Go down


Okoliczne pustkowia

Pisanie by Yū ✿ on 30/8/2018, 21:31

Ciągnące się w każdym kierunku nienazwane ziemie, głównie bezdroża, połacie zdziczałych lasów oraz płaszczyzny łąk. Królestwo zwierzyny, która zapomniała już czym jest strach przed człowiekiem. Okalają one zewsząd Schron, łącząc dziką przyrodę z pozostałościami ludzkiej potęgi.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Re: Okoliczne pustkowia

Pisanie by Yū ✿ on 30/8/2018, 22:17
Wszystko jest obce. Każdy najcichszy szmer to zagrożenie, nagły ruch bez nazwy to atak, a świat nie istnieje, jeżeli nie znajduje się w zasięgu ręki. Wyciągnięta bardzo daleko nie napotkała oporu, mogła swobodnie przepływać przez bezmiar przestrzeni wokół. Życie było zaskoczeniem, z którego musiała czerpać, żeby przetrwać. Gdy palce napotykały obcą strukturę zaciskała usta do ich bladości. Ślepe oczy wpatrywało się martwo w miejsce, gdzie pojawiała się przeszkoda, ale równie dobrze mogła w dalszym ciągu patrzeć przed siebie.
 Oślepła. Nie istniała różnica pomiędzy tym co kryło się za bezgraniczną czernią, a nią samą. Tylko przyzwyczajenie zmuszało głowę do podjęcia ruchu, chociaż i z tego co raz częściej rezygnowała. Była bierna względem wszystkich bodźców. Nie chciała marnować sił. Już. Nigdy. Więcej.
Ciało płonęło, liczne rany zaogniały się siarczystym bólem z każdym ruchem, dotyk przypominał przytknięte do skóry rozżarzone węgle. Kiedy płakała, krztusiła się tylko bezgłośnie, ale łzy nie płynęły, żaden dźwięk nie wypływał z gardła na zewnątrz. Była teraz szmacianą lalką. Ślepa niemowa z ciałem, które mogło rozpaść się przez jeden precyzyjny cios. Robiła tylko to, co kazała jej niewidzialna ręka, zgadzała się na wszystko. Kiedy się nie zgadzała, cierpiała bardziej.
Bogowie, nigdy was nie zdradziłam.
 Zacisnęła pięść i natychmiast tego pożałowała. Całę rękę ścisnął rwący ból, nakłucia posłały w głąb ciała szczypiące impulsy. Zadrżała konwulsyjnie i zacisnęła zęby na skórze przedramienia. Przez ostatnie doby tylko to pozwalało jej zachować jedzenie w żołądku, dalsze sprawienia sobie nieprzyjemności zagłuszało na kilka sekund całą resztę. A potem otwierała rozedrgane usta i unosiła głowę w oczekiwaniu na cokolwiek. Czasami zasypiała nagle, albo traciła świadomość na kilka minut.
 Vettori zabrał ją spod miasta następnego dnia po znalezieniu żyjącego trupa w kanałach. Adam, szef szpitala w podziemiu, zwyzywał ich od najgorszych, ale nie mówił nic, kiedy opuszczali w nocy bezpieczne korytarze. Zaraz po opatrzeniu napisała koślawo kilka znaków.
Zabij mnie.
 Nie pamiętała tego. Wiedziała jednak, że dla Łowców byłoby teraz lepiej, gdyby nie żyła. Kilka dób później nadal wpatrywała się w ciemność, swój nowy świat. Siedziała na skraju bagażnika porzuconego samochodu i zdrapywała rdzę spod palców. Zawsze ktoś jej towarzyszył. Nie znała tych ludzi. To byli ludzie Vettori'ego, którzy nie znali również jej. Byli cisi i sumienni, nigdy się nie zbliżali. Gdy raz jeden spróbował to zrobić, zaatakowała go, a potem sama trafiła na łóżko w pokoju medyka. Rany na plecach otwierały się za każdym razem, gdy podnosiła ręce ponad głowę. Od tego momentu nikt inny nie podszedł. Nie mówili do niej nic, ponieważ nie mogła odpowiadać.
 Czekała tylko aż nadejdzie noc i dmuchała w pustą przestrzeń przed sobą wyobrażając sobie odgłos uciekającej z pomiędzy ust pary i ją samą.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Re: Okoliczne pustkowia

Pisanie by Jahleel on 19/9/2018, 12:26
Zmarnował 21 dni. 21 długich dni, które dla niego minęły niczym kilka minut. Labirynt pożarł go, wciągając w swoją chorą, wypaczoną rzeczywistość, zostawiając zmęczonego nie fizycznie, ale psychicznie. O ciało zadbała biała dama, jaka żegnając się z nimi, zostawiła jeszcze ciepły posiłek do odbudowania sił.
Wracali przez Desperację powoli. Nie mogli szybciej, jedna z nich nie potrafiła latać. Musieli zatem ciągnąć nogę za nogą, chociaż jemu spieszyło się do innych obowiązków. Zatrzymał się zatem nagle, licząc w głowie dni. Czy to nie pora spotkania z Łowcami? Czy przegapił już, czy czekają na niego? Miesiąc... Miesiąc w plecy. Jak on to nadrobi?
Postanowił się odłączyć. I tak jest już na Desperacji, to tylko oszczędność czasu i drogi, by od razu porozmawiać z Łowcami. Dwie pieczenie na jednym ogniu, jak to mawiają.
Hayaiel postanowił iść z nim. Nie zatrzymywał albinosa, nie jest wykluczone, że obecność członka Zastępu będzie kluczowa. Jak nie do obrony, tak do pomocy. Żywioł, jakim włada, jest niezmiernie przydatny. Oboje rozwinęli zatem skrzydła, nim skierowali się ku bazie miejskiej opozycji.
Na szczęście nie była zbyt chroniona. Szczególnie ukryta. Trafili tam po długim locie, wynikał on jednak z odległości, nie zaś bezsensownego kluczenia. A gdy cienie skrzydlatych postaci padły na ziemie otaczające schron, oboje zdecydowali się wylądować. Stosowna odległość musiała być zachowana, aby nie uznano ich za atakujące zwierzęta. Wobec tego ostatnie metry ponownie pokonali pieszo, podchodząc ostrożnie. Pokazując, że nie stanowią zagrożenia. Wszak cóż za agresor by szedł wydeptaną ścieżką, eksponując się z każdej strony? Jedynie rąk nie uniósł, a to dlatego, że w dłoniach wciąż trzymał gniazdko z niedawno wyklutym, złotym słowikiem.
Pierwszy zauważył ich Vettori. Mężczyzna odruchem przygotował broń, woląc mieć ją na widoku. Mało to jest oszustów, podstępnych szuj, które potrafią nawet wygląd podrobić? Padły zatem pytania - te niby proste, a jednak mogące jasno zdemaskować ewentualnego przebierańca. Jahleel rozumiał ostrożność. Nie zdradzał zatem ani odrobiny zniecierpliwienia czy zmęczenia tą kontrolą. Czy przez bramki niczym na lotnisku też ich przepuszczą? Tak z czystej ciekawości... Nie powiedział jednak nic ponad to, czego od niego oczekiwał Vettori.
- Jeszcze jedno... Yu jest nieco niezdolna do rozmowy - mruknął, co dopiero przykuło uwagę anioła.
Brunet spojrzał wpierw na niego, potem na siedzącą w oddali postać.
- Co masz na myśli?
Informacje były szokujące, niemniej nie stanowiły nic, czego Desperacja jeszcze nie widziała. Ryzykujesz okaleczeniem przy samym wstawaniu z łóżka. Brunet skinął wolno głową.
- Pozwolisz, że ją obejrzymy? - Spytał kulturalnie, acz nie zamierzał przyjmować odmowy. Na razie oddał gniazdko z pisklakiem Hayaielowi, zanim niespiesznie zbliżył się do cierpiącej kobiety.
- Miło mi cię widzieć, Yu - słowa te miały stanowić pewnego rodzaju informację. "Podchodzę, nie stanowię zagrożenia". Niemalże jak do konia. Zbliżając się doń, robisz trochę hałasu, aby nie kopnął cię w strachu i panice. Nie ujmował Yu treningu bojowego, zatem wolał głośno zaanonsować własną obecność aniżeli potem zbierać zęby z okalającego schron piachu.
Przystając obok, położył jej dłoń na głowie, uciekając się do mocy tkwiącego pod ubraniem artefaktu.
- Jak się czujesz, moja droga? - Przeczesał łagodnym ruchem jej włosy.



When the sky above us fell
We descended into hell
avatar





Jahleel
Zwierzchność
GODNOŚĆ :
Jahleel


Powrót do góry Go down


Re: Okoliczne pustkowia

Pisanie by Yū ✿ on 23/9/2018, 13:01
 Jej spojrzenie płonęło. Skraj umykającego przed wzrokiem słońca i karmazynowe, ogniste niego odbijało się na powierzchni zapatrzonego w przestrzeń oka. Nic nie wskazywało na zmiany, jakie w niej ostatnio nastąpiły. Nadal, jakby wcale nie straciła wzroku, oglądała pokrywające się purpurą niebo, czujnie i kapryśnie mrużąc powieki. Nie przejmowała się upływem czasu, miała wrażenie, że zarówno pośpiech jak i cierpliwe trwanie w oczekiwaniu doprowadzą ją do identycznego rezultatu, jakim niewątpliwie będzie definitywny koniec. Równie dobrze mogła wcale o tym nie myśleć i tak jak teraz, patrzeć się w ciemność przed sobą pozwalając światu płynąć sobie gdzieś obok.
 Nie była teraz jego częścią.
 Vettori był jej głosem i był jej oczami, ale szybko pochłonęła go rola każdego pozostałego zmysłu. Był gniewny i cichszy niż zwykle, nie potrafił dłużej ukrywać irytacji i zniecierpliwienia. To nie było: "uda Ci się tego dokonać", ale "musisz tego dokonać". Wymagał od niej cudu, którego najwyraźniej zawsze spodziewał się po przywódcach, ale kiedy petarda powędrowała ku górze, bajeczny wybuch okazał się niesatysfakcjonujący. Nie szukał pozwolenia, po cichu przejął wszystkie jej obowiązki i wykonywał je bezwzględnie dobrze. Łowcy nie stracili dowódcy, po prostu chwilowo zniknął on z ich pola widzenia. Ale Vettori widział wszystko, widział i wiedział, że rebelia nie potrzebuje organizacji, musi mieć za to symbol, który zawsze ruszy na przedzie szarży z uniesioną do góry głową.
 Yu tymczasem garbiła się nad kolanami, blada na tle roziskrzonego nieba. Nie mogła poskarżyć się na wślizgujący się pod lekkie ubrania wieczorny chłód, więc przyciągnęła nogi wyżej i szczękała zębami bezgłośnie. Była jak zaklęta, żaden odgłos nie był w stanie opuścić jej otoczenia, zewsząd omiatała ją głucha aura, dźwiękowa próżnia. Doskonale słyszała jednak to, co nie miało źródła w jej własnych ruchach. Ściszone głosy siedzącej nieopodal zbieraniny desperackich najemników, ptaki podskakujące na krzywych nóżkach wśród kęp wysuszonej trawy, szelest liści targanych po ziemi przez wiatr kończącego się lata, a także odgłos pierzastych skrzydeł trzepoczących z gracją po niebie.
 To mogło być wyłącznie wrażenie, przez ostatnie kilka dni zdecydowanie za często dawała się nabrać fałszywym, nieistniejącym zagrożeniom. Próbowała odszukać źródło dźwięku wzrokiem, ale znowu mocno się zawiodła, oczy pozostawały przesłonięte jednolitą czernią, a pogłosy lotu ucichły. Po raz kolejny zamarła zapatrzona w coś, czego nie mogła dostrzec, a potem z rozczarowaniem wracała do poprzedniej pozycji nasłuchując niemożliwego.
 Nie było tak, że poddała się od razu. Rezygnacja i napór czarnych myśli przychodziły z czasem, z każdą zmarnowaną chwilą i dniami spędzonymi na próbach zatuszowania problemu. Zanim zdała sobie z tego sprawę, siedziała już dziesiątki kilometrów od miasta w towarzystwie ludzi, którym nie potrafiła zaufać. Wszystko płynęło gdzieś obok.
 Rozmowy się ożywiły, do wychwycenia tak oczywistej zmiany nie potrzebowała zwierzęcej intuicji. Machinalnie, po raz kolejny, zwróciła się w kierunku pozostałych, ale teraz już bez poczucia irytacji nastawiła w ich stronę ucho. Dużo łatwiej rozdzielało się od siebie zaplątane w dyskusji głosy, jeżeli były nam znane, ale pech chciał, że kakofonia desperackich, przepitych głosów sprawnie uniemożliwiała jej dosłyszenie tych kwestii, które ją rzeczywiście interesowały. Wszystko wskazywało na to, że nie myliła się do końca w swoim pierwszym osądzie. Ktoś na pewno się tu zjawił i prawdopodobnie, chociaż mogła tylko się domyślać, przybył tu na anielskich skrzydłach.
 Zacisnęła usta i ześlizgnęła się powoli do półleżącej pozycji. Nie było chyba gorszej jak ta, z podparciem w postaci łokci i mięśniami całego ciała napiętymi do granic. Czuła wszystkie bolesne rany, które odnawiały się przy najmniejszym wysiłku, ale nie musiała martwić się o odgłosy boleści, te i tak pozostawały bezgłośne.
Aniołów mi tu brakowało, pomyślała cierpko, przypominając sobie natychmiast jednego z niewielu pierzaków, których faktycznie lubiła. Isao zaginął bez wieści, a łudzenie się, że nadal żyje rozdrapywało stare rany. Swoim zniknięciem dołożył tylko cegiełkę do muru dzielącego łowczynię od boskiej rasy. Każdy kontakt z nimi był szorstki i pełen fałszu. Paradoksalnie, skoro anioły były podobno orędownikami prawdy.
 Nie mogła się ukryć, chociaż z zewnątrz wyglądało to tak, jakby dokładała wszelkich starać, by zniknąć za niską ścianką samochodowej naczepy. Zawiesiła palce na jej krawędzi i mieliła w ustach słowa, jakich nie mogła wypowiedzieć. Zawsze spodziewała się niebezpieczeństwa, ale co raz częściej ryzyko oznaczało przeskoczenie kolejnego metra w stronę polepszenia. Musiała zaufać czujności Vettoriego, nawet jeżeli z każdym dniem co raz bardziej nie chciała mu ufać.
Miło mi cię widzieć, Yu.
 Rzucone ostrożnie słowa, jak flaga sygnałowa dla pilota, pojawiły się w jej przestrzeni w boleśnie przewidywalny sposób. Wszyscy podchodzili do niej teraz jak do jeżozwierza, który gotowy był w szoku zaatakować nawet własne, nieostrożne dzieci. Zmuszali się do robienia hałasu, dobierali odpowiednio słowa, starali się brzmieć jak bezbronne owce przy psie pasterskim ze wścieklizną.
Nie mogę powiedzieć tego samego, Jahleelu, powiedziała bezgłośnie poruszając ustami. Czasami to wystarczało, niektórzy dostatecznie dobrze potrafili wydobyć najoczywistsze intencje z ruchów jej warg, z mowy ciała, ale dla obcych zawsze poruszała ustami jak ryba. Poza tym nie starała się być niemiła, odrzuciła drażliwość na bok, szukając humoru w miejscu, gdzie go nie ma. W końcu oślepła, nie mogła powiedzieć, że jego również miło widzieć. Wszystko to było jednak pełne goryczy. Niemal natychmiast odwróciła głowę w przeciwnym do zwierzchnika kierunku dając mu jasno do zrozumienia, że jeżeli chce rozmawiać, to musi poczekać na inną okazję.
 Nie pałała chęcią do współpracy, więc kiedy Jahleel położył dłoń na jej czole, odchyliła głowę jak kot, którego ktoś położył plaster sera między uszami. Osiągnął minimalnie pozytywny rezultat, spojrzała na niego wzrokiem, który płonął kolorami nieba i cierpieniem, które na każdym kroku przekuwała w zdradziecką siłę. Wypuściła blachę z uścisku i pozwoliła dłoniom drżeć na boki jak u starca. Nie ze strachu, ale z bólu, który wstrząsał ciałem za każdym razem, gdy zmuszała się do zachowania wyprostowanej sylwetki.
I jak Ci się teraz podobam, Jahleelu? Zakpiła, poruszając ustami jak do szeptu.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Re: Okoliczne pustkowia

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry