Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

 :: Misje :: Retrospekcje :: Archiwum


Go down

.
How I met your mother {pierwsze spotkanie Growa i Natha} ColaGotou_wrhnrrs

M I E J S C E _ A K C J I: Ciemny zaułek → „Zaułek jak to zaułek. Prócz tego, że jest umieszczony między monopolowym a blokiem mieszkalnym nie odznacza się niczym szczególnym. Dwa ogromne kontenery na śmieci, zaraz obok których i tak najczęściej pojawiają się wielkie czarne wory z upchanymi resztkami. Buszujące kociaki, rzadko kiedy przebiegnie mysz. Zwierzęta pojawiają się i znikają, łapane przez hycli lub przygarniane przez mieszkańców M3. Rewelacji jednak tu nie ma. Ot, zimno, szaro, a i zapach nie przyciąga turystów...”
C Z A S _ A K C J I: Rok 2996.
W Y S T Ą P I L I: Nathaniel & Growlithe Sp. z o. o.

Był chłodny, jesienny wieczór. Jeden z tych chłodnych, jesiennych wieczorów, które każą ci zapiąć płaszcz pod samą szyję, a najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu. Levittoux jednak, jako niezwykle buntownicze dziecię, ani nie zapiął płaszczyka, ani też nie pozostał w zaciszu swojej chatki w Edenie. Do tego nie zabrał ze sobą szaliczka, taki z niego buntownik. Powinien przystopować, bo jeszcze nas wszystkich pozabija... W każdym razie już od dobrej godziny przemierzał ciemne uliczki Miasta-3, dzierżąc w ręku latarkę i wyklinając ród anielski do pięciu pokoleń wstecz… co przez wzgląd na to, jak narodziła się zdecydowana większość aniołów, ograniczało się do niezbyt agresywnego narzekania na Ojca Wszelkich Stworzeń. Krążył tak i krążył, mijając jedynie od czasu do czasu bezdomne koty, pijanych pracowników biurowych oraz wszelakiej maści śmieci jednak zero albinosa w opałach. Cholerny Dave… jeszcze się z nim policzy za ten brak dokładności. Jak można być tak niedoinformowanym informatorem?
Wtem do uszu Nathaniela dotarł niesiony wiatrem, cichy jęk bólu. Mógłby przysiąc, że dobiegał z uliczki po prawej. Posłał snop światła w tamtym kierunku. Znowu nic? Mruknął pod nosem coś na temat wyłażenia z domu w beznadziejną pogodę i upierdliwości zwierzchników, po czym ruszył w stronę, z której, jak mu się zdawało, dochodził ów odgłos. Omiótł pobieżnie cały zaułek. Nic. Ze zrezygnowaniem oświetlił ścianę pobliskiego budynku. Bingo. Zakładając, że te białowłose zwłoki koło kontenera na odpady biodegradowalne miały być jego nowym podopiecznym, Jonathanem Charlesem Wo`olfem.
Levittoux zbliżył się do chłopaka bez większego pośpiechu i przykucnął przy nim, obdarzając go zmęczonym spojrzeniem. Otaksował wymordowanego, świecąc mu przy okazji po oczach - był wychudzony, błyskał z wściekłością różnokolorowymi ślepiami i białymi kłami, a przede wszystkim wykrwawiał się w jakimś ciemnym zaułku. Doprawdy imponujący widok. Godny pozazdroszczenia. Anioł westchnął, wstając i otrzepując się z brudu, który z pewnością musiał na nim osiąść w tak obrzydliwym miejscu. Zmarszczył nos. Że też ten marny osobnik musiał wybrać sobie takie miejsce na umieranie. Jeszcze raz zmierzył go uważnym spojrzeniem. Bez interwencji albinos wykrwawiłby ze skutkiem śmiertelnym w przeciągu najbliższych trzydziestu minut. Dobrze, że jednak Nathanielowi udało się do niego dotrzeć. Stracenie drugiego podopiecznego w przeciągu kilku ostatnich miesięcy mogłoby zostać uznane wśród innych nobliwych, skrzydlatych istot za pewien nietakt…
- Najpierw formalności – rzucił krótko, obdarzając Jonathana zgoła obojętnym spojrzeniem. – Od dziś jestem twoim aniołem stróżem. Moje ziemskie miano to Nathaniel Levittoux.
Wsadził ręce do kieszeni płaszcza, oczekując reakcji na swoje słowa.


Ostatnio zmieniony przez Nathaniel dnia 15.03.15 1:05, w całości zmieniany 1 raz
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Dyszał głośno, wtulając plecy w lodowaty, wilgotny mur. Było zimno. I gorąco. Bardzo bolało. Ale w sumie to nie aż tak. W dodatku tłumy w całkowitej samotności. Przysunął się bliżej kontenera, przylepiając policzek do jego plastikowej ściany. Przemykające się dookoła niego połamane, poszarpane kształty balansowały, przebiegały pod zgiętymi w kolanach nogami, zaczepiały jego dłonie, ramiona, wsuwały obślizgłe nosy prosto do ran, by zaraz przebiec lodowatymi jęzorami po szkarłacie. Na początku je odgarniał. Teraz było ich za dużo.
Wszędzie.
Wszędzie te cholerne kształty. Wszędzie ich chłodne, bezczelne dłonie. Wszędzie piskliwe, zdeformowane albo basowe głosy. Zamknął usta, czując na nich irytujące, mrowiące zimno. Do jego uszu dobiegł cichy trzask łamanych kostek. Przegryzł jedną z mar. I w sumie tyle. Prędko zastąpiła ją inna. Równie wkurwiająca. Ale, prawdę mówiąc, nie narzekał. Nie wyglądał też na przejętego, ani kogoś, kto za wszelką cenę stara się dojść do bezpiecznego punktu, gdzie ktoś uśmierzyłby ból ran.
Mógłby przysiąc nawet, że słyszy cudzy oddech, przepleciony z odgłosem czyichś butów.
Pauza.
Dźwięk przewijanej taśmy.
Stop.
Start.
Cholera.
Jakiś dziad.
Spieprzaj.
Powieki drgnęły, nim przymrużył je tak bardzo, że można było uznać, że w ogóle je zamknął. Odruchowo chciał zasłonić twarz rękawem, ale choćby nieznajomy wyewoluował mu teraz w bulbasaura i zaczął wykładać algebrę, nie ruszyłby się o krok. Bynajmniej nie dlatego, że nie miał takiej ochoty, bo to wykręcała mu wszystkie wnętrzności. Ołowiane ramiona i tak z ledwością się podniosły, gdy na te parę chwil poczuł się, jak wystawa muzealna. Brakowało tylko rzeszy zwiedzających z notatnikami i przewodnika. Oto Growlithe. Wielki przywódca gangu DOGS. Właśnie zdycha. Proszę przodem, przejdziemy teraz do fretek.
Rozszarpię cię.
Poczuł piekące łzy szczypiące w kącikach oczu. Zdobył się na to, by podnieść rękę i krzywym łukiem przeciąć nią powietrze, uderzając nieznajomego w nadgarstek. Snop światła ześlizgnął się z jego twarzy, w akompaniamencie gardłowego warknięcia, będącego niczym więcej jak ostatnim ostrzeżeniem. Nie było mowy, aby ktokolwiek, kto ich teraz zobaczył, nie przystanąłby choćby po to, by dowiedzieć się, z jakim zwierzęciem ma do czynienia anielski wysłannik. Choć dla Jace'a z aniołem nie miał nic wspólnego.
Przecież to jakiś...
„Nathaniel Levittoux”.
… kretyn.
Growlithe szarpnął się, próbując wstać. Zaparł się nawet ręką o nogę i drgnął, gdy ręka ześlizgnęła się z uda. Tyłek podniósł się na wysokość aż pięciu centymetrów, nim ponownie uderzył o glebę. Drobne ziarnka ziemi podskoczyły, a chłopak zdążył jeszcze tylko warknąć, nim całe podłoże przekręciło się o 180 stopni i przywaliło w niego.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

______Przekrzywił głowę, obserwując pokraczne próby zachowania godności przez miotającego się u jego stóp dzikusa. Ciekawe. I on ma to chronić? Zaprawdę ciekawe. Łeb anioła wrócił do swojej naturalnej pozycji, gdy łeb wymordowanego dla odmiany witał się z ziemią. No to sobie pogadali… Bez zbędnych ceregieli Nathaniel wziął go na ręce i rozpostarł skrzydła. Nie kłopotał się szukaniem dziury w murze – zamiast wykorzystania tak plebejskich rozwiązań, wzniósł się nad dachy budynków. Dobrze, że od zawsze dbał o swoją cielesną formę i w rezultacie był mięśniakiem, bo jak inaczej miałby polecieć w dal z tą wykrwawiającą się księżniczką w ramionach? No, za Chiny nie dałby rady, no.

* * *

______Środa. Mijał trzeci dzień, od kiedy śpiąca królewna zaległa mu na kanapie i jakoś tak nie miała zamiaru prędko się budzić. W sumie nic dziwnego – owa białowłosa straciła tyle krwi, że nikt nie powinien mieć do niej wyrzutów o bycie nieprzytomną. Dlatego też Levittoux nawet jakoś tak specjalnie nie dźgał wymordowanego kijem ani nie lał na niego kubłów zimnej wody, by wybudzić go ze snu zimowego. Prawdę powiedziawszy nie zwracał na niego większej uwagi. Kiedy krzątał się po salonie, traktował intruza raczej jako część wyposażenia. Zajmującą miejsce gitarę z trzema strunami, którą zostawia się na widoku z naiwną myślą, że kiedyś założy się jej resztę tych cholernych strun, by przywrócić ją do dawnej świetności (w tym miejscu pragnę pozdrowić swoją gitarę, którą wyciągnęłam dzisiaj z kąta i przedstawia sobą żałosny widok). Oczywiście co parę godzin przychodziła ta chwila, kiedy trzeba było jednak się tym całym Jonathanem zainteresować i pobawić w pierzastą pielęgniareczkę, ale to zdecydowanie nie była ta chwila. Teraz Nath kroił cebulę i był tą czynnością całkowicie pochłonięty. Bo kto normalny nie lubi kroić cebuli i oddawać się przy tym całkowicie tej czynności?
______Swoją drogą Nathaniel nie miał pojęcia, jak niby ma wyglądać dalsza współpraca pomiędzy nim, sługą bożym, a tym ubocznym skutkiem ewolucji. Oczywiście, wymordowanych stworzył Pan i zrobił to w jakimś celu, jednak Levittoux nie mógł wymyślić żadnego dobrego powodu, dla którego „góra” miałaby mu przydzielać jednego z nich do pilnowania. Może to była kara za śmierć jego poprzedniej podopiecznej?
______Syknął. Uniósł dłoń na wysokość oczu i wbił otępiałe spojrzenie w czerwone krople ściekające po kciuku. Dopiero po chwili zdobył się na odkręcenie wody i władowanie ręki pod jej strumień {nie ma to jak dramatyczna apatia}. Wytarł ją w ścierkę i wrócił do krojenia cebuli.
______A co jeśli to naprawdę miała być kara za jego grzechy? Miał w ten sposób odpokutować za bycie chujowym aniołem stróżem? Jeżeli tak, to mogli wymyślić coś bardziej wyrafinowanego… Cisnął nóż do zlewu i oparł się o krawędź blatu. Wdech, wydech. Wdech… dasz radę, oddychanie jest w końcu podstawową funkcją życiową – nawet największy debil sobie z tym poradzi. Przepędził sprzed oczu niepożądane obrazy, a na jego twarz wrócił normalny, obojętny wyraz. Oddychanie jednak działało cuda.
______Sięgnął po nóż ze zlewu – co kompletnie pozbawiało sensu jego wcześniejszy rzut za trzy punkty – i po kolejną cebulę. Zapowiadał się fascynujący wieczór.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Nie był mistrzem konwersacji, bo zwykle kończyło się na tym, że albo obrywał rozmówca, albo obaj. To był pierwszy przypadek, gdy nie zdążył wdrożyć w życie ani pierwszego, ani drugiego planu. Łeb padł na ziemię, ciągnąc za sobą resztę pokiereszowanego ciała, a gdy tylko to wreszcie „odpoczęło” (spore słowo, skoro i tak czuł się zgnieciony, przemielony, wypluty i skopany podeszwą o ciężkim brzmieniu), znajdował się już w całkowicie innej scenerii, za pal licho nie mogąc sobie przypomnieć, jak tutaj dotarł.
Owszem.
Parę razy zdarzyło mu się już paść „gdzieś” i obudzić się „indziej”, ale tym razem byłby zdolny przeprowadzić ankietę środowiskową, aby tylko dowieść swojej niewinności. Nie ruszyłby się spod tego śmietnika, więc jakim cudem znajdował się teraz... pociągnął nosem. Co to za okropny zapach? Co to za obrzydliwa miękkość? Syknął niemo pod nosem. Brawo, poruszenie się było genialnym pomysłem. Szczególnie teraz, gdy nawet małe drgnięcie powodowało lodowaty ból. Mimo to chciał wybadać teren; chciał dowiedzieć się gdzie jest i którędy najkrócej do wyjścia.
„Na trzy” - podpowiedział ostrożnie umysł, a Wilk w milczeniu odliczał.
Raz...
Natychmiast jak otworzy oczy, poszuka agresora. Jeśli będzie – zabije go. Jeśli nie...
Dwa...
… wyjdzie. Najlepiej drzwiami, ale okno będzie równie ujmujące, optymistycznie zakładając, że wcale nie mieścił się aktualnie w komorze ulokowanej na osiemnastym piętrze. Przecież nie z takich tarapatów się wychodziło, hm? Wystarczyło tylko...
TRZY!
Otworzył oczy i wstrzymał dech. Prawo. Lewo. Prawo. Góra. Cholera, jak jasno. Zmrużył ślepia, rozglądając się tak długo, aż wzrok do reszty nie uspokoił rozmytej perspektywy. Niczym wyostrzenie obrazu w obiektywie aparatu, tak wszystkie kształty nagle zyskały na ostrości, za sprawą jednego ruchu powiek. Potrzebował tych paru kolejnych sekund, aby zrozumieć, że napinanie mięśni nie jest potrzebne. A przynajmniej pozwolono mu tak myśleć do chwili, w której nie podniósł się do siadu.
Niemalże od razu poczuł w ustach kwaśny smak, który drapał go w gardło i podniebienie. W tym momencie nie był do końca przekonany, czy zrobiło mu się niedobrze, bo za prędko wstał, czy dlatego, że w tle słyszał ciche stukanie. Więc nie był sam. Pociągnął nosem, próbując zwęszyć znaną woń. Naturalnie- na nic. Jedyne, co rozpoznał, to zapach cebuli, który cisnął do jego oczu parę łez. Zaszklone spojrzenie przesunęło się od jednego, do drugiego kantu stołu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby...
Zaraz pokój przekręcił się o parę stopni, a jego wzrok padł krytycznie na... miotłę. Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek, w jakiejkolwiek sytuacji powiedziałby mu, że będzie zmuszony do ostatecznych kroków, najprawdopodobniej zapytałby czy to żart i czy ma zaśmiać się raz jeszcze. Obecnie nie było mu tak radośnie. Nie dlatego, że chwycił za miotłę, naciskając stopą na jej dół, by wyjąć kij. Nie dlatego, że znajdował się w obcym miejscu, nie będąc do końca pewnym, dlaczego go porwano. Przesuwał się ostrożnie, lekko przygarbiony, w stronę kolejnych drzwi, z których akurat dochodził szum.
Growlithe zmarszczył lekko piegowaty nos, zaciskając porozcinane palce na drewnianej broni. Miał szczęście (jeśli można to tak nazwać po tym całym zamachu i przetransportowaniu go do więzienia), bo gdy tylko wychylił się zza framugi drzwi, Nathaniel sekundę wcześniej odwracał się z powrotem ku cebulom. Bose stopy przesuwały się pooowooliii i dyskretnie, aż w końcu... JEB. Podniósł ręce i z rozmachu wymierzył cios prosto w głowę białowłosego, od razu wyrzucając kij za siebie, a rzucając się ku... nożowi, jaki przed momentem stanowił główne zagrożenie w rękach wroga. Zachwiał się nieporadnie, obejmując dłonią rączkę drgającego na podłodze ostrza. Nie czekał na nic. Gdy tylko poczuł ocieploną przez nieznajomego rękojeść, poderwał nadgarstek do góry i wycelował lśniącym żelastwem prosto w porywacza.
Uniósł nawet górą wargę, odsłaniając kły i różowe dziąsła, miną zdradzając najwyższe politowanie.
- Tłumacz się – syknął, choć wcale nie wyglądał na kogoś, kto tłumaczeń chciał słuchać.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

____Levittoux będąc pogrążonym w myślach, nie zauważył zagrożenia. A może po prostu częściowo je zignorował? Jedno było pewne: kij od miotły, który uderzył go w nadgarstek, był wyjątkowo skutecznym narzędziem rozbrajającym. Tak, w nadgarstek, bo białowłosy aniołek w porę uchylił się przed ciosem. Doprowadziło to jednak do tego, że nóż, który do tej pory grzecznie spoczywał w jego dłoni, znalazł sobie teraz nowe, lepsze miejsce na podłodze. Niech Bóg świeci nad jego duszą.
____Stróż westchnął, odwracając się w stronę swojego nowego podopiecznego. Skoro wymordowany chciał jego uwagi, mógł o nią zabiegać w inny, bardziej kulturalny sposób. Doprawdy społeczeństwo schodziło coraz bardziej na psy. Dosłownie. Zlustrował go krytycznym spojrzeniem od stóp do głów.  Trzęsące się ciało, blada skóra, ogólne oznaki wycieńczenia... co on właściwie próbował osiągnąć?
____- Odłóż ten nóż. Ledwo stoisz na nogach. Nie jadłeś porządnie od trzech dni – mruknął, wracając spojrzeniem do chwilowo porzuconej cebuli. Chyba stwierdził, że kucharzenie jest ważniejsze, niż obrona przed słaniającym się na nogach Panem Nieustraszonym, więc po prostu wrzucił pokrojone warzywo do stojącego nieopodal garnka. Garnka, z którego unosił się zniewalający zapach jedzenia tak swoją drogą. - Siadaj. Zaraz dostaniesz zupy.
____Teraz to już kompletnie odwrócił się do agresywnego gościa plecami, manifestując w ten sposób swój stosunek do niego. Totalna olewka wymieszana z obojętnością wobec wycelowanego w niego ostrza zakrapiana totalnym mamwyjebizmem mogła nieco zirytować napastnika, ale co tam. Rozwścieczony wymordowany... phie, co to niby dla przystojnego, umięśnionego i doskonale wyszkolonego anioła jakim niezaprzeczalnie był Levittoux? Poza tym zupa sama się nie wymiesza!
____- Nie mam się z czego tłumaczyć. Wykrwawiałeś się, więc jako twój stróż uratowałem ci życie. Masz z tym jakiś problem? – odpowiedział z charakterystycznym dla siebie (och, biedny, nieświadomy tego jeszcze Growlithe) chłodem w głosie. Oczywiście nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby odwrócić się do rozmówcy. Jedzenie ważniejsze.
____Szuuuu.
____Nasz zawodnik skończył pierwsze okrążenie.
____Szuuuu, szuuuu.
____Drugie i trzecie już za nami!
____Szuuuu.
____Kolejne okrążenie. Proszę państwa, ta chochla mknie jak opętana. Łyżka wazowa wprawnie obracana przez Mistrza Kucharza raz po raz ocierała się to o dno to o ścianki garnka. Dla wrażliwych uszu psowatego nie mogło być to zbyt przyjemne doświadczenie... ups?


Ostatnio zmieniony przez Nathaniel dnia 15.03.15 1:16, w całości zmieniany 1 raz
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Jeśli było coś, czego nienawidził bardziej, niż zadufanych w sobie dupków, to byli to zadufani w sobie dupkowie-porywacze. Ten tutaj najwidoczniej nie doceniał zagrożenia, a to z całą pewnością w końcu go zgubi. Growlithe nie zamierzał jednak poprzestać na laurach. Gdyby ręka nie drżała mu jak kamyk w mikserze po ataku padaczki, pewnie zaatakowałby go raz jeszcze. Tym razem celniej, szybciej, moc...
„Odłóż ten nóż.”
W snach, królewno.
„Ledwo stoisz na nogach.
Bzdura.
„Nie jadłeś porządnie od trzech dni.”
Jak na zawołanie skurczony żołądek zawarczał, przypominając o sobie nie tylko samemu Wilczurowi, ale też wszystkim jednostkom w promieniu dziesięciu kilometrów kwadratowych. Co było w tym najgorsze? Że ta zupa, czymkolwiek i z kogokolwiek była, nie pachniała wcale tak źle, jak to sobie próbował wmówić.
„Siadaj. Zaraz dostaniesz zupy.”
Ta, syndrom sztokholmski mnie jeszcze nie dotknął. Nie będziesz mi, kurwa, życia ustawiać. Nie będę nigdzie siadał. Nie chcę żadnej zupy. ─ warknął na niego, paradoksalnie do słów siadając na krześle i uderzając łokciem w blat stołu. Po samej minie można było wywnioskować, że chyba sam nie wiedział co mówił i jak bardzo mijało się to z tym, co właśnie zrobił. W ogóle wyglądał, jakby się uchlał i zaćpał. Podkrążone oczy, rozchwiana postawa, rozbiegane spojrzenie. Brakowało już tylko tego, żeby zaczął czkać i wymiotować na podłogę w akompaniamencie histerycznego śmiechu.
Zaraz jednak mina się zmieniła. Dosłownie jakby w sekundę wytrzeźwiał. Zresztą, nic dziwnego. Kolejne słowa nieznajomego zamieniły się w solidny policzek dla wymordowanego. Chwila. Jeszcze raz. Ponownie Dźwięk przewijanej taśmy. Że kim był jego? Strusiem? I że jaki pornol?
Masz stuprocentową pewność, że jesteś poczytalny? ─ Growlithe podniósł brwi we wręcz prowokującym geście, zaciskając mocniej palce na rękojeści noża, którego wcale nie chciał puszczać. Nawet jeśli dłoń trzęsła mu się z wycieńczenia, a w gardle szalała istna burza piaskowa, nie miał zamiaru ─ w porównaniu do nieznajomego ─ odwracać się do niego plecami. Zaraz jednak brwi ściągnęły się nad zamglonym spojrzeniem Wilczura. ─ Powinieneś codziennie brać swoją dawkę leków, siwy psycholu.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

____„Nie będę nigdzie siadał.”
____Lewa brew anioła zafundowała sobie przemiłą wycieczkę w górę czoła. Doprawdy?
____„Nie chcę żadnej-”
____Jak na zawołanie sporych rozmiarów miska parującej zupy wylądowała tuż przed nosem Jonathana. Kawałki ugotowanego mięsa i różnorakie warzywa prezentowały przed nim swoje wdzięki, pływając w rosołopodobnym wywarze. I ten zapach niczym w reklamie AXE, co to mają mu ulec nawet anioły... Nath oblizał ukradkiem łyżkę, którą wcześniej mieszał zupę. W myślach wyraził parę pochlebnych uwag na temat swego najnowszego dzieła kulinarnego (skromność przede wszystkim). No, ale hej! Jedną z niewielu zalet tego skrzydlatego dupka była umiejętność gotowania, więc dajmy nacieszyć mu się chwilą.
____Czyżby? – zagadnął z umiarkowanym zainteresowaniem, przyglądając się nieporadnym poczynaniom wymordowanego. Wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Było to raczej pytanie retoryczne, zadane z czystej przekory. Łaskawie podrzucił wymordowanemu łyżkę, żeby nie musiał chłeptać zupy jak wygłodniały zwierzak. Ludzki pan.
____Swoją drogą jego nowy podopieczny wyglądał w tym momencie, jakby został uprowadzony przez bandę zhipisiałych nazistów, którzy starali się przekonać go do swoich innowacyjnych poglądów, racząc go na przemian kopniakami i swoim halucynogennym towarem. Wyliże się. I tak prezentował się zdecydowanie lepiej niż trzy dni temu – przynajmniej został umyty i opatrzony, a nie wykrwawiał się Nathowi na jego puchaty dywanik w łazience. Ten fakt chyba jeszcze nie do końca do niego dotarł, skoro wciąż brał swojego stróża za krwiożerczego porywacza. Albo odznaczał się wyjątkowo znikomą inteligencją. Jedno z dwóch.
____Mógłbym zapytać cię o to samo. Nie dociera do ciebie, że przez ostatnie trzy dni mogłem zrobić cokolwiek, a ty i tak nie miałbyś nic do powiedzenia w tej kwestii, bo byłeś zbyt zajęty udawaniem trupa na mojej kanapie. Nie jestem porywaczem, tylko twoim aniołem stróżem, czego najwyraźniej nie dosłyszałeś podczas naszego pierwszego spotkania.
____Albo jesteś zbyt głupi, żeby ogarnąć to przy pomocy swojego ograniczonego móżdżku.
____Słychać było, że Levittouxa zaczynała męczyć ta rozmowa. Wprawdzie chłód w jego głosie pozostawał wciąż taki sam, jednak dało się w nim wyczuć także nutkę znudzenia. Chłopak podwinął rękawy, odwrócił się w stronę zlewu i odkręcił kran. Szum wody zmieszał się ze szczękiem sztućców i garnków.
                                         
avatar
Gość
Gość
 
 
 


Powrót do góry Go down

Mrożę.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

- Similar topics

 
Nie możesz odpowiadać w tematach