Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «
  • 05/12. Do 14 grudnia do godziny 20:00 jest czas na wznowienie wątków z przeszłości oraz alternatywnych. W razie pytań należy napisać pw do Rhetta.
  • 16/11. Zapisy na indywidualne wydarzenie dla S.SPEC. Weź udział w wyprawie!
  • 13/11. Do 17 listopada, do godziny 20:00, trwa halloweenowy plebiscyt! Zagłosuj!
  • 04/11. Kolejne ogłoszenie dotyczące zmian. Rzuć okiem.
  • 03/11. Do 9 listopada, do godziny 22:00, należy uzupełnić temat z chronologią. Po ustalonym terminie moderator zacznie sprawdzanie.
  • 03/11. Do 12 listopada, do godziny 20:00, jest czas na wznowienie wątków z przeszłości i alternatywnych. Tematy, w których post nie pojawił się od miesiąca lub dłużej zostaną wrzucone do archiwum. W razie pytań: pisać do Rhetta na PW.

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down

Pisanie on 30.08.18 21:31  •  Okoliczne pustkowia Empty Okoliczne pustkowia
Okoliczne pustkowia U4GcUXY

Ciągnące się w każdym kierunku nienazwane ziemie, głównie bezdroża, połacie zdziczałych lasów oraz płaszczyzny łąk. Królestwo zwierzyny, która zapomniała już czym jest strach przed człowiekiem. Okalają one zewsząd Schron, łącząc dziką przyrodę z pozostałościami ludzkiej potęgi.



Okoliczne pustkowia GyTfTLQ
                                         
Yū ✿
Przywódczyni
Yū ✿
Przywódczyni
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down

Pisanie on 30.08.18 22:17  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
Wszystko jest obce. Każdy najcichszy szmer to zagrożenie, nagły ruch bez nazwy to atak, a świat nie istnieje, jeżeli nie znajduje się w zasięgu ręki. Wyciągnięta bardzo daleko nie napotkała oporu, mogła swobodnie przepływać przez bezmiar przestrzeni wokół. Życie było zaskoczeniem, z którego musiała czerpać, żeby przetrwać. Gdy palce napotykały obcą strukturę zaciskała usta do ich bladości. Ślepe oczy wpatrywało się martwo w miejsce, gdzie pojawiała się przeszkoda, ale równie dobrze mogła w dalszym ciągu patrzeć przed siebie.
 Oślepła. Nie istniała różnica pomiędzy tym co kryło się za bezgraniczną czernią, a nią samą. Tylko przyzwyczajenie zmuszało głowę do podjęcia ruchu, chociaż i z tego co raz częściej rezygnowała. Była bierna względem wszystkich bodźców. Nie chciała marnować sił. Już. Nigdy. Więcej.
Ciało płonęło, liczne rany zaogniały się siarczystym bólem z każdym ruchem, dotyk przypominał przytknięte do skóry rozżarzone węgle. Kiedy płakała, krztusiła się tylko bezgłośnie, ale łzy nie płynęły, żaden dźwięk nie wypływał z gardła na zewnątrz. Była teraz szmacianą lalką. Ślepa niemowa z ciałem, które mogło rozpaść się przez jeden precyzyjny cios. Robiła tylko to, co kazała jej niewidzialna ręka, zgadzała się na wszystko. Kiedy się nie zgadzała, cierpiała bardziej.
Bogowie, nigdy was nie zdradziłam.
 Zacisnęła pięść i natychmiast tego pożałowała. Całę rękę ścisnął rwący ból, nakłucia posłały w głąb ciała szczypiące impulsy. Zadrżała konwulsyjnie i zacisnęła zęby na skórze przedramienia. Przez ostatnie doby tylko to pozwalało jej zachować jedzenie w żołądku, dalsze sprawienia sobie nieprzyjemności zagłuszało na kilka sekund całą resztę. A potem otwierała rozedrgane usta i unosiła głowę w oczekiwaniu na cokolwiek. Czasami zasypiała nagle, albo traciła świadomość na kilka minut.
 Vettori zabrał ją spod miasta następnego dnia po znalezieniu żyjącego trupa w kanałach. Adam, szef szpitala w podziemiu, zwyzywał ich od najgorszych, ale nie mówił nic, kiedy opuszczali w nocy bezpieczne korytarze. Zaraz po opatrzeniu napisała koślawo kilka znaków.
Zabij mnie.
 Nie pamiętała tego. Wiedziała jednak, że dla Łowców byłoby teraz lepiej, gdyby nie żyła. Kilka dób później nadal wpatrywała się w ciemność, swój nowy świat. Siedziała na skraju bagażnika porzuconego samochodu i zdrapywała rdzę spod palców. Zawsze ktoś jej towarzyszył. Nie znała tych ludzi. To byli ludzie Vettori'ego, którzy nie znali również jej. Byli cisi i sumienni, nigdy się nie zbliżali. Gdy raz jeden spróbował to zrobić, zaatakowała go, a potem sama trafiła na łóżko w pokoju medyka. Rany na plecach otwierały się za każdym razem, gdy podnosiła ręce ponad głowę. Od tego momentu nikt inny nie podszedł. Nie mówili do niej nic, ponieważ nie mogła odpowiadać.
 Czekała tylko aż nadejdzie noc i dmuchała w pustą przestrzeń przed sobą wyobrażając sobie odgłos uciekającej z pomiędzy ust pary i ją samą.



Okoliczne pustkowia GyTfTLQ
                                         
Yū ✿
Przywódczyni
Yū ✿
Przywódczyni
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.09.18 12:26  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
Zmarnował 21 dni. 21 długich dni, które dla niego minęły niczym kilka minut. Labirynt pożarł go, wciągając w swoją chorą, wypaczoną rzeczywistość, zostawiając zmęczonego nie fizycznie, ale psychicznie. O ciało zadbała biała dama, jaka żegnając się z nimi, zostawiła jeszcze ciepły posiłek do odbudowania sił.
Wracali przez Desperację powoli. Nie mogli szybciej, jedna z nich nie potrafiła latać. Musieli zatem ciągnąć nogę za nogą, chociaż jemu spieszyło się do innych obowiązków. Zatrzymał się zatem nagle, licząc w głowie dni. Czy to nie pora spotkania z Łowcami? Czy przegapił już, czy czekają na niego? Miesiąc... Miesiąc w plecy. Jak on to nadrobi?
Postanowił się odłączyć. I tak jest już na Desperacji, to tylko oszczędność czasu i drogi, by od razu porozmawiać z Łowcami. Dwie pieczenie na jednym ogniu, jak to mawiają.
Hayaiel postanowił iść z nim. Nie zatrzymywał albinosa, nie jest wykluczone, że obecność członka Zastępu będzie kluczowa. Jak nie do obrony, tak do pomocy. Żywioł, jakim włada, jest niezmiernie przydatny. Oboje rozwinęli zatem skrzydła, nim skierowali się ku bazie miejskiej opozycji.
Na szczęście nie była zbyt chroniona. Szczególnie ukryta. Trafili tam po długim locie, wynikał on jednak z odległości, nie zaś bezsensownego kluczenia. A gdy cienie skrzydlatych postaci padły na ziemie otaczające schron, oboje zdecydowali się wylądować. Stosowna odległość musiała być zachowana, aby nie uznano ich za atakujące zwierzęta. Wobec tego ostatnie metry ponownie pokonali pieszo, podchodząc ostrożnie. Pokazując, że nie stanowią zagrożenia. Wszak cóż za agresor by szedł wydeptaną ścieżką, eksponując się z każdej strony? Jedynie rąk nie uniósł, a to dlatego, że w dłoniach wciąż trzymał gniazdko z niedawno wyklutym, złotym słowikiem.
Pierwszy zauważył ich Vettori. Mężczyzna odruchem przygotował broń, woląc mieć ją na widoku. Mało to jest oszustów, podstępnych szuj, które potrafią nawet wygląd podrobić? Padły zatem pytania - te niby proste, a jednak mogące jasno zdemaskować ewentualnego przebierańca. Jahleel rozumiał ostrożność. Nie zdradzał zatem ani odrobiny zniecierpliwienia czy zmęczenia tą kontrolą. Czy przez bramki niczym na lotnisku też ich przepuszczą? Tak z czystej ciekawości... Nie powiedział jednak nic ponad to, czego od niego oczekiwał Vettori.
- Jeszcze jedno... Yu jest nieco niezdolna do rozmowy - mruknął, co dopiero przykuło uwagę anioła.
Brunet spojrzał wpierw na niego, potem na siedzącą w oddali postać.
- Co masz na myśli?
Informacje były szokujące, niemniej nie stanowiły nic, czego Desperacja jeszcze nie widziała. Ryzykujesz okaleczeniem przy samym wstawaniu z łóżka. Brunet skinął wolno głową.
- Pozwolisz, że ją obejrzymy? - Spytał kulturalnie, acz nie zamierzał przyjmować odmowy. Na razie oddał gniazdko z pisklakiem Hayaielowi, zanim niespiesznie zbliżył się do cierpiącej kobiety.
- Miło mi cię widzieć, Yu - słowa te miały stanowić pewnego rodzaju informację. "Podchodzę, nie stanowię zagrożenia". Niemalże jak do konia. Zbliżając się doń, robisz trochę hałasu, aby nie kopnął cię w strachu i panice. Nie ujmował Yu treningu bojowego, zatem wolał głośno zaanonsować własną obecność aniżeli potem zbierać zęby z okalającego schron piachu.
Przystając obok, położył jej dłoń na głowie, uciekając się do mocy tkwiącego pod ubraniem artefaktu.
- Jak się czujesz, moja droga? - Przeczesał łagodnym ruchem jej włosy.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 23.09.18 13:01  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
 Jej spojrzenie płonęło. Skraj umykającego przed wzrokiem słońca i karmazynowe, ogniste niego odbijało się na powierzchni zapatrzonego w przestrzeń oka. Nic nie wskazywało na zmiany, jakie w niej ostatnio nastąpiły. Nadal, jakby wcale nie straciła wzroku, oglądała pokrywające się purpurą niebo, czujnie i kapryśnie mrużąc powieki. Nie przejmowała się upływem czasu, miała wrażenie, że zarówno pośpiech jak i cierpliwe trwanie w oczekiwaniu doprowadzą ją do identycznego rezultatu, jakim niewątpliwie będzie definitywny koniec. Równie dobrze mogła wcale o tym nie myśleć i tak jak teraz, patrzeć się w ciemność przed sobą pozwalając światu płynąć sobie gdzieś obok.
 Nie była teraz jego częścią.
 Vettori był jej głosem i był jej oczami, ale szybko pochłonęła go rola każdego pozostałego zmysłu. Był gniewny i cichszy niż zwykle, nie potrafił dłużej ukrywać irytacji i zniecierpliwienia. To nie było: "uda Ci się tego dokonać", ale "musisz tego dokonać". Wymagał od niej cudu, którego najwyraźniej zawsze spodziewał się po przywódcach, ale kiedy petarda powędrowała ku górze, bajeczny wybuch okazał się niesatysfakcjonujący. Nie szukał pozwolenia, po cichu przejął wszystkie jej obowiązki i wykonywał je bezwzględnie dobrze. Łowcy nie stracili dowódcy, po prostu chwilowo zniknął on z ich pola widzenia. Ale Vettori widział wszystko, widział i wiedział, że rebelia nie potrzebuje organizacji, musi mieć za to symbol, który zawsze ruszy na przedzie szarży z uniesioną do góry głową.
 Yu tymczasem garbiła się nad kolanami, blada na tle roziskrzonego nieba. Nie mogła poskarżyć się na wślizgujący się pod lekkie ubrania wieczorny chłód, więc przyciągnęła nogi wyżej i szczękała zębami bezgłośnie. Była jak zaklęta, żaden odgłos nie był w stanie opuścić jej otoczenia, zewsząd omiatała ją głucha aura, dźwiękowa próżnia. Doskonale słyszała jednak to, co nie miało źródła w jej własnych ruchach. Ściszone głosy siedzącej nieopodal zbieraniny desperackich najemników, ptaki podskakujące na krzywych nóżkach wśród kęp wysuszonej trawy, szelest liści targanych po ziemi przez wiatr kończącego się lata, a także odgłos pierzastych skrzydeł trzepoczących z gracją po niebie.
 To mogło być wyłącznie wrażenie, przez ostatnie kilka dni zdecydowanie za często dawała się nabrać fałszywym, nieistniejącym zagrożeniom. Próbowała odszukać źródło dźwięku wzrokiem, ale znowu mocno się zawiodła, oczy pozostawały przesłonięte jednolitą czernią, a pogłosy lotu ucichły. Po raz kolejny zamarła zapatrzona w coś, czego nie mogła dostrzec, a potem z rozczarowaniem wracała do poprzedniej pozycji nasłuchując niemożliwego.
 Nie było tak, że poddała się od razu. Rezygnacja i napór czarnych myśli przychodziły z czasem, z każdą zmarnowaną chwilą i dniami spędzonymi na próbach zatuszowania problemu. Zanim zdała sobie z tego sprawę, siedziała już dziesiątki kilometrów od miasta w towarzystwie ludzi, którym nie potrafiła zaufać. Wszystko płynęło gdzieś obok.
 Rozmowy się ożywiły, do wychwycenia tak oczywistej zmiany nie potrzebowała zwierzęcej intuicji. Machinalnie, po raz kolejny, zwróciła się w kierunku pozostałych, ale teraz już bez poczucia irytacji nastawiła w ich stronę ucho. Dużo łatwiej rozdzielało się od siebie zaplątane w dyskusji głosy, jeżeli były nam znane, ale pech chciał, że kakofonia desperackich, przepitych głosów sprawnie uniemożliwiała jej dosłyszenie tych kwestii, które ją rzeczywiście interesowały. Wszystko wskazywało na to, że nie myliła się do końca w swoim pierwszym osądzie. Ktoś na pewno się tu zjawił i prawdopodobnie, chociaż mogła tylko się domyślać, przybył tu na anielskich skrzydłach.
 Zacisnęła usta i ześlizgnęła się powoli do półleżącej pozycji. Nie było chyba gorszej jak ta, z podparciem w postaci łokci i mięśniami całego ciała napiętymi do granic. Czuła wszystkie bolesne rany, które odnawiały się przy najmniejszym wysiłku, ale nie musiała martwić się o odgłosy boleści, te i tak pozostawały bezgłośne.
Aniołów mi tu brakowało, pomyślała cierpko, przypominając sobie natychmiast jednego z niewielu pierzaków, których faktycznie lubiła. Isao zaginął bez wieści, a łudzenie się, że nadal żyje rozdrapywało stare rany. Swoim zniknięciem dołożył tylko cegiełkę do muru dzielącego łowczynię od boskiej rasy. Każdy kontakt z nimi był szorstki i pełen fałszu. Paradoksalnie, skoro anioły były podobno orędownikami prawdy.
 Nie mogła się ukryć, chociaż z zewnątrz wyglądało to tak, jakby dokładała wszelkich starać, by zniknąć za niską ścianką samochodowej naczepy. Zawiesiła palce na jej krawędzi i mieliła w ustach słowa, jakich nie mogła wypowiedzieć. Zawsze spodziewała się niebezpieczeństwa, ale co raz częściej ryzyko oznaczało przeskoczenie kolejnego metra w stronę polepszenia. Musiała zaufać czujności Vettoriego, nawet jeżeli z każdym dniem co raz bardziej nie chciała mu ufać.
Miło mi cię widzieć, Yu.
 Rzucone ostrożnie słowa, jak flaga sygnałowa dla pilota, pojawiły się w jej przestrzeni w boleśnie przewidywalny sposób. Wszyscy podchodzili do niej teraz jak do jeżozwierza, który gotowy był w szoku zaatakować nawet własne, nieostrożne dzieci. Zmuszali się do robienia hałasu, dobierali odpowiednio słowa, starali się brzmieć jak bezbronne owce przy psie pasterskim ze wścieklizną.
Nie mogę powiedzieć tego samego, Jahleelu, powiedziała bezgłośnie poruszając ustami. Czasami to wystarczało, niektórzy dostatecznie dobrze potrafili wydobyć najoczywistsze intencje z ruchów jej warg, z mowy ciała, ale dla obcych zawsze poruszała ustami jak ryba. Poza tym nie starała się być niemiła, odrzuciła drażliwość na bok, szukając humoru w miejscu, gdzie go nie ma. W końcu oślepła, nie mogła powiedzieć, że jego również miło widzieć. Wszystko to było jednak pełne goryczy. Niemal natychmiast odwróciła głowę w przeciwnym do zwierzchnika kierunku dając mu jasno do zrozumienia, że jeżeli chce rozmawiać, to musi poczekać na inną okazję.
 Nie pałała chęcią do współpracy, więc kiedy Jahleel położył dłoń na jej czole, odchyliła głowę jak kot, którego ktoś położył plaster sera między uszami. Osiągnął minimalnie pozytywny rezultat, spojrzała na niego wzrokiem, który płonął kolorami nieba i cierpieniem, które na każdym kroku przekuwała w zdradziecką siłę. Wypuściła blachę z uścisku i pozwoliła dłoniom drżeć na boki jak u starca. Nie ze strachu, ale z bólu, który wstrząsał ciałem za każdym razem, gdy zmuszała się do zachowania wyprostowanej sylwetki.
I jak Ci się teraz podobam, Jahleelu? Zakpiła, poruszając ustami jak do szeptu.



Okoliczne pustkowia GyTfTLQ
                                         
Yū ✿
Przywódczyni
Yū ✿
Przywódczyni
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down

Pisanie on 10.01.19 13:46  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
Ciężko było nie podchodzić do Yu niczym do agresywnego zwierzęcia. Sama jej nazwa - Łowczyni - mówiła wiele nie tylko o organizacji, ale też o samej przywódczyni. Psie gończym opozycji, nauczonym żyć w strachu, zaszczuciu i wiecznej podejrzliwości, jaka wśród piasków Desperacji zapewniała przeżycie. Jahleel mógłby się wiele od kobiety nauczyć, zbyt ufny nie tylko w swej anielskiej naturze, ale także poczuciu winy. Tych emocjach, jakich w sobie nie zabił. Wręcz przeciwnie, pielęgnował owe, wciąż i wciąż wpadając w pułapki oczywistości. Dziecko na środku pustyni? Jak wielka jest szansa, iż naprawdę potrzebuje pomocy, zamiast być tylko przynętą na naiwnego? Starczy policzyć blizny na ciele anioła, aby poznać odpowiedź. Zbyt niska. A jednak nadal popada w zataczający koło schemat, nie chcąc, aby ten spaczony świat wypaczył i jego. Prawdziwie dobre jednostki są teraz niezwykle istotne. Sam tak mówił.
Świst nabieranego w płuca powietrza dotarł do siedzącej przed nim kobiety. Nie wiedział, czy dobrze odczytał ruch spierzchniętych warg. A jednak odruchem cofnął na trochę rękę, jakby się bojąc, że sprawił jej tylko gorsze cierpienie. To wygięcie się, te spazmy i drące ręce sprawiały, iż wyklinał siebie w myślach za bezsilność. Nie miał własnych mocy, które zdatne by były cokolwiek ulżyć cierpiącej. Musiał uciekać się do artefaktu, nad którym nie wiedział nawet, czy do końca panuje. W labiryncie warunki były inne. A i kto wie, czy te sekundy nie stanowiły naprawdę godzin. Może uległ złudzeniu załamania czasu? Może moc sanktuarium nie działa tak szybko, jak sądził. Zawahał się, zanim odetchnął dwukrotnie, uspokajając się na nowo. Bransoleta działa - tego był pewien. W to chciał wierzyć. Najwyraźniej tylko trzeba jej więcej czasu. Zaangażowania. Pewności i czystości intencji.
Nie odpowiedział na żadne z pytań, nie tylko nie rozumiejąc, o co Yu pyta, ale też nie wiedząc, co wypada powiedzieć w tej sytuacji.
- Nie przemęczaj się - szepnął, wracając do gładzenia jej opuszkami palców, przelewając więcej mocy w udręczone ciało. Nie mógł odwrócić wzroku. Chociaż umysł podpowiadał mu, by cofnął spojrzenie, on wiedział, że nie może. Nie wolno aniołowi uciec, jakkolwiek widok nie byłby okropny. Ciążący. Wypominający, co stało się z niegdyś pięknym światem.
Musi być silny. Polegają na nim, ufają mu. Nie wolno się brunetowi złamać czy okazać słabości. Zawsze musi być pewny swoich czynów, intencji i decyzji, tak, by inni czuli, że mogą mu zaufać.
Z tymi ostatnimi jest najgorzej.
Oddałby wiele, aby móc znów być tylko sługą, wykonującym polecenia Stworzyciela. Bez dylematów, bez wyborów, bez ciążącej nad nim odpowiedzialności za tak wiele żyć. Nawet teraz, stojąc nad ranną, zastanawiał się, czy powinien ją ratować. Czy gotów jest przyjąć konsekwencje tej decyzji. Ale nie mógł stać się potworem, jaki wybiera życia na podstawie ich wartości - każde jest równie cenne, dla każdego powinna być nadzieja. Chociaż sam anioł miał jej z dnia na dzień coraz mniej. Chociaż oni sami odrzucali ją wraz z każdym swoim czynem.
Odsunął na bok wątpliwości, skupiając się tylko na tym jednym prostym fakcie - ma przed sobą ranną, cierpiącą osobę, jakiej może pomóc. Tylko to powinno się dlań liczyć.
Usiadł obok, ujmując ostrożnie jej drążącą dłoń.
- Już niedługo wszystko będzie dobrze - te słowa da się odebrać dwojako. Albo bransoleta zacznie działać, albo przywódczyni umrze. Martwym jest wszystko jedno.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 16.01.19 23:28  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
 Jej gniew był jak plama oleju rozlewająca się powoli po powierzchni oceanu. Rosła z każdym dniem pokrywając kolejne kilometry wody tak, że na horyzoncie burzowe chmury zlewałyby się w jedno z czarną mazią. Wystarczyłaby rzucona bezwiednie zapałka, by wszystko to zaczęło płonąć.
 Nie potrafiła zmusić się do zabrania głosu. Ten zaklęty z pomocą jakiejś nienazwanej siły kotłował się w krtani pod postacią cichego warkotu, ale właśnie ten warkot zwrócił na siebie jej uwagę. Na moment zawahała się jak dziecko, któremu udało się wykonać jakąś niesamowitą sztuczkę podpatrzoną u starszego kolegi. Czuła, jak słowa powoli przelewają się przez jej umysł i próbują wydostać na zewnątrz, ale jeszcze w tym samym momencie wiedziała, że nie jest w stanie nic z siebie wydusić.
 To było jeszcze gorsze. Poczuła niemal fizyczną ulgę, gdy to coś, cokolwiek to było, zniknęło, jak gdyby ktoś poluźnił wżynającą się w przełyk obrożę, ale zamiast tego usta zamarły niezdolne do przełamania bariery strachu.
 Myśli przesiąknęła panika. Co jeśli to nigdy się nie skończy?
 Przechyliła się do przodu w nagłym napadzie kaszlu. Głębokie hausty powietrza i skurcze przepony wprawiały całe ciało w konwulsyjne drżenie. Wraz z powietrzem wypluwała z siebie kropelki krwi. Widziała jak pojawiają się na powierzchni bladej jak śnieg skóry dłoni, którą przystawiła do warg. Widziała.
 To nie cera zmieniła nagle swoją barwę, to jej powracający wzrok płatał figle. Wszystko dookoła błyszczało, rozmywało się, uderzało we wrażliwe źrenice swoim światłem. Bała się spojrzeć na zachód słońca.
Już niedługo wszystko będzie dobrze.
 Uniosła wzrok w kierunku twarzy Jahleela, gdy się do niej zwracał. Jego dotyk dotychczas ją niepokoił, ale teraz wręcz przerażał. Odsunęła się gwałtownie na przeciwną stronę bagażnika nie spuszczając z niego spojrzenia. Oblicze anioła rozmywało się w smugach światła bijącego zza jego pleców. Zmrużyła powieki. Pokręciła głową powoli sięgając ręką ku klatce piersiowej, bała się mrugać. Bała się, że kiedy zamknie oczy wszystko znowu wróci do poprzedniego stanu.
 Wyciągnęła wolnym ruchem zza koszuli długi, srebrny łańcuszek na końcu którego kołysało się coś małego. Malutka buteleczka wypełniona czymś płynnym. Woda? Wilgoć zbierała się w kącikach jej oczu, które zaczynały piec i mrużyć się w naturalnym odruchu.
 — Już niedługo — odezwała się osłabionym głosem. Zawodził ją, nawet on. — Wszystko będzie dobrze — powtórzyła za zwierzchnikiem kurczowo zaciskając palce na szklanym pojemniku. Jej spojrzenie pytało: wiesz co to jest?
 Ona wiedziała. Nigdy wcześniej tego nie widziała, ale słyszała pogłoski. Na początku uznała, że może się mylić, ale kiedy przedmiot pierwszy raz pojawił się w jej dłoni wiedziała dokładnie z czym ma do czynienia. Nie było mowy o pomyłce.
 Fiolka szeptała do niej kiedy spała, mówiła tysiącami głosów, gdy jednooka odcinała się od wszystkich przerażających bodźców. Wtłaczała swoje własne pragnienia w jej myśli, mieszała, mąciła.

Zrób to. Nie wahaj się. Nie będziesz tego żałować.
UCIEKAJ. Za chwilę będzie już za późno.
Wiec wreszcie możesz tego dokonać?

 Wszystko co przed chwilą się zdarzyło zniknęło w niepamięć. Nie wiedziała już, że tym który jej pomógł był ten który stał przed nią z ręką wyciągniętą do przodu. Tą, przed którą uciekła jak maltretowany, porzucony pies na widok kolejnego w swoim życiu człowieka. Nie czuła, kiedy wreszcie zmrużyła oczy. Nie pamiętała, by kilka sekund wcześniej coś powiedziała. Nadal żyła w przekonaniu że jedno i drugie zostanie jej odebrane jeśli tylko pozwoli się temu oddalić. Strach znowu narastał, jak zimne powietrze napełniające powoli płuca.
 — Nie odbierzesz mi tego, Jahleelu — wysyczała, podciągając kolana pod klatkę piersiową i chowając dłonie zaciśnięte na fiolce w tej klatce stworzonej ze skrępowanego ciała.
 Czuła jak jej serce dudni gwałtownie porzucając regularny rytm uderzeń. Utkwiło w gardle i rozchodziło się echem po przegubach.
 Było tak, jakby nagłe uwolnienie jej ze wszelkich dolegliwości uczyniło jeszcze większych szkód. Chociaż ciało za sprawą anielskiej magii odzyskało sprawność, umysł gotował się w sobie zostawiając głębokie bruzdy na poczytalności.
 Wiedziała już co chce zrobić.
 — Nie zbliżaj się. Odsuń się. Nie potrzebuje twojej pomocy — cedziła jedno słowo za drugim garbiąc ramiona, domykając stworzoną przez siebie barierę. — Już wystarczy... tego wszystkiego. Bóg nie żyje.
 Nie wierzyła nigdy w wartości wyznawane przez anielska rasę, ale też otwarcie ich nie odrzucała. Musiała jednak uzmysłowić aniołowi coś, do czego sama doszła zaciskając tak w dłoniach stworzony za pomocą ich rąk przedmiot.
 — Może to już czas, by umarło też wszystko inne? — wymamrotała. Zaciskała powieki czując jak wilgoć zbiera się na policzkach. Nie było mowy, by po czymś takim powróciła do normalności w przeciągu kilku chwil. Nadal czuła na sobie te setki drobnych ran, kolców które wżynały się głębiej w ciało przy każdym ruchu. Nawet jeśli teraz igły były wyłącznie wytworem jej wyobraźni.

 To był koniec wielkich przywódców. Może także koniec czegoś większego. Wraz z osiągnięciem celu, jak widać, nadchodził także kres pewnej historii. Być może biegu tej opowieści nie dało się już zmienić, wszystko ruszyło ze swojego miejsca, niemożliwe do zatrzymania. Artefakt w rękach kobiety i jej gniew do wszystkiego, czego przez swoje krótkie życie zaznała. Wszystkie te opowieści i nienawiść jaka przelewała się w nią ze strony otaczających ją przyjaciół i wrogów.
 Początek końca stał się kwestią czasu. Jednooka nie patrzyła na Jahleela dłużej, niż tego chciała. Dała mu jasno do zrozumienia, jaki jest jej cel. Niemal w tej samej chwili, gdy ostatnie fragmenty jej ciała odzyskały witalność, puściła się biegiem przed siebie. W kierunku, który tylko ona potrafiła nazwać.

z/t x2



Okoliczne pustkowia GyTfTLQ
                                         
Yū ✿
Przywódczyni
Yū ✿
Przywódczyni
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.09.19 13:58  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
  Okoliczne tereny były potwornie płaskie i puste. Doskonale dało się je obserwować ze Schronu, z pomocą wieżyczek rozstawionych po każdej ze stron ogrodzonego terenu. W oddali majaczyły wzgórze, ale ten teren składał się przede wszystkim z pustynnych i trawiastych plam. Ciepło biło od ziemi nawet o tej porze, gdy po słońcu został na horyzoncie już tylko jaśniejszy blask, a temperatura powietrza chłodniała gwałtownie.
  — Odbywamy tutaj ćwiczenia dosyć często — wyjaśnił Louma, który zwolnił nieco, by dołączyć do nowego, łowczego nabytku. Ich doświadczenie w szeregach grupy było względnie podobne. Wymordowany dołączył do rebelii blisko trzy lata temu, a biorąc pod uwagę wiek niektórych członków nadal był świeży. Tym razem jednak to jemu, jako jednej z kilku osób wędrujących w grupie kazano obserwować nowego. To prawie taj, jakby sam już awansował. Zrównał swój rytm z Jarvisem. — Biegamy w kółko i tak dalej... nie wszyscy oczywiście. Wielu tutejszych to zwykli obywatele... jak w mieście, tylko że na Desperacji. Ćwiczą Ci, którzy chcą objąć jakieś ciekawsze stanowisko.
  Czuł się bardzo dobrze ze swoim zadaniem, a przede wszystkim na samej Desperacji. W mieście zawsze ukrywał swoją prawdziwą naturę, kocie uczy i ogon, który teraz wił się swobodnie za jego plecami. Poza Loumą i Jarvisem w ich grupie było jeszcze trzech mężczyzn, wszyscy podobnej postury, uzbrojeni i skupieni własną rozmową kilka metrów przed nimi.
  — Co ze sobą zabrałeś? — zapytał kot, zerkając na mężczyznę i jego wyposażenie. Magazyn Schronu nie był tak mocno wyposażony, jak ten miejski, a sporo przedmiotów należało do tubylców, lecz dzięki obszernemu spisowi pozwalali korzystać ze swoich dóbr.
  Sam Louma nie wyposażył się w nic ambitnego. Poza ubiorem dopasowanym do pogody miał swój woreczek z magicznym jedzeniem. I oczywiście zwierzęce zmysły. Nad ich głowami latała także wrona, wychowana przez wymordowanego ptaszyna, która uwielbiała za nim podążać, gdy tylko opuszczał na chwilę granice kryjówki. Na Desperackim niebie mogła wreszcie swobodnie rozwinąć skrzydła.
  Wszystko dookoła nich było uśpione, poza odgłosami kroków nie dało się słyszeć nic innego. Nawet wiatr się uspokoił, a ptaki, poza wroną, zniknęły z nieba. Nadchodził czas nocnych łowów i wszystkie stworzenia wyczekiwały niecierpliwie sygnału do startu. Momentu, gdy całe niebo pokryje się w końcu atramentową barwą.
                                         
Reoone
Wtajemniczony     Opętany
Reoone
Wtajemniczony     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Konegi Louma, Lwiątko


Powrót do góry Go down

Pisanie on 22.09.19 11:46  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
  Słuchał kota jednym uchem, drugim wyłapując wszelkie zmiany w otoczeniu. Chrzęst ziemi pod ich ciężkimi butami, regularne oddechy, rozmowy prowadzone kilka metrów dalej, trzepot skrzydeł latającej nad nimi wrony... gdyby nie fakt, że musieli pozostawiać skupieni, a pokonywanie kolejnych metrów ciepłych piasków Desperacji nie miało nic wspólnego ze spacerem, mógłby się nawet odprężyć.
  — Jak Ty? — zagaił, zerkając nań kątem oka. — Planujesz objąć jakieś ciekawsze stanowisko? — Uściślił, instynktownie przeciągając dłonią po gładkiej linii szczęki. Trudno ogolić się ostrzem do tego nieprzeznaczonym, ale znalezienie sprawnej maszynki na tym pustkowiu było równie rzadkie co przyniesienie przez kogoś świeżego ciasta. Albo nieczerstwego chleba. Włosy również udało mu się wreszcie oddać pod gilotynę, dlatego kiedy delikatny wiatr ocierał się o jego twarz, kosmyki nie wpadały mu już irytująco do oczu. Dziwnie się czuł, jakby lżej na głowie, a przecież włosy wcale nie są ciężkie.
  — Parę noży — skupił się na ciężarze w kieszeni — i pięści. — Marzyła mu się porządna szabla, ale jeśli nie chciał rzucać się z nią w oczy i nie ograniczać swobody, musiał polegać na broni, którą mógł pochować w ubraniu. — Wiesz coś może o... przywódcy? Rozmawiałem z zastępcą, ale bez konkretów. — Parcie na konfrontację z Yuu Kami zmalało, ale nadal trawiła go zwykła, ludzka ciekawość.


Walking this road with the world on my back
Cause we all have prices to pay
The people I knew and the person I was
Now it's all been taken away
                                         
Jarvis
Wtajemniczony
Jarvis
Wtajemniczony
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 23.09.19 13:55  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
  Wymordowany machnął ogonem. Niekiedy przypominał w tych sprawach psa - ruch jego zwierzęcych partii zdradzał prawdziwe uczucia ich posiadacza. Nie planował opierać teraz całej konwersacji na temacie jego wymarzonego awansu, ale skoro młody łowca zadał pytanie, Louma czuł się w obowiązku odpowiedzieć.
  — Zamierzam zostać wtyką — wyjaśnił. Przez ostatnie miesiące bardzo się starał. Z resztą to on właśnie ostatnimi czasy porwał kobietę-hycel, a nieco wcześniej brał udział w napaści na wojskowy transporter. Nieco przed tym również uczestniczył w kilku ważnych i mniej ważnych przedsięwzięciach, dlatego wszystko było kwestią czasu. Nie sądził, że powinien zdradzać to Jarvisowi, ale Vettori wysłał go tu wraz z innymi, by on również obserwował poczynania byłego eliminatora. Wszystko polegało na tym, by nie zdradzić się zbyt szybko. W pierwszej wersji, tej oficjalnej, Louma dołączył do patrolu, by miał okazję jeszcze raz się wykazać.
  Przytaknął głową, kiedy ciemnowłosy wyjaśnił mu, co ze sobą zabrał.
  — Kiedy zajdzie słońce, przydało by się jakieś źródło światła. Mamy ze sobą latarki, ale gdybyś się od nas odłączył, na przyszłą weź jedną z magazynu. Nigdy nie wiesz, kiedy coś każe ci uciekać. I prowiant. Może tym razem nie jest konieczny, skoro oglądamy tylko okolicę, a schron mamy w zasięgu wzroku, ale głód potrafi porządnie zdekoncentrować — mówiąc to, sięgnął do swojego plecaka. Niewielki worek nie miał przegródek i wszystko w środku walało się niezgrabnie. Wyjął niewielki pakunek, który wręczył Jarvisowi. Przez warstwę ochronną nie przenikał zapach, ale po kształcie i strukturze dało się domyślić, że wymordowany wręczył mu kanapkę. Prawdopodobnie z rybą.
  Ucichł na jakiś czas, bo któryś z łowców idących z przodu zwolnił kroku, aby przekazać im jakieś instrukcje. Mieli iść do okolicznego zagajnika i tam rozłożyć na chwilę obóz, aby dalej rozdzielić się na cztery strony. Wszystko w zasięgu słuchu, albo ewentualnych sygnałów świetlnych. Dzisiejszego dnia mieli jedynie sprawdzić, czy wokół Schronu nie ma żadnych podejrzanych śladów, padliny która mogłaby przyciągnąć zmutowane bestie. Wszystkiego, co było nienaturalne.
  Gdy wszystko zostało ustalone, Konegi wrócił myślami do rozmowy.
  — Oczywiście, że wiem! Liczę na to, że niebawem znowu będę mógł z nią porozmawiać. Wiesz... kiedy nada mi już rangę wtyki! — Tym razem nie potrafił ukryć ekscytacji i mężczyzna z przodu syknął, by ściszył trochę głos. W powietrzu znowu dało się słyszeć szuranie butów i grunt. — No tak... ty dołączyłeś do nas, kiedy ona już wyruszyła z zadaniem. Vettori mówi, że niedługo wróci.
  Ściszył głos, bo dochodzili do zagajnika. Wskazał Jarvisowi jedno z drzew, przy którym sam odłożył na moment plecak. Mieli kilka minut, by zaopatrzyć się w najważniejsze rzeczy i ustalić dalszy plan działania.
                                         
Reoone
Wtajemniczony     Opętany
Reoone
Wtajemniczony     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Konegi Louma, Lwiątko


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.09.19 1:18  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
    Marzyło mu się ambitniejsze stanowisko niż jedynie wtajemniczonego, ale wiązało się to z długą drogą, którą musiał jeszcze przebyć, by zyskać zaufanie i stać się jednym z łowców nie tylko przez mutację czy dołączenie do organizacji, ale także w środku. Początkowe wątpliwości ucichły i chociaż nadal szeptały mu różne rzeczy, łatwiej było uznać to za brzęczącą muchę wokół ucha. Kiedyś w końcu ją zgniecie i głosy znikną.
    — W razie czego mam telefon. Co prawda kiepska bateria i mdłe światło latarki, ale na ten raz powinno wystarczyć. — Zapamięta, by na kolejną wyprawę uzbroić się w latarkę z magazynu. Nie czuł się wciąż jak u siebie, by rozporządzać zapasami wedle własnych potrzeb, wolał więc otrzymać jasny komunikat do pożyczenia czegoś. — Dzięki. — Przyjął od Kota zapakowaną kanapkę, krótko zaciągając się jej zapachem, choć nie wyczuł w niej nic charakterystycznego. Miał nadzieję, że to nie ryba.
    Wysłuchał planu na dzisiejszy patrol, w międzyczasie rozglądając się po okolicy pogrążonej w półmroku. Prawdopodobnie powinien złapać go teraz stres albo chociaż uczucie niepokoju, ale ciemność i czające się w niej zagrożenie nie wzbudzało w nim żadnych negatywnych emocji. Zupełnie jakby nie dało się być już bardziej przygotowanym na starcie ze śmiercią.
    Uśmiechnął się nieznacznie kątem ust na entuzjazm Reoone'a.
    Następnie zaś ściągnął własny plecak, odkładając go obok, przy drzewie, i upewnił się raz jeszcze o stanie swoich sztyletów pochowanych pod ubraniami.


Walking this road with the world on my back
Cause we all have prices to pay
The people I knew and the person I was
Now it's all been taken away
                                         
Jarvis
Wtajemniczony
Jarvis
Wtajemniczony
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 27.09.19 13:23  •  Okoliczne pustkowia Empty Re: Okoliczne pustkowia
  Przykucnął przed swoją torbą. Natychmiast naszła go ochota, by wgryźć się w jedną z kanapek, które mu pozostały. Wszystkie były oczywiście z rybą, bo wymordowany kot ubóstwiał ten smak i chętnie dzielił się swoimi rybimi wyrobami z każdym, byle tylko spopularyzować go wśród niechętnych łowców. W końcu te stworzenia były ich głównym źródłem białka, szczególnie dla ludzi, dla których dostęp do nietoksycznego, czarownego mięsa był ograniczony.
  Powstrzymał się jednak i skupił na przeglądaniu ekwipunku. Jego najlepszą bronią była oczywiście ta z gatunku hipnozy, ale jeżeli dochodziło do bliskiego starcia, liczył na kocie pazury.
  Uśmiechnął się pod nosem delikatnie. Wreszcie nie myślę o ucieczce, a o walce, pomyślał.
  — Może przyda ci się, aby rozświetlić sobie kawałek drogi, ale to marne zastępstwo. W Schronie mamy magazyn, z którego strażnicy wydają sprzęt. Wszystko kontrolują, zapisują... nie dziwie im się, zapasy są ograniczone, a muszą ochronić i wykarmić wiele osób. — Machnął ogonem i podniósł się. Założył plecak i podskoczył lekko, by wszystko w środku się ułożyło. W tym samym czasie podszedł do nich jeden z łowców, który w konkretach wyznaczył dla nich jedną z tras. Tą łatwiejszą, oczywiście, na klanie niewielkiego prostokąta.
  Louma przytaknął głową i zwrócił się do Jarvisa, ruszając lekko, by nie marnowali czasu.
  — Tą drogą dojdziemy aż nad brzeg niewielkiego stawu. Po lewej stronie będziemy mieli potok. Czasami piją z niego roślinożerne bestie, dlatego zdarzyło nam się trafiać na ich truchła. Coś je zjada, chociaż trudno powiedzieć co, kawały mięsa wyrwane z ciała nie miały zbyt wielu śladów, więc albo to coś zabija dla zabawy, albo wyjada tylko to co najlepsze. Wnętrzności, póki są jeszcze ciepłe. — Mówił z powagą, chociaż było oczywiste, że wymordowany nie lubi myśleć o takich sprawach. Był wbrew pozorom dość delikatnym kocurkiem. I myśl, że mogą najść na dziwnego drapieżnika wcale go nie pocieszała.
  Szczególnie, że kiedy tylko skończył mówić, ciszę przerwał cichy szelest dochodzący od strony wody, szumiącej w oddali strużki.
                                         
Reoone
Wtajemniczony     Opętany
Reoone
Wtajemniczony     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Konegi Louma, Lwiątko


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach