Strona 7 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Yury on Wto 14 Lis - 0:56
„Mam ci obciągnąć?”
Yury uniósł brew w geście rozbawienia. Jego sparaliżowany przez alkohol umysł nie zakładał takiego scenariusza, a prymitywnie skonstruowane, nieprzyjemne myśli krążyły wokół dobrego pornosa z tanią, przesączoną seksem fabułą.
Przyglądał się Tsukiemu jak niesamowicie rzadkiemu zjawisku. Żaden sprzeciw nie padł z jego ust, jak prawie nieodczuwalny ciężar upadł na jego uda. Dopiero kiedy mała rączka ujęła gwoździa programu,  kolejny dreszcz zaatakował jego ciało, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Taka działalność nie była wystarczająca, by wprowadzić w stan emocjonalnego szczytu człowieka, którego życie seksualne stało się rutyną i jedyną z trzech możliwych przyjemność.
Podparł dłonie na podłodze, po tym jak chłopak zaczął smakować zębami i ustami szorstkiej skóry. Nawet nieznacznie odchylił szyję, by mu to ułatwić, a może nawet zachęcić do dalszych niewinnych igraszek. Nawet w ramach motywacji wyszeptał zdrobnienie jego nazwiska.
Podniecenie przyszło parę długich i ciężki chwil później. Była to chwila, w której biomech na parę sekund zapomniał, że ma do czynienia z kimś, kto fizycznie odbiegał od jego kanonu piękna i nawet w dwudziestu procent nie wpisywał się w jego definicję.
Ciche westchnienie wykradło się z pomiędzy jego zaciśniętych warg, kiedy wypełniła go fala ciepła, z taką zapalczywością, jak konsumowane przez języki ognia kawałki drewna w palenisku.
Spełnienie było tuż-tuż. Zajrzała mu prosto w oczy, kiedy ostatecznie jedna dłoń – tym razem ta człowiecza – wplątała się we włosy kaleczącego między jego nagim Wymordowanego, drugą zacisnął na swojej szczęce, by zakłócić wydawanie z siebie jakiekolwiek dźwięków.  
Spełnienie było blisko, ale zostało zwiotczane i nie przyszło na czas.
Warknął pod nosem przekleństwo po rosyjsku. Czar prysł jak tymczasowe zapomnienie.
Decyzja, którą podjął Tsuki była zła. Zadziałała na niego jak przysłowiowa płachta na byka.
Dlaczego nikt nie pomyślał, by sprzedać cię do burdelu? — warknął pełen frustracji, niedosytu. W zasadzie to miał wrażenie, że ktoś przycisnął mu rozgrzaną do czerwoności żelazko do twarzy i wyprasował ją paroma sprawnymi ruchami.
Złapał Wiwerna za kark, zmuszając, by ten padł przed nim na kolanach.
Twoje życzenie zaraz się spełni. Rozchyl nogi. — rozkazał w podobnym tonie, w jakim Kido Arata w swojej karierze szkoleniowca wymuszał na rekrutach trzydzieści okrążeń.
Nie czekał aż najemnik dostosuje się do tego polecenia. Otarł swoje stwardniałe przyrodzenie o krawędzi wejścia.
Tsubame.
Ostry szept, zakorzeniony w jego świadomości, rozległ się w jego głowie, przeobrażając się w maraton.
Tsubame. Tsubame. Tsubame. Tsubame. Tsubame.
Jego szept. Tłuk się po najgłębszych zakamarkach czaszki jak ciężkie opony auta terenowego o usłane kamieniami podłoże.
Wycofał się, jakby nagle się rozmyślił i popchnął Wymordowanego na ścianę, po czym sam wstał.
Ty chory chuju!.
Krzykliwy okrzyk. Jego natężenie można było porównać jedynie do wycia koguta na dachu radiowozu.
Gdybyś go przerżnął, nie byłbyś w cele lepszy od tego gnoja, którego zabiłeś własnym rękami.
Złożył dłoń w pięść, pozornie celując ją prosto w młodą twarz, ale w ostatniej chwili zmienił ruch nadgarstkach i kierunek ciosu. Uderzył w potylice.
STUL PYSK.
Dojdziesz w mokrych snach — zapewnił go chrapowatym głosem, kiedy podtrzymał nieprzytomne ciało Wymordowanego przez bolesnym skonfrontowaniem się z podłogą.
Obaj byli napierdoleni jak pks na dziurawych, polskich drogach M-6, więc jutro ani jeden, ani tym bardziej drugi nie będzie zapewne pamiętał, co zdarzyło się w przeciągu tych długich kilkunastu minut.
Yury zerknął w kierunku obnażającego zęby tygrysa.
Twój właściciel poszedł walczyć solo z chorymi fantazjami — sarknął, próbując opanować roztrzaskane na drobny mak nerwy.  Miał ochotę zabić tego małego gnojka i obetrzeć ze skóry tego pierdolonego futrzaka. Udekorowałby sobie jego sierścią krzywo wyrytą podłogę w swojej kwaterze w charakterze chodnika.
Sięgnął dłonią po swój problem, który drażnił go niesamowicie, uwierając jak drzazga wbita w piętę. Zacisnął dłoń na penisie, potocznie nazywanym klejnotem rodowym i, wykonując parę kulistych ruchów, doszedł w swojej dłoni z białą cieczą spływające po ręce. Towarzyszyło mu przy tym pojedyncze, miarowo stęknięcie - poczucie ulgi i spełnienia, które otarło się o seksualną frustracje. Po tym krótkim przedstawieniu wstał, nasunął na pośladki bieliznę, odstawił Tsukishimaru na pryczę z ledwością na chwiejących się nogach, kładąc go w bliskiej odległości od ściany. Narzucił na jego nagie ramiona swoją kurtkę, która przykryła go niemal całkowicie - od szyi w dół, po czm sam położył  się obok, czując jak świat przelatuje mu między oczami, przekształcając się w karuzelę barw.
Wtarł spermę z ręki w szmatę, która pełniła rolę prześcieradła i po chwili sam zasnął, pochrapując w najlepsze z cieknącą śliną w kąciku ust. A cichy głos wciąż powtarzał jedno imię — Tsubame.
Głos dogorywającego sumienia. Echo człowieczeństwa.
Podświadomie zgarnął w ramiona Tsukishimaru, opierając podbródek o zmierzwioną, niebieską czuprynę.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
tekst alternatywny
Yury





Yury
Wieczny     Zarażony
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Jaskółka on Wto 14 Lis - 1:33
Deski cicho skrzypnęły pod niewielkim ciężarem, kiedy wszedł do pomieszczenia, wracając z dworu. Nie spał już od dobrej godziny, może i dłużej. Ubrany, a nawet umyty w deszczówce zebranej poprzedniej nocy. Zatrzymał się dopiero przed wciąż śpiącym biom echem, przyglądając mu się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Wreszcie uniósł dłoń, w której trzymał plastikową butelkę pełną wody i przechylił ją, wylewając ponad połowę zawartości na głowę oraz twarz ciemnowłosego.
- Pobudka, menelu. – powiedział cicho, ale żeby jeszcze bardziej uskutecznić gwałtowną pobudkę, uderzył bokiem stopy w bok mężczyzny. Odczekał chwilę aż ten wreszcie zacznie dochodzić do siebie, bo inaczej rozmowa wyglądałaby jak walka z wiatrakami. Spoglądając na chłopaka nie dało się poznać po nim, że wczorajszego wieczoru w ogóle pił. Wyglądał normalnie, tak samo jak każdego innego dnia. Spokojny i wycofany, jedynie ten pogardliwy błysk w oku był czymś nowym.
- Wstawaj I weź się ogarnij. – przechylił głowę lekko w bok, wydając z siebie ciche “tsk” - Kretyn – dodał o wiele bardziej cicho, niż poprzednie kwestie, a w jego jasnych oczach zamigotało coś, czego z pewnością Yury nigdy nie uświadczył. I na pewno nigdy więcej nie uświadczy.
- Przegrałeś frajerze. Jak się z tym czujesz? Należysz teraz do mnie. Będziesz zlizywał błoto z ziemi. – dodał po chwili podchodząc do Sarutahiko. Przesunął palcami po miękkiej sierści zwierzęcia, nie spoglądając już na biomecha. Zapadła dziwna cisza, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a Tsuki niekoniecznie wychylał się przed szereg, aby to przerwać.
A jednak.
- Tu też zamierzasz stchórzyć? – zapytał przeciągając się, unosząc jedną rękę ku górze.
- A, zapomniałbym – zatrzymał się, sięgając po jeden ze swoich noży I cisnął nim prosto w ciemnowłosego. A raczej tuż obok, muskając nim jego policzek, wbijając się cicho w ścianę.
- Nigdy więcej tego nie rób. Następnym razem jak przyjdzie ci tak genialny pomysł, by pozbwaić mnie przytomności, wykastruję cię



No.
Jaskółka





Jaskółka
Wiwern     Opętany
GODNOŚĆ :
Tsukishimaru


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Yury on Wto 14 Lis - 23:20
Nie poczuł, kiedy materac został zwolniony z małego ciężaru Wiwerna, bo sam zajmował jego większą powierzchnie. Wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, po czym przewrócił się na drugi bok w akompaniamencie skrzypiącej pryczy, która zawyła żałośnie pod jego ciężkim cielskiem i zakrył twarz swoją porzuconą kurtę, by zniweczyć bestialskie plany wdzierającego się przez małe, przybrudzone okno poranka w postaci słonecznych promieni. Tak dawno nie zażył odpowiedniej dawki snu, że zdążył się zanim stęsknić, dlatego też nie miał najmniejszego zamiaru przerwać tego krótkotrwałego, acz pełnego namiętności romansu z objęciami Morfeusza. Dołożył w tym układzie wszelkich starań, aby rozciągnąć ten błogi stan nieświadomości jak najbardziej w czasie, jednakże najwidoczniej ta pierdolona suka w charakterze życia miała do zaoferowania Wiecznemu całkiem inne doznania i rozrywki, o czym przekonał się na własnej skórze, kiedy połowa zawartości butelki skonfrontowała się ze szorstką, przesuszoną przez uroki Desperacji skórą i przetłuszczonymi, sterczącymi na wszystkie strony, sięgających już ponad linię karku włosami.
Co, kurwa? — wycharczał pod nosem
Otworzył leniwie czynne oko, wbijając je wraz z pustym oczodołem (opaska sunęła się z twarzy podczas snu) wprost w chudą posturę, której kontury były zamazane i niewyraźne. Zamrugał powieką parę razy, aby odzyskać w miarę przyzwoitą ostrość obrazu i ziewnął leniwie
Ja pierdolę, mów pół tonu ciszej — syknął, dźwigającej się na łokciach, ale zaraz z powrotem opadł na twardy materac. Wyłażące z niego sprężyny wbiły się boleśnie do kręgosłupa, ale ten ból był nie porównywalny do tego, który, potęgowany przez szum w ustach, przechadzał się po jego głowie jak modelka po wybiegu na wysokich szpilkach.
Przełknął ślinę, by nawilżyć Saharę w gardle, a po chwili zabrał dzieciakowi butelkę i opróżnił ją do końca jednym haustem. Odetchnął z ulgą, przecierając zdrowym łokciem wilgoć z ust.
O czym ty pieprzysz? — zapytał, instynktownie łapiąc w między palce nóż, którego ostrze przeżyła spotkanie pierwszego stopnia z policzkiem, przecinając w tamtym miejscu skórę. Odłożył go ostrożnie na materac i sięgnął po kurtkę, aby poszperać jej kieszenie w poszukiwaniu fajek. Miał ochotę zapalić.
Widziałeś moje papierosy? — zapytał, kiedy jego palce ostatecznie nie natknęły się na wymiętą paczkę zbawianego nałogu.
Rozejrzał się w na boki. Podskórnie miał wrażenie, że ta libacja dała mu nieźle w kość.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
tekst alternatywny
Yury





Yury
Wieczny     Zarażony
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Jaskółka on Sro 15 Lis - 0:02
Uniósł na moment oczy ku górze, wyglądając jak ktoś, kto musi odliczyć do przysłowiowych dziesięciu, by odnaleźć ostateczne pokłady cierpliwości. Wreszcie westchnął ciężko i ruszył w jego stronę, po drodze schylając się po zgubę w postaci papierosów, które leżały niedbale rzucone obok spodni ciemnowłosego. Podszedł do materacu i rzucił paczkę obok uda mężczyzny, samemu kucając przed nim, przyglądając się przez moment jego zmęczonej, w niektórych miejscach naznaczonej już zmarszczkami twarzy.
Bez jakiegokolwiek słowa sięgnął dłońmi w jego stronę i złapał za zsuniętą opaskę, przesuwając ją na jej pierwotne miejsce, ostatni raz obdarzając krótkim spojrzeniem pusty oczodół.
- Nie pamiętasz. – powiedział cicho, nie oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi czy też potwierdzenia jego słów.
Zabrał ręce i oparł łokcie o kolana, kucając przed nim przez chwilę, aż wreszcie dodał, z zupełnym spokojem w głosie.
- Zgwałciłeś mnie. – stoicki spokój wraz z wagą wypowiedzianych słów zdawał się nie tyle co niepokojący, ale wręcz abstrakcyjny. Ciężko było wyczytać z jego twarzy czy mówił prawdę, czy też kłamał. Zamknięty i wycofany chłopak powrócił, na powrót zakładając swoją codzienną maskę, przez którą nikogo nie przepuszczał. Zdawało się, że wczorajsze echo jego śmiechu było jedynie snem. Snem, który również powoli się zacierał, pozostawiając po sobie pustkę.
Uniósł dłoń i pstryknął palcami w czoło biomecha, a potem delikatnie przesunął opuszkami po mokrych, ciemnych pasmach włosów, walcząc przez chwilę sam ze sobą, by ich nie zmierzwić, jak robiło się to szczeniakom posyłając je do snu, aż ostatecznie całkowicie zerwał kontakt pomiędzy nimi.
- Żartowałem. – sięgnął po nóż, podnosząc się do pozycji siedzącej, spoglądając na niego z góry.
- Możesz tu zostać ile chcesz. Jeżeli będziesz w okolicy, możesz tu się zatrzymywać. Nie przyprowadzaj jednak nikogo obcego. O tym miejscu wiemy tylko my. Niech to pozostanie naszą tajemnicą. – zamilkł, choć w jego oczach pojawiły się kolejne słowa, których nie odważył się wypowiedzieć na głos.
- Trzymaj się. – nie czekał na jakieś jego słowa pożegnania. Nawet, jeżeli nie mieli już nigdy więcej się zobaczyć, wszakże Desperacja była cholernie niebezpieczna, i każdy dzień mógł być ich ostatnim.
Bez kolejnych zbędnych słów opuścił pomieszczenie, a w jego ślady podążył tygrys, pozostawiając Wiecznego samego.

zt x 2(?)



No.
Jaskółka





Jaskółka
Wiwern     Opętany
GODNOŚĆ :
Tsukishimaru


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Měi Chāng on Nie 10 Mar - 22:19
 Teoretycznie wcale nie chciało jej się robić rundki po lesie i sprawdzać, czy zastawione z dawien dawna pułapki jeszcze jakoś się trzymają. Była to jednak doskonała wymówka, by na jakąś część dnia wymigać się od potencjalnie mniej przyjemnej roboty. Poza tym sama myśl o tym, że w niegdyś skrupulatnie zamontowanych mechanizmach coś by mogło nie działać wprawiała Chinkę w silny dyskomfort. Tak dla pewności obeszła więc cały rzadki lasek, sprawnie omijając elementy uruchamiające i sprawdzając każde, czy nie zostały przeżarte przez jakieś paskudztwo czy po prostu rozmontowane. W końcu na tym zwariowanym świecie nic do końca nie wiadomo.
 Nim uporała się ze wszystkim, słońce było już wysoko na niebie. Jak na wczesną wiosnę było wyjątkowo ładnie, brak wiatru czy zachmurzenia sprawiał zaś, że temperatura wydawała się znacznie wyższa. Takie niezwykłe warunki raczej nie miały szans wytrwać długo, czego Mei miała pełną świadomość. Wybór był prosty – skorzystać z pięknej pogody teraz, albo tygodniami czekać na powtórkę, bo znając jej szczęście akurat w atmosferze by coś pieprzło i mieliby cały miesiąc burz, deszczu oraz wszelkiego innego syfu.
 Nie siląc się na dłuższe rozważania, porozpinała rozcięcia z tyłu kurtki i rozłożyła skrzydła. Zawsze trwało to dość długo i wiązało się z pierońskim bólem, ale było warto; gdy tylko uporczywe rozdzieranie pleców minęło, wzbiła się w powietrze. Latanie od zawsze było jedną z jej ulubionych czynności, czy to kiedy jako nastolatce zdarzało jej się bywać w samolocie, czy ten jeden raz na osiemnaste urodziny, kiedy cała paczką przyjaciół wybrali się na skoki spadochronowe, czy też właśnie po spowodowanej wirusem mutacja. Można powiedzieć, że dla Chang ta przemiana była wyjątkowo korzystna, stanowiła wręcz spełnienie marzeń. Wiązały się z tym co prawda oczywiste wady, nic jednak nie mogło przyćmić wspaniałej możliwości tańczenia w przestworzach bez specjalnego sprzętu, maszyn, kursów i opłat.
 W końcu wylądowała na chwilę przerwy, wybierając sobie do siedzenia bezlistny, odpowiednio gruby konar jednego z drzew. Lekko przekrzywiona gałąź nie była może idealnym siedziskiem, jednak z wysokości kilku metrów rozciągał się całkiem niezły widok na okolicę. Na moment przymknęła oczy, z lubością łapiąc promienie słońca. W końcu kto wie, kiedy zerwie się wiatr i przywieje chmury, odbierając jej te pierwsze zwiastuny lata?
Měi Chāng





Měi Chāng
Wiwern     Opętana
GODNOŚĆ :
Měi Chāng


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Jillian on Wto 12 Mar - 12:29
Nigdy stuprocentowo nie wierzyła w słowa innych — zawsze starała się upewnić ile jest w nich prawdy, czy nie są zlepkiem wymyślonych na poczekaniu bzdur. Doskonale wiedziała, że w tym świecie roiło się od kłamców i krętaczy, bo sama niejednokrotnie działała na szkodę innych, byleby przetrwać i jakoś dać sobie radę. Tym razem musiała przekonać się o autentyczności informacji, którymi podzielił się z nią pewien wymordowany — informacji, od których prawdopodobnie zależał jej dalszy plan działania, o ile podejmowanie spontanicznych decyzji można było nazwać planem.
Ruszyła w stronę Smoczej Góry, w celu potwierdzenia słów mężczyzny, którego kilka godzin wcześniej napotkała na swojej drodze. To on przedstawił jej sylwetkę mężczyzny, którego chciała napotkać, to on powiedział, że powinna szukać go właśnie w tym miejscu. Prawdopodobnie powinna mu po prostu uwierzyć, bo wiele rzeczy, o których mówił pokrywało się z tym, co sama już wiedziała, ale wolała być wyczulona, wolała działać ostrożnie. Po swojemu.
Bez jakichkolwiek problemów i nieprzyjemności dotarła do rzadkiego lasu, który ciągnął się zaraz obok wielkiej, kamiennej wieży, która prawdopodobnie należała do najemników, o których słyszała już wcześniej. Czy naprawdę było możliwe, by Shane'owi udało się dojść do władzy, zająć najwyższe miejsce w hierarchii tego ugrupowania. Miała co do tego szczere wątpliwości — gdy widziała go po raz ostatni, to raczej bliżej było mu do zmizerniałego, nieco wystraszonego chłopca, niż do kogoś, kto mógłby wziąć sprawy w swoje ręce i pokierować losami najemników.
Po lesie poruszała się ostrożnie, jakby była wręcz przekonana, że może ją napotkać jakaś niemiła niespodzianka w postaci zwierzyny lub rozstawionych pułapek. Sama potrafiła sporządzać drobne mechanizmy i rozstawiać sidła, a ten przerzedzony las wydawał jej się wręcz idealnym miejscem do rozstawienia kilku utrudnień, które mogłyby poważnie spowolnić kogoś nieproszonego i jednocześnie bardzo nieostrożnego w tych terenach. Dlatego poruszyła się prawie na palcach, co jakiś czas zerkając w stronę budowli, wznoszącej się dużo ponad konary łysych drzew.
Na plecach miała kuszę, która brzęczała tępo podczas gwałtowniejszych ruchów. Ze swoją bronią rozstawała się naprawdę bardzo rzadko, jakby ręczna balista była jej jedyną przyjaciółką w tym parszywym świecie, jakby tylko na niej mogła polegać. Idąc do przodu natrafiła na metalowy mechanizm, przykryty piachem i liśćmi, który zgrabnie ominęła. Obejrzała się za siebie, chcąc upewnić się czy nie ściągnęła na siebie czyjegoś wzroku już teraz, ale nie dostrzegła nikogo, dlatego ruszyła dalej, pokonując kolejne metry, zbliżając się niebezpiecznie blisko Smoczej Góry.
Wydawało jej się, że usłyszała jakieś trzaśnięcie albo mocniejszy szelest po swojej prawej stronie. Od razu zwróciła tam swój wzrok, chcąc dostrzec źródło hałasu. Nic tam nie było, prócz drzew, poruszanych lekkim wiatrem. Uznała, że po prostu jej się to przesłyszało. Wyszła zza krzaków, ominęła kolejne pnie, aż w końcu poczuła coś pod swoją nogą. Coś twardego, o co zahaczyła płaskim obcasem. Spojrzała w dół, nie wierząc własnym oczom — stała na mechanizmie, który miał się zakleszczyć na jej nodze już przy najdrobniejszym ruchu. Powoli zgięła kolana, sięgając dłońmi stalowej konstrukcji, za którą złapała, by mieć jeszcze szansę wyswobodzić kończynę, którą prawie zmiażdżyły ostre zębiska pułapki. Póki trwała w takiej pozycji, to nic jej nie groziło, ale pewne było, że w końcu dłonie jej zdrętwieją, a wtedy metal spróbuje roztrzaskać kość.
Przeklęła się w myślach.
Jak mogła się tak rozproszyć?
Musiała coś wymyślić. Rozejrzała się na boki, w celu znalezienia czegoś, co by jej pomogło. Może przy pomocy jakiegoś kamienia i twardego patyka potrafiłaby rozbroić to ustrojstwo...



NEVER WANTED TO BE HERE NOW,
ONE FOOT IN THE GRAVE, OTHER ON THE GROUND.
Jillian





Jillian
Opętana
GODNOŚĆ :
Jillian O’Shea.


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Měi Chāng on Wto 12 Mar - 14:52
 Wydawać by się mogło, że z powietrza dawno już powinna była dostrzec przedzierającego się między drzewami intruza. Zbyt jednak była zajęta czerpaniem przyjemności z lotu niż patrolowaniem okolicy; po to były przecież wszystkie te sidła i wnyki, żeby nie trzeba było co rusz wybałuszać oczu w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Teraz zaś, kiedy usiadła na chwilę, by uspokoić oddech, kątem oka wyłapała ruch gdzieś przy poziomie gruntu. Mogło to być jakieś zwierzę, mógł i człowiek, a najprawdopodobniej popularna lokalnie mieszanka obydwu.
 Bez pośpiechu przesunęła się bliżej pnia, pilnując by nie wydawać przy tym żadnych odgłosów. Odruchowo zerknęła ku jednej z sąsiednich gałęzi, gdzie przed radosną wycieczką w przestworza odłożyła własną broń. Mogła się później przydać, dobrze więc, by pozostawała w zasięgu ręki. Nie minęła nawet minuta, kiedy wśród powykręcanych gałęzi Chang udało się dostrzec nieznajomą sylwetkę. Wyraźnie kobieca postać zbliżała się, wzbudzając tym samym coraz większe zainteresowanie obserwatorki; w napięciu oczekiwała, jak wielu pułapek uda się jej ominąć, a kiedy ślepe szczęście w końcu zaprotestuje i popchnie ową osobę w najbliższy zmyślny mechanizm.
 Mei mogła nazwać dzisiejszy dzień zdecydowanie fartownym, bo moment, w którym nieznajoma wreszcie wdepnęła na płytkę uruchamiającą sidła nastąpił ledwie kilka metrów od drzewa, na którym Chinka cały czas przebywała. Miała więc wyborny widok na przebieg zdarzeń, przy okazji zostając niezauważona przez wyjątkowo długi czas. Gdyby próbowało się patrzeć jednocześnie pod nogi i w korony drzew z pewnością rychło nabawiłoby się zeza, zaś pechowej niewieście nie wyszło chyba ani jedno, ani drugie. Oblicze najemniczki przyozdobił rozbawiony wyraz. Z pewnością wybuchłaby śmiechem na głos, gdyby tylko odruchowo nie maskowała swojej obecności.
 — No proszę proszę, co mi się tu złapało — odezwała się w końcu, wychylając nieco bardziej zza grubego pnia. Celowo podniosła głos, by tamta mogła ją usłyszeć mimo sporego dystansu. Nim zaś jeszcze słowa poniosły się echem przez umierający las, Chang zeskoczyła najpierw na niższą gałąź, skąd zgarnęła własną kuszę, a potem na ziemię, rozkładając nieco skrzydła podczas lądowania tuż przy nasadzie drzewa.
 Postąpiła kilka kroków w kierunku nieznajomej, z przedramionami założonymi pod biustem uważnie lustrując zdobycz od stóp do głów. I tak była częściowo pod wrażeniem, bo kobieta wykazała się na tyle dobrym refleksem, by przynajmniej przez chwilę ocalić nogę od zmiażdżenia. Jak długo uda jej się zachować ten stan, to już inna sprawa.
 — Szczerze mówiąc, wolałabym raczej znaleźć w sidłach jakiś materiał na obiad. Ty mi na taki nie wyglądasz, chyba żeby cię zgrillować — zażartowała, choć niełatwo było zgubić ten fakt w zaskakująco beznamiętnym tonie wypowiedzi. — Koleżanka tu czegoś szuka? Na spacerze? W interesach? — Uniosła lekko brwi, wyczekując odpowiedzi. Żarty żartami, wypadałoby się dowiedzieć, co to za ptaszyna władowała się w pułapkę i czy lepiej ją dobić, czy patrzeć jak się męczy.
Měi Chāng





Měi Chāng
Wiwern     Opętana
GODNOŚĆ :
Měi Chāng


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Jillian on Sro 13 Mar - 12:43
Z nogą utkwioną w żelaznym ustrojstwie, które przy gwałtowniejszym ruchu mogło z łatwością zacisnąć swoje zębiska na pochwyconej kończynie nie miała zbyt dużej swobody w ruchach. Rękoma też niewiele mogła zdziałać, bo cały czas musiała przytrzymywać palcami metal, tak dla dodatkowego bezpieczeństwa, gdyby jednak pułapka spróbowała się zbuntować i zacisnąć na jej nodze. Może zdążyłaby dłońmi chociaż trochę spowolnić tę akcję i nie pogruchotałoby jej kości. Swoją drogą natrafiła na bardzo ciekawy mechanizm, nie spodziewała się, że ktoś wymyśli coś takiego. W pierwszej chwili myślała, że wdepnęła w zwykłą pułapkę na niedźwiedzie — taką, która po prostu unieruchamia i sprawia ból. I rzeczywiście, wyglądem przypominała takie urządzenie, ale działała bardziej jak mina — można było w nią wdepnąć, ale dopiero po poruszeniu stopą metalowe szczęki próbowały się zamknąć. Nietypowe rozwiązanie, ale jak się okazuje bardzo skuteczne.
Nie dostrzegła wcześniej postaci siedzącej na drzewie, jakby już wcześniej uznała, że między rzadkimi gałęziami nikt i tak nie zdoła się skryć, a prawdziwego zagrożenia należy szukać pod nogami. Chwilę wcześniej była po prostu za bardzo skupiona na omijaniu pułapek i suchych krzaków, by jeszcze dodatkowo spoglądać w górę. To był jej błąd, doskonale o tym wiedziała.
Przez chwilę wydawało jej się, że znów usłyszała jakiś szelest — rozglądając się na boki nie dostrzegła niczego szczególnego, a dźwięk mogły wydawać z siebie gałęzi, poruszane przez wiatr. Desperatka czasami zachowywała się jakby miała paranoję, jakby każdy dźwięk miał zwiastować zbliżające się zagrożenie, któremu trzeba umknąć. Takie rozglądanie się i ciągłe sprawdzanie tyłów nie pozwalało jej na dokładne obserwowanie tego, co się znajdowało przed nią. Ale chyba nie ma co się dziwić, że osoba, która całe życie przed wszystkimi uciekała, tak często spoglądała za siebie.
„No proszę proszę, co mi się tu złapało.”
Serce zabiło jej mocniej, gdy względną ciszę przerwał czyjś głos, prawdopodobnie kobiecy, choć równie dobrze mógł należeć też do jakiegoś nieco zniewieściałego chłopca. Jillian wytężyła wzrok, próbując dostrzec postać, którą dopiero co słyszała. Przebiegła spojrzeniem po pobliskich krzakach i drzewach, aż w końcu za jednym z pni dostrzegła wychylającą się postać, która dość szybko i sprawnie (bo przy użyciu skrzydeł) opadła na ziemię. Musiała być wymordowaną lub aniołem — białawe pierze potrafiło zmylić każdego.
Z zaciśniętymi ustami i wyraźnym niezadowoleniem na twarzy wpatrywała się w nieznajomą. Możliwe, że przez chwilę napotkała jej spojrzenie, ale szybko odwróciła wzrok, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek patrzył na nią, gdy była w tak gównianej sytuacji.
„Szczerze mówiąc, wolałabym (...)”
Przełknęła ślinę tylko po to, by nawilżyć gardło przed wypowiedzeniem swoich pierwszych słów na głos. Prawdopodobnie nie chciała pozwolić na to, żeby również głosem przestawiła się ze swojej najgorszej strony — wystarczyło, że musiała wyglądać żałośnie podczas walki z metalowymi zębiskami, które bardzo chętnie zacisnęły się na jej nodze. Odchrząknęła, doprowadzając się do porządku. W końcu była gotowa normalnie odpowiedzieć, bez obawy przed tym, że będzie brzmiała jak przerażone dziewczę.
Szczerze mówiąc... ja też wolałabym nie ryzykować zmiażdżeniem kości, bardzo lubię swoją nogę — odparła i choć chciała coś pokazać dłonią, to nie zabrała palców z pułapki, w dalszym ciągu trzymając ją po bokach, żeby tylko nie zakleszczyła się na kończynie. Wciąż wpatrywała się w nieznajomą, która prawdopodobnie była od najemników, co zresztą częściowo potwierdziły jej dalsze słowa.
„Koleżanka tu czegoś szuka? Na spacerze? W interesach?”
Nie znam tych rejonów zbyt dobrze, ale skierował mnie tu przyjaciel. Szukam pewnego człowieka, mówił, że znajdę go własnie tutaj. Nie chodzi o interesy, nazwałabym to raczej odnowieniem starych więzi, które nadgryzł czas — wyjaśniła najszybciej i najprościej jak tylko umiała. Jej słowa po części były prawdą, po części kłamstwem, ale wydawało jej się, że podczas wypowiadania tych słów brzmiała całkiem autentycznie — a już na pewno starała się tak brzmieć. Chciała tylko kilku dodatkowych informacji, chciała uzupełnić swoją dość ubogą wiedzę na temat przywódcy najemników. Musiała tylko dobrze pokierować rozmową i odpowiednio podejść dziewczynę. Mimo wszystko należało jednak zacząć od nakłonienia jej do pomocy przy pozbywaniu się tej cholernej pułapki.
Będziesz tak łaskawa i pomożesz mi wyswobodzić nogę? Prawdopodobnie nie wytrzymam zbyt długo.



NEVER WANTED TO BE HERE NOW,
ONE FOOT IN THE GRAVE, OTHER ON THE GROUND.
Jillian





Jillian
Opętana
GODNOŚĆ :
Jillian O’Shea.


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Měi Chāng on Czw 14 Mar - 21:43
 — Ciekawe, ciekawe... — Pokiwała głową, wysłuchując wyjaśnień nieznajomej z nieco przesadnie zamyślona miną. Wwiercony w pułapkę wzrok nawet nie drgnął przez dłuższy czas, dopiero kiedy tamta zasugerowała, by ją może wypuścić. To stwierdzenie z miejsca wywołało lekki uśmiech na twarzy Mei, wraz z którym wystąpiło także uniesienie brwi w wyrazie swego rodzaju politowania. Miała ten ruch uznać za naiwny, czy wyjątkowo odważny? Było to naprawdę intrygujące zjawisko: spotkać kogoś, kto wydawał się jeszcze wierzyć z ludzkie odruchy. Gdyby te odsunąć na bok, trudno by znaleźć sensowne uzasadnienie dla uwolnienia zdobyczy z sideł, skoro już była uprzejma sama w nie wleźć. Kobieta nie stanowiła może idealnej podstawy pod posiłek, dobytku chyba też nie miała przy sobie zbyt znacznego, ale jednak – gdyby się jej dobrać do skóry, na pewno dałoby się znaleźć coś interesującego, dla obcej osoby o wiele bardziej cennego niż jej życie. Poza tym, od zmiażdżenia łydki nie umarłaby nawet tak szybko, więc w pewnym sensie wilk syty i owca cała...
 Na szczęście Chang z reguły kierowała się zasadą, że lepiej ubić interes niż człowieka, tak samo jak za rozsądne uznawała unikanie robienia sobie wrogów. Niepozorna dziewuszka zawsze mogła okazać się mutantem zdolnym do wybombienia z siebie kilkunastometrowego, grubego jak cały człowiek wężyska czy innego potwora. W końcu z tym cholernym wirusem to nigdy nie wiadomo.
 — Właściwie to dlaczego miałabym cię uwolnić? Nie zrozum mnie źle, też nie lubię marnotrawienia dobrych nóg, ale te pułapki są właśnie po to, żeby zatrzymywać intruzów. Jeśli się nie mylę, doskonale spełniły swoją rolę.
 Z perspektywy Chinki też nie była to przecież taka bagatelna sprawa. Zdążyła już zauważyć, że nieznajoma jest uzbrojona, a więc stanowiła w jakimś stopniu zagrożenie. Teraz, unieruchomiona przez groźbę momentalnej utraty jednej z dolnych kończyn, nie miała zbytniego pola manewru do robienia rozróby, co dla Mei robiło z niej rozmówcę idealnego. Napieprzanie się po mordach i powstały z tego bałagan były zbyt upierdliwe.
Měi Chāng





Měi Chāng
Wiwern     Opętana
GODNOŚĆ :
Měi Chāng


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Jillian on Pią 15 Mar - 14:17
Z pewnością nie odpowiadało jej to, w jakim położeniu się znajdowała. Już dawno odzwyczaiła się od roli ofiary — świat boleśnie ją uświadomił, że Ci najsłabsi mają nikłe szanse na przetrwanie. Właśnie dlatego musiała ewoluować, zmienić się. Była zupełnie kimś innym, dawną siebie zostawiła daleko w tyle, do obrazu tej ułożonej, naiwnej dziewczyny nie wracała zbyt często. Teraz była silniejsza, doskonale o tym wiedziała.
W pewnej chwili myślała nad tym, by spróbować się wyswobodzić bez pomocy nieznajomej. Zastanawiała się czy gdyby powoli pozwoliła metalowym zębiskom zakleszczyć się na swojej nodze, to czy kość faktycznie mogłaby zostać naruszona w jakimś poważnym stopniu. Zakładała, że prawdopodobnie nie byłoby tak źle — pewnie trochę by się poraniła, ale przynajmniej miałaby wolne ręce i mogłaby zdziałać o wiele więcej, pokazać, że nie jest pierwszą lepszą desperatka do odstrzału. Możliwe, że najemniczka nawet nie spodziewałaby się takiego zagrania. Sięgnięcie po kuszę i wycelowanie zajęłoby trochę czasu, ale ryzyko mogło się opłacić.
W przymrużonych, bursztynowych ślepiach Jillian nie odznaczało się nic szczególnego, nie było żadnych widocznych, klarownych emocji. Pociągnięte granatem powieki opadały powolnie. Kobieta miała zmęczoną twarz, jakby nie spała kilka nocy z rzędu. Ubrana była w brudne ubrania — nogę, która utknęła w pułapce chronił obłocony but. Zdecydowanie wyglądała na kogoś, kto dużo przeszedł, ale jednocześnie wciąż dawał sobie radę. Celowo nie zdradzała zbyt wiele, jakby w zanadrzu miała jeszcze wiele rzeczy, którymi mogła zaskoczyć.
„Właściwie to dlaczego miałabym cię uwolnić?”
Mrugnęła ślepiami, lustrując ją dokładnie. Wzrok ostatecznie zatrzymała na jej twarzy, możliwe nawet, że ich spojrzenia skrzyżowały się.
Czyli się mnie obawiasz. I bardzo dobrze, bo powinnaś — powiedziała spokojnie, trudno było wyczuć jakie miała intencje, starała się wciąż być nieodgadniona. Jej słowa były swego rodzaju ostrzeżeniem, od osoby, która doskonale wiedziała, że znajdzie inne wyjście z sytuacji, a wtedy wszystko diametralnie się zmieni. — Nie jestem intruzem, ale nazywaj mnie jak chcesz — dodała po chwili równie spokojnie co wcześniej. Była w stanie postawić się na miejscu nieznajomej — sama wiele razy stała przed podobnymi wyborami, którym towarzyszyły ogromne wątpliwości. Jillian nie przyszła w te tereny, żeby kogokolwiek skrzywdzić, potrzebowała jedynie informacji, by móc zaplanować coś większego. Chciała je zdobyć podstępem, ale na jej drodze pojawiła się jasnowłosa przedstawicielka płci żeńskiej — i o ile niebieskowłosa nie lubiła mężczyzn, tak z kobietami również rzadko potrafiła dojść do porozumienia. Zdecydowanie za szybko ją irytowały.
To co teraz ze mną zrobisz? — powiedziała, ukrywając pod rękawem bluzy srebrny, nieco zabrudzony pierścień, którego nieznajoma mogła jeszcze nie dostrzec.
Usta zadrżały jej, gdy palcem potarła metal, z którego stworzona była pułapka.



NEVER WANTED TO BE HERE NOW,
ONE FOOT IN THE GRAVE, OTHER ON THE GROUND.
Jillian





Jillian
Opętana
GODNOŚĆ :
Jillian O’Shea.


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Měi Chāng on Pią 15 Mar - 20:54
 — Obawiam, nie obawiam... — wzruszyła niedbale ramionami. — Nieszczególnie mi się widzi, żeby za gest dobroci skończyć z bełtem w gardle, wiesz o co chodzi. — Nie trzeba tu było chyba wiele tłumaczyć. Nie znała owej kobiety o niebieskich włosach, nigdy o niej nawet nie słyszała. Wszystkie decyzje musiała podejmować w ciemno, a najrozsądniejszą możliwą opcją było zachowanie ostrożności. Jakiż to sens przeżyć koniec świata, zarażenie śmiertelnym wirusem, mutację i tysiąc lat egzystencji jako dziwny na wpół ludzki stwór, jeśli potem robi się głupoty i nadstawia karku dla byle czego? Każdy posiadacz choć w części sprawnego mózgu byłby w stanie to pojąć.
 — Nie jestem intruzem, ale nazywaj mnie jak chcesz.
 — Z mojej perspektywy jesteś, przynajmniej pod pewnym kątem.
 Wywróciła nieznacznie oczami, unosząc spojrzenie ku niebu. Dlaczego w tak luźny, swobodny dzień musiała wpakować się w sytuację wymagającą myślenia? Jakiemu zaś bóstwu czy duchowi natury podpadła, że ją tak pokarało? Przez moment nie odzywała się wcale, z wielce zamyśloną miną przyglądając się nieznajomej. Dopiero na dźwięk kolejnego pytania westchnęła głęboko, jak gdyby nigdy nic przeciągając się niespiesznie. W końcu spojrzenie spoczęło na uwięzionej w pułapce kobiecie i przez moment można by odnieść wrażenie, że w fioletowych ślepiach błysnęła iskierka czegoś pomiędzy entuzjazmem a zainteresowaniem.
 — Teraz... no nie wiem. Chyba uznam, że ze zmiażdżoną nogą będziesz jeszcze bardziej irytująca, więc na razie oszczędzimy sobie dodatkowych cierpień. Stój tam grzecznie — ostrzegła, celując w nieznajomą palcem wskazującym. Raz podjąwszy decyzję, nie marnowała czasu; mogła narzekać, że jej się nie chce, ale ustalony plan zawsze realizowała bez zbędnego zwlekania. Okrążyła unieruchomioną postać i zatrzymała się za jej plecami, po raz ostatni zerkając, czy nie próbuje przypadkiem żadnych nieczystych zagrań. Łut szczęścia sprawił, że mechanizm rozbrajający sidła znajdował się akurat w miejscu poniekąd niedostępnym dla niefortunnej spacerowiczki. Musiałaby się pewnie nieźle nagimnastykować, żeby samej tam sięgnąć i na ślepo wymacać właściwy sposób przestawienia dźwigni, a i Chinka była dzięki temu o tych kilka procent bezpieczniejsza. W jednym sprawnym ruchu zablokowała mechanizm, który głośnym, metalicznym kliknięciem oznajmił swoją bezradność.
 — No, wyłaź — zakomenderowała, a gdy tylko noga drugiej kobiety znalazła się poza zdradzieckimi szczękami, kolejnym pociągnięciem przekładni uzbroiła pułapkę z powrotem. Nie będzie przecież zawracać sobie tym głowy później, jeszcze zapomni, będzie się musiała wracać... nie, mając do wyboru zrobić coś od razu, w dziewięciu przypadkach na dziesięć korzystała z okazji. I oczywiście wystosowywała całą perorę na temat tego, jak bardzo jej się nie chce, na głos lub do samej siebie w myślach.
 Wyprostowała się, na co kręgosłup zareagował cichym chrupnięciem. Krótkie ukłucie bólu przypomniało o rychłej konieczności schowania skrzydeł, jeśli Mei nie chciała spędzić reszty dnia w pozycji horyzontalnej, turlając się po podłodze i jęcząc, żeby ktoś jej łaskawie zrobił okład. Teraz powstrzymała się przed powrotem do całkowicie ludzkiej postaci tylko z przezorności. Powolnym spacerkiem wróciła na wcześniej zajmowane miejsce, by bokiem oprzeć się o pień swojego ulubionego drzewa i z tej, o niebo wygodniejszej pozycji kontynuować rozmowę.
 Bo miały teraz rozmawiać, tak?
Měi Chāng





Měi Chāng
Wiwern     Opętana
GODNOŚĆ :
Měi Chāng


Powrót do góry Go down


Re: Las w okolicy kamiennej wieży

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 7 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Powrót do góry