gry online



Go down


Światła lamp zaczynały się powoli zapalać, a to oznaczało, że nastawał mrok. Nieśpiesznie zapadała ciemność, która w niektórych miejscach w mieście była, aż nadto przytłaczająca. Dzisiejszy wieczór był specjalny. Przytłaczający dzień, który tylko nasilał wewnętrzne przemyślenia i sens bytu niektórych jednostek. To nie był najlepszy dzień na przechadzki po mieście, ale jedna persona wcale nie chciała teraz siedzieć na dupie i patrzeć się tępo w ścianę. Tutaj chodziło o coś większego. Pamięć niektórych osób, które stanowiły dla innych cały świat albo nawet jeszcze więcej. Jak bardzo trzeba być pogrążonym we własnych myślach by nie zwracać uwagi na otoczenie? Chodzenie bez kaptura mogło go całkowicie zgubić i zaprowadzić do do niewoli. Patrzył tylko przed siebie i omijał tylko pijanych przechodni, którzy mogli mu się nawinąć pod nogi. Wdawanie się teraz w bójkę nie byłoby najlepszym pomysłem. Nie byłby w stanie kontrolować własnych emocji. Tak. To zabrzmiało tak jakby w ogóle potrafił je kontrolować. Od dłuższego czasu zamknął swoje sadystyczne ja w klatce i wypuszczał je tylko kiedy nikogo nie było w pobliżu. Tak było najlepiej jak na razie, ale wszystko mogło się zmienić w zależności od okoliczności.
Tak naprawdę nic nie byłoby w stanie nim zatrząść. No może tylko parę pojedynczych rzeczy. Prawdopodobieństwo, że któraś z tych rzeczy się stanie była tak niewielka, że nawet nie zawracał sobie nimi głowy. Był zaskoczony jak ludzie ze spokojem przyjmują osobę, która nosi przy sobie dwie katany. Prawdopodobnie myśleli, że jest wojskowym. Najgorszym ścierwem chodzącym po ziemi. Splunąłby teraz na ziemię, ale nie chciał tracić swojego aktualnego stanu zamyślenia. Co powinien zrobić jako osoba, którą jest. Co będzie dla niego najlepszym wyborem? Na moment wrócił do rzeczywistości i zatrzymał się na środku ulicy. Jakiś przechodzień trącił go ręką i powiedział coś w jego stronę. To była prowokacja czy przeprosiny? Całkowicie zlał na to wszystko i skręcił w jedną ulicę, która posiadała rzadziej rozłożone lampy. Droga była oświetlona bynajmniej średnio, a na całej długości pojawiały się wyrwy ciemności pomiędzy następnym rozjaśnieniem. To była chyba najkrótsza trasa do miejsca w które chciał trafić. Przesuwał leniwie nogami dając sobie czas na wszystko. Jego szkarłatne oko obserwowało ulicę, aż dostrzegło ciekawe zjawisko. Mężczyzna w średnim wieku i młoda dziewczyna. Na oko ile ona mogła mieć lat. Może z dwanaście? Trzynaście? Niby nic ciekawego prawda? Ale co gdybym powiedział, że widocznie się do niej ślinił? To na pewno nie był jej ojciec. Żaden ojciec nie zrobiłby czegoś takiego swojemu dziecku. Znał parę wyjątków, ale wszyscy już nie żyją. Zjawisko to było na tyle rzadkie, że teraz mógł pomyśleć tylko jedno. "Pedofil" - o ta właśnie, krótka myśl wyrwała go z zamyślenia i pozwoliła mu się skupić na chwili obecnej. Przytrzymywanie dziecka przy ścianie. Przywierające brudne łapska na to niewinne ciało. Każdy by zareagował. On w szczególności. Zwłaszcza w ten dzień. Nie musiał się spieszyć. Odległość zmniejszała się stopniowo, aż był tylko parę metrów od nich. Błagalne spojrzenie w stronę łowcy tylko utwierdziło go w przekonaniu co powinien teraz zrobić. Szkarłatne oko wwiercało się w wojskowego i szukało tylko jednego. Niech ten skurwiel w końcu nawiąże kontakt wzrokowy. Nie musiał długo czekać by dźwięk wydawanych kroków zwrócił na siebie uwagę. Wymiana spojrzeń od razu dostarczyła pożądanego efektu - strach zaczął wypełniać ciało domniemanego napastnika. Ciro doskoczył do przeciwnika gwałtownie i wymierzył jeden szybki cios. Nieprzygotowany przeciwnik nie był dla niego żadnym kłopotem nawet jeżeli nie potrafił walczyć wręcz. Jeden prosty cios wymierzony prosto w jabłko adama. W tym momencie wylądował na ziemię i walczył o oddech. Krwiste oko nawet nie zwracało już na niego uwagę.
- Zaprowadzę Cię do domu. - Krótkie stwierdzenie, ale nawet nie czekał na odpowiedź. Ruszył od razu przed siebie mając tylko nadzieję, że idzie w odpowiednim kierunku. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie nawet słowem. Dziewczynka prawdopodobnie była zbyt przerażona by cokolwiek powiedzieć. On podążał za nią skupiając się na jej ruchach, które wykonywała. Delikatne skręty, aż w końcu dotarli do jej domu. Rodzice gdy tylko go zobaczyli nie bardzo wiedzieli co mają zrobić. Usłyszał słowa podziękowań, ale tylko podniósł rękę w geście pożegnania. Nie miał zamiaru tutaj tracić czasu kiedy teraz powinien być gdzie indziej. Zrobił dobry uczynek, ale tak naprawdę to mógł być każdy. Niewiele było ludzi w tym mieście, którzy zachowywali się bezdusznie. On taki był. Naprawdę. Nie miał wielu okazji by ratować innych, ale zazwyczaj odbijało się to czkawką. Ciekawe czy wojskowy przeżyje. To już w sumie najmniej go interesowało. W końcu zobaczył swój cel. Cmentarz na którym był tylko parę razy w swoim życiu. Zawsze dopadała go ta sama nostalgia kiedy tylko przemierzał ścieżki miedzy grobami. Chwilę mu zajęło by znaleźć się przy jednym konkretnym większym grobie. Trzy te same nazwiska. Dwójka dorosłych i jedno dziecko. Usiadł na ławce przed grobem i odpalił papierosa. To było dziwne uczucie przyglądać się napisowi " Ciro Eltyar ".


Ciro





Ciro
Szpiegmistrz
GODNOŚĆ :
Ciro "Zirro" Eltyar


Powrót do góry Go down


Nigdy nie lubił wracania do przeszłości, odgrzebywania jej, rozpamiętywania. Szedł naprzód z podniesionym czołem i skupiał się na wyzwaniach, jakie mogą nieść nadchodzące dni. Wyjątkiem był ten dzień. W związku z nim odczuwał wyraźne napięcie już od rana. Nie przepadał za tą datą, nie mógł jej jednak wyrzucić z pamięci, bez porzucania swojej tożsamości. Czekał więc ze zniecierpliwieniem na wieczór, jednocześnie pragnąc, by nigdy nie nadszedł. Ale równie dobrze mógłby zatrzymać zmianę pór roku - zmierzch przybył o czasie, więc on, zaciskając zęby, wyszedł z mieszkania. Była to cywilna sprawa, więc zrezygnował z munduru na rzecz wygodniejszego ubrania. Przytroczył jednak kaburę ze służbowym pistoletem do biodra - marna pociecha w przypadku zasadzki zorganizowanej przez kilku łowców, lecz taką samą byłby pełen rynsztunek, jeśli osaczyliby go samego. Dawał jednak możliwość interwencji w przypadku uciskanego obywatela, a takiej opcji nie zamierzał porzucać.
Idąc przez miasto, nie zwracał uwagi na imprezowiczów, mimo że momentami ulice były tak zatłoczone, że musiał się przez nich przedzierać niczym lodołamacz. Ktoś popchnięty przezeń, wylał alkohol i rzucił za eliminatorem wiązankę przekleństw, które ten zignorował. Nastrój tego dnia był zbyt przytłaczający, by cokolwiek mogło go wybić z rytmu. Pogrążony w myślach, przemierzał mimowolnie szlak, który został już przetarty tego dnia. Zanurzył się w mniej uczęszczane uliczki, pragnąc skrócić drogę i znaleźć się już na miejscu, miast tego napotkał zwiniętego w kłębek szeregowca, obejmującego swymi rękami gardło i desperacko walczącego o oddech. Przypadł doń, nie wiedział jednak jak mu pomóc. Zadzwonił szybko po karetkę, po czym złapał jego nogę i rękę, zarzucając poszkodowanego sobie na plecy. Przeszedł kilkanaście metrów do wylotu najbliższej uliczki, by tam poczekać na paramedyków. Przyjechali szybko, przejęli rannego z niezwykłą sprawnością. Przykazał im zgłosić sprawę do S.SPEC, on miał w tej chwili ważniejsze rzeczy na głowie. Posłuchali, nie musiał nawet błysnąć odznaką. Widocznie jego przynależność jako pies władzy jest wystarczająco jawna, by żadne potwierdzenia nie były potrzebne. Chciał dowiedzieć się, kto lub co zaatakowało szeregowca, jednak jeden rzut oka na gardło nieszczęśnika odwiodło go od tego. Odwrócił się więc na pięcie i odszedł w swoją stronę.
To spotkanie, mimo iż niepokojące, nie wytrąciło go z zadumy. Nadal szedł ulicą zatopiony w myślach, odtwarzając w pamięci mapę do swojego celu. Celu będącego dziś priorytetem absolutnym. Gdy na horyzoncie zamajaczyły mu bramy cmentarza, wstąpił do kwiaciarni, która szczęściem była jeszcze otwarta i kupił wiązankę róż. Podobno nie pasującą do tego miejsca, on jednak nie dbał o to co inni pomyślą. Wchodząc na terytorium zmarłych, wyciszył kroki, zaczął się poruszać bezgłośnie i delikatnie, jakby był na misji, choć bardziej chodziło mu o okazanie szacunku tym, którzy już nikogo nie obchodzili.
Przemierzał znajome alejki, które odwiedził już tyle razy, aż wreszcie dotarł do pojedynczego grobu, opatrzonego tak niepasującym zestawieniem imienia i nazwiska: "Fumiko Bergsson". Milcząc, Ivo położył kwiaty na wypolerowanej marmurowej powierzchni i cofnął się o krok. Nie miał nic do powiedzenia, nawet w myślach. Nie znał jej, a mimo to jej stratę odczuł najbardziej. Kiedyś czuł gniew, bo go porzuciła, gdy najbardziej jej potrzebował. Potem jednak zmądrzał i zrozumiał, że byłaby pierwszą osobą, która chciałaby zmienić to, jak się wydarzenia potoczyły. Nawet bardziej od niego samego. Potem stracił kontakt nawet ze swoją przybraną rodziną i więź ze zmarłą, i tak już nikła, praktycznie się rozmyła. Przez ostatnie dwa lata wracał tu tylko dlatego, że po tych dwudziestu latach ciężko było zerwać z rytuałem. Nigdy jednak nie poprawiało mu to humoru, ale po prostu tak trzeba było robić.
Odwrócił się na pięcie i ruszył między grobami w stronę wyjścia. Minął kilka grobów, w tym jeden całkiem spory, wyglądał jakby mógł pomieścić niewielką rodzinę i wówczas go zobaczył. Siedział na ławce, paląc papierosa. Wydawał się być pogrążony w myślach, najprawdopodobniej nie zauważył wtargnięcia Ivo w przestrzeń między nim a jego zmarłą rodziną, ale dwie majaczące się w cieniu katany ostrzegały Bergssona, by zachował odpowiedni dystans. Palacz nie wyglądał na wojskowego. Znał tylko jednego żołnierza walczącego dwoma mieczami, a Rogan był zbyt stary, by pasować do profilu osoby naprzeciwko. Mógł to być łowca. Albo jakiś głupi cywil, chełpiący się posiadaniem replik i pozujący na wielkiego samuraja. Nie mógł odstrzelić mu głowy ot tak, bo miał podejrzenia. No i w tym miejscu nie wydawało się to właściwe.
Sięgnął więc do kieszeni na piersi, wyjmując paczkę papierosów. Wsadził jeden do ust, a odpaliwszy, zamknął zapalniczkę z cichym metalicznym stuknięciem, wystarczająco głośnym, by delikatnie zwrócić uwagę siedzącego. Oparłby się o grób, ale to nie wywarłoby dobrego wrażenia, więc schował paczkę i opuścił ręce. Mógł wyszarpnąć pistolet w czasie w którym tamten nie zdążyłby wyjąć tych śmiesznych wykałaczek, miał więc margines bezpieczeństwa. Czekał aż palacz się odezwie.


Idzie Ivoś koło drogi
nie ma ręki ani nogi...

standardowa mowa (#34563c) głos | szał berserkera (#673c34)
X OTP, X
Ivo





Ivo
Eliminator
GODNOŚĆ :
Ivo "Alpakivo" Bergsson


Powrót do góry Go down

Powrót do góry