich pleców, które zaczął powoli masować.
- I wbrew pozorom nie nudzę się. Mam wiele do roboty. Ogródek, ziółka, czasami lubię sobie posiedzieć i popatrzeć w niebo. Wiecie, jak osiągnięcie już mój wiek, to zrozumiecie, że czasami jedyne, czego człowiek potrzebuje do szczęścia, to święty spokój – pokiwał głową, sięgając do drewnianej fajki leżącej na stole. Przysunął do ust i za pomocą zapałki podpalił ją, zaciągając się słodką, ziołową nikotyną.
- Czasami pozwala mi zapomnieć o bólu – pokiwał głową, pochylając się nieco nad stołem.
- A skoro o nim mowa… Naprawdę bylibyście gotowi przynieść staruszkowi maść? Och byłbym wdzięczny! Wystarczy jedna tubka, można ją dostać w aptece, w mieście. Nazywa się „maść z różanego rogu”. Byłbym waszym dłużnikiem – pokiwał głową, zaciągając się ponownie fajką.
- Sami rozumiecie, mnie ciężko tam się wybrać…

TERMIN: 7.02




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Chyba łapało go w pewnym stopniu poczucie winy, kiedy tak obserwował dziadunia. Tym razem nie miał zamiaru dać się nabrać na wpychanie żadnego picia, szczególnie, że herbaty szczerze nie znosił. Mimo swej szczerej nienawiści względem naparu z chwastów, Hachi nie potrafił jakoś z choć minimalnie szczerą niechęcią pomyśleć o gospodarzu. Nie mógł jednak odpuścić w kwestii czujności i pamiętał o tym. Pokiwał grzecznie łebkiem i wyszczerzył się niewinnie w ramach komentarza na słowa staruszka o poczęstunku. W końcu jednak jego nadpobudliwy rozumek zakomunikował ciału, że należy usiąść. To też uczynił.
Poczekam aż trochę przestygnie, dziękuję – Odpowiedział, obejmując dłońmi otrzymane naczynie. Po nieprzyjemnej nocy ciepło kubka było niesamowicie kojące i miał zamiar się nim nacieszyć.
Pewka, że bylibyśmy gotowi. W sumie to taka nasza robota, że pomagamy ludziom, bohaterami jesteśmy! – I wierzył szczerze w to, że S.SPEC to przede wszystkim bohaterowie. Chciał opiekować się cywilami, w końcu byli tacy bezbronni i delikatni, a on zasługiwał na budzenie zachwytu.
Jakiś adresik można? Bo w sumie to by się przydał! O, albo chociaż część miasta, w której to jest? Raz dwa, rach ciach i będzie. Trzeba wspierać innych!„Nawet, jak rzucają w ciebie nożem. Nie ma za co, stary pryku”, pomyślał niezbyt entuzjastycznie.
O, no i w sumie to pewnie ma pan tu jakieś ciekawe rzeczy. Stare domy często mają dużo sentymentalnych ciekawostek… Chciałby pan nam potem poopowiadać i pokazać coś? Możemy kupić ciastka po drodze! Mo-możemy, Nyacchi?! „Wytrzymaj. Już niedługo ci się polepszy…”





Gość
Gość

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Powrót do góry