:: M3 :: Centrum

Strona 9 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Kyōryū on 18.06.17 16:50
— Aha, czyli chcesz tylko zebrać zasłużone baty i oczyścić sumienie? No proszę. Ciekawie.
Nie pozostawał w tyle — jego uśmiech również był kwaśny i jadowity.
Aha – podjął niemal tym samym tonem co ona, choć dodał od siebie szczyptę złośliwości. — Czyli wolisz dalej wbijać wzrok w buty za każdym razem, jak mnie zobaczysz i do zakichanej śmierci udawać, że w sumie cię to obeszło? No nieźle. Ciekawie, Verity.
Odsunął ręce od zimnego kubka i skrzyżował przedramiona na stole. Pochylił się do niej; nie na tyle bezczelnie, aby wejść w jej strefę komfortu, jednak wystarczająco, żeby uznać rozmowę za rozpoczętą. Wzrok skierował od razu na jej oczy, próbując wyłapać spojrzenie, za którym dawniej tak szalał, choć nie liczył przy tym na ujrzenie własnego odbicia w pozytywnym świetle – był przegrany i taki stan rzeczy zaakceptował już w szkole wojskowej. Gdy w pokoju nie słychać niczego prócz świstu wiatru za oknem, myśli okazują się wyjątkowo głośne i stanowcze.
Tym przegrałeś bitwę, żołnierzu.
Ruuka uśmiechnął się szerzej, wydając ciche parsknięcie.
Inaczej to sobie wyobrażałem. – Pociągnął po chwili, wyzbywając się już wszystkich zgorzkniałych tonów. — Udawałabyś, że się nie gniewasz, gdybym nie szarpnął przypadkiem za odpowiednią strunę?Jak poetycko, skarcił się w myślach, na krótki moment żałując odezwania się. Na krótki, bo zaraz uniósł dłoń i złapał końcówkę słomki w palce, bezwiednie zaczynając ją obracać – to wystarczyło, żeby wyrzucić z głowy niepotrzebne komentarze.
W szkole wojskowej uczono go tego, czego uczono w szkołach „zwykłych”, bo wbrew ogólnej opinii, żołnierz nie może okazać się kretynem dodającym dwa do dwóch na palcach, jednak dwa miesiące wystarczyły, żeby zdał sobie sprawę, że jego świta popada w skrajności. Nauczyciele byli wymagający na tyle, by szare komórki nie poumierały z nudy, ale trenerzy wyciskali z nich siódme poty; koniec końców nie pozostawało nic prócz wyczerpania. Poranny trening stawiał Ruukę na przegranej pozycji, gdy wchodził do klasy i dostrzegał siedzącą za biurkiem matematyczkę. Gdy wreszcie siadał za ławką myślał tylko o tym, jak ścierpnięte i obolałe ma mięśnie; nie do czego służy obliczanie delty i pierwiastkowanie.
Teraz widział różnicę.
Sposób uczenia Verity był prosty i przystępny. Bardziej ludzki. Gdyby jednak to przyznał na głos, czara by się przelała. Gniew i tak sięgał już milimetr nad linią naczynia i dodatkowa kropla rozdrażnienia oznaczałaby wylew wszystkiego, co teraz kładło się niesmakiem na ustach.
Ale tak. Wolałem mieć czyste konto, niż dalej to przeciągać. Zaciskałem już zęby. – Jakby na potwierdzenie tych słów puścił pogniecioną u wylotu słomkę i postukał palcem tuż przy swojej żuchwie; po uśmiechu nie było śladu, dało się za to dostrzec napięte mięśnie szczęki. W swoim scenariuszu Ruuka czekał na cios, który miał nadejść lada moment.
A zamiast tego mruczałaś i potakiwałaś. Kurewsko źle widzieć cię taką. Bezbronną, zranioną... – Spauzował, pozwalając na to, by jeszcze kilka kliknięć wskazówki przecięło nagłą ciszę. Dopiero po tym zalegające w płucach powietrze przecisnęło się przez zęby Ruuki formułując w przeciągłe westchnięcie. — A może było ci to obojętne? – Opuścił dłoń z powrotem na blat; palce kurczowo zaczepiły się o rękaw przeciwległego ramienia, tuż nad łokciem. — Nie żal ci było skończenia tego, czego sama nie chciałaś pociągnąć. Jakie to proste. Mój wyjazd musiał ci być szczególnie na rękę.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Verity on 18.06.17 17:53
Wypuściła powietrze przez nos w marnej namiastce bezradnego śmiechu. Pokręciła głową, kierując wzrok gdzieś na blat stołu. Patrzenie drugiej osobie w oczy zawsze było dla niej dość kłopotliwe. Uchyliła usta, jakby chcąc coś powiedzieć, po czym zawarła je z powrotem, zaciskając wargi niemal do białości.
Wydech.
Wdech.
I znów, choć powietrze wypełniło płuca, struny głosowe zgłaszały gotowość, żaden dźwięk nie przerwał chwilowej ciszy przy stoliku pod oknem. Pod burzą zielonych włosów, pod osłoną czaszki, w centrum dowodzenia całego organizmu, doszło najwyraźniej do poważnego zwarcia. W plątaninie myśli nie była w stanie wychwycić ani jednej, która nadawałaby się do sformułowania w zdanie i wypowiedzenia na głos. Zwykle nie mówiła wiele, bo nie miała na to ochoty. Teraz, mimo najszczerszych chęci, nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Powinna w tej chwili bez skrupułów wyrzucić siedzącemu naprzeciwko chłopakowi, o jaki stan emocjonalny ją przyprawił. Problem był jednak w tym, że nawet dla niej samej wydawał się on zbyt zagmatwany i niejednoznaczny. Złościła się na niego przez długi czas, bo przecież zniknął bez słowa, z dnia na dzień, nie racząc o niczym uprzedzić. Najpierw wciągnął ją w bardzo angażującą znajomość, a potem nagle zostawił. Teraz przyszedł znienacka i zachowywał się tak, jakby w dwóch zdaniach dało się wszystko naprawić i zapomnieć. Z drugiej strony, jak mogłaby się na niego gniewać? Przecież do licha, ślubu ze sobą nie brali. Nie miał obowiązku utrzymywać jej na bieżąco ze swoim życiem. Koniec końców tylko się razem uczyli. Skończyła się potrzeba, skończyła się szkoła - ich drogi się rozchodziły. Naturalna kolej rzeczy.
W takim razie dlaczego było jej tak bardzo żal?
Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, właściwie na żadne inne też nie. Trwała w stanie ogromnej, chaotycznej kłótni z samą sobą, jak więc mogłaby się pokusić o rozwiązanie świeżo wyciągniętego na wierzch konfliktu? Dwa fronty na raz to było jednak trochę za wiele jak na jedną nieprzystosowaną społecznie dziewczynkę.
Zgrzytnęła zębami, sfrustrowana własną bezsilnością. Jakie to było dobijające, nie potrafiła nawet nic składnego odpowiedzieć.
Chociaż w sumie, po co przejmować się stylem i składnią? Nie lepiej wyrazić to, co powinno zostać wyrażone, raz a dobrze, raz na zawsze? Wyrzucić wszystko to, co kłębi się w środku, choćby i nie po kolei, może trochę niezrozumiale, może w nieco zbyt bezpośredni sposób. Ale przynajmniej miałaby to już za sobą. Czemu miałaby nie spróbować?
Drgnęła lekko, podnosząc głowę. Mało co w życiu kosztowało ją tyle odwagi, co spojrzenie prosto na swojego rozmówcę. Orzechowe oczy znalazły się naprzeciwko czarnych na sekundę, dwie, trzy. Spodziewała się, że mimo krótkiego aktu brawury, szybko ucieknie; zaskoczyła jednak samą siebie - nie potrafiła oderwać wzroku. Nie miała nawet świadomości, jak bardzo żałośnie w tym momencie wygląda: zagubiona, roztrzęsiona, na skraju kompletnego załamania. Do sieci wewnętrznych pęknięć dołączyło kilka nowych rys, sprowadzając całość na skraj totalnej rozsypki.
- Nie mów tak - zaczęła słabo. W jednym miał całkowitą rację, była kompletnie bezbronna. Jej słowa już nie brzmiały jak zarzut, bardziej jak błaganie. - Nie możesz mówić, że było mi wszystko jedno. Nie było. - Krótko przycięte paznokcie przejechały po obrusie, chowając się w zaciśniętej pięści. - Byłam zła, bo poczułam się zlekceważona. Do tej pory nikt nigdy.... nie wiem. Nie starał się utrzymywać ze mną kontaktu, spędzać ze mną czasu. Dzięki tobie czułam się tak, jakbym jednak mogła mieć tu przyjaciela. Dlatego tak zabolało, kiedy zniknąłeś. Myślałam, że po prostu już nie byłam warta zachodu, rozumiesz. Zresztą jakoś przeżyłeś beze mnie dwa miesiące i nie widać, żeby ci to bardzo przeszkadzało. Nie powinnam się o to denerwować, masz do tego prawo. - Wzruszyła ramionami. Wywaliła na wierzch wszystko to, co kłębiło się gdzieś w środku i pierwsze co poczuła, to wstyd. Nie powinna była wybuchać, mieć pretensji. Opuściła wzrok z powrotem, teraz pozycjonując niewidzące spojrzenie gdzieś w okolicy wazonika z pojedynczym kwiatkiem. Skoro już wyciągnęła z otchłani to, co najgorsze, o wiele łatwiej przychodziły kolejne trudne słowa.
- Wiem, że nie najlepiej radzę sobie z ludźmi i w ogóle się nie nadaję do niczego, ale naprawdę mi na tobie zależało.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Kyōryū on 19.06.17 0:09
„Zresztą jakoś przeżyłeś beze mnie dwa miesiące”.
Cierpko to zabrzmiało; na tyle, by Ruuka cicho i ledwo widocznie poruszył ustami w mlaśnięciu jak ktoś, kto próbuje pozbyć się zbyt intensywnego smaku, jednocześnie pozostając w pełni poważnym. A co miał zrobić? Na pierwszych lepszych zajęciach z bronią palną zgłosić się na żywy cel? Zadzierzgnąć sobie pasek od spodni na szyi? Pytać ją o zgodę? Wyjazd był niezbędny. Był konieczny, aby...
Zastopował myśli.
Odchrząknął.
Jakiś mięsień drgnął mu na skroni, gdy słuchał tego, co miała mu do powiedzenia. Chciał jej szczerości? To miał. Fascynująco tak dostawać w twarz z każdą wypowiedzianą sylabą, jednak mimo tego ciemne tęczówki wpatrywały się w dziewczynę ze śmiertelnym oddaniem.
A przecież był pewien, że Verity prędko skapituluje. Jak zwykle zamruga i spuści wzrok, jej usta się zacisną, a policzki pokraśnieją, ale tym razem było inaczej i nie tylko spojrzała prosto na niego, ale przetrzymała kontakt o wiele dłużej, niż się spodziewał. Powieki lekko mu drgnęły w sekundowym, prawie nieuchwytnym zaskoczeniu, ale nic nie powiedział. Żadne słowa nie cisnęły mu się na usta i wargi wkrótce przestały się i zaciskać, i wykrzywiać – pozostały beznamiętne.
Poczuł, jak mięśnie pleców ściągają mu łopatki do tyłu, gdy zabrnęła na grząski grunt. Prawie się roześmiał. Może też z bezsilności, w końcu nie blefowała i wszystko, co mówiła, wydawało się sensowne.
Wydawało się prawdą w najczystszej postaci.
Po prostu spieprzyłeś z podkulonym ogonem.
Nie sądził już, że intencje, jakimi się kierował, mogłyby być wystarczające.
Zanim udzielił jej odpowiedzi, w porę ugryzł się w język. Miał szczęście, że włosy zdążyły odrosnąć na tyle, by w niekomfortowych sytuacjach, czyli między innymi w obecnej, rzucać wystarczający cień na jego oczy, które pociemniały jeszcze bardziej, nawet jeśli w normalnych okolicznościach wydawało się to niemożliwe. Miała go za tchórza, krętacza? Za kogoś, kto okręca sobie innych wokół palca, pobawi się, a potem wyrzuca znajdując inny cel?
„Naprawdę mi na tobie zależało”.
Gdy zamilkła, napięcie mięśni powoli i samoistnie puszczało; przestał zaciskać zęby i palce. Ramiona opadły o kilka centymetrów, odejmując mu punktów od sztywnego wizerunku.
Chłopak uniósł głowę, wypuszczając zastałe w płucach powietrze; dopiero zdał sobie sprawę, że wstrzymał dech. Jednocześnie nie mógł się jej dziwić i coraz bardziej skłaniał się ku opcji, że nie jest wściekły na jej bierność, a na siebie.
Wewnątrz czaszki wciąż rozbrzmiewało echo niektórych zdań, jakie wypowiedziała.  
„... nie byłam warta zachodu, rozumiesz”.
Byłaś, oczywiście, że tak. – Słowa padały cicho, na pograniczu mowy i szeptu. Sam smakował ich wydźwięku i kiedy wreszcie opuściły gardło, z trudem się nimi nie zadławił. Usta od razu wyraziły niechęć; na moment, bo zaraz potem rozchyliły się, gdy nabierał świszczącego wdechu. — Nie planowałem wyjazdu do szkoły wojskowej. – Usłyszał cichy trzask; bardzo podobny do szkła, na którym wyrysowała się pierwsza rysa. — Miałem to zrobić po skończeniu semestru, na spokojnie. Słyszałaś pewnie te wszystkie plotki. Zagrożenie wydawało się śmieszne i niewielkie. Przynajmniej do czasu, aż poprzedni dyktator wszystkiego nie potwierdził. To mnie tylko uświadomiło, że brnę w dobrym kierunku i decyzja, którą podjąłem na ślepo, jednak jest dobra. W końcu kto nie chciałby bronić Miasta, jeżeli koszt byłby tak niewielki? Szczególnie teraz, gdy niebezpieczeństwo okazało się realne?
Szkło łamało się pod jakimś nieludzkim naciskiem i Ruuka mimowolnie mocniej przymrużył oczy; nie odwracał jednak od niej wzroku, choć wiedział już, że jeśli zabrnie kawałek dalej, jego wewnętrzna bariera pęknie z trzaskiem tłuczonego tworzywa.
Chciał jej to wszystko mówić?
Ludzi, tak samo chętnych jak ja, była masa. Dlatego czasu miałem wciąż sporo i nigdzie mi się nie spieszyło.
Jednym, nagłym ruchem odchylił się z powrotem na oparcie, zwiększając dystans między nimi. Zerwał wtedy kontakt wzrokowy; może nawet w tej samej chwili, w której i ona odpuściła.
Wtedy przyjechałaś.
A potem?
Ruuka wbił wzrok w zegar na ścianie, wreszcie dostrzegając godzinę. Ścisk w żołądku i niesmak w ustach podpowiadał mu, że siedział tu co najmniej od godziny – w rzeczywistości minął ledwie kwadrans.
Potem spierdoliłem.
Nie mów więc, że nie nadajesz się do niczego. Nie będę cię moralizował, oboje wiemy, że słaby ze mnie psycholog. — Odsunął rękę od stołu i przeciągnął palcami po twarzy. Czuł się tak, jakby zarwał kilka nocek pod rząd; zmęczenie ciężko osiadło mu na plecach i biodrach. — Jeżeli chcesz być słaba i zależna od każdej pierdoły tego świata to bądź. Twoja sprawa. Jeżeli lubisz umniejszać swój wizerunek w cudzych oczach: droga wolna. Ale — Dłoń ześlizgnęła się na szyję; pod opuszkami czuł napięty kark. — Nie umniejszaj wagi moich wyborów, szczególnie wtedy, gdy się do nich wliczasz.
Westchnął.


I'm not surprised.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Verity on 19.06.17 13:04
Pytać o zgodę? Nie, to nie o to chodziło. Verity nie była żadnym autorytetem ani organem zwierzchnim, od którego trzeba by było dostać zielone światło przed każdym działaniem. Co to, to nie - ale może należało się odezwać? Spójrzmy prawdzie w oczy, gdyby nie dzisiejszy zbieg okoliczności, mogliby się nie zobaczyć przez najbliższych kilkanaście lat. Tylko dzięki kaprysowi losu świeżo upieczony rekrut trafił idealnie na tę kawiarenkę, w której po raz jedyny w ciągu życia przebywała jego niegdysiejsza korepetytorka. Przypadek sprawił, że dała się wyciągnąć do Malinowego Chruśniaka znajomemu, którego po kilku minutach spotkania gdzieś wtopiło.
Gdyby się tak temu bliżej przyjrzeć, chyba ciągnęło się za nią fatum znikających znajomych.
Może tak po prostu musiało być?
Brak pewności siebie był jej cechą charakterystyczną niezmiennie od wielu lat. Pesymizm w stosunku do samej siebie wszedł jej w krew tak mocno, że czasami mówiła rzeczy, w które sama wcale nie wierzyła. Albo wierzyła od czasu do czasu, gdy napadał ją gorszy nastrój. Nie bez powodu wciąż chodziła na terapię, a trzeba przyznać, że ta przynosiła coraz widoczniejsze efekty. Greenwood nosiła się nawet z postanowieniem, by doprowadzić się do odpowiednio dobrego stanu i móc zrezygnować z regularnych wizyt u psychologa. Zdecydowanie nie zamierzała borykać się z widmami przeszłości do końca życia. Może i miała słabą psychikę, ale rozsądny Los obdarzył ją dla równowagi mnóstwem dobrej woli. Jeżeli mogła w sobie coś zmienić na lepsze - chciała to zrobić, nawet gdyby miało jej to zająć pół życia.
Bezszelestnie zsunęła rękę ze stołu i oparła się plecami o krzesło. Wykazała się niespotykaną dla siebie odwagą, to fakt, ale wraz z tym brawurowym czynem zrodziła się silna chęć ucieczki. Wstać i wybiec z krzykiem byłoby trochę niezręcznie, stąd odsunięcie się o te kilkanaście centymetrów było bezpiecznym kompromisem. Nie było co prawda w stanie uspokoić łomoczącego w żebrach serca, spowolnić spłyconego oddechu ani scalić w jedni popękanej duszy, ale na kilka krótkich sekund dało zielonowłosej poczucie, że chociaż cząstka obecnej sytuacji jeszcze podlega jej własnej kontroli. Nie mogła dopuścić do tego, by stracić panowanie nad sobą.
Szczupłe palce zacisnęły się wokół brzegu plisowanej spódniczki, rujnując efekt żmudnego prasowania zakładek. I tak nie lubiła chodzić w tym stroju, nawet nie było jej żal. Nie w głowie było jej teraz myślenie o kolejnych kilkudziesięciu minutach, które będzie musiała spędzić na doprowadzeniu szkolnego mundurka do stanu używalności. Najpierw powinna siebie doprowadzić do porządku.
- Wtedy przyjechałaś.
Do tej pory przysłuchiwała się wyjaśnieniom bez żadnego dodatkowego ożywienia. Trudno było się nie zgodzić ze szlachetnymi intencjami Ruuki. Może gdyby sama miała jakieś przydatne umiejętności albo chociaż do nich zacięcie, zainteresowałaby się wsparciem pracy Miasta. Władze czasem przyjmowały młodocianych ochotników do wykonywania prostych zajęć, tak że każdy chętny mógł w jakiś sposób wspomóc rozwiniętą machinę rządzącą M-3. Był nawet taki czas, że zastanawiała się nad karierą naukową, w końcu materie ścisłe i świat przyrody nie były jej obce.Do tej pory jednak te opcje pozostawały w sferze przypuszczeń i marzeń, tak jak i inne potencjalne ścieżki rozwoju. Póki miała na głowie szkołę, na wybór dalszej przyszłości pozostawał jeszcze czas. Nie trafił się też żaden bodziec, który sprowokowałby ją do podjęcia ostatecznej, albo chociaż jednoznacznej decyzji.
Dlatego tak zaskoczyło ją to wtrącenie. Zabrzmiało to trochę tak, jakby jej przyjazd miał jakiś wpływ na wybory starszego, co brzmiało odrobinę absurdalnie. Jakie znaczenie mają uczniowie z wymiany w kwestii bezpieczeństwa Miasta?
- E? - Przekrzywiła głowę, przypatrując się chłopakowi z zaskoczeniem. Starała się zrozumieć jego intencje, ale w tym momencie opowieści wyraźnie się zagubiła. - A jakie to ma znaczenie?
Dlaczego to w ogóle ma mieć jakieś znaczenie?
- Jeżeli chcesz być słaba...
- Nie chcę - wtrąciła na wpół szeptem. Bezwiednie złapała luźno zwisający kosmyk zielonych włosów i zaczęła szarpać nim nerwowo w dół. Była jak najbardziej świadoma swojej słabości oraz tendencji do wyszukiwania w sobie wad. Wiedziała o tym i nad tym pracowała, ale najwyraźniej zajmowało jej to dłużej niż przeciętnemu człowiekowi. Akurat w tej dziedzinie nie miała do siebie żalu - w końcu lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, jak bardzo się stara. Mogłaby swobodnie przyznać sobie medal za dobre chęci, ot co.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Kyōryū on 21.06.17 11:23
— E?
Jak zawsze elokwentnie.
Po tych kilku miesiącach powinien przywyknąć do mało... skomplikowanych odpowiedzi zielonowłosej; choć w trakcie korepetycji nie obowiązywały jej nałożone przez umysł ograniczenia, dzięki czemu mogła wykazać się aż nadzwyczajną błyskotliwością, tak przy rozmowach mających na celu „zacieśnienie kontaktów międzyludzkich” Verity figurowała gdzieś między płytą chodnikową a kawałkiem styropianu. Czasami nie mógł się nadziwić; mechanizmy obronne dziewczyny działały aż do bólu dokładnie. Kiedy jemu tak wiele słów przepychało się przez gardło i tylko cudem panował nad słowotokiem, ona potrafiła przełykać wszystko, co ciskało jej się na usta, nawet wtedy gdy chciała wyrazić swoje zdanie. Będąc szczerym przed samym sobą – ile tak naprawdę o niej wiedział? Prócz tego, że ciężko jej było się zaaklimatyzować, że nie lubiła imprez i szybko ginęła w tłumie mimo tak charakterystycznej aparycji? Że radziła sobie z przedmiotami ścisłymi, miała dar nauczania i kontrolę rodzicielską nałożoną na swój harmonogram dnia? Lekko ściągnął brwi. Nie znosiła ananasa. I miała kolegę, który nie wychodził z domu. Kogoś, kto prawdopodobnie objęty był specjalnym programem; szkołę już skończył. Nie uśmiechała się. Nie podnosiła głosu. Ruuka prawie wybuchnął śmiechem. I on twierdził, że nic o niej nie wiedział? To były drobnostki; błahe sprawy, na które zazwyczaj nie zwracało się uwagi, ale jemu werżnęły się w pamięć na amen. Może dlatego, że tak mało o sobie mówiła – kiedy przełamywała barierę, każda informacja wydawała się cenna.
A był przecież czas, gdy łatwiej jej się było przemóc. Ten monolog w klubie karaoke chociażby – wtedy poznał kilka ciekawostek na jej temat. Ale teraz? Teraz znów wytoczył się mur między nimi. Zbyt szeroki, aby go ominąć i zbyt wysoki, aby przeskoczyć.
— A jakie to ma znaczenie?
Wzruszył barkami. Mur jest bronią obosieczną.
Ma konkretne. — Jakby na potwierdzenie swoich słów uniósł rękę i machnął nią niedbale w powietrzu, zataczając okrąg na wysokości swojego ramienia. W kawiarni było dużo ludzi. Co najmniej połowa z nich miała zasięg szerokiego rażenia i nieciężko byłoby usłyszeć to, o czym rozmawiają Ruuka i Verity; co jednocześnie niekoniecznie było do wglądu dla ich ciekawskich umysłów i na to nacisk położył Kyouryuu. — Ale to rozmowa na inną okazję.
Może na nigdy, dorzucił z nagłym rozbawieniem, obrzucając dziewczynę trochę bardziej zaintrygowanym spojrzeniem. Jej usta ledwo się poruszały, a szmery dookoła skutecznie zaniżały możliwość usłyszenia tego, co wyburkiwała pod nosem, jednak Ruuka zdawał się wiedzieć, do czego dąży rozmowa. Na upartego mógł uznać, że był przyzwyczajony do tego, by wszystko z niej wyciągać; że czasami trzeba było bezczelnie się jej przyglądać, by wyłapać znaki.
Więc nie bądź – odparł po kilku chwilach ciszy, gdy każdy rozmówca uznałby, że temat został pogrzebany w połowie. — Co takiego miałoby cię przerosnąć? Poza tym masz przecież mój numer. Jeżeli coś by się działo w szkole, wystarczy zadzwonić. Jeżeli działoby się cokolwiek. — Na krótki moment w oczach Ruuki odbił się blask; miał w sobie coś ze starego zapału, ale przykryty został jakimś aroganckim fragmentem jego nowego „ja”. — Nie mam zamiaru z ciebie rezygnować, Verity. Nawet jeżeli dzielą nas dziesiątki kilometrów. — Spojrzenie nabrało ostrości, gdy wypowiadał te słowa. — Może zwłaszcza wtedy.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Verity on 21.06.17 15:40
- Na inną okazję, powiadasz.
Wtłoczyła łokcie na stół, a na dłoniach oparła głowę. Teraz dolną połowę jej twarzy zasłaniały zaplecione w koszyczek palce, ale kontakt wzrokowy pozostał niezmieniony. Imponujące, jak długi już czas wytrzymywała bez uciekania na boki. Zazwyczaj wystarczyło kilkanaście, nawet kilka sekund, by ulegała własnej słabości i salwowała się ucieczką z pola bitwy. W tej chwili nawet jeżeli gdzieś w głębi słyszała cienki głosik nawołujący do kapitulacji, był to tylko niewiele znaczący szmer w koszarach. Nie ulegało wątpliwości, kto tym razem ma stopień generała.
Pozwoliła, by jeden kącik ust podskoczył do góry w zaczepnym uśmieszku. Stara, dobra, prawdziwa Verity zaczynała wydobywać się na powierzchnię spod ochronnej skorupki.
- No to niech będzie przy innej okazji. Tylko nie zapomnij. Nie wyobrażaj sobie, że tylko tobie wolno wyciągać informacje ze mnie - dodała z rozbawieniem, choć jednocześnie mówiła całkowicie serio. Mur działa w obie strony, to racja; ale też z obu stron można na niego napierać tak długo i wytrwale, aż wreszcie ustąpi. Może to nie był odpowiedni czas i miejsce na dokładne roztrząsanie pewnych kwestii, jednak skoro zostały one już uszczknięte, to nie należało ich pozostawiać bez podsumowania. Nawet dzieci wiedzą, że raz otwarty karton mleka zepsuje się szybciej, niż ten pozostawiony w stanie nienaruszonym.
Podniosła wzrok nieco wyżej, zerkając w kierunku osób siedzących przy innych stolikach. Nawet nie zdążyła zauważyć, kiedy hałaśliwą, radosną rodzinkę z dziećmi na miejscu najbliżej kontuaru zastąpiła para statecznych emerytów. Do samotnego pana w średnim wieku dołączył drugi i teraz rozmawiali przy kawie, przekładając na swoim stoliku jakieś dokumenty. Grupka nastoletnich dziewcząt, wcześniej usytuowana po lewej od wejścia, teraz zniknęła.
Trudno uwierzyć, że czas mijał tak szybko i nagle z dwóch minut robiło się dwadzieścia. Co zabawne, choć zazwyczaj nie pozwalała cennym sekundom przeciekać przez palce, tak w tej chwili mogłaby je bez żalu wypuścić i jeszcze pomachać im na pożegnanie. Było jakoś tak... dobrze i miło, pomimo gwaru rozmów, przelewającego się przez drzwi tłumu ludzi i srokopisiatego wystroju. Na ogół już nawet jeden z tych trzech czynników sprowokowałby ją do sprawnego odwrotu i zaszycia się we własnych czterech ścianach. Zastanawiające.
Opuściła ręce na blat, krzyżując przedramiona. W zamyśleniu załapała wewnętrzną część wargi między zęby, pląsając przy tym wzrokiem po innych klientach kawiarenki. Dopiero kolejne zdanie ściągnęło ją na ziemię, gdy po chwili ciszy zaczynała powoli odlatywać w krainę myśli. Na twarz Verity wystąpiło rozbawienie, tak rzadko widoczne w zastępstwie stonowanego uśmiechu.
- Oj zdziwiłbyś się, ile rzeczy mnie przerasta, albo przynajmniej próbuje. Ale - wycelowała w Ruukę palcem wskazującym. - coraz lepiej sobie radzę. Jak dobrze pójdzie, może do końca szkoły będę mogła mieć z głowy terapię.
W sumie to nie pamiętała, czy wspominała kiedykolwiek o swoich regularnych spotkaniach z psychologiem. Nie miało to jednak aż tak wielkiego znaczenia, skoro była o krok od zakończenia tego etapu i z owego faktu była niezmiernie dumna. Jak by nie było, przetrwała ponad rok cotygodniowych spotkań u pana Masatoshiego, a wcześniej u Eddiego, jeszcze w M-1. To nie tak, że nie lubiła się w nimi widywać; miała szczęście, bo obaj panowie byli niesłychanie sympatyczni. Niestety, konieczność opierania się na pomocy terapeutycznej była sygnałem wciąż jeszcze braku u młodej Greenwood samodzielności, która to cecha nie była jedną z tych, z jakimi chciałoby się wkraczać w dorosłość. Potrafiła wyjść na swoje w wielu dziedzinach życia, czemu więc nie w tej? Musiała tylko dać sobie czas, żeby to osiągnąć.
- W takim razie, żadnego rezygnowania. Trzymam za słowo.
Spojrzała na starszego kolegę, rozpromieniona jak dziecko wyciągające prezenty spod choinki. Właśnie tak wiele było w stanie zdziałać kilka bardzo prostych, ale szczerych słów. Zielonowłosej aż przypomniała się dawna przyjaciółka, która na pożegnanie powiedziała coś bardzo podobnego. Ver nigdy nie wątpiła, że Hope też pamięta, wspomina i dokłada wszelkich starań, żeby jeszcze kiedyś się zobaczyć. To był właśnie jeden z tych rodzajów więzi, których nawet dystans geograficzny czy czasowy nie był w stanie osłabić.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Gość on 24.06.17 1:00
Ciężko było mu się odnaleźć w nowym miejscu. Mieszkał tu od zaledwie, a może aż, kilku miesięcy, a wciąż potrafił zgubić się ulicę od własnego domu, nie mówiąc już o dalszej okolicy, w którą przyszło mu zawędrować. Teraz poza zmęczeniem po nieprzespanej nocy i z winy bardzo długiego spaceru, doszło jeszcze zamieszanie po skręceniu nie w tą uliczkę w którą powinien. Na telefonie odpalił nawet mapę, próbując powrócić na właściwą drogę, ale widząc znaczek kawiarni, postanowił uspokoić obolałą łepetynę. Nagle całe jego ciało zaczęło wewnętrznie krzyczeć jedno proste słowo: kawy. Na ogół jej unikał, ale bywały momenty, w których potrzebował jej bardziej niż ryby wody. Poza tym, przydałby się odpoczynek, choćby na te parę krótkich minut. Nogi niedługo pewnie odmówiłyby posłuszeństwa, choć przecież były przyzwyczajone do niezmordowanego biegu przez przeszkody. Kawa i chwila przysiadu. Dwie rzeczy, których nagle wyjątkowo potrzebował.
Wchodząc do środka nie miał pojęcia jak wielkim magnesem na zbiegi okoliczności jest owe miejsce. Jego świadomość była tak przymulona, że z początku wszyscy w środku wydawali się być identyczni, choć w różnym wieku. Nie rzuciła mu się w oczy nawet znajoma czupryna, której przecież nie miał co wyszukiwać. W M-3 było tyle ludzi, że miał nikłe szanse na odnalezienie drobnej postaci, a przecież obiecał Hope, że to zrobi. Kogo oszukiwał... Sobie samemu obiecał, że ją znajdzie, choćby miał biegać po ulicach z lornetką jak ostatni pedofil. No, w sumie nie była już dzieckiem. Od ponad dziesięciu lat nie przegapił żadnych urodzin brązowookiej i czułby się dziwnie gdyby minął się z kolejnymi, zwłaszcza mając jak zwykle prezent dla niej. Nawet dwa - w końcu Hope wcisnęła mu pakunek w ręce kiedy wyjeżdżał ze swojej ojczyzny.
Prawie jak zmora dotarł do lady, w połowie drogi zsuwając z uszów słuchawki. Muzykę wyłączył chwilę wcześniej, a niegrzecznie byłoby w takim miejscu udawać, że się niczego nie słyszy. Po uprzejmym powitaniu złożył zamówienie - mrożone latte, pod żadnym pozorem bez wkładki z kiwi. Do kompletu brakowało mu tylko odwiedzin ciotki Duszność. Zapłacił od razu, nie planował zostawać tu na dłużej niż było to konieczne.
Padł przy jednym z wolnych stolików, z torby wygrzebał szkicownik i ołówek. Przy okazji mógł przecież poszukać natchnienia do jakiegoś nowego obrazu, nic go to nie kosztowało, a chociaż zabiłby czas oczekiwania na zamówienie. Odruchowo łapiąc tępą końcówkę w zęby, zaczął się leniwie rozglądać odrobinę nieprzytomnym wzrokiem. Ludzie przesuwali się, odrzucani przez artystyczne oko, wizja lekko zaczęła się naświetlać, gdy nagle rozwiała się i zniknęła, przepłoszona przez zieleń wybijającą się pomimo różowo-zielonych ścian. Zamarł, a razem z nim zamarło chyba jego serce, kiedy uświadomił sobie, że jakimś cudem znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu.
Patrzył na Verity jak miłośnik słodyczy w samym środku cukierni. No, może nie tak nachalnie i bez ślinotoku. Ale patrzył, zastanawiając się czy nagle nie zaczął śnić i nie mogąc oderwać wzroku.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Kyōryū on 04.07.17 10:41
Uśmiechnął się, trochę na wyrost. Nie należał do osób szczególnie wylewnych – przynajmniej nie od czasów podstawówki – i za każdym razem, gdy wreszcie zmuszał usta do wygięcia się w półuśmiech, wyglądał jak ktoś, kto z trudem powstrzymuje zwrot zeszłotygodniowej kolacji. Przynajmniej było tak, od kiedy pierwszy raz poczuł ciężar glocka. Od tego momentu ciążyło mu wszystko – włączając w to kącik ust.
Słowo „terapia” pociągnęło za dawno zastałą strunę i na kilka sekund w jego oczach pojawiło się niezrozumienie. Wiedział coś o jej terapii? Wyglądał jak ktoś, kto został postawiony przed faktem dokonanym w najmniej sprzyjających do tego warunkach, chociaż bez wątpienia mogła to być tylko gra świateł, bo już po chwili – wystarczyło pojedyncze mrugnięcie młodej Greenwood – ciemne oczy Ruuki przybrały ten sam wyraz. Uśmiech natomiast był niezmywalny. Był wizytówką. Oczywistym hasłem: wszystko jest świetnie. Wszystko gra. Rewelacja.
Oczywistym tak mocno, jak jej terapia.
Po ataku na dachu spodziewał się po niej niemal wszystkiego – od histerycznego płaczu, pełnego zbyt szybkich wdechów i zbyt powolnych wydechów, po apatię przez którą ciężko byłoby ją odróżnić od głazu gdyby stanęła tuż przy nim.
Teraz wydawała się jednak szczęśliwsza. Może dlatego, że sprawy przestały mieć tak intensywny przebieg. Albo dlatego, że znudziło ją czekanie na niemożliwe. Albo znalazła w szkole kogoś, kto był równie gadatliwy i niemożliwy do zdarcia, jak on sam kilka miesięcy wstecz.
Zacisnął zęby jeszcze silniej, spuszczając mimowolnie wzrok.
Po moim trupie.
Nie potrafił utrzymać już uśmiechu (w sumie szczękościsku), choć jego sylwetka nie wydawała się napięta. Ramiona miał opuszczone i rozluźnione, a wzrok spokojny. Wystarczyło, by dodał do tego zmianę miny na bardziej neutralną, a powróciła do łask naturalność w gestach.
„Trzymam za słowo”.
Kyouryuu usłyszał jej słowa, ale umysł przestał pracować tak intensywnie, jeśli chodzi o kodowanie wypowiadanych przez Verity zdań. Musiał zrobić cokolwiek, więc od niechcenia raz jeszcze rozejrzał się dookoła z myślą, że całe to wnętrze kompletnie do niego nie pasuje. I pewnie na tym stwierdzeniu by skończył, zmuszając się do zaczęcia kolejnego tematu, gdyby nie natrafił na nową postać.
Rozplótł wtedy palce i przylgnął nimi płasko do blatu stołu jak ktoś, kto tylko przygotowuje się do tego, by na sygnał poderwać się na nogi, jednak nic nie wskazywało na to, by Ruuka miał zamiar gwałtownie podnieść się z krzesła.
Nie może być.
Znasz go? – Usta poruszyły się samoistnie. Nie powrócił oczami do rozmówczyni – z jakichś powodów wolał mieć na uwadze nieznajomego, niemal chętny do wzrokowej konfrontacji. Może wtedy przestałby się tak w nich wgapiać. Prawie się zaśmiał. Nie, nie w nich. W nią. Gość był ewidentnie poza ramą świata realnego i jeśli jeszcze kilka sekund przeciągnie to łapczywe rozbieranie Verity spojrzeniem...
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Verity on 04.07.17 16:02
Aż chciałoby się sfotografować ten obrazek: panna Greenwood ze szczerym, radosnym uśmiechem na twarzy. Zniknęła gdzieś zwyczajowa apatia, cień niepewności i zagubienia gdzieś w głębi źrenic. Można powiedzieć, że na chwilę wyglądała jak nie ona. Choć najczęściej kuliła się przed wzrokiem innych ludzi i zbywała próby rozmowy półsłówkami, obecnie przeżywała pełen rozkwit. Dlaczego? Jak? Sama nie miała zielonego pojęcia. Ale póki ten dobry stan trwał, to zamierzała się nim cieszyć.
Nawet, jeżeli jej rozmówca wyraźnie tracił humor.
Uśmiech na twarzy zielonowłosej zelżał nieco, ale wciąż pozostał na swoim miejscu. Przekrzywiła głowę, przypatrując się starszemu chłopakowi. Na oko Ver wyglądał tak, jakby wciąż go coś frustrowało. Nosiła się z zamiarem zapytania, czy o coś konkretnego chodzi, ale żaden moment nie wydawał się właściwy na przerwanie panującej między nimi ciszy. W przerwie między wymianą słów do uszu dziewczyny docierał gwar rozmów przy innych stolikach, brzęk naczyń, stukotanie obcasów i miękkie kroki stóp obutych w trampki, odgłosy samochodów przejeżdżających za oknem i wreszcie dźwięk umieszczonego przy drzwiach dzwoneczka.
Na początku nie zwróciła uwagi na to, że do kawiarenki przyszedł kolejny klient. W ciągu ostatnich trzydziestu minut przewinęło się ich naprawdę bardzo wielu, więc gdyby miała spoglądać na każdego, dawno ukręciłaby sobie szyję. Była za bardzo zajęta analizowaniem wyrazu twarzy Ruuki, w którym nadal coś jej dziwnie nie pasowało. Jakby jakiś dzwon dzwonił, ale nie mogła dojść do tego, w którym kościele. I kiedy już-już coś zaczęło świtać na horyzoncie, podążyła wzrokiem za odwróconym w kierunku innego Kolejna twarz, która była znajoma w ten sposób, w który zdecydowanie znajoma być nie powinna. Albo może inaczej: powinna, ale jednocześnie to podobieństwo było niepokojące.
Chłopak siedzący przy stoliku obok wyglądał kropka w kropkę jak Will Hayes. Ale co u licha Will, stary znajomy Ver z czasów piaskownicy, mógł robić w M-3? O ile to w ogóle był on, a nie idealny sobowtór. Wlepiła w niego zaskoczone spojrzenie, przez jakiś czas bojąc się nawet mrugnąć. Uparcie wyszukiwała jakiejkolwiek cechy, która powiedziałaby, że to jednak nie on. I to nie tak, że nie lubiła Hayesa. Był całkiem w porządku, nawet jeśli nie znali się szczególnie blisko. Był zawsze miły i nie przegapił żadnych urodzin panny Greenwood. Sęk był jednak w tym, że był częścią pewnej przeszłości z jej życia - tej, o której tak usilnie chciała zapomnieć, od której chciała się odciąć i zacząć od nowa. To dlatego przefarbowała włosy, wyjechała do innego miasta, kazała się nazywać drugim imieniem. A teraz kilka metrów dalej siedział ktoś, kto poznał jako małą blondyneczkę, roześmianą i energiczną Daisy.
Nie podobało jej się to.
- Znam... chyba - zaczęła niepewnie, marszcząc brwi. Facet bez wątpienia się jej przyglądał, co pozwalało przypuszczać, że też ją rozpoznał. A to dawało jeszcze mniej szans na to, że ów chłopak jednak Willem nie był. Miała co do tego bardzo mieszane uczucia, a po poprzednich przejściach były one ostatnim, czego by jeszcze potrzebowała.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Gość on 04.07.17 22:35
Była tam. Była i patrzyła prosto na niego, a on dostał nagle paraliżu. Tylko serce łomotało jak oszalałe, kiedy oczy nie widziały niczego poza nią. Nawet szum tła przycichł, kiedy przez te dziwnie ciągnące się sekundy widział jej twarz, jeszcze przed chwilą uśmiechniętą, teraz z innym wyrazem. Sparaliżowało mu mózg, nie miał pojęcia co w tym momencie mogła czuć zielonowłosa. Jeśli w ogóle go rozpoznała, to w jej głowie mogło siedzieć wszysko - w końcu nie widzieli się dłuższy czas niż zazwyczaj, do tego z jakiegoś powodu uciekła od poprzedniego życia, którego był, chcąc nie chcąc, elementem. Nie wiedział tylko jakie wspomnienia wiązały się z jego osobą, zawsze próbował trzymać się na uboczu i nie wchodzić jej w drogę, przez ponad dekadę. A nadal wspomnień mogła mieć wiele.
Zamrugał szybko, zupełnie jakby nagle wyrwał się z nieznośnego zagapienia przydarzającego się zmęczonym osobom. Uśmiechnął się lekko, jakby nieco przepraszająco i przemknął spojrzeniem gdzieś indziej, nie chcąc naruszać przestrzeni Daisy. Tak. Dla niego zawsze pozostawała Stokrotką, wesołą blondynką bawiącą się w detektywa. Nawet, jeśli potem nagle zamknęła się w sobie i zrezygnowała z prawdziwego imienia, do czego dłuższy czas nie mógł się przyzwyczaić. Zresztą, on także w pewnym przypadkowym momencie życia stracił nagle nadmiar żywiołowości, stając się cichym i odrobinę nieprzewidywalnym chłopakiem chowającym się za sztalugą. Domyślał się, że ona nie podejdzie, nie należał przecież do ciasnego grona przyjaciół, nie miała po co witać go płaczem i tuleniem, wymianą doświadczeń z ostatnich miesięcy. Co więcej, sądził, że nawet przyjaciół najpierw potraktowałaby niedowierzającym spojrzeniem.
Zaczął skrobać coś na kartce. Z daleka wyglądało jak rysowanie czegoś drobnego, ale w rzeczywistości składał słowa - jak najzwięźlej mógł, jak najkrócej i na niezbyt dużej powierzchni. Nie chciał jej przeszkadzać, jak zwykle. Owszem, mógł podejść, zagadać, zachowywać się jak ciotka, która nie widziała cię pół roku, ale nie widział w tym najmniejszego sensu. Znał granice, których przekraczać nie powinien, a towarzysz panny Greenwood dodatkowo zniechęcał go do tego pomysłu. Oddarł więc kawałek papieru, lekko go złożył i wstał z miejsca, kierując swoje kroki znów do lady. Jego trasa przebiegała zaraz obok stolika Azjaty oraz Verity i gdy był na jej wysokości, podrzucił jej karteczkę na blat łagodnym ruchem i uśmiechnął się przyjaźnie, zerkając na nią.
"Fajnie Cię widzieć. Nie chcę wam przeszkadzać, więc napisz jak będziesz mieć czas i ochotę", głosił napis. Kończył się numerem telefonu i inicjałami W. H., dzięki czemu teraz mogła mieć pewność, że nie ma dziwnych przywidzeń.
Do stolika wracał już ze swoim zamówieniem i lekko drżącymi dłońmi, ale jakoś spokojniejszy na duchu. Jeśli nie wyrzuci albo nie zgubi karteczki, to będzie dobrze, pozostawała nadzieja, że jednak znajdzie chwilę na tak marną istotę jak on. W drugiej kolejności nadzieja była, że jakoś tak wyjdzie i Los znów ich na siebie wrzuci, ale do tego Will się tak bardzo nie przywiązywał. Gdyby w tym momencie nie rozmawiała ze swoim, jak by się zdawało, przyjacielem (bo w końcu rzadko uśmiechała się do kompletnych przeciętniaków), pewnie skorzystałby z okazji i dziękował Losowi. Zamiast tego, znów ulokował się przy stoliku i zaczął coś szkicować na pustej, naddartej kartce.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Kyōryū on 17.07.17 17:08
Patrzył się na niego spod zmierzwionych włosów, cały czas tak samo sceptyczny i rozeźlony; jak zwierzę, któremu nie w smak pilnowanie budy, gdy pani jest atakowana. Zaciskał szczęki tylko dzięki myśli, że wpadał w paranoję i gdyby zrobił szum, zrobiłby ten szum niepotrzebnie. Z drugiej strony Verity była sama od kiedy sięgał pamięcią. To dlatego do niej podszedł – w sumie to dlatego na nią poleciał – to z tego samego powodu wyciągał ją na karaoke, do sklepu, do domu. Rzecz jasna nie była „sama” w dosłownym słowa znaczeniu – zwykle czaiła się u jej boku jakaś dziewczyna albo dwie. Były jednak dodatkiem do tła. Albo to Verity była dodatkiem do tła. Zniszczenie tej niesprawiedliwej zależności, w której świat zmusza ją do bycia cieniem w błyszczącym towarzystwie, stało się dla niego czymś w rodzaju celu do osiągnięcia. Przez cały ten czas nie było nikogo innego, kto podjąłby się wyzwania.
Nie chciało mu się więc wierzyć, że przyciągnęła do siebie kolejnego chłopaka akurat teraz. Nie w innej chwili, w dniu, w którym on sam siedział na sali gimnastycznej, z rękoma ścierpniętymi od ćwiczeń i urywanym oddechem albo ścielił łóżko w akademiku na drugim końcu miasta, ze słuchawkami, których kable prowadziły do komórki wypełnionej nagraniami z lekcji angielskiego. Nie wtedy, gdy nawet nie miał jak jej zagadać i wyjaśnić tego wszystkiego, co tak nieoczekiwanie pchało mu się do gardła. Zamiast wybrać którąkolwiek dobę z ostatnich paru miesięcy, jej tajemniczy magnes zadziałał teraz.
Jak nie nazwać tego ironią losu?
Nabrał powietrza do płuc. Paranoja. Nic więcej.
— Znam... chyba.
Chyba? — Podjął akurat w momencie, w którym nieznajomy podniósł się z krzesła. Jesteś przewrażliwiony, Ruu. Cholernie przewrażliwiony. Kiedy kolana stalkera się wyprostowały, głowa Ruuki również nieco się zadarła, by mógł przyglądać się jego twarzy. Nie mógł sobie pozwolić na ominięcie żadnego gestu.
Zresztą, nie krył się z tym, że taksuje go spojrzeniem. Szczerze czułby się odpowiedniej, gdyby nieznajomy odpowiedział mu tym samym – wziął go na serio przynajmniej na tyle, żeby nie czmychnąć bokiem, udając, że wszystko jest w porządku.
Nie było. Zdecydowanie nie było i właśnie to przeświadczenie sprawiło, że gdy zainteresowany Verity chłopak chciał już wrócić do swojego stolika – w dłoniach trzymał zamówienie, ale Ruuka tak wpatrywał się w jego profil, że nawet tego nie zarejestrował – Kyouryuu zareagował instynktownie.
Podniósł się z krzesła, demonstracyjnie używając do tego siły. Plastikowe nogi szurnęły głośniej po podłodze, by zwrócić na siebie uwagę.
Hej – powiedział od razu, wyciągając rękę, żeby go zatrzymać.
Miał nadzieję, że chłopak zwróci na niego oczy.
Wszystko okej? – Mówił donośnie. Gdyby znajdowali się w klatce schodowej, głos poszybowałby w górę na wyższe piętra i zadźwięczał głucho w pionowym szybie jak dzwon. — Gapisz się. – Kącik ust drgnął, ale nie przywołał uśmiechu. Tym razem maska nie była w stanie zasłonić zniechęconej miny. — Nie tylko zresztą. – Zamilkł na moment. Kątem oka – wreszcie – zerknął ku Verity. Dobrze zrobił zatrzymując nieznajomego? Usta na sekundę się zacisnęły; zaraz potem przebiegł po dolnej wardze językiem. Zasychało mu w gardle i wiedział, że jest o krok od wykrztuszenia przekleństwa. Od rzucenia, by ten milczący, cichociemny, wgapiający się w nią koleś spierdalał w podskokach. Zamiast tego wziął kolejny wdech; przez nos. Powoli wypuścił powietrze, przymykając oczy. Zebrał myśli. Wygładził fale chaosu, które stale szumiały mu w skroniach. Po tym uchylił powieki i skierował czarne spojrzenie na twarz drugiego chłopaka.
Jeżeli masz coś do powiedzenia – droga wolna. Jeżeli nie — uśmiechnął się — zostaw ją, do cholery.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Re: Kawiarenka "Malinowy Chruśniak"

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

Powrót do góry