:: Eden :: Ogrody Edenu




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next   

Labirynt    Pisanie by Senpai's stalker on Wto Sty 28, 2014 12:31 am
LABIRYNT
Znajduje się w południowej części ogrodu. Zrobiony w całości z wysokich na kilkanaście metrów żywopłotu. Jego zadaniem jest chwila odpoczynku i relaksu podczas spacerów, możliwość kontemplacji na temat egzystencji własnej jak i całej ludzkości. W środku labiryntu można napotkać na przeróżne marmurowe rzeźby, przedstawiające najważniejsze osoby, które zaistniały w całej historii świata. Od jego początków aż do 'apokalipsy'. Po środku labiryntu znajduje się fontanna. Plotki mówią, że jest wypełniona łzami najstarszych aniołów, które płakały za każdym razem, gdy jakiś człowiek popełniał grzech. Ale to tylko plotki. A może jednak nie?



Senpai's stalker
-----------
Kotek     Anioł

avatar

Liczba postów : 2124
GODNOŚĆ : Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości.

Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Wto Paź 21, 2014 7:53 pm
Dziewczyna chodziła po labiryncie, wolnym, spokojnym krokiem. Nigdzie się nie spieszyła wręcz przeciwnie, strasznie się nudziła i właściwie to nie wiedziała co ze sobą zrobić. Do tego swojego Pana nie widziała w chuk czasu i ciut ciut, a to przyjemne nie było. Szczególnie, że dziewczyna za wiele zrobić nie mogła.. jakoś czuła się pusta, nie mając nikogo. Dlatego też westchnęła głośno, ciężko przymykając lekko oczka. Po chwili przystanęła na chwilę, poprawiła swoje blond włosy i ruszyła ponownie, sama nie widziała czego właśnie chce. Czy chce iść dalej, czy chce usiąść a może położyć.. ach nie najlepiej to by się położyła i płakała. O tak, zdecydowanie.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Sro Paź 22, 2014 8:31 pm
Jak cudownie być Smokiem na misji. Zwłaszcza takiej, która teraz mu przypadła. Odebrać dług. Toż to takie proste. Najpewniej zadłużony nie będzie miał z czego spłacić i będzie musiał ponieść karę. Może nawet śmiertelną. I to tak bardzo podobało się Danielowi. Było wręcz cudowne, kiedy mógł poczuć jak życie ucieka spomiędzy poderżniętego gardła lub małej rany na wysokości nerek.
Dlatego właśnie z radością w martwym sercu opuścił Smoczą Górę i wyruszył w kierunku Edenu, gdzie podobno miała się znajdować dłużniczka. Tak, ona. Z tego co przekazał mu wierzyciel, znana była pod imieniem Silence. Otrzymał również stosunkowo dokładny rysopis. Nie wiedział jednak, czy el jest aniołem i lepiej uniemożliwić mu magiczny kontratak od razu, czy też jest to zwykły wymordowany, a z takimi nie powinien mieć problemów. No i wiedza o ewentualnych jej pomocnikach także byłaby przydatna, niestety zleceniodawca poskąpił mu tych, jakże cennych, informacji.
W ten oto sposób, dotarł do Edenu po pewnym czasie, którego bynajmniej nie zmarnował. Wymyślił kilka możliwości na skuteczne przeprowadzenie akcji, jak również sposób uzyskania tych kilku ciekawostek. Postanowił po prostu uprzejmie zapytać rezydujących aniołów.
Niewiele niestety zdołał się od nich dowiedzieć. Prawdę mówiąc zagonił się w ślepy zaułek i tylko dzięki szczęśliwemu trafowi udało mu się ją odnaleźć. Co za zbieg okoliczności. W momencie, kiedy uświadomił sobie, jak ciężko znaleźć kogokolwiek w tych lasach, znalazł anioła, który coś o niej słyszał. Żadnych rewelacji, zwykłe plotki. Widział ją jednak w okolicach labiryntu, tam też udał się bez chwili zwłoki.
Adrenalina wypełniła jego ciało, gdy zbliżał się do swojego celu. Był zdecydowany na walkę i bardzo chciałby kogoś pokiereszować. Nie znęcać się brutalnie, ale małe krwawiące rany stanowiły niezwykle przekonujący argument wzywający do spłaty długu. Bezszelestnie skradał się do szwendającej się bez konkretnego powodu kobiety. Poczekał, aż znajdzie się wystarczająco blisko, po czym szepnął jej do ucha.
- Wiesz, że łatwo cię podejść?



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Czw Paź 23, 2014 8:11 pm
Cóż Silka jak zwykle mało zastanawiała się nad tym co morze się wydarzyć za chwilę, szczególnie że w Edenie czuła sie bezpiecznie i spokojnie. I to właśnie ja zgubiło. Nawet nie spostrzegła, że ktoś jest obok niej, że ktoś gdzie tam się ukrywa i nagle usłyszała obok siebie czyjś głos, cichy, dziwny, nieznajomy głos. Jej reakcja była szybko, od razu odskoczyła w bok niczym poparzona. Szybko obejrzała nieznajomego i już coś jej śmierdziało. To nie był anioł, więc co on tu robi? Cóż głupie pytanie, bo ona aniołem też nie była, lecz mało nie-aniołów tutaj było i większość ona kojarzyła.
-Możliwe. Zgubiłeś się może?- Zapytała spokojnie, tak samo spokojnie wyglądała, jakby nie miała w sobie żadnych emocji. W sumie na razie nie miała, zobaczymy za chwilę co to będzie. Silka zawsze tak podchodziła do ludzi, obcych ludzi.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Wto Mar 24, 2015 11:52 pm
Nadal czuła się zagubiona. Minęło zaledwie kilka dni odkąd się obudziła i wciąż miała problemy z przyzwyczajeniem się do niemal wszystkiego! Nie czuła się zmęczona, jednak co jakiś czas musiała usiąść. Nie chciało jej się pić, jednak bała się, że opadnie z sił z powodu pragnienia. Co gorsza nie była zmęczona i nie zamierzała n i g d y więcej kłaść się spać. Oczywiście z przyczyn fizjologicznych wiedziała, że ta chwila nadejdzie, jednak dawno nie była tak przerażona. Nie bała się walki, nie bała się ciemności, pająków, morderców czy gwałcicieli. Bała się koszmarów. Przespała tyle czau, że przez długi czas myślała, że po prostu już nigdy się nie obudzi. Wówczas śmierć nie byłaby karą, tylko wybawieniem, a najgorszym koszmarem było zapomnienie.
Przemierzała Eden wzdłuż i w szerz z wiecznie niezaspokojoną ciekawością. Chciała wiedzieć ile się zmieniło, ile ją ominęło. Nie patrzyła na wszystko z żalem, wręcz przeciwnie. Czuła zachwyt z powodu pracy, jaką anioły włożyły w to co znajdowało się na tej pięknej ziemi. Wreszcie dotarła do ogrodu, swojej ulubionej części. Przypominały jej się lata młodości, tak bardzo beztroskie. Teraz niestety nie mogła sobie pozwolić na zbyt długie leniuchowanie. Uczucie niepokoju nigdy jej nie opuszczało. Wiedziała, że po spacerze będzie musiała wziąć się do pracy i zacząć ratować świat. Zalęgło się na nim za dużo ciemności i plugastwa, które trzeba było wyplenić i to jak najprędzej, inaczej będzie już za późno.
Bez większego zastanowienia weszła do labiryntu. Przemierzała jego "korytarze" nie myśląc dokąd idzie, zwyczajnie poruszała się do przodu. Po krótkim czasie dotarła do jego serca i aż westchnęła z zachwytu. Fontanna wyglądała przepięknie, a Felicity potrafiła cieszyć się nawet z najzwyklejszych rzeczy.
4, 6, 8 oddechów później już ściągała buty i zdejmowała żakiet, który rzuciła gdzieś po drodze. Nie czekając za długo wskoczyła do fontanny. Woda sięgała jej do kolan, a spód sukienki był mokry, jednak to nie popsuło jej dobrego humoru - wręcz przeciwnie. Czuła się w o l n a.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Nathair on Czw Mar 26, 2015 11:01 pm
Wiosenne spacery to nie było coś, za czym przepadał. Ale wiedział, że potrzebuje ruchu, by wrócić do formy. Po ostatnich tygodniach, kiedy dochodził do siebie, wpadł w pewnego rodzaju monotonię, gdzie każdy jego dzień wyglądał praktycznie tak samo. Dlatego też pomimo rosnących niechęci, zabrał ze sobą Shuyę i wyruszył na krótki spacer. Nie miał żadnego określonego celu, po prostu szedł przed siebie, tam, gdzie nogi go poniosą. Wiosna w Edenie jak zawsze prezentowała się niezwykle, chociaż była to dopiero wczesna pora. Zima jeszcze nie odeszła na dobre, pozostawiając po sobie w niektórych miejscach wspomnienia, jednakże przebiśniegi oraz inne kwiaty walecznie mknęły ku górze, zwiastując, że najchłodniejsze dni już odeszły.
Chłopak szedł wolnym krokiem, trzymając jedną rękę w kieszeni z racji chwilowej niepełnosprawności, nie ukrywając swojego zmęczenia, które poprzedzały szerokie ziewnięcia. Zdawał sobie sprawę, że wygląda jak chodzących siedem niewyspanych nieszczęść, aczkolwiek nie przypuszczał, że o poranku ktoś jeszcze postanowi wybrać się na spacer. Zerknął kątem oka wyżej, przypatrując się jak jego zwierzak szybuje nad nim, pozwalając wiatru na unoszeniu jego delikatnego ciałka. Od kiedy Shuya zamieszkał u niego w domu, puste ściany zdawały się nieco ożyć. Jasne, wiadomo, że jeden ptak wiele nie zdziała, ale nawet tak drobna forma towarzystwa była dla Nathaira czymś dobrym.
Nawet nie wiedział, kiedy zagłębił się w labirynt, prowadzony torem lotu swego towarzysza. W pewnym momencie zaczął się zastanawiać czy nie lepiej będzie jak się zatrzyma i zawróci, ale odgłos pluskania skutecznie odwiódł go od tego planu. Wiedziony czystą ciekawością szedł dalej, zbliżając się do źródła dźwięku.
Jeszcze parę kroków. Jeszcze chwilę. Zakręt i…
Zdębiał.
Miało nie być żadnej żywej duszy o tej porze, to raz. Dwa, ktoś kąpał się w święconej wodzie. Wodzie, która niejednokrotnie służyła za składnik wielu leków. A po trzecie… nie było jej zimno?
Usta chłopaka ściągnęły się w wąską linie, kiedy po chwili zwlekania ruszył się z miejsca i podszedł bliżej fontanny. Nie za blisko, ale na tyle, by dziewczyna mogła spokojnie go usłyszeć, bez niepotrzebnego przekrzykiwania się.
- Uważaj, żeby nie odmarzła dupa. – rzucił na powitanie jakże grzecznie I przyjemnie. Szybko jednak skarcił się w myślach, że powinien być nieco przyjemniejszy i sympatyczniejszy w obyciu, zwłaszcza w kontaktach z innymi. Tym bardziej, że dziewczę zapewne należało do anielskiej rasy.
- Czemu bezcześcisz świętą wodę? – zapytał unosząc nieco wyżej przedramię prawej ręki, na której spoczął ptak, łypiąc spod byka na dziewczynę i wydając z siebie ciche skrzeczenia, jakby wtórował swojemu właścicielowi. Nathair zerknął na Shuyę i uśmiechnął się kątem oka, jednakże jego mina ponownie przybrała raczej beznamiętny wyraz, gdy wzrok na powrót skupił się na dziewczęciu z fontanny.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"




Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12110
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Pią Mar 27, 2015 12:18 am
Nie usłyszała, żeby ktoś się zbliżał. Była zbyt zajęta sobą - jak samolubnie. Anioły chyba nie powinny być samolubne, ale w tym momencie Feli nie zastanawiała się co jest właściwe. Nie robiła czegoś szalonego od setek lat. Czuła się stara i skamieniała, jak gdyby jej życie miało skończyć się wieki temu, a ktoś nie pozwalając jej odejść w spokoju, zostawił żywą i przede wszystkim samą.
Wiedziała, że ma coś do zrobienia, pomoc ludzkości od tak sama się nie zrealizuje. W końcu uważała, że nic nie dzieje się z przypadku. Wszystko ma jakieś podłoże, jakiś cel. Twierdziła, że Stwórca nad nimi czuwa, wypełnia swój plan, a wszystkie istoty - wierzące lub nie - jedynie go wypełniają, nawet jeśli nie chcą o tym wiedzieć. Od dawien dawna nie miała zaszczytu z nim porozmawiać. Ba! Zobaczyć. Mimo wszystko wybudziła się z długiego snu, została wezwana. Jednak poczuła nutkę rozczarowania, gdy otworzyła swoje oczka po setkach lat wyczekiwania i nie zobaczyła nikogo. Widocznie tak miało się stać.
Woda w fontannie była zachęcająco czysta i błyszcząca, a Feli dała się ponieść chwili. Oczywiście w momencie, gdy jej bose nogi zanurzyły się w lodowatej wodzie stało się jasne, że nie był to jej najlepszy pomysł tego dnia, jednak nie żałowała. Była zwyczajnie szczęśliwa. Może nawet zbyt radosna i wesoła. Nie dostrzegła, gdy nieznajomy się pojawił, ani gdy się do niej zbliżył. Dopiero jego słowa zwróciły jej uwagę. Spojrzała na chłopaka spod przymrużonych powiek, jak gdyby zastanawiała się co tutaj robił, jednak zdradzał ja błąkający się uśmiech. Wyskoczyła z fontanny odgarniając długie, trochę wilgotne włosy do tyłu i westchnęła cicho.
- Już odmarzła.
Powiedziała trzęsąc się jak osika, brakowało tylko, żeby zaczęła szczękać zębami. No offense - none taken.
Zlustrowała dokładnie przybysza i posłała mu nieśmiały uśmiech. Pierwszy raz widziała kogoś  z różowymi włosami.
Stanęła na palcach i wychyliła się lekko. Jej żakiet i buty leżały kilka kroków za chłopakiem, gdzieś tam w trawie. Po krótkim zastanowieniu postanowiła je póki co "bezpiecznie" tam zostawić. Chyba wypadłaby jeszcze gorzej - w fontannie z porozrzucanymi rzeczami. Niezły początek znajomości, Feli. Trzeba to jakoś naprawić!
- Jestem Azrael.
Palnęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Co z tego, że Michael tyle czasu przypominał jej, że ma się przedstawiać Felicity Prior, że nastały niebezpieczne czasy i anioły nie były tak kochane i uwielbiane jak kiedyś, tylko często porywane i mordowane. Lepiej było się nie wychylać. Mimo wszystko chłopak przed nią wzbudzał zaufanie, wyglądał niegroźnie i przede wszystkim najprawdopodobniej sam był aniołem, to nie wystarczający powód do czucia się bezpiecznie? Kto wie.
- Obecnie jednak przedstawiam się jako Felicity. Feli.
Dodała wzruszając ramionami i wyciągnęła rękę w stronę nieznajomego. Przyjmie uścisk? Felka nie miała większych problemów z zawieraniem nowych znajomości. Właściwie uwielbiała to robić. W końcu czy to nie cudowne móc poznać nowe osoby, charaktery, pomysły i tym podobne? Cóż dziewczyna nie potrafiła przejść koło kogoś obojętnie. Słysząc pytanie uśmiechnęła się beztrosko.
- Święcę się!
Odparła i omal nie zaczęła się śmiać z własnego żartu - sama. Wiedziała, że nic w tym śmiesznego, jednak tak długo z nikim nie rozmawiała, że było jej ciężko się odnaleźć. Oczywiście spotkała się już z Michaelem, jednak ten był rozmowny jak pół dupy zza krzaka. Znała go całe swoje życie, nawet po latach rozłąki był dla niej niczym rodzony brat i już zawsze taki będzie.  Obecnie miała jednak przed sobą zadanie, starać się zachowywać całkowicie normalnie. Wychodziło jej? Skruszyła się trochę, spuściła wzrok na bose stopy i mimowolnie zaczęła skubać rąbek wilgotnej sukienki.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Nathair on Pon Mar 30, 2015 11:44 pm
Na pierwszy rzut oka dziewczyna wydawała się… dziwna. Na drugi i trzeci również. A może to po prostu wynik spaczenia Nathaira odnośnie zawierania przez niego nowych znajomości. Nie przepadał za nieznajomymi i zdecydowanie wolał ich unikać, aniżeli narażać się na bezpośredni kontakt z nimi. Mimo wszystko, pomimo myśli, jakie błądziły w jego głowie już z góry powierzchownie oceniając dziewczynę, to jednak jego ciało wciąż stało przed nią, nie ruszając się nawet na parę milimetrów. Choć gdzieś w środku czerwona ostrzegawcza lampka podpowiadała mu, by odwrócił się i udał przed siebie, nawet nie odwracając w stronę jasnowłosej anielicy.
Westchnął bezdźwięcznie i odwrócił głowę podążając spojrzeniem tam, gdzie spoczęły oczy kobiety. Brwi chłopaka uniosły się nieco wyżej, kiedy widział bajzel, jaki pozostawiła po sobie nieznajoma. Jak na pedanta przystało, nie przepadał za takimi wyrokami. Ale co on będzie się odzywał i wtrącał, nie jego piaskownica, nie jego zabawki. Był tutaj tylko gościem.
Jeżeli nieznajoma próbowała być zabawna, to… niekoniecznie jej się udało. Żaden mięsień odpowiedzialny za uśmiech na twarzy chłopaka nawet nie drgnął. Zamiast tego odsunął się nieco na bok, jednocześnie dając jej do zrozumienia, żeby nie krępowała się i poszła po swoje rzeczy. Uniósł prawą rękę i powoli pogładził Shuyę po główce, na co ptak siedzący na jego ramieniu przekręcił ją nieco wydając z siebie ciche, trochę bulgoczące dźwięki, które zapewne oznaczały zadowolenie.
- Nath. – odparł na jej przedstawienie się, celowo unikając podania swojego całego imienia. Nie znał jej i jakoś nie uśmiechało mu się rzucanie na prawo i na lewo swoich danych. Po prostu… nie. Zbyt wiele osób je znało i wykorzystywało na własny użytek. Wolał być nieco bardziej powściągliwy. Zero jakiejkolwiek filozofii w tym.
Odetchnął cicho przez nosa, ledwo słyszalnie, widząc zmieszanie tej istoty przed sobą. W tym wszystkim wyglądała jak zbity pies, który coś nabroił i teraz nie wiedział jak z tego wybrnąć. Powoli ruszył w jej stronę, po drodze przerzucając przez głowę swoją broń i strzepując Shuyę z ramienia, który to wzbił się w powietrze wydając z siebie niezadowolony dźwięk. Kiedy znalazł się w odległości niecałych dwóch metrów od niej, ściągnął swoją kurtkę i rzucił w jej stronę.
- Weź to załóż, bo nie mogę na ciebie patrzeć, kiedy jesteś cała mokra w taką zimnicę. Zapalenia płuc chcesz się nabawić, czy jak? – mruknął unosząc brwi ku górze w niemym pytaniu, na które nie oczekiwał żadnej odpowiedzi.  
Zerknął na nią ukradkiem, przyglądając się przez chwile, by wreszcie usiąść na skraju fontanny wyciągając z kiszeni nieco ziarna.
- Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się ujrzeć tutaj kogokolwiek. Jesteś z tej części Edenu? – zapytał nie spoglądając na nią, lecz zamiast tego wzrok miał utkwiony w ptaku, który zataczając krąg na nimi w końcu miękko wylądował tuż przed nogami anioła. Nathair rzucił nieco ziarna, na co Shuya radośnie zaczął dzióbać, widocznie zapominając już o urazie z racji zepchnięcia go z ramienia swojego właściciela.
- Powinnaś być bardziej ostrożna. Czasy są ciężkie, nawet dla aniołów. Może zwłaszcza dla nich? – powiedział bardziej do siebie, aniżeli do niej, marszcząc przy tym lekko brwi wracając wspomnieniami do Zgromadzenia aniołów, które niedawno miało miejsce. Właściwie to nawet teraz niezbyt wiedział, co robić. Z jednej strony czuł, że musi słuchać wyżej postawionych skrzydlatych, taki był jego obowiązek, jakby na to nie patrzeć, być lojalnym swoim braciom i siostrom. Z drugiej zaś strony chciał pozostać lojalnym wobec swojego podopiecznego, na którego z pewnością prędzej czy później zapolują. Najchętniej porwałby Ryana i schował gdzieś, do czasu, aż cała ta akcja z oczyszczaniem ziemi z chodzącego „plugastwa” przeminie. Jednakże wiedział, że mężczyzna tak łatwo się nie da. Dylematy. A Nathair tego nie lubił. Wręcz nienawidził. Pod tym względem wciąż był nieporadny, niejednokrotnie nie potrafiąc dokonać odpowiedniego wyboru, przez co bardzo często pakował się w tarapaty i kłopoty.
Dopiero po chwili zorientował się, że dziewczyna wciąż tutaj jest. Ocknąwszy się z krótkiego letargu, wreszcie zwrócił na nią uwagę, spoglądając kątem oka. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, lecz bardzo szybko je zamknął. Nie, nie zamierzał wypytywać jej o inne rzeczy. Wszakże sam nie był skory do mówienia o sobie, więc nie miał prawa pytać o to innych. Bez znaczenia, jak bardzo zżerała go ciekawość w tym momencie.
- A ty co uważasz o tym całym…. “plewieniu zła” o ktorym mówić ostatnio archanioł? – no i masz. Ciekawość wygrała. Oby labirynt nie miał uszu.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"




Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12110
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Nathair on Nie Kwi 12, 2015 2:39 pm
Użytkownik zniknął, więc póki co zamrażam, ot co. a Nathair jest bardzo rozchwytywany, więc kolejka rośnie, tak |:

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"




Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12110
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Pią Maj 08, 2015 9:02 pm
Miękki trzepot skrzydeł, wręcz idealnie wpasowywał się w pogwizdujący wiatr.
Żywioł był mu dzisiaj przychylny, zamiast spychać go w tył, wiał bowiem w odpowiednią stronę, dodatkowo unosząc go w powietrzu i umożliwiając szybowanie. Lot był jednym z niewielu aspektów anielskiego żywota, które Hope nadal doceniał. Bez swoich wielkich, białych skrzydeł, droga z Desperacji do Edenu zajęłaby mu pewnie wiele dni wędrówki, które nie należałyby do najprzyjemniejszych, biorąc pod uwagę obecną, bogatą populację bestii.
Myślisz, że dzieciak przeżyje?
Nie obchodzi mnie to. Dostał ostrzeżenie i zignorował je. I tak zrobiłem więcej niż powinienem.
Jego przeznaczeniem było złapanie przez tamtego Wymordowanego. Dlaczego się wtrąciłeś?
Przeznaczeniem?
Hope zaśmiał się ponuro w myślach, mimo że nawet tu, pośród chmur jego twarz utrzymywała tą samą, niewzruszoną maskę co zawsze. Kaptur, opadł swobodnie na plecy, a miętowe włosy szalały we wszystkie strony, szarpane przez wiatr.
Nie wierzę w przeznaczenie, Wilku. Nie na ziemi. Tutaj wszyscy nieustannie odmieniają swój los, który został im zapisany, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Zapadło milczenie.
Kolejnych dziesięć uderzeń skrzydeł później, poczuł że wilk wierci się nieznacznie, zupełnie jakby nie mógł już wytrzymać.
Nadal sądzę, że powinniśmy go byli zabić.
Nie.
Uszanuję twoją decyzję, Hope. Ale chcę wyjść.
Ja też! Mam już dość tego gnieżdżenia się w twojej głowie, daj nam w końcu wyjść na zewnątrz.
Nie.
Ty myślący tylko o sobie egois-
Zamknij się Ravnor, albo wyrwę ci wszystkie pióra i zrobię z nich legowisko. Hope, rozumiem że jesteś wzburzony, ale spróbuj nas zrozumieć. Nie będziemy niczego próbować. Nie zawsze musimy sobie skakać do gardeł.
Kłamstwa. Próbowali go omamić swoimi słowami, by następnie przejąć nad nim kontrolę. Zacisnął dłonie na kosie, widząc że stopniowo zbliża się w kierunku swojego miejsca.
W każdej chwili możesz nas odwołać.
Milczał rozważając jego słowa. Rozważał wszystkie za i przeciw, w końcu podejmując decyzję.
Nie jestem wzburzony.
Powiedział zamiast tego, wahając się przez ułamek sekundy.
Zgoda. Pozwolę wam wyjść w Edenie. Ale jeśli każę wam wracać, zrobicie to bez protestów i głośnych wrzasków. Nie będę słuchał waszych narzekań. Zrozumieliście?
Tak. Dzięki, Hope.
Hmpf.
Zrozumiałeś, Ravnor?
Nie jestem głuchy! Głupi anioł. Zrozumiałem.
Hope zanurkował w dół robiąc śrubę, przyciskając przy tym skrzydła do ciała. Wiatr huczał tak głośno, że zagłuszył wszystkie myśli. Skupiał się na tym jednym momencie, skupiając na wirowaniu wkoło i punkcie na ziemi, który sobie obrał.
Wyczuwając odpowiednią odległość rozłożył skrzydła na pełną szerokość, pozwalając by poderwało go nieznacznie do góry. Naturalny spadochron.
Wylądował miękko na ziemi i naciągnął z powrotem kaptur na głowę. Nieważne czy znajdował się w Edenie, czy poza nim. Podobny wygląd był czymś, co nie odstępowało go na krok.
Uderzył trzonem kosy o ziemię i wyciągnął przed siebie drugą dłoń z obojętną miną. Otaczający go cień zaczął gęstnieć i zwiększać swoją objętość, spływając powoli z jego palców na ziemię, bardzo powoli formując konkretny kształt. Wilk postąpił krok do przodu i zamajaczył złowrogo. Zaraz potem, cała procedura się powtórzyła, lecz tym razem cień przybierał formę w powietrzu, aż w końcu kruk zatrzepotał cienistymi skrzydłami i wylądował na ramieniu anioła, składając je miękko. Obecność cieni z pozoru zdawała się nie wpływać na otoczenie.
Wszystko wyglądało tak jak wcześniej.
Gdyby ktoś jednak podszedł bliżej, poczułby znaczny spadek temperatury, zupełnie jakby z każdym krokiem przybliżał się do zimy, która czekała na niego z wyciągniętymi ramionami.
Od razu lepiej.
Mimo zyskania materialności, żadne z nich nie potrafiło mówić, głos cały czas rozbrzmiewał w jego głowie, niedosłyszalny przez nikogo. W końcu były jedynie cieniami, materializacją czegoś, co nie powinno istnieć.
Nie rozumiem dlaczego nie możemy towarzyszyć ci w ten sposób na co dzień.
- Straszylibyście ludzi. - odpowiedział im na głos. Zamachał parę razy skrzydłami, które zaraz się złożyły i zaczęły stopniowo maleć, wchłaniane przez jego ciało. Poruszył parę razy ramionami, by pozbyć się tego dziwacznego uczucia tuż po dematerializacji i poprawił płaszcz, zakrywając nim rozerwany materiał T-shirtu, przez który przebiły się jego pióra.
Rozejrzał się dookoła po labiryncie. Lubił to miejsce.
W większości śmiertelnych wprowadzał pewien stan niepewności, może nawet strachu. Wizja zgubienia się w labiryncie bez wątpienia nie wywoływała w nich najpozytywniejszych emocji. Rzecz jasna, gdy posiadało się skrzydła, które w każdej chwili mogły wznieść cię w powietrze, podobne troski przestawały mieć jakikolwiek sens.
Ruszył powoli do przodu. Ravnor wzbił się w powietrze i zaczął krążyć nad nimi, obserwując co się dzieje w górze.  Fang natomiast nie oddalał się od Hope'a, krocząc u jego nogi, choć każdy krok był tak niesamowicie nierealistyczny. Jego łapy mimo że się poruszały, nigdy nie dotykały trawy. Ten dziwny pochód pozostawiał jedynie za sobą czarne, smugi, które zaraz znikały rozwiewane przez wiatr.
Anioł natomiast odpoczywał podczas marszu, wyciszając się w zupełności.





Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Gość on Sob Maj 09, 2015 12:19 am
Jeśli Zombie był tego dnia czegoś pewny, to tego, że zdecydowanie przesadził.
Kiedyś, można nawet powiedzieć "za młodu", kilkudniowe wycieczki nie robiły na nim większego wrażenia. Od czasu do czasu musiał rzecz jasna usiąść i wziąć oddech czy dwa(naście), ale brak potrzeby jedzenia i picia w takich chwilach wydawał się być darem od wszystkich bogów razem wziętych. Teraz jednak wyszedł z wprawy, i sztywna noga przypominała mu o tym w dotkliwy sposób z każdym, nawet najmniejszym drgnięciem mięśnia, kilka razy niemalże rzucając go na kolana. Wydawało mu się, że w drodze z katakumb odpoczywał wystarczająco często, żeby w jakiś sposób uniknąć aż takich problemów... cóż, dawniej ludziom wydawało się, że ziemia jest płaska i można z niej spaść. To chyba wystarcza za komentarz.
Jednakże mimo swojej opłakanej sytuacji zdrowotnej (częstsze inhalacje narkotykowe, które trochę tłumiły ból powoli zaczynały dawać mu się we znaki, zmuszając świat do lekkiego wirowania mu przed oczami) i wizji obowiązkowego powrotu tą samą drogą na cmentarz, był z siebie dość zadowolony. Nie chodziło tu tylko o fakt, że nie poddał się w połowie drogi, a dzielnie dokuśtykał do celu podróży, a nawet fakt, że dotarł do Edenu w jednym kawałku, ale o widoki, które go tutaj zastały. Drzewa, kwiaty, anielice, równo przycięte żywopłoty, urocze domki, jeszcze kilka anielic - szczerze mówiąc nawet nie czuł się winny tym, że kilka z nich odprowadzał wzrokiem nieco dłużej, niż zezwalałaby mu na to uprzejmość i miłość do norm społecznych. Po prostu nie mógł się powstrzymać. Z drugiej strony trudno było go za to winić, od kiedy opuścił francuską nekropolię nie miał okazji do przyjrzenia się czemuś bardziej estetycznie satysfakcjonującemu, od kilku uszkodzonych zestawów kości i własnej, ubogiej garderoby.
A skoro o tym mowa - musiał się przebrać. Droga z terenów nieznanych do ogrodu dała się we znaki jego ubraniom, teraz szarych i sztywnych od kurzu i ziemi. Oczywiście nie było to nic zaskakującego, miał przy sobie zwinięte w worku rzeczy na zmianę, problematyczność sytuacji polegała na tym, że nie mógł się rozebrać do bielizny na środku ogrodu, niezależnie od tego, jak bardzo przeszkadzał mu piach, który jakimś cudem dostał mu się pod koszulę. Nie do końca miał też ochotę na wpraszanie się do cudzego domu z uśmiechem domokrążcy i prośbą o użyczenie łazienki, lub chociaż pomieszczenia ze ścianami - to uderzało w jego godność. I tak, zawrócenie w kierunku lasu zdecydowanie przerastały jego możliwości... a raczej możliwości jego nogi, która z każdym krokiem buntowała się coraz bardziej.
Na szczęście Zombie nie musiał zbyt długo czekać na ratunek, wysoki na kilkanaście metrów labirynt nie był czymś, co dało się łatwo przeoczyć, dodatkowo spełniał wszystkie jego (niewygórowane) wymogi. Poza tym i tak chciał zobaczyć, jak wygląda z bliska - układ idealny.
Pół godziny po pierwszym przypływie euforii, Zombie w końcu usiadł wyczerpany na skraju fontanny, oddychając ciężko, z czołem opartym o rozgrzaną od jego dłoni gałkę laski. Na miłość boską, gdyby wiedział, że dotarcie do miejsca, w którym mógłby spokojnie usiąść, będzie go kosztować tyle wysiłku, już od dawna zaprzyjaźniałby się z jakąś losowo wybraną rodziną aniołów, bo bezczelnym wykorzystaniu ich dóbr łazienkowych. Mimo to cała sytuacja nie była bez zalet, znalazł wodę, która zdecydowanie była miłym dodatkiem, a i w trakcie swojej wędrówki nie spotkał żywej duszy.
Alleluja i chwała na wysokości, prychnął w myślach bez większego entuzjazmu, po czym szybko rzucił niewielki worek na ziemię i zaczął się przebierać w ubrania, które udało mu się kupić za niewielką butelkę jodyny do oczyszczania wody w drodze do Japonii. Nie omieszkał też skorzystać z wody, miło było spłukać z siebie kurz i pot, nawet jeśli teraz czarna bluzka przyklejała mu się nieprzyjemnie do pleców... tyle że wpadł na jeszcze jeden z tych genialnych pomysłów pokroju kilkudniowej, pieszej wycieczki.
Rozejrzał się dookoła, sprawdzając, czy aby na pewno jest sam (niedaleko nad żywopłotem latał jakiś ptak, ale akurat jego obecność nie chwyciła wymordowanego za serce na tyle, żeby przemyślał swoje wybory życiowe), po czym oparł się biodrami o skraj fontanny i zanurzył głowę w wodzie.
Może i nie zachowywał się teraz tak, jak nakazywałyby mu na to maniery, ale chłód był zbyt przyjemny, żeby się tym przejmował.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Labirynt    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: Eden :: Ogrody Edenu