Strona 8 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 18/6/2016, 23:09
- Zgadza się. To mój wniosek. - nie zmieniało to wszakże jego prawdziwości. Bo czymże byłby Calamity oddarty z tej jakże wyróżniającej go cechy? Zwykłym androidem, który wymknął się spod kontroli, jednak nie wykształcił w sobie nawet indywidualności. Dlatego jeśli istniała jakaś stabilna cecha w tym wiecznie zmieniającym się dwulicowym tworze, to była to właśnie miłość do pieniędzy.
Doomsday obserwował beznamiętnie jak Cyan wstaje i sprawdza stabilność swojej nogi. Skoro już została naprawiona, wyeliminowanie go z gry okazało się trudniejsze. Dobrze, Seth nie miał pożytku ze słabego brata. Nie miał jednak powodu by go niszczyć przed dokonaniem napraw, wszak strata tak cennej jednostki byłaby niepowetowana.
Zrozumiał, że ta część wiedzy była niedostępna dla Chie. Nie pamiętał? Raczej niemożliwe. Być może nigdy się nie dowiedział. Ta możliwość była większa.
- Nie doceniasz białkowych zdolności do buntu nawet w najbardziej przegranej sytuacji. - skomentował pomysł androida. W pewnym momencie jego niewzruszona postawa została przerwana. Odwrócił się bokiem, obserwując jednocześnie Cyana i wyjście - Teraz wrócę do kryjówki bez ciebie, by nie naprowadzać opornych na właściwe wnioski, ale w odpowiednim momencie do ciebie dołączę. - sprecyzował swój plan.
- Chcesz coś dodać?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 21/6/2016, 09:44
Noga wydawała się sprawna, uszkodzenie nie było najcięższe, dla kogoś, kto już nie raz składał całe maszyny z części po tym, jak trafiły je jakieś bomby. Teraz wykonywał wszystko mniej mechanicznie, a bardziej jak... lekarz, nie zmieniało to jednak jego umiejętności, wciąż były tak samo dobrze wyszlifowane.
- To nie jest kwestia 'docenienia', a czystej analizy. Oni nie rozumieją, co miało miejsce. - Odpowiedział nieco tajemniczo, chociaż wedle jego systemu było to jedynie udzielenie krótkiej odpowiedzi, która nie zmniejsza wartości posiadanych przez nich informacji. Nawet sam Doom nie zapytał nawet dlaczego i jak to się stało, że pradawny nie żyje. Może nie obchodziła go ta wiedza, może był pewny, że to co pomyślał jest prawdą i nie potrzebuje się upewniać. To lepiej jednak, skoro nadal tkwił w gronie jednostek, które nie znają przebiegu całego wydarzenia, lepiej dla Cyjana.
- Nie mam powodów, by Cię zatrzymywać. Ruszaj. - powiedział mechanicznie, nie spoglądając na odchodzącego brata. Od początku był sam, nie zakładał posiadania sojuszników, lecz ich obecność jedynie umacniała jego pozycję. Tytuł czy ranga go nie obchodziły, system zawieszał się, gdy próbował nakierować go w stronę posiadania władzy, jego celem nieodłącznie i od zawsze było doskonalenie się, a w świecie gdzie rządzi waluta i majątek, to właśnie te dwa zaprzątały jego mechaniczny umysł, skażony wirusem kod.
Wyprostował się szybko, nie było potrzeby do przeciągania zasiedziałych kości, nie był człowiekiem. Wstał i tyle, w idealnej pozycji i formie, gotowy do natychmiastowego podjęcia działania. W końcu coś należało zrobić.
- Nie mam nic do dodania. - Odezwał się komunikat z głośnika umieszczonego gdzieś na ciele androida, zanim ten opuścił pomieszczenie i udał się w sobie znanym tylko kierunku.

z/t





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 8/3/2018, 17:06
Każdemu czasami zdarza się zawędrować odrobinę za daleko, prawda? A to przystanek się przegapi, a to nie skręci tam gdzie trzeba...a to przypadkiem się wyląduje w podejrzanym miejscu, do którego rzadko kiedy ktoś zagląda. Jak to niby nie? Aktualnie między opustoszałymi, zniszczonymi budynkami przechadza się jeden dowód na to, że owszem, tak bywa. Jego imię zaczyna się na M, kończy na aria, jest pełen entuzjazmu i trochę za bardzo zaczytany. Bo tak się przydarzyło, że anielica trafiła w nieprzyjemne, paskudne miejsce z przerażającą aurą właśnie czytając i nie za bardzo zwracając uwagę na to, gdzie idzie i co się dookoła niej dzieje. Na początku plan był taki, żeby wziąć książkę i niedokończoną robótkę ręczną, pójść na krótki spacer, może z kimś porozmawiać i wrócić do domu. Przez chwilę nawet się go trzymała, ale w pewnej chwili książka pochłonęła ją całkowicie, do tego stopnia, że straciła jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym. Ale tak nie mogło być też w nieskończoność, w końcu musiała zauważyć, a droga, jaką przebyła wcale taka krótka nie była. I faktycznie, zauważyła gdy zatrzymała się na chwilę i rozejrzała w poszukiwaniu ławki. Ławek jednak na próżno było szukać. Za to łatwo było znaleźć śmieci, kawałki blachy i płaty z odpadającej farby.
- Ojej...  - mruknęła pod nosem zaskoczona obrotem spraw. W końcu jeszcze pół godziny temu była tak blisko domu! A może to była godzina? Albo półtorej? Albo i trzy? Trzy i pół? Przynajmniej nie była w tym miejscu pierwszy raz, co z całą pewnością w jakiś sposób jej pomagało. Wiadomo, inaczej się czuje, gdy jest się gdzieś pierwszy raz, a inaczej gdy któryś z kolei. Może i nie znała labiryntu starych budynków jak własnej kieszeni, ale pamiętała go na tyle, żeby nie zabłądzić jeszcze bardziej. Z tym, że tak naprawdę Maria nie chciała nigdzie iść. Podobało jej się. Że niby jakieś niebezpieczeństwo? Kto się przejmuje takimi rzeczami? Ucieczka to nie to, co by ją interesowało. Znacznie bardziej kuszącą wizją było przejście się między barakami i zajrzenie do każdego. Może nawet znalazłoby się coś przydatnego, kto wie. Z tą myślą Maria włożyła książkę i chusteczkę z powrotem to torby i zaczęła nadprogramowy spacer po pozostawionych budynkach niegdyś należących do wojska. Będzie co opowiadać! Uśmiechnęła się i zaczęła nucić melodię wymyślaną na bieżąco.


Ostatnio zmieniony przez Maria dnia 16/3/2018, 21:02, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 11/3/2018, 05:18
Jeden spośród baraków od blisko paru dni służył mu za tymczasowy dach nad głową w dodatku ze starym łóżkiem polowym oraz podartą pościelą. Istny luksus, jak na powszechne warunki panujące na humorzastym i licznym w pasma niebezpieczeństw bezkresie. Zhan Crane nie planował pozostawać tutaj na długo, choć zdążył zwiedzić teren mającego za sobą lata świetności placu. Wszechobecny brak ręki człowieka i nadgryzienie przez czas zdawała się być całkiem przytłaczające. Jeden spośród wielu zawalonych baraków uświadamiał go niemalże stale w tym, że pozostałe konstrukcje, choć ledwie pozornie stabilne, mogą w każdej dowolnej chwili się rozpaść jak domek z kart.
Nie trudno jednak wyobrazić sobie zdumiony wyraz twarzy ciemnowłosego pianisty, gdy niedługo po opuszczeniu jednego z spośród kilku ostałych baraków, z plecakiem zarzuconym na plecy i gotowością do dalszej podróży, dobiegł go dźwięk nuconej melodii.   Nieznanej melodii. Chwilę potem spostrzegł kobiecą sylwetkę zerkającą do jednego spośród zabudowań, jasne włosy i czerwony szalik. Był to widok zupełnie niespodziewany, wchodzący w interesujący kontrast z otaczającym ich terenem. Zhan Crane przystanął na moment, rozglądając się dokoła, jakby w poszukiwaniu jakiegoś towarzysza nowo napotkanej osoby, lecz nikogo takiego nie dostrzegł.
Lepiej tam nie wchodzić — powiedział na tyle głośno, by przebiło się przez melodię i zostało dobrze usłyszane. Utkwił w niej wzrok, choć wiedział, że spora różnica wzrostu, wymuszałaby na nim patrzenie na jasnowłosą z góry. Z tego względu pozostał w lekkiej odległości od nieznajomej. — W każdej chwili może się zawalić.I podzielić los baraków, które nie przetrwały próby czasu. Zhan Crane powiedział to celowo, by ustrzec tę zaciekawioną duszyczkę, a tym samym uniknąć sytuacji, w której ta nieświadomie naraziłaby się na takowe ryzyko. On sam je podjął i mógł cieszyć się co najwyżej szczęściem, że nie został pogrzebany podczas snu.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 16/3/2018, 21:32
I tak się anielica rozglądała, chociaż nikt o zdrowych zmysłach zapewne by się nie skusił na taką wątpliwą przyjemność. Walące się budynki nie brzmią w końcu jak wymarzone miejsce na krótką przechadzkę. Zapewne weszłaby gdzieś, gdzie zdecydowanie nie powinna, ale jej uwagę przykuło coś innego. Może to i lepiej. Nieznany jej głos ostrzegł ją przed wchodzeniem do baraków. Dziewczyna zatrzymała się i rozejrzała, jednak nie dlatego, że usłyszała coś takiego, a raczej przez sam fakt, że cokolwiek usłyszała. Najpierw pomyślała, że to jakieś duchy, weszła na ich teren, zaraz zginie i w ogóle ojej. Pozytywnym zaskoczeniem był dla niej fakt, że niedaleko stał mężczyzna, prawdopodobnie z krwi i kości, który raczej nie miał zamiaru pożerać jej duszy. Gdy tylko go zauważyła, w kilka chwil, można powiedzieć, że doskoczyła do nieznajomego i dla pewności złapała go za rękę. Zdecydowanie była prawdziwa, materialna i należała do istoty ludzkiej. Czyli spełniała wszystkie kryteria aby zostać miłą ręką, zapewne w niedalekiej przyszłości wcieloną do grona przyjaciół Marii.
- O, jednak nie jest pan duchem! Jak dobrze! - uśmiechnęła się, nie zwracając zbytnio uwagi na to, że te słowa nie mogły mieć dla odbiorcy najmniejszego sensu. Nie wypuściła jego dłoni, a nawet ścisnęła ją odrobinę mocniej, jakby dodatkowo sprawdzała, czy ma rację. Miała. - Ojej, pan tu mieszka? Bardzo ładne miejsce, chociaż trzeba odnowić! To wszystko jest pana, czy ma pan tylko jedno miejsce na własność? O, o, na pewno ma pan tak elegancko udekorowany pokój! - wpadła w słowotok, który zapewne był ledwie preludium tego, co mogłoby się wydarzyć później. Nie da się ukryć, że Maria zawsze więcej mówiła niż myślała. Tak też było i tym razem. Nawet nie wzięła pod uwagę tego, że miejsce, w którym się znalazła nie nadawało się w żaden sposób na stałe miejsce zamieszkania. Właściwie w ogóle na miejsce zamieszkania. - A jak ma pan na imię? Na pewno ładnie! Lubi pan ciastka? A owoce? A ciastka z owocami? A owoce z ciastkami? - zasypywała nieznajomego toną bezsensownych pytań, gubiąc gdzieś po drodze te bardziej istotne. Mogłoby się wydawać, że anielica nie da mu nawet czasu na odpowiedź. Ona jednak ucichła na chwilę i wpatrywała się w niego z uśmiechem i wielką pasją w oczach, jakby wiedza o tym, co lubi osoba, której zapewne nigdy więcej nie spotka była porównywalna z ogromnym odkryciem, które może zmienić losy świata. Rzeczywiście oczekiwała odpowiedzi.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 21/3/2018, 01:59
Przyglądał się tej nieznajomej duszyczce z pewnej, powiedzmy wprost, że bezpiecznej odległości, nauczony niedawnym doświadczeniem z Lisem, by asekurować się zapobiegawczo i w porę dystansem, by uniknąć ewentualnych spotkań pierwszego stopnia z trzymanym gdzieś w zanadrzu ostrzem. Na swój sposób mogłoby się to wydać swoistą, wręcz pierwotną reakcją wspartą na nieprzyjemnym doświadczeniu, jak dziecko, które oparzone więcej nie sięgnie w stronę rozgrzanego do czerwoności obiektu. Nie zmieniało to faktu, że nagłe, spontaniczne doskoczenie do niego przez bardzo młodą na pierwszy rzut oka kobietę i pochwycenie go za chłodną, jak na standardy wymordowanych, rękę okrytą rękawiczkami.
Och, na szczęście nim nie jestem — potwierdził z lekkim rozbawieniem pianista, choć sama wzmianka o duchach brzmiała dość nietypowo i nie dało się temu nijak zaprzeczyć. Ojej, pan tu mieszka? Bardzo ładne miejsce, chociaż trzeba odnowić! To wszystko jest pana, czy ma pan tylko jedno miejsce na własność? O, o, na pewno ma pan tak elegancko udekorowany pokój! – nagła fala pytań, która popłynęła, niczym rwąca rzeka, z ust jego nowej towarzyszki, utwierdziła go poniekąd w przekonaniu, że nie tylko on kiepsko radzi sobie na tym terenie. Było to poniekąd na swój sposób pocieszające. Zhan Crane rozejrzał się dokoła, odetchnął szykując się w ten sposób na udzielenie odpowiedzi. Ostatecznie przeniósł wzrok na młodą duszyczkę. — Tymczasowo tu pomieszkałem — potwierdził krótko, nie wdając się w szczegóły. Och, ciemnowłosy Anglik nie spodziewałby się, że ten teren kiedykolwiek zostanie dotknięty odnową. Czas baraków już dawno przeminął, co potwierdził rozkład niektórych spośród nich, które złożyły się same w sobie. — To miejsce raczej nie ma już żadnych właścicieli.
Zapowiadało się, że trafił na osobę wyjątkowo rozmowną i otwartą. Interesujące. Na szczęście nie czuł się tym w żadnym stopniu poirytowany, a nawet gdyby był, to jak na stosowne wychowanie należne dla wyższych sfer — nigdy nie dałby tego komuś odczuć. Nauczony, by własne odczucia w konkretnej materii ukrywać i zachowywać dla siebie, żeby nikogo w związku z tym nie urazić. Zhan Crane zawsze bardziej zainteresowany był samopoczuciem ludzi dokoła, swoje pozostawiając na dalszym planie.
Nazywam się Zhan Crane — przedstawił się tuż po kolejnych pytaniach, którymi ta go obdarowała. — A jak ty masz na imię? — Tym razem to pianista zadał pytanie, przyglądając jej się z zaciekawieniem i uśmiechnął się zachęcająco, pozostawiając pozostałe kwestie jako nierozwiane. Podejrzewał, że ta rozgadana duszyczka po prostu zabłądziła, nie wyglądała na osobę, która pochodziła z tych terenów. — Jak właściwie się tutaj znalazłaś? Nie potrzebujesz może towarzysza, który pomógłby ci wrócić bezpiecznie do domu? — dorzucił spokojnie, marszcząc nieco brwi. Nie powinien zostawić jej na pastwę losu. Miałby realne wyrzuty sumienia. Och, niezaprzeczalnie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 27/3/2018, 22:48
Och, na szczęście nim nie jestem.
Maria zdecydowanie się ucieszyła, gdy usłyszała te słowa. Wiadomo, duchy są złe, niebezpiecznie i nie są zbyt dobrymi towarzyszami, przynajmniej dopóki mówimy o bajkach, z których, nie da się ukryć, większość wątpliwej jakości wiedzy anielicy pochodziła. Niezbyt rozważnie, oj nie. Nie żeby cokolwiek w wykonaniu Mari było rozważne. Chociażby podbieganie do nieznajomego i wypytywanie o wszystko jak leci. Miała tyle szczęścia, że osoba, na którą trafiła była raczej pokojowo nastawiona.
- O, ale jakby był pan duchem, to pewnie byłby pan smutny! Ciekawe, czy duchy mogą rozmawiać z ludźmi... ja nigdy żadnego nie spotkałam, więc nie wiem. Ale może pan wie? Miał pan kiedyś kolegę-ducha? Albo koleżankę? Chciałabym takiego! Ale trochę się boję duchów, wie pan? Tylko to nie ich wina! I na pewno jakbym jakiegoś spotkała, zupełnie zmieniłabym zdanie! - kolejna porcja słowotoku poleciała w stronę Zhana, urywając się właściwie tylko dlatego, że anielica już odrobinę się zmęczyła, chociaż tylko na chwilę. Można było się pokusić o stwierdzenie, że to była dopiero salwa ostrzegawcza. Z tym, że skierowana w brzuch i klatkę piersiową. Niezbyt udana, mówiąc w dużym skrócie. I miało być gorzej. Chociaż Maria miała dobre intencje. I chciała się zaprzyjaźnić, bo na razie Crane był ledwie kolegą!
- Tymczasowo? O, na pewno jest pan wędrowcem! Takim odważnym i mądrym! Podoba się panu to miejsce? Dlatego pan je wybrał? Mi się podoba, na pewno! Ale mój dom jest ładniejszy, więc nie wiem czy bym tu została. - zaśmiała się i w ciągu dosłownie sekundy zdążyła zapomnieć, o czym mówiła z taką pasją. Chociaż może to i lepiej, bo by zaczęła opisywać swój dom. Na razie jednak bardziej interesowało ją miejsce, w którym aktualnie pomieszkiwał Zhan, zwłaszcza, że o tym drugim wiedziała znacznie mniej, a ciekawość zawsze była czymś, co ją napędzało. Trochę jak paliwo samochód czy kofeina człowieka. Dodatkowo szybko poczuła sympatię do nowo poznanego mężczyzny, nawet jeśli w porównaniu do Marii on nie mówił prawie nic. Anielica od razu wiedziała, że chce się do niego zbliżyć i kto wie, może się nim zaopiekować! Zastanawiała się też, jakim właściwie był człowiekiem, czym się zajmował, jakie miał upodobania... Nawet Maria jednak potrafi mieć hamulce i uznała, że na wszystko przyjdzie czas. Czas zapewne piętnastu minut, ale czas. Bo co, jeśli każdy temat by się już zupełnie wyczerpał? Właśnie, byłoby dziwnie i niezręcznie. A tego Mari nigdy nie chciała i, o dziwo, potrafiła wyczuć, kiedy podobna sytuacja mogła się przytrafić. Nie było to jednak objawem nagłego przypływu inteligencji i umiejętności logicznego myślenia, a wynikiem lat doświadczenia w przyklejaniu się do ludzi. - Skoro nie ma właścicieli, dlaczego by ich nie znaleźć? Albo nimi zostać? Oj, ale nie wiem, czy miałby pan na to czas... nie było nigdy nikogo, kto by chciał mieć to miejsce? Można tu robić tak dużo rzeczy! - powiedziała z ogromną, nieadekwatną wręcz do sytuacji ekscytacją, powoli nakreślając w głowie mały biznesplan. Zupełnie szczerze chciała znaleźć kogoś, kto zaopiekowałby się barakami. Nie było to jednak możliwe, ale ona nie wzięła ego pod uwagę. Uważała teren za całkiem atrakcyjny, zapominając zupełnie o skażeniu czy o tym, jak bardzo całe miejsce popadło w ruinę. A jak coś jest atrakcyjne, można tym uszczęśliwić ludzi.
- O, pan Zhan! Jak ładnie, nawet się rymuje! Ja jestem Maria. Ach, trochę nudno w porównaniu z pana imieniem, prawda? Chociaż lubię moje imię. W ogóle imiona są świetną sprawą, niby każdy ma swoje, ale jak często zdarzają się takie same! O, ale pan Zhan ma naprawdę wyjątkowe imię, nie jest łatwo znaleźć dla niego imiennego sobowtóra! - powiedziała dosyć cicho, przynajmniej w porównaniu do tego, z jaką głośnością mówiła wcześniej. Prędkość mówienia też jej trochę zeszła, jakby się nieco uspokoiła i przestała bardziej nakręcać.
- Byłam na spacerze i się trochę zgubiłam... ale mnie nie trzeba odprowadzać, znajdę drogę do domu, pamiętam jeszcze! - powiedziała tonem ociekającym mieszanką dumy i radości, pierwszym, bo czuła się samodzielna i odpowiedzialna, drugim, bo Zhan najwyraźniej nie miał nic przeciwko jej towarzystwu. - Ale jeśli pan chce, może się pan przejść kawałek ze mną! - powiedziała radośnie, nawet lekko podskakując, po czym się nieco zreflektowała, nie jednak na temat jej miejsca zamieszkania, a długości drogi do niego prowadzącej. Ona mogła polecieć, ale co miał zrobić taki biedny człowiek? Nie uniosłaby go raczej, a żeby tak za nią gonił to też niezbyt przyjemnie. Mogła spróbować, ale czy było warto ryzykować urazem nowo poznanego mężczyzny? Oczywiście, że nie! - Och, ale to daleko! I chciałabym jeszcze tu chwilę zostać i się rozejrzeć. - spojrzała na Zhana wzrokiem dziecka, które prosiło mamę, żeby zostać dłużej na placu zabaw. Nie, żeby on ją faktycznie ściągał do domu, ale zrobiła tak mimowolnie. Wiadomo, nie ma się wpływu na pewne rzeczy. - Ale jeśli pan chce, możemy przejść się kawałek, a gdy się pan zmęczy się rozdzielimy. Może nie wyglądam, ale mogę do siebie wrócić naprawdę szybko! Chociaż szłam tu naprawdę długo... Ach, ale jak wtedy dałam radę, to i teraz mogę dać, prawda? - powiedziała żywo gestykulując i wciąż uśmiechając się do Crane'a.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 29/3/2018, 02:01
Słysząc pytanie od nieznajomej zmarszczył na chwilę brwi, lecz nie musiał wcale doszukiwać się takowego wspomnienia ze swojej wątpliwej jakości pamięci, która pogrywała sobie z nim jawnie w kotka i myszkę.
Nie, niestety nie miałem dotychczas okazji żadnego spotkać ani bliżej się z nim zapoznać — odpowiedział uprzejmym tonem pianista z subtelnym uśmiechem wymalowanym na jasnej twarzy. Pokiwał głową w taki sposób, jakby zapamiętywał poszczególne informacje, które mu o sobie dawała jego rozmówczyni. — Być może będziesz miała jeszcze okazję jakiegoś spotkać i wtedy sama zobaczysz, czy powinnaś się ich obawiać czy też nie. Nie trzeba bać się czegoś, czego się jeszcze nie doświadczyło. — dopowiedział pewnym tonem, dbając o to, by nawiązywać z nią stosowny kontakt wzrokowy. Kolejna pamiątka po wyjątkowo dobrym wychowaniu, które niegdyś dostał. Wbrew wszelkim pozorom słowotok płynący z ust drobnej, młodej kobiety wcale mu nie przeszkadzał. Już od jakiegoś czasu brakowało mu kompana od jakiejś dłuższej rozmowy, co przyznawał raczej niechętnie, póki co sam niepogodzony do końca ze swoją tragedią, konsumowany przez gryzące myśli. Nawet jeśli on sam nie miał zbyt wiele do powiedzenia, to wsłuchiwanie się słowa wypowiadane przez nową koleżankę, pozwalały mu na swoisty odpoczynek i oderwanie się od gorzkości wymieszanej dokładnie z rozczarowaniem, których doświadczył.
Cóż, rzeczywiście można mnie nazwać wędrowcem — potwierdził niemal od razu, rzucając na nią okiem, by przebieg wzrokiem po całości terenu, który nim obejmował. — Odpowiadając na twoje pytanie: wybrałem je drogą przypadku tak naprawdę oraz wizją posiadania czegoś nad głową. — Nikłe obeznanie w terenie, mimo wrażenia, że gdzieś był wcale nie okazywało się pomocne. Wręcz przeciwnie – wodziło zmysły, otwierając drzwi na brak zaufania do własnych odczuć. Zhan Crane nie śmiał nawet wątpić, że dom nowo poznanej osóbki był o wiele ładniejszy niż rozpadlina po ludzkiej obecności, która bez udziału jej ręki podupadła i została przejęta brutalnie przez naturę. Roześmiał się przyjaźnie. — Na pewno niegdyś to miejsce było zamieszkane i do kogoś należało. Nie zachowało się jednak nic co wskazywałoby na dokładnego właściciela. Podejrzewam, że ciężko byłoby ich odnaleźć.Nie ma bowiem pewności względem tego czy jeszcze żyją, to jednak pianista zachował dla siebie. — W tej chwili możliwe, że nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby ktoś to miejsce przejął, lecz trudno byłoby je odnowić. — Jakby nie spojrzeć, nawet on zdawał sobie sprawę, że nie da się wyremontować coś z niczego. Byłoby to doprawdy czasochłonne i wymagałoby niemałej kreatywności w sprowadzeniu lub wykorzystaniu obiektów z pobliskiego obszaru, choć w pojedynkę i tak byłoby to niezwykle trudne przedsięwzięcie.
Bardzo miło mi cię poznać, Mario — odparł z pogodnym uśmiechem, który już dawno nie pojawił się w tak wyraźnej formie na jego twarzy. Trudno jednak byłoby się doszukiwać w nim jakiegokolwiek przejawu fałszu, ponieważ w obecnych warunkach Zhan Crane nie czuł już obowiązku podtrzymywania pozorów, że wszystko jest w porządku, gdy jednak nie było. Młoda kobieta zwracała jego uwagę ponownie na detale, o których przez obecność na Desperacji najzwyczajniej w świecie zapominał. Doceniał tak małe rzeczy.
Może następnym razem, co ty na to? — Istniała szansa, że pozostanie tu na dłużej może skończyć się finalnie powrotem o zmroku, a to nie byłaby ani łatwa, ani przyjemna przeprawa. Gwarantowałaby jednak o wiele więcej niebezpieczeństw i szans na zgubienie właściwej drogi. — Chętnie ci potowarzyszę, Mario, a jeśli nie podołam to wówczas się rozdzielimy — przystanął na to niemal od razu. Nie zamierzał straszyć zagubionej duszyczki czy opowiadać jej o ewentualnych niebezpieczeństwach, ale czuł się w jakimś stopniu zobowiązany do tego, aby tak pozytywną osobę odstawić w miejsce, gdzie będzie o wiele bardziej bezpieczna niż tutaj, zwłaszcza przy tych zawalonych barakach, gdzie niektóre ostały nie wyglądały na zbyt stabilne. — Oczywiście, że dasz radę. Nie ma się czym martwić na zapas. — dodał jeszcze spokojnym, na wpół dodającym otuchy tonem. Dodawanie tak wesołej i żywej osobie stresów nie było jego celem i wolał takowego balastu uniknąć, by nie obciążać jej niepotrzebnie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Gość on 2/5/2018, 17:31
Roześmiała się na widok zmarszczonych brwi rozmówcy.
- Zrobił pan taką śmieszną minę! - po chwili jednak zorientowała się, że jej słowa mogły zostać zinterpretowane inaczej, niż by chciała. - Ach, ale nie śmieszną, że brzydko pan wyglądał, tylko, że zabawnie! Tak...tak, jakby panu ten duch właśnie coś podwędził! Znaczy...nie mam na myśli niczego niemiłego! - szybko się wytłumaczyła, chociaż nieco pokrętnie i prawdopodobnie zbędnie. Równie szybko jednak przeskoczyła z tematu na temat i z powrotem zaczęła prawić o wszelkiego rodzaju duchach.
- Wie pan, ja nigdy właściwie Bazyliszka nie widziałam, a jednak się boję! Zawsze się bałam! I tak samo jest z duchami. Ojej, czy to niedobrze? A jeśli czują się przez to samotne? Ale jednak nigdy się z żadnym nie zaprzyjaźniłam... Może jak wrócę do domu, to poszukam duchów i z nimi porozmawiam! Myśli pan, że to dobry pomysł? Bo mi się wydaje, że tak! Ale wydawało mi się też kiedyś, że gołąbki robi się z gołębi, a tu o, okazuje się, że nie! Wiedział pan? Zaskakujące, prawda? - znów nadawała jak katarynka, czasami ciężko było zrozumieć co mówi. Mieszała się w swoich myślach, co dopiero mowie. Chociaż rzadko kiedy jedno odbiegało od drugiego. W tym przypadku nie było inaczej, anielica mówiła po prostu to, co jej ślina na język przyniosła, przechodząc z jednej dygresji do drugiej. Ale czy to było niespodziewane? Odpowiedź nasuwa się sama i jest dosyć oczywista.
Już po usłyszeniu pierwszego zdania, Marii zaświeciły się oczy i nagle przycichła, zmieniając się w, o dziwo, świetnego słuchacza. Bardzo ją zainteresowało życie dopiero co poznanego Zhana, który w jej mniemaniu już został jej przyjacielem. A o przyjacielu dobrze coś jednak wiedzieć, z takiego założenia wychodziła anielica. Wychodziła też z założenia, że każdy jest dla niej tymże przyjacielem. Wiązało się to z tym, że na temat każdej jednej osoby, którą spotkała, chciała wiedzieć jak najwięcej. A już zwłaszcza, jeśli ktoś mówi do niej więcej niż "dzień dobry" i "do widzenia"!
- O, czyli miałam rację! Wędrowcy na pewno mają masę przygód! - spojrzała na pianistę z miną dziecka czekającego na bajkę na dobranoc. To, co otrzymała, ciężko było nazwać bajką, jednak w jej głowie od razu nabrało koloru, a to jej w zupełności wystarczało. - Przypadku? Ach, to musiało być przeznaczenie! Ale...czy to znaczy, że inaczej nie miałby pan gdzie spać? - zmartwiła ją nieco wizja samotnego wędrowca bez dachu nad głową, jak przynajmniej sobie wyobraziła mężczyznę. Pomyślała przez chwilę, że mogłaby go przenocować, jednak szybko pomysł ten przegonił fakt, że mieszka w malutkim i do tego strasznie zabałaganionym domku. Nic innego jej właściwie nie powstrzymywało. Bogu dzięki, że nie należy do osób, które utrzymują dookoła siebie porządek, inaczej miałaby nowego lokatora, który zapewne nie miałby innego wyjścia, niż zamieszkanie u niej. Oczywiście zdążyła już sobie wyobrazić sielankowe życie gdzieś na skraju Edenu, ale nic nie wskazywało na to, że tę fantazję spełni. I dobrze.
- Och, a szkoda, chciałabym ich poznać. Mieli ciekawy pomysł. Ciekawe czym się inspirowali! Ja na przykład zazwyczaj inspiruję się życiem! Znaczy...kiedy mam co robić. Na przykład dzisiaj zaczęłam robić serwetkę! A wczoraj robiłam tort! A teraz...teraz mogę pomyśleć nad tym miejscem! Odnowa może być trudna, ale na pewno nie niemożliwa! Może to nie jest zadanie na dzisiaj, robi się coraz później, ale mogę zrobić projekt i kiedyś się uda! - Maria szczerze wierzyła w to, że porzucone baraki na skażonym terenie mogą stać się czymś pięknym. Może miała rację, kto wie. Jednak znalezienie kogoś, kto faktycznie chciałby brać udział w czymś, było nie było, głupim i niebezpiecznym nie należało do łatwych zadań. A Maria i tak prędzej czy później zapomni, więc strata żadna. Szkoda tylko, że pewnie była jedyną, która do tej pory tak spojrzała na tę ruinę. Ciężko się dziwić, w końcu nie każdy jest tak pomysłowy, a tym bardziej tak głupi.
- O, tak, następnym razem! Następnym razem zrobimy tu dużo świetnych rzeczy! I będziemy się dobrze bawić! - kto by się przejmował tym, że zapewne nie będzie drugiego razu. - Świetnie! Uwielbiam spacery, ale są jeszcze lepsze, gdy jestem z kimś! Tylko niech pan od razu mówi, gdy się pan zmęczy, dobrze? Mogłabym panu pomóc, jeśli byłaby taka potrzeba. Wie pan, niewiele osób wierzy w to, że potrafię robić dużo różnych rzeczy! Cieszę się, że pan wierzy. - uśmiechnęła się i skierowała się w stronę, z której przyszła, chcąc kierować wycieczką. Bo jako wycieczkę właśnie anielica traktowała powrót do domu tego dnia.
//wybacz, że tak długo, trochę mnie nie było





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: (S) Opuszczone baraki

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 8 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Powrót do góry