:: Eden :: Rajskie miasto




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next   

Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Nie Paź 30, 2016 1:07 am
*miejsce na piękny opis*



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Nie Paź 30, 2016 1:47 am
Przejechał zaostrzonymi pazurami po nodze drewnianego stołu, zahaczając jednym z nich o wystający obrus. Towarzyszył tej czynności zgrzyt, a na w miarę gładkiej powierzchni pojawiły się rysy. Wywalił osobliwy wazon, za który robił pospolity słoik po konfiturach. Naczynie stoczyło nierówną walkę z grawitacją. Potoczyło się do samej krawędzi mebla i upadło z hukiem na podłogę, gubiąc po krętej drodze całą swoją zwartość w postaci wody i świeżo nazbieranych kwiatów. Ich intensywny zapach czuć było w powietrzu i trochę podrażniał rozwinięty u kota zmysł węchu. Psikał i kichał przez niego na zmianę.
Lev wyszedł z tej sytuacji cało, odskakując, mimo iż jego misterny plan strącenia chipsów z blatu okazał się samoistnie porażką. Zerknął za siebie, aby się upewnić, że chaos nie wzbudził ciekawości anioła.  Nie słysząc jednak jego szybkich kroków, odetchnął. Lektura, którą dopadł przez czysty przypadek, chyba wciągnęła go w fikcyjny świat nieistniejących bohaterów do reszty. Jego strata!
Miaukną i wskoczył na stołek, wlepiając ślepia w obiekt swoich westchnień. W tym domu panowała jedna, żelazna zasada, do której chcąc czy nie chcąc musiał się przystosować (w końcu w nagrodę dostał swój ulubiony kocyk!) - stół nie służył mu za prowizoryczną kuwetę czy tam opcjonalnie łóżko. Miał więc bezwzględny zakaz skakania na niego i wyżerania tego, co się na nim znajdowało. W tej sytuacji musiał sobie radzić na własną rękę i dostosowywać tę zasadę do swoich potrzeb. Gdyby paczka chipsów zleciała ze stołu, mógłby ją bezkarnie otworzyć i skonsumować. Tak się ku jego ogólnej rozpaczy nie stało. Podziwianie jej z daleka też nie wchodziło w rachubę.
Ślinka pociekła mu po podbródku, gdy w zasięgu wzroku pojawił się tak porządny przez niego produkt odżywczy. Był głodny i nieszczęśliwy, a Anteras tym razem to ignorował, przerzucając kolejną stronę nudnej książki. Nie żeby samemu kocurowi to przeszkadzało. Niedzielne lenistwo było mu nawet na rękę. Cenił sobie domowe zacisze, ale upłynęło dziesięć minut od jego ostatniego posiłku i chciał coś rzucić na ząb. Wychodził z siebie i stawał obok, by zwrócić na siebie uwagę właściciela, ale ten uparcie wędrował wzorkiem od jednego akapitu do drugiego, ignorując go kompletnie i przestawiając go jak rzeczy na półce. Jakby nagle uroczy kot przeobraził się w powietrze. Ten uroczy kot musiał w takim układzie kombinować. Głód sam się nie zaspokoi.
Przejechał językiem po zębach, wyobrażając sobie jak rozrywa pazurami paczkę. Miauknął rozmarzony. Wystawił jedną łapę przed siebie i zamachnął się, jakby chcąc tym gestem dosięgnąć swoją zdobycz. Przecięła bezlitośnie powietrze. Wydał się z siebie syk. Skrzydła nie wchodziły w grę. Ich metalizacja kosztowała go zbyt wiele zachodu. Nienawidził bólu, który wchodzi w nieodłączony skład ich rekonstrukcji.  
Na miejscu kota pojawił się człowiek. Na oku dwudziestoparoletni przedstawiciel płci męskiej o znużonym spojrzeniu i burzy jasnoniebieskich, sięgających prawie ramion włosów. Zgarbiony, wlepił spojrzenie w przekąskę, nie mogąc oderwać od niej wzroku.  Był nagi jak Bóg go stworzył i w ogóle mu to nie przeszkadzało, jakby nie zdawał sobie sprawy, że wyszedł z ciała swojej biokinetycznej formy. Jego dłoń zacisnęła się na paczce, która zaszeleściła mu pod palcami. Porwał ją ze stołu z kącikiem ust uniesionemu ku górze. Usłyszał charakterystyczny zgrzyt stawów, gdy podniósł swój tyłek z krzesła, ale o to nie dbał. Zapomniał, jak być człowiekiem i może właśnie dlatego zęby zacisnęły się na otwarciu, a on sam przykucnął na drewnianych belkach, które pełniły rolę podłogi. Rozerwał paczkę niecierpliwym ruchem. Powąchał swój posiłek i zgniótł jeden z chipsów siekaczami, połykając go łapczywie.  Zamlaskał i zamruczał pod nosem w akcie zadowolenia, pustosząc rarytas, który Antares dostał w ramach zapłaty za swoje dobre serduszko.
Ruairi pierwszy raz w życiu docenił jego dobroć, która wychodziła mu bokiem. Była upierdliwa i niepotrzebna. Głównie przez nią musiał wyłazić częściej niż od czasu do czasu z domu, bo ten niesforny anioł zawsze zabierał go ze sobą.
Westchnął przeciągle. Zmęczył się tym wszystkim niesamowicie. Chyba był uosobieniem jednego z grzechów głównych – lenistwa.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Pią Gru 02, 2016 6:01 pm
W to jakże skromne niedzielne popołudnie brunet nie mógł się w żadnym razie spodziewać tego, co ujrzał po przekroczeniu progu tego cholernego pomieszczenia. Kompletnie wybiło go to z rytmu i pozbawiło jakiejkolwiek równowagi, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł lodowaty dreszcz, wywołując odruchowe wzdrygnięcie. Obcy! I to na dodatek w jego domu. Mimo iż znajdował się w swoich własnych czterech ścianach, a w powietrzu unosił się silny zapach kwiatów, które w towarzystwie charakterystycznego trzasku rozbijanego szkła znalazły się na podłodze — wcale nie czuł się tym faktem uspokojony w żadnym stopniu, wręcz przeciwnie. Jak można, by się słusznie domyślać — Antares w pierwszym odruchu zapomniał języka w gębie, nie wypowiadając ostatecznie ani jednego słowa, choć w jakoby pierwotnym zamyśle miał zamiar zwrócić się bezpośrednio do Leva, którego naturalnie obwiniłby za narobienie harmideru i bałaganu. Anioł liczył się bowiem z tym, że dziesięć minut to zdecydowanie za mało, aby ta kulka futra przestała się dopominać po raz kolejny o jedzenie, które notabene konsumowała zupełnie niedawno, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mógł dostrzec nigdzie swojego ukochanego kotka. W rozpoczęciu niezbędnych poszukiwań przeszkadzała mu zgarbiona ludzka postać zajadająca się w najlepsze zawartością paczki chipsów, zupełnie niewzruszona faktem, że ktoś może się jej przyglądać.
Antares zanim znalazł się w pomieszczeniu, już przy zaznaczaniu zakładką miejsca, w którym skończył czytać — podejrzewał kto jest winny tego całego zamieszania — jego czarny, leniwy kot, bo któż, by inny? Jedno było pewnie — czegoś takiego, by się nie spodziewał i to za żadne skarby świata. Na litość boską skąd wziął się ten nagi człowiek?! Gdyby Antares panicznie nie bał się ludzi, to pewnie byłby skłonny zapytać. Jednak nie rozumiał i coraz bardziej doskwierało mu wrażenie rosnącego osaczenia, tak jakby z każdą kolejną chwilą robił się coraz to mniejszy. Oparł się zatem w pierwszym odruchu plecami o chłodną powierzchnię ściany, próbując zapanować nad strachem, który zamienił jego żołądek w supeł, przejmując władzę nad logicznym myśleniem. Organizm anioła zdążył w tym czasie wyzwolić pokłady adrenaliny, reagując na wyczuwalne zagrożenie ze strony ów nieznanego i dziwacznego osobnika. Antares jednocześnie starał się zapanować nie tylko na instynktowną reakcją własnego ciała, ale i zarazem za wszelką cenę chciał ukryć nieco przerażone spojrzenie przypominające spodki.
Nieładne i widoczne gołym okiem blizny widniejące na przegubach anioła wydawać, by się mogło, że nabrały jakiejś niebotycznej wagi, przypominając mu o przeszłości, nad którą nie chciał snuć żadnych rozważań, bo następnie opuścił ręce wzdłuż ciała. Antares nie zwykł nawet się z kimkolwiek tymi przeżyciami dzielić — jego dobra wola i chęć niesienia pomocy zagwarantowała mu ze strony tych parszywych sekciarzy groźbę nieuchronnej śmierci, której zresztą cudem uniknął, dzięki czyjejś pomocy. Nic więc dziwnego w tym, że jego lęk przeżywał stopniowy wzrost.
Wynoś się stąd — oznajmił zimno, acz stanowczo Antares, co niemal mu się nie zdarzało. Takiego tonu rzadko można było uraczyć. Sam anioł wydawał się istnym uosobieniem dobroci i dbania o wszystko, co niezwiązane w żaden sposób z jakimkolwiek człowiekiem. Lęk przed ludźmi wymagał jednak poświęceń. Nie powinien być w tej kwestii miękki czy wyrozumiały. — I to już. Nie chcę cię tu więcej widzieć, sio. — dodał ponaglająco, krzyżując ramiona na piersi, jakby to miało szybciej przepłoszyć natrętnego przybysza. Jednakże tak na dobrą sprawę anioł nie miał zielonego pojęcia skąd ten się wziął na terenie Edenu i to konkretnie jego domu. Nie było to zbyt jasne, ale nie potrafił doszukać się jakiegokolwiek racjonalnego wyjaśnienia. W gruncie rzeczy zachowanie tegoż osobnika było dziwaczne, co jeszcze bardziej nakazywało mu zachować należyty i przede wszystkim — bezpieczny dystans.


Będzie dużo lepiej, jakby co, jak już tylko się należycie wczuję.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Wto Gru 20, 2016 11:36 pm
Pochłaniał chipsy z zawrotnym tempem, czemu towarzyszyło mlaskanie i przeciągłe pomruki, będące samoistnym aktem zadowolenia. Co prawda taka przekąska na dłuższą metę nie posłuży mu za pożywny pokarm i przy upływie kolejnych minut znów zrobi się głodny, ale pełniła rolę dobrego zapychacza pomiędzy jednym, a drugim posiłkiem.
Wynoś się stąd.
Słowa przeszyły go na wskroś. Miał wrażenie, że ktoś wbił mu lodowaty sztylet prosto w serce. Znieruchomiał, nasłuchując. Poruszył nosem, wyczuwając charakterystyczną woń włóczykija, która go poniekąd uspokoiła.
Nie chcę cię tu więcej widzieć, sio.
Wzdrygnął się, nie rozumiejąc skąd nagle w aniele tyle wrogości do swojego kota. Wbił niemal czarne ślepka w sylwetkę uroczej anielskiej istoty, w których notabene zapaliła się iskra niezrozumienia.
Mnie, miau? Przecież jestem twoim kotem — mruknął w ramach przypomnienia. Może Antares jeszcze nie wrócił z fikcyjnego świata książek i zbyt mocno utożsamił się z jego bohaterem? Zadarł głowę do góry, by spojrzeć aniołkowi prosto w oczy. Były przepełnione niepokojem, co nie co zaniepokoiło Kota. Zresztą tak samo jak chłodny powiew powietrza, który igrał z jego sierścią produkując na jego ciele zimne dreszcz.
Przejechał paznokciami po drewnianej podłodze, ziewając. Aby udobruchać swojego właściciela, podszedł do niego i otarł się o jego kostkę, ale z nieznanego sierściuchowi powodu uosobienie niewinności i dobra zamknięte w tym sto siedemdziesięciu pięciu centymetrach dogrobnego ciałka wydało mu się jakieś takie podejrzanie małe… Przekrzywił głowę pod dziwnym kątem przypatrując się temu dziwnemu zjawisku uważnie, choć jego szare komórki nie umiały sobie poradzić z tym problem. Zamiast tego ziewnął.
Zamarł w pół kroku. Kolana boleśnie wżynały się w twarde bukowe drewno. Nie czuł też tej miękkości i lekkości, która zwykła towarzyszyć mu podczas chodzenia. Prychnął jak rozjuszony kocur w ramach aprobaty i zerknął w dół na swoje czarne łapki, które wydały mu się jakieś dziwnie obce w tym całym zamieszaniu. Zmarł w bezruchu, kiedy zamiast nich dostrzegł parę ludzkich rąk. Zrozumienie przyszło parę chwil później. Instynktownie odbił się tylnymi kończynami od podłoża i poszybował w górę, obdarzając zęby. W powietrzu przybrał swoją biokinetyczną formę kota-miniaturki. Wdrapał się na ramię chłopięcia i usadowił na jego czuprynie, korzystając z elementu zaskoczenia.
Ktoś tu był, miau? — zapytał, zaczepiając pazury o czarne kosmyki. Zamruczał przeciągle w ramach rekompensaty. Może nie zauważy. Może nie zrozumie. Może…
Naprawdę myślisz, że zrobisz z niego kompletnego debila, Ruairi?
Czekał aż jego płonne nadzieje zostaną rozwiązane wraz ze kolejnym słowami anioła stróża.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Sro Gru 28, 2016 12:04 am
Zapewne gdyby Antares nie był tak zestresowany i przerażony zaistniałą sytuacją, a także obecnością nieznajomego w swoich bezpiecznych czterech ścianach  — możliwe, iż wykazywał jakąkolwiek zdolność do łączenia faktów. Niestety wydawał się usidlony przez strach i nadal oparty plecami do ściany, jakoby niezdolny do zarejestrowania tego, że uprzednio wypowiedziane przez niego słowa w jakiś sposób trafiały do człowieka zajadającego się w najlepsze zawartością paczki chipsów. Kiedy już chciał ponowić swoje żądania w postaci wyproszenia tegoż jegomościa — wyprzedził go znajomy mu głos. Słowa dotarły do niego w tym wszystkim, jakby z opóźnieniem i z oddali, ale to tylko strach wymieszany z adrenaliną rozlany po organizmie utrudniał mu opanowanie emocji.
Nie. To nie mógł być jego czarny, kochany kotek. Ten człowiek miał jasnoniebieskie włosy, ale ten głos wydawał się przecież tak bardzo znajomy... Anioł stróż czuł się skołowany i bił się z własnymi myślami — sam kontakt fizyczny, ograniczający się choćby do otarcia o jego nogę wciąż budził głęboko drzemiący i stały lęk przed ludźmi. Raz, a dobrze jego naiwność została nagrodzona, a na pamiątkę zostały mu wyczuwalne i doskonale widoczne blizny na nadgarstkach, które ukrywał pod długimi rękawami.
Kotłujący się w nim strach w pakiecie z mieszaniną uczuć utrudniał znacząco zrozumienie sytuacji i jej stosowną ocenę. Sam skok sprawił jedynie, że anioł, całkowicie zapominając o tym, że znajduje się już przy ścianie, próbował instynktownie się odsunąć, jednocześnie uderzając o nią głową. Przy okazji zakrył się rękoma, jakby zamierzał uniknąć ewentualnego ataku.
Czy to znaczyło, że oszukiwał go przez cały ten czas? W początkowej fazie nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Antares był istnym uosobieniem dobra i przez tak długi czas opiekował się Levem, dbał o zachowanie jego bezpieczeństwa oraz największego komfortu. Przez twarz anioła przebiegała chyba w tym momencie paleta każdej z możliwych emocji, a w międzyczasie jego dobre i pełne uczucia serce w obliczu tej dotkliwej dla niego prawdy rozpadło się wraz z budowanym zaufaniem. Przez dłuższą chwilę znajdował się otępiały w bezruchu, a obecność jego kota wcale nie była w żadnym razie pocieszająca.
Sięgnął do swoich włosów, obejmując dokładnym ruchem rąk kota, ściągając go sobie bezlitośnie z głowy, choćby miał przez to samemu zrobić sobie krzywdę przez upór tego stworzenia. Trzymając go w powietrzu trochę z daleka od swojego ciała, jakby w obawie, że ten coś mu zrobi lub co gorsza — nagle się zmieni ponownie w człowieka, wolał zachować stosowny dystans. Przemierzył pomieszczenie, zerkając na zbity wazon z dezaprobatą i porozrzucane po podłodze świeżo zerwane kwiaty, odkładając przy okazji Leva na stół, na który zazwyczaj nie miał prawa wstępu, choć w tym wyjątkowym wypadku była to jedyna szansa, aby anioł nie patrzył na niego z góry.
Albo mówisz mi całą prawdę, kłamco, albo od dzisiaj śpisz na podłodze i zaczynasz sam się żywić. Tylko nie kręć, widziałem co miało tu miejsce, więc nie wmówisz mi, że to omamy. — odparł poważnym tonem Antares, choć w tonie jego głosu dało się wyczuć pewną nutę bazującą na pretensji i poczuciu zranienia.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Pią Gru 30, 2016 4:09 pm
No dobrze, Ruairi nie był aż tak wielkim optymistą, aby uwierzyć w to, że ma przed sobą idiotę, któremu można wmówić wyssane z palca pierdoły na poczekanie. Anioł miał więcej oleju w głowie niż można było przypuszczać, choć nie zmieniała to faktu, że głodzenie swojego kotka nie było mądrym posunięciem.
Miarka się przebrała. Żegnacie dni pełne beztroski. Witaj szara rzeczywistościo – moja wierna przyjaciółko., wyszeptał depresyjnie w myślach.
Zamruczał przeciągle, nieruchomiejąc w pierwszej chwili. Nie sprzeciwiał się jednak Anterasowi, a konkretyzując - jego dłoniom. Wyplątał pazury z czarnej czupryny, co by nie zrobić aniołowi żadnej cielesnej krzywdy. Domyślał się jednak, że jego psychika właśnie przechodziła męki. Znał stosunek stróża do ludzi. Wiedział jak panicznie się ich bał, toteż w pełni akceptował jego złość, szok i nie do wierzenie zaistniałą sytuacją. Przeklinał za to pod nosem swoją głupotę. Zazwyczaj pilnował się, by nie wrócić do swojej ludzkiej formy, które notabene nie był aż nadto atrakcyjna. Już wiele lat temu zapomniał jak to być człowiekiem i nigdy w zasadzie nie przypuszczał, że zmieni się w niego na oczach swojego nieświadomego właściciela.
Położony na blacie stołu, zaczął najpierw chodzić w kółko, potem skulił się cały, oblizując jedną z przednich łap chropowatym, kocim językiem. Anteras musiał być naprawdę zdenerwowany, skoro zignorował własny zakaz i postawił futrzaka na blacie.
Czy możemy odłożyć tę rozmowę na jutro, miau? — zapytał, w końcu zerkając swoimi błyszczącymi, ale także - jak zwykle zresztą - znużonymi ślepiami w anielską twarz oznaczą złością i niepokojem jednocześnie. Zadrżał, widząc jego nieznoszące sprzeciwu spojrzenie.
No to teraz, Ruairi, wytłumacz mu, że nie jesteś zbolem, udającym kotka dla korzyść materialnych. No dalej., zironizował. Cześć, nazywam się Ruairi. Mordowałem twoich pobratymców, toteż spotkała mnie kara z rąk pewnego skrzydlatego popaprańca, który rzucił na mnie klątwę. Nie patrz tak na mnie, wcale nie chce się mścić… Dobra, właściwie to chce. Wydrapię temu chujowi oczy, jak go spotkam.
Nazywam się Lev. Jestem udomowionym kotem. Twoim ukochanym kotkiem.Brawo, znów kłamiesz.Potrafię mówić, co już doskonale wiesz i potrafię zmieniać się w człowieka. Na chwilę. Na półgodzinny dziennie, ale nie lubię tego robić jak nie muszę, miau. — Przedstawił mu sytuację w skrócie, omijając właściwie parę istotnych kwestii, które nie dość, że postawiłyby go jeszcze w bardziej złym świetle, to nadmiar złego całkowicie podważyłby jego wiarygodność uroczego kotka z nietoperzowymi cechami wyglądu. Zresztą Anteras po dziś dzień nie miał bladego pojęcia, ani tym bardziej zielonego, że Ruairi potrafił latać i w najbliższej przyszłości nie miał zamiaru mu tego uświadamiać. O ile przejdą kolejne jego małe kłamstewka, a kłamcą był przecież urodzonym. Powstał po to, by łżeć. Trudno wyleczyć się z przyzwyczajeń zdobytych w okresie wczesnych lat młodości…



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Sob Gru 31, 2016 12:32 am
Anatres zdecydowanie zdystansował się od mówiącego, czarnego kota, którego właścicielem był od blisko pięćdziesięciu lat, dbając tym samym o niego na wszelkie możliwe sposoby, a zauważenie tej zmiany zarówno w jego spojrzeniu, głosie czy wyrazie twarzy nie okazywało się szczególnie trudne, zwłaszcza, że z jakąś szczególną dokładnością nie maskował tego. Anioł stróż miał w głowie istny mętlik łączący się z niedopowiedzeniami rodzącymi kolejne pytania pozbawione jednoznacznych odpowiedzi. Brunet nie wiedział jak powinien to zajście rozumieć — dlatego skołowanie podtrzymywało się z jeszcze większą siłą. Z jednej strony nie chciał wierzyć w to czego był świadkiem, gdyż zwyczajnie wolałby, aby to nie było prawdą, ale jego naiwność nie osiągała już zbyt wysokiego poziomu, aby Levowi udało się wmawiać mu omamy wzrokowe. Co to, to nie. Ze spotkania z fanatykami wyciągnął stosowne wnioski, ale teraz dotknięty został coś na wzór powtórki z rozrywki. Nie tak bolesnej, ale owszem — został poniekąd zraniony przez sprawy przemilczane. Z drugiej — świadomość bycia oszukanym przez tak długi czas sprawiała, że Anatares czuł się okropnie, jakby dostał teraz fantomową ręką siarczysty policzek, a następnie ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody, wręczając mu plakietkę z napisem „naiwniak”. Nic więc dziwnego, że w jego wnętrzu uczucia mieszały się ze sobą, tworząc istną tęczę emocji.
Nie możemy — odparł stanowczo, wpatrując się w czarną kulkę surowym wzrokiem, a choć Antares zazwyczaj był oazą spokoju i uosobieniem anielskiej cierpliwości – teraz czekać nie zamierzał. W obliczu tego, że został oszukany nie był niepotrzebnie wyrozumiały. Strach stopniowo opadał niczym wirujący kurz, ale zaufanie legło w gruzach, których najpewniej odbudować się tak łatwo nie dało. Antares umyślnie zignorował swój zakaz, podważając jakoby jego wcześniejsze istnienie — nie miał on aż takiego szczególnego znaczenia, przecież jego kot zmienił się w człowieka. W CZŁOWIEKA. Może gdyby anioł stróż nie dorobił się traumy związanej z ludźmi, to i jego reakcja mogłaby być o wiele łagodniejsza, ale nie… nie wypadało na to liczyć. Musiał być wymordowanym. Normalne koty nie przejawiają zdolności do mówienia, a już tym bardziej tak bardzo nie marudzą. W międzyczasie skrzyżował ramiona, ręce całkiem kurczowo trzymając przy sobie, jakby w ten sposób chciał zwiększyć w pewien sposób dystans między sobą a wyglądającym na istne niewiniątko Levem, by w następnej chwili przygryźć dolną wargę. Antaresa przepełniała stopniowo wzrastająca złość i rozczarowanie nie tylko własnym kotkiem, ale i swoją nadmierną ufnością. — Nie, Lev, nie jesteś. Kłamiesz teraz tak samo jak oszukiwałeś mnie przez poprzednie pięćdziesiąt lat. Koty nie potrafią mówić, a to znaczy, że musisz być tymi, którzy mieszkają na Desperacji, więc jesteś człowiekiem. — Właściciel złotych gogli wciągnął do płuc powietrze ze świstem, by ostatecznie westchnąć ciężko. Anioł stróż przebiegł wzrokiem po ścianach, a następnie ponownie zatrzymał je na czarnym, kochanym stworzonku. Należało jednak wziąć pod uwagę, że traumatyczny widok człowieczej formy Leva wybił go kompletnie z rytmu i pozbawił na dobre rezonu. Ponadto wspominana już forma kładła się przez fobię Antaresa wielkim cieniem na to, iż dotychczas Lev stanowił jego najlepszego towarzysza mimo wyjątkowo marudnej i leniwej natury. — Nie wierzę już w ani jedno twoje słowo. Nie wyrzucę cię tylko dlatego, że mam dobre serce, ale od dzisiaj śpisz na podłodze i sam się żywisz. Nie będę też cię również głaskał, bo wcale tego nie potrzebujesz. Przynajmniej raz oczekiwałem, że będziesz ze mną szczery, ale nawet cię na to nie stać. — W trakcie wypowiadania tych słów anioł stróż był śmiertelnie poważny, choć miejscami dało się dosłyszeć nie tylko zawód, ale również pretensje. Następnie Antares przykucnął tuż koło zbitego słoika, zajmując się ostrożnym zebraniem szkła – ktoś musiał to przecież posprzątać (jednocześnie sam potrzebował skupić się na czymś innym), wytrzeć rozlaną wodę i zająć się porzuconymi na pastwę losu świeżymi kwiatami, których to mocny zapach unosił się w całym pomieszczeniu. Niektóre płatki oderwały się od kielichów roślin, a pyłek roślinny zdążył gdzieniegdzie ubrudzić podłogę.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Sob Gru 31, 2016 1:08 am
Rozumiał pod wieloma względami stanowisko Antaresa i w pełni je akceptował. Przez te pięćdziesiąt lat prześwietlił go niemal na wylot, poznając dogłębnie szczegóły z jego życia, z których się Ruairiemu zwierzał, traktując go jak pośrednika swoich sekretów. Kot nigdy nie wykorzystywał tej przewagi, nie wyjawił też tych tajemnic światu, trzymając język ze zębami – uważał, że to sprawa między nim i aniołem właśnie i nikt nie miał jakiegokolwiek prawa się do tego mieszać. Na przestrzeni tych lat w zasadzie sam przywiązał się do delikatnego uosobienia swojego nowego właściciela, który diametralnie różnił się od pozostałych tyranów, więc szczerze wątpił, że ta drobna istota miała jakiekolwiek wrogów. Był personifikacją wręcz nieludzkiej dobroci, klasyczną definicją boskiego stworzenia – anioł w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Przygarnął Leva pod swój dach bezinteresownie, opiekując się nim jak członkiem rodziny. Kot jednak nie umiał okazać wdzięczności, tak jak nie umiał wyleczyć się z pewnych nawyków, które przyległy do niego na stałe. Był urodzonym kłamcą i nie umiał z tym skończy raz na zawsze.
Przyjrzał się stróżowi. Znał wydarzenie, które postawiło w anielskich oczach ludzi w złym świetle i pobudziło do życia trudną do obejścia traumę. Być może to był główny powód, dlaczego aż do dziś ukrywał swoją prawdziwą naturę, tożsamość Wymordowanego, nie chcąc pod żadnym pozorem, aby prawda wyszła na jaw.
Spuścił w końcu wzrok, poniekąd przytłoczony oskarżycielskim spojrzeniem swojego właściciela.
Masz rację. Jestem Wymordowanym, ale nie mogę wracać do ludzkiej formy, kiedy chce. Od wielu lat prowadzę kocie życie i całkowicie się z nim utożsamiam, miau. — Zeskoczył ze stołu na ziemię, kiedy uświadomił sobie, że anioł zajął się zbieraniem odłamków szła. — Nie jestem fanatykiem religijnym, ani nic z tych rzeczy Mam tylko obsesję na punkcie swojej wygody. — mruknął cicho, te ostanie jedynie w samych myślach.
Fanatycy Ao. To oni wyrządzili stróżowi krzywdą i fizyczną, i psychiczną, całkowicie zmieniać postrzeganie ludzi w niewinnych ślepiach anioła drugiej generacji. Choć Ruairi sam zabijał skrzydlatych, nie robił tego z pobudek religijnych. Był niegdyś najemnikiem, a korzyści majątkowe uważał za luksus, toteż je zdobywał – jedno po drugim. Zabijanie przychodziło mu wręcz z łatwością. Opanował tę sztukę do perfekcji, jak oddychanie czy właśnie kłamanie. Nie mógł jednak wyjawić prawdy Antaresa. To jeszcze bardziej by go pogrążyło i całkowicie pogrzebało wizerunek uroczego kota, a także doszczętnie zrujnowało zaufanie, które tak czy siak rozpadło się jak domek z kart.
Prawą, przednią łapką dotknął ramienia chłopaka, by skierować na siebie jego uwagę. Zamiauczał przeciągle. Niemal błagalnie. W zasadzie, jeśli Antares nie będzie w stanie zaakceptować jego przynależności rasowej, odejście z tego domu będzie dla Kota priorytetem. Zawiódł na całej linii. Ta świadomość wierciła mu dziurę w brzuchu. Kolejny raz szturchnął anioła jedną z łapek i zamiauczał. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie.
Mimo iż zawiódł, na w jego oczu nadal były zamglone. Znudzone do granic możliwości. Jakby nie był zdolny do żadnych uczuć. Do żadnej ekspresji. Był w końcu kotem. Koty nie imponowały rozbudową ekspresją i mimiką. To usiłował sobie wmówić.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Sob Gru 31, 2016 5:00 am
Antares nie posiadał bliskich przyjaciół w Edenie — jako włóczykij był samotnikiem z wyboru, a póki co los na jego drodze nie postawił mu żadnego pobratymca, który nie traktowałby jego zajęcia za niepoważnego, dlatego też zwierzał się własnemu, gadającemu kotu, którego zabierał ze sobą wszędzie od dokładnie pięćdziesięciu lat. Nigdy dotąd Lev nie ujawnił przed nim swojej „prawdziwej” natury i nie chciał się nią z nim tym dzielić, co można zrozumieć ze względu na podejście anioła do ludzi. W takich przypadkach reagował bowiem strachem, a czarny kotek-miniaturka znał go aż nazbyt dobrze, rozumiejąc jego słabości niemalże na wylot. Na przestrzeni zwoju czasu dzielonego na lata, miesiące, dni, godziny i minuty — Anioł Stróż zdążył się z nim związać i obdarować takim zaufaniem jak nikogo dotychczas. Nie oznaczało to, że potrzebował podziękowań na każdym możliwym kroku, bo to Antaresowi nie było wcale do szczęścia potrzebne. Okazywał się dobry z natury, nie oczekując tak naprawdę niczego w zamian, choć jednak kiedy należało potrafił wykazać się twardą stanowczością, tak jak w tym przypadku — żądając wyjaśnień i przede wszystkim prawdy.
Ludzie budzili w nim wręcz oczywisty lęk, który go paraliżował od stóp do głów i odbierał mu zdrowe, a tym bardziej rozsądne myślenie. Sam widok Leva w ludzkiej formie sprawił, że momentalnie grunt osunął mu się spod nóg, do głosu doszła panika, zanieczyszczając jego umysł, a serce waliło młotem w piersi, jakby miał zaraz zejść z tego świata. Bliskość z człowiekiem okazywała się dla niego na tyle traumatyczna, że miewał napady niekontrolowanego drżenia mięśni napędzanych tylko i wyłącznie strachem. W ogóle nad tym nie panował — fobia wygrywała z nim na każdym możliwym polu, a od tamtego pamiętnego razu porzucił beztroskie zapuszczanie się na tereny Desperacji, traktując ją niemal jak zarazę.
Podczas zbierania najróżniejszej wielkości szklanych odłamków słoika robiącego dotychczas za wazon na świeżo zerwane kwiaty, docierało do niego, że mimo iż Lev zna go niemalże na wylot — to on go wcale i okazywało się to na swój sposób całkiem przytłaczające. Czarny, niepozorny kotek już parę razy udowodnił mu jaki to z niego Pinokio — nieco się z tym oswoił, aczkolwiek nie przestawał zwracać mu uwagi, gdy wypowiedziane słowa mijały się z prawdą. Kłamanie w tej oto sytuacji zadziałało jedynie na szkodę Leva, z czego sam doskonale zdawał sobie sprawę. Co gorsza okropnie się przy podjętej czynności rozpraszał. Słowa kociaka zaś potwierdzające niedawno przedstawione w złości przypuszczenia włóczykija, w towarzystwie kociej chęci zwrócenia na siebie uwagi Anioła Stróża poprzez dotykanie jego ramienia, sprawiło, że niechcący naciął się jednym z bardziej łukowatych kawałków szkła. Ten jednak w pierwszej kolejności umieścił w większej części byłego wazonu, następnie formując prawą dłoń w pięść, by krwią nie zabrudzić podłogi. Dopiero potem przekręcił głowę w bok, przenosząc pytający, lecz zdecydowanie mniej oskarżycielski, wzrok na czarnego kotka. Miauczenie Leva zawsze na niego działało, zawsze — czy tego chciał czy nie. Niezależnie od tego w jakim był aktualnie humorze Antares — nawet teraz odnosiło to poniekąd pożądany skutek, gdyż Anioł Stróż nie umiał zachować pełnej obojętności. Sprawę utrudniał również zmniejszony dystans między nim, a tak uroczym stworzonkiem.
Co chcesz? — zapytał po chwili, ściągając wargi w wąską linię. Ignorował również rozcięcie, którego nabawił się z własnej winy, jedynie mocniej zaciskając prawą dłoń. Jednakże o ile włóczykij łamał się na widoczny gołym okiem koci urok i reagował na zaczepki, obdarzając Leva uwagą oraz uważnym spojrzeniem – nie należało w żadnym wypadku traktować tego jako pewnik do udobruchania go. Stanowczość Antaresa nigdzie nie wyparowała.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Sob Gru 31, 2016 4:27 pm
Poruszył czarnymi jak smoła małymi uszkami, rejestrując głos Antaresa. Parę kolejnych cichych pomruków uszło z niego jak powietrze z balonika. Nie miał złudzeń, że w taki o to sposób udobrucha aniołka, mimo iż na przestrzeni minionych lat doskonale poznał jego słabe punkty. Wiedział jednak, że anioł w kontakcie z nim będzie zachowywał pełną ostrożność i ten stan rzeczy w żaden namacalny sposób się nie zmieni, póki stróż znów nie obdarzy go zaufaniem, ale w chwili obecnej Ruairi nie miał bladego pojęcia jak o nie zawalczyć. Był na przegranej pozycji, to nie ulegało żadnym wątpliwościom. Tonący brzytwy się chwyta… Lev w sumie nie wiedział na czym zależało mu bardziej – nad odbudowaniu ich relacji, czy wygodzie, którą utrzymywał, będąc rozpieszczanym na każdym kroku przez czarnowłosego, dbającego o jego potrzeby. Ruairi doskonale zdawał sobie sprawę, że był jego oczkiem w głowie, toteż, nic nie dając od siebie, zgarniał wszystkie przywileje z tego tytułu. Był pod wieloma względami pasożytem.
Podniósł w końcu spuszczony łebek do góry. Ostatecznie podreptał niepewnie do swojego właściciela, kładąc jedną ze swoich łapek na okaleczonej ręce. Pochylił swój pyszczek nad zranieniem wąchając je. Zmarszczył koci nos i zamiauczał po raz kolejny, jakby w akcie dezaprobaty. Wystawił chropowaty języczek, liżąc ranę, która nie była głęboka, jednak krew obficie się z niej sączyła. Zakołysał ochoczo ogonkiem, czując metaliczny posmak w pyszczku. Był w końcu genetyczną mieszanką kota i nietoperza, więc posoka siłą rzeczy nie wzbudzała w nim obrzydzenie, wywoływała zgoła innych efekt. Lubił jej smak i intensywny zapach. Wielokrotnie zlizywał ją z ciała Antaresa, mimo iż sam stróż nie był zbyt przychylny takim niehigienicznym rozwiązaniom. Kiedy w końcu skończył, zerknął na stróża i skoczył mu na ramię. Musiał sprawdzić dopuszczalne granice bliskości, a jednocześnie ocenić to, czy stróż odczuwał w jego towarzystwie niepokój, czy tylko rozczarowanie licznymi kłamstwami. Uparcie jednak milczał, nie wiedząc właściwie co powiedzieć w takiej sytuacji. Naprawdę było za późno, kłamstwa zostały przejrzane…
Jeśli nie chcesz mnie tutaj, mogę sobie pójść — powiedział w końcu, zanim ugryzł się w język. Nie poczuł jednak ulgi, kiedy to z siebie wyrzucił. Nie umiał też przewidzieć stanowiska Antaresa. Anioł był naiwny i to nie podlegało żadnym dyskusją, jednakże nawet jego naiwność miała swoje granice, które Kot przekroczył.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Dom anielskiego włóczykija (i kociej marudy)    Pisanie by Gość on Nie Sty 01, 2017 5:56 pm
Kocie pomrukiwanie zawsze działało na Anioła Stróża zbawiennie i uspokajająco, tak jakby miał pod ręką melisę, a nie uroczego, pokrytego mięciutkim sierścią kotka. Lev na przestrzeni minionych lat doskonale wiedział jaki odnosiło to skutek, bo zwykle niezadowolenie czy zawód do jego skromnej miniaturowej osoby znikał w mgnieniu oka. Teraz sprawa miała się zgoła inaczej — o ile obecność czworonoga miała na Antaresa jakiś łagodzący jego usposobienie wpływ, to nie wpływała nijak na odzyskanie zaufania, które legło w gruzach, na czele z poczuciem bezpieczeństwa czarnowłosego i nie pomagała w radzeniu sobie z mętlikiem kłębiącym się coraz bardziej w jego umyśle.
Jako, że zranioną rękę uformowaną w pięść wcześniej oparł o pokrytą drewnem podłogę, dotychczas przykucając, zdecydował się na to, aby na niej usiąść. W milczeniu i ze zmarszczonymi nieprzychylnie brwiami przyglądał się Levowi. Palce lewej dłoni zatrzymał na wykrzywionym szkle, które po dłużej chwili umieścił w większym kawałku zniszczonego słoika, które teraz śmiało mógł wyrzucić, nie dopatrując się w międzyczasie drobniejszych fragmentów. Samo zachowanie jego kota nie wzbudzało zaskoczenia i nie wprowadzało go w stan zadumy — widział to już wielokrotnie, a choć zranionej dłoni nie odsunął tylko ze względu na to, iż narodziło się w nim przekonanie co do posiadanej kontroli nad sytuacją. Takową jednak niedługo potem utracił, kiedy to czarny kot nieoczekiwanie wskoczył mu na ramię, przekraczając jego świeżo wytworzoną i dopuszczalną strefę komfortu, co wywołało spięcie się mięśni oraz zamarcie w bezruchu. Oj, Antares zdecydowanie nie czuł się w tym momencie swobodnie ani tym bardziej pewnie — nic więc dziwnego, że jego lewa dłoń powędrowała w stronę czarnego kotka, ujmując go bardzo delikatnie w celu ponownego postawienia na podłodze. Trącony przy okazji tej czynności dzwoneczek z obróżką wokół szyi Leva wydał z siebie charakterystyczny dźwięk.
Powiedziałem, że możesz tu zostać. Doskonale wiesz, że cię nie wyrzucę. W końcu jesteś moim kotem, a przynajmniej do tej pory naiwnie wierzyłem, że nim jesteś — odpowiedział spokojnym tonem Antares, wpatrując się w postawionego na podłodze Leva uważnym wzrokiem. Samo dodawanie, że ma słabość do jego kociej osoby i dotychczasowego przywiązania się nie pozbył w tej jednej chwili, kiedy prawda wyszła na jaw. Anioł Stróż nie potrafił jednak zachowywać się, tak jakby jego uroczy kotek, zmieniając się niezbyt umyślnie w człowieka nie przyprawił go nieomal o zawał. Stale na uwadze miał również to, że najwyraźniej nie wiedział o nim nic, a nic, mimo spędzonych w swoim towarzystwie pięćdziesięciu lat. — Tylko na tych warunkach, które ci przedstawiłem, Lev. Nie będę cię już rozpieszczał i zmuszał do podróżowania ze mną, ponieważ sam doskonale umiesz o siebie zadbać i wcale nie potrzebujesz mojej pomocy. — dodał stanowczo anioł. Owszem, mogło to ulec to zmianie na przestrzeni nieokreślonego odgórnie czasu wraz ze skrupulatnym, acz ponownym zdobywaniem zaufania, co jednak czymś łatwym zapewne nie będzie. Być może, kiedy Antares poukłada to sobie w głowie i ochłonie – jego decyzja złagodniałaby, ale nie na tyle, by ponownie skakał wokół tego uroczego kotka.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down




Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: Eden :: Rajskie miasto