Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 18/3/2018, 18:20
Nie zdążymy.
To była jego pierwsza myśl, która przecięła niezadowolony umysł, gdy pospiesznie kierowali swoje kroki w stronę jaskini. Już wcześniej informował go, że nadciągają ciężkie chmury. Już wcześniej zarzekał się, że wnet rozpęta się tutaj pogodowe piekło i że lepiej jak w tym momencie znajdą się w bezpiecznej jamie swojego prowizorycznego domu. A raczej domu jaguara, w którym Mugaro zameldował się samoistnie. Usta co chwilę wykrzywiały się w niezadowoleniu, kiedy smoliste spojrzenie przesuwało się po ciemnym niebie. No nie zdążymy, nie ma takiego chuja.
Przechylił głowę obdarzają nieprzyjemnym spojrzeniem idącego obok towarzysza. Gdyby tylko na niego nie czekał, to w tym momencie wygrzewałby się przy ognisku na swoim kocu. Co go, do diabła, podkusiło, żeby na niego poczekać, aż ten skończy swoją zabawę, kiedy trafili na siebie przypadkowo?
Bądź miły, Mugaro. Skoro się spotkaliście, to wrócicie razem do domu, Mugaro. W końcu razem mieszkacie, zmierzacie w tym samym kierunku. Jasne. Do dupy z tym wszystkim i byciem miłym. Już otwierał usta, by coś rzucić, kolejną kąśliwą uwagę, których nie darował sobie od momentu, kiedy jego "prośba", aby wreszcie ruszyć do domu została zignorowana przez jaguara. Nie odczuwał lęku przed jasnowłosym. Nie w tym momencie. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę, że w bezpośrednim, fizycznym kontakcie nie miał jakichkolwiek szans z nim. Był większy, masywniejszy, nawet sprytniejszy i o wiele bardziej niebezpieczny. Ale Mugaro zdążył już do tego przywyknąć. Zbyt długo z nim mieszkał, zbyt długo pałętał się przy nim, by nie zauważać taki niuansów i nie wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Bo wiedział. Teraz już tak. Wiedział, na ile sobie może pozwolić, kiedy może otworzyć usta, by coś warknąć a nawet przywalić mu w żebra ze swojego łokcia. Ale też wiedział, kiedy musi się wycofać albo udawać, że nie istnieje. Nigdy nie odważyłby sobie na cokolwiek, nawet piśnięcie słowem, o ile jaguar sam pierwszy nie poruszy jakiegoś tematu, podczas momentu konsumowania przez niego posiłku. W takich chwilach Mugaro zaszywał się w ciemnościach jaskini, albo próbował zniknąć na jakiś czas. Nie zbliżał się również do niego w czasie jego zwierzęcej rui. Oraz wtedy, kiedy Lachlan był wkurwiony. Ale tak naprawdę, że wystarczyło jedno uderzenie jego łapą, by złamać Mugaro kręgosłup. Pomimo swojego podejścia, kruczy chłopak znał swoje miejsce. No, można tak powiedzieć, bo przecież i jemu zdarzało się nieumyślnie (a może jednak trochę umyślnie) przekraczać granicę wytrzymałości i cierpliwości jaguara. Ale na taką okazję miał pewien trik, który służył mu do wielu.... rzeczy. Co nie zmienia faktu, że potem i tak ponosił konsekwencje za to, że go używał. Nieważne. Po czasie i one były o wiele łagodniejsze, niż normalnie.
- Czy mógłbyś nieco bardziej przyspieszyć? - syknął przeszywając go niemal na wylot niewidzialnymi ostrzami z oczu.
- Gdybyś AŻ tak się nie ociągał, to zapewne zdążyliby-- - w oddali rozbłysnęło pierwsze światło, w którego towarzystwie rozbrzmiał huk. Mugaro instynktownie doskoczył bliżej jasnowłosego, łapiąc go mocno za skrawek haori i nie zamierzając go wypuścić.
- Jak ja nienawidzę burzy. Nienawidzę też deszczu. - syknął unosząc nieco głowę, gdy pierwsze ciężkie krople spadły na jego czoło. To kwestia paru sekund, kiedy będą przemoczeni do suchej nitki. A on naprawdę nienawidził być mokry, zwłaszcza wtedy, kiedy jego kimono, i tak dość ciężki, stawało się nasączone wodą i ciążyło mu coraz bardziej.
- I nienawidzę ciebie. To twoja wina. Nigdy mnie nie słuchasz. Czasami mógłbyś- - kolejne uderzenie pioruna, tym razem zdecydowanie bliżej. Mugaro jeszcze bardziej przyległ do Lachlana, dodatkowo łapiąc go drugą ręką za większą ilość materiału, nie zamierzając się odkleić. Od kiedy tylko pamiętał, nie przepadał za burzą. Wywoływała w nim stres, odrazę, czasami panikę. Schował twarz w jego ramieniu, oddychając szybko i jednocześnie przeklinając stojącego blisko mężczyznę, bo to przecież jego wina. W końcu czyjaś musiała. Blade palce zakończone długimi, ciemnymi paznokciami boleśnie drżały, a coraz cięższe krople deszczu przesiąkały nie tylko materiał jego ubrania, ale i ciała. Uchylił lekko powieki, dostrzegając jakiś samotny dom. Tak! To jest to!
- Lachlie! Patrz! - wyciągnął wskazujący palec, kierując go w tamtym kierunku, by zwrócić na to uwagę mężczyzny, ale nie czekał na jego odpowiedź. Momentalnie odkleił się od niego, łapiąc go za nadgarstek i pociągnął za sobą, starając się biec najszybciej jak tylko mógł, rozchlapując na boki kałuże, które zdążyły już powstać.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 19/3/2018, 01:09
Przycisnął do ust kość. Odgryzł z niej kawałek mięsa i przeżuł, niechętnie rozstając się ze swoimi skonsumowanym do połowy posiłkiem, ale gdakanie uśmierciło całą przyjemność z ciepłego posiłku. Umniejszając jej wartość do roli wykałaczki, przejechał nią po zębach, zgarniając z nich ochłapy. Wypluł je, gdyż niektóre z nich znajdowały się pomiędzy kłami od paru tygodni. Były zepsute, ohydne w smaku. Oblizał piszczel do białość i rzucił go pod nogi, nadeptując. Rozległ się trzask. Ziewnął przeciągle, drapiąc się po potylicy. Jego bezbiałkowe ślepia rozglądnęły się po znajomej okolicy, a słowa, które przedzierały się przez gardło Mugaro, roztrzaskiwały się w jego myślach jak miażdżona przez masywną łapę kość. Nie słuchał, zbyt skupionym na tym, by nie zwinąć się w kłębek pod pierwszym napotkanym drzewem i nie zasnąć, wtulając twarz we własne ramię.
Podskórnie wiedział, że ta mała przybłęda ma racje. Nadchodziła burza. Odgłos grzmotów dolatywały do niego z daleka, a kiedy pierwszy snop w formie błyskawicy wzbił się w przestworza, wpakował palce do uszu, w próbie stłumienia natężenia dźwięku, by nie ogłuchnąć.  
Nienawidzisz? — zainteresował się, zerkając najpierw na strawioną przez pierwszy symptom strachu twarz Kruka, a potem przenosząc je na palce wbite w materiał haori. Pochwycił jego nadgarstek, zakleszczając go w mocnym uścisku. Płytki paznokci przejechały po skórze, robiąc na jej powieszeni zadrapania, z których zaczęła sączyć się leniwie jucha. W oczach zalśnił niebezpieczny błysk. Schylił głowę w celu zahaczenia zębów o pulsującą od przełykania śliny grdykę. Ścisnął ją na chwilę, czując chrząstkę. Mugaro mógł odczuć chwilowe problemy z zaczerpnięciem tchu, ale Jaguar był obojętny na zafundowany mu dyskomfort. Przełknął posokę, nawilżając nią gardło. Na policzku tchórza ułożył się parzący oddech tropiciela. Napawał się strachem. — Lubię słuchać rozdzierające gardła krzyki, a nie skrzeczenie małego, skatowanego przez perspektywę burzy ptaszka — skwitował z wyraźnym rozbawieniem, pokreślonym przez szeroki uśmiech na zwierzęcym obliczu. Przejechał językiem po zakrwawionych kłach, a z ust uleciał gardłowy śmiech. Zwolnił uścisk z nadgarstka, klepiąc smyka po policzku niemal w ojcowskim geście, po czym odsunął się od niego i ruszył w dalszą drogę ku przygodzie, niepośpiesznie stawiając kroki.
Z rozciągniętych na niebie czarnych chmur zaczął ulatywać deszcz. W tym samym czasie z ust Jaguara wypadło niezadowolone miauknięcie. Wraz z kocimi genami został obdarowany niechęcią do wody,  a woń, którą była wydzielana przez jego ciało, stanowiła tego najlepszy dowód. Był brudny, zapocony i po prostu śmierdział. Białe włosy, bez konsultacji z higienę, stały się czarne od krwi, a karnacja o parę ton ciemniejsza przez zalegającej na niej warstwie brudu i kurzu, chociaż jej kolor nie miał żadnego znacznie. Przyczyniły się do tego cętki rozsypane po ciele, swoją strukturę przypominające strupy.
Jego wzrok zlokalizował budynek, w którym mogli przeczekać - ku radości trzęsiodupy - ulewę i burzę, ale na jego wargach nie zdążyło uformować się żadna sugestia. Został wyręczony przez ciemnowłosego. Nie pobiegał za nim. Dla zabawy. Zaparł się nogami, śledząc z rozbawieniem, jak chucherko próbuje go zaciągnąć w kierunku chaty, rozchlapując wokół siebie wodę z kałuży. Parę jej kropel znalazło się nieoczekiwanie na podbródku mężczyzny. Warknął rozdrażniony i bez ostrzeżenia złapał entuzjastę cudzych mieszkań za kark.
Ochlapałeś mnie — mruknął, unosząc go parę centymetrów nad ziemią, aż wreszcie przerzucił go sobie przez ramię i paroma susami, z gracją przedstawiciela swojego gatunku, przemierzył brakującą od dachu nad głową odległość. Nie zapukał w celu grzecznego zapytania o nocleg. Jego pięta, budową przypominającą zwierzęcą, skonfrontowała się z przeszkodą pod postacią drzwi, które po dwóch uderzeniach skapitulowały i zerwały się z zawiasów. — Do środka. — Rzucił Mugaro w głąb pomieszczenia, po czym sam wtoczył się do środka. Ślepia przemierzyły mrok, ale nie odnalazły w niej życia. — Jeśli nie przestanie padać do rana, awansujesz na mój posiłek —  rzucił do podrostka, namierzając go na podłodze. W tle rozległ się odgłos tnących niebo błyskawic. Blask oświetlił na chwilę wnętrze domu, ukazując diaboliczne oblicze szczerzącego się w drapieżnym grymasie Jaguara.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 19/3/2018, 19:13
Przebywając w towarzystwie jaguara, nawet jeżeli był to okres zaledwie paru, niemalże nic nie znaczących lat, zdążył przywyknąć do jego dziwnych zachowań, w tym nawet bezczelnego spoufalania się. Mugaro nienawidził, kiedy ten przekraczał jego barierę osobistą, jak gdyby nigdy nic, jakby ciemnowłosy należał do niego, a ten zapchlony zwierzak mógł zrobić z nim wszystko, na co miał ochotę. Ale Mugaro zdążył też nauczyć się niektóre jego zachowania przeczekiwać i ignorować. Czasami lepiej było zacisnąć zęby, niż rzucać się w chaotycznym rytmie niczym ryba wyrwana z wody. Wtedy istniało spore prawdopodobieństwo na wyjście z sytuacji bez większych uszczerbków na zdrowiu. Dlatego też nic otwarcie nie powiedział, kiedy poczuł ciepły, acz chropowaty język na swojej skórze. Tak jak nic nie powiedział, gdy jego pazury przecięły papierową skórę, chociaż jego własne świerzbiły go boleśnie, by samemu je wbić w ten głupi, koci pysk.
Oczywiście cała gama przekleństw przetoczyła się przez jego głowę, w której już układała dwadzieścia planów zemsty na kocim psycholu. Dlatego też z jeszcze większą satysfakcją smakował niezadowolenie płynące z jego ust, kiedy stwierdził, że został pochlapany.
- Hoh? To uważaj gdzie wciskasz swój pys- SZLAG! - słowa przemieszały się z przekleństwem, gdy stracił grunt pod nogami. Instynktownie machnął bezradnie stopami, kiedy twarde ramie wbiło się w jego żołądek. Uderzył drobną pięścią w jego łopatkę, ale wiedział, że to nie zrobi na nim najmniejszego wrażenia. Jak zawsze.
- Ty weź mnie postaw, co? Okropnie cuchniesz. - syknął marszcząc delikatnie brwi, zaciskając palce na materiale jego haori przed obawą, że przez przypadek zleci i huknie boleśnie o tę brudną, pełną błota ziemię. Obrzydlistwo.
- Wiesz, że zmuszasz mnie do ostateczności, prawda? Chyba nie chcesz, abym użył... co robisz? Kurde, nie widzę, ej, Lach! - spróbował się przekręcić tak, by móc odnaleźć źródło huku, chociaż już dawno powinien zorientować się, że jego towarzysz od siedmiu boleści właśnie brutalnie molestuje drzwi, próbując dostać się do środka. Nic dziwnego, że te wreszcie poddały się i uchyliły, wpuszczając ich do środka.
Gorzej, że chwilę później poleciał do przodu, lądując na zakurzonych deskach.
- Pogięło cię? - warknął zanosząc się krótkim kaszlem, momentalnie podnosząc się na równe nogi i otrzepał ostrożnie swoje kimono.
- Uważaj na mnie. Jestem delikatny. - wymruczał wsuwając jeden paznokieć pod drugi, chcąc wydłubać spod niego bród. W przeciwieństwie do Lachlana, Mugaro bardzo dbał o swój wygląd. Starał się zawsze wyglądać schludnie i czysto. W końcu jego zawód tego wymagał. Zresztą, on sam wciąż do końca nie był w stanie pogodzić się z Desperacją i warunkami, jakie na niej panowały. Dlatego też jego mała obsesja czystości przejawiała się również na życie codzienne. Nawet w jaskini to on próbował utrzymać porządek, kiedy z kolei Lachlan był totalnym syfiarzem.
- Ciekawe czy znajdziemy tutaj coś do jedzenia. - powiedział cicho wchodząc w głąb pomieszczenia. Zauważył do połowy wypalone świece, co było dobrym znakiem. Przynajmniej nie musieli siedzieć po ciemnku, ale z drugiej strony właściciel mógł powrócić w każdym momencie. Spojrzenie na moment spoczęło na Lachlanie. Nawet jak powróci, to nie ma czymś martwić.
Mugaro wzruszył ramionami i wyciągnął zapalniczkę. Po paru próbach udało mu się ją odpalić, a już po chwili ciemność w pomieszczeniu rozjaśniły słabe płomienie czterech świec.
- Od razu lepiej. - skinął głową, chwaląc samego siebie. Wzdłuż jego ciała przebiegł nieprzyjemny dreszcz zimna. Przemoczone ubranie coraz bardziej stawało się nieprzyjemne, dlatego nie myśląc zbyt długo, odwiązał wpierw pas obi przewieszając go przez oparcie jednego krzesła, a kimono, które zdjął ze swojego ciała przewiesił przez oparcie drugiego, z namacalną wręcz dbałością. Nie wstydząc się swojej nagości, w końcu miał piękne ciało (c:), przeszedł przez pokój i sięgnął po leżący koc i się nim otulił, upadając na materac.
- Ach, tego mi trzeba. Zajmuję, będę to spał. Ty możesz pod drzwiami. - ziewnął leniwie, uchylając jedną powieką i momentalnie się rozbudził.
- O? - zerwał się i podbiegł do starego fotela. Złapał za jego oparcie i naparł na niego, odsuwając go na bok z głośnym skrzypnięciem. Przykucnął i sięgnął po jedną z wielu puszek, nie przejmując się, że z lewego ramienia koc zaczął się zsuwać.
- Strzał w dziesiątkę. - pomachał zdobyczą w górze i przysunął paznokieć do wieczka, by je otworzyć, ale znieruchomiał. Nie, to był zły pomysł. Nie zamierzał sobie połamać paznokci. Dlatego też wstał i podszedł do Lachlana, wyciągając puszkę w jego stronę.
- Otwórz mi.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 28/3/2018, 02:21
Palce Lachlana mocniej zacisnęły się na młodym karku, w ramach kary za wzniesie buntu, który dotknął jego łopatki w charakterze ledwo wyczuwalnego uderzenia. Ogon, niczym bat, wymierzył cios w ramie buntownika. Nazywał to zdrową dawką bólu. Serwował mu ją przynajmniej raz dziennie, a potem badał wzorkiem purpurowe ślady na wątłych, bladych ramionach, obserwował, jak zmieniają kolor i pozostają na skórze pod postacią sińców na okres tygodnia lub paru - w zależności od siły, którą włożył, serwując mu je.
— ...zmuszasz mnie do ostateczności, prawda?
Śmiech Jaguara stłumił potok zarzutów skierowanych pod jego adresem. Skrzek kruka nie przyniósł pożądanego efektu, nawet jeśli ich charakter przerodził się w groźbę. Akurat wyważał wtedy drzwi.  
Puścić? Z przyjemnością — mruknął pod nosem i wtem zwolnił uścisk. Obserwował jak Mugaro, niczym piłka, potoczył się po  podłodze ułożonej z desek i w końcu zatrzymał się, unikając konfrontacji ze ścianą. — Tak? — Kpiący uśmiech wślizgnął się na zwierzęcy pysk. — Masz pecha. Ja nie jestem delikatny — odparł, podcinając piętą kolana złodzieja, gdy ten dźwignął się, chcąc odzyskać straconą bezwładnie równowagę.
Lubił go drażnić, prowokować. Patrzeć jak w czarnych, niemal paciorkowatych oczach pojawia się złość. Robił to niby bez celu, ale był pewien, że kiedyś ten mały, delikatny jak porcelanowa lalka obibok podziękuję mu za to. Desperacja nie miała litości dla nikogo, Lachlan też jej nie posiadał i chciał mu to perfidnie wbić do tego pustego łba, nawet jeśli Leah był wyjątkowo oporny, zbyt zajęty pielęgnowaniem urazy i kolekcjonowaniem obrażeń na kruchym ciele.
Handlarz zwrócił mu przestrzeń osobistą, przesuwając bezbiałkowym, kocim wzorkiem po wnętrzu skąpanego w półmroku pokoju, ale żaden mebel nie przykuł jego uwagi, poza łóżkiem, do którego dobrał się jego kompan, przywłaszczając go sobie. Lachie, nie przejmując się wydawanym przez jego rozkazami, który jednym uchem wleciał, a drugim wyleciał, jednocześnie sprawiając, że kącik ust zadrżał mu w geście rozbawienia. Usiadł na materacu; posłanie ugięło się pod ciężarem jego ciała, ale nie ułamało się. Było stabilne i wygodne. Po tym, jak Kruk porwał koc i okrył się nim, złażąc z posłania, rozłożył się na nim Ogon górował nad głową, w to jedną i drugą stronę, a pazury wbiły się w wyścieloną w kawałek szmaty matę. Rozciągnął się leniwie jak rasowy kocur, po czym zwinął się w kłębek, przejechał językiem po zębach i przymknął powieki, swoje zadowolenie akcentując cichym koncertem podłużnych miauknięć, po chwili stłumionych przez słyszalnych niemal nad uchem irytujący jazgot. Wystawił rękę i przeciął nią powietrze, w geście przepędzenia tych utrudniających kontaktu ze snem dźwięków.
Dlaczego dla odmiany nie zaćwierkasz mi kołysanki? — rzucił w przestrzeń, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Oddany zwierzęcym instynktom przemytnik najprawdopodobniej poszedłby za głosem naturalnych odruchów i zakleszczyłby na głowie ptaka mocną szczękę, z radością zerkając na dogasający w spojrzeniu żywot.
Otworzył jedno ze ślepi, zerkając na właściciela kruczych genów z wyraźnym rozbawieniem, wypisanym na pokiereszowanej przez modyfikacje genetycznie gębie. Nie umiał długo czuć urazy. Zresztą – ramiona poruszyły się, gdy wzruszył nimi w ramach skomentowania własnych myśli – miał nerwy omal ze stali.
Przecież mnie nienawidzisz. — Rozbawiony ton głosu doleciał do uszu Mugaro i w tej samej chwili jego właściciel odwrócił się twarzą do ściany, jakby chcąc tym samym zademonstrować czarnowłosemu, że jedynie słowo proszę może odratować go od śmierci głodowej. Jedna z rąk zabłądziła do tyłka. Podrapał się niebywale uprzejmie w lewy pośladek, po czym wystawił ją w kierunku dzieciaka, czekając aż ciężar znalezionej puszki wyląduje na masywnej łapie. Jeśli tak się stało, wysunął ostre jak brzytwa pazury. Ich twarde, jak kamienie i jednocześnie ostre jak noże płytki wbiły się w wieczko. Przeciął ją na pół i oddał zamknięty w metalowym pojemniku prowiant mieszczuchowi, którego podniebienie nie przywykło do smaku surowego mięsa, a raczej podłożył pod nos konserwę, a potem zamknął ją w chciwiej  dłoni, formując z niej pięść. — Przekonaj mnie, że powinienem cię ją zwrócić. — Zerknął na prostytutkę przez ramię. W zwierzęcych ślepiach zabłyszczało rozbawienia, a kły zostały obnażone w szerokim uśmiechu. — Albo zabierz ją siłą. — Cichy szept wyswobodził się z krtani w pakiecie z kocim pomrukiem. Użyje mocy czy w końcu mu zaimponuje? Pytanie z kategorii szekspirowskiego być albo nie być.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 5/4/2018, 01:43
Wybulgotał coś niezrozumiałego pod nosem, kiedy Lachlan na bezczelnego zajął jego łóżko. Ale nie szkodzi. O ile w jaskini każdy z nich miał swój własny kąt (a Mugaro dodatkowo udało się oddzielić od jaguara zawieszoną szmatą), tak w przypadku przymusowego nocowania w obcym miejscu sprawa nie przedstawiała się tak kolorowo i zachęcająco. Wsunął długi paznokieć kciuka pomiędzy zęby i lekko go przygryzł. Mógłby wcisnąć się obok, ba, nawet zamierzał, ale kładąc się przy krawędzi istniało spore prawdopodobieństwo, że ten czołg wypchnie go swoim dupskiem. W przypadku wciśnięcia się między niego o ścianę, najpewniej zostałby zgnieciony przez niego. Ani tak, ani srak. Musi wymyślić coś innego, coś o wiele bardziej praktycznego.
Zresztą, na to przyjdzie jeszcze czas. Teraz miał zupełnie inny problem. Brew mu drgnęła na nieludzkie polecenie Lachlana. Że niby nie zamierzał oddać mu puszki, ach tak? Że niby on, Mugaro, miał o nią zawalczyć? Niedorzeczne. Przecież nie nadawał się do fizycznego starcia. Miał za delikatne ciało. Nie mógł pozwolić sobie na niepotrzebne siniaki na tym idealnym cele. Ponadto mógłby złamać sobie paznokcie. Wybić zęby. Podbić oko. Co jak co, ale on nie mógł sobie pozwolić na takie fizyczne zaniedbania. Tym ciałem pracował. Zarabiał. No i lubił czuć się piękny. Dlatego też odebranie siłą nie wchodziło w grę. Ale zawsze pozostawały inne sposoby, prawda?
Mógł to załatwić szybko. Wystarczyło użyć swojej mocy, a Lachlan bez zająknięcia oddałby mu puszkę. Ba, nawet zrobiłby mu masaż, jeżeli Mugaro tylko poprosiłby. Ale nie. Jeszcze nie. Zostawi sobie to na deser. Podszedł do niego i bez jakiejkolwiek ceregielili wszedł na materac, który ugiął się pod jego znikomą wagą. Nie przejmując się swoją nagością, usiadł okrakiem na Lachlanie,  ale jednocześnie przenosząc swój ciężar bardziej w stronę ściany, w ten sposób asekurując się przed ewentualnym zrzuceniem. Wolał polecieć na ścianę niż na ziemię. Priorytety.
Nachylił się nad nim, niemal kładąc i uśmiechnął rozkosznie.
- Oddaj mi jedzenie. - wymruczał cicho do niego, kładąc paznokieć na jego wardze i przesunął nim po niej, delikatnie, ale jednocześnie zaczepnie.
- Wiesz jaki jestem, kiedy jestem głodny. Marudny, jęczący.... oddaj mi dla świętego spokoju. - ciepłe powietrze położyło się na wrażliwej skórze szyi jasnowłosego, kiedy wypowiadając te słowa głaskał go wargami po niej. Niespiesznie, leniwie, tak samo jak dłoń, która opuściła teren twarz i teraz wodziła bez celu po jego klatce piersiowej, aż zdawała się zniżać i zniżać, aż...
- Będziemy obaj szczęśliwi. Przecież tego chcesz, Lachie. Wiem o tym. - gardłowe słowa utonęły w pomruku zadowolenia, kiedy przesunął ciepłym językiem po jego szyi, aż dotarł do jego żuchwy, którą lekko ugryzł w geście prowokacji. A potem wystrzelił jak struna, prostując się i wykorzystując chwilowe odwrócenie jego uwagi, by porwać obiema rękami puszkę. Co jak co, ale nie na daremno parał się również złodziejstwem. Podniósł się schodząc z materaca i usiadł plecami do Lachlana, ale tuż obok, przymierzając się do jedzenia. Ale nim zaczął konsumować zdobycz, obrócił głowę spoglądając przez ramie na jaguara z wyższością i wzrokiem pełnym satysfakcji.
- Naskocz mi. - rzucił z szerokim uśmiechem, a potem zaczął zajadać się zawartością puszki, nucąc w zadowoleniu i kiwając się na boki. Jeden zero dla mnie, Lachie.






Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 24/4/2018, 13:33
Prawa brew uniosła się w geście rozbawienia. Przejechał palcem wskazującym po podbródku Leaha, zaczepnie podrażniając jego skórę pazurem. Z małej, płytki ranki zaczęła sączyć się leniwie krew; patrzył jak spływa po skórze i znika pod fałdami ubrania. Niemal szkarłatny kolor posoki pasował do jasnej karnacji jej właściciela.
Zawsze marudzisz i jęczysz. Nie posiadasz żadnych zalet. — Złapał w palce czarne jak smoła kosmyki i pociągnął za nie. Pojedyncze włosy nadal znajdowały w jego uścisku, kiedy reszta została z niego wyswobodzona. Przejechał językiem po zębach, pozwalając, aby Kruk zademonstrował swoje umiejętności nabyte w burdelu, ale nie wywarły one odpowiedniego wrażenia na Szkocie. Były zaledwie tanimi, prywatnymi zagrywkami, stosowanymi w niemal każdej grze wstępnej. Mugaro nadal nie dorastał do pięt prostytutką, z którymi Jaguar się zabawiał, gdy jeszcze mógł bezkarnie przekroczyć próg domu rozkoszy, zanim nie zabił dwóch kobiet w ramach nadmiernej, niepohamowanej irytacji, tym samym łamiąc obowiązujące tam zasady. — Nie kompromituj się, mały. Przed tobą jeszcze długo droga. — Wcisnął mu niecierpliwie puszkę w dłoń. — Poćwicz. Nie wróżę ci kariery w twoim zawodzenie z takim wachlarzem umiejętności — skwitował krótko, ale bez towarzyszącego mu wcześniej rozbawienia. Odepchnął od siebie posiadacza kruczych genów i  po raz kolejny odwrócił się do niego plecami, czując pod ramieniem twardość materaca w zestawie ze sprężynami, które wbijały się w skórę. Zwinął się kłębek i przymknął ślepia, wdychając do płuc duszne powietrze.
Burza rozgościła się na stałe. Odgłosy grzmotów dolatywały do jego uszu, oświetlając zewnętrzną część chaty snopami niestałego światła.
Naskocz mi.
Usiadł raptownie, jakby właśnie jeden z piorunów przedostał się do środka przez szparę w nieszczelnym oknie i uderzył wprost w niego. Przejechał jedną z rąk zakończoną twardym pazurami po ścianie, pozostawiając na niej pięć, głębokich rys, wyraźnie odznaczających się na niej w charakterze odrapanej farby. Schował swoją ulubioną broń, a z kociego gardła potoczył się cichy, stłumiony przez lekkie rozbawienie warkot.
— Skoro tak ładnie prosisz. — Oblicze Jaguara zostało wykrzywione w drapieżnym uśmiechu. W jednej chwili doskoczył do konsumującego konserwę Kruka. Zacisnął jedną z rak na jego karku, konfrontując boleśnie twarz dzieciaka z belkami, którymi była wyłożona podłoga.
Nie żartował. Unicestwienie Mugaro nie stanowiło dla niego żadnego wyzwania - był kruchy i łamliwy, jak spróchniała gałązka wystawiona na starcie z silnym, porywistym wiatrem; nie rozłożył na niego nawet połowy swoich sił.
Naprawdę uważasz, że masz nade mną przewagę? — mruknął mu w ucho. Oblizał koniuszkiem szorstkiego języka jego płatek i zacisnął na nim boleśnie zęby, czując pod nimi juchę. Wyczuł pod palcami drżenie kościstego ciała. Spomiędzy warg potoczył się cichy śmiech. Wystarczyło jedno szarpnięcie, by trwale okaleczyć tę małą kurwę, ale czy naprawdę chciał zasilić panteon kalek?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 4/5/2018, 23:48
"Nie posiadasz żadnych zalet"
Teatralnie przewrócił oczami, lekko unosząc lewy kącik ust. Tak, tak. Ile to razy słyszał od niego jaki to jest bezwartościowy, bez talentu, słaby i w ogóle fe? A jednak nadal go trzymał przy sobie. Nie, inaczej. Seiji się go trzymał, ale Lachlan jakoś niekoniecznie zamierzał pozbyć się go na stałe ze swojego życia. A mógłby. Z łatwością dziecka mógłby pogonić mu kota, zmiażdżyć, wymazać z kart istnienia. A mimo to trzymał go przy sobie.
Ich relacja była chora i toksyczna.
I dlatego taka ekscytująca i nieprzeciętna. Ciemnowłosy wzruszył jedynie nagimi barkami, zatapiając palec w mięsnej masie, którą w milczeniu pożerał. Sposób jedzenia wydawał się prymitywny, i taki też był, ale nawet w tej prymitywności Mugaro miał w sobie coś z panicza i elegancji, pilnując, by nie ubrudzić więcej, niż sytuacja tego wymagała. Nie mógł pozwolić sobie na ubabranie się jedzeniem. Nie on.
Krytyczne słowa jaguara odnośnie jego profesji przemilczał. Chyba nie sądził, że Mugaro zaprezentuje mu swój wachlarz umiejętności? Nie za darmo. To, co pokazał, było jedynie niewinną zabawą dziecka, niczym więcej. Lachlan powinien wiedzieć, że jeżeli Mugaro chciałby się postarać, to osiągnąłby znacznie więcej. Nie od dziś siedział w zawodzie, chociaż zazwyczaj flirtował i denerwował klientów, na koniec używał swojej mocy delikatnie wyłudzając to, co chciał, a potem znikał. Tylko nieliczni mogli posmakować jego ciała. Dopierał skrupulatnie swoich klientów. Ale to nadal miało swoją cenę. W tym świecie nie ma nic za darmo. To była pierwsza lekcja, jakiej doświadczył gdy zaczął podążać po suchej ziemi Desperacji.
Nie spodziewał się jednak tak gwałtownej reakcji drugiego wymordowanego, chociaż poniekąd zdążył przywyknąć do jego nagłych zmian nastroju. Był jak burza. Niebezpieczny i gwałtowny, nieprzewidywalny, ale jednocześnie fascynujący i piękny.
Wydał z siebie ciche syknięcie i spod przymrużonej powieki dostrzegł puszkę, która znajdowała się teraz od niego w odległości jakiś dwóch metrów, może nieco mniej.
Jaka szkoda, przemknęło mu przez umysł. Bezwiednie wyciągnął w jej stronę dłoń, ale długie i szczupłe palce opadły jedynie na drewnianych deskach, kiedy nie był w stanie sięgnąć jedzenia. Westchnął ciężko, zaciskając mocniej wargi, czekając cierpliwie aż Lachlan skończy swoje przedstawienie droczenia się z jego uchem.
Nie lubił tego.
Lubił.
Ale jednak nie.
- Weź przestań. - mruknął niezadowolony. Mlasnął przy tym i sięgnął dłonią za siebie, delikatnie muskając chłodnymi opuszkami jego palce, które trzymały jego kark.
- No puść mnie, cholero niemyta. Przecież oboje wiemy, i to doskonale, że nie mam przewagi nad tobą. I nigdy nie miałem. O co ci chodzi? - dodał i poruszył się zniecierpliwiony. Przez niego za moment się ubrudzi. O ile jeszcze przeżyłby brud na ciele, tak na twarzy już nie bardzo.
Oddech nieco przyspieszył.
- Puść, Lachlan. Znasz mnie. Lubię to, więc za moment mogę się podniecić. A nie chcę się podniecać przy tobie. - powiedział szczerze, nie owijając w bawełnę. Nie lubił zagrywek i omijania tematu. Od zawsze mówił to, co myślał, wykładając kawę na ławę. Już od dawna odkrył w sobie tendencje masochistyczne, i mocniejszy uścisk wprawiał jego ciało w drżenie. Bynajmniej nie ze strachu.
- Jak już chcesz się bawić, to omijaj twarz. Jest zbyt ładna. A jej uroda jest mi potrzebna. No dalej, Lachie. Puść. - wymruczał cicho, nie przestając głaskać jego palców. I gdy wreszcie uścisk zelżał na tyle, że mógł się poruszyć, przekręcił się na plecy, spoglądając spod przymrużonych powiek ciemnymi oczami na górującego mężczyznę nad nim.
- Cholera, Lachlie. Kiedy jesteś taki... taki brutalny, naprawdę mnie bierze. - podniósł się do pozycji siedzącej i zarzucił ręce na jego ramiona, prostując je w łokciach, przysuwając swoją twarz ku jego tak blisko, że niemal stykali się końcówkami nosów.
- Jak tak będziesz dalej robił, to się jeszcze zakocham. A nie chcemy tego. Wolimy tego uniknąć. - mruknął zalotnie, uśmiechając się delikatnie. Oderwał jedną dłoń i przesunął kciukiem po jego policzku, docierając do silnej szczęki, która zagryzła niejedno istnienie, i pogłaskał ją czule kciukiem.
- Masz nade mną przewagę, wiem to. - dodał, po czym puścił go, odsuwając się nieco od drugiego wymordowanego.
- A skoro to ustaliliśmy... - klasnął radośnie w dłonie, przekręcając głowę i spoglądając tęsknie w stronę puszki. - .... to wrócę do jedzenia.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 30/7/2018, 23:49
Cichy, gardłowy śmiech wydobył się z jaguarzego gardła. Śmiech, chociaż tak naprawdę trudno było określić ten dźwięk jakimkolwiek adekwatnym do jego brzmienia określeniem. Oscylował pomiędzy zwierzęcym pomrukiem a ludzkim, przeciągłym i nienaturalnie piskliwym ni to jękiem, ni to stęknięciem, jakby jego właściciel nie mógł się zdecydować co takowym chce tak naprawdę osiągnąć, ale nie musiał; Mugaro powinien wiedzieć, co to oznaczało bez żadnych słów wyjaśnień. Śmiech, który wydobył się z krtani, nie poświadczał za rozbawieniem kocura. Był szyderczy, a złowieszczy błysk odbijający się w bezbiałkowych ślepiach podkreślał to namacalnie. Doigrałeś się, Leah. Przeszedłeś samego siebie - groziło, ale bez właściwej siły przekonania. Groźba dzieciaka, chociaż nie sprawiła, że po ciele Jaguara przebiegły dreszcze, które niegdyś odczuwał, będąc dzieciakiem, wprawiły nań w najprawdziwsze zdumienia, ale nie potrafił w odpowiedni sposób przelać ową emocję w mimikę twarzy. Nigdy nie podejrzewał, że Kruk był obdarzony wyobrażeniem o  m i ł o ś c i; ani jednej, ani drugi przez swój tryb życia nie sprawiali takiego wrażenia, a Lachlanowi niewiele to słowo mówiło, mimo iż jego doświadczenie życiowe teoretycznie sięgała czasów przed apokalipsą, chociaż były zaledwie zlepkiem niedokładnych, zagrzebanych pod kurzem niepamięci wspomnień. Czułość w jego przypadku ograniczała się wyłączenie do zaspokojenia swojego libido, dość aktywnego w czasie wiosennego przesilenia.
  — Nic. Absolutnie nic. — Jedna z dłoni skonfrontowała się z włosami Mugaro. Nie pozwolił mu czmychnąć w kąt. Zatopił palce w jego bujnej czuprynie, wyczuwając pod nimi skórę głowy. Drapieżny uśmiech ponownie wykrzywił zwierzęce oblicze. Kły zalśniły w ramach efektów specjalnych tworzonych przez burzę; na zewnątrz rozpętała się najprawdziwsza ulewa. Lachlan przymknął na moment oczy i wziął głęboki oddech, absorbując wraz z nim zapach unoszącego się w powietrzu deszczu. Krople bębniły o ściany i lichy dach chaty, aż w końcu na zabitym z desek suficie ukazała się plama. Wilgoć włamała się do środka i tworzyła całkowicie niepośpiesznie kałużę na posadzce, wymazując z niej ślady stóp (w wypadku tropiciela niemalże łap) nieproszonych gości.
  Nieśmiałe kap, kap, kap rozbrzmiewało w uszach jaguara, gdy ten z lubieżnym uśmiechem zacisnął pazury na delikatnym podbródku. Skóra dzieciaka była naprawdę cienka, mężczyźnie wydawało się, że posiada strukturę papieru; od razu pojawiło się na niej płytkie zadrapanie. Protesty w formie przestań motywowały tym bardziej w kierunku zrobienia dzieciakowi krzywdy. Posiadał nad nim bezwzględną, niczym niezachwianą władzę. Demonstrując ten nieznoszącym sprzeciwu fakt, w swojej nieuleczalnej złośliwości  pogłębił zadrapanie, choć w jego słowniku była to oznaka niezwykłej czułości.
  — Nic. Absolutnie nic — powtórzył, mamrocząc te słowa pod nosem z czymś w rodzaju namaszczenia, chociaż nijak nawiązywały go słowotoku, który przed chwilą padł, a jeśli nawet, w to bardzo pokrętny sposób. Lachlan bez cienia litości na wykrzywionej w grymasie zadowolenia twarzy napawał się strachem wydzielonym przez ten młody, drżący pod nim organizm. Przez chwilę miał ochotę złapać go za kark, kopniakiem wyważyć drzwi i wyrzucić go na zabłocone podwórku. Patrzeć jak płacze i jęczy, trzęsąc się ni to z zimna, ni to z lęku przez wzgląd na swój jeden z największych lęków w charakterze niezbyt korzystnych warunków pogodowych. Był taki głupi, naprawdę głupi. Obnażając przed Tropicielem swoją słabość, najprawdopodobniej popełnił kardynalny błąd, jeden z najgorszych w swoim marnym, nic nieznaczącym żywocie, za co przyjdzie mu słono zapłacić. Niemniej jednak kocur nie wcielił swojego wyobrażenia w życie. W jego głowie kreował się całkiem inny, o wiele gorszy w skutkach plan. Plan, na którego realizacje będzie musiał jeszcze odrobinę poczekać, jeśli chce utrzymać efekt przynajmniej przybliżony do zamierzonego.
  — Pytasz co wtedy — mruknął, a z ust uleciało głębokie westchnienie, chociaż wcale się nad tym nie zastanawiał nad tym problem. Odpowiedź była oczywista i po chwili mu jej udzielił: — Będziesz musiał zaspokoić ją jedną ze swoich przyjaciółek, ale jeśli nadwyrężysz moją cierpliwość, mogą dotkliwie ucierpieć i zostaniesz na lodzie. Rozumiesz co do ciebie mówię, prawda? — Potarł szorstki kciuk o delikatny w swojej konstrukcji policzek. Pozostawił na nim smugę krwi, która ciekła z pazurów na opuszki, po tym jak wbił jeden z paznokci głębiej w niemalże dziecięcy podbródek, ale po napotkaniu przeszkody w postaci kości, zrezygnował na rzecz słownych docinek. Potem, bez żadnego ostrzeżenia, złapał w mocny uścisk prawe ramię młokosa i potrząsnął nim, by dać tym samym do zrozumienia jej posiadaczowi, że żarty żartami, ale on był naprawdę bliski spełnienia jednej ze swoich gróźb, które same cisnęły się do ust. — Dziwka z poharataną gębą i połamanymi rękami nie przyciągnie uwagi zbyt wielu klientów, nie wydaje ci się? — pochwycił ponownie temat, ale nie czekał, aż padnie odpowiedzi. Aluzja powinna mieć wystarczający dar przekonywania, by Maguro wreszcie sobie odpuścił i przestał testować na Lachlanie swój urok osobisty. Nic do mnie nie mów przez godzinę albo dwie. Zapchaj gębą konserwą i czekaj, aż przejdzie burza.
  Uścisk zelżał, a jaguar dał susa na posłanie. Materac ugiął się pod tym obciążeniem, a sprężyny zaskrzypiały, wżynając się w ciało drapieżnika. Zwinął się w kłębek i przymknął ślepia. Potrzebował trochę snu - do licha!, a krakanie Kruka wcale nie ułatwiało u realizacji swojej zachcianki. Nawet burza nie przeszkadzało mu tak bardzo, jak adresowany w jego kierunku jazgot.


Odpis jest słaby, bo dawno nie pisałem tą postacią.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Gość on 7/8/2018, 18:28
Jedną z podstawowych zasad na przeżycie u boku Lachlana było dostosowanie się do jego słów. Wymordowany musiał czuć, że ma przewagę nad druga osobą. Mugaro zdążył już nauczyć się tego i pokornie czekał, aż tamten odpuści. Kruk nie miał pojęcia skąd u niego brała się ta arogancka chęć udowodnienia swojej siły. Rzut gołym okiem wystarczył, by pokazać kto z ich dwójki jest potężniejszy. Ale Lachlan mimo tej świadomości zawsze napierał i demonstrował swoją potęgę, a Mugaro przytakiwał, łechtając jego ego. Tak było bezpieczniej.
Chciał go złamać, ale to złamania jego ducha i umysłu było mu jeszcze naprawdę daleko. Leah był słaby fizycznie, ale mentalnie przeżył na tyle wiele, by wiedzieć jak się zachowywać w jego otoczeniu, a dzięki temu przeżyć. Dlatego też, gdy drugi wymordowany miotał nim i ranił, ten jedynie kiwał głową pomrukując, że tak, tak, ma rację, że jest taki silny i wielki. Czekał. Cierpliwie czekał, aż ten wreszcie go puści. To była sprawdzona metoda.
Spoglądał przez chwilę na jego plecy, gdy ten w końcu ułożył się na materacu, po czym przewrócił oczami. Skóra go piekła po pozostawionych rysach, ale nie narzekał. Wciąż pamiętał kiedy Lachlan miał napad i przez to poleciał przez połowę ich jaskini wprost na głaz, na którym połamał kilka kości. Jego stan na dzień dzisiejszy przedstawiał się zaskakująco dobrze.
Podniósł się i podszedł do puszki, przy której kucnął i pospiesznie skończył jej jedzenie. Niezbyt wyszukany posiłek, ale zawsze to coś na żołądku. Nie miał pojęcia kiedy zdarzy się kolejna okazja do zjedzenia czegoś. W przeciwieństwie do Lachlana nie potrafił polować i musiał zdać się na swoje sztuczki. Odetchnął cicho zarzucając koc na nagie ramiona, czując jak chłód z dworu powoli prześlizguje się po jego skórze. Zadrżał mimochodem i podszedł bliżej wymordowanego pogrążonego we śnie. Stabilny oddech i lekko rozchylone usta upewniły Mugaro, że zasnął. Przestąpił krok nad nim, wciskając się między niego a ścianę, i ułożył wygodnie, wpatrując się przez moment w twarz pokrytą brudem oraz cętkami.
- Czasami jesteś jak duże dziecko. - mruknął cicho i uniósł dłoń, przesuwając wierzchem palców po jego policzku, aż po samą żuchwę. O dziwo miał całkiem delikatną skórę jak na kogoś tak gruboskórnego. Westchnął ciężko unosząc się na łokciu, a następnie przytulił chłodne wargi do ciepłej skroni śpiącej bestii.
- Dobranoc. - dodał cicho, układając się wygodniej. Naciągnął bardziej na siebie koc i przysunął się jeszcze bliżej śpiącego, kradnąc jego ciepło, które powoli zaczynało go utulać do snu. Był jak żywy piec. Szkoda, że ten piec miał zęby i pazury. Wargi drgnęły, a on uśmiechnął sam się do siebie. Złapał za krawędź koca i naciągnął jego część na Lachlana, by przypadkiem nie zmarzł w nocy. A potem powieki same opadły.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Gildia najemnika. (dom Viktora)

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Powrót do góry