Strona 5 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Go down


Shinya nie był skłonny do zaufania obcemu na tyle, by spróbować choć czegoś, z czym się nigdy nie spotkał. Z pewnością nie było to nic w stylu rumianka, mięty czy pokrzywy - takie oczywiste napary od razu by poznał. Rzecz jasna mogło się okazać, że staruszek podał im coś nieszkodliwego, w końcu sam upił łyk napoju. Ale mimo to żołnierz nie miał zamiaru ryzykować. Uśmiechnął się uprzejmie, skinął głową w podzięce, po czym zaczął dmuchać na powierzchnię napoju. Zajmował się nim? Owszem. Po prostu chciał sprawiać wrażenie, że nie chce się poparzyć - raczej normalna rzecz.
- Och, nie może być pan aż taki stary - zaprotestował patrząc na gospodarza. Gdyby nie akcja z nożem, zacząłby wątpić, czy trafili w dobre miejsce. Staruszek sprawiał zupełnie zwyczajne wrażenie zmęczonego życiem kawalera, chcącego zaznać nieco ciszy. - Ale rozumiem, co ma pan na myśli - ciągnął. - To musi być bardzo wyciszające, takie napawanie się naturą... Nie trzeba się z niczym spieszyć. Ładne miejsce pan wybrał na zbudowanie domku. Choć tak na uboczu może aż za cicho.
Jednak dużo bardziej niż uroki zacisza domowego interesowała go owa maść, o której wspomniał Dusikora. Wymienił z Hachim szybkie spojrzenie, słysząc, że i on myśli podobnie - na przysługach tylko zyskają. Dlatego też zgodnie pokiwał głową, odstawił nietknięty, nadal parujący napój i wstał.
- Pewnie, szybko się uwiniemy! Do sklepów nie jest aż tak daleko, powinniśmy wrócić raz dwa. Maść z różanego rogu... - powtórzył, by utrwalić w pamięci nazwę, kiwając głową. - I jasne, że możemy, Hachi~ Ba, nawet trzeba! Będzie co podjadać do naparu. - Uśmiech przychodził mu już nieco łatwiej. Nadal trudno było to nazwać wielkim wyszczerzem, ale nie ma co się oszukiwać, aż takiej radości to Shinya nie okazywał nawet w swoich najlepszych momentach.
Obiecując ponownie rychły powrót, wyszedł z chatki, mając nadzieję, że Hachi idzie za nim. Gdy byli już na ścieżce w odległości na tyle dużej, że mężczyzna nie mógł ich usłyszeć, zagadnął go cicho.
- Nie wiem, czy jego dług wobec nas będzie na tyle duży, by oddał nam to, czego szukamy, ale nic nie zaszkodzi spróbować. Może wcale aż tak tego nie ceni i nam odda... a jak nie, to będziemy musieli improwizować i... - przerwał, zasłonił usta przedramieniem i przeczekał nagły atak kaszlu. Zdecydowanie nie był w najlepszym stanie, sama świadomość o postępie choroby sprawiała, że czuł się jakiś taki słabszy. Ale nie mógł dać temu nad sobą panować.
- W każdym razie może zapomni w międzyczasie o tym piciu. Nie mam pojęcia, co to było... ale też to pił, co nie? Myślisz, że miał możliwość dodać coś innego do naszych szklanek? Nie podejrzewam go o to, ale kto wie.
Miasto było nie aż tak daleko, więc szybkim marszem już niebawem wydostali się do zabudowań, gdzie można było znaleźć wszystko, czego sobie ktoś wymarzył. Shinya skierował kroki ku najbliższej aptece. Wszedł do środka, wdychając przyjemną dla niego woń leków i sterylności tak typowej dla takich miejsc. Podszedł do sprzedawcy, ciesząc się, że nie musi stać w kolejce - sklep był pusty.
- Przepraszam, dostanę tu maść z różanego rogu? - zagaił. Jeśli nie będzie problemów ze sprzedażą, zwyczajnie kupi maść i wyjdzie. Miał nadzieję, że nie natrafią na więcej przeciwności losu, już musieli sobie radzić ze zbyt wieloma problemami.

|Nie wiem, czy coś jest planowane w aptece - jak nie, to szybko editnę posta, by wrócić do chatki, tylko daj mi znać! Ale wolałam na własną rękę nic nie narzucać.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Na wiadomość, że jesteście gotowi udać się po maść dla niego, stare oczy mężczyzny błysnęły w podekscytowaniu. Widocznie okazaliście się jego ostatnią nadzieją na bolące korzonki. Upił łyk swojego naparu i uśmiechnął się do was promiennie.
- Dobrze, ale potem pijcie. Najlepiej pić jak jest ciepłe, bo na zimno ma cierpki smak. – pokiwał głową ponownie upijając nieco niezidentyfikowanego napoju.
- Cicho, cicho, ale lubię ciszę, wam powiem. Tylko do miasteczka mam nieco daleko. Ale gdyby nie ten ból, to bym i sam poszedł. – machnął ręką jakby odganiał jakąś wyjątkowo natrętną muchę.
- Bardzo chętnie wam poopowiadam! Dawno żem nie miał tu gości, dlatego was tak łatwo nie wypuszczę – zachichotał pod nosem, zaciągając się swoją fajką. Jego słowa można było różnorodnie interpretować, choć wciąż wydawał się dość niegroźnym staruszkiem zamieszkującym przedmieścia. Ale pozory mogą mylić.
- Apteka znajduje się w centrum tego osiedla, które z pewnością mijaliście. Na pewno bez większego problemu znajdziecie. – odparł radośnie, powoli podnosząc się z krzesła, którym zaszurał o podłogę, by odprowadzić was do wyjścia, jak na dobrego gospodarza przystało.
- A jak wrócicie to zrobię wam coś do jedzenia. Może zupę. Lubicie grzyby? – zagadnął wesoło. Nie zdążyliście jednak mu odpowiedzieć, kiedy znaleźliście się już na zewnątrz. Z ulgą poczuliście świeże powietrze, chociaż nieco mroźne, zapowiadające opady śniegu.
Podróż w stronę osiedla wydawała wam się minąć o wiele szybciej, niż wtedy, kiedy zmierzaliście ścieżką do Dusikory. Słońce chyliło się już ku horyzontowi, a cienie, które rzucały drzewa wydłużały się i złowrogo na was łypały. Ich nienaturalnie powyginane gałęzie wyglądały teraz jak szpony, które tylko czekają, by was pochwycić. Gdzieś w oddali usłyszeliście sowę, co tylko dodatkowo jeżyło włosy na głowie.
Na całe szczęście dla was ostatecznie dotarliście na osiedle cali i bezpieczni, chociaż przecież czekała was droga powrotna. Dusikora miał rację, kiedy mówił, że aptekę łatwo znajdziecie. Była jednym z największych sklepów w okolicy, nie licząc supermarketu. Za ladą stała uśmiechnięta brunetka, która od razu zwróciła na was uwagę wraz z typowym „czy mogę w czymś pomóc”
Jak się okazało, maść była dość łatwo dostępna. Coś innego okazało się problemem. I to dość znacznym. Otóż… cena. Maść kosztowała całą pensję i 1/3 drugiej. Nawet kiedy złożyliście się po połowie, to do następnej wypłaty zapewne będziecie żyć na chlebie z pasztetem. I szklance wody. Ale plus był taki, że mieliście maść.
Droga powrotna minęła wam w o wiele gorszych nastrojach i lżejszych kieszeniach. Nawet nie zwróciliście uwagi na fakt, że zapadł zmrok a temperatura opadła o kolejne kilka stopni. Dlatego też mimo wszystko przyjemnie było na powrót znaleźć się w ciepłej chatce Dusikory.
- Wchodźcie, wchodźcie. Pewnie zmarzliście, co nie? Chodźcie. Zrobiłem dobrej zupy. Siadajcie. – zachęcił was, byście usiedli przy stole, gdzie znajdowały się już drewniane półmiski, z których parowało.


Termin: 18.02




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Już prawie się cieszył, że pójdzie łatwo, kiedy wyszli od dziadka, jednak sama wizyta w aptece okazała się dość kłopotliwa. Jęknął z dezaprobatą, kiedy dotarło do niego, jak wiele muszą wydać na tę całą maść, jednak nie powiedział ani słowa. Bardziej obchodził go stan Shinyi i to, że lek musieli dostać dość szybko. Nie chciał patrzeć, jak rozkłada go choroba. Ważne, że droga w tę i tamtą stronę poszła lekko.
No, staruszku, zeżarła cię choroba, a teraz my nie zeżremy nic – Rzucił pogodnie, choć pod tym dało się wyczuć poirytowanie i zmęczenie. Kolejny dzień upłynął im na bieganiu w kółko, czekaniu jak na Godota, na walce z wiatrakami i Hachi nie mógł się temu nadziwić. Przecież w sytuacji, gdy jeden jest chory a drugi skacowany, nic nie może pójść nie tak.
T-tak, troszku zimno było – Odezwał się do dziadunia, chcąc nieco wzbudzić w nim litość. Policzki wojskowego były zaczerwienione, oczy nieco łzawiły od zimnego wiatru. Dla efektu jeszcze potarł łapkami ramiona, chcąc w ten sposób się ogrzać. Trochę się wahał, kiedy wchodził do środka. Nie chciał nadużywać gościnności dziadunia kiedy mieli go okraść albo coś na nim wymusić. Miskę zupy jednak przyjął i wkrótce, podziękowawszy za nią, zabrał się za jedzenie.
Ne, psze pana, a czemu pana tak wszystko boli…? Wydaje się pan dość sprawny jednak! – Zagadał między łyżkami zupy, robiąc przy tym ciekawską minę, która zaraz przeszła w zaniepokojoną.
Bo czasem to jest tak, że od takich… dziwnych przedmiotów człowieka boli… – Może da radę to ugrać w ten sposób?

|| przepraszam za termin, ale no. Nieobka sesyjno-wyjazdowa była zgłoszona. @@





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Shinya aż otworzył usta, patrząc na cenę maści. Ta jego kuracja zaczynała być dosyć kosztowną sprawą. Gdyby nie Hachi, nawet nie mógłby marzyć o kupnie czegoś takiego bez uprzedniego oszczędzania, a na to nie miał czasu. Po prostu jakoś w miarę możliwości zwróci zaległość przyjacielowi. Żył raczej oszczędnie i odkładanie nie stanowiło dla niego problemu, raczej było czymś naturalnym. A nie chciał pozwolić rudemu płacić za swoje leki.
- Są... są na pewno sposoby na tanie gotowanie! - rzucił, kiedy już wracali do Dusikory. Shinya co chwila dotykał lekko schowanej maści, jakby chciał się upewnić, że taki skarb gdzieś się nie zgubił.Na to nie mógłby pozwolić. - Mogę nam gotować, coś wymyślę. A dla dwóch taniej!
Kiedy przemarznięci i spłukani doszli z powrotem do chatki, Shinya już przestał tak się przejmować możliwością otrucia ich przez gospodarza. Ciężko było stwierdzić, na ile było to spowodowane zimnem, szokiem po zapłaceniu takiej góry pieniędzy za głupią maść, czy też faktem, że to mógł być ich ostatni ciepły, porządny posiłek w tym miesiącu. Jak bardzo mogli pogorszyć jeszcze swoją sytuację? Cóż, rozum mu podpowiadał, że bardzo, że wcale nie było to takie niemożliwe, jak mu się wydawało, ale uciszył jak raz ten uciążliwy głos.
Gdy tylko podał mężczyźnie lek - nie mogąc nie spojrzeć na tenże jeszcze raz z żalem w oczach, był poniekąd sknerą, miał zadatki na drugiego Scrooge'a - usiadł i zaczął zjadać zupę, nie dbając, co w niej jest. Choć "grzyby", o których wspominał przed ich wyjściem gospodarz, brzmiały podejrzanie. Błagał wszystkie istniejące i nieistniejące świętości, by im oszczędzono więcej problemów.
I kiedy rozgrzewał się tak posiłkiem uznał, że nie ma na co czekać. Nie był dobry w podchody, a przynajmniej w tej chwili nie czuł się na siłach się w nie bawić. Odchrząknął cicho, zerkając na Hachiego. Rozumiał, do czego ten zmierzał, jednak obawiał się, że to mogło nie wystarczyć.
- Wcześniej wspominał pan o byciu dłużnikiem... cóż, nie chciałbym wyjść na materialistę, ale tak się składa, że faktycznie może mógłby pan nam pomóc - zaczął nieco niepewnie. Nie znosił prosić o nic, ale cóż, w tym przypadku, po ich przejściach był bliski stwierdzenia z całym przekonaniem, że na to zasłużyli.
- Widzi pan, szukamy pewnej rzeczy... takiej czarnej opaski - no i nie było już odwrotu. Może ta nieludzko droga maść okażę się wystarczającą zapłatą za jeden artefakt.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Dusikora z nieopisaną radością spoglądał na was, kiedy zajadaliście się zupą. Ciężko było powiedzieć na tym etapie, czy była zatruta, czy też nie. Ale rozgrzewała. I przede wszystkim okazała się naprawdę smaczna. Nie rozpoznawaliście wielu smaków, to fakt. Ale to najpewniej zasługa wielu nieznanych przez was przypraw, a których tutaj było pod dostatkiem.
- Jeżeli będziecie chcieli, mogę wam dać dokładkę. Aaaa tak, chlebek! – pokuśtykał masując się po krzyżu w stronę palnika. Obok znajdowała się drewniana miska z paroma kromkami chleba.
- To najlepszy chleb w mieście! Jak go tylko spróbujecie, to od razu się zakochacie. Mówię wam. Nasz okoliczny piekarz robi najlepsze. – pokiwał głową w zachwycie, stawiając miskę tuż przed wami na stole, po czym usiadł naprzeciwko was, przez cały czas się uśmiechając.
Jego spojrzenie jeszcze bardziej roziskrzyło, kiedy na jego dłoniach spoczęła maść. Wyglądał na kogoś, kto właśnie wygrał na loterii albo rozbił bank. A patrząc na cenę, cóż, można powiedzieć, że właśnie tak było.
- Nawet nie wiecie jak jestem wam wdzięczny. – powiedział cicho kiwając przy tym głową.
- Wreszcie ból pleców będzie mniejszy i będę mógł poruszać się jakbym znowu miał dwadzieścia lat. – westchnął cicho, uciekając wspomnieniami do swoich młodzieńczych lat. Trwało to chwilę, nim wreszcie się ocknął i „wrócił” do was.
- Spokojnie, młodzieńcze. – przeniósł spojrzenie na Shinye, brzmiąc nieco tak, jakby jego słowa w pewien sposób go uraziły.
- Dusikora spłaca swoje długi. – podniósł się z krzesła, które cicho zaszurało i podszedł do drewnianej skrzyni. Uniósł jej wieko, które boleśnie dla waszych uszu zaskrzypiało i zaczął w nim grzebać.
- Hm, hm. O, to będzie idealne. – wyciągnął czerwony materiał, który z daleka połyskiwał lekko niczym jedwab.
- Ile macie wzrostu? –[b] zapytał spoglądając przez ramie w waszą stronę, a potem ponownie zahaczył wzrokiem o Shinye.
-[b] Opaskę? A po cóż ci opaska? Toż to chłop z ciebie…. Czy nie?
– zagadnął unosząc jedną brew.

Termin: 01.03




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Ojeja, dziękujemy! – Zawołał radośnie, przyjmując od dziadunia kromkę chleba. Ciepły obiad był tym, czego potrzebował i szczerze to nawet przez myśl nie przeszło mu, że z zupą mogłoby być coś nie tak. Szczęście na twarzy gospodarza odbiło się na ryjku Hachiego. Oby to poszło gładko, oby nic się nie stało, skoro tamten tak pozytywnie ich przyjmuje.
A nie ma za co, tylko no… – Urwał na moment, czując coś jakby nagłą falę wstydu, która w niego uderzyła. Nie chciał, żeby teraz wszystko się zepsuło, ale już i on i Shinya poruszyli drażliwy temat. Weszli na pole minowe, w dodatku położone na wyjątkowo grząskim bagnie. Skrzywił się nieco na dźwięk, jaki wydało z siebie wieko skrzyni, gdy dziadek je uniósł. Odczekał jeszcze chwilę zanim znowu zabrał głos i spojrzał przelotnie na Shinyę, a potem znowu na dziadka.
… tylko no właśnie my też pewien dług trochę mamy. I zależy od niego życie Nyacchiego. – Wydusił to w końcu z siebie, a w niebieskich oczkach pojawiło się poczucie winy. Nie było już odwrotu, prawda?
A, ech, no, metr siedemdziesiąt trzy, ale… Właśnie chodzi nam o tę opaskę. Zachorował ciężko i tylko jedna osoba w mieście ma lek dla niego. I chciał właśnie tę opaskę. – Wyjaśnił spokojnie, ale tonem proszącym, odznaczającym się zmęczeniem i nieco załamującym się. Teraz sam był w takim stanie, że nie umiał rozgraniczyć gry aktorskiej i szczerych chęci. Jego ciało napięło się całe, wydawał się gotowy bardziej do ucieczki aniżeli do ataku. Był szybki, ale, jakkolwiek by to nie brzmiało, dziadek też. Oby go nie zezłościł.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Shinya nadal trzymał w dłoniach już niemal pustą już miskę, wpatrując się z wahaniem w materiał wyciągany przez staruszka. Nie wiedział, co ten planował - chyba nie chciał im szyć żadnych płaszczy? Zdecydowanie nie było to teraz coś, czego pragnął i obawiał się, że takiż podarek po prostu zostawi na ziemi, kiedy opuści chatkę. Czuł się emocjonalnie rozdarty, czując niesmak na myśl o napastowaniu staruszka o zadośćuczynienie. Ale zabrnął w to już tak głęboko, ciągnąc jeszcze za sobą Hachiego, że nie mógł się wycofać.
I widać i Moroi wraz z nim postanowił iść na całość i bez ogródek przedstawić sytuację. Shinya odwrócił od Dusikory wzrok, starając się powstrzymać atak kaszlu, który czuł w gardle. Nie chciał kaszleć w tej chwili, nie chciał, by wyglądało to jak ckliwa manipulacja. A organizm jak na złość chciał akurat teraz nie dać mu spokoju. Zacisnął usta, by nad sobą zapanować.
- Metr osiemdziesiąt pięć - mruknął nieco przytłumionym głosem. Nie brzmiał najlepiej, ale przynajmniej udało mu się nie kaszleć, to już uznał za sukces. Miał ochotę odchrząknąć, ale wiedział, że wtedy jego sukces nie potrwa długo. - Ja... przepraszam, że nie powiedzieliśmy o tym wcześniej - dodał chrapliwie.
Bał się, że mężczyzna uzna, że próbowali go okłamać - co technicznie rzec biorąc nie było nieprawdą. Jednak ten zrobił na Shinyi dobre pierwsze wrażenie i nie chciał zepsuć całej tej sytuacji, nie tylko ze względu na swoje zdrowie.
- Normalnie nigdy bym o coś takiego nie prosił. Po prostu... nie chcę jeszcze umierać. Proszę. - W końcu spojrzał na mężczyznę zbolałym wzrokiem. Ciężko było powiedzieć, czy te słowa były dla niego wstydliwym błaganiem o pomoc, czy może próbował zmanipulować starszego pana. Ba, sam Shinya miał wątpliwości co do swoich motywów. Świadomie na pewno nie posunąłby się do czegoś takiego, więc czemu czuł się jak najpaskudniejszy człowiek świata?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Słowa, które padły z ust mundurowych najwyraźniej ugodziły Dusikorę. Spojrzał na was z wyraźnym smutkiem w oczach i rozczarowaniem malującym się na jego twarzy. Westchnął ciężko, nieco opuszczając głowę, a entuzjazm, który towarzyszył mu jeszcze parę sekund wcześniej, gwałtownie rozbił się na drobne kawałki.
- Ach, więc to tak. Wcale nie przechodziliście przypadkiem i odwiedziliście mnie, bo mieliście na to ochotę. Cóż za smutek. Ale to oczywiste. Kto chciałby odwiedzić starego Dusikorę z własnej woli? – zapytał cicho i uśmiechnął się smutno. Westchnął ciężko i podszedł Hachiro, wręczając mu materiał, który w dotyku okazał się niezwykle miękki i lekki, jakby praktycznie nic nie ważył.
- Na ciebie powinna być dobra. To stara peleryna, ale przydatna. Wierz mi, bądź nie, ale ma niezwykłe właściwości. Ale o tym dowiesz się w swoim czasie. – odwrócił wzrok wbijając go w ciemnowłosego.
- Zraniliście mnie i powinienem was pogonić. Ale jestem słownym człowiekiem i skoro powiedziałem, że się odwdzięczę za maść, to to zrobię. Podaj mi więcej szczegółów tego, czego chcesz. Jeżeli rzeczywiście to posiadam, dostaniesz to. A potem odejdziecie. – dodał dość chłodnym tonem, powracając do skrzyni w oczekiwaniu na dalsze instrukcje.


Termin: 09.03




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Hachiemu automatycznie zrobiło się przykro, kiedy dziadek najwidoczniej poczuł to samo. Uciekł wzrokiem i  poczuł w gardle ucisk. Poczucie winy nie było mu zbyt dobrze znane, a przynajmniej nie na trzeźwo, więc zdawało się w niego uderzyć ze zdwojoną siłą.
Proszę pana, ja nie chcę, żeby pan był samotny  – W chwili, kiedy gospodarz  do niego podszedł, Hachi niemalże miauknął prosząco. Tym razem, co było dość niezwykłe, po oczach było widać, że to, co mówi, jest szczerą prawdą. Przyjął materiał, jednak ten zdawał się ciążyć w jego dłoniach. Za dużo czasu spędzał z Shinyą i wychodziło na to, że zbułczał do reszty. Nie do pomyślenia. Tak samo jak fakt, że przyszedł tu z myślą o kradzieży albo o przyszpileniu staruszka i wygrażaniu.
 T-to, ja, my… Naprawdę głupio wyszło! No i tego nie odkręcimy, ale to przecież nie znaczy, że mamy tkwić w nieprzyjemnym punkcie, hm?  – Energia wróciła. Trochę wymuszona, ale szczera. Wstał, szczerząc się niemądrze.
Mam na myśli, że długi długami, ale ja to pana lubię. Nie chcę, żeby pana bolało, nie? Jak akurat będę w mieście, to mogę wpadać! I jakoś trochę pomagać. Nie ma nic smutniejszego niż samotny człowiek.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Ojej, czyżby Shinya czuł się źle i podle z powodu tego, co robili i jak potraktowali staruszka? Oczywiście, że tak. Niestety nie mógł powiedzieć, że był to dla niego stan obcy. Ba, odkąd dowiedział się o swojej chorobie coraz częściej to odczuwał. Czuł wyrzuty sumienia, że ciągnie po podejrzanych barach Hachiego, że go naraża, czuł się źle sam ze sobą, jak bardzo ulegał Hunterowi. A teraz jeszcze to.
Ale zabrnął już tak daleko, że nie mógł już zawrócić. Nawet jak wewnętrznie czuł, że może powinien.
- Jest czarna, z czerwonymi, małymi kamieniami. Przynajmniej tak nam powiedziano - odparł cicho.
Spojrzał niepewnie na pelerynę w dłoniach Hachiego - kto by się spodziewał, że ten staruszek po tym wszystkim zachce im dać jeszcze coś? Zaraz uniósł wzrok na twarz przyjaciela i ujrzał w jego twarzy, że ten również nie czuje się najlepiej w związku z tym, co się działo.
Nagle drapanie w gardle się pogorszyło i nie był już w stanie powstrzymać kaszlenia. Cieszył się, że Dusikora zajmował się akurat szukaniem czy wyciąganiem rzeczy, kaszlenie na gospodarza, którego się wyzyskiwało, było dość nieuprzejme. Czuł, że mu się pogarsza, od takich ataków bolały go już płuca, miał wrażenie, że gardło niedługo zacznie nie pozwalać mu na zjedzenie czegokolwiek, jeśli nadal będzie tak obolałe.
Jeśli ten faktycznie znalazł ów artefakt i im go dał, Shinya wziął go i schował ostrożnie do kieszeni, po czym spojrzał w oczy staruszkowi.
- Nie będziemy panu zawracać głowy. Naprawdę dziękuję za wszystko. Wiem, że źle zrobiłem... tylko... nie umiem porzucić nadziei na przeżycie. Zupa była bardzo dobra. Może... może mógłby pan kiedyś ocenić moją, chętnie ją tu kiedyś przyniosę. - Skłonił się mu delikatnie, po czym rzuciwszy krótkie "do zobaczenia" wyszedł z chatki i poczekał na Hachiego.
- Czuję się jak najpodlejszy człowiek - jęknął do niego, kiedy już do niego dołączył. Dotknął przez ubranie ukrytej ozdoby, zastanawiając się, co jeszcze może ich czekać, co dobiłoby ich do końca. - Masz jego numer, prawda? Wyślesz mu hasło? Im szybciej będziemy mieć to z głowy, tym lepiej... - Z tymi słowami ruszył z powrotem w stronę ludniejszej części miasta Jak Hachi wysłał kod do Huntera, zostało im tylko czekać na dalsze instrukcje.

// Na podstawie słów Dusikory już napisałam, że ową rzecz dał, bo nie chciałam posta o samym czekaniu (czyli o niczym prawie) pisać. Jakby coś było nie tak, to dajcie znać i poprawię.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Dusikora przez dłuższy czas milczał. Widocznie nawet słowa pełne skruchy w żaden sposób do niego nie przemawiały, a niesmak poniekąd oszukania wciąż pozostawał na języku. Wysłuchawszy słów Shiny'i dokładniej opisujących opaskę, skinął lekko głową i powrócił do swojego kuferka pełnego skarbów, w którym zaczął poszukiwania. Po upływie jakiś dwóch minut wreszcie się wyprostował i rzucił w stronę ciemnowłosego upragniony artefakt.
- A teraz zniknijcie. - powiedział chłodno, odwracając głowę i wpatrując się w okno, zz którego wlewała się czerń nocy.
- Wystarczyło nie oszukiwać. Wystarczyło powiedzieć od początku, o co wam chodzi. I nie oszukujmy się. Nigdy już tutaj nie zajrzyjcie. - dodał cicho i machnął ręką w waszą stronę, chcąc się was jak najszybciej pozbyć. Nie mieliście innego wyboru, jak opuścić jego dom. Nawet nie spojrzał na was na odchodne ani nie wypowiedział ani jednego więcej słowa. Najwidoczniej wasze zachowanie i prawdziwy cel wizyty, tak skrzętnie ukrywany przez cały czas dotkliwie go dotknął. Ale najważniejsze, że mieliście to, po co przybyliście, nieprawdaż?
Podróż do domu okazała się o wiele dłuższa, niż powinna. Kiedy dotarliście do siebie, na zegarze wybiła dokładnie dziesiąta trzydzieści osiem rano. I chociaż jedyne, o czym człowiek w tym momencie marzył był prysznic i wygodne łóżko, tak wiadomość zwrotna od Huntera skutecznie odwiodła was od tego. Spotkanie miało odbyć się w klubie, gdzie po raz pierwszy go spotkaliście. O dwunastej, czyli w samo południe. O tej porze nie powinno być tak wielu ludzi, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że uda wam się to szybko załatwić. O ile po drodze nie pojawiają się dodatkowe komplikacje.
Na miejsce dotarliście o jedenastej czterdzieści osiem. W klubie panował względny spokój, a ciszę burzyła jedynie cicha, kojąca muzyka. Oprócz was w pomieszczeniu znajdował się jedynie barman czyszczący jeden z kufli, oraz dwóch, dziwnie ubranych mężczyzn, którzy w żadnym wypadku nie zwracali nas was uwagi. Droga na górę nie była tym razem odgrodzona. Nie pilnowało ich żadnych ochraniarzy.
Łatwo. Zbyt łatwo
Zwłaszcza, że na kanapie siedział Hunter. Sam. Samotny. Bez nikogo dookoła.
- I? - zapytał krótko wbijając w was swoje spojrzenie.

Termin: 19.03




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 5 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Powrót do góry